NOWY POCZĄTEK. Wyrosnąć z DDA. Wsparcie dla dorosłych córek alkoholików - Robert J. Ackerman

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (35,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Przed­mowa

Od kiedy uka­zało się pierw­sze wyda­nie Wyro­snąć z DDA. Wspar­cie dla doro­słych córek alko­ho­li­ków, pewne rze­czy zmie­niły się, a inne nie. Szczę­śli­wie nie­które sprawy zmie­niły się na lep­sze. Naj­waż­niej­sze, że obec­nie dostępna jest więk­sza pomoc dla dzieci w każ­dym wieku, które wycho­wy­wały się w domu z jed­nym lub oboj­giem rodzi­ców alko­ho­li­ków. Peda­go­dzy, doradcy psy­cho­lo­giczni, psy­cho­te­ra­peuci, pra­cow­nicy poradni zdro­wia psy­chicz­nego dla mło­dzieży, księża, usta­wo­dawcy i przed­sta­wi­ciele innych zawo­dów są dzi­siaj bar­dziej świa­domi pro­ble­mów sta­ją­cych przed dziećmi alko­ho­li­ków. Ponadto w Ame­ryce poja­wiło się wiele zna­ko­mi­tych pro­gra­mów pomocy na pozio­mie fede­ral­nym, sta­no­wym i lokal­nym.

Kolejna zmiana polega na tym, że uzy­ski­wa­nie pomocy przez nie­let­nie lub doro­słe dziecko alko­ho­lika jest bar­dziej akcep­to­wane. Leka­rze są lepiej szko­leni w postę­po­wa­niu z pro­ble­mami alko­ho­lo­wymi i rodzin­nymi. Uwa­żam rów­nież, że na lep­sze zmie­niło się podej­ście w samym udzie­la­niu pomocy. Czę­ściej korzy­stamy z "modelu siły", uzna­jąc doro­słe dzieci alko­ho­li­ków za osoby, które potra­fiły z powo­dze­niem prze­trwać traumę, oraz opie­ramy się na stra­te­giach odpor­no­ści psy­chicz­nej, które wiele z nich wykształ­ciło u sie­bie w dzie­ciń­stwie. Prze­sta­li­śmy trak­to­wać dzieci alko­ho­li­ków jak ofiary.

Szcze­gól­nie istotne w wypadku tej książki są zmiany, do jakich dopro­wa­dziły kobiety zarówno dla sie­bie, jak i dla całego spo­łe­czeń­stwa. Choć nie doko­nały się jesz­cze wszyst­kie z tych potrzeb­nych prze­mian, kobiety mogą dziś efek­tyw­niej poszu­ki­wać pomocy i otrzy­my­wać lep­sze wspar­cie, a także udzie­lać go sobie nawza­jem. Ta zmiana bar­dzo zwięk­szyła szansę na to, że doro­słe córki alko­ho­li­ków znajdą potrzebną pomoc.

Pewne rze­czy się jed­nak nie zmie­niły. W dal­szym ciągu "wytwa­rzamy" rodzi­ców, któ­rzy popa­dają w alko­ho­lizm, a dzieci wciąż dora­stają w rodzi­nach uza­leż­nio­nych lub w inny spo­sób dys­funk­cyj­nych. Poza tym wciąż mamy wię­cej alko­ho­li­ków nie­le­czo­nych niż trzeź­wie­ją­cych, co ozna­cza, że więk­szość dzieci alko­ho­li­ków będzie dalej wycho­wy­wać się z piją­cym ojcem lub/i matką. W kon­se­kwen­cji w dal­szym ciągu trzeba będzie udzie­lać pomocy dzie­ciom alko­ho­li­ków, nie­za­leż­nie od tego, czy ich rodzice osta­tecz­nie się­gną po pomoc dla sie­bie, czy nie.

Kolejną sprawą, która zgod­nie z moimi obser­wa­cjami pozo­staje nie­zmienna, jest prze­wod­nia rola doro­słych córek alko­ho­li­ków w świad­cze­niu pomocy nie tylko nie­let­nim, lecz także doro­słym dzie­ciom alko­ho­li­ków. Na­dal sły­szę i widzę wię­cej doro­słych córek niż doro­słych synów goto­wych dzie­lić się swo­imi histo­riami, spo­strze­że­niami, lękami i przy­mio­tami słu­żą­cymi odbu­do­wa­niu i popra­wie jako­ści ich życia.

I w końcu sprawą, która sta­now­czo się nie zmie­niła, jest moja pasja i pra­gnie­nie poma­ga­nia innym dzie­ciom alko­ho­li­ków. Na­dal wykrzy­kuję w duchu rado­sne Yes!, gdy wiem, że w jakiś spo­sób udało mi się być dla kogoś pomoc­nym, i gdy widzę w oczach tej osoby, że zwąt­pie­nie w sie­bie powoli ustę­puje poczu­ciu wła­snej war­to­ści. Od publi­ka­cji mojej pierw­szej książki, Chil­dren of Alco­ho­lics: A Guide­book for Edu­ca­tors, The­ra­pi­sts and Parents (Dzieci alko­ho­li­ków: prze­wod­nik dla peda­go­gów, psy­cho­te­ra­peu­tów i rodzi­ców) w 1978 roku, mia­łem szczę­ście nale­żeć do rosną­cej wspól­noty osób, które pra­gną pod­no­sić jakość swego życia. Była to wspa­niała zespo­łowa wyprawa i jesz­cze się dla mnie nie skoń­czyła.

Obecne, zak­tu­ali­zo­wane wyda­nie niniej­szej książki zawiera pewne nowe infor­ma­cje. Doda­łem pod­roz­działy o odpor­no­ści psy­chicz­nej w dzie­ciń­stwie i doro­sło­ści, a także o ryzy­kow­nych rela­cjach, Reflek­sje na zakoń­cze­nie każ­dego roz­działu oraz dwa roz­działy. W Reflek­sjach znaj­dują się cytaty z wypo­wie­dzi słyn­nych kobiet, które mogą skło­nić do wła­snych prze­my­śleń.

W nowym pierw­szym roz­dziale zawar­łem listy otrzy­mane od tzw. ide­al­nych córek po publi­ka­cji pierw­szego wyda­nia tej książki. Nie­które z ich auto­rek zada­wały mi pyta­nia, inne dzie­liły się swo­imi histo­riami, jesz­cze inne chciały powie­dzieć: "Dzię­kuję", a część chciała mnie po pro­stu pozdro­wić. Jak się prze­ko­nasz, listy te nie tylko zazna­ja­miają nas z innymi ide­al­nymi cór­kami i ich pro­ble­mami, lecz rów­nież wpro­wa­dzają do tema­tyki książki. Dla­tego umie­ści­łem je na samym początku.

Drugi nowy roz­dział - Sekrety, sekrety i jesz­cze raz sekrety - odnosi się do naj­pow­szech­niej­szych pro­ble­mów wielu doro­słych córek, które wystę­po­wały w ich domu oprócz samego alko­ho­li­zmu. Piszę o roz­wo­dach, sto­so­wa­niu prze­mocy i zabu­rze­niach jedze­nia. Zagad­nie­nia te - powią­zane zarówno wza­jem­nie, jak i z alko­ho­li­zmem rodzi­ców - dokła­dają kolejne kom­pli­ka­cje do i tak trud­nego już życia wielu doro­słych córek.

Mam nadzieję, że ta książka oraz spo­strze­że­nia pocho­dzące od doro­słych córek będą dla cie­bie pomocą. Zasłu­gu­jesz, by ją otrzy­mać.

Wpro­wa­dze­nie

Wpro­wa­dze­nie

Od połowy lat sie­dem­dzie­sią­tych mia­łem przy­wi­lej uczest­nic­twa w jed­nym z naj­bar­dziej satys­fak­cjo­nu­ją­cych, emo­cjo­nu­ją­cych i nie­po­wta­rzal­nych doświad­czeń, jakie mogę sobie wyobra­zić - współ­pracy z dziećmi alko­ho­li­ków w róż­nym wieku oraz z ruchem dzieci alko­ho­li­ków w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Jeź­dzi­łem po całym kraju, wygła­sza­jąc wykłady i pre­lek­cje dla dzieci alko­ho­li­ków i o nich, a także słu­cha­jąc ich samych. Pod każ­dym wzglę­dem był to auten­tyczny oddolny ruch spo­łeczny, zwią­zany z zagad­nie­niami życia ludzi w róż­nym wieku, któ­rzy w dzie­ciń­stwie doświad­czyli cier­pień, ale w swoim obec­nym życiu chcą miło­ści, rado­ści, zdro­wia i piękna. Ruch ten pomaga w odra­dza­niu się do życia.

W miarę jak byłem świad­kiem zespa­la­nia się uprzed­nio mil­czą­cych gło­sów oraz sam bra­łem w nim udział, poczy­ni­łem dwie obser­wa­cje. Po pierw­sze, ruch dzieci alko­ho­li­ków przy­cią­gnął doro­słych w róż­nym wieku, któ­rzy wycho­wy­wali się w rodzi­nach z pro­ble­mem alko­ho­lo­wym, czyli "doro­słe dzieci", obec­nie toru­jące drogę dla następ­nych poko­leń. Po dru­gie zaś, przy­tła­cza­jącą więk­szość tych doro­słych dzieci, które są skłonne aktyw­nie dzia­łać oraz poma­gać innym przez dzie­le­nie się frag­men­tami swego życia, sta­no­wią kobiety. Zresztą postęp w odnie­sie­niu do więk­szo­ści pro­ble­mów, jakich doświad­czają w naszym kraju dzieci, zawdzię­czamy przede wszyst­kim orga­ni­zu­ją­cym się kobie­tom i sprawa dzieci alko­ho­li­ków nie jest tu wyjąt­kiem.

W trak­cie swo­ich podróży mia­łem oka­zję wysłu­chać wielu kobiet skłon­nych do dzie­le­nia się swo­imi histo­riami. Opo­wie­ści te roz­bu­dziły moje zain­te­re­so­wa­nie pro­ble­ma­tyką doro­słych córek alko­ho­li­ków. Ich goto­wość do wyra­że­nia swo­ich uczuć, myśli, bólu i spo­strze­żeń oraz opi­sa­nia pro­cesu zdro­wie­nia otwo­rzyła drzwi wielu kobie­tom i męż­czy­znom, któ­rych życie w rodzi­nach alko­ho­lo­wych prze­bie­gało w izo­la­cji i mil­cze­niu. Jestem dłuż­ni­kiem wszyst­kich doro­słych córek, które pomo­gły mi lepiej je zro­zu­mieć, a następ­nie prze­ka­zać innym to, czego się dowie­dzia­łem. Jeżeli jesteś doro­słą córką alko­ho­lika, ta książka jest skie­ro­wana do cie­bie, napi­sana dla cie­bie i o tobie.

Opiera się ona na bada­niach nauko­wych oraz wywia­dach prze­pro­wa­dzo­nych z ame­ry­kań­skimi rodzi­nami obar­czo­nymi alko­ho­li­zmem oraz rodzi­nami od niego wol­nymi. Mam nadzieję, że będzie źró­dłem spo­strze­żeń i zro­zu­mie­nia nie tylko dla samych doro­słych córek alko­ho­li­ków, lecz rów­nież dla tych ludzi, któ­rzy je kochają, miesz­kają czy pra­cują z nimi i je wspie­rają.

Co waż­niej­sze, książka ta doty­czy pro­cesu zdro­wie­nia. Nie wszyst­kie doro­słe córki są obcią­żone takim samym dzie­dzic­twem czy bory­kają się z takimi samymi pro­ble­mami. Wszyst­kie objęte bada­niem osoby wyra­żały jed­nak to samo pra­gnie­nie, by lepiej rozu­mieć sie­bie, swoje obecne zacho­wa­nia oraz spo­soby, w jakie mogą zmie­nić swoje życie na lep­sze. Pro­blemy, jakie te kobiety poru­szały, doty­czyły rozu­mie­nia cech ich oso­bo­wo­ści i zacho­wań, związ­ków mię­dzy­ludz­kich i kwe­stii bli­sko­ści, rela­cji z rodzi­cami, wła­snych umie­jęt­no­ści rodzi­ciel­skich, prze­pra­co­wa­nia uczuć z dzie­ciń­stwa, wła­snych uza­leż­nień, toż­sa­mo­ści płcio­wej i chęci doj­ścia do pełni zdro­wia. Być może część tych spraw jest ważna rów­nież dla cie­bie.

Książka dzieli się na pięć czę­ści. Pierw­sza zawiera wybór listów, które otrzy­ma­łem od doro­słych córek alko­ho­li­ków. Ana­li­zuję w niej rów­nież dzie­ciń­stwo, oma­wia­jąc wiele kwe­stii zwią­za­nych z tym, jak wycho­wy­wał cię nało­gowo pijący rodzic.

Część druga jest poświę­cona odmien­nej dyna­mice rela­cji oraz skut­kom poja­wia­ją­cym się, gdy córka mieszka z matką alko­ho­liczką i gdy żyje pod jed­nym dachem z ojcem alko­ho­li­kiem. Umie­ści­łem tam rów­nież roz­dział doty­czący prze­mocy, zabu­rzeń jedze­nia oraz roz­wo­dów w kon­tek­ście życia doro­słej córki.

Część trze­cia doty­czy rozu­mie­nia sie­bie i swo­ich zacho­wań. Ponadto oma­wiam w niej źró­dła wielu two­ich zacho­wań oraz przyj­mo­wa­nie przez doro­słe córki spe­cy­ficz­nych sche­ma­tów postę­po­wa­nia w swoim życiu - zarówno pozy­tyw­nych, jak i nega­tyw­nych.

Tema­tykę czwar­tej czę­ści sta­nowi nauka akcep­ta­cji swo­jej prze­szło­ści, obec­nych zacho­wań, a nade wszystko sie­bie samej. Do poru­sza­nych wąt­ków należą opi­nie doro­słych córek o związ­kach mię­dzy­ludz­kich, kwe­stie rodzi­ciel­stwa, pro­blemy z wła­snymi rodzi­cami oraz praca z ewen­tu­al­nymi uza­leż­nie­niami u sie­bie.

Część piąta doty­czy odkry­wa­nia sie­bie i pro­cesu zdro­wie­nia w przy­padku doro­słych córek. W miarę czy­ta­nia tej książki i - jak mam nadzieję - two­jego pogłę­bia­ją­cego się samo­po­zna­nia będziesz sie­bie odkry­wać. Czy chcę powie­dzieć, że nie wiesz, kim jesteś? Nie, ale pytam, jak dobrze się znasz. Czy znasz wszyst­kie aspekty sie­bie, swoje zacho­wa­nia oraz powody, dla któ­rych myślisz i dzia­łasz w cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie spo­sób? Czy na dro­dze odkry­wa­nia samej sie­bie doszłaś do etapu decy­do­wa­nia o tym, które cząstki sie­bie chcia­ła­byś zacho­wać, z któ­rymi roz­stać się na zawsze, a które zmo­dy­fi­ko­wać? Czy odkry­łaś swoje lęki, wąt­pli­wo­ści i subiek­tyw­nie postrze­gane ogra­ni­cze­nia, a także swoje zalety, talenty, zdol­no­ści i moż­li­wo­ści pod­nie­sie­nia jako­ści swego życia?

Czy­ta­jąc tę książkę, natkniesz się na słowa wielu kobiet i na wiele wąt­ków powszech­nie prze­wi­ja­ją­cych się w ich życiu. Zawsze miej jed­nak w pamięci jedną sprawę, leżącą u pod­łoża psy­chiki każ­dego doro­słego dziecka alko­ho­li­ków: wszy­scy jeste­śmy mistrzami prze­trwa­nia. Dość mam już słu­cha­nia wykła­dów czy czy­ta­nia ksią­żek i arty­ku­łów o doro­słych dzie­ciach alko­ho­li­ków pisa­nych tak, jak­by­śmy byli naj­bar­dziej pokrę­co­nymi, dys­funk­cyj­nymi ludźmi, jakich nosi Zie­mia. Nie wiem jak ty, ale ja ni­gdy nie spo­tka­łem doro­słego dziecka, które nie uważa, że potrafi prze­trwać nie­mal wszystko. Tak, życie doro­słych dzieci alko­ho­li­ków jest pełne cier­pie­nia. Jeśli jed­nak dokład­nie się sobie przyj­rzysz, uznasz, że masz wiele umie­jęt­no­ści i duży poten­cjał. Piszę o wytrwa­niu, nadziei, zdol­no­ściach i sile, które widzia­łem u wielu doro­słych "mistrzów prze­trwa­nia". Nie piszę o roz­pa­czy i bez­na­dziei ofiar. Wiele kobiet, któ­rych słowa przy­ta­czam w tej książce, powta­rzało, że ma się za zwy­cięż­czy­nie.

Bada­nie naukowe, na któ­rym opiera się ta książka, korzy­stało z ogól­no­kra­jo­wej próbki 1209 kobiet w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Spo­śród nich 624 wycho­wy­wały się w rodzi­nach alko­ho­lo­wych, a 585 - w niealko­ho­lo­wych. Aby nie prze­ry­wać toku wywodu ani two­ich prze­my­śleń, wszyst­kie dane sta­ty­styczne zawar­łem w Dodatku. Nie­za­leż­nie od tego bada­nia 200 kobiet wycho­wa­nych w rodzi­nach alko­ho­lo­wych zgo­dziło się udzie­lić wywia­dów. Ich spo­strze­że­nia, uwagi i histo­rie oso­bi­ste uka­zują emo­cjo­nalne realia życia doro­słych córek alko­ho­li­ków, któ­rych nie uchwy­ci­łyby suche dane licz­bowe.

Pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia tej książki sta­ną­łem przed wiel­kim wyzwa­niem, pole­ga­ją­cym na tym, że mia­łem nie tyle być jej "auto­rem", ile opra­co­wać zebrane wypo­wie­dzi. Korzy­sta­łem więc ze swo­ich umie­jęt­no­ści naukowca, pisa­rza, doradcy psy­cho­lo­gicz­nego, doro­słego dziecka alko­ho­lika i - co naj­waż­niej­sze - słu­cha­cza, by jak naj­le­piej prze­ka­zać ci to, czego się dowie­dzia­łem. Mam nadzieję, że słu­cha­łem uważ­nie i że dzięki temu dwa cele tej książki - lep­sze rozu­mie­nie doro­słych córek alko­ho­li­ków oraz przed­sta­wie­nie róż­nych moż­li­wo­ści pro­cesu zdro­wie­nia - uda się zre­ali­zo­wać. Mam także nadzieję, że te cele, które sobie posta­wi­łem, będą sprzy­jać reali­za­cji two­ich celów jako doro­słej córki.

Roz­dział 1. Czy tylko ja to czuję? Listy ide­al­nych córek

Roz­dział 1

Czy tylko ja to czuję? Listy ide­al­nych córek

Wszyst­kie jeste­śmy w tym razem - same.

Lili Tom­lin

Więk­szość ludzi lubi listy. Dobry list świad­czy o tym, że ktoś o tobie myślał i poświę­cił czas na to, by nawią­zać z tobą kon­takt. Od kiedy uka­zało się pierw­sze wyda­nie Wyro­snąć z DDA. Wspar­cie dla doro­słych córek alko­ho­li­ków, otrzy­ma­łem wiele listów od doro­słych córek alko­ho­li­ków. W tre­ści tej kore­spon­den­cji poja­wiały się opo­wie­ści o doświad­cze­niach życio­wych ich auto­rek, pyta­nia o nie same, roz­wa­ża­nia o tym, czy wycho­wa­nie w rodzi­nie alko­ho­lo­wej wywarło na nie wpływ, obawy o związki part­ner­skie, chęć dowie­dze­nia się, jak wyzwo­lić się od prze­szło­ści, dzie­le­nie się nadzieją z innymi doro­słymi cór­kami, a także po pro­stu zwy­kłe podzię­ko­wa­nie.

Co jed­nak naj­waż­niej­sze, listy te pocho­dzą od kobiet, które prze­stały wypie­rać pewne aspekty swo­jego życia, biorą odpo­wie­dzial­ność za swoje ozdro­wie­nie i uświa­da­miają sobie, że nie są same. Doświad­cza­nie bólu i traumy może też dopro­wa­dzić do nawią­za­nia wewnętrz­nej więzi z innymi. Na ten roz­dział książki składa się część z otrzy­ma­nych przeze mnie listów. Choć każdy z nich przy­szedł od innej osoby, wszyst­kie mają wyraźne wspólne wątki. Pre­zen­tuję je tutaj z nadzieją, że i ty będziesz mogła poczuć tę więź. Jestem wdzięczny ich autor­kom za napi­sa­nie do mnie i poka­za­nie ci, że nie jesteś sama.

Sza­nowny Panie Dok­to­rze,

zapra­gnę­łam napi­sać do Pana po prze­czy­ta­niu Wyro­snąć z DDA. Była to pierw­sza książka o dzie­ciach alko­ho­li­ków prze­czy­tana przeze mnie w cało­ści, bo prze­ko­nuję się, że więk­szość porad­ni­ków nie jest dla mnie spe­cjal­nie pomocna. (...) Szcze­gól­nie spodo­bało mi się to, że w odróż­nie­niu od wielu, nie wpada Pan w pułapkę uzna­wa­nia, że abso­lut­nie każde zacho­wa­nie jest prze­ja­wem współ­uza­leż­nie­nia.

Czy­ta­jąc Wyro­snąć z DDA, zda­łam sobie sprawę, że doko­na­łam już znacz­nego postępu. Uświa­do­mi­łam też sobie, że wciąż czeka mnie długa droga, bo cią­gle bar­dzo cier­pię. Przede wszyst­kim mam wra­że­nie, że utknę­łam: odby­łam tera­pię - dużo dowie­dzia­łam się o sobie i na temat tego, dla­czego postę­puję w okre­ślony spo­sób - jed­nak nie wiem, co dalej z tym począć. Tak jak­bym inte­lek­tu­al­nie zdała sobie sprawę z tego, jak zawa­lone było moje wycho­wa­nie, ale nie prze­pra­co­wała tego emo­cjo­nal­nie. Wciąż mam w sobie dużo gniewu. Związki mię­dzy­ludz­kie wciąż budzą we mnie lęk. Nie­ła­two jest mi zna­leźć praw­dziwą bli­skość z kim­kol­wiek (męż­czy­znami czy kobie­tami). Kiedy czuję się prze­stra­szona albo zagro­żona, z reguły odci­nam się od ludzi. Mam dobrych przy­ja­ciół, ale trudno mi odczu­wać, że naprawdę jestem z nimi bli­sko. Cza­sem nacho­dzą mnie lęki i wtedy się izo­luję, bo dzięki temu czuję się bez­piecz­niej. Nie­kiedy łatwiej jest mi być samej, ale potem jestem zdez­o­rien­to­wana, bo mam skrytą i intro­wer­tyczną naturę, więc nie wiem, w jakim stop­niu bycie w poje­dynkę wynika po pro­stu z oso­bo­wo­ści, a w jakim wiąże się z wycho­wa­niem. I cią­gle zasta­na­wiam się, czy jestem "nor­malna".

Uwa­żam, że zaak­cep­to­wa­nie sie­bie jest zna­czącą czę­ścią pro­cesu zdro­wie­nia, ale tak jak pisze Pan w swo­jej książce, to, że o tym wiem, nie wystar­cza. Muszę to poczuć. Jak to się robi? Wciąż nie mam jasno­ści. Dora­dza Pan także, by nauczyć się "uwal­niać". Może Pan powie­dzieć, jak Pan to robi? Mówi Pan sobie po pro­stu: "Odpuść to"? Co takiego czło­wiek musi zro­bić, żeby się uwol­nić? Nie tra­fi­łam jesz­cze na żadne mate­riały wyja­śnia­jące "mecha­nizm" uwal­nia­nia się. Poza tym moja sytu­acja jest inna niż pozo­sta­łych córek z Pań­skiej książki. Mia­łam nie tylko ojca alko­ho­lika, ale także prze­wle­kle chorą umy­słowo matkę, która sto­so­wała skrajną prze­moc emo­cjo­nalną. Czy są jakieś książki o dora­sta­niu w domu tego typu? Myślę, że przy­po­mina to sytu­ację, gdy czło­wiek ma dwoje rodzi­ców alko­ho­li­ków, ale nie jestem pewna. Jeżeli dys­po­nuje Pan jaki­miś infor­ma­cjami, które mogą być przy­datne, będę za nie bar­dzo wdzięczna.

Pró­bo­wa­łam udziału w wielu mityn­gach DDA1, ale gene­ral­nie nie lubię pro­gra­mów opar­tych na dwu­na­stu kro­kach. Czy są jakieś alter­na­tywne formy pomocy gru­po­wej poza dwu­na­stoma kro­kami? Wszel­kie infor­ma­cje na ten temat od Pana będą dla mnie bar­dzo cenne. Cie­szę się, że natknę­łam się na Pań­ską książkę. Jestem pewna, że pomo­gła wielu doro­słym cór­kom.

Bar­dzo dzię­kuję za czas poświę­cony na czy­ta­nie tego maila.

Z powa­ża­niem Eli­za­beth

Witam, Dok­to­rze Acker­man,

mam dwa­dzie­ścia pięć lat, a mój ojciec leczy się od lat osiem­na­stu. Dopóki nie prze­czy­ta­łam Wyro­snąć z DDA, nie zda­wa­łam sobie sprawy, że tkwię w pie­kle współ­uza­leż­nie­nia. Zawsze z uśmie­chem na ustach mówi­łam o sobie jako o "córuni tatu­nia". Prawda jest taka, że mój ojciec jest i zawsze będzie alko­ho­li­kiem. Dzi­siaj mogę powie­dzieć, trzy­ma­jąc wysoko głowę (pra­cuję nad pozby­ciem się poczu­cia winy), że nie jestem już z nim współ­uza­leż­niona.

Tra­fi­łam na Pań­ską książkę przez przy­pa­dek (...) to był zbieg oko­licz­no­ści (spo­sób Boga na zacho­wa­nie inco­gnito - to będzie jedyny tru­izm, obie­cuję). (...) Mój ojciec, w wieku pięć­dzie­się­ciu trzech lat, będzie miał jutro zakła­dane potrójne by-passy. Jest to pierw­szy "nor­malny kry­zys" w mojej rodzi­nie i wszy­scy potra­ci­li­śmy głowy! Pierw­szy raz w życiu potra­fię zoba­czyć nas oczami czę­ściowo zdro­wej już osoby, a nie doro­słej córki alko­ho­lika. Pła­ka­łam w tym tygo­dniu, ale to było wspa­niałe uczu­cie.

Powoli godzę się z tym, że nie jestem w sta­nie napra­wić nikogo innego. Moja mama, tata, brat - każde z nich musi liczyć na sie­bie. Ja dbam o SIE­BIE.

To tyle tytu­łem przed­sta­wie­nia się. A piszę ten mail, po pierw­sze, żeby powie­dzieć: "Dzię­kuję!".

Po dru­gie, żeby wspo­mnieć, że nawet gdy rodzice trzeź­wieją, nie każdy w rodzi­nie zaczyna zdro­wieć w tym samym cza­sie. Mój ojciec jest trzeźwy, odkąd skoń­czy­łam sie­dem lat. Jak pisa­łam, teraz mam dwa­dzie­ścia pięć. Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć. Wiem, że dzięki jego trzeź­wo­ści oraz umie­jęt­no­ściom MOIM i mojego męża potra­fimy utrzy­mać zdrowe mał­żeń­stwo. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka ma ojca będą­cego aktyw­nym alko­ho­li­kiem i tego nie potrafi. (Pro­szę się nie mar­twić, posła­łam jej Pana książkę). Jestem teraz w mał­żeń­stwie, w jakim ni­gdy nie byli moi rodzice. Dzięki Bogu!

Tak czy tak, jestem silna. Uczę się stać na wła­snych nogach. Nie mogę uwie­rzyć, że ta jedna rela­cja w moim życiu, którą uzna­wa­łam za naj­lep­szą, jest w rze­czy­wi­sto­ści naj­gor­sza.

Jesz­cze raz dzię­kuję - jest Pan wyjąt­ko­wym czło­wie­kiem! Jen

Sza­nowny Panie Dok­to­rze,

bar­dzo dzię­kuję, że popro­sił mnie Pan o przed­sta­wie­nie czę­ści moich doświad­czeń DDA. Zga­dzam się z tym, że czy­ta­nie o prze­ży­ciach innych pomaga nam. Wiem, że sama poczu­łam wielką nadzieję po prze­czy­ta­niu o innych kobie­tach, które miały jesz­cze gor­sze doświad­cze­nia niż moje, a w końcu nauczyły się kie­ro­wać swoim życiem w taki spo­sób, by zacho­wa­nie obec­nych w nim alko­ho­li­ków czy nar­ko­ma­nów nie dopro­wa­dzało ich do szału.

Mam trzy­dzie­ści sie­dem lat, a w wieku dwu­dzie­stu trzech owdo­wia­łam. Zwią­zek, w któ­rym jestem obec­nie, trwa od czter­na­stu lat. Jestem naj­star­szą z czworga rodzeń­stwa i jedyną córką. Mając dzie­więt­na­ście lat, wyszłam za swoją lice­alną miłość, Jamesa, który rów­nież pocho­dził z rodziny alko­ho­lo­wej. Ze względu na jego służbę woj­skową miesz­ka­li­śmy za gra­nicą. Tam też zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym. Nasze mał­żeń­stwo było już wtedy na skraju roz­padu, bo cią­gle mnie zdra­dzał.

Briana pozna­łam zale­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej. Oto­czył mnie uwagą, któ­rej w tam­tym okre­sie roz­pacz­li­wie potrze­bo­wa­łam. Jakaś część mnie smu­ciła się z powodu śmierci męża, ale inna czuła wielką ulgę, że nie może mnie już dalej ranić. Myślę, że zawsze już będę miała wyrzuty sumie­nia z powodu tych odczuć, ale wła­śnie tak wtedy czu­łam.

Brian był tro­chę impre­zo­wi­czem, kiedy się pozna­li­śmy, ale byli­śmy mło­dzi, nie­zwią­zani z nikim i nie mie­li­śmy dzieci, więc nie spra­wiało mi to kło­potu. Przez całe lata od pozna­nia mogli­śmy spo­ty­kać się wspól­nie z przy­ja­ciółmi i korzy­stać towa­rzy­sko z alko­holu, nie odczu­wa­jąc żad­nych szko­dli­wych tego skut­ków. To była po pro­stu mło­dość i dobra zabawa. Pro­blemy zaczęły się po jakichś sied­miu latach, kiedy posta­no­wi­li­śmy zało­żyć rodzinę. Dla mnie było oczy­wi­ste, że po pod­ję­ciu takiej decy­zji czło­wiek się ogar­nia i dora­sta. Dla Briana nie było to takie pro­ste. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że był fak­tycz­nie uza­leż­niony od uży­wek. Zro­biło się jesz­cze gorzej, gdy zaczął eks­pe­ry­men­to­wać z crac­kiem. Palił, a potem prze­pa­dał na całą noc. Działo się to, kiedy byłam w ciąży z naszą córką. Pamię­tam, jak w ósmym i dzie­wią­tym mie­siącu nie­zli­czone razy jeź­dzi­łam po mie­ście, szu­ka­jąc go po mie­ście bla­dym świ­tem, pod­czas gdy powin­nam wysy­piać się w domu, bo rano szłam do pracy.

Całe noce nie mogłam usnąć, tylko prze­pła­ki­wa­łam. To był w moim życiu okropny okres. Dzwo­ni­łam w środku nocy do jego matki i żali­łam się, co nie bar­dzo jej odpo­wia­dało. Pew­nego razu mia­łam tak dość, że wywa­li­łam z sza­fek wszyst­kie jego rze­czy i usy­pa­łam z nich wielki stos na pod­ło­dze w pokoju dzien­nym z zamia­rem wyrzu­ce­nia go, gdy tylko wróci!

Od uro­dze­nia się naszej córeczki takich incy­den­tów jest mniej i poja­wiają się dużo rza­dziej, ale Brian wciąż ma nawroty. Teraz chyba już od dawna nie palił cracku, ale wiem, że od czasu do czasu popala trawkę, a także nad­używa alko­holu. Cią­gle rusza mnie to, kiedy coś bie­rze, ale w końcu zda­łam sobie sprawę i zaak­cep­to­wa­łam to, że kolejny incy­dent jest zawsze tylko kwe­stią czasu. Kie­dyś myśla­łam, że pew­nego dnia Brian doj­rzeje i prze­sta­nie zacho­wy­wać się nie­od­po­wie­dzial­nie. Teraz rozu­miem, że praw­do­po­dob­nie tak nie będzie. Alko­ho­lizm i uza­leż­nie­nie od uży­wek to nie są pro­blemy, z któ­rych się zwy­czaj­nie "wyra­sta". Jed­nak na­dal jest to dla mnie bar­dzo fru­stru­jące, kiedy wraca po jakiejś noc­nej balan­dze i mówi mi, jak zły jest na sie­bie i że tym razem będzie ina­czej, naprawdę się zmieni i ni­gdy już cze­goś takiego nie zrobi. Wyobraża Pan sobie, ile razy sły­sza­łam od niego te słowa.

Na początku mu wie­rzy­łam i przez pewien czas było w porządku, ale potem oczy­wi­ście znowu wszystko wra­cało. I znów kolejne obiet­nice, które dalej były łamane. Nie mam już siły, żeby w nie wie­rzyć. Taka wiara zapewne dopro­wa­dzi­łaby mnie do sza­leń­stwa. Pozwa­la­nie sobie na nią i chwa­le­nie się przed zna­jo­mymi i rodziną, że tym razem on naprawdę trak­tuje to poważ­nie, że tym razem jest ina­czej, jest zbyt bole­sne. W takich chwi­lach zawsze patrzyli na mnie dziw­nie, a ja wie­dzia­łam, co myślą: "Wszystko jej można wmó­wić". Mam dość czu­cia się jak głu­pia, a poza tym to za bar­dzo boli, gdy cała nadzieja raz po raz umiera. Dla­tego teraz przyj­muję do wia­do­mo­ści, że on wła­śnie taki jest.

Podej­rze­wam, że jestem nawet wdzięczna, bo mogłoby być jesz­cze gorzej, dużo gorzej. Mógłby być odra­ża­ją­cym, awan­tu­ru­ją­cym się, agre­syw­nym alko­ho­li­kiem, który pije każ­dego dnia i robi wszyst­kim w domu istne pie­kło. Taki był mój ojciec. Więc nie, to nie wygląda aż tak źle. Brian potrafi funk­cjo­no­wać przez mie­siące, nawet rok czy dłu­żej bez wznowy. To stwa­rza złu­dze­nie, że może tym razem w końcu cał­kiem mu się udało. Do zeszłego tygo­dnia upły­nęło ponad pół­tora roku od jego ostat­niego ciągu.

Wyszedł z domu odwieźć mojego brata, który, nawia­sem mówiąc, też jest alko­ho­li­kiem, i nie wra­cał przez cztery godziny, mimo że dojazd zaj­muje dwa­dzie­ścia minut. Tego wie­czoru dzwo­nił do mnie kilka razy, fasze­ru­jąc mnie jaki­miś wymów­kami, dla­czego jesz­cze go nie ma. Przez cały ten czas czu­łam, że kiep­sko się dzieje. Pod­czas poprzed­niego incy­dentu, pół­tora roku wcze­śniej, też był z moim bra­tem. Żeby nie prze­dłu­żać opo­wie­ści, powiem tylko, że tej nocy wylą­do­wał w aresz­cie. Zadzwo­nił, żebym przy­szła i zapła­ciła za niego kau­cję. Powie­dzia­łam, że nie ma mowy. Abso­lut­nie nie wcho­dzi w grę, żebym w środku nocy zry­wała z łóżek nasze dzieci po to, żeby wycią­gać go z aresztu. Powie­dzia­łam, że sam się wpa­ko­wał w te kło­poty, więc może teraz sam sobie pora­dzić. Dla­czego ja mia­ła­bym przez to cier­pieć? Prze­sie­dział w celi całą noc. To była jedna z naj­lep­szych decy­zji, jakie pod­ję­łam. Nawet Brian to przy­znał. Miał dzięki temu dużo czasu na myśle­nie o swoim życiu i o tym, do czego może dopro­wa­dzić, jeśli w końcu się nie otrzą­śnie. Dla­tego wiem, że ze mną jest teraz dużo lepiej niż kilka lat temu. Wiem, że mam dość siły, by zatrosz­czyć się o sie­bie.

Naj­bar­dziej mar­twię się obec­nie o nasze dzieci, szcze­gól­nie o córkę. Mamy dwójkę: sied­mio­let­nią córkę i czte­ro­let­niego syna. Wiem, że kiedy córka będzie star­sza, zacznie wyczu­wać napię­cie pomię­dzy rodzi­cami. Pew­nego dnia Brian znowu odwali jakiś numer, a ona się o tym dowie. Nie będę jej w tych spra­wach okła­my­wała. Nie zro­bię tego. Zresztą i tak by się na udało. Dzieci czują, kiedy nie mówi się cze­goś z prze­ko­na­niem albo kiedy opo­wiada się im bajki. Ja zawsze czu­łam. Nie chcę ni­gdy posy­łać jej takich dez­orien­tu­ją­cych sygna­łów. W zasa­dzie uwa­żam, że Brian powi­nien jej to wyja­śnić. Ale wtedy - i wła­śnie tego się naj­bar­dziej boję - wiem, że ona w końcu do mnie przyj­dzie z pyta­niem: dla­czego, skoro on mnie okła­muje i w ogóle zacho­wuje się tak, jak się zacho­wuje, wciąż z nim jestem? To trudne pyta­nie. Trudno mi na nie odpo­wie­dzieć nawet sobie. Oczy­wi­ście go kocham i jest fan­ta­stycz­nym ojcem. Jest dobrym czło­wie­kiem pod bar­dzo wie­loma wzglę­dami. Nasza córka go uwiel­bia. Syn jest tro­chę bar­dziej zdy­stan­so­wany; ogól­nie mówiąc, nie czuje się zbyt swo­bod­nie w oto­cze­niu męż­czyzn. Ale boję się, jak córka zare­aguje na odkry­cie, że tata nie jest dosko­nały. Boję się także tego, że dosta­nie ode mnie sygnał, iż nie ma nic złego w utrzy­my­wa­niu związku z kimś, kto cię okła­muje i trak­tuje gorzej, niż na to zasłu­gu­jesz. W sumie wydaje się, że wła­śnie tak robi Mamu­sia...

Tak bar­dzo chcę, żeby łań­cuch poko­leń współ­uza­leż­nio­nych kobiet w mojej rodzi­nie prze­rwał się na mnie i żeby ona była tak zdrowa emo­cjo­nal­nie, jak to moż­liwe, i mój syn rzecz jasna też. Trud­niej jest mi wyobra­zić sobie, jak to wszystko będzie w tym momen­cie wpły­wać na niego. Natu­ral­nie naj­le­piej umiem posta­wić się w sytu­acji córki. Pamię­tam, jak czy­ta­łam, że kiedy chłopcy zaczy­nają uczyć się zacho­wań wzglę­dem kobiet, z któ­rymi wcho­dzą w bliż­szą rela­cję, czę­sto opie­rają się na tym, jak ojciec trak­to­wał ich matkę.

Dla­tego dalej pra­cuję nad swoim zdro­wie­niem. Muszę to robić, bo wiem, że pasuję do wzorca "doro­słej córki alko­ho­li­ków". Kie­dyś nało­gowo pró­bo­wa­łam rato­wać także resztę swo­jej rodziny - moich trzech braci, któ­rzy są uza­leż­nieni od uży­wek albo alko­holu, i moją matkę, która oczy­wi­ście była sil­nie współ­uza­leż­niona z moim ojcem. Gdy wszy­scy byli­śmy już doro­śli, rodzice w końcu wzięli roz­wód, a ojciec zmarł zale­d­wie kilka lat póź­niej, sam w swoim miesz­ka­niu, na cho­roby wywo­łane wie­lo­let­nim nad­uży­wa­niem alko­holu i pale­niem papie­ro­sów.

Myślę, że moja matka czuje się tro­chę roz­cza­ro­wana z powodu nauki, jaką wynio­słam z pro­cesu zdro­wie­nia. Wzbu­rza ją, kiedy mówię, że moi bra­cia powinni wresz­cie sami sta­nąć na nogi, bo nie uwa­żam, żebym miała obo­wią­zek opie­ko­wać się nimi, gdy zabrak­nie im opieki z jej strony. Nie będę ich niań­czyła i uła­twiała im dal­szego picia i ćpa­nia. Ona oczy­wi­ście nie widzi tego w ten spo­sób. Jej zda­niem jestem dla nich zbyt surowa i w ogóle jak można tak trak­to­wać swoją naj­bliż­szą rodzinę? Ale oni muszą na pew­nym eta­pie życia nauczyć się sami trosz­czyć się o sie­bie. Nie mam obo­wiązku ich w tym wyrę­czać. Przy­po­mina mi się jedno z haseł DDA: "To nie stało się przeze mnie, nie mogę tego napra­wić, nie mam nad tym kon­troli". Kie­ruję się teraz w życiu tymi sło­wami.

Na początku z naj­więk­szym tru­dem uda­wało mi się je zaak­cep­to­wać, nauczyć się odpusz­czać tę sprawę, zaprze­stać prób kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kiego i wszyst­kich. W tam­tym cza­sie nie potra­fi­łam sobie wyobra­zić, jakby to miało być. Byłam prze­ko­nana, że jedy­nie dzięki spra­wo­wa­niu kon­troli moje życie i życie wszyst­kich wokół mnie wciąż się nie zawa­liło i pozo­sta­jemy przy zdro­wych zmy­słach. Ale w końcu dotarło do mnie, że kiedy to sobie odpusz­czę i zacznę się trosz­czyć o sie­bie, wszystko inne i wszy­scy inni w taki czy inny spo­sób też zatrosz­czą się o sie­bie, i że to jest w porządku. Sprawy nie zawsze toczyły się w taki spo­sób, w jaki toczy­łyby się, gdy­bym miała nad nimi kon­trolę, ale cóż to była za ulga, gdy wresz­cie zdo­ła­łam odgra­ni­czyć swoje życie i swoje powin­no­ści od życia i powin­no­ści wszyst­kich pozo­sta­łych! Daw­niej naprawdę nie umia­łam tego odróż­nić. Jeśli kto­kol­wiek miał kło­poty, do mnie nale­żało ich roz­wią­za­nie. Pro­ste i jasne. Patty, na pomoc! To się skoń­czyło.

Wciąż zma­gam się z tym, co ser­wuje mi życie, ale wiem, że radzę sobie znacz­nie lepiej niż dzie­sięć lat temu i że będę dalej zdro­wiała, więc za dzie­sięć lat będę sobie radzić jesz­cze lepiej.

Dzię­kuję za wszyst­kie Pana wspa­niałe książki. Naprawdę bar­dzo zmie­niły moje życie i jestem wdzięczna za moż­li­wość podzie­le­nia się moimi doświad­cze­niami z Panem i z innymi, któ­rzy są na dro­dze zdro­wie­nia. Dzięki.

Patty

Drogi Rober­cie!

Dora­sta­łam w rodzi­nie z oboj­giem nało­gowo piją­cych rodzi­ców. Ni­gdy nie nauczy­łam się ufać temu, co widzę, temu, co czuję, praw­dzie czy sobie. Ojciec wra­cał z pracy do domu i jesz­cze zanim się z nami przy­wi­tał, brał już piwo z lodówki na dole. Mama nie zaczy­nała pić, póki nie leże­li­śmy w łóż­kach. Trzy­mała butelki z dala od naszych oczu, z tyłu szafy w sypialni mał­żeń­skiej. Dzi­siaj dalej tam stoją.

Pamię­tam awan­tury w środku nocy. Będąc naj­młod­sza z trójki dzieci, jako jedyna wsta­wa­łam z łóżka, inter­we­nio­wa­łam i pró­bo­wa­łam napra­wić sytu­ację. Mia­łam pew­nie pięć czy sześć lat, kiedy po raz pierw­szy bła­ga­łam tatę, żeby się nie zabił.

Pamię­tam, jak leżąc wtedy w łóżku, sły­sza­łam pomruki ich gło­sów nara­sta­jące i opa­da­jące na tle głosu Johnny'ego Car­sona. Prze­ży­wa­łam męki wahań, kiedy mam wstać. Jeśli wsta­wa­łam za wcze­śnie, oboje zaprze­czali, że się pokłó­cili, i wtrą­ce­nie się tylko prze­dłu­żało ich picie. Jeżeli zaś wcho­dzi­łam we wła­ści­wym momen­cie, uda­wało mi się prze­ko­nać ich, żeby poło­żyli się spać.

Tej nocy zro­zu­mia­łam, że zwle­ka­łam zbyt długo, kiedy ich kłót­nia prze­nio­sła się do sypialni. Tata gro­ził, że odej­dzie, trza­skał drzwicz­kami sza­fek, pró­bo­wał zało­żyć buty, szu­kał klu­czy­ków samo­cho­do­wych, obrzu­cał matkę wyzwi­skami, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam. Oskar­że­nia, prze­kleń­stwa. Sta­ra­łam się zagro­dzić mojemu pra­wie dwu­me­tro­wemu ojcu wyj­ście z sypialni. Z roz­tar­gnie­niem odsu­nął mnie w kąt, jakby strzą­sał pająka. Potem zaczęła się wyle­wać jego nie­na­wiść do sie­bie: "Byłoby ci lepiej, gdy­bym nie żył. Zabiję się. Jestem do niczego. Nikt mnie nie kocha".

Bła­ga­łam: "Ja cie­bie kocham, tatu­siu. Nie rób tego. Pro­szę, nie rób. Wra­caj. Ni­gdzie nie idź". Jed­no­cze­śnie moja matka, trwa­jąca jak zwy­kle w głę­bo­kim wypar­ciu, mówiła: "On nie mówi na poważ­nie. Nie zrobi tego".

Ojciec zszedł do połowy scho­dów i w miej­scu, w któ­rym zaraz znik­nąłby nam z oczu, nagle przy­sta­nął. Po raz pierw­szy zoba­czy­łam, jak pła­cze. Jego szloch odbi­jał się od ścian holu. Usiadł na stop­niach, zakry­wa­jąc twarz dłońmi. Skoń­czyło się. Do następ­nego razu.

Rano jak zwy­kle zjadł dwa jajka, sie­dząc ze mną przy stole kuchen­nym w napię­tym mil­cze­niu. Oboje uda­wa­li­śmy, że nic się nie wyda­rzyło. Do dzi­siaj ni­gdy o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Gdy już byłam dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nią repor­terką pra­sową, prze­pro­wa­dza­łam wywiad z dwiema psy­cho­loż­kami od uza­leż­nień. Opi­sy­wały różne role w rodzi­nie alko­ho­lo­wej i to, w jaki spo­sób nad­uży­wa­nie alko­holu wyrzą­dza wszyst­kim krzywdę. Zoba­czy­łam swoją rodzinę i sie­bie. Ale musiało dotrzeć do mnie jesz­cze wię­cej infor­ma­cji, upły­nąć wię­cej lat i odbyć się wię­cej roz­mów, zanim poszłam na sesję z tera­peutą, żeby zro­zu­mieć i zaak­cep­to­wać sie­bie jako DDA.

Koń­czę wła­śnie czy­tać Wyro­snąć z DDA - pod­nosi mnie na duchu to, że widzę, jak daleko już zaszłam. Ale wiem też, że mam przed sobą długą drogę. Jestem jed­nak gotowa i chętna do pracy nad nie­zdro­wymi obsza­rami mojej rela­cji mał­żeń­skiej. Nie zamy­kam już na nie oczu. Nie będzie łatwo, ale mój part­ner też się stara. Nie jestem pewna, czy cho­dzimy do odpo­wied­niego tera­peuty, ale mąż nie chce nikogo innego, a ten tera­peuta spo­tyka się także z moimi dziećmi, więc ma cały obraz.

Wciąż jestem w trak­cie zdro­wie­nia. (Czy to się kie­dy­kol­wiek koń­czy?) Nie sto­suję już na stałe wypar­cia. Nie jestem dosko­nała, popeł­niam błędy, ale świat się nie wali. Mam się dobrze. Żyję dalej. Kie­ruję się teraz swoim wewnętrz­nym gło­sem - nie jestem w tym ide­alna, ale go słu­cham. Wciąż wyko­rzy­stuję pracę zawo­dową i różne zaję­cia do tego, by uni­kać kon­flik­tów w mojej rela­cji z mężem. Ale wychwy­tuję, kiedy to się dzieje, sta­ram się odkryć przy­czyny i odzy­wam się.

Oba­wiam się prze­ka­za­nia alko­ho­licz­nego dzie­dzic­twa moim dzie­ciom, ale już nie tak bar­dzo jak daw­niej. Się­gam po pomoc, kiedy jej potrze­buję, i mniej się wsty­dzę. Cią­gle uczę się sta­wiać zdrowe gra­nice.

Dzi­siaj potra­fię powie­dzieć swo­jemu osiem­dzie­się­cio­let­niemu ojcu, że go kocham - i to jest prawda. Mówię to bez żad­nych zastrze­żeń i ocze­ki­wań. To jest mój dar dla niego - i dla mnie. Boli mnie, że on nie odpo­wiada mi tym samym. Nie wiem, dla­czego nie umie powie­dzieć mi: "Kocham cię", ale zdaję sobie sprawę, że to jest jego pro­blem. Kocha mnie naj­le­piej, jak umie. Jestem wdzięczna, że mówi moim dzie­ciom, szcze­gól­nie mojemu synowi: "Kocham was". Ni­gdy nie dowiem się, dla­czego nie mówi tego mnie. Ale nie szko­dzi. Nie potrze­buję już do życia jego apro­baty. Radzę sobie bez niej. Uczę się kochać i sza­no­wać sie­bie.

Jestem warta tego, by mnie kochać, i zasłu­guję na sza­cu­nek. Dopiero kiedy wysłu­cha­łam Pana pre­lek­cji, zda­łam sobie sprawę, dla­czego cią­gle powta­rzam mojemu tacie, że go kocham. Nie uspra­wie­dli­wiam tego, co zro­bił, ale wyba­czy­łam mu i uwol­ni­łam się od gniewu. Jego mil­cze­nie nie rani już tak bar­dzo. To, że nie potrafi powie­dzieć, że mnie kocha, doty­czy bar­dziej jego niż mnie. Jest mi przy­kro z tego powodu, ale prze­cho­dzę nad tym do porządku dzien­nego.

Jesz­cze raz dzię­kuję za zna­ko­mite spo­strze­że­nia, które zaczerp­nę­łam z Pana ksią­żek. Nie­długo pla­nuję prze­czy­tać Before It's Too Late (Zanim będzie za późno).

Z powa­ża­niem Patt

Sza­nowny Panie Dok­to­rze,

wiem, że to nie­mą­dre, ale boję się pisa­nia tego listu. Mam aspi­ra­cje pisar­skie, jed­nak moje doświad­cze­nia doro­słego dziecka z rodziny alko­ho­lo­wej stają ponad wszyst­kim innym. Igno­ruję swo­jego kry­tyka wewnętrz­nego i wysy­łam do Pana ten list.

Pań­skie uprzejme pyta­nie, czy roz­wa­ży­ła­bym nade­sła­nie jakie­goś tek­stu do nowego wyda­nia Wyro­snąć z DDA, uru­cho­miło wszyst­kie głosy, które wciąż są czę­ścią osoby, jaką byłam i jestem w tym życiu. Nauczy­łam się jed­nak ich słu­chać (...) dzię­ko­wać im za obec­ność (...) a potem pro­sić, by zechciały sie­dzieć cicho! Dopiero po przej­ściu przez ten mały rytuał jestem w sta­nie robić coś dalej.

Pierw­szym kro­kiem było wpi­sa­nie Pań­skiego adresu mailo­wego do mojego kom­pu­tera. Zajęło mi to dwa tygo­dnie. Następny krok pole­gał na tym, by usiąść i zabrać się do pracy. Potrze­bo­wa­łam na to kolej­nych pię­ciu dni. Cie­szę się obecną chwilą w moim życiu. Dopro­wa­dził mnie do niej pro­ces zdro­wie­nia. Nawet na stu­dia poszłam, dopiero gdy mia­łam trzy­dzie­ści lat.

W tym roku koń­czę czter­dzie­ści trzy lata i pod pew­nymi wzglę­dami czuję się tak, jak­bym dopiero wszystko zaczy­nała - to poczu­cie wol­no­ści, które ma nasto­la­tek, gdy pierw­szy raz wyjeż­dża z domu na stu­dia; ten zastrzyk adre­na­liny i łomot serca z powodu podej­mo­wa­nia zdro­wego ryzyka z poczu­ciem, że ma się za sobą solidny sys­tem wspar­cia. Nie uro­dzi­łam się z takim sys­temem, ale lata zdro­wie­nia nauczyły mnie, że trzeba mieć dość siły, aby taki sys­tem wytwo­rzyć - i on jest naj­lep­szy. Sama jestem swoim naj­wier­niej­szym przy­ja­cie­lem. Stwo­rzy­łam rela­cję z Bogiem, który ma we mnie swoje miej­sce. Nauczy­łam się odróż­niać dawne, auto­de­struk­cyjne głosy od głosu samo­za­cho­waw­czego. Pań­skie doko­na­nia były dla mnie wielką pomocą. Dzię­kuję wszyst­kim tym kobie­tom, które były przede mną. Regu­lar­nie przyj­muję zapro­sze­nia do wygła­sza­nia odczy­tów i mówię o cudzie odkry­wa­nia sie­bie w rezul­ta­cie cudu samo­uz­dra­wia­nia.

Moja rodzina stale czer­pała wodę ze studni traumy, a naj­czę­ściej powta­rza­jąca się lek­cja brzmiała: "Nie wierz, że cokol­wiek dobrego w życiu potrwa długo albo nie będzie słono kosz­to­wać". Prze­szłam już długą drogę i wciąż żyję, więc na­dal mogę się wiele nauczyć. Skoro mówią, że naj­lep­sze jest zawsze przed nami, posta­no­wi­łam jesz­cze tro­chę pożyć i zwe­ry­fi­ko­wać tę teo­rię. Moje życie jest obec­nie cudowne dzięki roz­ma­itym moż­li­wo­ściom, które przed sobą widzę. Pró­buję roz­po­ście­rać skrzy­dła; dotąd pra­wie z nich nie korzy­sta­łam. Mam nadzieję, że zechce Pan mi odpo­wie­dzieć, jeśli czas na to pozwoli. Samo napi­sa­nie tego listu było dla mnie jed­nym ze wznio­ślej­szych wyda­rzeń dotych­cza­so­wego życia.

Dzię­kuję za udo­stęp­nie­nie mi tego kanału komu­ni­ka­cji z osobą, którą tak głę­boko sza­nuję. Napi­szę do Pana ponow­nie, jeśli to nie natręc­two. Pro­szę dać mi znać.

Ze szcze­rym usza­no­wa­niem Maggi

Sza­nowny Panie Dok­to­rze!

Mój tata był aktyw­nym alko­ho­li­kiem. W rodzi­nie po cichu mówiło się o piciu taty, ale tylko mama z nim na ten temat roz­ma­wiała. To "roz­ma­wia­nie" zwy­kle pole­gało na cichym dymie­niu, dopóki nie wybu­chał wul­kan. Pamię­tam, jak byłam małym dziec­kiem, mia­łam cztery, może pięć lat. W kuchni mie­li­śmy żółty stół - spę­dza­łam przy nim dużo czasu, grze­biąc w jedze­niu. Mama przy­go­to­wy­wała kola­cję i codzien­nie o tej samej godzi­nie wszystko sta­wało na tym stole. Sia­da­ły­śmy obie i cze­ka­ły­śmy na tatę, który każ­dego popo­łu­dnia zaha­czał w dro­dze z pracy o pijal­nię. Cze­ka­ły­śmy. Kola­cja sty­gła. Cze­ka­ły­śmy dalej. Kiedy tata wresz­cie docie­rał do domu, sia­dał do stołu. Kamienna cisza unie­moż­li­wiała wzię­cie choćby jed­nego kęsa zim­nego jedze­nia. Więc roz­le­wa­łam mleko z kubka. Kiedy teraz o tym myślę, musiało mi cho­dzić po pro­stu o prze­rwa­nie tego nie­zno­śnego napię­cia. Tata odcho­dził od nie­zje­dzo­nego posiłku, a mama krzy­czała na mnie, wycie­ra­jąc roz­lane mleko.

Przez dużą część życia "mleko roz­le­wało mi się" w napię­tych sytu­acjach. Wyszłam za męż­czy­znę, nie alko­ho­lika, ale bar­dzo podob­nego do ojca. Też na różne spo­soby ucie­kał. Byli­śmy razem przez ponad dwa­dzie­ścia lat i wycho­wa­li­śmy szóstkę dzieci. Wciąż cią­gnie mnie do cichych, skry­tych, zdy­stan­so­wa­nych męż­czyzn. Wciąż widzę moż­li­wość i myślę, że mogę żyć z wizją tej moż­li­wo­ści. Aż do dzi­siaj zma­gam się z tym, żeby pozo­sta­wać w rze­czy­wi­sto­ści, którą mam przed oczami, zamiast w tej moż­li­wej, która według mnie mogłaby zaist­nieć. Coraz lepiej wycho­dzi mi dostrze­ga­nie zna­ków ostrze­gaw­czych oraz słu­cha­nie mądro­ści, którą naby­łam. Jeśli coś wygląda jak kaczka, kwa­cze jak kaczka i cho­dzi jak kaczka - nie­wy­klu­czone, że naprawdę jest to wła­śnie kaczka.

Mam nadzieję, że będzie to pomocne dla innych kobiet. Mnie pomaga czy­ta­nie tego w druku.

Nancy

Dok­to­rze Acker­man!

Wła­śnie skoń­czy­łam czy­tać Wyro­snąć z DDA i chcia­łam Pana pozdro­wić. Po całym życiu spę­dzo­nym w mil­cze­niu czuję, że wresz­cie chcę mówić. Czuję się pod­eks­cy­to­wana. Naresz­cie ktoś rozu­mie moje życie. Żebym tylko ja mogła je jesz­cze teraz zrozu­mieć!

Jestem naj­star­szą córką dwojga alko­ho­li­ków. Mam trzy sio­stry i dwóch braci. W dzie­ciń­stwie zawsze wie­dzia­łam, że coś u nas nie gra i że wszystko obraca się wokół butelki piwa, która zawsze była na wycią­gnię­cie ręki. Nie podo­bało mi się, co robiła z moim ojcem, nie podo­bało mi się, jakie reak­cje wywo­ły­wała u matki, ale przede wszyst­kim nie podo­bało mi się, jak ja się przez nią czu­łam - naj­czę­ściej roz­złosz­czona i zdez­o­rien­to­wana.

Mia­łam pięt­na­ście lat, gdy naszą rodziną wstrzą­snął pierw­szy silny kry­zys zwią­zany z alko­ho­lem. Była to pierw­sza sytu­acja, która wywarła na mnie duży wpływ i którą zapa­mię­ta­łam. Alko­ho­lizm i depre­sja mojej matki posu­nęły się tak bar­dzo, że musiała być przez trzy mie­siące hospi­ta­li­zo­wana w sta­no­wym ośrodku psy­chia­trycz­nym. Ale wtedy nie zna­łam tych słów. Wie­dzia­łam tylko tyle, że matka wyje­chała, a moim zada­niem było zaję­cie się wszyst­kim w domu. Ojciec ni­gdy nie nauczył się dopil­no­wy­wać żad­nych spraw czy odnaj­dy­wać w sytu­acjach kry­zysowych.

W trak­cie nie­obec­no­ści matki ojciec w dużym stop­niu pole­gał na mnie, a ja doro­słam do tego zada­nia. Pomo­głam utrzy­mać rodzinę w cało­ści. W pierw­szym tygo­dniu nie­obec­no­ści mamy różni krewni poza­bie­rali nas wszyst­kich do sie­bie. Dotarły do mnie strzępki roz­mów o domach zastęp­czych, więc skon­tak­to­wa­łam się z tatą i powie­dzia­łam, że lepiej, żeby się pośpie­szył i zabrał nas z powro­tem! Przy oka­zji powie­dzia­łam czę­ści naszych Bogu ducha win­nych krew­nych, dokąd mogą się wyno­sić. Mia­łam oka­zję wyła­do­wać na tych ludziach swoją złość na butelkę. Och, jakie to było cudne uczu­cie! Wyro­bi­łam sobie opi­nię pyska­tej smar­kuli.

Mimo że nie­źle się trzy­ma­łam, był to dla mnie trudny okres. Szkoła zawsze była moją oazą i mia­łam dobre stop­nie, ale w tym cza­sie bar­dzo się obni­żyły. Cho­dzi­łam do kato­lic­kiej szkoły śred­niej i wezwała mnie do sie­bie peda­gog szkolna - sio­stra zakonna - żeby zro­bić mi na ten temat wykład. Byłam wtedy aku­rat bar­dzo roz­ża­lona i wyzna­łam jej, co dzieje się w moim życiu. Odpo­wie­działa: "Aha, nie wie­dzia­łam". I tyle. Ode­słała mnie z powro­tem do klasy. Nie zaofe­ro­wała żad­nego pocie­sze­nia, uści­sku, słów otu­chy. Byłam tym zdru­zgo­tana, upo­ko­rzona i zawsty­dzona. Po raz pierw­szy w życiu otwo­rzy­łam się przed kimś, a dano mi do zro­zu­mie­nia, że to, co się u mnie dzieje, nikogo nie obcho­dzi. To doświad­cze­nie było kolej­nym potwier­dze­niem nara­sta­ją­cego we mnie prze­ko­na­nia, że w spra­wie bole­snych sytu­acji w moim życiu mogę liczyć tylko na sie­bie. Tata był zbyt słaby, by sobie z nimi radzić, mamy nie było, a moich nauczy­cieli to po pro­stu nie obcho­dziło.

Kolejny raz roz­ma­wia­łam o alko­ho­li­zmie w mojej rodzi­nie po sie­dem­na­stu latach - gdy poszłam na spo­tka­nie grupy Doro­słych Dzieci Alko­ho­li­ków przy AA. Dowie­dzia­łam się tam, że ile­kroć mia­łam poczu­cie, iż jest ze mną coś nie w porządku, rze­czy­wi­ście tak było. Alko­ho­lizm odci­snął się też na mnie. To była cho­roba, rodzinna cho­roba. Wsko­czy­łam w pro­gram DDA, czy­ta­łam wszystko, co tylko wpa­dało mi w ręce, żeby zro­zu­mieć alko­ho­lizm. Pamię­tam książkę Clau­dii Black, która pisała o "nie mówić, nie ufać, nie czuć". Mówiła, że rodziny z pro­ble­mem alko­ho­lo­wym mają takie trzy reguły; w zasa­dzie wię­cej niż reguły - to są nie­wzru­szone prawa. Czy­ta­jąc te słowa, przy­po­mnia­łam sobie swoje doświad­cze­nie, gdy mia­łam pięt­na­ście lat. To są naprawdę prze­po­tężne zasady, jed­nak byłam zde­ter­mi­no­wana, by zmie­nić swój spo­sób życia. Dołą­cze­nie do grupy DDA było dla mnie począt­kiem zadzi­wia­ją­cej drogi. Jestem dozgon­nie wdzięczna wszyst­kim tym, któ­rzy mieli odwagę poma­gać nam w nauce, jak prze­rwać to mil­cze­nie.

Pan mi pomógł i chcę, żeby Pan o tym wie­dział.

Dzię­kuję Barb

Sza­nowny Panie Dok­to­rze,

kilka tygo­dni temu z reko­men­da­cji mojej psy­cho­te­ra­peutki Beverly wzię­łam udział w jed­nej z Pana sesji o Wyro­snąć z DDA. Zapro­po­no­wała ona rów­nież, abym do Pana napi­sała.

Sesja bar­dzo mi się podo­bała; było tak, jakby mówił Pan wprost do mnie. Odby­wam tera­pię dopiero od paru mie­sięcy, więc wszystko to jest dla mnie sto­sun­kowo nowe, ale też fascy­nu­jące i w punkt. Kupi­łam Pana książkę i natych­miast ją prze­czy­ta­łam. W niej też zwra­cał się Pan bez­po­śred­nio do mnie. Ponadto zoba­czy­łam wiele swo­ich cech jako typo­wych dla DDA, mimo że nie zda­wa­łam sobie sprawy z ist­nie­nia jakie­go­kol­wiek związku.

Mój ojciec był alko­ho­li­kiem, a matka ciężko cho­ro­wała od moich naro­dzin aż do swo­jej śmierci, gdy mia­łam szes­na­ście lat. Potem cho­roba alko­ho­lowa ojca jesz­cze się wzmo­gła i było tak, dopóki się nie oże­nił. Wtedy rzu­cił picie (w tym momen­cie sama byłam już od sze­ściu mie­sięcy zamężna). Beverly pomo­gła mi zdać sobie sprawę, że byłam w dzie­ciń­stwie zanie­dby­wana z powodu alko­ho­li­zmu ojca i cho­roby matki. Dla­tego zna­la­złam sobie wier­nego kom­pana oraz pocie­sze­nie w jedze­niu i sta­łam się kom­pul­syw­nym żar­ło­kiem. Ni­gdy nie rozumia­łam, dla­czego mam obse­sję na punk­cie jedze­nia, i nie potra­fi­łam powią­zać swo­ich nawy­ków żywie­nio­wych z żad­nym nastro­jem itp. Teraz rozu­miem. Ponadto czy­ta­jąc Pana książkę, odkry­łam, że jestem współ­uza­leż­niona i prze­ja­wiam wszyst­kie wymie­nione przez Pana cha­rak­te­ry­styczne cechy córki mają­cej ojca alko­ho­lika, a także część poja­wia­ją­cych się w przy­padku matki alko­ho­liczki. Beverly pomo­gła mi zro­zu­mieć, że mimo iż pił tylko mój tata, to cechy alko­ho­li­ków prze­ja­wiali oboje rodzice, bo matka nie była w sta­nie zadbać o sie­bie - a tym bar­dziej o mnie!

Panie Dok­to­rze, dzię­kuję za to, że zajął się Pan tą tema­tyką, pisze książki i pro­wa­dzi odczyty poświę­cone tym zagad­nie­niom. Otwo­rzył mi Pan oczy na powody, dla któ­rych jestem, jaka jestem; zapew­nił mi Pan lep­sze poję­cie o tym, kim jestem i skąd przy­cho­dzę, a także dokąd chcę iść dalej! Mam jesz­cze do wyko­na­nia mnó­stwo pracy "nad sobą", ale uczę się sie­bie kochać i z Bożą pomocą oraz takimi infor­ma­cjami, jakich Pan udziela, stanę się w końcu umy­słowo i fizycz­nie zdro­wym czło­wie­kiem.

Grace Ann

Sza­nowny Panie Dok­to­rze,

chcę powie­dzieć Panu, że zostało mi już tylko kilka ostat­nich stron Pana książki i że pomo­gła mi ona upo­rząd­ko­wać mnó­stwo uczuć. Wiem, że wciąż czeka mnie długa droga, ale wiem także, że naj­gor­sze jest już zde­cy­do­wa­nie za mną. Wcze­śniej byłam świa­doma wielu spraw, które Pan wymie­nia, ale nie wie­dzia­łam, jak się one łączą z tym, co prze­szłam, gdzie jestem i dokąd zmie­rzam.

Wiem, że na pewno jest Pan sza­le­nie zajęty, mam jed­nak jedno pyta­nie. (No, może dwa). Jeśli Pan nie odpo­wie, w pełni to zro­zu­miem, ale mimo wszystko muszę je zadać. Czy­ta­jąc Pana książkę, uświa­do­mi­łam sobie mię­dzy innymi, że wal­czę o kon­trolę w dosyć restryk­cyj­nym związku, który obec­nie jest nie­zdrowy (w zasa­dzie zawsze był nie­zdrowy; mam nadzieję, że kie­dyś może się to zmie­nić), z męż­czy­zną podej­mu­ją­cym ryzy­kowne zacho­wa­nia. Czy jest praw­do­po­dobne, że da się ura­to­wać ten zwią­zek, szcze­gól­nie jeśli widzę teraz, iż mam przed sobą długi pro­ces wła­snego zdro­wie­nia? Czy jest praw­do­po­dobne, żebym stała się w pełni zdrowa i została taką osobą, jaką chcę być - i wiem, że mogę być - w tej rela­cji?

Mam nadzieję, że będę kie­dyś mogła otrzy­mać od Pana auto­graf na moim egzem­pla­rzu Wyro­snąć z DDA.

Raz jesz­cze dzię­kuję za poświę­cony mi czas oraz za wszyst­kie bez­cenne infor­ma­cje z Pana książki, które pomo­gły mi tyle dowie­dzieć się o mnie samej w prze­szłej, teraź­niej­szej i przy­szłej postaci.

Z powa­ża­niem Autumn

Panie Dok­to­rze,

w tym tygo­dniu wysłu­cha­łam nagra­nia Pań­skiego wykładu o Wyro­snąć z DDA, żeby ponow­nie przy­bli­żyć się do realiów moich pro­ble­mów oraz ich przy­czyn. Zna­ko­mi­cie pasuję do Pań­skiego opisu córki ojca alko­ho­lika. Kiedy pierw­szy raz czy­ta­łam Wyro­snąć z DDA, na długo zanim zaczę­łam odwyk, wie­dzia­łam, że poznał mnie Pan dzięki wywia­dom z kobie­tami w całym kraju. Wtedy zaczęła się dla mnie ta zna­jo­mość, choć ni­gdy nie spo­tka­łam Pana oso­bi­ście. W swo­jej książce opo­wia­dał Pan o mnie światu i nagle prze­sta­łam się czuć tak osa­mot­niona, bo sekret wyszedł w końcu na jaw.

Jakaś cząstka mnie chciała poży­czyć tę książkę mojej mamie, ale ona nie była otwarta na myśl, że moje pro­blemy mogą mieć cokol­wiek wspól­nego z nią. Musia­łam ukry­wać przed nią swój ból, a jedyny spo­sób, w jaki mogłam to robić, zapew­niały nar­ko­tyki i alko­hol. W mojej małej mie­ści­nie spe­cja­li­ści od zdro­wia psy­chicz­nego zaj­mo­wali się tylko umy­słowo cho­rymi. Poza tym, gdyby w naszej małej spo­łecz­no­ści wydało się, że nie funk­cjo­nuję jak należy, matka trak­to­wa­łaby mnie jesz­cze gorzej. Nie mia­łam z kim poroz­ma­wiać na swój temat, żyłam więc zamknięta w sobie i stwo­rzy­łam wewnętrzny świat, który zabez­pie­czał mnie przed oka­zy­wa­niem cier­pie­nia.

Na odwyku jestem zdez­o­rien­to­wana. Jeśli ufam swemu światu wewnętrz­nemu i zamy­kam się w sobie, w końcu ląduję na oddziale psy­chia­trycz­nym. Ale kiedy ujaw­niam przed sobą swoje myśli i uczu­cia, strasz­nie się boję. Jestem bez­bronna. Myślę tylko o tym, kto mnie zaraz zrani. Nie­mal każda kobieta w moim życiu staje się moją nie­wraż­liwą/współ­uza­leż­nioną matką; nie­mal każdy męż­czy­zna staje się moim ojcem.

W ostat­nim tygo­dniu poru­szam się w tak gęstej mgle, że ufam tylko ścieżce, którą musia­łam wybrać w lesie mojego wewnętrz­nego świata. Tam ucie­kam od wro­gich drzew z Czar­no­księż­nika z Kra­iny Oz. Odpo­czy­wam obok niedź­wie­dzia, który zapadł w sen zimowy. Trzęsę się z zimna w desz­czu i idę boso po błot­ni­stym szlaku. I myślę, jak cudow­nie byłoby prze­żyć drugi raz takie dzie­ciń­stwo, o jakim dziś marzę. Chcę być córką rodzi­ców, któ­rzy kochają mnie bez zastrze­żeń, bo tego pra­gną. Mam nadzieję, że mi się poprawi.

Z powa­ża­niem Lois

Sza­nowny Panie Dok­to­rze,

dora­sta­nie w domu z agre­syw­nym ojcem alko­ho­li­kiem spra­wiło, że mia­łam wiele nie­za­spo­ko­jo­nych potrzeb i sta­łam się bar­dzo pora­niona. Podej­rze­wam, że przez cały czas było to oczy­wi­ste, tylko ja nie byłam gotowa zdać sobie z tego sprawy czy tego przy­znać.

Myślę, że kiedy byłam mała, mia­łam poni­żej dzie­się­ciu lat, praw­do­po­dob­nie pra­gnę­łam od mojego ojca apro­baty i miło­ści. Ale po ukoń­cze­niu dzie­się­ciu, jede­na­stu lat zaczę­łam sobie uświa­da­miać, jak jest okropny. Zda­łam sobie sprawę, że za dużo pije; zaczęły to zauwa­żać moje kole­żanki i robić na ten temat uwagi. Byłam upo­ko­rzona, zaże­no­wana i zawsty­dzona. Zda­łam też sobie sprawę, że wszyst­kie awan­tury, które wybu­chały mię­dzy rodzi­cami, powsta­wały z jego winy. Nie chcia­łam mieć nic wspól­nego z nim ani z moją chorą rodziną. Wycho­dzi­łam z domu i uda­wa­łam, że to nie jest moja rodzina, ale w rze­czy­wi­sto­ści ci ludzie ste­ro­wali moim życiem.

Patrząc z per­spek­tywy, uświa­do­mi­łam sobie, jak dużo czasu i ener­gii prze­zna­cza­łam na marze­nia i wyobra­ża­nie sobie, że zostanę przez kogoś wyra­to­wana, zaak­cep­to­wana i poko­chana. Nie tyle pra­gnę­łam apro­baty (mia­łam wyso­kie kom­pe­ten­cje i wiele osią­gnięć), co chcia­łam być kochaną i uwie­rzyć, że w ogóle można mnie kochać. Pra­gnę­łam mieć kocha­jącą rodzinę i chcia­łam uwie­rzyć, że mogę być kochana przez jakie­goś męż­czy­znę jak córka. Po pro­stu zże­rało mnie pra­gnie­nie posia­da­nia praw­dzi­wego ojca. Tęsk­ni­łam do tej miło­ści oraz poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i opieki.

W końcu zro­bi­łam się bar­dzo zmę­czona - zmę­czona życiem, zmę­czona pre­sją i stre­sem bycia ide­alną i trosz­cze­nia się o wszyst­kich. Byłam zmę­czona koniecz­no­ścią cią­głego chro­nie­nia mojej matki i rodzeń­stwa przed jego prze­mocą. Chcia­łam, żeby to o mnie ktoś się zatrosz­czył; żeby ktoś mnie wyra­to­wał. Chcia­łam, żeby ktoś oka­zał, że mu na mnie zależy. Wszystko było takie pokrę­cone.

Ta tęsk­nota za miło­ścią ojca ani na moment nie opusz­czała mnie przez lata stu­diów, spla­ta­jąc się jed­no­cze­śnie z moimi innymi roz­pacz­li­wymi woła­niami o wyba­wie­nie. Wszyst­kie te uczu­cia i myśli kotło­wały się we mnie. Przez te nie­za­spo­ko­jone potrzeby byłam cała poobi­jana i ślepa.

I wtedy poja­wił się facet, który twier­dził, że uda mu się zaspo­koić moje potrzeby. Sta­łam się dziec­kiem; tak jakby cząstka mnie ponow­nie doświad­czała bólu dzie­ciń­stwa i chciała, by ktoś mnie z niego wyba­wił. Mia­łam poczu­cie, jakby mnie rato­wał, i chcia­łam w to wie­rzyć. Pozwo­li­łam, aby moje dzie­cięce fan­ta­zje o posia­da­niu kocha­ją­cego ojca prze­jęły stery mojego doro­słego życia. Postrze­ga­łam sie­bie jako bez­radną. On prze­ko­ny­wał mnie, że jestem bez­radna i że go potrze­buję, co zresztą nie było trudne. Coś we mnie stało się dziec­kiem - potrze­bu­ją­cym, nie­zdol­nym do samo­dziel­nego podej­mo­wa­nia decy­zji, prze­stra­szo­nym i pra­gną­cym, by ktoś je urato­wał.

Pozwo­li­łam mu na spra­wo­wa­nie nade mną kon­troli z powodu pustki i bólu, któ­rych znik­nię­cia tak bar­dzo pra­gnę­łam. Szkoda, że nie zda­wa­łam sobie sprawy, iż przez pod­da­nie się czy­jejś wła­dzy umniej­szam się, a nie powięk­szam. Mój ból i samot­ność nara­stały. W rze­czy­wi­sto­ści umia­łam o sie­bie zadbać i podej­mo­wać decy­zje, ale byłam zmę­czona. Zanim się zorien­to­wa­łam, byłam już w strasz­nym poło­że­niu, z któ­rego przez długi czas nie mogłam się wydo­być. To był kosz­mar.

Wiem, że nie­któ­rzy ludzie mogą być godni zaufa­nia, lecz wiem także, że nie­któ­rzy poszu­kują osób dają­cych się ranić i wyko­rzy­sty­wać. To nie mój pro­blem ani nie moja sprawa, dla­czego tak postę­pują. Moją sprawą jest zadba­nie o sie­bie.

Chcia­ła­bym prze­strzec inne kobiety, aby nie pozwa­lały na to, by wła­sne nie­za­spo­ko­jone potrzeby i otwarte rany przej­mo­wały kon­trolę nad ich decy­zjami. Ja nie­stety nie uświa­da­mia­łam sobie, że to wła­śnie się dzieje, póki nie było już za późno. Szkoda, że nie wie­dzia­łam, iż to może się naprawdę przy­da­rzyć mnie. Pomocni byliby też bli­scy przy­ja­ciele, któ­rzy wie­dzie­liby, co dzieje się w moim życiu. Widzie­liby wszystko wyraź­niej i mogliby mnie ostrzec, ale nie umia­łam nawią­zy­wać dobrych przy­jaźni, opar­tych na zaufa­niu. Izo­la­cja, w jakiej się znaj­do­wa­łam, pomo­gła temu męż­czyź­nie wyko­rzy­sty­wać mnie i w pełni kon­tro­lo­wać.

Żałuję, że nie mia­łam wtedy tej wie­dzy, jaką mam teraz. A teraz wiem, że sza­le­nie pomo­gła mi Pana książka. Dzię­kuję za napi­sa­nie jej i za prze­czy­ta­nie mojego listu.

Doro­słe dzieci alko­ho­li­ków (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki