Oplotki. Sukces Handmade - Agnieszka Gaczkowska
97.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Milion kawałków karoserii i ciał na poboczu drogi S5. Ten makabryczny obraz przemknął mi przez głowę i w ułamku sekundy zdyscyplinowałam się, odrzuciłam wizję, aby zacząć w głowie układać listę zakupów na obiad.
Szybki rzut oka na zegarek. Dobrze. Jeszcze tylko dwadzieścia minut przesypywania piasku, pięć minut na scenę ryku ("nieee, mamo, jeszcze pięć minut!"), potem pięć minut na rzeczone "jeszcze pięć minut". Kolejne siedem minut do sklepu (idealnie w porze drzemki w wózku) - pędzę po siaty sałaty, marchewek i kaszy jaglanej do warzywniaka. Po drodze wstępuję do mięsnego. Albo nie, jednak odpuszczam, przecież postanowiliśmy być wege, więc nie wstąpię.
Dobrze, jeszcze tylko przetrwać te dwadzieścia minut.
Uśmiecham się do rozmówczyni.
Porywająca dyskusja na temat bostonki w żłobku i legend o wszawicy. Jak dobrze, że już postanowiłam nie oddawać córki do przedszkola, skoro jest nieobowiązkowe. Czuję się jakaś taka heroicznie lepsza, bo nie idę na łatwiznę. Nie oddaję dziecka do placówki, tylko sama ogarniam dwudaniowe obiady zgodne z dietetycznymi trendami dla dzieci.
Niani też nie mam - no w życiu!
Jak widzę tę babkę przeglądającą posty na Facebooku, podczas gdy jej podopieczna gmera w mokrym błocie, a gile z nosa wiszą jej do kolan... skręca mnie na myśl, że miałbym komukolwiek powierzyć opiekę nad moim skarbem. I jeszcze bardziej mnie skręca, kiedy pomyślę, że miałabym za taką opiekę płacić.
Dobrze, że na placu spotykam też te nieinstaidealne mamy. Z nimi da się jakoś porozmawiać o naszej mamorzeczywistości bez zbędnego udawania.
I nagle... moment magii.
Widzę ją.
Nie znam jej osobiście. Nie mam pojęcia, jak ma na imię. Jednak widywałam ją niemalże każdego dnia na placu zabaw przez jakieś pół roku, zanim przeprowadzili się z naszego osiedla do domku. Tak przynajmniej mówiła plotka, nieważne.
Piękna. Spokojna. Niby ani wysoka, ani szczupła, ale jakaś taka smukła.
Powabna.
O, to jest dobre słowo.
Taka wyprostowana, pewna siebie, z delikatnym makijażem, starannie zaplecionym warkoczem (zero siwych włosów!). Niemłoda, ale zmarszczki jakieś takie dobre, poczciwe, wyrzeźbione szczerym uśmiechem. Zawsze z innymi kolczykami. Zawsze z dwójką dzieci (Jezu, jak ona to robi?! Ja z jednym ledwo zipię, a tu bliźniaki!). Rasowy but. Designerska kiecka albo przynajmniej spodnie plus uprasowana koszula (zero brudnych dziecięcych łapek w okolicy dekoltu). Trochę nieobecna. Ciągle gmerająca w torebce i zapisująca jakąś umykającą myśl w notesie we flamingi i ananasy (porysowanym gryzmołami któregoś z maluchów) pięknym pisakiem do bullet journalingu.
Fajna babka. Nie, nie ta, którą moja pierworodna rozwaliła w piaskownicy i znowu muszę naprawiać, deklamując: "Babko, babko, udaj się, bo jak nie, to cię zjem". Ta druga, ta powabna babka. Jedyna na placu zabaw, z którą udaje się pogadać o czymś więcej niż kolor kupy w pampersie (o, pardon - w wielorazowej ekopieluszce) i nietolerancji pokarmowej na pszenicę (wyszło na ostatnim biorezonansie). Dieta bezglutenowa na czasie, to dobrze się składa. No i o wszawicy w żłobku (to ice-breaker, pewniak na ławce koło piaskownicy).
Taka babka jest inna. Taka wyluzowana.
Potrafi mówić godzinami o programowaniu. Choć nie rozumiem nic z tego jej JavaScriptu, to słucham pasji w głosie jak symfonii. Jest tak pozytywna, że nie rusza jej nawet miauczący na rękach dwulatek. (Jak się cieszę, że moja mała ma dwugodzinne drzemki - jej bliźniaki śpią tylko czterdzieści minut). Uśmiecha się dużo, ale tak naturalnie i (świadomie lub nie) wlewa we mnie kojący balsam "lepszego świata". Takiego spoza macierzyństwa.
Irracjonalnie tęsknię za jej towarzystwem.
Nasze dzieciaki się lubią, ale jej bywają na placu najczęściej w ramach żłobkowego spacerku. Swoją drogą, to dla mnie zagadka - dlaczego od czasu do czasu, tak po prostu, bywa na placu z nimi w środku tygodnia, skoro są zdrowe i teoretycznie powinny być w żłobku?
O rety - już ta godzina!!! Znowu się zamyśliłam. Wracam do domu. Mała jeszcze kima, więc zdążę nawet dwudaniowy obiad trzasnąć. Może przeprasuję kilka koszulek. Podłogę na pewno też zdążę przetrzeć. Bełtając w pomidorówce, łapię się na tym, że myśli znowu uciekają do wczorajszej nocy. Bezsennej.
Przed oczami ciągle te emocje, kiedy wyrwana z jakiegoś ułamka półsnu, około dwudziestej, ocknęłam się na poboczu. Było tak niebezpiecznie blisko... do miliona kawałków karoserii i ciał obok jezdni. To był znak. Ostrzeżenie. Nie da się mieć wszystkiego naraz.
Nie da się być właścicielką biura architektonicznego, która co tydzień pędzi na konsultację projektu do klienta na drugim końcu Polski, zahaczając po drodze o dom mamy, jakieś sto kilometrów od Poznania (bo przecież jaka niania, jaki żłobek? Dla mej pierworodnej jedyna słuszna opieka to JA, ewentualnie raz na dwa tygodnie babcia).
Nie da się nocami klikać kreseczek na rzutach i przekrojach wnętrza biurowego, nie da się wypełniać w skrajnym zmęczeniu drzemek dziecka zaległymi telefonami do klienta. Nie da się być jednocześnie eko-bio-wege-insta mamą z wycacanym wnętrzem, pełnym najnowszych książeczek sensorycznych, wyszukiwanych godzinami na niszowych blogach parentingowych.
Niby gdzieś w środku czułam zgrzyt, ale nie, mama na pewno nie ma racji. Przecież nie będę wybierać! Właśnie że będę supermatką i właścicielką firmy. Jednocześnie! Co? Ja nie dam rady?! JA?!
Jechałam jak zawsze - ostrożnie, nie za szybko, z muzyką sączącą się z radia. Pamiętam, że odhaczałam w głowie niekończącą się listę zadań.
Śniadanie - było. (Trzeba je zjeść. W końcu to najważniejszy posiłek dnia. Granola. Samodzielnie wypieczona. Kawy nie. Bo przy karmieniu to podobno niezdrowo. Nawet jak tak błogo pachnie...)
Posprzątane po - było. (Podłoga numer jeden, blaty i przy okazji małe łapki i buzia - zero mokrych chusteczek, bo przecież takie rakotwórcze, nie eko i zawalają śmietnik. Tylko tetrowe pieluszki. Osobne do buzi, osobne do rączek, osobne do podłogi. Byle nie pomylić).
Maluda wystrojona i zapakowana do babci - było. (Najlepsze ciuszki, pieluszki jak na weekend, bo mama przebiera po każdej kropelce siku. Milion śliniaczków, bo muszą być ciągle czyściutkie pod buzią. Tona zabawek "w razie czego").
Milion rzeczy, które miałam mamie powiedzieć, przekazać, oddać, przywieźć - było. (Jakieś bułeczki z naszej piekarni przywożę, kosmetyki zamawiam przez neta, coś tam z Poznania dostarczam, bo w tej małej mieścinie nie uświadczysz. Zawsze coś pilnego się znalazło. Tuzin telefonów trzeba wymienić przed wyprawą).
U klienta - było. Tutaj osobna podlista: przeanalizować problematyczne punkty w projekcie wnętrza biurowego, uzgodnić, czy mamy budżet na zaproponowane rozwiązania, czy szukamy tańszych zamienników. Ruszamy dalej z projektem, czy czekamy na brakujące wyceny? Czy... Czy... Czy... Czy już możemy kończyć, bo muszę jechać po dziecko, żeby dojechać przed północą do Poznania? W końcu żarciki i prywatne historyjki szefa firmy nie wymagają mojej obecności.
Znowu u mamy - było. (Szczegółowy raport: co też wnusia jadła, dotykała, robiła, jak się bawiła i dlaczego znowu robię coś totalnie nie tak. Do tego informacja, jak jest dla dzieci najlepiej. Zaliczenie drugiego obiadu - "No jak to? Mojego obiadu nie zjesz?" - choć już dawno po kolacji... i pouczające: "Dziecko już śpi, na pewno nie zostaniesz u nas na noc? Dlaczego tak ją przenosisz i wybijasz ze snu?".
Nareszcie w drodze do domu. No właśnie...
Chyba gdzieś pomiędzy analizowaniem, co z auta absolutnie MUSZĘ zabrać do domu wieczorem (na jednej ręce śpiąca mała, druga ma ograniczoną pojemność, a przecież jakoś auto trzeba zamknąć i odkluczyć drzwi do mieszkania), a myślą o drzemce musiałam odpłynąć, marząc o tym, że łóżko już taaaak blisko...
Nagły pisk, przerażający dźwięk klaksonu, oślepiające światła i ułamek sekundy, w którym zawarł się duży strach, dezorientacja, zamrożone momenty z całego mojego dotychczasowego życia, jakieś mgliste wizje rodzinnej przyszłości i kumulacja emocji, uderzających z taką siłą, że poczułam tylko ukłucie w sercu i ścisk w żołądku.
Krzaczaste pobocze. Tir pojechał dalej. Mała śpi w foteliku, jakby nigdy nic. Cała się trzęsę. Nie pamiętam nic przed. Nie wiem, dokąd jadę, po co... I co się właściwie stało.
W bezruchu, zdębiała, ogłuszona, oślepiona zaczynam odzyskiwać w miarę normalne myślenie. Dociera do mnie, że niemal roztrzaskałam siebie i śpiące dziecko na masce innego auta. Co za matka! Choć nie wiedziałam jak, zebrałam się w sobie. To uczucie było tak surrealistyczne. Takie sceny dzieją się przecież tylko w filmach. Nie przydarzają się zwykłym ludziom, prawda?
Zmobilizowałam się do działania. Małymi krokami. Najpierw jedna ręka na kierownicę. Potem druga. Zdrętwiałe nogi na pedały sprzęgła i gazu. Który powinnam wcisnąć pierwszy?! Ruszyłam. Na drodze było puściutko. W mojej głowie też. Głos z nawigacji (podobno to wcale nie Hołowczyc) kierował mną jak pacynką. Ostatni skręt w prawo. Znajoma ulica. Garaż. Uff...
Dopiero wysiadając z samochodu, zauważyłam, że mam mokre plecy. Czarna dopasowana kiecka nie zdradzała co prawda śladu, ale poczułam zimno na plecach i nieprzyjemny dreszcz. Zostawiłam okulary w aucie. Wypadły z wyciąganej jedną ręką torebki. Razem z resztkami kanapek, bidonem, pudrem, notesem i piórem. Cholera! Otworzyło się. Znowu. Trudno. Nie mam siły już wracać do garażu. Teczka z rysunkami i laptop też zostały. Jacek znowu będzie marudził, że kuszę złodziei. Trudno.
Winda. Oby mała tylko się nie obudziła. Dźwięki w środku są bardzo głośne, za głośne. Dobra, wybieram schody. Błagam, nie obudź się. Nie dam rady godzinę cię nosić, myszko. Kolana drżą. Idę krok za krokiem. Prawa noga, lewa noga. Małe kroczki. Schodek pierwszy, drugi, trzeci, czwarty... Rety, po co liczę?! Nie potknij się, nie z małą na ramieniu i rzeczami w każdym palcu drugiej dłoni!
Drzwi. Klucz. Nie ten, fuck! Właściwy. Spadły na podłogę! Rety... Nie schylaj się! Skrzywienie kręgosłupa! Kucaj! Jeszcze raz. Łapię małym palcem. Mam klucz - ten właściwy z całego pęku. Jesteśmy w środku.
Ciemno. Jacek pochrapuje. Maluda do łóżeczka. Zmyć makijaż. Bo cera się niszczy.
Odhaczam kolejne punkty. Nie przekluczyłam drzwi na noc. Nawet tego nie odnotowałam. Nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło (Jacek nie omieszkał zwrócić mi uprzejmie uwagi na tę nieroztropność rano). I już sufituję koło pochrapującego męża. Na szczęście nie zauważył, że wróciłam grubo dwie godziny później niż zwykle. Chyba "pędziłam" w tempie trzydzieści kilometrów na godzinę na tym przedziwnym autopilocie...
Znak "prawie-się-roztrzaskałam-na-drodze" mną wstrząsnął. Długo rozważałam wszystkie za i przeciw (adrenalina i wdzięczność, że nie rozwaliłam siebie i śpiącej w foteliku córci na masce roztrąbionego tira, nie pozwoliły mi zasnąć). Rozmyślałam całą noc. I wybrałam. Koniec aktywności architektonicznej. No dobra, firmy nie zamknę, ale klientów oddam koleżankom po fachu. Wybieram rolę mamy. Tym razem bez oszukiwania i bez ucieczek mentalnych w obszar pracy w czasie każdej drzemki.
Decyzja zapadła. Nieodwołalnie. Trochę mi smutno. Zrzucam to jednak na niewyspanie. Zahartowana nocnym karmieniem piersią niby miałam wprawę, jednak po tirowym klaksonie nie było nawet mowy o godzinnym półśnie. A, no i byłam przed... Oż! Zapomniałam kupić podpaski. Trzeba iść jeszcze raz do sklepu. No tak. Zbyt gładko dziś wszystko szło. Zbyt łatwo, tak "na czas". No to przecież musiałam o czymś zapomnieć! Byłoby zbyt pięknie. Ale zaraz, zaraz... Przecież okres powinnam dostać dziewięć dni temu... Ciągłe zmęczenie, deficyt snu (no dobra, karmię maludę, ale ostatnio bardziej niż zwykle odczuwałam niedosyt poduszki), spadek nastroju... Rety! Przecież to klasyka pierwszego trymestru...
Skorzystałam z tego, że latorośl ciągle jeszcze pochrapywała w wózku, i wyszłam razem z nią. Tylko zamiast do sklepiku na rogu, to do apteki. Po test.
Pozytywny. To kolejny znak. Poczułam, że w nocy podjęłam słuszną decyzję. Teraz, kiedy na świat pcha się kolejne dzieciątko, doba jeszcze bardziej się skurczy. Zrozumiałam, dlaczego przysnęłam za kierownicą... To były senne objawy pierwszego trymestru. (Nie miałam nudności, zero wymiotów i kolosalne zmęczenie. Myślałam, że to z powodu pracy i nieprzespanych nocy. Nic nie podejrzewałam). Gdzieś ktoś nad nami czuwał. Dziękowałam z całego serca.
Przypaliłam tę pomidorową. Trochę za długo gapiłam się na dwie kreseczki. Na szczęście jako rasowa mama miałam w zamrażarce rezerwę. Zdążyłam podgrzać i przestudzić, żeby podrzemkową marudę dokarmić. Miała być zabawa na dywanie, ale natłok myśli wygonił nas na spacer.
Po drodze omijałam plac zabaw szerokim łukiem. Na samą myśl o kolejnych trzech latach w macierzyńskim lukrze zapadłam się w sobie. No i chciałam najpierw Jackowi o teście powiedzieć, a nie przypadkowym koleżankom. Znam siebie. Co w sercu, to na języku. Utrzymanie czegoś w tajemnicy nie jest moją mocną stroną. Niby cieszyłam się bezbrzeżnie (uwielbiam być w ciąży, hormony sprawiają, że kwitnę - takie trochę eldorado endorfin, żeby nabrać sił na potem), ale jednocześnie pojawił się irracjonalny strach. Czy sobie z tym poradzę? Niby planowaliśmy, ale kiedy się nie udało po roku, odpuściliśmy starania. Powoli oswajałam się z myślą, że jeszcze dwa lata i mała pójdzie do przedszkola, a ja wracam do wyścigu z mężem, kto aktualnie lepiej wychodzi na projektowaniu (ja architektonicznym czy on drogowym). A tu kolejny raz zaczynam wyścig od trzech lat macierzyńskiego "stania w miejscu zawodowo" albo raczej posuwania się architektonicznie "do tyłu". Mogę co najwyżej o nagrody pocieszenia zawalczyć zawodowo.
Na placu mignęły mi tylko marudzące mamuśki (te, których
zawsze unikam, bo wysysają ze mnie resztki energii, a mini
problemy pompują do rozmiarów katastrof roku). Obiecałam sobie, że nie dołączę do tego chóru. Jeszcze nie wiedziałam jak, ale nie pozwolę, aby dzieci poniosły konsekwencje moich wiecznych narzekań na codzienność.
Pomyślałam sobie o powabnej babeczce z placu zabaw. Fajna kobieta. Ma życie. W sensie poza macierzyństwem. Pozazdrościłam, z poczuciem tęsknoty za dawnymi czasami sprzed dzieci. Fajne rozmowy, dużo znajomych, masa podróży, bogactwo różnorodności. Skarciłam się. Przecież marzyłam o macierzyństwie. Jestem szczęśliwa. O co mi chodzi?!
Kolejny dzień świstaka.
Pewnie powinnam zacząć od budzika, ale po co. Pierworodna skutecznie wyrywa mnie ze snu przed świtem. Jeszcze nie mówi, ale potrafi klepnąć w twarz, bo wie, że to działa lepiej niż wtulanie. To drugie akurat ma odwrotny skutek.
No to wstaję. Przez mgłę zaspanych oczu coraz wyraźniej przebija się przeciekająca pielucha. Słychać cichy szum wody w łazience. Jacek już po treningu. Nawet tutaj wygrywa. Nie pamiętam, kiedy cokolwiek ćwiczyłam. Kto by miał na to siłę... Wmawiam sobie, że dzisiejsze cztery rundki mycia podłogi to taka prawie ashtanga joga. Prawie. Grzeję wodę (o, niech spłynie zimna! Powinna lecieć ciepła, kurczę, skoro pod prysznicem już tapla się Jacek). O, jest. Nalewam letnią wodę do miseczki. Maczam waciki (te bawełniane, wielorazowe less waste, są w praniu - muszę sięgnąć po awaryjne jednorazówki, więc dopadają mnie kolejne wyrzuty sumienia, znowu nawaliłam) i obmywam pupę.
Nim zdążyłam ogarnąć pieluchową awarię i ubieranie znienawidzonych (przez pierworodną) kapci, naczynia z jackowego śniadania już zdążyły wylądować w zlewie. Gdzie on się tak spieszy? Przecież cały dzień płynie taaak wolno... Wspólne śniadanie by go nie zabiło. Dzisiaj zdążyłam chociaż z "też Cię kocham", zanim wskoczył na rower do pracy. No to zawijam te sreberka... Oż! Nie zabrał śniadania. Już dzwoni. Pewnie, że zniosę.
Epizod porannego sprzątania po ciamkaniu latorośli można spokojnie zakończyć pierwszą rundką z podłogową ściereczką. Przecież edukacyjne książeczki, zajęcia umuzykalniające, sensoryka i inne dziecięce plastyki czekają. Co też tam w grafiku na dziś? Ha! Odetchnęłam z ulgą. Dziś basen. Nie, nie taki zwyczajny. Oczywiście musiał być na największych termach w Poznaniu, w najpopularniejszej szkole pływackiej, z najbardziej doświadczonym instruktorem - specem od niemowlęcego oswajania z wodą. Co? Ja nie dam mojemu dziecku tego, co naj, naj, najlepsze?!
Uwielbiam, bo w końcu jest tam też coś dla mnie. Wzorowo odhaczam nurki z maludą, bo przecież przed i po można po prostu pogadać. Basenowe mamy jakieś takie fit i energiczne. Z własnym życiem (poza placem zabaw). Fajnie powspominać mój zawód. Z architektką chętnie gadają. W końcu większość właśnie zakredytowała się w wymarzonym gniazdku i ogarnia malutki pokoik. Mówią moim językiem - pierworodno-dzieciową, mamo-parentingową, egzaltowaną nowomową.
Pływamy z maluchami. No i odpływam. W chlorowanej wodzie jest trochę tak jak w pościeli. Relaksująco. Tylko przetrwać ten zziębnięty ryk po wyjściu z wody, a nadejdzie epizod długiej dziecięcej drzemki z moją ukochaną szydełkową rozkminą nowego wzoru.
Maluda zasypia w aucie. Zazwyczaj daje się przełożyć do łóżeczka i śpi kamiennie minimum dobrą godzinę.
Końcówka dzierganego dywanu, a potem biorę się za dekoracyjne poduchy. Będą "poddupniki" na klockowe posiedzenia. Nie mogę się doczekać, kiedy Lena dorośnie do odziedziczonych zestawów klocków Lego. Wtedy na pewno chętniej poskładam z nią te domeczki. Duplo to jednak nie moja skala. Cenzuruję jeszcze koszyczek zabawkowy, usuwając nieedukacyjne i słabe designersko jednostki. Odkładam je na dno takiego pojemnika w szafie, który ogląda światło dzienne tylko w czasie naprawdę deszczowych, długich dni.
Można siadać do dziergania. Uff.
Miało być do bólu szczerze. Miało być krótko, zwięźle i na temat. Miało być tak, jak sama chciałabym, aby do mnie pisano. Im dłużej o tej książce myślałam, tym zestaw poprzeczek do przeskoczenia poszerzał się o nowe "miało być".
Zaczęłam więc (w końcu) pisać.
To nie... (za szczere).
To nie... (bo będzie za długo).
To nie... (skoro sama omijam ten akapit, po co ktokolwiek inny miałby go czytać).
Niewątpliwie im dłużej pisałam, tym bardziej autocenzura pochłaniała smakowite detale. W pewnym momencie po prostu powiedziałam STOP. W końcu ta książka nie ma być ładna, grzeczna i dla każdego.
Chodzi o podzielenie się z Tobą pewną prawdą. Może Twoje spojrzenie na świat jest zupełnie inne. Może nie zgodzisz się ze mną w milionie miejsc. Ale wiesz co? To będzie znaczyło, że obie dajemy sobie prawo do szczerości.
Napisałam tę książkę, bo sama wpasowuję się wciąż w schematy. Na Facebooku piszę lekkie posty. Na Instagramie wrzucam ładne fotki. W blogowych wpisach daję wartości "pod korek". Na YouTube nie wrzucę filmu bez makijażu, a podcast staram się nagrywać w ciszy i przynajmniej z minimalnym skryptem przed nosem. Na dodatek z armią niezastąpionych pomocników i pomocniczek, tworzących Oplotkowy zespół.
Zapragnęłam znowu - tak po prostu - napisać "od człowieka dla człowieka". Bezpośrednio. Bez konwencji i schematów.
Poczułam, że w końcu mam w sobie odwagę, żeby opowiedzieć Ci moją historię. Bez udawania. Bez upiększania. Bez sprzedawania. Prosto z mostu. Bezpośrednio - taką, jaka jest. Nie omijać momentów zwątpienia i zagubienia.
Ale też... nie przemilczeć chwil triumfu i pewności siebie. Pogodzić się z porządkiem i z bałaganem. Z niewyspaniem i nieumytą podłogą.
Dlatego właśnie napisałam tę książkę.
Zapraszam Cię do zanurzenia się w poplątanym świecie mięciutkich włóczek, twórczych rozmów i (szydełkowych) wzorów na (własną) codzienność.
Rodzina. Praca. Dom.
Ambicje i cele.
Cenne porażki i jeszcze większe małe zwycięstwa.
Agnieszka