Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba
Artur: To dość dojmujące uczucie, kiedy
dopiero w wieku czterdziestu sześciu lat dociera do ciebie, jak mocno
określają nas nasze pierwsze lata. Zaczynasz się więc babrać w przeszłości i nagle odkrywasz w sobie najgorsze cechy, których
nienawidziłeś u swojego rodzica, i ciągle boisz się tak samo jak wtedy,
kiedy miałeś osiem lat.
Żeby była jasność. Nie chcę się usprawiedliwiać, bo przecież każdy z nas
coś niesie na plecach i nie potrafi tego porzucić. Chcę tylko
podkreślić, że warto poznać historię swoich rodziców, żeby lepiej
zrozumieć samego siebie. Zanim trafiłem na właściwą terapię, kompletnie
nie miałem tych narzędzi. Nie potrafiłem powiązać tego, co się aktualnie
dzieje w moim życiu, z tym, co działo się w przeszłości. A to jest jakaś
podstawa, poręcz, której trzeba się mocno uchwycić, żeby tak naprawdę
spotkać się z sobą.
Marek: Jakie są te pierwsze obrazki świata,
który pamiętasz?
Artur: Kiedy próbowałem się nastroić do
naszej rozmowy, pierwsze wspomnienie, jakie się pojawiło, to pogrzeb
mojego ojca. Miałem wtedy dwa lata i jestem przekonany, że pamiętam ten
moment, kiedy szedłem w kondukcie: idę zdezorientowany, no bo niby
widzę, że jest jakaś impreza, którą zagaja facet w sukience, ale coś mi
nie gra, bo to spotkanie ludzi, którzy płaczą, a moje krótkie
doświadczenie podpowiada mi, że ludzie spotykają się, żeby się bawić. Z późniejszej perspektywy tak na poziomie emocji pamiętam natomiast matkę,
której nie było. Ojciec zmarł w wieku trzydziestu sześciu lat,
zostaliśmy dwie siostry i ja, no i mama miała wokół nas sporo zajęć.
Przede wszystkim musiała na nas zarobić. Pracowała w kuchni, w jakiejś
szkole za miastem. Wyobraź sobie: szła piechotą godzinę do pracy,
wracała skonana po dźwiganiu wielkich garów, ubijaniu wuchty ziemniaków,
po umyciu setki naczyń, przynosząc ze sobą takie trojaki z żarciem, na
które czekaliśmy. Oczywiście moja starsza siostra, rocznik 1965,
przejęła rolę głowy rodziny, zajmowała się mną i tą średnią.
Jak patrzę na to dzisiaj, to jest jakiś inny świat. Świat dorosłych
dzieci, którym czegoś zabrakło, żeby się wycieszyć. Bo taki był po
prostu ten PRL, w którym się urodziliśmy. Zimny chów, nikt nas nie
wychuchał i nie wydmuchał, kształtowały nas podwórka i ulice.
Marek: Jeśli chodzi o moje najwcześniejsze
wspomnienia, to są jakieś migawki. Wydaje mi się, że mam w pamięci
pierwszy dzień w przedszkolu. Płaczę, jestem przestraszony, gdy mama
mnie zostawia. Mam pewnie trzy lata. Drugie wspomnienie to gdy jestem w tym przedszkolu tak zwanym starszakiem. W trakcie sprzeczki uderzam
kolegę w brzuch. I to mam tak dobrze zakodowane, bo pamiętam, że wtedy
jakąś reprymendę dostałem, rodzice byli wzywani. Nic się temu koledze
nie stało na szczęście. Poza tym z przedszkola zapamiętałem, że
denerwowało mnie leżakowanie po obiedzie.
Artur: Znaczy się od przedszkolaka byłeś
krnąbrny, antysystemowy?
Marek: Tak. Pamiętam nawet, że kiedyś w porze tego leżakowania wymknąłem się do toalety i zaryglowałem się w niej na czas, kiedy inni spali. Później bałem się wrócić, żeby nie
dostać ochrzanu od pani wychowawczyni. Na swój sposób byłem twardzielem,
bo przestałem te półtorej godziny bosymi stopami na zimnych kafelkach w łazience.
Artur: Jest jeszcze jeden symbol
dzieciństwa, który zapamiętałem, poza skatechizowanym wychowaniem: to
wódka. Wódka była zawsze, gdy przyjeżdżała rodzina, gdy mama poznała
ojczyma, gdy była jakaś radość albo jako antidotum na smutek. Przewijała
się po stołach, na majówkach, przy okazji dużych i małych interesów.
Czasem gdy idę gdzieś parkiem i widzę taką pustą butelkę po wódce, jakoś
to do mnie wraca. Bo to nie jest dla mnie zwykły porzucony kawałek
szkła. Jako dzieciak dostrzegałem w wódce magię. Ludzie schodzili się na
jakieś imprezy, imieniny zwłaszcza, bo to były takie czasy, że na
Andrzeja, Mietka, Krystynę trzeba było się spotkać. Kobiety wręczały
solenizantom kwiaty, a mężczyźni wódkę, i już samo to składanie życzeń
połączone z wręczaniem flaszki z przezroczystym płynem było okazją do
żartów. Taka rozgrzewka przed ostrym piciem. Coś podobnego dzieje się,
gdy wchodzisz na koncert albo na ważny mecz Ligi Mistrzów i już wiesz,
że za chwilę przeżyjesz jakieś emocje. Potem to się nakręcało, robiło
się głośniej, ktoś zaczynał śpiewać i wybuchała taka niesamowita
euforia. Dorośli byli dobrzy dla dzieci. Chcieli nas przytulać, dawali
drobne, bawili się z nami i potem dopiero to jakoś siadało. No bo któryś
wujek zaczynał być wulgarny, któraś z ciotek szlochała, jak jej w życiu
niedobrze - licytacja na żale, kto ma generalnie bardziej przejebane, a jednak sobie radzi. Pojawiały się oczywiście sprośne żarty, których za
bardzo nie chwytałem, no bo seks, intymność to były tematy tabu.
Intuicyjnie czułem jednak, że to coś ważnego, czego jeszcze nie
rozumiem, ale za jakiś czas odkryję. Dziwiłem się tylko temu językowi,
bo ludzie mówili o seksie jak o świniobiciu. Byłem widzem tego teatru. Z osób na co dzień potwornie nudnych wychodziło dużo emocji. I ta wódka
wydawała się takim sokiem z gumijagód, który otwierał ludzi na nowy
wymiar. I nam, mi i siostrom oraz kuzynostwu, to się bardzo podobało, że
przyjeżdża jakiś wujek i jak sobie wypije, to rozdaje kasę. Więc ta
wódka nie wydawała się czymś złym. Z drugiej strony, rodzice
przestrzegali mnie przed ekipami winiarzy. Świetnie pamiętam niedbale
ubranych mężczyzn z widocznym gołym okiem zarostem, którzy chowali się
za winklem z winem. To chyba wtedy właśnie wbiłem sobie do głowy, że to
są jacyś gorsi ludzie, że pijak pijakowi nie jest równy. Mówiło się, że
to jest właśnie dno.
Marek: Moje wspomnienia są inne. Mam przed
oczyma obraz działki, na której spędzaliśmy wakacje. Gorącego lata w Srebrnicy nad Zalewem Koronowskim koło Bydgoszczy. A więc wielkiego,
pięknego jeziora w leśnej otulinie, bo to jest obrzeże Borów
Tucholskich. Wymarzone miejsce dla dzieciaków. Czekaliśmy na te dwa i pół miesiąca biegania na bosaka po gorącym piasku, kąpania się,
szlajania po lesie i robienia różnych fajnych rzeczy. Była nas
kilkudziesięcioosobowa ekipa rówieśników w tym fantastycznym miejscu.
W tygodniu mieszkaliśmy z Tomkiem zupełnie sami. Dopiero w piątek
zjeżdżali do nas rodzice z zaopatrzeniem. Przywozili nam pieniądze i jedzenie. Miałem tam jednego kumpla, który cieszył się, gdy ojciec
przyjeżdżał na weekend i odpalał jakiś alkohol, bo robił się fajnym,
sympatycznym, a zarazem wesołym facetem. No i ten mój kolega zawsze mógł
pójść do domu, jak ojciec już był dobrze podrobiony, i zagadać o jakąś
sprawę, o którą mu chodziło. Na przykład chciał nowych butów, to ojciec
od razu wyciągał portfel i dawał mu pieniądze na jakieś najnowsze drogie
adidasy czy nike. On tego nachlanego ojca przyjmował wręcz z radością.
Artur: No a w twoim domu? Wódka się lała?
Marek: Mój dom wyglądał inaczej niż twój.
Jeśli już ktoś pił w nim alkohol, to naprawdę symbolicznie. Na plotki do
mamy przychodziła jej siostra i potrafiły tak, godzinami nie zamykając
ust, sączyć wciąż ten sam kieliszek koniaku.
Natomiast tata w domu nie pił. Czasem przychodził już pijany z roboty.
Najczęściej po wypłacie. Rozpijali z kolegami flaszki w zaciszach hotelu
robotniczego. A w domu szedł spać i tyle.
Pamiętam też, że były momenty, gdy bardzo liczyłem na to, że wróci do
domu zawiany. Gdy zbliżał się termin wywiadówki. Miałem po prostu
nadzieję, że nie pójdzie do szkoły w takim stanie i będę uratowany.
Cholernie bałem się wywiadówek.
Artur: Ja też. Dziś się z tego śmieję, ale
wtedy tak jak ty dość mocno te wywiadówki przeżywałem.
Marek: W szkole miałem opinię, że jestem
zdolny i gdyby tylko mi się chciało, tobym miał świetne oceny. Niestety
ciągnęły się za mną kłopoty, o których rodzicom nie mówiłem i dowiadywali się o tym właśnie na wywiadówkach. To było takie naiwne
myślenie, że jeśli nie powiem o jakimś przewinieniu albo słabych
ocenach, to zniknie i nikt się o tym nie dowie. A w domu było tak, że
mama chodziła do mojego brata Tomka na wywiadówki, a ojciec chodził do
mnie. Mama zawsze była, zresztą do dziś jest, osobą łagodną, natomiast
ojciec reagował nerwowo nawet na najdrobniejsze przewinienia. No i ja
się modliłem, żeby w dzień wywiadówki przyszedł pijany. Liczyłem na to,
że jak mama pójdzie na wywiadówkę do Tomka, to już nie zdąży zajrzeć do
mojej klasy.
Artur: Tak mi przyszło do głowy, jak
wspomniałeś tego kolegę, który lubił, gdy ojciec był pijany, bo robił
się jowialny i hojny, że najgorszy świat widziany oczyma dziecka mimo
wszystko potrafi być sielski i że dzieci go kolorują. I to są początki
jakiejś schizofrenii może nawet. Pijany ojciec jest fajny, bo daje
prezenty, a ten trzeźwy, wymagający to kawał tyrana. Więc jak jest lekko
podchmielony, to anioł, a jak walczy o trzeźwość, to diabeł. Ja to
wyraźnie zobaczyłem, gdy w moje życie wkroczył ojczym.
Marek: Mówiłeś, że matka była zaganiana
robotą i obrabianiem was. Gdzie ona go właściwie poznała?
Artur: Matka przyjaźniła się z sąsiadami. To
był bezdzietny konkubinat. Wydawali mi się ludźmi zamożnymi. Obydwoje na
jakichś kierowniczych stanowiskach, w latach osiemdziesiątych jeździli
skodą. Mężczyzna niestety dość mocno się upijał. Ta sąsiadka często
przychodziła do mamy, bo zwyczajnie nie mogła z nim wytrzymać. Nie miała
w Krośnie bliskich, pochodziła gdzieś spod Łodzi. No a że matka miała
doświadczenie z pijakiem w domu, bo mój rodzony ojciec też pił, to ta
pani przychodziła do nas się pożalić i znajdowała zrozumienie.
Zresztą ci ludzie po śmierci ojca moją matkę dość mocno wspierali.
Zabierali mnie na wczasy: nad morze, w góry. Pewnie gdyby nie oni, gór i morza za dzieciaka bym nie zobaczył. Matki nie było po prostu stać na
to, żeby fundować nam wakacje. Sama też oczywiście nigdzie nie jeździła
i była szczęśliwa, jak po powrocie z pracy mogła się po prostu położyć i spać na wersalce. Pamiętam grymas jej twarzy, człowieka, którego boli
głowa. Zazwyczaj kładła sobie kompres na czoło, bo od zawsze miała dość
silne migreny. Ja często spędzałem popołudnia u tej sąsiadki.
No ale kiedyś wszystko się nagle zmieniło. Ta kobieta miała dość
awantur, które urządzał jej partner, i podjęła decyzję, że chce
zakończyć ten związek. Postanowiła uciec przed nim do Niemiec
zachodnich. Pamiętam to dokładnie, to była taka nocna akcja. Jej brat
jeździł na tirach. Wszystko umówili wcześniej. Przyniosła do nas ubrania
i najpotrzebniejsze rzeczy popakowane w walizki. Obudziła mnie w nocy,
żeby się pożegnać. Strasznie się poryczałem. Mówiła, że będzie dzwonić,
i wtedy widziałem ją ostatni raz. Było mi bardzo smutno, bo ona zawsze
miała dla mnie dużo ciepła, uśmiechu, troski, uwagi. Przynosiła mi
słodycze, smażyła placki ziemniaczane, no ale przede wszystkim umiała ze
mną rozmawiać. Matka nie miała dla nas tyle czasu, ale ja jej absolutnie
o to nie obwiniam.
No i mama związała się z tym mężczyzną. W zasadzie nie miała możliwości,
żeby gdzie indziej kogoś poznać. W jakimś sensie powtórzył się schemat.
Znów był przy niej mężczyzna. Dawał finansowe oparcie, ale to znów był
alkoholik. Mama zaczęła spędzać więcej czasu u tego sąsiada, raz po raz
zostawała u niego na noc.
Marek: Jak wy go w swojej rodzinie
przyjęliście?
Artur: Dzieciaki nie miały w tamtych czasach
za wiele do gadania. No ale wujkowie, ciotki i babcia przyjęli go
doskonale. Ważne były pozory, bo on o nas rzeczywiście dość mocno
zadbał. Stać nas było na lepsze ubrania, wyjazdy, krótko przed moją
komunią zmieniliśmy mieszkanie na większe. W zasadzie to odbyło się
jakoś tak, że zdaliśmy mieszkania nasze i mojego ojczyma, bo matka za
chwilę wzięła z nim ślub, i przeprowadziliśmy się do nowego bloku na
mieszkanie trzypokojowe. Wreszcie miałem pokój tylko dla siebie. Ojczym
miał pieniądze. Myślę, że nieźle zarabiał, a poza tym, jak to bywało w PRL-u, jako kierownik jednego z większych zakładów w Krośnie Odrzańskim
miał dochody na boku. To był taki czas, kiedy się wszystko załatwiało na
lewo, poza obiegiem, bezpośrednio u producenta, i opierało się sprawy o bufet. Pamiętam, że on miał zawsze mnóstwo pieniędzy. I to była dla mnie
fantastyczna zmiana. Nagle miałem piłkę, fajne buty, kostkę Rubika i inne cuda. Kiedy wracał do domu, dawał mi jakieś drobne. To było
niesamowite. Jak on już zjadł i poszedł się położyć, matka z jego ubrań,
w zasadzie z każdej kieszeni jego koszul i spodni, wyciągała jakieś
pieniądze.
Marek: Na zewnątrz było widać, że się wam
powodzi.
Artur: Tak. Ludzie wyciągali prosty wniosek.
Niby obcy człowiek, a zajął się kobietą z dziećmi. Więc oceniali to
dobrze. Nie widzieli, że ten człowiek ma problem z alkoholem. PRL to był
taki czas, który kojarzy mi się z tym, że ludzie skupiali się na tym,
jak wyglądasz, tym, co siedzi w nas w środku, interesujemy się
stosunkowo od niedawna. W tych realiach ojczym był dobrym człowiekiem,
bo zajął się inną rodziną. Taki to był kod. Wszyscy dookoła
bagatelizowali kompletnie kwestię, że ten bohater był non stop po prostu
pijany.
Marek: Tak to kiedyś wyglądało. Pracował,
zarabiał, a że pił... Przecież pili wszyscy.
Artur: No ale pieniądze to jedna strona
medalu. Jest i druga - doświadczyłem tego boleśnie. Mam na myśli wstyd.
Niesprawiedliwy, nieuzasadniony, bo chyba to nie ja powinienem był się
wstydzić. I to jest moje najbardziej traumatyczne wspomnienie związane z alkoholem, które przeżywam do dziś.
Marek: Ja też takie chyba mam.
Artur: Kiedyś wracałem z kolegami i koleżankami ze szkoły. To mogła być piąta, szósta klasa. Szliśmy na
filingu takim fajnym, bo to jest ulga, jak jest ciepło i wracasz po
nudnych lekcjach do domu z perspektywą długiego popołudnia na zabawę. I ja pamiętam to, jakby wydarzyło się dziś. Zobaczyłem w oddali
zataczającego się po pijaku faceta. To był on. Starałem się jakoś
wszystkich zagadać, zwolnić ten peleton dzieciarni wracającej do domu,
ale się nie udało. Weszliśmy z nim na czołówkę, jak on płynął dosłownie
od krawężnika do krawężnika tą ulicą. Jedna dziewczyna, którą od tego
momentu dość mocno znielubiłem, pokazała go palcem z uśmiechem na
ustach. Dzieciaki potrafią być okrutne niestety. To było takie cholernie
dojmujące poczucie, że jestem jakiś gorszy. Nie on, najebany w trzy
dupy, ale właśnie ja. Dla niego to było banalne w tym momencie, wracał
sobie najebany do domu jak zazwyczaj. Nie miał nawet pojęcia, jak mocno
to przeżywałem. Robiłem później jakieś zwody alpejskie, żeby się na
niego już nie natknąć, pamiętam potworny strach, który mnie napadał,
kiedy sobie wyobrażałem, że znów będę musiał przeżywać ten wstyd.
Marek: Wstyd, którego ja doświadczyłem, był
inny. Z punktu widzenia dziecka też jak najbardziej zrozumiały. Ten
przykład, który podajesz, to zresztą pokazuje. Myślę, że dziś byś to
olał i liczył bardziej na współczucie świadków takiego zdarzenia. No ale
dzieci potrafią być rzeczywiście okrutne. Sam tego zaznałem. W naszym
domu się specjalnie nie przelewało. Matka tyle, co miała, nam dawała.
Nie stać jej było, żeby jakoś specjalnie uatrakcyjnić nasze dzieciństwo.
Muszę jednak przyznać, że dbała o nas i starała się, jak mogła.
Zmierzchający PRL, a potem transformacja ustrojowa nie były jednak
okresem, na którym moi rodzice skorzystali. Ja mam wręcz wrażenie, że
ich status się obniżył. Pamiętam, że ojciec przez jakiś czas nie miał
pracy i w zasadzie utrzymywała nas matka. Żeby była jasność: byliśmy
nakarmieni, ubrani, ale na nic więcej nie było nas stać. Szczególnie
zapadły mi w pamięć święta Bożego Narodzenia, po których dzieciaki
wracały do szkoły i zawsze się przechwalały prezentami i opowiadały, co
które dostało. Nauczycielka zadawała nam nawet takie wypracowanie:
mieliśmy opisać ten magiczny moment, pochwalić się prezentami i wrażeniami ze świąt. I to była ta chwila, kiedy czułem wstyd. Bo nie
miałem czym się pochwalić.
Artur: No właśnie. Z perspektywy czasu takie
sytuacje wydają się absurdalne.
Marek: No ale wówczas myślałem i odczuwałem
inaczej. Dzisiaj, jak na to patrzę, widzę, że to kompletnie
irracjonalne. Wtedy jednak było mi przykro, że w sumie nie mogę napisać
nic fajnego, bo w moim domu było ubogo, i to mimo że rodzice się
starali. Nie mam rzecz jasna do nich pretensji, że w domu brakowało
pieniędzy i nie stać ich było na atrakcyjniejsze prezenty. Tak wyszło.
Ale ten smutek wynikający z doświadczania tego okresu w dzieciństwie
noszę w sobie do dziś.
Dla mnie święta nie mają wymiaru duchowego, nigdy w zasadzie nie miały,
bo z wiarą jestem na bakier od dawna. Traktuję je tylko jako pretekst do
sprawienia komuś materialnej przyjemności. W pierwszych latach życia
mojej córki Amelii rekompensowałem sobie braki z własnego dzieciństwa.
Raz wręcz zasypałem moje dziecko prezentami. Było kompletnie ogłupione
tą masą paczek do rozpakowania. Widziałem dezorientację w jej oczach. To
ją zwyczajnie przerosło. Potem sobie uświadomiłem, że to, co robię, to
jakaś wierutna bzdura. Kupując drogi zestaw Lego dla córki, tak naprawdę
chciałem zrobić przyjemność swojemu wewnętrznemu dziecku. Tak było na
przykład z ciuchcią do składania z wielu elementów. Dałem jej coś, o czym to ja marzyłem, nie ona. Leczyłem własne bolączki z dzieciństwa.
Artur: Do dziś jesteś ze świętami na bakier.
Marek: Jakoś tak jest, że każde święta i okres okołoświąteczny, który ciągnie się do Nowego Roku, z sylwestrem
włącznie, to jest chyba najgorszy dla mnie czas w roku. Jestem
przygnębiony, właściwie nie wiem, co się ze mną dzieje, nie chce mi się
nic. Mam ochotę zamknąć się i zniknąć. Czuję smutek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki