Rozdział 1. Czy tylko ja to czuję? Listy idealnych córek
Rozdział 1
Czy tylko ja to czuję? Listy idealnych córek
Wszystkie jesteśmy w tym razem - same.
Lili Tomlin
Większość ludzi lubi listy. Dobry list świadczy o tym, że ktoś o tobie
myślał i poświęcił czas na to, by nawiązać z tobą kontakt. Od kiedy
ukazało się pierwsze wydanie Wyrosnąć z DDA. Wsparcie dla dorosłych
córek alkoholików, otrzymałem wiele listów od dorosłych córek
alkoholików. W treści tej korespondencji pojawiały się opowieści o doświadczeniach życiowych ich autorek, pytania o nie same, rozważania o tym, czy wychowanie w rodzinie alkoholowej wywarło na nie wpływ, obawy o związki partnerskie, chęć dowiedzenia się, jak wyzwolić się od
przeszłości, dzielenie się nadzieją z innymi dorosłymi córkami, a także
po prostu zwykłe podziękowanie.
Co jednak najważniejsze, listy te pochodzą od kobiet, które przestały
wypierać pewne aspekty swojego życia, biorą odpowiedzialność za swoje
ozdrowienie i uświadamiają sobie, że nie są same. Doświadczanie bólu i traumy może też doprowadzić do nawiązania wewnętrznej więzi z innymi. Na
ten rozdział książki składa się część z otrzymanych przeze mnie listów.
Choć każdy z nich przyszedł od innej osoby, wszystkie mają wyraźne
wspólne wątki. Prezentuję je tutaj z nadzieją, że i ty będziesz mogła
poczuć tę więź. Jestem wdzięczny ich autorkom za napisanie do mnie i pokazanie ci, że nie jesteś sama.
Szanowny Panie Doktorze,
zapragnęłam napisać do Pana po przeczytaniu Wyrosnąć z DDA. Była to
pierwsza książka o dzieciach alkoholików przeczytana przeze mnie w całości, bo przekonuję się, że większość poradników nie jest dla mnie
specjalnie pomocna. (...) Szczególnie spodobało mi się to, że w odróżnieniu od wielu, nie wpada Pan w pułapkę uznawania, że absolutnie
każde zachowanie jest przejawem współuzależnienia.
Czytając Wyrosnąć z DDA, zdałam sobie sprawę, że dokonałam już
znacznego postępu. Uświadomiłam też sobie, że wciąż czeka mnie długa
droga, bo ciągle bardzo cierpię. Przede wszystkim mam wrażenie, że
utknęłam: odbyłam terapię - dużo dowiedziałam się o sobie i na temat
tego, dlaczego postępuję w określony sposób - jednak nie wiem, co dalej
z tym począć. Tak jakbym intelektualnie zdała sobie sprawę z tego, jak
zawalone było moje wychowanie, ale nie przepracowała tego emocjonalnie.
Wciąż mam w sobie dużo gniewu. Związki międzyludzkie wciąż budzą we mnie
lęk. Niełatwo jest mi znaleźć prawdziwą bliskość z kimkolwiek
(mężczyznami czy kobietami). Kiedy czuję się przestraszona albo
zagrożona, z reguły odcinam się od ludzi. Mam dobrych przyjaciół, ale
trudno mi odczuwać, że naprawdę jestem z nimi blisko. Czasem nachodzą
mnie lęki i wtedy się izoluję, bo dzięki temu czuję się bezpieczniej.
Niekiedy łatwiej jest mi być samej, ale potem jestem zdezorientowana, bo
mam skrytą i introwertyczną naturę, więc nie wiem, w jakim stopniu bycie
w pojedynkę wynika po prostu z osobowości, a w jakim wiąże się z wychowaniem. I ciągle zastanawiam się, czy jestem "normalna".
Uważam, że zaakceptowanie siebie jest znaczącą częścią procesu
zdrowienia, ale tak jak pisze Pan w swojej książce, to, że o tym wiem,
nie wystarcza. Muszę to poczuć. Jak to się robi? Wciąż nie mam
jasności. Doradza Pan także, by nauczyć się "uwalniać". Może Pan
powiedzieć, jak Pan to robi? Mówi Pan sobie po prostu: "Odpuść to"? Co
takiego człowiek musi zrobić, żeby się uwolnić? Nie trafiłam jeszcze na
żadne materiały wyjaśniające "mechanizm" uwalniania się. Poza tym moja
sytuacja jest inna niż pozostałych córek z Pańskiej książki. Miałam nie
tylko ojca alkoholika, ale także przewlekle chorą umysłowo matkę, która
stosowała skrajną przemoc emocjonalną. Czy są jakieś książki o dorastaniu w domu tego typu? Myślę, że przypomina to sytuację, gdy
człowiek ma dwoje rodziców alkoholików, ale nie jestem pewna. Jeżeli
dysponuje Pan jakimiś informacjami, które mogą być przydatne, będę za
nie bardzo wdzięczna.
Próbowałam udziału w wielu mityngach DDA1, ale generalnie nie
lubię programów opartych na dwunastu krokach. Czy są jakieś alternatywne
formy pomocy grupowej poza dwunastoma krokami? Wszelkie informacje na
ten temat od Pana będą dla mnie bardzo cenne. Cieszę się, że natknęłam
się na Pańską książkę. Jestem pewna, że pomogła wielu dorosłym córkom.
Bardzo dziękuję za czas poświęcony na czytanie tego maila.
Z poważaniem
Elizabeth
Witam, Doktorze Ackerman,
mam dwadzieścia pięć lat, a mój ojciec leczy się od lat osiemnastu.
Dopóki nie przeczytałam Wyrosnąć z DDA, nie zdawałam sobie sprawy, że
tkwię w piekle współuzależnienia. Zawsze z uśmiechem na ustach mówiłam o sobie jako o "córuni tatunia". Prawda jest taka, że mój ojciec jest i zawsze będzie alkoholikiem. Dzisiaj mogę powiedzieć, trzymając wysoko
głowę (pracuję nad pozbyciem się poczucia winy), że nie jestem już z nim
współuzależniona.
Trafiłam na Pańską książkę przez przypadek (...) to był zbieg okoliczności
(sposób Boga na zachowanie incognito - to będzie jedyny truizm,
obiecuję). (...) Mój ojciec, w wieku pięćdziesięciu trzech lat, będzie
miał jutro zakładane potrójne by-passy. Jest to pierwszy "normalny
kryzys" w mojej rodzinie i wszyscy potraciliśmy głowy! Pierwszy raz w życiu potrafię zobaczyć nas oczami częściowo zdrowej już osoby, a nie
dorosłej córki alkoholika. Płakałam w tym tygodniu, ale to było
wspaniałe uczucie.
Powoli godzę się z tym, że nie jestem w stanie naprawić nikogo innego.
Moja mama, tata, brat - każde z nich musi liczyć na siebie. Ja dbam o SIEBIE.
To tyle tytułem przedstawienia się. A piszę ten mail, po pierwsze, żeby
powiedzieć: "Dziękuję!".
Po drugie, żeby wspomnieć, że nawet gdy rodzice trzeźwieją, nie każdy w rodzinie zaczyna zdrowieć w tym samym czasie. Mój ojciec jest trzeźwy,
odkąd skończyłam siedem lat. Jak pisałam, teraz mam dwadzieścia pięć.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Wiem, że dzięki jego trzeźwości oraz
umiejętnościom MOIM i mojego męża potrafimy utrzymać zdrowe małżeństwo.
Moja najlepsza przyjaciółka ma ojca będącego aktywnym alkoholikiem i tego nie potrafi. (Proszę się nie martwić, posłałam jej Pana książkę).
Jestem teraz w małżeństwie, w jakim nigdy nie byli moi rodzice. Dzięki
Bogu!
Tak czy tak, jestem silna. Uczę się stać na własnych nogach. Nie mogę
uwierzyć, że ta jedna relacja w moim życiu, którą uznawałam za
najlepszą, jest w rzeczywistości najgorsza.
Jeszcze raz dziękuję - jest Pan wyjątkowym człowiekiem!
Jen
Szanowny Panie Doktorze,
bardzo dziękuję, że poprosił mnie Pan o przedstawienie części moich
doświadczeń DDA. Zgadzam się z tym, że czytanie o przeżyciach innych
pomaga nam. Wiem, że sama poczułam wielką nadzieję po przeczytaniu o innych kobietach, które miały jeszcze gorsze doświadczenia niż moje, a w końcu nauczyły się kierować swoim życiem w taki sposób, by zachowanie
obecnych w nim alkoholików czy narkomanów nie doprowadzało ich do szału.
Mam trzydzieści siedem lat, a w wieku dwudziestu trzech owdowiałam.
Związek, w którym jestem obecnie, trwa od czternastu lat. Jestem
najstarszą z czworga rodzeństwa i jedyną córką. Mając dziewiętnaście
lat, wyszłam za swoją licealną miłość, Jamesa, który również pochodził z rodziny alkoholowej. Ze względu na jego służbę wojskową mieszkaliśmy za
granicą. Tam też zginął w wypadku samochodowym. Nasze małżeństwo było
już wtedy na skraju rozpadu, bo ciągle mnie zdradzał.
Briana poznałam zaledwie kilka miesięcy później. Otoczył mnie uwagą,
której w tamtym okresie rozpaczliwie potrzebowałam. Jakaś część mnie
smuciła się z powodu śmierci męża, ale inna czuła wielką ulgę, że nie
może mnie już dalej ranić. Myślę, że zawsze już będę miała wyrzuty
sumienia z powodu tych odczuć, ale właśnie tak wtedy czułam.
Brian był trochę imprezowiczem, kiedy się poznaliśmy, ale byliśmy
młodzi, niezwiązani z nikim i nie mieliśmy dzieci, więc nie sprawiało mi
to kłopotu. Przez całe lata od poznania mogliśmy spotykać się wspólnie z przyjaciółmi i korzystać towarzysko z alkoholu, nie odczuwając żadnych
szkodliwych tego skutków. To była po prostu młodość i dobra zabawa.
Problemy zaczęły się po jakichś siedmiu latach, kiedy postanowiliśmy
założyć rodzinę. Dla mnie było oczywiste, że po podjęciu takiej decyzji
człowiek się ogarnia i dorasta. Dla Briana nie było to takie proste. Nie
zdawałam sobie sprawy, że był faktycznie uzależniony od używek. Zrobiło
się jeszcze gorzej, gdy zaczął eksperymentować z crackiem. Palił, a potem przepadał na całą noc. Działo się to, kiedy byłam w ciąży z naszą
córką. Pamiętam, jak w ósmym i dziewiątym miesiącu niezliczone razy
jeździłam po mieście, szukając go po mieście bladym świtem, podczas gdy
powinnam wysypiać się w domu, bo rano szłam do pracy.
Całe noce nie mogłam usnąć, tylko przepłakiwałam. To był w moim życiu
okropny okres. Dzwoniłam w środku nocy do jego matki i żaliłam się, co
nie bardzo jej odpowiadało. Pewnego razu miałam tak dość, że wywaliłam z szafek wszystkie jego rzeczy i usypałam z nich wielki stos na podłodze w pokoju dziennym z zamiarem wyrzucenia go, gdy tylko wróci!
Od urodzenia się naszej córeczki takich incydentów jest mniej i pojawiają się dużo rzadziej, ale Brian wciąż ma nawroty. Teraz chyba już
od dawna nie palił cracku, ale wiem, że od czasu do czasu popala trawkę,
a także nadużywa alkoholu. Ciągle rusza mnie to, kiedy coś bierze, ale w końcu zdałam sobie sprawę i zaakceptowałam to, że kolejny incydent jest
zawsze tylko kwestią czasu. Kiedyś myślałam, że pewnego dnia Brian
dojrzeje i przestanie zachowywać się nieodpowiedzialnie. Teraz rozumiem,
że prawdopodobnie tak nie będzie. Alkoholizm i uzależnienie od używek to
nie są problemy, z których się zwyczajnie "wyrasta". Jednak nadal jest
to dla mnie bardzo frustrujące, kiedy wraca po jakiejś nocnej balandze i mówi mi, jak zły jest na siebie i że tym razem będzie inaczej,
naprawdę się zmieni i nigdy już czegoś takiego nie zrobi. Wyobraża Pan
sobie, ile razy słyszałam od niego te słowa.
Na początku mu wierzyłam i przez pewien czas było w porządku, ale potem
oczywiście znowu wszystko wracało. I znów kolejne obietnice, które dalej
były łamane. Nie mam już siły, żeby w nie wierzyć. Taka wiara zapewne
doprowadziłaby mnie do szaleństwa. Pozwalanie sobie na nią i chwalenie
się przed znajomymi i rodziną, że tym razem on naprawdę traktuje to
poważnie, że tym razem jest inaczej, jest zbyt bolesne. W takich
chwilach zawsze patrzyli na mnie dziwnie, a ja wiedziałam, co myślą:
"Wszystko jej można wmówić". Mam dość czucia się jak głupia, a poza tym
to za bardzo boli, gdy cała nadzieja raz po raz umiera. Dlatego teraz
przyjmuję do wiadomości, że on właśnie taki jest.
Podejrzewam, że jestem nawet wdzięczna, bo mogłoby być jeszcze gorzej,
dużo gorzej. Mógłby być odrażającym, awanturującym się, agresywnym
alkoholikiem, który pije każdego dnia i robi wszystkim w domu istne
piekło. Taki był mój ojciec. Więc nie, to nie wygląda aż tak źle. Brian
potrafi funkcjonować przez miesiące, nawet rok czy dłużej bez wznowy. To
stwarza złudzenie, że może tym razem w końcu całkiem mu się udało. Do
zeszłego tygodnia upłynęło ponad półtora roku od jego ostatniego ciągu.
Wyszedł z domu odwieźć mojego brata, który, nawiasem mówiąc, też jest
alkoholikiem, i nie wracał przez cztery godziny, mimo że dojazd zajmuje
dwadzieścia minut. Tego wieczoru dzwonił do mnie kilka razy, faszerując
mnie jakimiś wymówkami, dlaczego jeszcze go nie ma. Przez cały ten czas
czułam, że kiepsko się dzieje. Podczas poprzedniego incydentu, półtora
roku wcześniej, też był z moim bratem. Żeby nie przedłużać opowieści,
powiem tylko, że tej nocy wylądował w areszcie. Zadzwonił, żebym
przyszła i zapłaciła za niego kaucję. Powiedziałam, że nie ma mowy.
Absolutnie nie wchodzi w grę, żebym w środku nocy zrywała z łóżek nasze
dzieci po to, żeby wyciągać go z aresztu. Powiedziałam, że sam się
wpakował w te kłopoty, więc może teraz sam sobie poradzić. Dlaczego ja
miałabym przez to cierpieć? Przesiedział w celi całą noc. To była jedna
z najlepszych decyzji, jakie podjęłam. Nawet Brian to przyznał. Miał
dzięki temu dużo czasu na myślenie o swoim życiu i o tym, do czego może
doprowadzić, jeśli w końcu się nie otrząśnie. Dlatego wiem, że ze mną
jest teraz dużo lepiej niż kilka lat temu. Wiem, że mam dość siły, by
zatroszczyć się o siebie.
Najbardziej martwię się obecnie o nasze dzieci, szczególnie o córkę.
Mamy dwójkę: siedmioletnią córkę i czteroletniego syna. Wiem, że kiedy
córka będzie starsza, zacznie wyczuwać napięcie pomiędzy rodzicami.
Pewnego dnia Brian znowu odwali jakiś numer, a ona się o tym dowie. Nie
będę jej w tych sprawach okłamywała. Nie zrobię tego. Zresztą i tak by
się na udało. Dzieci czują, kiedy nie mówi się czegoś z przekonaniem
albo kiedy opowiada się im bajki. Ja zawsze czułam. Nie chcę nigdy
posyłać jej takich dezorientujących sygnałów. W zasadzie uważam, że
Brian powinien jej to wyjaśnić. Ale wtedy - i właśnie tego się
najbardziej boję - wiem, że ona w końcu do mnie przyjdzie z pytaniem:
dlaczego, skoro on mnie okłamuje i w ogóle zachowuje się tak, jak się
zachowuje, wciąż z nim jestem? To trudne pytanie. Trudno mi na nie
odpowiedzieć nawet sobie. Oczywiście go kocham i jest fantastycznym
ojcem. Jest dobrym człowiekiem pod bardzo wieloma względami. Nasza córka
go uwielbia. Syn jest trochę bardziej zdystansowany; ogólnie mówiąc, nie
czuje się zbyt swobodnie w otoczeniu mężczyzn. Ale boję się, jak córka
zareaguje na odkrycie, że tata nie jest doskonały. Boję się także tego,
że dostanie ode mnie sygnał, iż nie ma nic złego w utrzymywaniu związku
z kimś, kto cię okłamuje i traktuje gorzej, niż na to zasługujesz. W sumie wydaje się, że właśnie tak robi Mamusia...
Tak bardzo chcę, żeby łańcuch pokoleń współuzależnionych kobiet w mojej
rodzinie przerwał się na mnie i żeby ona była tak zdrowa emocjonalnie,
jak to możliwe, i mój syn rzecz jasna też. Trudniej jest mi wyobrazić
sobie, jak to wszystko będzie w tym momencie wpływać na niego.
Naturalnie najlepiej umiem postawić się w sytuacji córki. Pamiętam, jak
czytałam, że kiedy chłopcy zaczynają uczyć się zachowań względem kobiet,
z którymi wchodzą w bliższą relację, często opierają się na tym, jak
ojciec traktował ich matkę.
Dlatego dalej pracuję nad swoim zdrowieniem. Muszę to robić, bo wiem, że
pasuję do wzorca "dorosłej córki alkoholików". Kiedyś nałogowo
próbowałam ratować także resztę swojej rodziny - moich trzech braci,
którzy są uzależnieni od używek albo alkoholu, i moją matkę, która
oczywiście była silnie współuzależniona z moim ojcem. Gdy wszyscy
byliśmy już dorośli, rodzice w końcu wzięli rozwód, a ojciec zmarł
zaledwie kilka lat później, sam w swoim mieszkaniu, na choroby wywołane
wieloletnim nadużywaniem alkoholu i paleniem papierosów.
Myślę, że moja matka czuje się trochę rozczarowana z powodu nauki, jaką
wyniosłam z procesu zdrowienia. Wzburza ją, kiedy mówię, że moi bracia
powinni wreszcie sami stanąć na nogi, bo nie uważam, żebym miała
obowiązek opiekować się nimi, gdy zabraknie im opieki z jej strony. Nie
będę ich niańczyła i ułatwiała im dalszego picia i ćpania. Ona
oczywiście nie widzi tego w ten sposób. Jej zdaniem jestem dla nich zbyt
surowa i w ogóle jak można tak traktować swoją najbliższą rodzinę? Ale
oni muszą na pewnym etapie życia nauczyć się sami troszczyć się o siebie. Nie mam obowiązku ich w tym wyręczać. Przypomina mi się jedno z haseł DDA: "To nie stało się przeze mnie, nie mogę tego naprawić, nie
mam nad tym kontroli". Kieruję się teraz w życiu tymi słowami.
Na początku z największym trudem udawało mi się je zaakceptować, nauczyć
się odpuszczać tę sprawę, zaprzestać prób kontrolowania wszystkiego i wszystkich. W tamtym czasie nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakby to
miało być. Byłam przekonana, że jedynie dzięki sprawowaniu kontroli moje
życie i życie wszystkich wokół mnie wciąż się nie zawaliło i pozostajemy
przy zdrowych zmysłach. Ale w końcu dotarło do mnie, że kiedy to sobie
odpuszczę i zacznę się troszczyć o siebie, wszystko inne i wszyscy inni
w taki czy inny sposób też zatroszczą się o siebie, i że to jest w porządku. Sprawy nie zawsze toczyły się w taki sposób, w jaki toczyłyby
się, gdybym miała nad nimi kontrolę, ale cóż to była za ulga, gdy
wreszcie zdołałam odgraniczyć swoje życie i swoje powinności od życia i powinności wszystkich pozostałych! Dawniej naprawdę nie umiałam tego
odróżnić. Jeśli ktokolwiek miał kłopoty, do mnie należało ich
rozwiązanie. Proste i jasne. Patty, na pomoc! To się skończyło.
Wciąż zmagam się z tym, co serwuje mi życie, ale wiem, że radzę sobie
znacznie lepiej niż dziesięć lat temu i że będę dalej zdrowiała, więc za
dziesięć lat będę sobie radzić jeszcze lepiej.
Dziękuję za wszystkie Pana wspaniałe książki. Naprawdę bardzo zmieniły
moje życie i jestem wdzięczna za możliwość podzielenia się moimi
doświadczeniami z Panem i z innymi, którzy są na drodze zdrowienia.
Dzięki.
Patty
Drogi Robercie!
Dorastałam w rodzinie z obojgiem nałogowo pijących rodziców. Nigdy nie
nauczyłam się ufać temu, co widzę, temu, co czuję, prawdzie czy sobie.
Ojciec wracał z pracy do domu i jeszcze zanim się z nami przywitał, brał
już piwo z lodówki na dole. Mama nie zaczynała pić, póki nie leżeliśmy w łóżkach. Trzymała butelki z dala od naszych oczu, z tyłu szafy w sypialni małżeńskiej. Dzisiaj dalej tam stoją.
Pamiętam awantury w środku nocy. Będąc najmłodsza z trójki dzieci, jako
jedyna wstawałam z łóżka, interweniowałam i próbowałam naprawić
sytuację. Miałam pewnie pięć czy sześć lat, kiedy po raz pierwszy
błagałam tatę, żeby się nie zabił.
Pamiętam, jak leżąc wtedy w łóżku, słyszałam pomruki ich głosów
narastające i opadające na tle głosu Johnny'ego Carsona. Przeżywałam
męki wahań, kiedy mam wstać. Jeśli wstawałam za wcześnie, oboje
zaprzeczali, że się pokłócili, i wtrącenie się tylko przedłużało ich
picie. Jeżeli zaś wchodziłam we właściwym momencie, udawało mi się
przekonać ich, żeby położyli się spać.
Tej nocy zrozumiałam, że zwlekałam zbyt długo, kiedy ich kłótnia
przeniosła się do sypialni. Tata groził, że odejdzie, trzaskał
drzwiczkami szafek, próbował założyć buty, szukał kluczyków
samochodowych, obrzucał matkę wyzwiskami, których nigdy wcześniej nie
słyszałam. Oskarżenia, przekleństwa. Starałam się zagrodzić mojemu
prawie dwumetrowemu ojcu wyjście z sypialni. Z roztargnieniem odsunął
mnie w kąt, jakby strząsał pająka. Potem zaczęła się wylewać jego
nienawiść do siebie: "Byłoby ci lepiej, gdybym nie żył. Zabiję się.
Jestem do niczego. Nikt mnie nie kocha".
Błagałam: "Ja ciebie kocham, tatusiu. Nie rób tego. Proszę, nie rób.
Wracaj. Nigdzie nie idź". Jednocześnie moja matka, trwająca jak zwykle w głębokim wyparciu, mówiła: "On nie mówi na poważnie. Nie zrobi tego".
Ojciec zszedł do połowy schodów i w miejscu, w którym zaraz zniknąłby
nam z oczu, nagle przystanął. Po raz pierwszy zobaczyłam, jak płacze.
Jego szloch odbijał się od ścian holu. Usiadł na stopniach, zakrywając
twarz dłońmi. Skończyło się. Do następnego razu.
Rano jak zwykle zjadł dwa jajka, siedząc ze mną przy stole kuchennym w napiętym milczeniu. Oboje udawaliśmy, że nic się nie wydarzyło. Do
dzisiaj nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Gdy już byłam
dwudziestokilkuletnią reporterką prasową, przeprowadzałam wywiad z dwiema psycholożkami od uzależnień. Opisywały różne role w rodzinie
alkoholowej i to, w jaki sposób nadużywanie alkoholu wyrządza wszystkim
krzywdę. Zobaczyłam swoją rodzinę i siebie. Ale musiało dotrzeć do mnie
jeszcze więcej informacji, upłynąć więcej lat i odbyć się więcej rozmów,
zanim poszłam na sesję z terapeutą, żeby zrozumieć i zaakceptować siebie
jako DDA.
Kończę właśnie czytać Wyrosnąć z DDA - podnosi mnie na duchu to, że
widzę, jak daleko już zaszłam. Ale wiem też, że mam przed sobą długą
drogę. Jestem jednak gotowa i chętna do pracy nad niezdrowymi obszarami
mojej relacji małżeńskiej. Nie zamykam już na nie oczu. Nie będzie
łatwo, ale mój partner też się stara. Nie jestem pewna, czy chodzimy do
odpowiedniego terapeuty, ale mąż nie chce nikogo innego, a ten terapeuta
spotyka się także z moimi dziećmi, więc ma cały obraz.
Wciąż jestem w trakcie zdrowienia. (Czy to się kiedykolwiek kończy?) Nie
stosuję już na stałe wyparcia. Nie jestem doskonała, popełniam błędy,
ale świat się nie wali. Mam się dobrze. Żyję dalej. Kieruję się teraz
swoim wewnętrznym głosem - nie jestem w tym idealna, ale go słucham.
Wciąż wykorzystuję pracę zawodową i różne zajęcia do tego, by unikać
konfliktów w mojej relacji z mężem. Ale wychwytuję, kiedy to się dzieje,
staram się odkryć przyczyny i odzywam się.
Obawiam się przekazania alkoholicznego dziedzictwa moim dzieciom, ale
już nie tak bardzo jak dawniej. Sięgam po pomoc, kiedy jej potrzebuję, i mniej się wstydzę. Ciągle uczę się stawiać zdrowe granice.
Dzisiaj potrafię powiedzieć swojemu osiemdziesięcioletniemu ojcu, że go
kocham - i to jest prawda. Mówię to bez żadnych zastrzeżeń i oczekiwań.
To jest mój dar dla niego - i dla mnie. Boli mnie, że on nie odpowiada
mi tym samym. Nie wiem, dlaczego nie umie powiedzieć mi: "Kocham cię",
ale zdaję sobie sprawę, że to jest jego problem. Kocha mnie najlepiej,
jak umie. Jestem wdzięczna, że mówi moim dzieciom, szczególnie mojemu
synowi: "Kocham was". Nigdy nie dowiem się, dlaczego nie mówi tego mnie.
Ale nie szkodzi. Nie potrzebuję już do życia jego aprobaty. Radzę sobie
bez niej. Uczę się kochać i szanować siebie.
Jestem warta tego, by mnie kochać, i zasługuję na szacunek. Dopiero
kiedy wysłuchałam Pana prelekcji, zdałam sobie sprawę, dlaczego ciągle
powtarzam mojemu tacie, że go kocham. Nie usprawiedliwiam tego, co
zrobił, ale wybaczyłam mu i uwolniłam się od gniewu. Jego milczenie nie
rani już tak bardzo. To, że nie potrafi powiedzieć, że mnie kocha,
dotyczy bardziej jego niż mnie. Jest mi przykro z tego powodu, ale
przechodzę nad tym do porządku dziennego.
Jeszcze raz dziękuję za znakomite spostrzeżenia, które zaczerpnęłam z Pana książek. Niedługo planuję przeczytać Before It's Too Late (Zanim
będzie za późno).
Z poważaniem
Patt
Szanowny Panie Doktorze,
wiem, że to niemądre, ale boję się pisania tego listu. Mam aspiracje
pisarskie, jednak moje doświadczenia dorosłego dziecka z rodziny
alkoholowej stają ponad wszystkim innym. Ignoruję swojego krytyka
wewnętrznego i wysyłam do Pana ten list.
Pańskie uprzejme pytanie, czy rozważyłabym nadesłanie jakiegoś tekstu do
nowego wydania Wyrosnąć z DDA, uruchomiło wszystkie głosy, które wciąż
są częścią osoby, jaką byłam i jestem w tym życiu. Nauczyłam się jednak
ich słuchać (...) dziękować im za obecność (...) a potem prosić, by
zechciały siedzieć cicho! Dopiero po przejściu przez ten mały rytuał
jestem w stanie robić coś dalej.
Pierwszym krokiem było wpisanie Pańskiego adresu mailowego do mojego
komputera. Zajęło mi to dwa tygodnie. Następny krok polegał na tym, by
usiąść i zabrać się do pracy. Potrzebowałam na to kolejnych pięciu dni.
Cieszę się obecną chwilą w moim życiu. Doprowadził mnie do niej proces
zdrowienia. Nawet na studia poszłam, dopiero gdy miałam trzydzieści lat.
W tym roku kończę czterdzieści trzy lata i pod pewnymi względami czuję
się tak, jakbym dopiero wszystko zaczynała - to poczucie wolności, które
ma nastolatek, gdy pierwszy raz wyjeżdża z domu na studia; ten zastrzyk
adrenaliny i łomot serca z powodu podejmowania zdrowego ryzyka z poczuciem, że ma się za sobą solidny system wsparcia. Nie urodziłam się
z takim systemem, ale lata zdrowienia nauczyły mnie, że trzeba mieć dość
siły, aby taki system wytworzyć - i on jest najlepszy. Sama jestem swoim
najwierniejszym przyjacielem. Stworzyłam relację z Bogiem, który ma we
mnie swoje miejsce. Nauczyłam się odróżniać dawne, autodestrukcyjne
głosy od głosu samozachowawczego. Pańskie dokonania były dla mnie wielką
pomocą. Dziękuję wszystkim tym kobietom, które były przede mną.
Regularnie przyjmuję zaproszenia do wygłaszania odczytów i mówię o cudzie odkrywania siebie w rezultacie cudu samouzdrawiania.
Moja rodzina stale czerpała wodę ze studni traumy, a najczęściej
powtarzająca się lekcja brzmiała: "Nie wierz, że cokolwiek dobrego w życiu potrwa długo albo nie będzie słono kosztować". Przeszłam już długą
drogę i wciąż żyję, więc nadal mogę się wiele nauczyć. Skoro mówią, że
najlepsze jest zawsze przed nami, postanowiłam jeszcze trochę pożyć i zweryfikować tę teorię. Moje życie jest obecnie cudowne dzięki rozmaitym
możliwościom, które przed sobą widzę. Próbuję rozpościerać skrzydła;
dotąd prawie z nich nie korzystałam. Mam nadzieję, że zechce Pan mi
odpowiedzieć, jeśli czas na to pozwoli. Samo napisanie tego listu było
dla mnie jednym ze wznioślejszych wydarzeń dotychczasowego życia.
Dziękuję za udostępnienie mi tego kanału komunikacji z osobą, którą tak
głęboko szanuję. Napiszę do Pana ponownie, jeśli to nie natręctwo.
Proszę dać mi znać.
Ze szczerym uszanowaniem
Maggi
Szanowny Panie Doktorze!
Mój tata był aktywnym alkoholikiem. W rodzinie po cichu mówiło się o piciu taty, ale tylko mama z nim na ten temat rozmawiała. To
"rozmawianie" zwykle polegało na cichym dymieniu, dopóki nie wybuchał
wulkan. Pamiętam, jak byłam małym dzieckiem, miałam cztery, może pięć
lat. W kuchni mieliśmy żółty stół - spędzałam przy nim dużo czasu,
grzebiąc w jedzeniu. Mama przygotowywała kolację i codziennie o tej
samej godzinie wszystko stawało na tym stole. Siadałyśmy obie i czekałyśmy na tatę, który każdego popołudnia zahaczał w drodze z pracy o pijalnię. Czekałyśmy. Kolacja stygła. Czekałyśmy dalej. Kiedy tata
wreszcie docierał do domu, siadał do stołu. Kamienna cisza
uniemożliwiała wzięcie choćby jednego kęsa zimnego jedzenia. Więc
rozlewałam mleko z kubka. Kiedy teraz o tym myślę, musiało mi chodzić po
prostu o przerwanie tego nieznośnego napięcia. Tata odchodził od
niezjedzonego posiłku, a mama krzyczała na mnie, wycierając rozlane
mleko.
Przez dużą część życia "mleko rozlewało mi się" w napiętych sytuacjach.
Wyszłam za mężczyznę, nie alkoholika, ale bardzo podobnego do ojca. Też
na różne sposoby uciekał. Byliśmy razem przez ponad dwadzieścia lat i wychowaliśmy szóstkę dzieci. Wciąż ciągnie mnie do cichych, skrytych,
zdystansowanych mężczyzn. Wciąż widzę możliwość i myślę, że mogę żyć z wizją tej możliwości. Aż do dzisiaj zmagam się z tym, żeby pozostawać w rzeczywistości, którą mam przed oczami, zamiast w tej możliwej, która
według mnie mogłaby zaistnieć. Coraz lepiej wychodzi mi dostrzeganie
znaków ostrzegawczych oraz słuchanie mądrości, którą nabyłam. Jeśli coś
wygląda jak kaczka, kwacze jak kaczka i chodzi jak kaczka -
niewykluczone, że naprawdę jest to właśnie kaczka.
Mam nadzieję, że będzie to pomocne dla innych kobiet. Mnie pomaga
czytanie tego w druku.
Nancy
Doktorze Ackerman!
Właśnie skończyłam czytać Wyrosnąć z DDA i chciałam Pana pozdrowić. Po
całym życiu spędzonym w milczeniu czuję, że wreszcie chcę mówić. Czuję
się podekscytowana. Nareszcie ktoś rozumie moje życie. Żebym tylko ja
mogła je jeszcze teraz zrozumieć!
Jestem najstarszą córką dwojga alkoholików. Mam trzy siostry i dwóch
braci. W dzieciństwie zawsze wiedziałam, że coś u nas nie gra i że
wszystko obraca się wokół butelki piwa, która zawsze była na
wyciągnięcie ręki. Nie podobało mi się, co robiła z moim ojcem, nie
podobało mi się, jakie reakcje wywoływała u matki, ale przede wszystkim
nie podobało mi się, jak ja się przez nią czułam - najczęściej
rozzłoszczona i zdezorientowana.
Miałam piętnaście lat, gdy naszą rodziną wstrząsnął pierwszy silny
kryzys związany z alkoholem. Była to pierwsza sytuacja, która wywarła na
mnie duży wpływ i którą zapamiętałam. Alkoholizm i depresja mojej matki
posunęły się tak bardzo, że musiała być przez trzy miesiące
hospitalizowana w stanowym ośrodku psychiatrycznym. Ale wtedy nie znałam
tych słów. Wiedziałam tylko tyle, że matka wyjechała, a moim zadaniem
było zajęcie się wszystkim w domu. Ojciec nigdy nie nauczył się
dopilnowywać żadnych spraw czy odnajdywać w sytuacjach kryzysowych.
W trakcie nieobecności matki ojciec w dużym stopniu polegał na mnie, a ja dorosłam do tego zadania. Pomogłam utrzymać rodzinę w całości. W pierwszym tygodniu nieobecności mamy różni krewni pozabierali nas
wszystkich do siebie. Dotarły do mnie strzępki rozmów o domach
zastępczych, więc skontaktowałam się z tatą i powiedziałam, że lepiej,
żeby się pośpieszył i zabrał nas z powrotem! Przy okazji powiedziałam
części naszych Bogu ducha winnych krewnych, dokąd mogą się wynosić.
Miałam okazję wyładować na tych ludziach swoją złość na butelkę. Och,
jakie to było cudne uczucie! Wyrobiłam sobie opinię pyskatej smarkuli.
Mimo że nieźle się trzymałam, był to dla mnie trudny okres. Szkoła
zawsze była moją oazą i miałam dobre stopnie, ale w tym czasie bardzo
się obniżyły. Chodziłam do katolickiej szkoły średniej i wezwała mnie do
siebie pedagog szkolna - siostra zakonna - żeby zrobić mi na ten temat
wykład. Byłam wtedy akurat bardzo rozżalona i wyznałam jej, co dzieje
się w moim życiu. Odpowiedziała: "Aha, nie wiedziałam". I tyle. Odesłała
mnie z powrotem do klasy. Nie zaoferowała żadnego pocieszenia, uścisku,
słów otuchy. Byłam tym zdruzgotana, upokorzona i zawstydzona. Po raz
pierwszy w życiu otworzyłam się przed kimś, a dano mi do zrozumienia, że
to, co się u mnie dzieje, nikogo nie obchodzi. To doświadczenie było
kolejnym potwierdzeniem narastającego we mnie przekonania, że w sprawie
bolesnych sytuacji w moim życiu mogę liczyć tylko na siebie. Tata był
zbyt słaby, by sobie z nimi radzić, mamy nie było, a moich nauczycieli
to po prostu nie obchodziło.
Kolejny raz rozmawiałam o alkoholizmie w mojej rodzinie po siedemnastu
latach - gdy poszłam na spotkanie grupy Dorosłych Dzieci Alkoholików
przy AA. Dowiedziałam się tam, że ilekroć miałam poczucie, iż jest ze
mną coś nie w porządku, rzeczywiście tak było. Alkoholizm odcisnął się
też na mnie. To była choroba, rodzinna choroba. Wskoczyłam w program
DDA, czytałam wszystko, co tylko wpadało mi w ręce, żeby zrozumieć
alkoholizm. Pamiętam książkę Claudii Black, która pisała o "nie mówić,
nie ufać, nie czuć". Mówiła, że rodziny z problemem alkoholowym mają
takie trzy reguły; w zasadzie więcej niż reguły - to są niewzruszone
prawa. Czytając te słowa, przypomniałam sobie swoje doświadczenie, gdy
miałam piętnaście lat. To są naprawdę przepotężne zasady, jednak byłam
zdeterminowana, by zmienić swój sposób życia. Dołączenie do grupy DDA
było dla mnie początkiem zadziwiającej drogi. Jestem dozgonnie wdzięczna
wszystkim tym, którzy mieli odwagę pomagać nam w nauce, jak przerwać to
milczenie.
Pan mi pomógł i chcę, żeby Pan o tym wiedział.
Dziękuję
Barb
Szanowny Panie Doktorze,
kilka tygodni temu z rekomendacji mojej psychoterapeutki Beverly wzięłam
udział w jednej z Pana sesji o Wyrosnąć z DDA. Zaproponowała ona
również, abym do Pana napisała.
Sesja bardzo mi się podobała; było tak, jakby mówił Pan wprost do mnie.
Odbywam terapię dopiero od paru miesięcy, więc wszystko to jest dla mnie
stosunkowo nowe, ale też fascynujące i w punkt. Kupiłam Pana książkę i natychmiast ją przeczytałam. W niej też zwracał się Pan bezpośrednio do
mnie. Ponadto zobaczyłam wiele swoich cech jako typowych dla DDA, mimo
że nie zdawałam sobie sprawy z istnienia jakiegokolwiek związku.
Mój ojciec był alkoholikiem, a matka ciężko chorowała od moich narodzin
aż do swojej śmierci, gdy miałam szesnaście lat. Potem choroba
alkoholowa ojca jeszcze się wzmogła i było tak, dopóki się nie ożenił.
Wtedy rzucił picie (w tym momencie sama byłam już od sześciu miesięcy
zamężna). Beverly pomogła mi zdać sobie sprawę, że byłam w dzieciństwie
zaniedbywana z powodu alkoholizmu ojca i choroby matki. Dlatego
znalazłam sobie wiernego kompana oraz pocieszenie w jedzeniu i stałam
się kompulsywnym żarłokiem. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego mam obsesję
na punkcie jedzenia, i nie potrafiłam powiązać swoich nawyków
żywieniowych z żadnym nastrojem itp. Teraz rozumiem. Ponadto czytając
Pana książkę, odkryłam, że jestem współuzależniona i przejawiam
wszystkie wymienione przez Pana charakterystyczne cechy córki mającej
ojca alkoholika, a także część pojawiających się w przypadku matki
alkoholiczki. Beverly pomogła mi zrozumieć, że mimo iż pił tylko mój
tata, to cechy alkoholików przejawiali oboje rodzice, bo matka nie była
w stanie zadbać o siebie - a tym bardziej o mnie!
Panie Doktorze, dziękuję za to, że zajął się Pan tą tematyką, pisze
książki i prowadzi odczyty poświęcone tym zagadnieniom. Otworzył mi Pan
oczy na powody, dla których jestem, jaka jestem; zapewnił mi Pan lepsze
pojęcie o tym, kim jestem i skąd przychodzę, a także dokąd chcę iść
dalej! Mam jeszcze do wykonania mnóstwo pracy "nad sobą", ale uczę się
siebie kochać i z Bożą pomocą oraz takimi informacjami, jakich Pan
udziela, stanę się w końcu umysłowo i fizycznie zdrowym człowiekiem.
Grace Ann
Szanowny Panie Doktorze,
chcę powiedzieć Panu, że zostało mi już tylko kilka ostatnich stron Pana
książki i że pomogła mi ona uporządkować mnóstwo uczuć. Wiem, że wciąż
czeka mnie długa droga, ale wiem także, że najgorsze jest już
zdecydowanie za mną. Wcześniej byłam świadoma wielu spraw, które Pan
wymienia, ale nie wiedziałam, jak się one łączą z tym, co przeszłam,
gdzie jestem i dokąd zmierzam.
Wiem, że na pewno jest Pan szalenie zajęty, mam jednak jedno pytanie.
(No, może dwa). Jeśli Pan nie odpowie, w pełni to zrozumiem, ale mimo
wszystko muszę je zadać. Czytając Pana książkę, uświadomiłam sobie
między innymi, że walczę o kontrolę w dosyć restrykcyjnym związku, który
obecnie jest niezdrowy (w zasadzie zawsze był niezdrowy; mam nadzieję,
że kiedyś może się to zmienić), z mężczyzną podejmującym ryzykowne
zachowania. Czy jest prawdopodobne, że da się uratować ten związek,
szczególnie jeśli widzę teraz, iż mam przed sobą długi proces własnego
zdrowienia? Czy jest prawdopodobne, żebym stała się w pełni zdrowa i została taką osobą, jaką chcę być - i wiem, że mogę być - w tej relacji?
Mam nadzieję, że będę kiedyś mogła otrzymać od Pana autograf na moim
egzemplarzu Wyrosnąć z DDA.
Raz jeszcze dziękuję za poświęcony mi czas oraz za wszystkie bezcenne
informacje z Pana książki, które pomogły mi tyle dowiedzieć się o mnie
samej w przeszłej, teraźniejszej i przyszłej postaci.
Z poważaniem
Autumn
Panie Doktorze,
w tym tygodniu wysłuchałam nagrania Pańskiego wykładu o Wyrosnąć z DDA, żeby ponownie przybliżyć się do realiów moich problemów oraz ich
przyczyn. Znakomicie pasuję do Pańskiego opisu córki ojca alkoholika.
Kiedy pierwszy raz czytałam Wyrosnąć z DDA, na długo zanim zaczęłam
odwyk, wiedziałam, że poznał mnie Pan dzięki wywiadom z kobietami w całym kraju. Wtedy zaczęła się dla mnie ta znajomość, choć nigdy nie
spotkałam Pana osobiście. W swojej książce opowiadał Pan o mnie światu i nagle przestałam się czuć tak osamotniona, bo sekret wyszedł w końcu na
jaw.
Jakaś cząstka mnie chciała pożyczyć tę książkę mojej mamie, ale ona nie
była otwarta na myśl, że moje problemy mogą mieć cokolwiek wspólnego z nią. Musiałam ukrywać przed nią swój ból, a jedyny sposób, w jaki mogłam
to robić, zapewniały narkotyki i alkohol. W mojej małej mieścinie
specjaliści od zdrowia psychicznego zajmowali się tylko umysłowo
chorymi. Poza tym, gdyby w naszej małej społeczności wydało się, że nie
funkcjonuję jak należy, matka traktowałaby mnie jeszcze gorzej. Nie
miałam z kim porozmawiać na swój temat, żyłam więc zamknięta w sobie i stworzyłam wewnętrzny świat, który zabezpieczał mnie przed okazywaniem
cierpienia.
Na odwyku jestem zdezorientowana. Jeśli ufam swemu światu wewnętrznemu i zamykam się w sobie, w końcu ląduję na oddziale psychiatrycznym. Ale
kiedy ujawniam przed sobą swoje myśli i uczucia, strasznie się boję.
Jestem bezbronna. Myślę tylko o tym, kto mnie zaraz zrani. Niemal każda
kobieta w moim życiu staje się moją niewrażliwą/współuzależnioną matką;
niemal każdy mężczyzna staje się moim ojcem.
W ostatnim tygodniu poruszam się w tak gęstej mgle, że ufam tylko
ścieżce, którą musiałam wybrać w lesie mojego wewnętrznego świata. Tam
uciekam od wrogich drzew z Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Odpoczywam
obok niedźwiedzia, który zapadł w sen zimowy. Trzęsę się z zimna w deszczu i idę boso po błotnistym szlaku. I myślę, jak cudownie byłoby
przeżyć drugi raz takie dzieciństwo, o jakim dziś marzę. Chcę być córką
rodziców, którzy kochają mnie bez zastrzeżeń, bo tego pragną. Mam
nadzieję, że mi się poprawi.
Z poważaniem
Lois
Szanowny Panie Doktorze,
dorastanie w domu z agresywnym ojcem alkoholikiem sprawiło, że miałam
wiele niezaspokojonych potrzeb i stałam się bardzo poraniona.
Podejrzewam, że przez cały czas było to oczywiste, tylko ja nie byłam
gotowa zdać sobie z tego sprawy czy tego przyznać.
Myślę, że kiedy byłam mała, miałam poniżej dziesięciu lat,
prawdopodobnie pragnęłam od mojego ojca aprobaty i miłości. Ale po
ukończeniu dziesięciu, jedenastu lat zaczęłam sobie uświadamiać, jak
jest okropny. Zdałam sobie sprawę, że za dużo pije; zaczęły to zauważać
moje koleżanki i robić na ten temat uwagi. Byłam upokorzona, zażenowana
i zawstydzona. Zdałam też sobie sprawę, że wszystkie awantury, które
wybuchały między rodzicami, powstawały z jego winy. Nie chciałam mieć
nic wspólnego z nim ani z moją chorą rodziną. Wychodziłam z domu i udawałam, że to nie jest moja rodzina, ale w rzeczywistości ci ludzie
sterowali moim życiem.
Patrząc z perspektywy, uświadomiłam sobie, jak dużo czasu i energii
przeznaczałam na marzenia i wyobrażanie sobie, że zostanę przez kogoś
wyratowana, zaakceptowana i pokochana. Nie tyle pragnęłam aprobaty
(miałam wysokie kompetencje i wiele osiągnięć), co chciałam być kochaną
i uwierzyć, że w ogóle można mnie kochać. Pragnęłam mieć kochającą
rodzinę i chciałam uwierzyć, że mogę być kochana przez jakiegoś
mężczyznę jak córka. Po prostu zżerało mnie pragnienie posiadania
prawdziwego ojca. Tęskniłam do tej miłości oraz poczucia bezpieczeństwa
i opieki.
W końcu zrobiłam się bardzo zmęczona - zmęczona życiem, zmęczona presją
i stresem bycia idealną i troszczenia się o wszystkich. Byłam zmęczona
koniecznością ciągłego chronienia mojej matki i rodzeństwa przed jego
przemocą. Chciałam, żeby to o mnie ktoś się zatroszczył; żeby ktoś mnie
wyratował. Chciałam, żeby ktoś okazał, że mu na mnie zależy. Wszystko
było takie pokręcone.
Ta tęsknota za miłością ojca ani na moment nie opuszczała mnie przez
lata studiów, splatając się jednocześnie z moimi innymi rozpaczliwymi
wołaniami o wybawienie. Wszystkie te uczucia i myśli kotłowały się we
mnie. Przez te niezaspokojone potrzeby byłam cała poobijana i ślepa.
I wtedy pojawił się facet, który twierdził, że uda mu się zaspokoić moje
potrzeby. Stałam się dzieckiem; tak jakby cząstka mnie ponownie
doświadczała bólu dzieciństwa i chciała, by ktoś mnie z niego wybawił.
Miałam poczucie, jakby mnie ratował, i chciałam w to wierzyć.
Pozwoliłam, aby moje dziecięce fantazje o posiadaniu kochającego ojca
przejęły stery mojego dorosłego życia. Postrzegałam siebie jako
bezradną. On przekonywał mnie, że jestem bezradna i że go potrzebuję, co
zresztą nie było trudne. Coś we mnie stało się dzieckiem -
potrzebującym, niezdolnym do samodzielnego podejmowania decyzji,
przestraszonym i pragnącym, by ktoś je uratował.
Pozwoliłam mu na sprawowanie nade mną kontroli z powodu pustki i bólu,
których zniknięcia tak bardzo pragnęłam. Szkoda, że nie zdawałam sobie
sprawy, iż przez poddanie się czyjejś władzy umniejszam się, a nie
powiększam. Mój ból i samotność narastały. W rzeczywistości umiałam o siebie zadbać i podejmować decyzje, ale byłam zmęczona. Zanim się
zorientowałam, byłam już w strasznym położeniu, z którego przez długi
czas nie mogłam się wydobyć. To był koszmar.
Wiem, że niektórzy ludzie mogą być godni zaufania, lecz wiem także, że
niektórzy poszukują osób dających się ranić i wykorzystywać. To nie mój
problem ani nie moja sprawa, dlaczego tak postępują. Moją sprawą jest
zadbanie o siebie.
Chciałabym przestrzec inne kobiety, aby nie pozwalały na to, by własne
niezaspokojone potrzeby i otwarte rany przejmowały kontrolę nad ich
decyzjami. Ja niestety nie uświadamiałam sobie, że to właśnie się
dzieje, póki nie było już za późno. Szkoda, że nie wiedziałam, iż to
może się naprawdę przydarzyć mnie. Pomocni byliby też bliscy
przyjaciele, którzy wiedzieliby, co dzieje się w moim życiu. Widzieliby
wszystko wyraźniej i mogliby mnie ostrzec, ale nie umiałam nawiązywać
dobrych przyjaźni, opartych na zaufaniu. Izolacja, w jakiej się
znajdowałam, pomogła temu mężczyźnie wykorzystywać mnie i w pełni
kontrolować.
Żałuję, że nie miałam wtedy tej wiedzy, jaką mam teraz. A teraz wiem, że
szalenie pomogła mi Pana książka. Dziękuję za napisanie jej i za
przeczytanie mojego listu.
Dorosłe dzieci alkoholików (przyp. tłum.). [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki