Wprowadzenie
Wiosną 2018 roku Biały Dom szykował się do
spotkania na szczycie między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem. W Old
Executive Office Building, gdzie pracuje personel prezydenta Stanów
Zjednoczonych zajmujący się bezpieczeństwem narodowym, jeden z asystentów Trumpa wyznał mi z nieco przepraszającym uśmiechem:
"Prezydent lubi się spotykać z autorytarnymi przywódcami".
Było jasne, że słabość Trumpa do dyktatorów wzbudza zażenowanie nawet u części jego urzędników wyższego szczebla. W korytarzach Białego Domu
dawało się wyczuć niewypowiedzianą myśl, że prezydent wprowadził w samo
serce najwspanialszej demokracji świata pewne nawyki typowe dla
dyktatur. Jego nieposkromiona retoryka, zamiłowanie do defilad
wojskowych, pobłażliwość wobec konfliktów interesów oraz nietolerancja
wobec dziennikarzy i sędziów stanowią typowe w polityce cechy "stylu
silnej ręki", który jeszcze do niedawna uchodził za obcy dojrzałym
demokracjom Zachodu.
Lecz Trump działał w zgodzie z duchem swoich czasów. Od 2000 roku jeden
z kluczowych aspektów globalnej polityki stanowi wzrost tendencji
autorytarnych. W stolicach tak różnych jak Moskwa, Pekin, Delhi, Ankara,
Budapeszt, Warszawa, Manila, Rijad czy Brasilia do władzy doszli
samozwańczy "silni przywódcy" (jak do tej pory co do jednego mężczyźni).
Zazwyczaj są to nacjonaliści o konserwatywnych zapatrywaniach
kulturowych, wykazujący symboliczną tolerancję wobec mniejszości,
odmiennych poglądów czy cudzoziemskich interesów. W kraju pozują na
tych, którzy bronią zwykłego człowieka przed "globalistycznymi" elitami,
za granicą natomiast na ucieleśnienie własnego narodu. Wszędzie zaś
promują kult jednostki. Polityka silnej ręki opiera się na przemocy.
Dwudziestego czwartego lutego 2022 roku retoryka przerodziła się w rzeczywistość, oto bowiem Rosja najechała Ukrainę, rozpoczynając
największą wojnę lądową w Europie od 1945 roku.
"Czasy silnej ręki" zaczęły się wraz z objęciem władzy przez Władimira
Putina w 2000 roku. Pozostaną też wątkiem przewodnim światowej polityki
przez kolejną dekadę. W Stanach Zjednoczonych Donald Trump wciąż wywiera
wyraźny wpływ na politykę i zapowiedział już, że wystartuje w wyborach w 2024 roku. Dwa wzrastające supermocarstwa XXI wieku, to jest Chiny i Indie, również weszły na ścieżkę silnorękich rządów. Choć Xi Jinping i Narendra Modi funkcjonują w bardzo odmiennych systemach politycznych,
obydwaj przestawili swoje kraje na bardziej osobisty styl sprawowania
rządów, charakteryzujący się nacjonalizmem, retoryką siły oraz zaciekłą
wrogością wobec liberalizmu. Dwoma najważniejszymi mocarstwami za
wschodnią granicą Unii Europejskiej, to jest Rosją i Turcją, kierują
autorytarni przywódcy. Zarówno Władimir Putin, jak i Recep Tayyip
Erdo?an są u władzy już dobre dwadzieścia lat. Styl rządów silnej ręki
zagościł również w samej Unii Europejskiej, a to za sprawą Viktora
Orbána na Węgrzech i Jarosława Kaczyńskiego w Polsce. Z tym sposobem
uprawiania polityki flirtował w Wielkiej Brytanii także Boris Johnson,
jeżeli wziąć pod uwagę jego podejście do prawa, dyplomacji oraz
odmiennych zdań w jego własnej partii. Dwoma największymi państwami
Ameryki Łacińskiej, czyli Brazylią i Meksykiem, rządzą obecnie
odpowiednio Jair Bolsonaro i Andrés Manuel López Obrador (znany
powszechnie jako Amlo). Bolsonaro lokuje się na skrajnej prawicy, Amlo z kolei to przedstawiciel populistycznej lewicy. Obydwaj przywódcy
wpasowują się jednak w szablon rządów silnej ręki, roztaczając wokół
siebie kult jednostki i pogardę dla instytucji państwowych.
Taką międzynarodową prawidłowość podkreśla motyw przewodni tej książki:
styl rządów silnej ręki nie ogranicza się jedynie do systemów
autorytarnych. Obecnie powszechnie można go spotkać również pośród
wybieralnych polityków w państwach demokratycznych. Lubujący się w stylu
silnej ręki przywódca, który funkcjonuje w demokracji, jak na przykład
Donald Trump, związany jest ograniczeniami instytucjonalnymi, które nie
pętają Xi Jinpinga ani Władimira Putina. Tyle że instynkty Trumpa,
Duterte czy Bolsonaro niepokojąco przypominają instynkty autorytarnych
przywódców Chin i Rosji.
Wzbierająca na świecie fala przywódców rządzących silną ręką
fundamentalnie odmieniła obraz światowej polityki. Jesteśmy obecnie
świadkami najbardziej konsekwentnej globalnej ofensywy skierowanej od
lat trzydziestych XX wieku przeciwko wartościom demokracji liberalnej.
Po katastrofie drugiej wojny światowej nastąpił okres mniej więcej
sześćdziesięciu lat, w których polityczne swobody rozprzestrzeniały się
po świecie. Progres ten przebiegał nierówno, a definicje samej
demokracji pozostają nieprecyzyjne, lecz ogólny kierunek zmian był
jasny. W 1945 roku na świecie było zaledwie dwanaście państw o ustroju
demokratycznym. Do roku 2002 liczba ta wzrosła do dziewięćdziesięciu
dwóch i po raz pierwszy w dziejach przewyższyła liczbę istniejących na
świecie reżimów autokratycznychk1.
Od tego czasu liczba państw uznawanych formalnie za demokratyczne stale
utrzymywała się nieco powyżej liczby reżimów autorytarnych. Rozpoczął
się jednakże proces erozji demokracji. Organizacja Freedom House, która
przygotowuje coroczne raporty na temat stanu wolności politycznej na
świecie, wskazała, że 2020 rok był piętnastym z rzędu, w którym
zanotowano spadek poziomu globalnej wolności. Po okresie przyrostu
swobód politycznych i obywatelskich, jaki nastąpił wraz z zakończeniem
zimnej wojny, w 2005 roku trend uległ odwróceniu. Od tego czasu rok w rok liczba krajów, w których wskaźnik wolności zmalał, przewyższała
liczbę tych, które doświadczały poszerzania się przestrzeni politycznych
i obywatelskich swobód. Jak to ujęli przedstawiciele Freedom House:
"Długotrwała recesja demokracji się pogłębia"k2. Podstawową
przyczyną tego procesu jest zwiększająca się liczba przywódców
opowiadających się za rządami silnej ręki. Dzieje się tak, ponieważ styl
uprawiania przez nich polityki przedkłada ich instynkty ponad prawo oraz
instytucje.
Dzisiaj przywódcy stosujący rządy silnej ręki funkcjonują w globalnym
środowisku politycznym radykalnie odmiennym od tego, w jakim poruszali
się dyktatorzy z lat trzydziestych XX wieku. W epoce nuklearnej wojny
między wielkimi mocarstwami nie są już czymś powszednim. Lecz nawet tego
nie można już brać za pewnik. Najazd Putina na Ukrainę prędko przerodził
się w wojnę zastępczą między Rosją a Sojuszem Północnoatlantyckim (North
Atlantic Treaty Organization, NATO), którego państwa członkowskie
dostarczają zaawansowane uzbrojenie Ukraińcom. Amerykańscy i europejscy
decydenci, którzy wydali zgodę na takie dostawy, w pełni zdawali sobie
sprawę z ryzyka, że może to doprowadzić do bezpośredniego konfliktu z Rosją.
Wzrasta również niebezpieczeństwo wybuchu wojny między Stanami
Zjednoczonymi a Chinami Xi Jinpinga. W sierpniu 2022 roku chińskie siły
zbrojne przeprowadziły najgroźniejsze od połowy lat dziewięćdziesiątych
XX wieku manewry wojskowe wokół Tajwanu. Stanowiło to odpowiedź na
wizytę, jaką na samorządnej wyspie złożyła spikerka amerykańskiej Izby
Reprezentantów Nancy Pelosi.
Atak Chin na Tajwan pogrążyłby światową gospodarkę w chaosie, gdyż za
około 90 procent światowej produkcji najbardziej zaawansowanych
technicznie półprzewodników odpowiada firma TSMC, mająca siedzibę na
wyspie. Globalizacja kształtuje środowisko, w którym podejmują decyzje
autorytarni przywódcy. Rozprzestrzenienie się prawa międzynarodowego
również zaowocowało nowymi oczekiwaniami wobec sposobu postępowania
światowych przywódców. Zarazem jednak technologie XXI stulecia
zapewniają autorytarnym włodarzom nowe sposoby komunikowania się
bezpośrednio z masami, jak również niebezpieczne instrumenty kontroli
społecznej - w szczególności możliwość monitorowania ruchów i zachowań
obywateli. Narzędzia te w miarę rozwoju mogą umocnić dokonujący się w XXI wieku zwrot ku autorytaryzmowi.
Joe Biden jednym z głównych celów swojej prezydentury uczynił promowanie
demokracji na całym świecie. Objął jednak władzę w "czasach silnej
ręki". Populistyczni i autorytarni przywódcy nadają obecnie kierunek
światowej polityce. Korzystają ze wzbierającej fali odradzającego się
nacjonalizmu oraz konfliktów kulturowych i terytorialnych, na tyle
potężnej, że dokonywana przez Bidena ponowna afirmacja wartości
liberalnych i amerykańskiego przywództwa może nie zdołać jej
powstrzymać.
Zresztą nawet w samych Stanach Zjednoczonych zwycięstwo Bidena
bynajmniej nie zadało kresu autorytarnym ciągotom. W wyborach
prezydenckich w 2020 roku Trump osiągnął wystarczająco dobry wynik, by
natychmiast pojawił się temat jego ponownej kandydatury w 2024 roku. A nawet jeżeli on sam wycofa się z działalności politycznej na pierwszej
linii, przyszli kandydaci Partii Republikańskiej z dużą dozą
prawdopodobieństwa przejmą wypracowaną przez niego formułę polityczną.
Chińscy nacjonaliści często przedstawiają Bidena jako starego i słabego
przywódcę, który stoi na czele Ameryki nieodwracalnie chylącej się ku
upadkowi. Z kolei same Chiny prezentują siebie jako odradzające się
mocarstwo pod rządami silnego i energicznego lidera. W klarującym się
światowym porządku prezydent Chin może niebawem zgłosić pretensje do
zwyczajowo przypisywanego prezydentowi Stanów Zjednoczonych tytułu
najpotężniejszego człowieka na świecie.
Głównym wyzwaniem dla prezydentury Bidena będzie udowodnienie witalności
liberalnej demokracji zarówno w kraju, jak i za granicą. Jeżeli mu się
to nie powiedzie, jego okres urzędowania może okazać się zaledwie
przerywnikiem w epoce autorytarnych rządów.
Jeżeli polityczni liberałowie mają wygrać batalię z polityką silnej
ręki, muszą zrozumieć, z czym mają do czynienia. Ta książka spróbuje
znaleźć odpowiedzi na trzy podstawowe pytania dotyczące "czasów silnej
ręki". Kiedy tendencja do tego typu rządów zyskała popularność? Jakie są
jej główne cechy charakterystyczne? I dlaczego do tego doszło?
Trzydziestego pierwszego grudnia 1999 roku Władimir Putin objął władzę w Rosji. Miał się stać ważnym symbolem, a wręcz inspiracją dla nowego
pokolenia autorytarnych władców in spe, którzy podziwiają jego
nacjonalizm, brawurę, gotowość do stosowania przemocy oraz pogardę wobec
politycznej poprawności.
Jednakże w początkowych latach sprawowania władzy Putin starał się
uchodzić za wiarygodnego partnera w ramach obowiązującego porządku
świata. Po wizycie na Kremlu w czerwcu 2000 roku urzędujący wówczas
prezydent USA Bill Clinton uznał swego rosyjskiego odpowiednika za "w pełni zdolnego do budowy dostatniej, silnej Rosji, przy jednoczesnym
poszanowaniu wolności, pluralizmu i praworządności"k3.
Przy okazji pierwszego spotkania z George'em W. Bushem w 2001 roku Putin
zdołał mu zaimponować. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych zauważył:
"Nawiązaliśmy bardzo udany dialog. Wyczułem jego duszę".
Putin w pełni dał o sobie znać jako wróg kreowanego przez Stany
Zjednoczone porządku w antyamerykańskim przemówieniu na konferencji w Monachium w 2007 roku, po którym w 2008 roku Rosja dokonała najazdu
zbrojnego na sąsiednią Gruzję. Od tej pory bombastyczny i agresywny styl
polityczny rosyjskiego przywódcy sprawiał wrażenie anomalii w zestawieniu z ostrożnym pragmatyzmem innych kluczowych liderów
ówczesnego świata - Baracka Obamy z USA, Angeli Merkel z Niemiec i Hu
Jintao z Chin. Merkel podsumowała Putina jako przywódcę używającego
dziewiętnastowiecznych sposobów do rozwiązywania problemów XXI
wiekuk4. Tymczasem jednak okazał się on nie anachronizmem, a raczej heroldem tego, co dopiero miało nadejść.
W 2003 roku, trzy lata po tym, jak w Rosji do władzy doszedł Putin,
premierem Turcji został Recep Tayyip Erdo?an. Podobnie jak w przypadku
Putina, musiało minąć trochę czasu, nim Erdo?an pokazał się od
autorytarnej strony. Polityk początkowo chwalony na Zachodzie jako
liberalny reformista przez dwie dekady u władzy stawał się coraz to
bardziej autokratyczny - wsadzał do więzień dziennikarzy i rywali
politycznych, dokonywał czystek w armii, sądach i służbie cywilnej,
zbudował sobie ogromny pałac w Ankarze, a do tego uległ paranoi,
wszędzie doszukując się spisków.
Rosja i Turcja to duże kraje o wystarczająco znaczących gospodarkach, by
kwalifikować się do członkostwa w grupie G20. Nie są to już jednak
supermocarstwa. Tak więc za moment, kiedy "epoka silnej ręki" stała się
fenomenem naprawdę globalnym, najwłaściwiej będzie uznać rok 2012, w którym rządy w Chinach objął Xi Jinping.
Od czasu śmierci Mao Zedonga w 1976 roku Komunistyczna Partia Chin przez
kolejne dziesięciolecia ostrożnie przesuwała się ku bardziej kolektywnym
formom przywództwa. Lecz choć obecne Chiny to kraj bez porównania
bogatszy i bardziej rozwinięty aniżeli za czasów Mao, prezydent Xi
przejawia ewidentne oznaki nostalgii za pewnymi elementami maoizmu,
jakie zna z własnej młodości. Pod jego przywództwem partyjna machina
propagandowa zaczęła tworzyć kult jednostki wokół "Xi dada" (wujka Xi).
Przesuwanie się w stronę rządów silnej ręki umocniła decyzja z 2018 roku
o zniesieniu limitu kadencji prezydenta - co potencjalnie umożliwia Xi
sprawowanie władzy do końca życia.
Drugie ze wschodzących supermocarstw Azji, to jest Indie, podążyło
podobną ścieżką w 2014 roku wraz z wyborem Narendry Modiego, lidera
Indyjskiej Partii Ludowej (Bharatiya Janata Party, BJP), czyli
ugrupowania hinduskich nacjonalistów. Jako działacz opozycyjny Modi był
już wystarczająco kontrowersyjny, by zapewnić sobie zakaz wjazdu do
Stanów Zjednoczonych ze względu na niejasności dotyczące jego roli w antymuzułmańskim pogromie, do jakiego w 2002 doszło w jego rodzinnym
stanie Gudżarat. Jako przywódca Indii ustawił się w pozycji tego, który
stawi czoła wrogom narodu zarówno w kraju, jak i za granicą. Jego
gotowość do zbombardowania domniemanych baz terrorystycznych w Pakistanie w 2019 roku podekscytowała wielu obywateli Indii i stała się
podstawą udanej walki o reelekcję, w ramach której Modi zapewniał
elektorat: "Głosując na lotos [kwiat symbolizujący jego partię], nie
przyciskacie guzika w maszynie, lecz pociągacie za spust, by strzelić
terrorystom w pierś".
W 2015 roku styl rządów silnej ręki zdobył także ważne przyczółki w Unii
Europejskiej, która lubi się przedstawiać jako klub liberalnych
demokracji. W tym właśnie roku Viktor Orbán, coraz to bardziej
autorytarnie poczynający sobie premier Węgier, stał się bohaterem dla
populistycznej prawicy na Zachodzie, stając na czele kampanii mającej na
celu powstrzymanie napływu uchodźców i migrantów z Bliskiego Wschodu. W tym samym roku populistyczna prawicowa partia Prawo i Sprawiedliwość pod
wodzą Jarosława Kaczyńskiego wygrała w Polsce zarówno wybory
prezydenckie, jak i parlamentarne.
Europejski kryzys migracyjny posłużył także jako tło dla brytyjskiego
referendum nad Brexitem w czerwcu 2016 roku. Działacze kierowanej przez
Borisa Johnsona kampanii na rzecz wyjścia z Unii Europejskiej
wykorzystali strach przed muzułmańską imigracją, niezgodnie z prawdą
rozpowiadając, że Turcja gotowa jest wstąpić do UE i zalać Wielką
Brytanię nową falą imigrantów. Wybrany przez brexitowców slogan "Take
Back Control" - "odzyskaj kontrolę" - okazał się potężnym wehikułem,
który napędził im dość głosów, by odnieśli zaskakujące zwycięstwo. Steve
Bannon, który kierował kampanią Trumpa w 2016 roku, powiedział później,
iż to, że Trump wygra wybory prezydenckie, uświadomił sobie w chwili,
gdy Brytyjczycy zagłosowali za Brexitem.
Kiedy zatem w listopadzie 2016 roku Trump istotnie zwyciężył w wyścigu
do Białego Domu, w pewnym sensie zaledwie wpisywał się w zarysowany już
globalny trend. Jednakże za sprawą wyjątkowej potęgi gospodarczej i kulturowej Stanów Zjednoczonych jego dojście do władzy zmieniło
atmosferę światowej polityki, umacniając i legitymizując styl rządów
silnej ręki, a także dając początek całej fali naśladowców.
W ramach pierwszej wizyty zagranicznej po objęciu urzędu Trump w maju
2017 roku udał się do Arabii Saudyjskiej. W tym samym roku następca
tronu książę koronny Muhammad bin Salman stał się faktycznym przywódcą
kraju - najbogatszego i najpotężniejszego z państw arabskich. Nowy
przywódca sprawnie zbudował swoją globalną markę, o jakiej w skrytej i introwertycznej saudyjskiej rodzinie królewskiej nie było wcześniej
mowy. MBS, bo tak się go zwykło nazywać, został obwołany przez
niektórych na Zachodzie takim akurat autorytarnym reformistą, jakiego
Arabii Saudyjskiej było trzeba - przynajmniej do czasu, aż zachodnich
wielbicieli następcy tronu zaszokował mord na Dżamalu Chaszukdżim,
dysydencie i dziennikarzu. Kiedy na następnym szczycie G20 MBS wpadł w objęcia roześmianego Putina, scena ta zdawała się idealnie podsumowywać
bezprawie i bezkarność "czasów silnej ręki".
Brazylia, największe państwo Ameryki Łacińskiej, uległo pokusie
autorytarnych rządów w 2018 roku, gdy prezydentem wybrano tam Jaira
Bolsonaro. "Tropikalny Trump", dotychczas działający na mrocznym skraju
politycznej prawicy, wygrał wybory, czerpiąc pełnymi garściami z tematów
i sloganów trumpizmu. Bolsonaro atakował "poprawność polityczną",
"globalizm", "media rozpowszechniające fake newsy" oraz organizacje
pozarządowe broniące środowiska, a zarazem wyrażał sympatię do
posiadaczy broni palnej, kościołów ewangelikalnych, hodowców bydła oraz
państwa Izrael.
W 2018 roku pewnego wytchnienia od ofensywy rządów silnej ręki zdawała
się doświadczać Afryka. Abiy Ahmed, nowy premier Etiopii - drugiego
najludniejszego państwa na kontynencie - skupił na sobie międzynarodową
uwagę, uwalniając więźniów politycznych i kończąc długą wojnę z Erytreą.
W 2019 roku uhonorowano go Pokojową Nagrodą Nobla. Lecz już w następnym
roku etiopski przywódca rozpoczął kampanię militarną przeciwko
rebeliantom z prowincji Tigraj, która to kampania zaowocowała tysiącami
zabitych i pojawieniem się oskarżeń o zbrodnie wojenne. Nagły zwrot o sto osiemdziesiąt stopni polityki Abiy'ego Ahmeda wzbudził obawy, że
premier okaże się po prostu kolejnym światowym przywódcą, który zbiera
na Zachodzie pochwały jako liberalny reformista, a następnie przeistacza
się w rządzącego silną ręką autokratę.
Wykazywana przez komentatorów na Zachodzie tendencja, by w autorytarnych
przywódcach w pierwszej chwili mylnie dopatrywać się liberalnych
reformistów, stała się już pewnym schematem. Kiedy do władzy w Turcji
doszedł Erdo?an, "New York Times" opisał go jako "islamskiego polityka,
który opowiada się za demokratycznym pluralizmem"k5. W podobnym tonie felietonista tej samej gazety przepowiadał w 2013 roku,
że Xi Jinping "zapoczątkuje odnowienie reform gospodarczych, a prawdopodobnie także pewne poluzowanie zasad w sferze politycznej".
Wyrażał nadzieję, że pod rządami Xi "ciało Mao zostanie usunięte z placu
Tiananmen"k6. Dwa lata później Thomas Friedman, kolejny
wpływowy felietonista "New York Timesa", przedstawił działania księcia
koronnego Muhammada bin Salmana jako reformatorskie tornado, "którego
celem jest transformacja dotychczasowego systemu sprawowania władzy w Arabii Saudyjskiej"k7. W 2017 roku, kiedy coraz więcej
głosów uskarżało się na podejście MBS do kwestii praw człowieka,
Friedman najwyraźniej postanowił nie przywiązywać do takich zastrzeżeń
wagi, gdy pisał: "Tu nie chodzi o to, by był idealny. Chodzi o to, by
wciągnąć Arabię Saudyjską w XXI wiek - i ktoś to musiał
zrobić"k8.
Trafił się też pewien brytyjski felietonista, który w 2014 roku z entuzjazmem przyjął dojście do władzy Narendry Modiego, twierdząc w nagłówku swego artykułu, że "Indiom potrzeba wstrząsu, a Modi to ryzyko,
które warto podjąć". Kto to był? Tak się składa, że ja. Opisałem też
wspinaczkę indyjskiego premiera od pozycji skromnego handlarza herbatą
do objęcia sterów państwa, uznając ją za "ekscytującą"k9.
Dziś, poznawszy dezynwolturę, z jaką Modi podchodzi do kwestii praw
człowieka, zdecydowałbym się na inny epitet.
Kiedy spojrzeć na takie zestawienie naiwnych przewidywań i pochopnych
nadziei, można się zastanawiać, dlaczego komentatorzy na Zachodzie raz
za razem tak się mylili. Z perspektywy czasu sądzę, że może to wynikać z połączenia nadmiernej wiary w potęgę liberalnych idei politycznych i gospodarczych zrodzonych ze "zwycięstwa" w zimnej wojnie oraz z myślenia
życzeniowego. W rezultacie zachodni opiniotwórcy nie zdali sobie na czas
sprawy, że globalna sytuacja zmienia się na niekorzyść liberalizmu.
Jednakże w 2020 roku, to jest o całe pokolenie po dojściu do władzy
Putina, trudno było nie dostrzec tego, co się dzieje. Wartości liberalne
takie jak wolność słowa, niezawisłość sądów i prawa mniejszości stały
się obiektem ataków na całym świeciek10.
Ta ponura tendencja naprowadza nas na dwa kolejne pytania: czym jest
polityka silnej ręki i czemu zawdzięcza swoją wzrastającą popularność?
Argumentacja, według której żyjemy obecnie w epoce rządów silnej ręki,
prowokuje do oczywistego sprzeciwu: czy naprawdę da się porównywać
demokratycznie wybranych przywódców takich jak Trumpa lub Modiego z niewybranymi autokratami pokroju Xi Jinpinga czy MBS?
Takimi porównaniami trzeba się posługiwać z ostrożnością i wyczuciem
proporcji, wierzę jednak, że są uzasadnione - a w istocie rzeczy wręcz
konieczne. Omawiani w tej książce przywódcy stosujący rządy silnej ręki
plasują się w ramach pewnego kontinuum. Na jednym krańcu mamy
niekwestionowanych autokratów, takich jak przywódcy Chin czy Arabii
Saudyjskiej. Są też ci na środku skali, jak Putin i Erdo?an. Pętają ich
pewne zjawiska typowe dla systemów demokratycznych, takie jak wybory czy
ograniczona wolność prasy, zarazem jednak są w stanie wsadzać
przeciwników do więzień i rządzić przez dziesięciolecia. Są wreszcie
politycy, którzy funkcjonują w demokracjach, lecz którzy okazują wzgardę
dla demokratycznych norm i zdają się dążyć do ich rozsadzenia: na tym
końcu spektrum lokują się Trump, Orbán, Modi i Bolsonaro.
Książka ta nie ma jednak za zadanie stanowić przewodnika po dyktatorach
świata. O ile omawiam w niej lubiących rządy silnej ręki przywódców
takich jak Donald Trump czy Benjamin Netanjahu, o tyle nie uwzględniłem
w niej tyrana Kim Dzong Una i przywódców o mentalności oprychów w rodzaju Alaksandra Łukaszenki z Białorusi czy Hun Sena z Kambodży.
Opisuję tutaj nadejście nowego pokolenia i rodzaju nacjonalistycznych i populistycznych przywódców, których łączą wzgarda wobec liberalizmu oraz
sięganie po nowe metody władzy autorytarnej. Od początku XXI wieku
fenomen rządów silnej ręki zagościł w niemal wszystkich czołowych
ośrodkach władzy na świecie: w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Rosji,
Indiach, Unii Europejskiej i Ameryce Łacińskiej. Z kolei zaś Hun Sen i Łukaszenka władają małymi krajami i obydwaj byli u władzy już z nastaniem lat dziewięćdziesiątych XX wieku (dynastia Kimów rządzi zaś
Koreą Północną od 1948 roku). Wszyscy ci trzej przywódcy rządzą silną
ręką, nie są jednak istotni dla zmiany w klimacie globalnej polityki,
jaka się dokonuje na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat.
Część czytelników z Wielkiej Brytanii zdziwi zapewne fakt, że w poczet
przywódców stosujących rządy silnej ręki zaliczyłem Borisa Johnsona.
Zwolennicy byłego premiera i samego Brexitu mogą to uznać wręcz za
niezasłużoną obelgę. Lecz kiedy w 2019 roku Johnson wreszcie ziścił
swoją ambicję i został premierem, sam przedstawiał siebie jako taką
właśnie postać - kogoś na tyle twardego, by przy użyciu wszelkich
koniecznych metod i środków doprowadzić do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Jeszcze jako szeregowy członek Izby Gmin Johnson wskazywał na
podejście Trumpa do dyplomacji jako wzór tego, jak sobie radzić z Unią
Europejską. Już jako premier sięgał po metody, na jakie nie decydowała
się jego poprzedniczka Theresa May - mowa tu o zwalnianiu kierownictwa
własnej partii oraz zawieszeniu parlamentu, co zresztą zaraz potem
zostało uznane za działalnie nielegalne. Trump dopatrywał się w Johnsonie podobieństwa do samego siebie, nazywając go "brytyjskim
Trumpem", z czym zgodził się Biden, określając Johnsona "fizycznym i emocjonalnym klonem" Trumpak11. Brexit, czyli sprawa, o którą
walczył Johnson, stanowił nader istotny moment kontrofensywy przeciwko
zglobalizowanemu liberalizmowi.
Jednym z powodów, aby niepokoić się demokratycznie wybranymi
zwolennikami rządów silnej ręki, jest właśnie fakt, że ich zachowanie i retoryka tak wyraźnie współgrają z zachowaniem autokratów. To
uderzające, że w przypadku Donalda Trumpa jako jedni z pierwszych alarm
podnieśli ludzie mający za sobą przejścia z autentycznie autokratycznymi
reżimami. W szczególności rosyjscy wygnańcy Garri Kasparow i Masza
Gessen nader jasno wskazywali, że zachowanie Trumpa przywodzi na myśl
Putinak12. Tyle że Stany Zjednoczone nie były pod tym względem
odosobnioną aberracją w zachodnim świecie. Inne systemy polityczne,
które w założeniu miały bazować na instytucjach, prawach i partiach
politycznych, również zaczęły produkować autokratów w rodzaju Narendry
Modiego, Jaira Bolsonaro czy Rodriga Duterte.
Zwrot w kierunku modelu silnej władzy nastąpił również w państwach już
wcześniej autorytarnych. Chiny i Arabia Saudyjska nigdy nie zaliczały
się do krajów demokratycznych, lecz przed nastaniem Xi Jinpinga i MBS
ich przywództwo miało postać bardziej kolektywną i skupiało się
odpowiednio wokół Komunistycznej Partii Chin i saudyjskiej rodziny
królewskiej. Tymczasem jednak w ostatnich latach w obydwu państwach
zaobserwowano zmianę stylu sprawowania rządów na bardziej osobisty.
W rezultacie takiego międzynarodowego zwrotu ku spersonalizowanej
polityce obecnie trudniej zachować jasny podział światów autorytaryzmu i demokracji. Zgodnie z tradycją amerykańscy prezydenci czynili wyraźne
rozróżnienie między "wolnym światem" (na czele którego stały Stany) i państwami niedemokratycznymi. Donald Trump pomniejszał jednak stopniowo
znaczenie tej różnicy. Kiedy w 2015 roku zwrócono jego uwagę na fakt, że
prezydent Putin (którego Trump dopiero co wychwalał) zabija dziennikarzy
i politycznych przeciwników, Trump odparł: "Wydaje mi się, że nasz kraj
też sporo zabija"k13. Już jako prezydent podzielił się z Bobem
Woodwardem następującym spostrzeżeniem: "Świetnie się dogaduję z Erdo?anem... Im ci goście są twardsi i wredniejsi, tym lepiej się z nimi
dogaduję".
Zamiast bronić wolności prasy jako elementarnej cechy wolnego
społeczeństwa, Trump poświęcał czas krytykowaniu "fake-newsowych
mediów". Podczas gdy można by od niego oczekiwać, że będzie wychwalał
amerykańskie niezawisłe sądownictwo i wolne wybory, ganił sędziów za
stronniczość, jeżeli ośmielili się orzec nie po jego myśli, a także
podjął próbę obalenia wyników wyborów w 2020 roku, ogłaszając, jakoby
zostały sfałszowane. Jego zachowanie oraz stosowany przezeń język
przyswoili sobie inni przywódcy w krajach demokratycznych. Zarówno
Netanjahu w Izraelu, jak i Bolsonaro w Brazylii uskarżali się na "fake
newsy" oraz "głębokie państwo" działające przeciwko nim. Kiedy w 2021
roku Netanjahu stracił władzę, zaczął na podobieństwo Trumpa formułować
zarzuty, wedle których był ofiarą "największego oszustwa wyborczego (...)
w dziejach jakiegokolwiek państwa demokratycznego".
Wymazanie jednoznacznej granicy oddzielającej przywódców systemów
demokratycznych i autorytarnych stanowiło od dziesięcioleci jeden z głównych celów dla autorytarnych władców. Na początku długiego panowania
Władimira Putina w Rosji spotkałem się na Kremlu z jego rzecznikiem
Dmitrijem Pieskowem. Wygaszacz ekranu na monitorze jego komputera miał
postać obracających się cytatów z 1984 Orwella - "wojna to pokój",
"wolność to niewola" i tak dalej. Kiedy spytałem go o pewne podejmowane
wówczas przez prezydenta działania o charakterze represyjnym, Pieskow z uśmiechem odparł, że "wszystkie nasze systemy są niedoskonałe". Obrany
przez Trumpa dyskurs zdawał się potwierdzać to tradycyjne już
nastawienie Rosjan i Chińczyków. Oto trafił się amerykański prezydent
gotów powiedzieć: my też kłamiemy, my też zabijamy, nasze media sieją
fejki, wybory się u nas ustawia, nasze sądy są nieuczciwe. Jak to ujął
specjalizujący się w kwestiach chińskich historyk Rana Mitter: "Dyskurs
antyliberalny służy Chinom, ułatwia bowiem czynienie sugestii, że nie ma
fundamentalnych różnic między państwem autorytarnym a demokratycznym (...)
że różnią się stopniem nasilenia, a nie typem"k14.
Przedstawieni w tej książce przywódcy preferujący rządy silnej ręki nie
są "wszyscy tacy sami". Są co prawda do siebie podobni, jednak to, co
ich różni, jest istotne i pouczające. Można wyróżnić cztery przekrojowe
cechy wspólne dla stylu silnej ręki: tworzenie kultu jednostki, pogarda
dla praworządności, twierdzenie, jakoby reprezentowało się prawdziwych
ludzi wbrew elitom (innymi słowy populizm), oraz polityka napędzana
strachem i nacjonalizmem.
Przywódcy o silnej ręce pragną być postrzegani jako nieodzowni. Ich
celem jest przekonanie ludzi, że tylko oni mogą ocalić naród. "Tylko ja
mogę to naprawić" - mówił Amerykanom Trump. Rozróżnienie między państwem
a jego przywódcą się zaciera, przez co perspektywa zastąpienia takiego
lidera zwykłym śmiertelnikiem zaczyna zdawać się groźna czy wręcz
niewyobrażalna. W idealnych warunkach zyskują oni podziw ze względu na
nie tylko swą siłę, ale również walory moralne i intelekt.
To też jest cecha charakterystyczna, która łączy autokracje i państwa
demokratyczne. W Chinach Xi Jinping wiele uczynił dla odtworzenia kultu
jednostki, który ostatnio widziano w tym kraju za czasów Mao Zedonga.
"Myśl Xi Jinpinga" została włączona do chińskiej konstytucji, wcześniej
takie wyróżnienie spotkało jedynie właśnie Mao. Usunięto limity
dotyczące kadencji na stanowisku prezydenta, co teoretycznie pozwala Xi
rządzić dożywotnio. W 2020 roku w Szanghaju pokazano mi nawet mural
uliczny ukazujący przewodniczącego z bijącymi z jego głowy promieniami
słońca.
Tego rodzaju bałwochwalstwo łatwiej wprowadza się w dyktaturze. Kult
jednostki zagościł też jednak w światach półdemokratycznych i demokratycznych. W Indiach kampanie wyborcze ugrupowania BJP skupiły się
wokół Modiego i jego twierdzeń o własnej mądrości, sile i osobistej
moralności. Jak to ujął Ramachandra Guha, czołowy historyk Indii: "Od
maja 2014 roku ogrom państwowych środków przeznaczono na uczynienie
premiera twarzą każdego programu, każdej reklamy, każdego plakatu. Modi
to Indie, a Indie to Modi"k15.
W Rosji i Turcji Putin i Erdo?an również lansują myśl, że mogą się
pochwalić wyjątkowymi relacjami ze zwykłymi ludźmi. W obydwu krajach
przepchnięto poprawki do konstytucji, umożliwiające obydwu politykom
pozostawanie przy władzy przez dziesięciolecia - a wręcz i dożywotnio. W innych państwach szefowie rządu o nacjonalistycznych poglądach, tacy jak
Shinzo Abe w Japonii i Benjamin Netanjahu w Izraelu, ustanowili nowe
rekordy w długości sprawowania urzędu. W Stanach Zjednoczonych Donald
Trump z lubością wyprowadzał swoich przeciwników z równowagi, "żartując
sobie" na temat przedłużenia ośmioletniego okresu własnej prezydentury.
Stopień, w jakim amerykańska Partia Republikańska poddała się kultowi
jednostki, dało się zauważyć w 2020 roku, kiedy to program partii na
wybory prezydenckie ograniczył się do zwyczajnego stwierdzenia, że
"Partia Republikańska z entuzjazmem wspiera i będzie wspierała przyjętą
przez prezydenta doktrynę Najpierw Ameryka".
Kolejnym wspólnym aspektem kultu jednostki jest łączenie w jedno
interesów przywódcy i interesów państwa. Powszednim zjawiskiem jest
mianowanie na kluczowe stanowiska rządowe członków rodziny władcy.
Erdo?an mianował swego zięcia Berata Albayraka ministrem finansów - a później się z nim pokłócił. Trump powierzył swojemu zięciowi Jaredowi
Kushnerowi kluczową rolę w amerykańskiej dyplomacji i polityce krajowej.
W Brazylii Jair Bolsonaro wykorzystał swoich trzech synów - Flavia,
Eduarda i Carlosa - jako swoich zastępców i rzeczników, Eduarda zaś
mianował ambasadorem Brazylii w Stanach Zjednoczonych. Na Filipinach
Rodrigo Duterte optymalnego kandydata na swojego następcę widział we
własnej córce Sarze. Ostatecznie wybrano ją na wiceprezydenta u boku
prezydenta Bongbonga Marcosa, syna niegdysiejszego dyktatora Filipin
Ferdinanda Marcosa. W Wielkiej Brytanii Boris Johnson wciągnął swego
brata Jo w skład gabinetu, a następnie zapewnił mu miejsce w Izbie
Lordów.
Przywódcy rządzący silną ręką są też zazwyczaj przekonani, że instytucje
i prawo stanowią przeszkody na drodze do tego, co musi zostać zrobione.
To również trend obecny zarówno w demokracjach, jak i w reżimach
autokratycznych - aczkolwiek w zależności od kontekstu politycznego
przybiera on odmienne postacie. Zanim rządy objął Xi Jinping,
przedstawiciele myśli liberalnej w Chinach naciskali na przyznanie
chińskim sądom pewnego stopnia niezawisłości od władzy Komunistycznej
Partii Chin. Xi odrzucił takie podejście i umocnił hegemonię kierowanej
przez siebie partii, argumentując: "Nigdy nie powinniśmy podążyć ścieżką
zachodniego "konstytucjonalizmu", "trójpodziału władzy" czy też
"niezawisłości sądów""k16.
Na Zachodzie nowe pokolenie przywódców sprawujących rządy silnej ręki
często w pierwszej kolejności brało na cel właśnie niezawisłość systemu
sądownictwa. Jednym z priorytetowych ruchów rządów Węgier i Polski pod
kierownictwem Viktora Orbána i Jarosława Kaczyńskiego była zmiana
panującego w kraju ładu konstytucyjnego w celu podporządkowania sobie
sądów. W Wielkiej Brytanii, gdzie Sąd Najwyższy Zjednoczonego Królestwa
orzekał wbrew stanowisku rządu w ważnych kwestiach związanych z Brexitem, jego sędziowie zostali zaatakowani na łamach przychylnej
Johnsonowi "Daily Mail" jako "wrogowie ludu". W Stanach Zjednoczonych
Trump sformułował to następująco: "Kiedy ktoś jest prezydentem Stanów
Zjednoczonych, to ma władzę totalną"k17.
Dla przywódcy rządzącego silną ręką prawo nie jest czymś, czego sam ma
przestrzegać, lecz stanowi polityczny oręż, którego można użyć przeciwko
wrogom. Szef tajnych służb Stalina Ławrientij Beria ujął to najlepiej,
formułując maksymę: "Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie".
Wtrącanie przeciwników politycznych do więzień to standardowa praktyka.
Jednym z wcześniejszych sygnałów wskazujących na to, że Rosja Władimira
Putina przemieniła się w reżim autokratyczny, była chwila, kiedy w 2005
roku prezydent dopilnował, by sprawiający mu kłopoty oligarcha Michaił
Chodorkowski został osądzony i uwięziony. Metoda ta stosowana jest
nadal, dzięki niej w 2021 roku do łagru został zesłany lider opozycji
Aleksiej Nawalny. Kiedy władzę w Chinach przejął Xi Jinping,
niezwłocznie zainicjował kampanię antykorupcyjną, w ramach której
aresztowano i skazano na pozbawienie wolności ponad milion osób. Na opór
ze strony mieszkańców Hongkongu zareagował wtrąceniem do więzienia
liderów ruchu demokratycznego. Na Filipinach senatorka Leila de Lima,
która dociekała związków między Rodrigiem Duterte a działalnością
szwadronów śmierci, została aresztowana i osadzona w więzieniu pod
sfabrykowanymi zarzutami narkotykowymi. W Arabii Saudyjskiej MBS
wykorzystał kampanię antykorupcyjną, by nastraszyć i sparaliżować
znaczną część krajowych elit, które (i tu odrobina saudyjskiego
kolorytu) uwięził w hotelu Ritz-Carlton i zmusił do przepisania części
posiadanego majątku. Trump nie dysponował takimi mocami, lecz widać
było, że chciałby je mieć. Przy okazji wyborów prezydenckich w 2016 roku
wraz ze swoimi zausznikami zagrzewał uczestników wieców do okrzyków
"Będzie siedziała!" pod adresem Hillary Clinton.
Długi okres sprawowania władzy daje silnorękim przywódcom możliwość
obsadzenia swoimi ludźmi sądów, tak jak usiłował to zrobić w Stanach
Zjednoczonych Trump. Na Filipinach Duterte powołał do tamtejszego sądu
najwyższego przychylnych mu sędziów. W Turcji po ogłoszeniu przez
Erdo?ana w 2016 roku stanu wyjątkowego czystka zmiotła ponad cztery
tysiące sędziów i prokuratorów.
Sądy to najważniejsza instytucja, jaką stara się opanować silnoręki
przywódca. Wielu autokratów okazuje zniecierpliwienie wobec
jakichkolwiek niezależnych instytucji, które mogłyby ograniczać bądź
kwestionować ich władztwo. Często celem ataków stają się media, a także
instytucje państwowe, jak choćby agencje wywiadowcze czy też bank
centralny. W ciągu kilku miesięcy od przejęcia władzy w 2019 roku Amlo
pozwalniał szefów wielu meksykańskich organów kontrolnych.
Od kwestionowania sądów niedaleka już droga do kwestionowania samego
systemu demokracji elektoralnej. Antydemokratyczna natura polityki
Trumpa stała się oczywista, kiedy podjął on próbę unieważnienia wyników
wyborów prezydenckich w 2020 roku. Odrzucenie demokracji stanowi
dorozumiany element w logice polityki autokratów. Jak to ujął kiedyś
Erdo?an: "Demokracja jest jak tramwaj, którym jedziesz do czasu, aż
dojedziesz do swojego celu"k18.
Silnoręcy władcy gardzą instytucjami, kochają natomiast "ludzi".
Zazwyczaj deklarują, że odznaczają się intuicyjnym zrozumieniem i sympatią dla zwykłego ludu. Dlatego właśnie fenomen rządów silnej ręki
wiąże się ściśle z populizmem - to jest stylem polityki, który gardzi
elitami i ekspertami, wielbiąc pomyślunek i odruchy szarego człowieka.
Populizm z kolei jest blisko związany ze stylem argumentacji
politycznej, który można określić mianem prostyzmuk19. Zakłada
on, że w przypadku złożonych problemów istnieją proste rozwiązania, w których zastosowaniu przeszkadzają złowrogie siły. Niekiedy owe
rozwiązania są tak proste, że da się je podsumować w zaledwie paru
słowach: "Doprowadźmy do Brexitu", "Zbudujmy ten mur". A skoro
odpowiedzi na skomplikowane problemy mają być takie oczywiste, ci,
którzy uniemożliwiają wprowadzenie ich w życie, często uznawani są bądź
to za głupich, bądź za złych. Kiedy zaś proste rozwiązania napotykają
trudności, silnoręki przywódca obiecuje przełamać prawne bariery, aby
tylko dopilnować, by woli ludu stało się zadość.
Przywódcy pragnący rządzić silną ręką często twierdzą, że prawo i instytucje państwowe stanowią wyłącznie niepotrzebne przeszkody, przez
które trudniej jest coś zdziałać; z ich perspektywy mącenie prawa
stanowi umyślne narzędzie pozostających w cieniu elit. Potrzeba silnej
ręki, aby przebić się przez te knowania i bariery i zniweczyć spiski
"głębokiego państwa", nazwanego kiedyś przez Borisa Johnsona gronem
"ludzi, którzy naprawdę rządzą tym krajem". Zdaniem premiera brytyjskie
"głębokie państwo" spiskowało, aby udaremnić Brexitk20. Koncepcja
"głębokiego państwa" od dziesięcioleci funkcjonowała w Turcji, z czasem
zaś została przejęta przez Trumpa, a następnie Bolsonaro, Netanjahu i innych.
Innym częstym celem są podejrzani cudzoziemcy, którzy rzekomo spiskują
przeciwko narodowi. W Chinach Xi Jinpinga media często apelują do
obywateli o zachowanie czujności wobec spisków Zachodu mających na celu
podzielenie kraju. Również poza Chinami wielu rządzących silną ręką
przywódców sięga po tego samego straszaka - domniemanego manipulatora,
który pracuje na rzecz globalistycznych elit przeciwko zwykłym ludziom.
Jak się o tym jeszcze przekonamy, finansistę George'a Sorosa spotkał
zaszczyt potępienia ze strony Władimira Putina, Donalda Trumpa, Recepa
Tayyipa Erdo?ana, Viktora Orbána i Jaira Bolsonaro. Twierdzenia, jakoby
walczyło się w imieniu szarego człowieka przeciwko światowym elitom,
często, a przy tym zaskakująco łatwo daje się pogodzić z gromadzeniem
olbrzymich majątków. Wielu z populistycznych przywódców - w tym Putin,
Orbán i Erdo?an - wykorzystało swoją władzę polityczną, aby wzbogacić
siebie samych, członków swoich rodzin bądź przyjaciół.
Silnoręcy przywódcy zazwyczaj prezentują również tradycyjne zapatrywania
na kwestie rodziny, seksualności i ról płciowych. Putinowska Rosja
zdelegalizowała "gejowską propagandę" i wprowadziła do konstytucji
poprawkę zakazującą małżeństw jednopłciowych. Xi Jinping zabronił
przedstawiać w mediach "zniewieściałych" mężczyzn. Autorytarni przywódcy
najczęściej drwią z "politycznej poprawności", a często też z polityczek
o poglądach liberalnych, jak w przypadku byłej niemieckiej kanclerz
Angeli Merkel czy premierki Nowej Zelandii Jacindy Ardern.
Polityczna baza miłośników autorytaryzmu często przedstawia się
uderzająco jednakowo. W kolejnych krajach w ramach prowadzonych kampanii
atakowali oni wielkomiejskie elity, adresując swój przekaz do
mieszkańców mniejszych miast i wsi. W Stanach Zjednoczonych Trump
zarówno w 2016, jak i w 2020 roku przegrał w niemalże wszystkich
wielkich miastach. Podzielił również amerykański elektorat po linii
wykształcenia, doznając sromotnej porażki w kręgach absolwentów studiów
wyższych, zarazem jednak zgarniając bez mała 80 procent głosów białych
mężczyzn bez wykształcenia wyższego. Nie powinno zatem dziwić, że w 2016
roku przyznał otwarcie: "Uwielbiam ludzi słabo wykształconych".
Ten sam schemat można zauważyć też poza Stanami. W Wielkiej Brytanii 73
procent osób, które opuściły szkoły bez jakichkolwiek kwalifikacji,
głosowało za wyjściem z Unii; z kolei 75 procent absolwentów studiów
podyplomowych opowiedziało się za pozostaniem we wspólnocie. Na
Filipinach Rodrigo Duterte toczył kampanię przeciwko "imperialnej
Manili" i jej liberalnym elitom. We Francji w 2017 roku Emmanuel Macron
odniósł całkowite zwycięstwo w położonym centralnie Paryżu, podczas gdy
populiści zrobili furorę na "zapomnianej" prowincji. Na Węgrzech i w Polsce zwrot ku autorytaryzmowi wywołał reakcję w postaci masowych
demonstracji antyrządowych w Budapeszcie i Warszawie, Orbán i Kaczyński
mogli natomiast liczyć na lojalność mieszkańców małych miejscowości oraz
wsi.
Jeśli przyjrzeć się tym prawidłowościom, nader łatwo można z perspektywy
wielkomiejskich liberałów dojść do wniosku, że przyczyn poparcia dla
polityki populistycznej i rządów silnej ręki należy się dopatrywać w braku wykształcenia bądź też wręcz głupocie. Tyle że w gospodarkach
państw Zachodu owi "słabo wykształceni" najprawdopodobniej mieli okazję
zauważyć, jak przez ostatnie dziesięciolecia ich wynagrodzenie staje w miejscu, a standard życia się obniża. W takich okolicznościach możliwość
zagłosowania na kandydata antysystemowego wydaje się bardzo kusząca.
Pokusa staje się tym mocniejsza, kiedy silnoręki przywódca obiecuje
przywrócić dawne dobre czasy i "na powrót uczynić Amerykę (albo Rosję,
albo Wielką Brytanię) wielką". W ten oto sposób dochodzimy do ostatniego
elementu stylu polityki silnej ręki, którym jest nostalgiczny
nacjonalizm.
Niemalże wszyscy autorytarni przywódcy używają miejscowych wariantów
słynnej deklaracji Donalda Trumpa. Kiedy prezydent Xi Jinping mówi o "wielkim odmłodzeniu ludu chińskiego", jest to w gruncie rzeczy
obietnica przywrócenia wielkości Chinom - by kraj ten odzyskał należytą
mu pozycję Państwa Środka. Rządzący Chinami i USA nie są osamotnieni w roztaczanych przed obywatelami wizjach odbudowy narodowej chwały.
Prezydent Putin określił rozpad Związku Radzieckiego mianem katastrofy,
a z przywrócenia globalnej potęgi Rosji uczynił główny cel swojego
urzędowania. Nieżyjący już Shinzo Abe jako źródło swojej inspiracji
wskazywał dziewiętnastowieczną epokę restauracji Meiji, która uczyniła
Japonię czołową potęgą w Azji. W Indiach Narendra Modi stoi na czele
ruchu nacjonalistycznego, który odwołuje się do hinduskiej dumy z chwalebnej i niekiedy zmitologizowanej przeszłości, jeszcze sprzed
czasów Państwa Wielkich Mogołów czy Imperium Brytyjskiego. Na Węgrzech
Viktor Orbán dawał do zrozumienia, że przyjdzie czas, by odzyskać
terytoria utracone przez Węgry po pierwszej wojnie światowej. W Turcji
prezydent Erdo?an dopatruje się inspiracji w okresie chwały Imperium
Otomańskiego, które upadło na początku lat dwudziestych XX wieku. Z kolei w Zjednoczonym Królestwie lansowany przez Borisa Johnsona plan
"globalnej Brytanii" opierał się na nostalgii za czasami, gdy Wielka
Brytania była pierwszą potęgą świata - nie zaś ledwie jednym z dwudziestu ośmiu członków europejskiego klubu.
Dostrzegany na całym świecie zwrot w stronę nostalgicznego nacjonalizmu
jest zjawiskiem uderzającym, a przy tym relatywnie nowym. Jeszcze do
niedawna w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych politycy
odnoszący największe sukcesy spoglądali w przyszłość. Bill Clinton mówił
o budowaniu "mostu w XXI wiek". David Cameron prezentował się natomiast
jako modernizator, któremu we współczesnej Wielkiej Brytanii dobrze.
Nawet Chiny i Rosja przed nastaniem władzy Xi Jinpinga i Władimira
Putina zdawały się bardziej zainteresowane wykuwaniem nowej przyszłości
aniżeli spoglądaniem wstecz na dawną chwałę czy też rozpamiętywaniem
przeszłych upokorzeń.
Aby zrozumieć fenomen silnorękich przywódców, musimy się dokładnie
przyjrzeć temu, co stworzyło we współczesnym świecie polityczne
zapotrzebowanie na tego rodzaju postaci.
Przez krótki okres historii świata zdawało się, że nic nie powinno
zagrozić propagowaniu liberalnej demokracji. Od czasu upadku muru
berlińskiego w 1989 roku wielkie niewiadome gospodarcze i polityczne
zdawały się rozstrzygnięte. W gospodarce rozwiązaniem był wolny rynek. W polityce - demokracja. W geopolityce - Stany Zjednoczone zostały jedynym
supermocarstwem. W obszarze społecznym oczywistą drogą naprzód było
poszerzanie praw kobiet i mniejszości. Wobec rozstrzygnięcia wszelkich
kwestii zasadniczych rola rządu sprowadzała się do "administrowania
nieuchronnym", jak to ujął niemiecki intelektualista i dyplomata Thomas
Baggerk21.
Niekwestionowane postępy liberalizmu trwały niespełna dwadzieścia lat.
Od 2007 roku Władimir Putin zaczął otwarcie odrzucać polityczne i strategiczne przekonania stanowiące bazę liberalnego internacjonalizmu.
Kryzys finansowy i gospodarczy z 2008 roku podkopał założenia
ekonomiczne będące podstawą liberalnego konsensusu. Terminu
"neoliberalizm" zaczęto używać - zarówno na lewicy, jak i na prawicy -
do opisywania i krytykowania nadużyć i błędów dominującego systemu
ekonomicznego.
Kryzys finansowy z 2008 roku w połączeniu z wojną w Iraku oraz trwającym
nieustannie, gwałtownym rozwojem Chin podważył również przekonanie o tym, że dominacja Zachodu będzie trwała jeszcze długo w przyszłości.
Kiedy w 2012 roku władzę obejmował Xi Jinping, było już jasne, że
geopolitycznego umacniania się świata zachodniego nie można dłużej
uważać za rzecz pewną. Podważano również samo przekonanie, że liberalna
demokracja stanowi najlepszą drogę ku spokojowi społecznemu, oto bowiem
w płomieniach zaciekłej "wojny kulturowej" podziały społeczne na
Zachodzie ulegały pogłębieniu.
Wszyscy opisywani w tej książce przywódcy silnej ręki na swój sposób
sprzeciwiają się liberalnemu konsensusowi, jaki niepodzielnie władał po
1989 roku. Ich sukces jest oznaką kryzysu liberalizmu. Kryzys ten ma
charakter wieloraki, lecz można w nim wyróżnić cztery aspekty:
gospodarczy, społeczny, technologiczny i geopolityczny.
W 2017 roku w Hongkongu Steve Bannon przedstawił własne wytłumaczenie
sukcesu Donalda Trumpa i kontry przeciwko globalizacji. Sytuacja była
paradoksalna. Bannon, były bankier z Goldman Sachs, który osobiście
czerpał korzyści z globalizmu, teraz zapalczywie krytykował. Swoje
poglądy zaprezentował za sute wynagrodzenie grupie operujących w Azji
bankierów, których zarobki zależały od współpracy gospodarczej między
Stanami Zjednoczonymi a Chinami, którą on tak pragnął rozmontować.
Bannon w świecie zachodniej polityki plasuje się na skrajnej prawicy.
Uderzyło mnie jednak - a siedziałem wśród widowni - jak bardzo jego
wywód pokrywa się z poglądami lewicy. Argumentował, że korzenie
populistycznej rewolty, która doprowadziła do Brexitu i wyboru Trumpa,
sięgają kryzysu finansowego z 2008 roku. Jego zdaniem nieumiejętność
ukarania i wtrącenia do więzień bankierów uwikłanych w spowodowanie
katastrofy - w połączeniu z późniejszą stagnacją standardów życia
zwykłych ludzi - w nieunikniony sposób musiały doprowadzić do wrogiej
reakcji. Bannon tłumaczył, że populizm ów przyjmuje warianty prawicowe
bądź lewicowe: o ile z prawej strony jego sztandar wznosili Donald Trump
w Ameryce i Nigel Farage w Wielkiej Brytanii, o tyle ofensywą lewicowych
populistów dowodzili Bernie Sanders i Jeremy Corbyn. Lecz przynajmniej
na Zachodzie to prawicowy populizm dokonał politycznych przełomów.
W Stanach Zjednoczonych i w Europie populiści odnieśli sukces na
zaniedbanych obszarach o wysokim bezrobociu, takich jak północna
Francja, amerykański Pas Rdzy, wschodnie landy Niemiec czy pogrążone w recesji miejscowości na wybrzeżu Anglii. Takie warunki występują jednak
nie tylko w Europie Zachodniej i w Ameryce. Fiona Hill, która w Białym
Domu Trumpa specjalizowała się w zagadnieniach rosyjskich, a sama
wychowała się na północnym wschodzie Anglii, doszła do przekonania, że
Putina wyniosły do władzy w Rosji czynniki podobne do tych, które
odpowiadały za zaistnienie poparcia dla Brexitu w Wielkiej Brytanii czy
dla Trumpa w Stanach. Upadek tradycyjnych sektorów przemysłu, od których
uzależnione były całe regiony, sprawił, że ludzie zapragnęli przywódcy,
który obiecałby im przywrócenie dobrobytu i stabilności minionej
epokik22. Jak później pisała Hill: "Putin korzystał z tej samej
bazy politycznej, co Trump w Stanach Zjednoczonych, naznaczonej
podobnymi bolączkami - starszej, złożonej w większości z mężczyzn,
ustępującej innym pod względem wykształcenia"k23. Lecz o ile pokryzysowa ekonomia pomaga nam zrozumieć atrakcyjność
populistycznych rządów silnej ręki na Zachodzie, o tyle nie odpowiada na
wszystkie pytania. Jak na przykład wytłumaczyć wzrost popularności
silnorękich populistów w Azji, gdzie standardy życia w ostatnich latach
uległy gwałtownej poprawie?
W Chinach i w Indiach ekonomia również odegrała pewną rolę. O ile przez
ostatnie czterdzieści lat wartość majątku narodowego tych pierwszych
ogromnie wzrosła, o tyle w wyniku przemian gospodarczych prócz
zwycięzców pojawili się także przegrani. W latach dziewięćdziesiątych XX
wieku wielu nierentownym chińskim przedsiębiorstwom państwowym pozwolono
upaść, co dla nawet trzydziestu milionów pracowników oznaczało utratę
pracy. Ludzie, którzy przynależeli do przemysłowych elit klasy
pracującej, stracili swoje miejsce w społeczeństwiek24.
Tak więc w Chinach - podobnie jak w Rosji, Wielkiej Brytanii czy Stanach
Zjednoczonych - zaistniała grupa starszych, gorzej wykształconych
robotników, gotowych zaufać silnemu przywódcy, który obieca przywrócić
stare, dobre czasy.
Zarówno w Chinach, jak i w Indiach destabilizujące skutki okresu
gwałtownej globalizacji - w tym masowa migracja ludzi i przemysłu -
spotęgowały nostalgiczną atrakcyjność spokojniejszej, bardziej
homogenicznej i skupionej na narodzie przeszłości. Co więcej, w większości krajów rozwijających się ogromną popularność zyskało
przekonanie, że za sprawą korupcji zyski z globalizacji w olbrzymiej
części trafiły do ustosunkowanych elit. W efekcie obywatele zaczęli się
domagać bezkompromisowego przywódcy, który byłby w stanie pozamykać
złoczyńców w więzieniach. Xi Jinping zaraz po dojściu do władzy uczynił
ze swojej kampanii antykorupcyjnej najważniejszy element polityki
krajowej. Na podobnej zasadzie wizerunek Narendry Modiego jako zwykłego
człowieka, który wzniósł się ponad swe skromne pochodzenie, stanowi
podstawę jego politycznej atrakcyjności, pozwalając mu twierdzić, że
potrafi tworzyć nowe możliwości sfrustrowanym przedstawicielom klasy
średniej oraz mieszkańcom małomiasteczkowych Indii.
Wielu przywódców rządzących silną ręką w krajach niezaliczanych do
zachodnich wykorzystało frustracje zrodzone przez słabe państwa, które
zdawały się niezdolne do poradzenia sobie z przestępczością uliczną i korupcją elit. Zarówno Rodrigo Duterte na Filipinach, jak i Jair
Bolsonaro w Brazylii trafili ze swoim przekazem do ludzi wystraszonych
wysokimi wskaźnikami zabójstw w miastachk25. Bolsonaro doszedł
do władzy na fali publicznego zniesmaczenia, gdy skandale odsłoniły
skalę wszechobecnej korupcji na najwyższych szczeblach polityki i biznesu.
Poprzez uznanie elit en masse za skorumpowane i egoistyczne, a także
określenie systemu jako "ustawionego" przeciwko szaremu człowiekowi,
populiści dopomogli w powstaniu zapotrzebowania na kogoś z zewnątrz -
kogoś silnego, gotowego wziąć się za bary z zepsutym, globalistycznym
establishmentem i wystąpić w obronie zwykłych ludzi.
Lecz w polityce silnej ręki nie chodzi jedynie o gospodarkę.
Autokratyczni liderzy naprawdę dochodzą do głosu dopiero w sytuacji, gdy
bolączki gospodarcze połączy się z szerszymi powodami do obaw - takimi
jak imigracja, przestępczość czy upadek narodu.
Wielu z tych nowego rodzaju przywódców skupiło się przede wszystkim na
zagadnieniu migracji. Podczas gdy za symbol epoki liberalnej, która
nastąpiła po zimnej wojnie, można uznać zniszczenie muru berlińskiego,
symbolem ery rządzących silną ręką stało się zapotrzebowanie na nowe
mury - "wielki, piękny mur", który Trump obiecał postawić na granicy z Meksykiem, zapory wzniesione przez Viktora Orbána, aby powstrzymać
syryjskich uchodźców przed dostaniem się na Węgry, mur wybudowany przez
rząd Benjamina Netanjahu w celu odgrodzenia Izraela od terytoriów
palestyńskich.
Z punktu widzenia silnorękich populistów niektórzy migranci są
ewidentnie mniej mile widziani od innych. Jednym z pierwszych aktów
Trumpa w roli prezydenta była nieudana próba zakazu wjazdu do Stanów
Zjednoczonych dla wszystkich muzułmanów. Zresztą wyraźną nutę
islamofobii da się zauważyć wśród przedstawicieli nacjonalistycznego
populizmu zarówno na Zachodzie, jak i w Azji. Według amerykańskiej i europejskiej skrajnej prawicy muzułmańska imigracja stanowi zagrożenie
dla przetrwania "cywilizacji judeochrześcijańskiej".
Mniejszości muzułmańskie są też ulubionym celem dla autorytarnych
przywódców azjatyckich. W Chinach rząd Xi Jinpinga podjął nadzwyczajny i złowieszczy wysiłek w celu "reedukacji" muzułmanów z Sinkiangu,
oskarżanych jednocześnie o separatyzm i sprzyjanie terroryzmowi. Ponad
milion muzułmanów zesłano do obozów reedukacyjnych, co zdaniem
niektórych oznacza największe masowe uwięzienie od czasów drugiej wojny
światowej. Administracja zarówno Trumpa, jak i Bidena odważyła się
określić sposób traktowania Ujgurów mianem ludobójstwak26.
Antymuzułmańskie resentymenty stanowią też sedno politycznej
atrakcyjności Narendry Modiego, to na nich zresztą opiera się część
najbardziej kontrowersyjnych decyzji indyjskiego premiera. W 2019 roku
Modi zniósł specjalny status zamieszkałego w większości przez muzułmanów
stanu Dżammu i Kaszmir, czemu towarzyszyły masowe aresztowania, godzina
policyjna i odłączenia internetu. Szef indyjskiego rządu zagroził
również wygnaniem bądź uwięzieniem setek tysięcy muzułmanów ze stanu
Assam, oskarżanych o to, że w istocie są nielegalnymi imigrantami.
Silnoręcy przywódcy często wykorzystują głęboko zakorzeniony w dominującej większości lęk, że zostanie ona zmuszona do przeprowadzki,
przy okazji której poniesie ogromne straty kulturowe i ekonomiczne.
Teoria spiskowa, według której muzułmanie planują przejąć Zachód,
została rozpropagowana przez takich autorów jak Francuz Renaud Camus,
którego książka Le grand remplacement [Wielkie zastąpienie] stała
się hołubionym tekstem skrajnej prawicy. Na Węgrzech Viktor Orbán
ogłosił, że wraz z masową migracją zagrożone jest wręcz przetrwanie
narodu węgierskiego. W Izraelu Benjamin Netanjahu przepchnął ustawę,
która definiuje Izrael jako państwo narodu żydowskiego, po części w odpowiedzi na domniemane zagrożenie demograficzne ze strony arabskiej
mniejszości.
Perspektywa, wedle której obecna biała większość w Stanach Zjednoczonych
do 2045 roku stanie się mniejszością, pomogła podsycić społeczne i rasowe lęki, które wyniosły do władzy Donalda Trumpa. Badacze społeczni
ustalili, że zaniepokojenie zmianami rasowymi i demograficznymi
pozwalało w znacznym stopniu przewidzieć czyjeś poparcie dla Trumpa.
Niektórzy przenikliwi obserwatorzy wyrażają wręcz wątpliwość, czy sama
demokracja będzie w stanie wytrzymać presję rywalizacji rasowych i konkurencji grup społecznych. Jak to wyraził w 2020 roku Barack Obama:
"Ameryka to pierwszy prawdziwy eksperyment z budowy dużej,
wieloetnicznej, wielokulturowej demokracji. I wciąż nie wiemy, czy się
nam uda..."k27.
Materiał dowodowy, jakiego dostarczają inne duże, wieloetniczne i wielokulturowe demokracje, takie jak Brazylia i Indie, nie nastraja pod
tym względem szczególnie optymistycznie. Spis powszechny przeprowadzony
w 2010 roku w Brazylii ujawnił, że po raz pierwszy białych
Brazylijczyków było mniej aniżeli ich czarnych i mieszanych rodaków.
Dyskurs polityczny brazylijskiej skrajnej prawicy przypomina
argumentację stosowaną przez popleczników Trumpa w Stanach
Zjednoczonych. Zwolennicy Bolsonaro często podnosili, że lewica doszła
do władzy w sposób nielegalny, kupując głosy mniejszości rasowych
poprzez transfery socjalne bądź też bezpośrednią korupcję.
Strach przed utratą statusu większości wydaje się mniej racjonalny w przypadku wyznawców hinduizmu w Indiach, którzy stanowią niemalże 80
procent populacji kraju. To jednak nie powstrzymało czołowych postaci w kierowanym przez Modiego ugrupowaniu BJP przed rozpętaniem kampanii
przeciwko tak zwanemu "dżihadowi miłości" - rzekomemu spiskowi, w ramach
którego muzułmanie mieliby się żenić z hinduskami w celu osłabienia
czystości narodu. Pięć stanów rządzonych przez Indyjską Partię Ludową
wprowadziło bądź rozważało wprowadzenie praw mających przeciwdziałać
"dżihadowi miłości"k28.
Autorytaryzm bynajmniej nie chroni przed tego rodzaju etnicznymi obawami
i napięciami. W Chinach około 92 procent populacji stanowią Chińczycy
Han. A mimo to okres rządów Xi Jinpinga charakteryzuje się narastającą
paranoją i nietolerancją wobec mniejszości rasowych i etnicznych. Chen
Quanguo, który z ramienia Komunistycznej Partii Chin nadzoruje represje
w Sinkiangu, wcześniej doskonalił swoją taktykę przymusowej asymilacji w Tybecie.
Gotowość "wzięcia się" za niepopularne grupy - cudzoziemców, migrantów,
muzułmanów - stanowi integralny element atrakcyjności silnorękich
przywódców. Ich maczystowskie emploi oznacza też, że z dużym
prawdopodobieństwem będą się odwoływać do tradycyjnej wizji męskiej
siły, okazując wzgardę feminizmowi i prawom społeczności LGBT. W czasach, gdy obyczaje społeczne podlegają dynamicznym zmianom - i to nie
tylko na Zachodzie - takie odwoływanie się do tradycyjnych wartości
społecznych stanowi potężną i być może niedocenioną broń w arsenale
nowych reżimów autorytarnych. W krajach tak różnych jak Stany
Zjednoczone, Rosja, Brazylia, Włochy i Indie da się wyróżnić liczną
grupę niezadowolonych mężczyzn (a także pewne grono tradycyjnie
nastawionych kobiet) podekscytowanych wizją staromodnego silnego
przywódcyk29.
To, w jak wielkim stopniu linią podziału między populistycznymi
autokratami a ich liberalnymi konkurentami jest płeć, wyraziście ukazały
wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Kiedy światło
dzienne ujrzało nagranie, na którym Trump chwalił się tym, że "łapie
kobiety za cipkę", wiele osób w jego obozie obawiało się, że ich
kandydat już się nie podniesie. Lecz skandal ten nie przeszkodził mu w odniesieniu zwycięstwa. Mężczyźni w nieproporcjonalnie większej liczbie
woleli zagłosować na Trumpa aniżeli na Hillary Clinton. Możliwe więc, że
lęk przed kobietą-prezydentką okazał się w wyborach z 2016 roku
silniejszym czynnikiem aniżeli odraza wobec mężczyzny, który "łapie za
cipki".
Maczystowski język i postawy przybierają jeszcze jaskrawsze formy u silnorękich przywódców poza Stanami Zjednoczonymi. Rodrigo Duterte
pewnego razu nikczemnie "zażartował", jak to żałuje, że nie dane mu było
uczestniczyć w zbiorowym gwałcie na zamordowanej misjonarce. W Brazylii
Jair Bolsonaro wyznał niegdyś, że gdyby kiedykolwiek natknął się na
ulicy na całujących się mężczyzn, to uderzyłby ich pięścią w twarz.
Matteo Salvini, który aspiruje do roli silnorękiego przywódcy Włoch,
machał ze sceny napompowanymi sekslalkami, porównując do nich swoje
polityczne konkurentki. Władimir Putin również starał się zyskać
poparcie pośród kulturowych konserwatystów, zarówno zachodnich, jak i rosyjskich, regularnie krytykując szaleństwa "poprawności politycznej"
na Zachodzie ze szczególnym uwzględnieniem kwestii praw osób LGBT i feminizmu. Kiedy spytałem Konstantina Małofiejewa, jednego z ideologów
putinizmu, co uważa za esencję zachodniego liberalizmu, ujął to
następująco: "Żadnych granic między państwami i żadnego rozróżnienia
między mężczyznami a kobietami"k30.
Nacjonalizm i tradycjonalizm kulturowy nowych autokratów oznaczają, że
pod wieloma względami są to wodzowie nastawieni nostalgicznie i spoglądający wstecz. W jednym kluczowym aspekcie silnoręcy przywódcy
okazują się jednak nad wyraz na bieżąco ze swoimi czasami: poza kilkoma
wyjątkami bardzo sprawnie posługują się mediami społecznościowymi.
Pojawienie się nowych form komunikacji politycznej zasiliło zwrot ku
polityce silnej ręki. Trump uczynił z Twittera swoje podstawowe
narzędzie komunikacji. W ten sposób nawiązał bezpośrednią łączność z wyborcami z pominięciem "fake-newsowych mediów". Osobista więź
autokratycznego przywódcy i jego zwolenników ma kluczowe znaczenie dla
powstania kultu jednostki, a Twitter jest w tym celu idealnym medium. W ten sposób brazylijscy użytkownicy tej platformy obserwujący Bolsonaro
ulegli fascynacji człowiekiem, którego obwołali "legendą". Również
indyjska partia BJP potrafi korzystać z mediów społecznościowych,
zaprzęgając Facebooka i Twittera do budowy poparcia dla Modiego i do
zastraszania jego przeciwników.
Facebook i Twitter odegrały kluczową rolę w podkopywaniu roli
tradycyjnych mediów jako arbitra oddzielającego informacje prawdziwe od
fikcyjnych. Jeśli chodzi o wykorzystywanie Facebooka, szlaki przetarli
działacze kampanii prezydenckiej Rodriga Duterte w 2016 roku,
rozpowszechniając zmyślone historie prezentujące w pozytywnym świetle
ich kandydata. Przedstawiciele zarządu tego serwisu określili potem
Filipiny jako "pacjenta zero". Parę miesięcy później rozpowszechnienie
się na Facebooku treści sprzyjających Trumpowi również odegrało
newralgiczną rolę w tym, że i Ameryka doczekała się swego silnorękiego
przywódcy. Podczas gdy tradycyjne media mają za zadanie dociekać, czy
dana informacja jest prawdziwa, Facebook pyta swoich użytkowników, czy
dany post im się podoba, czy też nie - odwołuje się zatem do emocji i lojalności, nie zaś do rozsądku. Badania przeprowadzone w Wielkiej
Brytanii podczas pandemii COVID-19 wykazały, że ludzie, którzy większość
wiadomości czerpią z mediów społecznościowych, są znacznie bardziej
skłonni uwierzyć w teorie spiskowe. Około 45 procent osób, które
wierzyły, że rząd umyślnie zawyża liczbę zgonów spowodowanych przez
COVID-19, większość informacji czerpała z Facebooka; spośród tych,
którzy odrzucali tę teorię spiskową, jedynie 19 procent traktowało
serwis jako swoje źródło informacjik31.
W początkowym okresie istnienia internetu liberalni optymiści żywili
przekonanie, że swobodny przepływ informacji nieuchronnie będzie
sprzyjać demokracji, ponieważ autorytarnym władcom trudniej będzie
cenzurować wiadomości. Jest w tym trochę prawdy. Nie bez powodu Chiny
zablokowały dostęp do Twittera, YouTube'a i Facebooka. W Rosji Aleksiej
Nawalny korzystał z YouTube'a do publikowania wysoce szkodliwych dla
władzy filmowych materiałów śledczych dokumentujących korupcyjne
poczytania Putina i kręgu jego współpracowników. Lecz optymizm związany
z wyzwalającym potencjałem mediów społecznościowych należy poważnie
powściągnąć. Nowe platformy społecznościowe okazały się zarazem idealnym
środowiskiem dla rozwoju ulubionej przez silnorękich przywódców formy
komunikacji politycznej, to jest sloganów bądź niewiarygodnych
twierdzeń, które odwołują się do emocji i z dużą dozą prawdopodobieństwa
będą dystrybuowane przez swoich zwolenników na tyle prędko, że
tradycyjne media nie zdążą ich zweryfikować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki