Notatki samobójcy 2. Kiedy spada gwiazda - Michael Thomas Ford

Kup ebooka

34.99 zł
27.29 zł (27,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

- To tutaj?

Jest pią­tek i tata odwozi mnie na pierw­sze spo­tka­nie z grupą queero­wej mło­dzieży. Stuka pal­cem w ekran GPS.

- Według Majel to wła­ściwe współ­rzędne.

Majel to imię, które nadał kobie­cemu gło­sowi w nawi­ga­cji. To imię aktorki - Majel Bar­rett - która uży­czała głosu kom­pu­te­rowi pokła­do­wemu w ory­gi­nal­nej serii Star Treka i nie­któ­rych powią­za­nych z nią fil­mach. Tata uważa, że to potwor­nie śmieszne.

Patrzę przez szybę samo­chodu na dom, przed któ­rym zapar­ko­wa­li­śmy. To wielka pose­sja w stylu wik­to­riań­skim, z dwoma pię­trami, wieżą z boku i zbyt wie­loma oknami, bym mógł je poli­czyć. Front jest jasno­zie­lony z ciem­no­zie­lo­nymi, żół­tymi i brą­zo­wymi akcen­tami, które dostrze­gam w szybko gasną­cym świe­tle zimo­wego popo­łu­dnia.

Nie wiem, jak powi­nien wyglą­dać ośro­dek spo­łecz­no­ści LGBTQ, ale moim zda­niem na pewno nie tak. Ten przy­po­mina czyjś dom. A jed­nak numer wid­nie­jący na belce werandy odpo­wiada temu, który podał nam dok­tor Kat­zru­pus, więc otwie­ram drzwi samo­chodu.

- Chcesz, żebym tam z tobą wszedł? - pyta tata.

- Dam sobie radę.

- Przy­jadę po cie­bie o ósmej. Baw się dobrze!

Zamy­kam drzwi i patrzę, jak odjeż­dża. Cie­szę, że to on mnie tu przy­wiózł, a nie mama. Na pewno upie­ra­łaby się, żeby ze mną wejść. I pew­nie zostać.

Odwra­cam się i wcho­dzę po scho­dach na werandę. Na ścia­nie obok drzwi wisi drew­niana tabliczka z napi­sem KĄT CAM. Litery są złote, a tło ciem­no­zie­lone. Wygląda na ręczną robotę.

Obok drzwi znaj­duje się guzik, który wci­skam. W środku odzywa się dzwo­nek. Potem sły­szę tupot stóp po stop­niach i ktoś otwiera drzwi. Wygląda przez nie osoba w moim wieku. Jest tro­chę niż­sza ode mnie, o skó­rze w bar­wie głę­bo­kiej czerni. Nosi krót­kie włosy pofar­bo­wane na wspa­niały topa­zo­wo­żółty kolor.

- Hej - mówi.

- Cześć. Jestem Jeff. Przy­sze­dłem na spo­tka­nie grupy mło­dzie­żo­wej.

Osoba się uśmie­cha.

- Faj­nie. Ktoś nowy. Właź.

Wcho­dzę do środka, a ona zamyka za mną drzwi.

- Witamy w Kącie Cam. Jestem Nansi.

- Nancy? - Nie jestem pewien, czy dobrze usły­sza­łem.

- Bli­sko. Nan-si. Jak Anansi, bóg żar­tow­niś ludu Akan.

- Nansi - popra­wiam się.

Osoba kiwa głową.

- Powie­dzia­łeś, że jesteś Jeff?

- Tak - potwier­dzam, roz­glą­da­jąc się po domu. - I nie mam nic wspól­nego z trik­ster­skim bogiem.

Nansi robi sztucz­nie podejrz­liwą minę.

- Wła­śnie to powie­działby bóg żar­tow­niś.

Na ścia­nie przy scho­dach wisi duże, opra­wione czarno-białe zdję­cie przed­sta­wia­jące kogoś sto­ją­cego na scho­dach tego domu, który na foto­gra­fii wygląda jed­nak zupeł­nie ina­czej. Jest nie­mal kom­plet­nie zruj­no­wany. Wiele okien jest roz­bi­tych, a dach wieży się zapada. Farba odłazi, a teren wokół domu zara­sta wyso­kimi jak weranda chwa­stami.

Jed­nak osoba sto­jąca na scho­dach się uśmie­cha. Ma na sobie dżinsy i białą pod­ko­szulkę. Pod­wi­nięte rękawy koszuli pod­kre­ślają umię­śnione ramiona pokryte tatu­ażami. Ciemne włosy są krótko ostrzy­żone - pra­wie jak u rekruta - a za uchem trzyma zatknię­tego papie­rosa.

- To Cam - infor­muje Nansi. - W dniu, kiedy kupiła ten dom.

- Kupiła?

Nansi wybu­cha śmie­chem i wiem, że popeł­ni­łem gafę.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem...

- W porządku. Cam wygląda jak męż­czy­zna. O to jej wła­śnie cho­dziło.

- Czyli była trans?

Nansi kręci głową.

- Cam iden­ty­fi­ko­wała się jako butch. Les­bijka o bar­dzo męskim wyglą­dzie. Cie­szyła się, kiedy ją brano za faceta. Ale nie była trans. Zawsze powta­rzała: "Kocham piękne kobiety. Ale jak inna kobieta, nie męż­czy­zna".

- Zna­li­ście się?

- Była moją matką chrzestną. Przy­jaź­niła się z moim dziad­kiem. Pra­co­wali razem w tutej­szej fabryce pro­du­ku­ją­cej pralki. On był czarny. Ona była les­bijką. W sześć­dzie­sią­tym trze­cim to ozna­czało, że mają ze sobą wiele wspól­nego. Poza tym oboje uwiel­biali piwo, pokera i płyty Char­liego Par­kera. Po śmierci babci Cam poma­gała dziad­kowi w wycho­wy­wa­niu mojego ojca i jego dwóch braci. Kiedy się uro­dzi­łom, rodzice popro­sili ją, żeby została moją matką chrzestną. Zawsze powta­rzała, że jest też moją dobrą wróżką.

- I ten dom nale­żał do niej?

- Kupiła go w sześć­dzie­sią­tym pią­tym. Stał w bied­nej dziel­nicy. Jak widzisz na zdję­ciu, popadł w ruinę. Odbu­do­wała go od pod­staw. Doko­nała tego sama z pomocą mojego dziadka i grupy przy­ja­ciół.

- Spory jak na jedną osobę.

- Tu zawsze miesz­kali też inni ludzie. Cam przyj­mo­wała każ­dego, kto szu­kał bez­piecz­nego schro­nie­nia. Kobiety ucie­ka­jące przed prze­mo­co­wymi mężami. Dzie­ciaki wyrzu­cane z domu za orien­ta­cję. Różne osoby queerowe. Oprócz niej zawsze prze­by­wała tu dwójka albo trójka innych ludzi. Cam spra­wiała, że czuli się jak człon­ko­wie kocha­ją­cej i wspie­ra­ją­cej rodziny. Po jej śmierci prze­kształ­ci­li­śmy dom w ośro­dek. Nie różni się bar­dzo od tego, czym był za jej życia. Chodźmy na górę, poznasz wszyst­kich.

Wcho­dzę za Nansi po sze­ro­kich, drew­nia­nych scho­dach na pierw­sze pię­tro. Idziemy kory­ta­rzem z wie­loma drzwiami do dużego pokoju na końcu. To salon z wiel­kim komin­kiem oraz mnó­stwem wygod­nych foteli i puf na dywa­nach zakry­wa­ją­cych pod­łogę z ciem­nych desek. Widzę grupkę osób roz­ma­wia­ją­cych ze sobą i popi­ja­ją­cych coś z kub­ków. W kominku trza­ska ogień, a całość spra­wia przy­tulne i przy­ja­zne wra­że­nie.

- To są wszy­scy - mówi Nansi. - Przed­sta­wię cię, ale naj­pierw musisz poznać Fox.

Idziemy do miej­sca, gdzie wysoka, szczu­pła, biała osoba o krót­kich, rudych wło­sach roz­ma­wia z wyso­kim czło­wie­kiem o gęstej czar­nej bro­dzie. Kiedy pod­cho­dzimy z Nansi, odwra­cają się do nas z uśmie­chem.

- Jeff - mówi Nansi. - To jest Fox. Pro­wa­dzi u nas pro­gram mło­dzie­żowy.

- Cześć, Jeff. - Fox wyciąga rękę i ści­ska moją. - Nasz wspólny zna­jomy uprze­dzał, że możesz wpaść. Cie­szę się, że to zro­bi­łeś.

- A to Pete - dodaje Nansi. - Kie­ruje całym ośrod­kiem.

Pete ści­ska moją dłoń, nie­mal miaż­dżąc ją w swo­jej wiel­kiej ręce.

- Miło cię poznać, Jeff. Witamy w rodzi­nie. Wybacz­cie, muszę dokoń­czyć parę spraw. Uda­nego spo­tka­nia.

Wycho­dzi, a Fox pyta:

- Gotowy poznać resztę?

- Jasne.

Czuję się bar­dziej pod­eks­cy­to­wany, niż się spo­dzie­wa­łem. W tym domu panuje cie­pła i przy­ja­zna atmos­fera. Już teraz czuję się jak u sie­bie i nie mogę się docze­kać, kiedy poznam pozo­sta­łych.

Pod­cho­dzimy do wol­nej sofy i oboje sia­damy. Nansi zaj­muje miej­sce przy kominku, na fotelu obi­tym różo­wym aksa­mi­tem. Naprze­ciwko, na dru­giej kana­pie, sie­dzi troje ludzi. Poza nimi jesz­cze jedna osoba zaj­muje fotel. Jedno miej­sce jest puste.

- Dobra - zaczyna Fox. - Wygląda na to, że jeste­śmy w więk­szo­ści, czyli nor­mal­nie.

- Nie wiem, czy ktoś tu jest nor­malny - wtrąca czar­no­skóra osoba sie­dząca naprze­ciwko mnie na kana­pie. Teraz zauwa­żam, że ta obok wygląda dokład­nie tak samo. Bliź­nięta. Druga osoba skrzy­żo­wała ręce na piersi i kręci głową, cicho się śmie­jąc.

- Ja jestem - mówi.

Ta pierw­sza pry­cha.

- Wiem, co prze­glą­dasz w necie, Trey. Jesteś tak samo pokrę­cony jak my. Nie, nawet bar­dziej.

Teraz wszy­scy się śmieją, a Trey się krzywi i lekko stuka bliź­niaka w ramię.

- Tak czy owak - podej­muje pierw­szy bliź­niak, patrząc na mnie - jestem Darius, a mój cał­ko­wi­cie nor­malny brat ma na imię Trey­von. Jestem gejem. On jest hetero. Pozwa­lamy mu tu jed­nak przy­cho­dzić, bo jeste­śmy mili. Kim jesteś, nowa osobo i jaka jest twoja histo­ria?

- Jestem Jeff - mówię. - I jestem, mhm, gejem.

- A formy? - dopy­tuje Darius.

- Zanim Jeff odpo­wie, to chyba dobry moment na przy­po­mnie­nie gru­po­wych zasad - wtrąca Fox. - Po pierw­sze, to bez­pieczna prze­strzeń. Wszystko, o czym tu mówimy, zostaje tutaj. Po dru­gie, nikt nie będzie cię osą­dzał.

- Przy­naj­mniej gło­śno - mówi Darius. - ŻAR­TUJĘ - dodaje, bo Fox posyła mu kar­cące spoj­rze­nie.

- Nie żar­tu­jesz - wcina się Trey. - Gdyby były zawody w obma­wia­niu innych, zdo­był­byś mistrzo­stwo.

Wszy­scy wybu­chają śmie­chem, nawet Fox, a potem podej­muje:

- Po trze­cie, zaczy­namy każde spo­tka­nie od przed­sta­wie­nia się. Dzięki temu wszy­scy wiemy, jakie kto pre­fe­ruje formy. Ja jestem Fox i chcę, żeby uży­wano wobec mnie form żeń­skich albo neu­tral­nych. Darius, ponie­waż już zaczą­łeś, kon­ty­nuuj, pro­szę.

Darius kiwa głową.

- Jak już powie­dzia­łem, nazy­wam się Darius. Formy męskie, a kiedy jestem w wyjąt­kowo fan­ta­stycz­nym nastroju, żeń­skie.

- Trey­von - mówi jego brat. - Albo Trey. Męskie.

Kolej pada na osobę sie­dzącą w fotelu po mojej lewej stro­nie.

- Jestem Mika. Żeń­skie.

Mika prze­rzu­ciła jedną nogę przez poręcz fotela, a jej stopa uwię­ziona w mar­ten­sie podry­guje ner­wowo w powie­trzu. Dziew­czyna jest biała, ma na sobie sprane dżinsy i fla­ne­lową koszulę w kolo­rze czer­wo­nym. Nosi srebrne kółko w dziurce nosa, a na jej pal­cach z tru­dem miesz­czą się grube pier­ścionki. Brą­zowe włosy są bar­dzo dłu­gie, owija je sobie wokół pal­ców pra­wej ręki.

- Jestem lesbą - rzuca.

Brzmi to tak, jakby spo­dzie­wała się mojej reak­cji, ale ponie­waż nie wiem, co powie­dzieć, mru­czę:

- Super.

Na dru­gim fotelu obok Miki sie­dzi kolejna biała osoba o ciem­no­blond wło­sach sple­cio­nych w dwa dłu­gie war­ko­cze. Jest w ogrod­nicz­kach i pofar­bo­wa­nej nie­równo na różowo pod­ko­szulce. Ma bose stopy i paznok­cie poma­lo­wane na ten sam różowy kolor co koszulkę.

- Lucinda - mówi. - Albo Lucy. Żeń­skie. Jestem asem.

Wra­camy do kanapy, gdzie sie­dzi trze­cia osoba. Jest nią biały chło­pak mniej wię­cej w moim wieku, mocno zbu­do­wany, o krót­kich brą­zo­wych wło­sach i z kozią bródką. Ma na sobie gra­na­tową pod­ko­szulkę z biało-czer­wo­nym napi­sem PRZY­SZŁY WYBORCA, a jego ramiona skrzy­żo­wane na piersi pod tymi sło­wami są mocno owło­sione.

- Hej - mówi niskim gło­sem. - Jestem Gol­die. Stary dobry gej. Męskie. - Po tych sło­wach kiwa krótko głową.

Gol­die wydaje mi się dziw­nym imie­niem, ale nie pytam go o nie, bo nie chcę być nie­grzeczny, i patrzę na Nansi, czyli ostat­nią osobę z grupy.

- Już się pozna­li­śmy - mówi - ale dla porządku jestem Nansi. Pan­sek­su­alne. Formy neu­tralne.

- Okej. Skoro już pozna­łeś wszy... - podej­muje Fox.

- Chwila - prze­rywa jej ktoś, kto wła­śnie wszedł do pokoju. - Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Ojciec chciał, żeby mu pomóc wymie­nić gadżety walen­tyn­kowe na te z oka­zji Świę­tego Patryka.

Pod­no­szę wzrok i ze zdu­mie­niem roz­po­znaję chło­paka ze sklepu z upo­min­kami. Stoi w drzwiach z fili­żanką opa­trzoną logo kawiarni w sąsiedz­twie ich rodzin­nego sklepu. Na mój widok uśmie­cha się i macha.

- Cześć, Buford. - Macham w odpo­wie­dzi.

- Buford? - powta­rza Mika. - Nie, nazywa się...

- To taki nasz dow­cip - wyja­śnia Chrys, sia­da­jąc obok mnie na kana­pie. - Znamy się. - Patrzy na mnie, a potem odwraca wzrok. Ner­wowo stuka pal­cami w kubek.

- A formy? - dopy­tuje Mika.

- Wła­śnie - pod­chwy­tuje Darius. - Jakie w tym tygo­dniu?

Pozo­stali się śmieją, sądzę więc, że to jakiś ich wewnętrzny żart. Chrys poka­zuje Dariu­sowi środ­kowy palec i mówi:

- Moje formy to twoja stara, zdziro. - Potem zwraca się do mnie. - Nie chcę się zaszu­flad­ko­wać. Ale akcep­tuję neu­tralne.

- Ogar­niam - mówię do wszyst­kich. - Męskie.

- Teraz kiedy już pozna­łeś wszyst­kich - odzywa się Fox - mam nadzieję, że sta­niesz się człon­kiem naszej małej rodziny. Prze­waż­nie docho­dzimy do poro­zu­mie­nia, a nawet kiedy tak nie jest, wciąż się wspie­ramy. Wszystko, o czym tu mówimy, jest tajne i zostaje tutaj, możesz więc swo­bod­nie mówić, co myślisz czy czu­jesz. Zwy­kle zaczy­namy od rundki, w któ­rej po kolei stresz­czamy, co się u nas dzieje. Potem pro­po­nuję jakiś temat pod dys­ku­sję i wymie­niamy się komen­ta­rzami. Cza­sem naj­zwy­czaj­niej oglą­damy jakiś film albo w coś gramy, po pro­stu jeste­śmy razem. Dzi­siaj musimy jesz­cze omó­wić nasz snow­bo­ar­dowy week­end.

- Jedź z nami - pro­po­nuje Chrys. - Lubisz snow­bo­ard?

- Ni­gdy nie pró­bo­wa­łem. Ale wąt­pię, czy był­bym w tym dobry. Nie jestem typem spor­towca.

- Możemy cię tre­no­wać z Treyem - pro­po­nuje Darius. - To łatwe. Musisz tylko uwa­żać, żeby nie upaść.

- Wła­śnie z tym mam naj­więk­szy pro­blem. Ale mogę spró­bo­wać.

- Świet­nie - pod­su­mo­wuje Chrys. - Zatem jedziesz z nami.

Uśmie­cha się i opusz­cza wzrok. Raz po raz stuka pal­cami w kubek. Zaczyna mnie to roz­czu­lać.

Przez następne pół godziny Fox oma­wia prze­bieg week­endu. Wyna­jęli duży dom w górach, na tere­nie ośrodka, więc w ciągu dnia możemy zjeż­dżać na desce, a wie­czory i noce spę­dzać na miej­scu. Pie­nią­dze na wyjazd Fox dostała z jakie­goś grantu, więc jedziemy za darmo. Zabie­ramy tylko pro­wiant i będziemy sobie goto­wać posiłki. Wszystko brzmi wspa­niale.

Fox koń­czy i wyma­wia się jakąś robotą. Kiedy wycho­dzi, możemy roz­ma­wiać albo robić, co chcemy. Chrys patrzy na mnie.

- Naprawdę zamie­rzasz z nami jechać?

- Chciał­bym. Ale przy­sze­dłem dziś pierw­szy raz. Tro­chę dziw­nie mi dołą­czać do wypadu w góry, kiedy nie zdą­ży­łem jesz­cze zżyć się z grupą.

Chrys macha ręką.

- Spoko. Każdy jest mile widziany. Prawda, Gol­die?

Gol­die, który idzie obok, przy­staje.

- Co prawda?

- Jeff będzie mile widziany na naszym week­en­dzie snow­bo­ar­do­wym.

- Och. Pew­nie tak. Chyba.

Zanim odcho­dzi, patrzy na mnie wystar­cza­jąco długo, bym zauwa­żył, że jego oczy mają piękny zło­to­brą­zowy odcień.

- Naprawdę nazywa się Gol­die? - pytam.

Śmieje się.

- Nie, to jego nick.

- Z powodu tych oczu - domy­ślam się.

- Co? Nie. Ma na nazwi­sko Gold­man. Poza tym mieszka z trzema niedź­wie­dziami.

- Niedź­wie­dziami?

- Ojcami.

- Ma ich trzech?

Chrys potwier­dza ruchem głowy.

- Mhm. Two­rzą trój­kąt, Pete, Joshua i Brent. Pete jest dyrek­to­rem tego ośrodka.

- Pozna­li­śmy się - mówię. - Rze­czy­wi­ście przy­po­mina niedź­wie­dzia.

- Podob­nie jak dwaj pozo­stali. Mają tylko inny kolor wło­sów. To zna­czy powi­nie­nem powie­dzieć futra. Skoro są niedź­wie­dziami. Byli rodziną zastęp­czą dla Gol­diego, a potem go adop­to­wali. No i teraz mieszka z trzema niedź­wie­dziami jak Zło­to­włosa. Stąd Gol­die.

- Faj­nie. Sam też jest tro­chę niedź­wie­dzio­waty - mówię, myśląc, jak jest duży i owło­siony.

- Raczej niedź­wiad­kowy - pro­stuje Chrys. - Na razie jest mło­dzia­kiem. Na niedź­wie­dzia dopiero wyro­śnie.

- Trzech ojców. Cie­kawe, jak to funk­cjo­nuje.

- Podob­nie jak w każ­dej rodzi­nie. Fox zawsze powta­rza: love is love. Ale powiedz, skąd się dowie­dzia­łeś o tym miej­scu?

- To długa histo­ria.

- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.

- Nie, w porządku. W skró­cie: wylą­do­wa­łem na jakiś czas w szpi­talu. Lekarz zasu­ge­ro­wał, że mógł­bym przyjść na wasze spo­tka­nie. Dłuż­sza wer­sja wymaga wię­cej czasu.

- Możesz ją opo­wie­dzieć w week­end - pro­po­nuje Chrys. - Masz ochotę w coś zagrać? Może w Księż­niczki kon­tra Smoki?

Kilka minut póź­niej tniemy w piątkę w kar­ciankę, śmie­jąc się jak opę­tani, bo każdy chce wygrać. Chrys, Darius i ja jeste­śmy księż­nicz­kami, a Mika i Nansi smo­kami. Trey­von i Lucinda pró­bują się sku­pić nad sza­chami i raz po raz nas uci­szają, ale bez prze­ko­na­nia. Tylko Gol­die czy­ta­jący w fotelu komiks się nie przy­łą­cza, choć widzę, że wciąż na nas zerka. Zauważa, że go obser­wuję, i szybko odwraca wzrok.

- A masz! - woła Mika, kła­dąc swoją kartę na mojej. - Cier­niowy Las. Jesteś w pułapce i cze­kasz dwie kolejki.

- Nie tak szybko. - Chrys trzyma w górze kartę. - Mam Cza­ro­dziej­ski Miecz. Mogę roz­ciąć cier­nie i uwol­nić księż­niczkę! - Kła­dzie swoją kartę na stół, a Mika gło­śno wzdy­cha.

- Dzięki ci, o mężny ryce­rzu - mówię, a Chrys się lekko kła­nia.

Gramy pra­wie przez godzinę, eli­mi­nu­jąc kolejne postaci, aż zostaję tylko ja jako księż­niczka i Mika jako smok. Mika uśmie­cha się trium­fal­nie i kła­dzie kartę.

- Zamro­żony Pło­mień! Pra­wie nic tego nie pokona.

Zer­kam na dwie karty, które mi zostały w ręku. Marsz­czę brwi.

- To prawda - przy­znaję ze smut­kiem.

Mika już unosi ręce w zwy­cię­skim geście.

- Całe szczę­ście, że mam Poca­łu­nek Praw­dzi­wej Miło­ści - mówię i odwra­cam kartę, by mogła ją zoba­czyć.

Mika jęczy i pada jak mar­twa. Chrys chwyta mnie w ramiona.

- Nie­zwy­cię­żona księż­niczka! - obwiesz­cza i całuje mnie w poli­czek.

Potem się odsuwa.

- Sorki - mówi. - Prze­kro­czy­łom gra­nicę. Tro­chę mnie ponio­sło.

- Nic się nie stało - mówię, a kiedy uśmie­cha się szel­mow­sko, czuję łasko­ta­nie w żołądku.

- Dobrze się bawisz?

Pod­no­szę wzrok. W drzwiach stoi tata w towa­rzy­stwie Fox.

- Nie chcia­łem prze­szka­dzać.

- Stra­ci­łem poczu­cie czasu. - Wstaję. - Do zoba­cze­nia następ­nym razem.

- Więc jesz­cze nas odwie­dzisz? - pyta Fox.

- Tak. Chciał­bym. - Zer­kam na Chrys. Obser­wuje mnie i się uśmie­cha. - Na pewno.

- I zasta­nów się nad week­en­dem snow­bo­ar­do­wym - przy­po­mina Fox.

- Zasta­no­wię się - obie­cuję.

Odwra­cam się i po raz ostatni macham wszyst­kim. Więk­szość odwza­jem­nia ten gest. Chrys wstaje i pod­cho­dzi do nas.

- Jeśli chcesz, możemy się wymie­nić nume­rami tele­fo­nów - mówi. - Na wypa­dek, gdy­byś chciał zapy­tać o szcze­góły wyjazdu. I tak w ogóle.

- Jasne - sta­ram się to powie­dzieć neu­tral­nym tonem i wyj­muję tele­fon. W środku czuję się uszczę­śli­wiony tą pro­po­zy­cją.

Wbi­jamy swoje numery w komórki, a potem scho­dzę z tatą po scho­dach i wycho­dzimy na zewnątrz.

- Zdaje się, że się dobrze bawi­łeś - mówi tata, gdy wsia­damy do samo­chodu. - O co cho­dzi z tym week­en­dem snow­bo­ar­do­wym?

Wyja­śniam mu w dro­dze do domu.

- Chcesz jechać?

- Tak. Chcę. Myślisz, że mama nie będzie miała nic prze­ciwko temu?

- Myślę, że będzie - mówi ze śmie­chem. - Ale na pewno zdo­łam ją prze­ko­nać.

Mil­czymy przez jakiś czas, lecz tata raz po raz na mnie zerka.

- Co? - pytam za czwar­tym czy pią­tym razem.

- Nic. Wyda­jesz się szczę­śliwy. To miłe.

Zasta­na­wiam się nad tym, co powie­dział. Naprawdę czuję się szczę­śliwy. Szczę­śliw­szy, niż byłem od bar­dzo dawna. I to jest miłe. W pew­nym sen­sie ludzie z Kąta Cam przy­po­mi­nają mi grupę z psy­chia­tryka. Zna­leź­li­śmy się w tym miej­scu, bo połą­czyło nas coś waż­nego. Z tą róż­nicą, że w szpi­talu zna­la­złem się po to, by coś w sobie napra­wić. Tutaj tra­fi­łem, bo jest we mnie coś dobrego, podob­nie jak w nich wszyst­kich.

Chciał­bym, żeby każdy, kogo pozna­łem w szpi­talu, mógł doświad­czyć tego samego, zamiast czuć się samot­nym i zała­ma­nym. Chciał­bym, żeby wszy­scy zna­leźli ludzi, któ­rzy będą ich widzieli takimi, jacy są naprawdę. I może tak się sta­nie. Może pew­nego dnia każdy z nich znaj­dzie swoje miej­sce, w któ­rym będzie się czuł bez­piecz­nie.

Pod­jeż­dżamy na naszą ulicę.

- Jeste­śmy w domu - mówi tata.

- Tak - odpo­wia­dam i myślę o Kącie Cam i o tym, jak się tam czu­łem. - Jeste­śmy.

Rozdział 9

- Dzię­kuję Różo­wym Damom! - woła Katya. - Pro­szę T-Bir­dów!

Jest ponie­dział­kowe popo­łu­dnie. W sali muzycz­nej stło­czyli się ludzie na prze­słu­cha­nia do musi­calu. Podzie­lono nas na dziew­czyny i chłop­ców, grupy nazwane przez Katyę Różo­wymi Damami i T-Bir­dami, czyli "gan­gami" wystę­pu­ją­cymi w sztuce. Roz­glą­da­jąc się wokół, nie mogę uwie­rzyć, że dałem się namó­wić Allie i Katyi. Mina rzed­nie mi jesz­cze bar­dziej po wysłu­cha­niu wystę­pów dziew­czyn. Nie wszyst­kie były dobre, ale nie­które tak. I nawet te, które były tylko w porządku, wypa­dły nie­źle. Ponie­waż zgod­nie z pla­nem mam dostać rolę Sandy, to nie­unik­nione, że porów­nuję się z ich wyko­na­niami.

Dziew­czyny skoń­czyły i przy­szedł czas na chło­pa­ków. Jest ich około połowy mniej, ale wciąż sta­no­wimy liczną grupę. Wiem, że jest sporo ról męskich w przed­sta­wie­niu, więc pew­nie wszy­scy się zakwa­li­fi­kują. Pyta­nie brzmi, kto dosta­nie główną rolę Danny'ego.

Co do sie­bie mam już pew­ność. Cie­kawe, kto będzie mi part­ne­ro­wał. Mimo to tro­chę się dener­wuję. Muszę prze­ko­nać wszyst­kich, że zasłu­guję na tę rolę, a jesz­cze ni­gdy nie śpie­wa­łem publicz­nie. No, może poza rolą w kościel­nym przed­sta­wie­niu bożo­na­ro­dze­nio­wym, ale wtedy mia­łem sześć lat. I śpie­wa­łem w aniel­skim chó­rze. Nasz popi­sowy numer był zaty­tu­ło­wany Tam, w sta­jence i każdy miał jedną linijkę. Moja mówiła o bydlę­tach, które się kła­niają i budzą Dzie­ciątko Jezus. Ćwi­czy­łem i ćwi­czy­łem, ale w pre­mie­rowy wie­czór dopa­dła mnie trema. Kiedy przy­szła kolej na mnie, zamiast zaśpie­wać to, czego ocze­ki­wano, odśpie­wa­łem jedyny kawa­łek, jaki sobie w tam­tej chwili przy­po­mnia­łem i który nie­for­tun­nie był moty­wem z mojej ulu­bio­nej kre­skówki Kosmiczny Oddział Lase­ro­wego Jed­no­rożca. Doda­łem nawet gesty, uda­jąc, że strze­lam z pal­ców.

Dener­wuję się teraz, bo stra­ci­łem pew­ność, że pomysł Allie i Katyi jest tak dobry, jak myśla­łem na początku. Nawet jeśli nam się uda to prze­for­so­wać, co sobie ludzie pomy­ślą? Z jed­nej strony mam wielką ochotę spró­bo­wać, z dru­giej boję się, że wpa­kuję się w kło­poty. W imię czego? Udo­wod­nie­nia, że każdy zasłu­guje na prze­ży­cie tego wszyst­kiego, co się wiąże ze szkol­nymi przed­sta­wie­niami? Moż­liwe. Choć gdy wyobra­żam sobie poten­cjalne reak­cje publicz­no­ści, mam ciarki.

- Ken­dall McBride - Katya odczy­tuje gło­śno z listy. - Jesteś pierw­szy.

Ken­dall pod­cho­dzi do pia­nina, gdzie sie­dzi Julie Kurtz z nutami do Sandy, pio­senki, którą wszy­scy powin­ni­śmy znać. Zaczyna grać, a Ken­dall śpiewa. Nie­źle, ale jest w pierw­szej kla­sie. Nie ma szans na główną rolę. Katya robi notatki, a potem daje mu znak, żeby skoń­czył.

- Dzięki. Dev Bak­shi. Twoja kolej.

Kolejni chłopcy wystę­pują jeden po dru­gim. Uwa­żam, że wszy­scy są lepsi ode mnie. Czuję ści­ska­nie w dołku, cze­ka­jąc, aż Katya wywoła moje nazwi­sko. I nagle zapo­mi­nam słów tek­stu, któ­rego wysłu­cha­łem wła­śnie kil­ka­na­ście razy. W gło­wie sły­szę tylko słowa z Kosmicz­nego Oddziału Lase­ro­wego Jed­no­rożca. Wpa­dam w panikę i czuję, że zaraz zwy­mio­tuję.

- Jeff! - sły­szę ostry głos Katyi i patrzę w jej stronę. - Zapo­mnia­łeś, jak się nazy­wasz? Wywo­ły­wa­łam cię już dwa razy.

Więk­szość się śmieje, a ja mru­czę pod nosem prze­pro­siny i pod­cho­dzę do pia­nina. Sta­ram się nie myśleć o tych wszyst­kich wpa­trzo­nych we mnie twa­rzach. Julie zerka na mnie z uśmie­chem.

- Jeśli zapo­mnisz słów, czy­taj z nut - szep­cze.

Kiwam głową i odczy­tuję pierw­szy wers.

- Gotowy?

Znów pota­kuję ruchem głowy i Julie zaczyna grać. W odpo­wied­nim momen­cie otwie­ram usta z nadzieją, że nie zacznę się dusić. Kon­cen­truję się na sło­wach, odpusz­cza­jąc całą resztę. Zanim cokol­wiek do mnie dotrze, Katya woła, że wystar­czy.

- W porządku. Został nam... - zerka na listę. - Burke Gor­ski.

Patrzę na Allie i widzę po jej minie, że jest rów­nie zasko­czona. Nie tylko nie widzia­łem Burke'a w sali, nie mia­łem także poję­cia, że potrafi śpie­wać.

Burke wyła­nia się zza ple­ców kole­gów i pod­cho­dzi do pia­nina. Ma na sobie czarną skó­rzaną kurtkę moto­cy­klową, którą narzu­cił na białą pod­ko­szulkę. Włosy zacze­sał tak, że wygląda jak postać wyjęta z Gre­ase. Gdyby ktoś inny tak się ubrał, pomy­ślał­bym, że za bar­dzo się stara o tę rolę, ale Burke wygląda po pro­stu świet­nie.

Julie zaczyna grać przy­grywkę do Sandy, a Burke opiera się o pia­nino, jakby to był rekwi­zyt. Uśmie­cha się szel­mow­sko i śpiewa. Szcze­rze mówiąc, nie jest dobrym woka­li­stą. Ale gra przy tym tak, że dla mnie to ide­alny Danny Zuko.

Pozo­stali też to kupują, bo Katya po raz pierw­szy nie prze­rywa po odśpie­wa­niu pierw­szej zwrotki i par­tii chó­ral­nej. Pozwala mu dojść do połowy, zanim pod­nie­sie rękę i powie:

- Łał. To było... świetne.

Burke kiwa głową i poka­zuje unie­siony w górę kciuk, a potem scho­dzi ze sceny i znika za drzwiami. Wszy­scy odpro­wa­dzamy go wzro­kiem. Katya zerka na listę i mówi:

- Bud Worth, kolej na cie­bie.

- Po co? - pyta z rezy­gna­cją Bud. - Nie pobiję tego.

Wszy­scy się śmieją. Ale Bud ma rację. Burke skradł dzi­siej­szy show. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że oka­zał się naj­lep­szy. Po pro­stu BYŁ Dan­nym.

Pod­cho­dzę do Allie, która jest wyraź­nie wku­rzona.

- Co to było?

- Nie wie­dzia­łaś, że się zgło­sił?

Kręci głową.

- Nie wie­dzia­łam, że w ogóle potrafi śpie­wać. Ni­gdy się przy mnie nie zdra­dził. Ni­gdy. Nie nucił nawet do radia w samo­cho­dzie. Ani na żad­nym kon­cer­cie. Ni­gdzie. Ni­gdy. Nawet nie mru­czał.

- Może jest nie­śmiały.

Allie pry­cha.

- Nie­śmiały? Burke? A ty go w ogóle znasz?

- Fakt - śmieję się. - No to nie wiem. Tak czy owak, był fan­ta­styczny.

Allie znów pry­cha, ale nie zaprze­cza. Widzę, że jest wście­kła, choć nie rozu­miem dla­czego. Nie zamie­rzam jej jed­nak o to pytać, bo naj­wy­raź­niej sprawa jest poważna i nie chcę pogar­szać sytu­acji.

Nie­stety, Katya nic nie zro­zu­miała i pod­cho­dzi do nas roz­pro­mie­niona.

- Łał. Wygląda na to, że mamy Danny'ego. Ten Burke był nie­sa­mo­wity.

- Tak. Nie­sa­mo­wity - mówi wście­kła Allie i wycho­dzi.

- Powie­dzia­łam coś nie tak?

- Burke to jej chło­pak. Nie wie­dzia­łaś?

Katya potrząsa prze­cząco głową.

- Pozna­łam Allie na zaję­ciach z teatru. Nie wie­dzia­łam, że ma chło­paka. Bez urazy, ale nie­spe­cjal­nie zwra­cam uwagę na ludzi z niż­szych klas. Ale co ją tak wku­rzyło? Powinna się raczej cie­szyć.

- Może i powinna. Nie mam poję­cia. Naj­le­piej ją zapy­tać.

- To nie mój pro­blem - stwier­dza Katya. - Zna­la­złam Danny'ego. I jego dublera - sztur­cha mnie w bok. - Potrze­buję już tylko Sandy.

Nie­ocze­ki­wa­nie całe to przed­sta­wie­nie prze­staje mnie cie­szyć. Allie jest wście­kła, a Katyi wyraź­nie to nie obcho­dzi.

- Muszę lecieć - mówię, zakła­da­jąc ple­cak na ramię i bio­rąc płaszcz.

- Zaczy­namy próby w środę - woła za mną Katya.

Wycho­dzę z sali muzycz­nej i idę kory­ta­rzem. Kiedy skrę­cam za rogiem, dostrze­gam Allie i Burke'a sto­ją­cych przed fron­to­wym wej­ściem. Nie mogę wyjść, nie prze­cho­dząc obok nich, ale widzę, że się kłócą i nie chcę brać w tym udziału. Cho­wam się za rogiem i słu­cham.

- Nie rozu­miem, czemu się wście­kasz - mówi Burke. - Potra­fię śpie­wać i co z tego?

- Trzy­ma­łeś to przede mną w tajem­nicy.

Burke śmieje się, co, gdyby mnie ktoś zapy­tał, uznał­bym za naj­gor­sze zacho­wa­nie w takiej chwili. Jesz­cze bar­dziej roz­wście­czy Allie.

I roz­wście­cza.

- Nie mogę ci ufać! - mówi coraz gło­śniej.

- Co jest?

Pod­ska­kuję i odwra­cam się na pię­cie. Za mną stoi Ran­kin.

- Nie skra­daj się tak.

- Wcale się nie skra­da­łem. Po pro­stu nie sły­sza­łeś, jak się zbli­żam.

Zerka za róg, ale chwy­tam go za koszulę i odcią­gam.

- Nie powinni cię zoba­czyć.

- To twoja przy­ja­ciółka i ten gość, któ­rego poca­ło­wa­łeś, tak?

- Tak - potwier­dzam i nagle dociera do mnie, co powie­dział. - Skąd wiesz?

- Sły­sza­łem, jak chło­paki z dru­żyny o tym roz­ma­wiali.

- Serio? I co mówili?

Ran­kin wzru­sza ramio­nami.

- Tylko, że go poca­ło­wa­łeś, wyzna­łeś mu wielką miłość i zapro­po­no­wa­łeś mał­żeń­stwo, a kiedy się nie zgo­dził, pocią­łeś się, bo uwiel­biasz dra­maty.

Przy­glą­dam mu się, pró­bu­jąc oce­nić, czy mówi poważ­nie. Pró­buję sobie przy­po­mnieć, czy wspo­mi­na­łem mu o Burke'u, gdy byli­śmy w szpi­talu. Nie wydaje mi się, ale nie pamię­tam dokład­nie, o czym opo­wia­da­łem na sesjach gru­po­wych. Mogło mi się co nieco wymknąć.

- No dobra, mówili tylko, że go poca­ło­wa­łeś. Na impre­zie. Resztę sam wymy­śli­łem. Ale to prawda? Dla­tego wylą­do­wa­łeś w szpi­talu?

- Gra­tu­luję. Roz­wią­za­łeś sprawę.

- Spoko. Nikomu nic nie powiem.

Chciał­bym rzu­cić jakąś sar­ka­styczną uwagę, ale gryzę się w język.

- Naprawdę o mnie roz­ma­wiali?

- Tak. Ale to nic wiel­kiego. Serio.

Mil­czę, więc podej­muje:

- Nikt z tego nie robi afery. Ktoś wspo­mniał o tobie i ktoś inny zapy­tał, czy cho­dzi o tego chło­paka, który poca­ło­wał Burke'a Takiego a Takiego na impre­zie bożo­na­ro­dze­nio­wej. Potem wszy­scy się zaśmiali, ale to wszystko.

- Gor­skiego. Ma na nazwi­sko Gor­ski. Na pewno nie mówili nic wię­cej?

- Któ­ryś mógł cię nazwać queer - dodaje Ran­kin. - Ale nic poza tym.

Nie prze­szka­dza mi, że dla mię­śniaka z dru­żyny fut­bo­lo­wej jestem queer. W sumie to dobrze, że wszystko wyszło na jaw i że nie mówią o mnie gor­szych rze­czy. Zawsze coś.

A potem przy­po­mi­nam sobie, że powi­nie­nem spraw­dzić, co u Allie i Burke'a. Wysta­wiam głowę. Kory­tarz jest pusty.

- Poszli sobie.

- To dobrze. Może popra­cu­jemy razem nad tym zada­niem z angiel­skiego?

- Czy ja wiem? To może jutro wie­czo­rem? U mnie?

Ran­kin potwier­dza ruchem głowy.

- W porządku. Muszę dostać dobrą ocenę, a nie rozu­miem połowy tego, co napi­sano w tej książce.

- Więc ją czy­ta­łeś?

- Nie jestem kom­plet­nym idiotą. Potra­fię czy­tać.

- Nie to chcia­łem...

- Wła­śnie to - prze­rywa mi. - Wszy­scy mie­li­ście mnie za głupka. W tam­tym miej­scu. Myślisz, że nie zauwa­ży­łem?

Chciał­bym zaprze­czyć, ale uznaję, że to nie ma sensu. Naprawdę mie­li­śmy go za tępaka.

- Prze­pra­szam.

Ran­kin wzru­sza ramio­nami.

- W porządku. Też nie myśla­łem o was naj­le­piej. Czyli jutro. Przyjdę. Podasz mi adres?

Mówię, gdzie miesz­kam, i Ran­kin odcho­dzi, zosta­wia­jąc mnie pogrą­żo­nego w roz­my­śla­niach. Nie jestem pewien, jak to wszystko rozu­mieć. Dowie­dzia­łem się, że ludzie o mnie gadają, ale naj­wy­raź­niej nie jest tak źle. Okrop­nie się jed­nak czuję z tym, że Ran­kin domy­ślał się, za kogo go mamy. No i pozo­staje ta sytu­acja z Allie i Bur­kiem, któ­rej wciąż nie ogar­niam.

Na szczę­ście roz­lega się dzwo­nek i to jest koniec lek­cji. Otwie­rają się drzwi i ludzie wyle­wają się na kory­tarz. Wku­rzy­łem sio­strę, oznaj­mia­jąc rodzi­com, że chcę znów jeź­dzić szkol­nym auto­bu­sem, do któ­rego teraz wsia­dam. Nie widzę Allie, więc zakła­dam, że poje­chała do domu samo­cho­dem Burke'a, co ozna­cza, że się pogo­dzili. Poja­wia się nato­miast Amanda, pod­cho­dzi i zaj­muje miej­sce obok mnie.

- Jak twój dzień? - pytam.

- Głupi. A twój?

- Dziwny.

- To dobrze czy źle?

- Dosta­łem rolę w musi­calu.

- Czyli dobrze.

- Nie jestem pewien.

- No to tylko dziw­nie. Ale gra­tu­luję. A ja dosta­łam dzie­więć­dzie­siąt osiem punk­tów z testu o ame­ry­kań­skich pre­zy­den­tach. Pomy­li­łam Fran­klina Pierce'a i Jamesa Polka i pew­nie nie dostanę się do wybra­nego col­lege'u. Mama i tata będą bar­dzo roz­cza­ro­wani.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

- Szczę­śli­wych walen­ty­nek - mówi bab­cia, obej­mu­jąc mnie tak mocno, że pra­wie nie mogę oddy­chać. - Tak się cie­szę, że żyjesz.

- Beverly! - krzy­czy mama. Robi sobie her­batę, z wście­kło­ścią zanu­rza­jąc i wycią­ga­jąc torebkę z fili­żanki. Kręci przy tym głową.

- No co? - zape­rza się bab­cia. - Nie będziemy o tym roz­ma­wiać? Czy­ta­łam, że osiem­dzie­siąt pięć pro­cent przy­pad­ków raka ma przy­czynę w nie­roz­ma­wia­niu na różne tematy.

- Wymy­śli­łaś to - stwier­dza mama.

- Może tylko osiem­dzie­siąt pro­cent - ustę­puje bab­cia i mruga do mnie. Sięga do papie­ro­wej torby z logo Naro­do­wego Radia Publicz­nego i coś z niej wyj­muje. Wrę­cza mi kwa­dra­tową bla­szaną puszkę z wize­run­kiem roze­śmia­nego Świę­tego Miko­łaja. - Pro­szę. Zro­bi­łam je dla cie­bie.

Uchy­lam wieczko. W puszce są lukro­wane cia­steczka w kształ­cie serca, ale nie różowe ani czer­wone. Są w tęczowe paski.

- Sły­sza­łam, że jesteś gejem - mówi bab­cia. - Gra­tu­la­cje.

- Beverly - znów napo­mina ją mama, choć łagod­niej­szym tonem.

Bab­cia od dawna gra jej na ner­wach - czę­sto celowo - tym, co mama nazywa "obu­rza­ją­cym zacho­wa­niem". Widzę, jak bar­dzo jest teraz zre­zy­gno­wana.

Biorę cia­steczko i odgry­zam kęs.

- Dzięki - mówię do babci. - Pysz­no­ści.

- To rum - pod­po­wiada. - Daje kopa.

Do kuchni wcho­dzą tata i Amanda.

- Eryku - mówi mama. - Zabierz stąd swoją matkę.

- Już pró­bo­wa­łem - broni się tata. - Ale ona zawsze jakoś się wśliź­nie z powro­tem.

Bab­cia obej­muje Amandę, a potem cmoka tatę w poli­czek.

- Wku­rzyła się z powodu cia­ste­czek - szep­cze, ale na tyle gło­śno, by mama usły­szała.

Tata zerka na tęczowe serca.

- Co z nimi nie tak?

- Nie mam poję­cia - kwi­tuje bab­cia, a Amanda bie­rze sobie jedno.

Mama wydaje z sie­bie krótki jęk.

- Są z alko­ho­lem!

- Już wypa­ro­wał - baga­te­li­zuje bab­cia, a Amanda gry­zie ciastko.

- Prze­pyszne! - stwier­dza Amanda, ale mama marsz­czy brwi.

Wszy­scy przy­wy­kli­śmy do tych poty­czek słow­nych mię­dzy bab­cią i mamą. W grun­cie rze­czy nas bawią, bo ni­gdy nie prze­ra­dzają się w praw­dziwe kłót­nie. Myślę, że mama też by za nimi tęsk­niła, choć ni­gdy się do tego nie przy­zna, bo dają jej pre­tekst do iry­ta­cji, a ta nadaje jej życiu sens.

- Nie­ła­two było nanieść pro­ste paski - infor­muje bab­cia, a potem się śmieje. - Może powin­nam powie­dzieć, że nie­ła­two było osią­gnąć gejow­ski efekt.

Pod­cho­dzi do mnie i znów mnie przy­tula.

- Jesteś jed­nym z dwojga moich ulu­bio­nych wnu­cząt - szep­cze mi do ucha.

- Masz tylko dwoje - przy­po­mi­nam.

Kiedy wypusz­cza mnie z objęć, wydaje mi się, że ma łzy w oczach. Ogar­nia mnie smu­tek, bo przy­po­mina mi, że to, co zro­bi­łem, przy­spo­rzyło wiele bólu i zmar­twie­nia innym ludziom. Chcę ją prze­pro­sić, ale bab­cia szybko odwraca się i zaczyna roz­ma­wiać z rodzi­cami.

Biorę kolejne cia­steczko i pochła­niam je, myśląc, jakie to wszystko jest dziwne. Led­wie parę godzin temu wysze­dłem z oddziału psy­chia­trycz­nego, na któ­rym spę­dzi­łem czter­dzie­ści pięć dni po pró­bie samo­bój­czej. Pod­czas pobytu w szpi­talu ujaw­ni­łem się jako gej, upra­wia­łem po raz pierw­szy w życiu seks, a przy­ja­ciółka z tera­pii zmarła z powodu celo­wego przedaw­ko­wa­nia.

Mam wra­że­nie, jakby to wszystko wyda­rzyło się milion lat temu. A kiedy myślę o tym, co dopro­wa­dziło mnie do nie­uda­nej (na szczę­ście) próby samo­bój­czej, wydaje mi się, że cho­dzi o inną osobę. Ale prze­cież cho­dzi o mnie. Tyle że pod wie­loma wzglę­dami nie jestem tym samym czło­wie­kiem, któ­rym byłem czter­dzie­ści pięć dni temu. Wysze­dłem ze szpi­tala i zasta­na­wiam się, jak przed­sta­wić wszyst­kim tego nowego sie­bie.

- Chodź. - Sio­stra chwyta mnie za rękę. - Idziemy na górę.

Zosta­wiamy rodzi­ców oraz bab­cię i wcho­dzimy po scho­dach do mojego pokoju. Od razu wbi­jam wzrok w nową wykła­dzinę. Rodzice poło­żyli ją po tym, gdy zerwali starą, zapla­mioną krwią. Odma­lo­wali też ściany. Pew­nie pomy­śleli, że zmiany pomogą mi zapo­mnieć o tym, co tu się wyda­rzyło.

Amanda siada na pod­ło­dze dokład­nie w tym miej­scu, gdzie leża­łem, gdy mnie zna­leźli. Zauważa, że na nią patrzę.

- Zacho­wa­łam frag­ment - mówi.

- Frag­ment czego? - pytam.

- Wykła­dziny - odpo­wiada. - Kiedy ją pocięli, żeby wyrzu­cić. Chcesz zoba­czyć?

Waham się przez chwilę. Potem kiwam głową.

Amanda wstaje i idzie kory­ta­rzem do swo­jego pokoju. Kiedy wraca, trzyma w ręku poszar­pany kawa­łek wykła­dziny. Jest dłu­go­ści dzie­się­ciu, może dwu­na­stu cen­ty­me­trów. Jasno­błę­kitny splot pokry­wają ciemne plamy przy­po­mi­na­jące rdzę. Amanda podaje mi mate­riał.

- Nie wiem, po co go wzię­łam - mówi. - Po pro­stu.

Dziw­nie mi ze świa­do­mo­ścią, że plamy na wykła­dzi­nie to moja krew. Nie pamię­tam wiele z tego, co się wtedy stało. Czu­łem się zmę­czony i smutny, wszystko wyda­wało mi się bez­na­dziejne. Nie pamię­tam, jak pod­cią­łem sobie żyły, a potem zemdla­łem. Pamię­tam tylko, że obu­dzi­łem się w szpi­talu, nie wie­dząc, jak się tam zna­la­złem.

Nasz pies, Mum­ford, który wbiegł do pokoju i wsko­czył na łóżko, wysta­wia łeb i pró­buje pową­chać kawa­łek wykła­dziny, a potem pry­cha. Kręci głową, kła­dzie się i patrzy na mnie z nie­po­ko­jem, jakby się bał, że jeśli nie będzie mnie pil­no­wał, znów gdzieś zniknę. Czuję, że powi­nie­nem prze­pro­sić Mum­forda, tak jak przed chwilą mia­łem potrzebę prze­pro­sić bab­cię.

- Możesz go zatrzy­mać - mówi Amanda. - Jeśli chcesz.

Zaska­kuje mnie to, że chcę. Biorę kawa­łek wykła­dziny i wkła­dam go do szu­flady w biurku. A potem, z jakie­goś powodu, mar­twię się, co poczuje mama, gdy zaj­rzy do szu­flady pod moją nie­obec­ność, więc wyj­muję go i wkła­dam do kar­to­no­wego pudełka w sza­fie, w któ­rym prze­cho­wuję komiksy, Nigh­twing i Sand­mana.

Amanda widzi, co robię, ale to mnie nie mar­twi. Cho­ciaż ma tylko trzy­na­ście lat i jest moją młod­szą sio­strą, wiem, że jest po mojej stro­nie. Nie chcę przez to powie­dzieć, że w naszej rodzi­nie są jakieś strony. Nie­zu­peł­nie. Cza­sem po pro­stu mam wra­że­nie, że mama we wszyst­kim upa­truje pro­ble­mów. A fakt, że wypi­łem mnó­stwo whi­skey i się pocią­łem, zde­cy­do­wa­nie sta­no­wił pro­blem.

Nie wiem jesz­cze, czy jest nim także to, że jestem gejem. To zna­czy, czy jest to pro­blem dla mamy. Twier­dzi, że jej to nie prze­szka­dza, a w każ­dym razie tak mówiła pod­czas jed­nej z naszych wspól­nych sesji z Kacem - czyli dok­to­rem Kat­zru­pu­sem, moim szpi­tal­nym tera­peutą. Myślę, że tak jest naprawdę. Cza­sem jed­nak nie wia­domo, co ludzie w isto­cie czują, szcze­gól­nie kiedy sądzą, że ich szczera reak­cja by się nam nie podo­bała.

Sia­dam na łóżku i biorę jesz­cze jedno tęczowe serce z puszki, którą podaję Aman­dzie.

- Bab­cia pogra­tu­lo­wała mi bycia gejem.

- Super - odpo­wiada Amanda ze śmie­chem. - Pamię­tasz, wspo­mi­na­łam ci już, że moja kole­żanka Katrina z lek­cji tańca ma brata geja. Ma na imię Evan. Może mogli­by­ście się uma­wiać. Jeff i Evan. Nazy­wa­li­by­śmy was Jevan.

Teraz ja się śmieję.

- Dopiero wysze­dłem ze szpi­tala, a ty już chcesz mnie uma­wiać z bra­tem kole­żanki?

Amanda wzru­sza ramio­nami.

- Czemu nie? - pyta. - Chyba chciał­byś mieć chło­paka? A to ozna­cza uma­wia­nie się na randki.

Wydaje się tak pewna tego, co mówi, że mam ochotę się roze­śmiać. To wła­śnie kocham w mojej sio­strze; zawsze udaje jej się brzmieć prze­ko­nu­jąco, nawet kiedy nie ma poję­cia, o czym mówi.

- Sam nie wiem - odpo­wia­dam. - Może? Kie­dyś? Naj­pierw muszę prze­my­śleć wiele rze­czy.

- Na przy­kład? - pyta Amanda.

Nie wiem, od czego zacząć.

- Na przy­kład, co powie­dzieć Allie.

Amanda jest zmie­szana.

- A co tu jest do powie­dze­nia?

Sio­stra nie zna całej histo­rii mojego wylą­do­wa­nia w szpi­talu. To zna­czy wie, co pró­bo­wa­łem zro­bić. Ale nie wie dla­czego. W każ­dym razie nie do końca. Myśli, że prze­ra­ziło mnie odkry­cie, że jestem gejem. I tak było... w pew­nym sen­sie. Bo bar­dziej niż to, że jestem gejem, prze­ra­ziło mnie, że zako­cha­łem się w chło­paku naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką jest Allie. A jej chło­pa­kiem - Burke.

No dobra, tro­chę kolo­ry­zuję. Tak naprawdę nie zako­cha­łem się w Burke'u. Zako­cha­łem się w wyobra­że­niu uczu­cia. To coś, co pomógł mi zro­zu­mieć Kac. Pra­gną­łem dla sie­bie tego, co łączyło Allie i Burke'a. Chcia­łem, by ktoś kochał mnie tak, jak oni się kochają. Tylko że wszystko mi się pomie­szało i uzna­łem, że pra­gnę Burke'a. Pew­nego wie­czoru przed Bożym Naro­dze­niem upi­łem się na impre­zie i poca­ło­wa­łem go. A on powie­dział o tym Allie.

- Och. - Amanda wzdy­cha, jakby sły­szała moje myśli. - Sądzisz, że się wku­rzy, bo jesteś gejem. Ale dla­czego mia­łaby się wku­rzyć? Prze­cież ni­gdy nie była twoją dziew­czyną.

I znów zabrzmiało to tak, jakby roz­wią­zała pro­blem. A ja nie chcę jej o wszyst­kim mówić. Nie teraz.

- To prawda - kwi­tuję tylko. - Chyba wyol­brzy­miam pro­blem. I tro­chę się boję powrotu do szkoły.

O ile się orien­tuję, nikt nie zna przy­czyny mojej nie­obec­no­ści. Nawet Allie. Amanda mówi, że wszy­scy plot­kują i snują roz­ma­ite teo­rie, ale nikt nie wie, że pró­bo­wa­łem się zabić, a ona nikomu nie powie­działa. To kolejna wielka zaleta Amandy: potrafi docho­wać tajem­nicy, kiedy trzeba.

- Nie uda ci się tego ukryć - mówi Amanda.

- Czego ukryć? - pytam. I nagle uświa­da­miam sobie, że patrzy na bli­zny na moich nad­garst­kach. Nie zda­wa­łem sobie sprawy, że bez­wied­nie roz­cie­ram je pal­cami.

- To zna­czy musiał­byś już zawsze nosić dłu­gie rękawy - pod­suwa Amanda. - Albo opa­ski na nad­garstki, kiedy będzie za gorąco. Może zapo­cząt­ku­jesz nową modę.

- Modę dla czub­ków - pró­buję obró­cić to w żart. - Na pewno wszy­scy osza­leją. Może zostanę influ­en­ce­rem.

Oboje się z tego śmie­jemy. Tę cechę mamy wspólną, czarny humor. Potra­fimy żar­to­wać pra­wie z wszyst­kiego, nawet naprawdę poważ­nych spraw. Zda­niem dok­tora Kat­zru­pusa takie podej­ście bywa zdrowe, choć nie zawsze NAJ­LEP­SZE, zwłasz­cza kiedy żar­tuję, żeby unik­nąć mówie­nia o trud­niej­szych uczu­ciach.

W tej chwili tak wła­śnie jest. Tak naprawdę nie mam poję­cia, jak pora­dzić sobie z powro­tem. Wszy­scy wie­dzą tylko, że byłem w szpi­talu. Jakaś część mnie chcia­łaby skła­mać i powie­dzieć, że mia­łem ope­ra­cję wyrostka robacz­ko­wego. Ale nie­mó­wie­nie prawdy ni­gdy nie jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Wpę­dziło mnie w kło­poty. Nawet jeśli na początku masz dobre inten­cje, osta­tecz­nie jesteś zmu­szony coraz czę­ściej kła­mać, żeby ukryć powsta­jące pęk­nię­cia. I bar­dzo szybko zapo­mi­nasz, jaka jest prawda.

Roz­my­ślam o tym wszyst­kim, gdy w drzwiach staje tata.

- Obiad gotowy - mówi.

Amanda, Mum­ford i ja wsta­jemy i idziemy za nim na dół do kuchni, gdzie mama usta­wiła już zde­cy­do­wa­nie za dużo kar­to­ni­ków z jedze­niem z Dra­gon-Dra­gon, mojej ulu­bio­nej chiń­skiej restau­ra­cji. Przez ostat­nich czter­dzie­ści pięć dni jadłem tylko posiłki szpi­talne i nagle chciał­bym połknąć to wszystko od razu.

- Wiem, że powin­nam była coś ugo­to­wać - tłu­ma­czy się mama. - Ale zabra­kło mi czasu.

Widzę, że bab­cia chcia­łaby to sko­men­to­wać. Patrzę na nią i kręcę głową. Marsz­czy się lekko, a potem śmieje się do wła­snych myśli, co wzbu­dza podejrz­li­wość mamy.

- Jest super - zapew­niam mamę, nabie­ra­jąc łyżką na talerz poma­rań­czo­wego kur­czaka i sma­żony ryż z kre­wet­kami. - Wła­śnie na to mia­łem ochotę.

Bab­cia, która stoi obok mnie, wska­zuje pudełko z maka­ro­nem.

- Zawsze to powta­rzam - szep­cze. - Jeśli nie potra­fisz przy­rzą­dzić przy­zwo­itego kur­czaka po chiń­sku z niczego, lepiej zamó­wić.

Sta­ram się nie roze­śmiać z tego okrop­nego żartu, bo to by ją tylko pod­ju­dziło.

- Nie potra­fisz się opa­no­wać, prawda? - mówię i idę z tale­rzem do stołu. Pozo­stali także sia­dają i przez jakiś czas sły­chać tylko odgłosy jedze­nia.

Dziwne, ale zasta­na­wiam się, co dziś podali na obiad w szpi­talu. O czym tam roz­ma­wiają. Sądzi­łem, że będę naj­szczę­śliw­szy, kiedy stam­tąd wyjdę. Teraz czuję, jakby część mnie - bar­dzo mała cząstka, ale zawsze - tęsk­niła za tym miej­scem.

Pała­szu­jąc sma­żony ryż, pró­buję zgłę­bić to uczu­cie. Nie, wcale nie chciał­bym wró­cić do szpi­tala. Muszę jed­nak przy­znać, że było coś koją­cego w tam­tej­szej ruty­nie, w świa­do­mo­ści, że znaj­duję się pod opieką. I nie tylko to, bo wspa­niale było też prze­by­wać wśród ludzi, któ­rzy się mnie nie boją, szcze­gól­nie że sam się sie­bie bałem. Bałem się wła­snych myśli, tego, kim jestem i jakie mroczne obrazy mogą poja­wić się w mojej gło­wie. Prze­by­wa­nie wśród ludzi, któ­rzy to rozu­mieją, bo sami to prze­żyli, i dla­tego mnie nie oce­niają, było naj­lep­szym, co mogło mi się przy­da­rzyć. Nie czu­łem się tak bar­dzo samotny. Czu­łem się bez­piecz­nie.

Bar­dzo się cie­szę, że jestem w domu. Wiem, że rodzina mnie kocha i chcia­łaby zro­bić wszystko, żeby mi pomóc. Ale to nie to samo co moż­li­wość poroz­ma­wia­nia z tera­peutą, kiedy tego potrze­bu­jesz. Nie to samo co prze­by­wa­nie wśród ludzi, któ­rzy rozu­mieją, przez co prze­sze­dłeś. I przez co wciąż prze­cho­dzisz. Może to dziw­nie zabrzmi, ale ta banda pokrę­co­nych dzie­cia­ków ze szpi­tala stała się dla mnie drugą inną rodziną. A teraz ich tu nie ma.

Czuję, że zaczy­nam pani­ko­wać. Tata coś mówi, ale sły­szę tylko jakiś szum w uszach. Mam w ustach jedze­nie, któ­rego nie mogę prze­łknąć. Pocą mi się ręce. A potem zaczy­nają się poja­wiać pyta­nia.

Co sobie wszy­scy pomy­ślą, kiedy zoba­czą twoje bli­zny?

Co powiesz Allie?

Jakim cudem myśla­łeś, że wszystko będzie nor­mal­nie?

Sły­szę te słowa w gło­wie. Wypo­wiada je mój głos. Pró­buję sie­bie prze­krzy­czeć, zada­jąc nowe pyta­nia, zanim jesz­cze zna­la­złem odpo­wiedź na ostat­nie.

Co ci każe przy­pusz­czać, że wró­ci­łeś do normy?

Skąd wiesz, że znów nie spró­bu­jesz?

Jaką masz pew­ność, że nie wylą­du­jesz w szpi­talu?

- Jeff?

Sły­szę, że ktoś mówi do mnie po imie­niu i głosy roz­brzmie­wa­jące w mojej gło­wie cichną.

- Co?

Wszy­scy patrzą na mnie. Tata pod­suwa mi talerz, na któ­rym leży pięć cia­ste­czek z wróżbą.

- Pyta­łem, czy chcesz sobie powró­żyć - mówi.

- Och. Pew­nie.

Biorę pierw­sze cia­steczko z brzegu i roz­łu­puję je, pod­czas gdy tata pod­suwa talerz pozo­sta­łym. Wyj­muję pasek papieru, na któ­rym wydru­ko­wano: CZA­SEM TRZEBA SIĘ COF­NĄĆ, ŻEBY PÓJŚĆ DO PRZODU.

Nie mam poję­cia, co to zna­czy. Wyobra­żam sobie pra­cow­nika w fabryce cia­ste­czek z wróż­bami, sie­dzą­cego za biur­kiem i wymy­śla­ją­cego tysiące zdań, które można zapi­sać na skraw­kach papieru. Nie potra­fię oce­nić, czy to dobra, czy kiep­ska praca. Zasta­na­wiam się, czy ludzie cza­sem dzwo­nią do niego poskar­żyć się na wylo­so­wane wróżby. Czy ist­nieje coś takiego jak Gorąca Linia Skarg na Cia­steczka z Wróżbą? Powinna ist­nieć. Chciał­bym ją obsłu­gi­wać. "Przy­kro mi, że nie jesteś zado­wo­lona z wróżby, iż nie spo­tkasz szybko miło­ści swo­jego życia, Becky. Czy roz­wa­ża­łaś poświę­ce­nie nieco czasu na pracę nad sobą?".

Zasta­na­wiam się, jakie powi­nie­nem wybrać zaję­cia w szkole, żeby zre­ali­zo­wać to marze­nie, kiedy zdaję sobie sprawę, że ktoś znów coś do mnie powie­dział. Tym razem to bab­cia oznaj­mia, że wycho­dzi.

- Rano mam zaję­cia z cera­miki - mówi, kiedy wstaję, żeby się z nią poże­gnać. - Nie wiem, co będziemy robić, ale jedno z was zapewne dosta­nie to ode mnie w pre­zen­cie, więc mam nadzieję, że to będzie goły kra­snal ogro­dowy.

Ści­ska wszyst­kich po kolei, nawet mamę. To jej spo­sób prze­pra­sza­nia za to, że być może ją zde­ner­wo­wała. Wiemy, że zrobi to znowu, ale mię­dzy innymi to czyni nas rodziną. Kiedy wycho­dzi, poma­gam sprząt­nąć ze stołu. Zamie­rzam pójść do sie­bie, gdy mama mówi:

- Zacze­kaj, Jeff. Tata i ja chcie­li­by­śmy ci o czymś powie­dzieć.

Wiem z doświad­cze­nia, że taka zapo­wiedź ozna­cza zwy­kle, że będzie bolało. Ten dzień był naprawdę udany, zasta­na­wiam się więc, czy coś go teraz zepsuje. Zer­kam na tatę, który mówi:

- Usiądź.

Dener­wuję się coraz bar­dziej. Docho­dzę jed­nak do wnio­sku, że dam radę, więc odsu­wam swoje krze­sło i sia­dam. Rodzice zaj­mują miej­sca naprze­ciwko mnie i nagle czuję, jak­bym grał w serialu kry­mi­nal­nym i zaraz będę prze­słu­chi­wany przez poli­cję.

- Będę potrze­bo­wał adwo­kata? - pytam.

Tata się śmieje, ale mama jest poważna.

No dobra, myślę, cze­ka­jąc, aż coś powie. Miejmy to już za sobą.

Rozdział 2

- Chcemy z tobą poroz­ma­wiać o powro­cie do szkoły - mówi mama.

Moje obawy od razu przy­bie­rają na sile.

- Świet­nie - przy­ta­kuję. - Jestem gotowy wró­cić. Może jutro? Jest środa, zostają tylko trzy dni do końca tygo­dnia. Powi­nie­nem dać radę. - Chwila paniki minęła i myślę, że tak pew­nie będzie.

Mama zerka na tatę, który na mnie nie patrzy i nagle znów ogar­nia mnie lęk.

- O co cho­dzi? - pytam ostroż­nie.

Mama posyła mi nie­szczery uśmiech, taki jaki przy­wo­łu­jesz na twarz, kiedy masz zamiar powie­dzieć coś, czego ta druga osoba nie chce usły­szeć.

- Sądzimy, że może lepiej byłoby zmie­nić pla­cówkę - mówi.

- Zmie­nić pla­cówkę? - powta­rzam. - Macie na myśli nową szkołę?

Mama kiwa głową.

- Tak - rzuca wesoło, jak pta­szek z kre­skówki przy­no­szący wspa­niałą wia­do­mość. - Nowa szkoła. Nowy start. Czy to nie byłoby wspa­niałe?

Nie odpo­wia­dam na to pyta­nie, bo nasuwa mi się inne.

- Niby do jakiej szkoły miał­bym pójść?

Mama znów zerka na tatę.

- Na przy­kład do Świę­tego Bazy­lego - pod­suwa, jakby to była jedna z wielu opcji, które wła­śnie przy­cho­dzą jej do głowy. Ale ja wiem, że w naszej oko­licy jest to naprawdę JEDYNA opcja. Poza tym mama powie­działa to tak, jakby recy­to­wała dobrze wyuczoną kwe­stię ze sce­na­riu­sza, na pewno więc już to prze­dys­ku­to­wali.

- Nie jeste­śmy kato­li­kami - opo­nuję.

- Nie przyj­mują wyłącz­nie kato­li­ków - wyja­śnia mama. - To bar­dzo dobra szkoła. Jej ukoń­cze­nie pomo­głoby ci się dostać do col­lege'u.

- Cho­dzę do bar­dzo dobrej szkoły - mówię z naci­skiem. - No może po pro­stu dobrej. Odpo­wied­niej. LUBIĘ tę szkołę. Dla­czego uwa­ża­cie, że nie powi­nie­nem do niej wró­cić?

- Nie tylko my tak myślimy - mówi mama już nie tak weso­łym tonem, prze­cho­dząc do ofen­sywy. Naj­wy­raź­niej mia­łem się zgo­dzić na zmianę szkoły, żeby jej to uła­twić. - Roz­ma­wia­li­śmy z dyrek­tor Mat­thews i...

- Roz­ma­wia­li­ście o mnie z dyrek­torką? - prze­ry­wam jej.

Mama gło­śno wzdy­cha.

- Musie­li­śmy KOMUŚ wyja­śnić powód two­jej czter­dzie­sto­pię­cio­dnio­wej nie­obec­no­ści, Jeff. Nie mogli­śmy wciąż tylko powta­rzać, że jesteś chory.

Ma rację, ale nie zamie­rzam jej tak łatwo odpu­ścić.

- I ona sądzi, że nie powi­nie­nem wra­cać?

- Nie cho­dzi o to, że nie chce, byś wró­cił - tłu­ma­czy mama. - Ona... my... uwa­żamy, że powrót do miej­sca, w któ­rym zaczęły się twoje pro­blemy, nie pomoże ci odzy­skać rów­no­wagi.

- A co o tym sądzi dok­tor Kat­zru­pus?

Mama lekko sztyw­nieje, jakby zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią. Albo się spina. Jak ktoś, kto nie chce cze­goś powie­dzieć.

- Sądzi, że ty sam powi­nie­neś o tym zde­cy­do­wać - wtrąca tata, kiedy mama mil­czy.

- Eryku - mama jest wyraź­nie spięta. - Roz­ma­wia­li­śmy już o tym.

- Cóż, tak wła­śnie powie­dział - powta­rza tata. Patrzy na mnie. - Jeff, oboje z mamą chcemy zadbać o twoje bez­pie­czeń­stwo. Uzna­li­śmy, że nowa szkoła może nam w tym pomóc. Ale chcemy też, żebyś czuł się szczę­śliwy, a nie wydaje się, żeby nasz pomysł przy­padł ci do gustu. Czego więc ty chcesz?

- Chcę wró­cić - oznaj­miam bez namy­słu. - Do szkoły - dodaję na wypa­dek, gdyby pomy­śleli, że cho­dzi mi o szpi­tal.

Mama ma taką minę, jak­bym oświad­czył, że pla­nuję zało­że­nie kapeli black­me­ta­lo­wej, któ­rej próby będą odby­wać się w naszej piw­nicy. Otwiera usta, żeby coś powie­dzieć, ale jej to unie­moż­li­wiam.

- Tata przed chwilą przy­znał, że zda­niem mojego LEKA­RZA sam powi­nie­nem o tym zde­cy­do­wać.

- Cóż, twój lekarz nie musi żyć w tym sąsiedz­twie - rzuca mama.

Teraz rozu­miem.

Taka jest wła­śnie mama - potrafi uda­wać, że wszystko gra, ale tylko do pew­nego momentu. Kiedy prze­kra­czasz tę gra­nicę, cała prawda wycho­dzi na jaw. Tym razem prawda jest taka, że mama wsty­dzi się mnie i tego, co zro­bi­łem.

Od razu orien­tuje się, że się zdra­dziła.

- Nie chcia­łam, żeby to tak zabrzmiało - mówi.

- Może nie chcia­łaś, ale taka jest prawda. Tak myślisz. Po pro­stu powie­dzia­łaś to gło­śno.

Przez dłuż­szy czas nikt nic nie mówi. A potem odzywa się tata.

- Kochamy cię, Jeff.

Przy­ta­kuję ruchem głowy. Wiem, że to prawda.

- Mimo to się wsty­dzi­cie - mówię. - Boicie się, że ludzie będą gadali o waszym pokrę­co­nym synu, który pró­bo­wał się zabić. Pro­blem w tym, że ludzie i tak będą gadali. Dzie­ciaki w szkole na pewno naga­dają coś Aman­dzie, bo ona tam zosta­nie. A może i ją chce­cie prze­nieść? Może w ogóle się prze­pro­wa­dzimy? Sły­sza­łem, że na Ala­sce jest ład­nie. I skoro już o tym mowa, zmieńmy nazwi­sko. Możemy zacząć wszystko od nowa jako rodzina dosko­nała. Na przy­kład Smi­th­so­no­wie. Albo Jaku­bow­sky. Nie będzie­cie się musieli mar­twić, co ludzie pomy­ślą. Oczy­wi­ście do czasu, gdy jedno z nas znowu coś spie­przy.

- Nie prze­kli­naj - pro­te­stuje mama.

Śmieję się, bo sytu­acja jest absur­dalna. Mama nie chce, żebym prze­kli­nał. Nie wiem, czy powi­nie­nem teraz wyrzu­cić z sie­bie naj­dłuż­szą lita­nię prze­kleństw, jaką sły­szała, i przy­pra­wić ją o atak serca, czy wstać i pójść do sie­bie.

- Spró­bujmy wró­cić do punktu wyj­ścia - łago­dzi tata. - Jeff, mama i ja...

- Nie zapo­mi­naj o dyrek­tor Mat­thews - przy­po­mi­nam z sar­ka­zmem.

- Wszy­scy oba­wiamy się, że powrót do sta­rego śro­do­wi­ska może uru­cho­mić nie­przy­jemne sko­ja­rze­nia - koń­czy.

- To oczy­wi­ste. Ale wła­śnie z tym muszę sobie pora­dzić. Ludzie na pewno będą wyga­dy­wali bzdury. Takie są dzie­ciaki. Nie ucieknę przed tym, co się stało. Spę­dzi­łem czter­dzie­ści pięć dni w psy­chia­tryku, ucząc się NIE WSTY­DZIĆ tego, kim jestem i co zro­bi­łem. Zmiana szkoły świad­czy­łaby o tym, że mi się nie udało. Choć naj­wy­raź­niej to wy się wsty­dzi­cie.

Mama potrząsa głową.

- To do niczego nie pro­wa­dzi. Poza tym nie wsty­dzimy się cie­bie. Po pro­stu się mar­twimy.

- Chcesz powie­dzieć, że to nas nie dopro­wa­dzi tam, gdzie ty byś chciała - pro­stuję. - Bo już posta­no­wi­łaś, że nie powi­nie­nem wra­cać do szkoły, i ocze­ku­jesz, że się z tobą zgo­dzę. Ale ja mam inne zda­nie. Chcę tam wró­cić. Wiem, że cza­sem będzie ciężko. Może nawet czę­ściej niż cza­sem. Jed­nak tego wła­śnie chcę.

Mama ma taką minę, jakby zamie­rzała pro­te­sto­wać, więc dodaję:

- Może powin­ni­śmy to prze­dys­ku­to­wać z dok­to­rem Kat­zru­pu­sem.

To zamyka jej usta. Tata już powie­dział, że zda­niem dok­tora sam powi­nie­nem decy­do­wać, więc wie, że Kac sta­nie po mojej stro­nie.

- Cóż, musisz poin­for­mo­wać dyrek­torkę, że chcesz wró­cić - mówi szorstko. - Osta­teczna decy­zja należy do niej. To jej szkoła.

- I moje życie - kwi­tuję. - Chodźmy tam jutro i poga­dajmy z nią.

- Zadzwo­nimy rano do sekre­ta­riatu i umó­wimy się na spo­tka­nie.

Tata przy­biera ton arbi­tra. Zawsze tak robi, kiedy musi sta­nąć pomię­dzy mamą a mną. Nie cier­pię tej myśli, ale cza­sem zacho­wuję się tak samo jak ona. Pew­nie dla­tego tak czę­sto się ście­ramy, bo żadne z nas nie chce iść na kom­pro­mis. Zwy­kle doce­niam inter­wen­cje taty, bo uspo­kaja nas oboje. Ale dziś z jakie­goś powodu mnie to iry­tuje. Chciał­bym, żeby sta­nął po mojej stro­nie, lecz on tego nie robi.

- Super - mówię, choć wcale tak nie myślę.

Znam dyrek­tor Mat­thews. Bar­dzo przy­po­mina mamę. Obie są twar­dziel­kami nie­po­zwa­la­ją­cymi sobie na wąt­pli­wo­ści. Różni je to, że mama mnie kocha, a dyrek­torka nie chce mieć kło­po­tów w szkole. Jeśli zgo­dzi się z rodzi­cami, że mój powrót będzie pro­ble­mem, moja sytu­acja nie wygląda dobrze.

Zapo­wiada się walka Godzilli. Dwóch Godzilli. A może to ja jestem Godzillą, a oni Kró­lem Ghi­do­ra­hem, potwo­rem o trzech gło­wach. Tata byłby tą trze­cią głową, choć chyba jestem wobec niego tro­chę nie­spra­wie­dliwy, bo myślę, że się ze mną zga­dza. Prze­ko­nam się, jak się zachowa na spo­tka­niu z dyrek­torką.

- Świet­nie - mówi mama. Patrzy na mnie. - Nie pró­buję cię uka­rać, wiesz o tym. Chcę tego, co dla cie­bie naj­lep­sze.

- Chcesz tego, co jest dla mnie naj­lep­sze twoim zda­niem - pro­stuję. - A to wielka róż­nica.

Wstaję, zanim zapro­te­stuje, i idę na górę. Tak jak podej­rze­wa­łem, Amanda sie­dzi na scho­dach, cze­ka­jąc na mnie. Obok niej sie­dzi Mum­ford z nasta­wio­nymi uszami.

- Co się stało? - pyta szep­tem moja sio­stra.

Poka­zuję jej gestem, żeby poszła ze mną do pokoju. Zamyka za sobą drzwi, a potem siada na brzegu łóżka.

- Chcą mnie wysłać do innej szkoły.

Amanda roz­dzia­wia buzię.

- Co? Dla­czego?

- Uwa­żają, że powrót będzie dla mnie trau­ma­tyczny. Zasła­niają się moim dobrem, ale naprawdę cho­dzi o nich. Głów­nie o mamę. Boi się tego, co ludzie pomy­ślą.

Moja sio­stra zamyka usta.

- Tak, to do niej podobne - przy­znaje. - Zawsze się tego oba­wia.

Patrzę na nią i też przy­sia­dam na łóżku.

- A ty? - pytam. - Też się boisz, co sobie inni pomy­ślą? Albo powie­dzą?

Mil­czy przez chwilę.

- Cza­sami - przy­znaje.

- Przy­kro mi - mówię. - Zdaje się, że namie­sza­łem też w twoim życiu. I w dodatku zosta­łaś z tym sama. To nie było w porządku.

- Och - dziwi się, jakby dopiero teraz do niej dotarło, co powie­dzia­łem. - Cho­dzi o to, co myślą O TOBIE? Sądzi­łam, że pytasz o mnie, czy przej­muję się, co mówią o mojej fry­zu­rze, ubra­niach i tak dalej. Nie, nie boję się two­jego powrotu, jeśli o to cho­dzi.

No tak. Amanda zacho­wała się wspa­niale, ale mar­twię się, czy ta sytu­acja nie jest dla niej trud­niej­sza, niż przy­znaje. Za nic nie chciał­bym jej przy­spa­rzać wię­cej pro­ble­mów.

- Ludzie dowie­dzą się, co się stało - przy­po­mi­nam. - Nie­któ­rzy zaczną gadać. Wiesz o tym, prawda?

Amanda pota­kuje ruchem głowy.

- Jasne - mru­czy. - Ludzie bez prze­rwy wyga­dują głu­poty. Dla­czego tym razem mia­łoby być ina­czej?

Jed­nak jest ina­czej. Nie skom­pro­mi­to­wa­łem się na impre­zie, rzy­ga­jąc na czyjś dywan, nie zało­ży­łem nie­mod­nych dżin­sów ani nie zła­ma­łem innej normy obo­wią­zu­ją­cej w szkole śred­niej. Pró­bo­wa­łem ode­brać sobie życie i wylą­do­wa­łem w psy­chia­tryku. Ludzie na pewno będą o tym gadać.

Nagle wró­ciły wszyst­kie lęki, które poja­wiły się przy obie­dzie. Znów sły­szę w gło­wie te prze­krzy­ku­jące się głosy. Muszę mieć dziwną minę, bo Amanda przy­gląda mi się z uwagą.

- Co jest? - pyta.

- Nic - pró­buję ją zbyć, a potem wzdy­cham, bo patrzy na mnie w TEN SPO­SÓB. - Wszystko. Sam nie wiem. Myśla­łem, że jestem na to gotowy. To zna­czy na powrót.

- A teraz już tak nie myślisz?

- Na­dal myślę, że jestem gotowy. Tylko że to chyba nie będzie takie łatwe. - Szu­kam słów naj­le­piej odda­ją­cych to, co czuję. - Pamię­tasz, jak Hardy Devlin odszedł z Unna­tu­ral, bo chciał wię­cej kasy? - pytam.

- Pew­nie - potwier­dza Amanda. - Nasz ulu­biony serial. Wil­ko­łaki rzą­dzą. Auuuuu. A Aiden Howl był naj­lep­szy.

- Fakt - przy­znaję. - I zamiast stwo­rzyć nową postać, zastą­pili Hardy'ego Ros­sem Fin­ne­ga­nem.

- Bez­na­dzieja! - pry­cha Amanda. - Ross Fin­ne­gan był do kitu. On i te jego idio­tyczne brwi.

- Kom­plet­nie do kitu - zga­dzam się. - Prze­sta­łem lubić ten serial, bo za każ­dym razem, kiedy na ekra­nie poja­wiał się Aiden Howl, myśla­łem tylko o tym, że Hardy Devlin zagrałby to dużo lepiej, i zasta­na­wia­łem się, dla­czego inne posta­cie nie pytają go, co mu się stało z brwiami.

- Chyba wiem, co masz na myśli. Ale tak dla pew­no­ści, jesteś Har­dym Devli­nem czy Ros­sem Fin­ne­ga­nem?

- Oby­dwoma - wyja­śniam. - Chciał­bym, żeby NOWY JEFF podo­bał się ludziom bar­dziej niż stary. Ale co, jeśli tak nie będzie? Jeśli nie spodo­bam się, jak nam nie spodo­bał się Ross Fin­ne­gan? Co, jeśli na mój widok będą myśleć, że mam idio­tyczne brwi?

Moja sio­stra kiwa głową.

- Wiem. Boisz się, że nie polu­bią nowego cie­bie.

- Nie dzi­wił­bym się im - przy­znaję. - Bo ten dawny ja był naprawdę super.

Amanda się nie śmieje. Wstaje i pod­cho­dzi do mnie, a potem nie­ocze­ki­wa­nie mnie obej­muje.

- Był - mówi. - Ale nowy ty jesteś lep­szy. Widzę to. A twoje brwi wcale nie są idio­tyczne. - Wypusz­cza mnie z objęć i idzie do drzwi, ale jesz­cze się odwraca. - Wil­ko­łaki rzą­dzą.

- Auuuu - wyjemy razem.

Leżący na łóżku Mum­ford pod­nosi się i patrzy na Amandę, jakby roz­wa­żał jakąś decy­zję.

Amanda zerka na mnie.

- Kiedy cię nie było, spał w moim łóżku. Ale już wró­ci­łeś. - Patrzy na Mum­forda. - W porządku - uspo­kaja go. - Powi­nie­neś się o niego zatrosz­czyć.

Wycho­dzi, a ja po raz pierw­szy od Incy­dentu zostaję sam w swoim pokoju. Dziw­nie się czuję. Pod­cho­dzę do drzwi i je zamy­kam. Potem znów otwie­ram. Zamknię­cie spra­wiło, że poczu­łem się zatrza­śnięty od zewnątrz. Niby wiem, że wystar­czy naci­snąć klamkę, ale coś we mnie boi się, że kiedy spró­buję, okaże się, że ktoś mnie tu zamknął.

Otwar­cie drzwi jed­nak nie pomaga. Przy­po­mina mi to pobyt w szpi­talu, gdzie zupeł­nie nie mia­łem pry­wat­no­ści, bo bez prze­rwy upew­niali się, czy nie chcę znów zro­bić sobie krzywdy.

Osta­tecz­nie tylko uchy­lam drzwi, by nie czuć się uwię­zio­nym ani wysta­wio­nym na widok jed­no­cze­śnie. Potem sia­dam z powro­tem na łóżku. Mum­ford zwija się w kłę­bek przy poduszce, kładę na nim rękę.

Dziw­nie się tu czuję, jak­bym kogoś odwie­dzał w jego domu. Cze­kam na wej­ście pie­lę­gniarki albo któ­re­goś z pacjen­tów pyta­ją­cych, czy chcę obej­rzeć coś w sali tele­wi­zyj­nej.

To mi nasuwa myśl o Sadie, mojej przy­ja­ciółce ze szpi­tala, która przedaw­ko­wała. Kiedy nie mogli­śmy zasnąć, oglą­da­li­śmy razem tele­wi­zję. Naj­czę­ściej stare filmy. Cza­sem wyłą­cza­li­śmy dźwięk i pod­kła­da­li­śmy do nich wła­sne dia­logi.

Myśl o Sadie spro­wa­dza mnie na drogę, którą nie chcę iść. Wstaję więc i pod­cho­dzę do biurka. Otwie­ram lap­topa i zaczy­nam pisać nową wia­do­mość.

Do: drkatz@****hospi­tal.org

Od: j*****[email protected]

Temat: ZNOWU JA

Dok­to­rze!

Pro­sił Pan, żebym dał znać, jak mi jest w domu. Nie jest fan­ta­stycz­nie, ale daję radę. Tak mi się wydaje. Pro­blem w tym, że rodzice (głów­nie mama) nie chcą, żebym wró­cił do daw­nej szkoły. Podobno o tym roz­ma­wia­li­ście, ale nie wiem, czy to prawda. Roz­ma­wia­li­ście? I co Pan o tym myśli? Jutro idziemy na roz­mowę do dyrek­torki. Nie wiem, o któ­rej. Byłoby super, gdyby zdą­żył Pan mi odpi­sać. Poza tym u mnie w porządku.

PS. Pozdro­wie­nia dla wszyst­kich.

Wci­sną­łem "wyślij" i patrzy­łem, jak moja wia­do­mość leci przez wszech­świat. Nie napi­sa­łem tego, co naprawdę chcia­łem napi­sać, czyli że boję się ducha Sadie, który może się tu poja­wić w każ­dej chwili. Nie chcia­łem jed­nak, żeby dok­tor pomy­ślał, że powi­nie­nem wró­cić do szpi­tala czy coś w tym stylu. Potrze­buję tylko z kimś poga­dać.

Wysła­nie wia­do­mo­ści popra­wia mi nastrój, posta­na­wiam więc napi­sać kolejną. Tym razem do Allie.

Do: allie­ga­tor****@gmail.com

Od: j*****[email protected]

Temat: Pamię­tasz mnie?

Cześć, to ja.

Prze­pra­szam, że tak długo się nie odzy­wa­łem. Nie byłem w sta­nie. To długa histo­ria. Czę­ściowo ją znasz, ale chciał­bym dopo­wie­dzieć Ci resztę. O ile chcesz posłu­chać. Możemy się spo­tkać? Zadzwo­nił­bym, ale nie kupi­łem jesz­cze tele­fonu.

Kli­kam "wyślij", zanim zdążę zmie­nić zda­nie. Chcę zamknąć kom­pu­ter i zająć się czym innym, kiedy sły­szę dźwięk ozna­cza­jący przyj­ście wia­do­mo­ści. Jest od Allie. Waham się chwilę, a potem otwie­ram.

Do: j*****[email protected]

Od: allie­ga­tor****@gmail.com

Temat: Re: Pamię­tasz mnie?

Nowy adres. Kto to?

Żart! Oczy­wi­ście, że chcę usły­szeć resztę. Jutro? U mnie? 16:30? I kup tele­fon! To nie 1874.

Jestem tak uszczę­śli­wiony, że piszę tylko: "Stoi!" i wysy­łam. Allie jest nume­rem jeden na mojej liście Spraw Nie­po­ko­ją­cych. Po naszej ostat­niej roz­mo­wie nie byłem pewien, jak to będzie, kiedy się znowu spo­tkamy.

Potem myślę o Har­dym Devli­nie i Ros­sie Fin­ne­ga­nie.

Może Allie tylko udaje, że wszystko gra. Była mocno wku­rzona, kiedy roz­ma­wia­li­śmy po raz ostatni. Teraz zacho­wała się tak jak zawsze. Czy naprawdę się cie­szy, że wró­ci­łem, czy tylko uznała, że lepiej uda­wać? Jed­nak ona też miała czter­dzie­ści pięć dni, żeby się nad tym wszyst­kim zasta­no­wić. Może prze­my­ślała i prze­szła nad tym do porządku dzien­nego.

Posta­na­wiam prze­stać się zadrę­czać. Wystar­czy, że Allie chce się ze mną spo­tkać i wydaje się, że się ucie­szyła. Nauczy­łem się od Kaca jed­nej rze­czy: żeby nie doszu­ki­wać się pro­ble­mów tam, gdzie ich nie ma. Jeśli uda mi się prze­trwać roz­mowę z dyrek­torką i rodzi­cami, pora­dzę sobie ze wszyst­kim.

Nagle czuję się wykoń­czony. To był długi dzień. Wia­do­mość od Allie uświa­do­miła mi, jak bar­dzo cią­żyło mi zasta­na­wia­nie się, co o mnie myśli. Część tego cię­żaru teraz ze mnie spa­dła i mogę odpo­cząć. Jutro będzie ważny dzień z wielu powo­dów i muszę się przy­go­to­wać.

Idę do łazienki, a potem do łóżka - mojego łóżka - i włą­czam lampkę nocną. Mum­ford zwija się w kłę­bek u mojego boku, a ja cho­wam nos w jego futrze.

Jestem w domu. W domu.

I to jest dobre uczu­cie.

Rozdział 3

Od razu po prze­bu­dze­niu spraw­dzam, czy Kac odpo­wie­dział na moją wia­do­mość. Odpo­wie­dział, ale napi­sał tylko: "Popro­szono mnie o kon­takt z twoją dyrek­torką". Wysłał to o 5:37 rano, pew­nie zaraz po przy­jeź­dzie do szpi­tala, a teraz jest dopiero parę minut po siód­mej. Moż­liwe jed­nak, że roz­ma­wiali, bo wiem, że dyrek­tor Mat­thews zwy­kle jest już o tej porze w gabi­ne­cie.

Chyba powinno mnie to uspo­koić, ale jest odwrot­nie. Wyobra­żam sobie różne warianty tej roz­mowy i każdy jest gor­szy. Wkła­dam dżinsy i koszulkę, a potem scho­dzę do kuchni, gdzie tata i Amanda jedzą przy stole płatki śnia­da­niowe, a Mum­ford czeka cier­pli­wie, aż któ­reś rzuci mu kuku­ry­dziany albo słodki krą­żek. Jak na iro­nię to tata pała­szuje słod­kie, pod­czas gdy Amanda je coś, co gwa­ran­tuje stu­pro­cen­tową satys­fak­cję jej ukła­dowi tra­wien­nemu.

- Cześć - woła tata. - Już mia­łem cię budzić. Dzwo­nili ze szkoły. Mamy spo­tka­nie z dyrek­tor Mat­thews kwa­drans po ósmej. Pospiesz się i zjedz coś, zaraz jedziemy.

Mówi to dziw­nie lek­kim tonem, a prze­cież lada chwila mam się prze­ko­nać, czy moje życie rady­kal­nie się zmieni. Znowu.

- Co powie­działa dyrek­torka? - pytam.

Tata kręci głową.

- Nic. Roz­ma­wia­łem z jej sekre­tarką. Oznaj­miła mi, że dyrek­tor Mat­thews chcia­łaby się z nami spo­tkać dziś rano.

Jęczę.

- Będzie dobrze - zapew­nia tata.

- Tego nie wiesz - sprze­ci­wiam się, się­ga­jąc po miskę i pudełko płat­ków z szafki. Potem sia­dam przy stole.

- Przy­naj­mniej nie muszę jechać auto­bu­sem - stwier­dza z zado­wo­le­niem Amanda. - Zabiorę się z wami.

- Mama nie jedzie? - pytam z nadzieją.

Tata pod­nosi miseczkę do ust i prze­chyla ją, wypi­ja­jąc resztki mleka. Odsta­wia miskę.

- Nie licz na to - odpo­wiada. - Szy­kuje się.

- Mama mówi, że twój lekarz dzwo­nił do dyrek­tor Mat­thews - wtrąca Amanda. - Nie była tym zachwy­cona. To zna­czy mama. Cho­ciaż dyrek­torka też pew­nie nie. Cie­szy się tylko wtedy, gdy może kogoś zosta­wić po lek­cjach.

- Nie jest taka zła - łago­dzi tata.

Oboje z Amandą posy­łamy mu wymowne spoj­rze­nie.

- No dobra - kapi­tu­luje. - Może nie wyda­wała się zbyt entu­zja­styczna, ale chce z nami roz­ma­wiać, więc uznajmy to za dobry znak.

- Byłoby lepiej, gdy­by­śmy spo­tkali się z nią tylko we dwóch - mówię. - Bez mamy.

Tata nic nie odpo­wiada, zauwa­żam jed­nak, że ski­nął głową.

- Jeff już wstał? - sły­szę głos mamy. Dopiero wcho­dząc do kuchni, widzi, że sie­dzę przy stole. - O, to dobrze. Możemy wyjść za kilka minut. Dzwo­ni­łam do biura i uprze­dzi­łam Rory, że się dziś tro­chę spóź­nię.

Rory jest asy­stentką mamy. Wła­ści­wie jej kopią w pomniej­sze­niu, szczu­płą, jasno­włosą i prze­ra­ża­jącą. Moja mama, na wypa­dek gdy­bym jesz­cze o tym nie wspo­mniał, jest Pośred­niczką w biu­rze nie­ru­cho­mo­ści. Nie wiem, dla­czego słowo Pośred­nik pisze się zawsze wielką literą, jakby poda­wało się czy­jąś naro­do­wość, co wydaje się dzi­waczne. Żar­tu­jemy z Amandą, że gdyby mama musiała zro­bić z jakie­goś powodu test DNA, wyka­załby, że jest w trzech pro­cen­tach Niemką, a w dzie­więć­dzie­się­ciu sied­miu Pośred­niczką.

Obie z Rory uwiel­biają swoją pracę. A mama dodat­kowo uwiel­bia uczyć Rory wszyst­kiego, co wie o sprze­daży domów, a co jej zda­niem polega na dopa­so­wy­wa­niu ludzi do ich ide­al­nych domów. Choć według mnie cho­dzi bar­dziej o wma­wia­nie im, że wszystko, co im się w takim domu nie podoba, można zmie­nić dzięki jed­nej wizy­cie w mar­ke­cie budow­la­nym i week­en­do­wemu malo­wa­niu.

- Poje­dziemy dwoma samo­cho­dami - oznaj­mia mama. - Dzięki temu będę mogła dotrzeć do pracy zaraz po spo­tka­niu. Możesz jechać ze mną, Jeff.

Wiem, co to zna­czy. Przed­stawi mi ofertę nie do odrzu­ce­nia, wymie­nia­jąc liczne powody, dla któ­rych lepiej byłoby zmie­nić szkołę. Zer­kam na tatę z niemą prośbą: Mógł­byś mi pomóc? Ale on potrząsa głową. Koń­czę płatki, wsta­wiam miskę oraz łyżkę do zmy­warki i idę na górę po buty.

Pięć minut póź­niej sie­dzę obok fotela kie­rowcy w samo­cho­dzie mamy. Tata z Amandą pojadą za nami. Droga do szkoły zaj­muje tylko około pięt­na­stu minut, ale nie dotar­li­śmy jesz­cze do końca naszej ulicy, a już mam wra­że­nie, jak­bym spę­dził w aucie mamy z sześć godzin.

- Masz szczę­ście, że dyrek­tor Mat­thews zgo­dziła się z tobą spo­tkać - mówi, prze­ry­wa­jąc ciszę. Milk­nie na chwilę, żebym miał czas poczuć za to wdzięcz­ność. - Rozu­miem, że twój lekarz zasu­ge­ro­wał to spo­tka­nie z wła­snej ini­cja­tywy.

Więc tego ocze­kuje. Wyzna­nia. Nie widzę powodu, dla któ­rego nie mia­łaby go usły­szeć. Prze­cież już wie, że musia­łem popro­sić Kaca o inter­wen­cję.

- Jeff... - Mama używa tego samego tonu, jakim czę­sto prze­ma­wia do poten­cjal­nych kup­ców, któ­rzy nie mogą się zde­cy­do­wać na zło­że­nie oferty. - Mówi­łam ci już, że nie pró­buję cię uka­rać. Chcia­ła­bym, żebyś to zro­zu­miał.

- Nie myślę, że chcesz mnie uka­rać.

Mama wzdy­cha. Tak samo, jak kiedy jakiś kupiec czy sprze­dawca ją iry­tują. To zna­czy, że wie, co jest naj­lep­sze, i nie znosi, gdy ktoś to kwe­stio­nuje.

- A ja chciał­bym, żebyś zro­zu­miała, że zmiana szkoły nie wymaże tego, co się stało - mówię.

Zatrzy­mu­jemy się na świa­tłach. Przy­pad­kiem zna­leź­li­śmy się za szkol­nym auto­bu­sem, któ­rym nor­mal­nie bym jechał. Pod­czas gdy cze­kamy na zie­lone świa­tło, patrzę na tylną szybę auto­busu. Allie też nim jeź­dzi. Jeśli zajęła ostat­nie miej­sce, może odwróci się i mnie zauważy.

Nie widzę jej, ale spo­tkam się z nią póź­niej i już nie mogę się docze­kać. Nie zamie­rzam wspo­mi­nać mamie, że wybie­ram się do Allie. Będzie wtedy jesz­cze w pracy i przy odro­bi­nie szczę­ścia nawet się nie dowie, że wysze­dłem.

Kiedy zapala się zie­lone świa­tło, auto­bus przed nami sapie jak naj­po­wol­niej­szy na świe­cie dino­zaur. Jedziemy za nim do samego końca. Mama nie wypo­wiada już ani słowa, co wcale dobrze nie wróży. Ozna­cza, że powstrzy­muje wszystko, co ma do powie­dze­nia, do momentu, gdy znaj­dziemy się w gabi­ne­cie dyrek­torki.

Auto­bus skręca i staje na przy­stanku, a mama jedzie w dru­gim kie­runku pro­sto na par­king. Tata par­kuje tuż obok nas i wysiada razem z Amandą. Idziemy we czwórkę do szkoły. Amanda szep­cze mi do ucha:

- Powo­dze­nia.

Odcho­dzi do tej czę­ści budynku, gdzie miesz­czą się klasy śred­niej grupy wie­ko­wej. Rodzice i ja idziemy kory­ta­rzem do gabi­netu dyrek­torki.

- Jeff! - wykrzy­kuje na mój widok pani Pen­ny­fall. Pod­biega i mocno mnie ści­ska, co jest z pew­no­ścią rów­no­znaczne ze zła­ma­niem sied­miu usta­wo­wych reguł. Ale pani Pen­ny­fall jest sekre­tarką od nie­pa­mięt­nych cza­sów i na pewno nie zdaje sobie sprawy z zacho­dzą­cych zmian. - Wspa­niale, że wró­ci­łeś - mówi. - Powiem dyrek­tor Mat­thews, że przy­szli­ście.

- Jeste­śmy tro­chę za wcze­śnie - wtrąca mama, jakby chwa­liła się suk­ce­sem i ocze­ki­wała apro­baty.

Nie­ocze­ki­wa­nie czuję, że muszę się wysi­kać. Natych­miast.

- Zaraz wra­cam - rzu­cam.

- Dokąd to? - pyta mama, jakby bała się, że zamie­rzam uciec.

- Do toa­lety. Na końcu kory­ta­rza. Wra­cam za dwie minuty.

Nie cze­kam na odpo­wiedź. W toa­le­cie nikogo nie ma. Mimo to wcho­dzę do kabiny. To nawyk, któ­rego nabra­łem w szpi­talu, gdzie kabina toa­le­towa była czę­sto jedy­nym miej­scem zapew­nia­ją­cym chwilę pry­wat­no­ści.

Koń­czę sikać i otwie­ram drzwi. Pod­cho­dzę do umy­walki, żeby umyć ręce, i nagle zdaję sobie sprawę, że ktoś stoi przy pisu­arze. Ten ktoś odwraca się i widzę, że to Burke. Burke Gor­sky. Chło­pak Allie. Ten, któ­rego poca­ło­wa­łem na impre­zie u Rebeki Mil­ler. Gość, który powie­dział Allie, że go poca­ło­wa­łem na impre­zie u Rebeki Mil­ler. Powód, dla któ­rego zro­bi­łem to, co zro­bi­łem, i wylą­do­wa­łem w szpi­talu.

- Cześć - mówi Burke, roz­po­zna­jąc mnie.

- Ścią­łeś się - stwier­dzam.

Jego ciem­no­blond włosy się­gały wcze­śniej do ramion. Teraz są krót­kie. Podoba mi się ta fry­zura. Bar­dzo.

Burke dotyka ręką głowy.

- Och - mówi. - Tak.

Patrzymy na sie­bie i wydaje mi się, że trwa to trzy lata. Pró­buję się poła­pać, co czuję, bo od emo­cji kręci mi się w gło­wie. W ciągu ostat­nich czter­dzie­stu pię­ciu dni wyobra­ża­łem sobie milion razy, jak wpa­dam na Burke'a. Cza­sem ta myśl mnie prze­ra­żała, a cza­sem czu­łem się dziw­nie pod­eks­cy­to­wany. Zasta­na­wia­łem się, co by w takiej chwili powie­dział i jak sam bym zare­ago­wał.

Cze­kam, by mój mózg wybrał jedną z opcji. Robi to i sły­szę, jak mówię:

- Hm, powi­nie­nem cię prze­pro­sić.

Burke wydaje się zmie­szany.

- Za co?

Zapo­mniał o tym, co się stało?

- Za... no wiesz, za to, co zro­bi­łem - mówię nie­pew­nie. - Na tam­tej impre­zie.

Burke kiwa głową, jakby dopiero teraz sobie przy­po­mniał.

- Spoko - rzuca. - Nic się nie stało.

Nie wiem, co na to odpo­wie­dzieć. Mam na nad­garst­kach bli­zny, które mówią, że jed­nak COŚ się stało. Coś waż­nego. Nie wiem, jak dużo Burke wie o tym, co się wyda­rzyło po naszym poca­łunku w łazience.

- Więc wró­ci­łeś? - pyta.

Wzru­szam ramio­nami.

- Moż­liwe. Za chwilę będę o tym roz­ma­wiał z Mat­thews.

- Super - rzuca Burke. - Mam nadzieję, że wró­cisz. Allie się za tobą stę­sk­niła. I wielu innych. Nie tylko ona.

- Dzięki. Też za wami tęsk­ni­łem.

I znów zapada mię­dzy nami długa, jesz­cze bar­dziej nie­wy­godna cisza.

A potem odzywa się dzwo­nek i Burke stwier­dza, że musi już lecieć.

- Ja też - mówię i idę do drzwi. Otwie­ram je i przy­trzy­muję dla Burke'a.

- Narka - rzuca Burke i odcho­dzi kory­ta­rzem.

- Jeff?

Odwra­cam się i widzę mamę sto­jącą przed gabi­ne­tem dyrek­tor Mat­thews.

- Już idę.

- Kim był ten chło­piec? - pyta, gdy wcho­dzimy do gabi­netu.

- Kolega - rzu­cam zdaw­kowo. - Nie znasz.

Mama wydaje taki dźwięk, jakby podej­rze­wała, że nie mówię jej wszyst­kiego. Nie myli się. Ale za nic nie będę jej wyja­śniał, co mnie łączy z Bur­kiem Gor­skim. Na szczę­ście dyrek­torka już na nas czeka, więc jak na iro­nię z tej trud­nej sytu­acji wyba­wia mnie kolejna, rów­nie trudna.

- Dzię­kuję, że przy­szli­ście - mówi dyrek­tor Mat­thews, gdy tata, mama i ja sia­damy na krze­słach usta­wio­nych naprze­ciwko jej biurka.

- Dzię­ku­jemy, że zgo­dziła się pani z nami spo­tkać - odpo­wiada mama, natu­ral­nie przy­bie­ra­jąc ton Pośred­niczki.

Mat­thews patrzy na mnie z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Bar­dzo się cie­szę, że wra­casz do sie­bie, Jeff.

- Dzię­kuję.

Nie roz­ma­wia­łem wcze­śniej zbyt wiele razy z dyrek­tor Mat­thews, ale sły­sza­łem o niej wystar­cza­jąco dużo, żeby zacho­wać rezerwę. Przy­naj­mniej do chwili, gdy się dowiem, co powie­dział jej Kac i jak na to zare­ago­wała. Na razie będę mówił tylko tyle, ile muszę.

Dyrek­torka nie spusz­cza ze mnie wzroku, jakby spo­dzie­wała się, że powiem coś wię­cej. Nie wie, że pod­czas pobytu w szpi­talu nabra­łem spo­rego doświad­cze­nia w mil­czą­cym patrze­niu sobie w oczy z Kacem w jego gabi­ne­cie. W każ­dym razie tak było na początku, gdy uwa­ża­łem, że to nie jest wła­ściwe dla mnie miej­sce i nie mia­łem ochoty z nim roz­ma­wiać. Sta­łem się w tym dobry i teraz jestem pewien, że ją prze­trzy­mam.

Widzę, jak uśmiech dyrek­torki rzed­nie i już wiem, że wygra­łem.

- Rozu­miem, że chciał­byś wró­cić do szkoły - mówi.

- Tak. Myślę, że jestem gotowy, a mój lekarz się z tym zga­dza.

- Wiem. Tyle mi powie­dział. - Milk­nie, co daje mi cień nadziei, a potem dodaje: - Mam jed­nak co do tego pewne obawy.

Czuję ści­ska­nie w żołądku.

- Jakie?

Czuję, jak mama, która sie­dzi po mojej pra­wej stro­nie, sztyw­nieje. Wiem, że jej zda­niem wyka­za­łem się bra­kiem sza­cunku. Po mojej dru­giej stro­nie tata popra­wia się na krze­śle, jakby było nie­wy­godne.

Dyrek­tor Mat­thews zerka na papie­rową pod­kładkę leżącą na biurku.

- Po pierw­sze - mówi, jakby czy­tała, co jest na niej napi­sane - czy zasta­na­wia­łeś się już, ile jesteś gotów powie­dzieć o przy­czy­nie tak dłu­giej nie­obec­no­ści? - Patrzy na mnie. - Twoi kole­dzy na pewno będą cie­kawi.

- Wystar­czy im infor­ma­cja, że byłem w szpi­talu. Sam zde­cy­duję, czy chcę komuś powie­dzieć wię­cej.

Dyrek­tor Mat­thews przy­ta­kuje ruchem głowy.

- Oczy­wi­ście - mówi, jakby się ze mną w pełni zga­dzała. - Ale wiesz także, że NIE­KTÓ­RZY będą snuli roz­ma­ite domy­sły. I jeśli choć jedna osoba wie, że pró­bo­wa­łeś... - urywa, zanim skoń­czy to, co chciała powie­dzieć.

- Pró­bo­wa­łem się zabić - koń­czę za nią.

- Jeff - wtrąca ostro mama.

- Wiesz, że takie histo­rie szybko się roz­no­szą - podej­muje Mat­thews, nie komen­tu­jąc tego, co powie­dzia­łem i jak zare­ago­wała na to mama.

Patrzy zna­cząco na moje ręce, które skrzy­żo­wa­łem na piersi, i wiem, że daje mi do zro­zu­mie­nia, iż widzi moje bli­zny i że inni także je zoba­czą, co powi­nie­nem wziąć pod uwagę. Nie może jed­nak tego powie­dzieć, bo zabrzmia­łoby to nie­sto­sow­nie.

- Jasne - rzu­cam. - Ludzie gadają. Gadali o Ginny Man­ger­man, kiedy opu­ściła szkołę cztery mie­siące przed koń­cem, bo rze­komo wyje­chała na wymianę do Austra­lii. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że była w ciąży i prze­nio­sła się do dziad­ków do czasu, gdy uro­dziła i oddała dziecko do adop­cji. Gada­li­śmy też, kiedy Tre­vor Weiss zaczął ćpać metam­fe­ta­minę.

Dyrek­torka pod­nosi rękę, naka­zu­jąc mi prze­rwać.

- Nie znam szcze­gó­łów tych spraw - mówi. - A nawet gdy­bym znała, zacho­wa­ła­bym je w tajem­nicy. Nie mogę o tym roz­ma­wiać. Poza tym żadne z nich nie wró­ciło już do szkoły.

To ostat­nie aku­rat było prawdą. Ale nie o to cho­dzi. A może o to, bo mama zwraca się teraz do mnie i mówi:

- Może potrze­bu­jesz wię­cej czasu. Do końca roku zostały tylko cztery mie­siące. Mógł­byś się uczyć w domu.

Oczy­wi­ście nawią­zała do tego, co mówi­łem o Ginny Man­ger­man, która opu­ściła szkołę cztery mie­siące przed jej ukoń­cze­niem. Naj­wy­raź­niej dyrek­tor Mat­thews myśli tak samo, bo wtrąca:

- To świetny pomysł. Potem będą waka­cje, a jesie­nią będziesz mógł wró­cić i zacząć od nowa.

Jestem zły na sie­bie, że nie­chcący wpa­ko­wa­łem się w tę pułapkę i na nie, że są z sie­bie tak zado­wo­lone.

- Racja. Bo wszy­scy o tym zapo­mną przez lato. A może potrze­buję wię­cej czasu, żeby wymy­ślić jakąś lep­szą bujdę o tym, co się stało?

- Jeff... - Głos mamy brzmi ostrze­gaw­czo.

I wtedy odzywa się mil­czący do tej pory tata.

- Czy wie­cie, kim jest Chug­ger Crad­dock?

Zapada cisza i wszy­scy zasta­na­wiamy się, co powie­dzieć.

Jako pierw­sza prze­rywa ją dyrek­tor Mat­thews.

- Nie znam tego nazwi­ska.

- To pew­nie jakiś spor­to­wiec - pod­suwa mama.

Tata kiwa pota­ku­jąco głową.

- Był nim. Grał w piłkę nożną w dru­ży­nie szkol­nej Dun­ston w Bra­es­burgu. To małe mia­steczko w zachod­niej czę­ści stanu. Pre­cy­zu­jąc, był lewym skrzy­dło­wym. Jed­nym z naj­bar­dziej obie­cu­ją­cych zawod­ni­ków w lidze szkol­nej. Obser­wo­wa­łem go w ostat­nim sezo­nie przed ukoń­cze­niem liceum. Widzia­łem cały ten cyrk, gdy wal­czyło o niego sześć col­lege'ów.

- Eryku, nie wiem, co to ma wspól­nego z powro­tem Jeffa do szkoły - opo­nuje mama.

- Zaraz do tego doj­dziemy. Chug­ger dostał się do świet­nej szkoły. Ale trzy mie­siące po roz­po­czę­ciu pierw­szego roku miał wypa­dek samo­cho­dowy. Jego fur­go­netka wpa­dła w poślizg na oblo­dzo­nej dro­dze. Kolega, z któ­rym jechał, został spa­ra­li­żo­wany od pasa w dół. Chug­ger wyszedł z tego bez szwanku. Powie­dział poli­cji, że na drogę wybiegł jeleń, więc pró­bo­wał go gwał­tow­nie omi­nąć. Ale to nie była prawda. Póź­niej wyszło na jaw, że pił i ści­gał się z drugą fur­go­netką. Prze­kro­czył dozwo­loną pręd­kość o trzy­dzie­ści kilo­me­trów, gdy doszło do wypadku.

Nie mam bla­dego poję­cia, do czego zmie­rza tata. Wyczu­wam rosnące znie­cier­pli­wie­nie mamy i dyrek­torki. Ale tacie naj­wy­raź­niej to nie prze­szka­dza. Milk­nie na chwilę, a potem cią­gnie dalej.

- Kiedy ujaw­niono prawdę o wypadku, ludzie byli natu­ral­nie bar­dzo poru­szeni. Chug­ger został wyrzu­cony z dru­żyny. Utra­cił sty­pen­dium i zamie­rzał osta­tecz­nie rzu­cić szkołę. Nie był pijany, gdy doszło do wypadku, ale nie powi­nien był w ogóle pić, a już na pewno nie sia­dać za kie­row­nicą. Nie miał siły codzien­nie para­do­wać po kam­pu­sie, gdzie wszy­scy wie­dzieli, co się stało, i po tym, jak wyrzu­cono go z dru­żyny.

- Dzi­wisz mu się? - pyta mama. - Na pewno okrop­nie się z tym czuł. Znisz­czył życie tam­temu chłopcu.

- Zre­zy­gno­wał ze szkoły na jeden semestr - mówi tata, igno­ru­jąc jej uwagę. - Potem posta­no­wił wró­cić. Uznał, że może zdzia­łać wię­cej dobrego w kam­pu­sie, niż ucie­ka­jąc. Zaczął wygła­szać poga­danki dla nowych stu­den­tów o wypadku i o alko­holu. Mówił prawdę o tym, co się wyda­rzyło tam­tej nocy. Kto wie, ilu wypad­kom zapo­biegł albo jak wielu ludziom pomógł, nawet ich nie zna­jąc.

Tata umilkł i zapa­dła długa cisza. Potem ode­zwała się mama.

- Nie można porów­ny­wać tych sytu­acji. Jeff nie zro­bił niczego, co ska­za­łoby kogoś innego na para­liż.

- Wła­śnie o to mi cho­dzi - pod­chwy­cił tata. - Tak naprawdę skrzyw­dził wyłącz­nie sie­bie. A mimo to ocze­ku­jemy, że zmieni szkołę, bo ktoś mógłby się z tym poczuć nie­kom­for­towo. Może jeśli wróci, zapo­bie­gnie podob­nemu nie­szczę­ściu? Może powstrzyma kogoś przed zro­bie­niem tego samego?

Tata patrzy na mnie z lek­kim uśmie­chem. Potem zwraca się do dyrek­tor Mat­thews.

- Czy ist­nieją jakieś PRAWNE prze­słanki, by zaka­zać teraz Jef­fowi powrotu do szkoły?

Dyrek­torka zaprze­cza ruchem głowy.

- Nie - mówi cicho.

- W porządku - stwier­dza tata. - Jeśli więc lekarz Jeffa uważa, że powi­nien on wró­cić i sam Jeff chce tego, może powin­ni­śmy go posłu­chać.

Mama rzuca mu gniewne spoj­rze­nie.

- Eryku, roz­ma­wia­li­śmy o tym.

- Wiem, że pró­bu­jesz go chro­nić - mówi tata. - Ale Jeff ma rację. Dzie­ciaki plot­kują. I będą plot­ko­wać nie­za­leż­nie od tego, czy przyj­dzie do szkoły, zosta­nie w domu albo wróci do szpi­tala. Więc jeśli on twier­dzi, że sobie z tym pora­dzi, powin­ni­śmy pozwo­lić mu zde­cy­do­wać.

- Oczy­wi­ście - pry­cha mama. - Bo prze­cież udo­wod­nił, że potrafi podej­mo­wać wła­ściwe decy­zje.

Tata patrzy na nią i widzę, że jest zły. Chce coś powie­dzieć, ale się powstrzy­muje. Wstaje.

- Myślę, że skoń­czy­li­śmy - mówi. - Jeff, jeśli cho­dzi o mnie, możesz wró­cić do szkoły. Jeśli nie chcesz wra­cać, możesz roz­wa­żyć suge­stię mamy i dyrek­tor Mat­thews.

- Chcę wró­cić. Od jutra.

Mama jest tak wście­kła, że lada chwila wybuch­nie. Wstaje.

- Muszę jechać do pracy - mówi. - Poroz­ma­wiamy o tym jesz­cze dziś wie­czo­rem. Dyrek­tor Mat­thews, dzię­kuję za poświę­cony czas.

Wycho­dzi, nie patrząc na mnie ani na tatę. Tata kła­dzie rękę na moim ramie­niu i ja też wstaję. Dzię­kuje dyrek­torce i wycho­dzimy. Kiedy idziemy kory­ta­rzem do wyj­ścia, mówię:

- Zdaje się, że wła­śnie roz­pę­ta­łeś trze­cią wojnę świa­tową.

- Pora­dzę sobie z mamą. Tak myślę.

- Doce­niam to, że sta­ną­łeś po mojej stro­nie.

Idziemy do samo­chodu i wsia­damy. Tata odpala sil­nik i mówi:

- Twoja mama ma rację w jed­nym. Pew­nie nie będzie łatwo.

- Wiem. Ale nauczy­łem się, że nie można uni­kać trud­nych rze­czy. To zna­czy można pró­bo­wać, ale i tak cię dopadną.

- Przy­kro mi, że musia­łeś się tego nauczyć tą drogą - mru­czy tata, gdy wyjeż­dżamy z par­kingu.

- Słu­chaj, czy możemy coś zro­bić przed powro­tem do domu?

Tata zerka na mnie.

- Co masz na myśli?

- Czy możemy się zatrzy­mać w skle­pie z kart­kami oko­licz­no­ścio­wymi?

Rozdział 4

- Spóź­nione czy na zapas?

Patrzę na chło­paka za ladą, który wła­śnie zadał mi to pyta­nie. Jest mniej wię­cej w moim wieku i podob­nego wzro­stu. Lekko zbu­do­wany, o jasno­brą­zo­wym odcie­niu skóry. Ma krót­kie czarne włosy i jeden dłuż­szy kosmyk, zafar­bo­wany na różowo i opa­da­jący nad pra­wym okiem. Dru­gie oko błysz­czy pięk­nym, głę­bo­kim brą­zem, który przy­wo­dzi mi na myśl jadalne kasz­tany, co jest dziwne, bo jestem nie­mal pewien, że ni­gdy nie widzia­łem jadal­nych kasz­ta­nów - znam je tylko z tek­stu pio­senki świą­tecz­nej, w któ­rej pieką się w kominku. Chło­pak ma na sobie koszulkę rekla­mu­jącą ostat­nie tournée Lolly Dre­am­box. To moja ulu­biona kapela. Byłem na jed­nym z kon­cer­tów z tej trasy, może na tym samym co on?

- Na co? - odpo­wia­dam pyta­niem.

- Co? - pyta z lek­kim zdzi­wie­niem.

- Na co spóź­nione albo na zapas? - dopo­wia­dam.

- Sorki - mru­czy. - To nie miało być na głos.

Stuka pięć razy środ­ko­wym pal­cem lewej dłoni w ladę, bez­gło­śnie odli­cza­jąc każde stuk­nię­cie. Pazno­kieć tego palca i tylko tego jest poma­lo­wany czar­nym lakie­rem z wyraź­nym ubyt­kiem, jakby chło­pak stu­kał nim tak czę­sto, że lakier zaczął odpa­dać. Bie­rze głę­boki wdech. - To będzie sie­dem osiem­dzie­siąt trzy.

Wycią­gam bank­not dzie­się­cio­do­la­rowy.

- O - mówi, jakby ni­gdy przed­tem takiego nie widział. - Gotówka. Łał. W porzo. Dam radę.

Znów bie­rze głę­boki wdech i wypusz­cza powie­trze nosem. Przyj­muje bank­not, chwy­ta­jąc go dwoma pal­cami, tak że powiewa mię­dzy nimi jak liść. Kiedy otwiera kasę, wkłada do środka bank­not i wyj­muje resztę, pytam ponow­nie:

- Na co spóź­nione albo na zapas?

- Och - mówi, wrę­cza­jąc mi dwa bank­noty jed­no­do­la­rowe i kilka monet. - Na walen­tynki. Były wczo­raj. - Wska­zuje głową kartkę i pudełko sło­dy­czy na ladzie. Są prze­ce­nione. - Zapo­mnia­łeś o nich w tym roku czy może korzy­stasz z wyprze­daży, żeby zacho­wać je na przy­szły?

- Rozu­miem - odpo­wia­dam, kiedy pakuje obie rze­czy. - Wła­ści­wie to byłem wczo­raj tro­chę zajęty i nie mia­łem czasu nic wybrać.

Chło­pak kiwa głową.

- Ona na pewno się nie obrazi - mówi, poda­jąc mi torbę. - Albo on. Czy ono. - Przy­myka oczy i znów stuka pal­cem w ladę. - Muszę mniej gadać.

- Ona - wyja­śniam. I nagle z jakie­goś powodu dodaję: - Ale to tylko kum­pela. Nie mam dziew­czyny. Jestem gejem. - Teraz sam poczu­łem się nie­zręcz­nie. - Sorki - mówię. - Nie wiem, czemu poczu­łem, że chcę ci to powie­dzieć. To pew­nie sku­tek tera­pii.

Kiwa głową.

- Kumam. Ja też za dużo mówię. - Krzywi się, a środ­kowy palec znów zaczyna stu­kać o blat. - To zna­czy... nie mam na myśli, że ty za dużo mówisz. Lepiej, jak wresz­cie się zamknę i poży­czę ci miłego dnia.

- O co cho­dzi z tym pal­cem? - pytam.

Wiem, że to nie­grzecz­nie, ale naprawdę mnie to cie­kawi.

Chło­pak zerka na swój palec, jakby zoba­czył go po raz pierw­szy w życiu. Potem zwija dłoń w pięść, ukry­wa­jąc cztery palce pod kciu­kiem.

- To takie ćwi­cze­nie - mówi. - Ma mi pomóc się sku­pić.

- Działa?

Kręci głową, a różowy kosmyk się koły­sze.

- Nie­zu­peł­nie. To zna­czy cza­sem. Nie zawsze.

Sto­imy tak jesz­cze chwilę, nic nie mówiąc. Zain­try­go­wał mnie, ale nie wiem, jak pocią­gnąć roz­mowę.

- Miłego dnia. - Zer­kam na pla­kietkę z imie­niem przy­piętą do koszulki. Jest na niej napi­sane BUFORD. - Buford - rzu­cam na koniec.

Przez chwilę wydaje się zmie­szany. Potem podąża za moim wzro­kiem, zauważa pla­kietkę i chrząka.

- To nie jest moje praw­dziwe imię - wyja­śnia. - Ojciec mówi, że nie powin­ni­śmy poda­wać swo­ich praw­dzi­wych imion na pla­kiet­kach. Na wypa­dek gdyby tra­fił się jakiś stal­ker czy coś. Wiesz, taki, co nas póź­niej znaj­dzie w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Ojciec jest wła­ści­cie­lem tego sklepu, dla­tego tu pra­cuję.

- Słusz­nie - mówię. - Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele.

- Nie wydaje mi się - sprze­ci­wia się chło­pak. - Ludzie cza­sem tak się boją porażki, że z góry rezy­gnują z rze­czy, które mogłyby oka­zać się wspa­nia­łym prze­ży­ciem.

- Chyba masz rację - przy­znaję ze śmie­chem. Zasko­czył mnie tą myślą.

- Chrys - mówi. - Tak mam na imię. Przez igrek i es. Ina­czej niż zwy­kle. To skrót od Chry­sa­lis, poczwarki, która kie­dyś prze­mieni się w motyla. Wiem. To dziwne.

- Znam kogoś o imie­niu Wie­wiór - rzu­cam, myśląc o jed­nym chło­paku ze szpi­tala. - To dopiero jest dziwne. Przy oka­zji, jestem Jeff. Pisze się nor­mal­nie. Przez J.

- Cześć, Jeff. - Chrys unosi rękę i macha. Sto­imy tak jesz­cze przez chwilę, patrząc na sie­bie. Potem Chrys znów zaczyna stu­kać pal­cem.

- Muszę już lecieć - stwier­dzam. - Tata czeka na mnie w samo­cho­dzie.

- Miłego dnia.

Odwra­cam się i wycho­dzę ze sklepu. Kiedy wsia­dam do samo­chodu, tata pyta:

- Kupi­łeś to, czego potrze­bo­wa­łeś?

Zer­kam na drzwi sklepu. Widzę Chrysa, który wygląda na zewnątrz. Zauważa, że na niego patrzę, i znów nie­zręcz­nie mi macha, a potem znika.

- Tak - odpo­wia­dam tacie. - Dzięki, że mnie tu przy­wio­złeś.

W dro­dze do domu myślę o Chry­sie. Wiem, że nie należy oce­niać ludzi na pod­sta­wie ich wyglądu, ale zasta­na­wiam się, czy jest gejem. Potem roz­my­ślam, dla­czego mnie to intry­guje. Może pociąga mnie to, że wygląda ina­czej niż inni. A może to, że jest ładny. Wię­cej niż ładny.

Te myśli przy­wo­łują wspo­mnie­nie szkol­nej toa­lety, gdy wpa­dłem na Burke'a. Nie chcę tego przy­znać, ale Burke też jest ładny. Ale on na pewno nie jest gejem. To chło­pak Allie. Zde­cy­do­wa­nie ktoś, o czyim wyglą­dzie nie powi­nie­nem myśleć, bo od tego zaczęły się moje pro­blemy.

Tak naprawdę nie sądzę, by Burke był pro­ble­mem. Nie w tym sen­sie. Rozu­miem, że jest dla mnie sym­bo­lem tego, czego pra­gnę. Co chciał­bym mieć. Kie­dyś. Ale Burke ni­gdy nie zosta­nie moim chło­pa­kiem. Co nie zmie­nia faktu, że jest ładny.

Po powro­cie do domu tata idzie do swo­jego gabi­netu. Pra­cuje w domu, pisze tek­sty na inter­ne­tową stronę spor­tową. Arty­kuły w rodzaju: "Czy dru­żyna pił­kar­ska zdo­bę­dzie osta­tecz­nie tego­roczny puchar?". Albo "Zawod­nik X jest naj­lep­szym spor­tow­cem w histo­rii - oto dla­czego" opa­trzone wykre­sami i tabe­lami. Stąd znał histo­rię Chug­gera Crad­docka.

Cza­sem jest mi żal taty. Nikt z naszej rodziny nie inte­re­suje się spor­tem. Eks­cy­tuje się jakąś dru­żyną albo jej uda­nym sezo­nem, a my nie mamy poję­cia, o czym mówi. To zna­czy zwy­kle potra­fimy odróż­nić, czy mówi o fut­bolu, koszy­kówce czy hokeju, ale nawet z tym mamy trud­no­ści, bo w spo­rcie cią­gle coś się dzieje.

Na pewno chciałby, żeby przy­naj­mniej jedno z nas choć odro­binę inte­re­so­wało się tym, co tak bar­dzo kocha. Sta­ramy się. Na przy­kład kiedy kupuje bilety na mecz, Amanda i ja z nim idziemy. Ale bar­dziej inte­re­sują nas hot dogi niż oglą­da­nie roz­gry­wek. Mama ni­gdy z nim nie cho­dzi na mecze. Są pra­wie dwa­dzie­ścia lat po ślu­bie, a ona wciąż nie dostrzega róż­nicy pomię­dzy przy­ło­że­niem a rzu­tem wol­nym.

Kie­dyś myśla­łem, że jako chło­pak powi­nie­nem lubić sport. Mar­twi­łem się, że tata jest roz­cza­ro­wany moim bra­kiem zain­te­re­so­wa­nia. I może rze­czy­wi­ście jest. Ale ni­gdy o tym nie wspo­mniał, ni­gdy nie spra­wił, że ja czy Amanda poczu­li­śmy się źle z tym, że lubimy inne rze­czy.

Może powi­nie­nem przy­naj­mniej pró­bo­wać się dowie­dzieć, co takiego tata widzi w spo­rcie. Bo może się oka­zać, że mój przy­szły chło­pak będzie fanem jakiejś dys­cy­pliny. Wtedy tata to jego będzie zapra­szał na mecze i z nim o wszyst­kim roz­ma­wiał. Wła­ści­wie, jeśli się nad tym zasta­no­wić, to byłaby wyma­rzona sytu­acja.

W ogóle dziw­nie jest wyobra­żać sobie mojego przy­szłego chło­paka. Cho­ciaż to pod­nie­ca­jące. Nie myśla­łem o tym, dopóki nie wylą­do­wa­łem w szpi­talu. Trudno było mi nawet zaak­cep­to­wać to, że jestem gejem. Teraz jed­nak powi­nie­nem zasta­no­wić się nad kolej­nym kro­kiem.

Na przy­kład nad tym, czy chciał­bym się spo­ty­kać z kimś, kto inte­re­suje się spor­tem. Czy mie­li­by­śmy ze sobą coś wspól­nego? Może lepiej byłoby mi z kimś bar­dziej podob­nym do mnie, kto lubi komiksy, filmy science fic­tion i dłu­gie roz­wa­ża­nia o wszyst­kim? Tak byłoby łatwiej, choć może też nud­niej. Jak­bym spo­ty­kał się z samym sobą. Cie­ka­wiej byłoby być z kimś róż­nią­cym się ode mnie, mógł­bym się dowie­dzieć cze­goś nowego o jego zain­te­re­so­wa­niach. Czy nie na tym w ogóle polega bycie razem? Na pozna­wa­niu innych ludzi?

Przy­cho­dzi mi do głowy, że nic nie wiem o uma­wia­niu się, nie wiem nawet, czego chcę. Zaczy­nam się tym dener­wo­wać. Chciał­bym, żeby ktoś mi poka­zał, jak to wszystko działa. A potem przy­po­mi­nam sobie, że mam dziś sesję online z dok­to­rem Kat­zru­pu­sem, więc idę do swo­jego pokoju.

Kac nie jest gejem, a przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo. Ni­gdy go nie pyta­łem. Może mi jed­nak coś pod­po­wie. To dziwne, że jesz­cze czter­dzie­ści pięć dni temu - czter­dzie­ści sześć, licząc od dzi­siaj - nawet nie chcia­łem z nim roz­ma­wiać. Oznaj­mi­łem mu, że nie ma potrzeby, bym został w szpi­talu. Twier­dzi­łem, że czuję się świet­nie.

Ale wcale tak się nie czu­łem.

W dzień po walen­tyn­kach Jeff jest zupeł­nie inną osobą niż Jeff w syl­we­stra. Wiem, że to nie­prawda. Po pro­stu pogo­dził się ze sobą. Poko­chał sie­bie. Zabrzmiało ckli­wie, ale tak wła­śnie jest.

Porząd­kuję swoje rze­czy do czasu, gdy mam roz­po­cząć sesję z Kacem. Sia­dam przed lap­to­pem, żeby się zalo­go­wać. Kiedy poja­wia się twarz dok­tora, widzę, jak głu­pio się uśmie­cham z małego okienka w rogu ekranu.

- Cześć! - mówię na powi­ta­nie. - Dzięki za pomoc ze szkołą.

- Udało się? - pyta.

- Jutro wra­cam - oznaj­miam.

- Jesteś na to gotowy?

Myślę o tym, jak wpa­dłem na Burke'a w toa­le­cie i zasta­na­wiam się, czy powi­nie­nem mu o tym powie­dzieć. Nie chcę jed­nak, by uznał, że mój powrót do szkoły nie jest dobrym pomy­słem.

- Tro­chę się dygam - mówię, nie wda­jąc się w szcze­góły.

- To zro­zu­miałe. Nie muszę ci tłu­ma­czyć, że będzie trud­niej, niż myślisz.

- Wiem. - Kiwam głową.

- Co zro­bisz, kiedy poczu­jesz się nie­pew­nie?

- To brzmi tak, jakby cho­dziło o obawy, że będę miał gazy po spa­ła­szo­wa­niu miski bruk­selki - żar­tuję, ale wiem, że pyta poważ­nie. - Hm, jeśli poczuję, że mam dosyć, mogę zadzwo­nić do taty i popro­sić, żeby po mnie przy­je­chał.

- Masz plan. To dobrze - mówi Kac. - Jak sądzisz, co będzie naj­trud­niej­sze?

- Spo­tka­nie z Allie. Jed­nak już to prze­my­śla­łem. Idę dzi­siaj do niej, żeby to obga­dać. To zna­czy, że spo­tkamy się pierw­szy raz poza szkołą.

- Cie­szy się na to spo­tka­nie?

- Tak - mówię. - Ja też się cie­szę. Myślę, że będzie dobrze.

- Świet­nie - kwi­tuje dok­tor. - Sądząc po tym, co wyda­rzyło się dziś w szkole, macie mały pro­blem rodzinny. Poza tym twoja mama do mnie dzwo­niła.

Wybu­cham śmie­chem.

- Spo­dzie­wa­łem się tego - mówię. - Za bar­dzo się przej­muje.

- Jest twoją mamą - rzuca neu­tral­nym tonem, któ­rego musi uży­wać, bo jest leka­rzem. - To jej zada­nie. Chyba pomo­głem jej jed­nak zro­zu­mieć, że decy­zja należy do cie­bie i że moim zda­niem jesteś gotowy ją pod­jąć.

Chrzą­kam. Nie jestem pewien, czy nawet Kac może prze­ko­nać mamę, że się w czymś myli. Ale może mu się udało.

- Pamię­taj, że nie tylko ty uczysz się żyć z nowym sobą - przy­po­mina dok­tor. - To doty­czy całego two­jego oto­cze­nia. Daj im tro­chę czasu.

- Jasne - zapew­niam. - Rozu­miem. Naprawdę myślę, że wszystko się ułoży.

Kac ma taką minę, jakby chciał coś powie­dzieć, ale milk­nie na chwilę. Potem mówi:

- Roz­ma­wia­łem też z twoją mamą o gru­pie wspar­cia, która mogłaby ci pomóc.

- Grupa wspar­cia?

- Tak. Dla nasto­lat­ków LGBTQ. Spo­ty­kają się raz w tygo­dniu w piątki. Myślę, że to świetne miej­sce, w któ­rym spo­tkasz innych mło­dych ludzi i zaczniesz budo­wać rela­cje.

- I moja mama się na to zgo­dziła?

- Nie wyra­ziła sprze­ciwu. Pro­gra­mem kie­ruje moja dawna stu­dentka. Nazywa się Fox Robin.

- Fox Robin? - pytam. - To jej praw­dziwe imię i nazwi­sko?

- Zakła­dam, że tak - odpo­wiada Kac. - Nie pyta­łem.

Śmieję się.

- Jak na kogoś, kto przez całe życie zadaje ludziom pyta­nia, cza­sem pomija pan te wła­ściwe.

Kac rów­nież się uśmie­cha.

- Sam ją zapy­taj - pod­suwa. - Wyślę ci infor­ma­cję mailem. Za chwilę mam następną sesję. Cie­szę się, że dobrze sobie radzisz, Jeff. Powo­dze­nia z Allie i jutro w szkole. Daj znać, co u cie­bie.

- Na pewno - obie­cuję. - I pro­szę wszyst­kich ode mnie pozdro­wić, dobrze?

- Prze­każę, oczy­wi­ście - mówi Kac. - Do zoba­cze­nia.

Roz­łą­czamy się. Gdy­bym był w szpi­talu, pew­nie poszedł­bym teraz do wspól­nej sali zoba­czyć, co pora­biają ludzie. A gdy­bym był wku­rzony roz­mową z dok­to­rem Kat­zru­pu­sem, zaszył­bym się w swoim pokoju do czasu, aż mi przej­dzie.

Cie­szę się, że już nie jestem w szpi­talu. Naprawdę się cie­szę. Zda­rzyło się tam wiele nie­faj­nych sytu­acji. Ale było też bez­piecz­nie. Prze­waż­nie. Bo tam też zda­rzały się złe rze­czy. Zawsze jed­nak wie­dzia­łem, że w razie potrzeby znajdę pomoc.

Tutaj nie jestem wpraw­dzie zdany na sie­bie, ale jest ina­czej. Dużo wię­cej może się popsuć. No i z wie­loma spra­wami muszę się skon­fron­to­wać. Ale mam rodzinę. Nawet mama, choć cza­sem wszystko utrud­nia, mnie wspiera. Poza tym zawsze mogę się skon­tak­to­wać z dok­to­rem Kat­zru­pu­sem.

Mam nadzieję, że nie stra­ci­łem Allie. Zer­kam na zegar. Spo­tkamy się za parę godzin. Nie mogę się docze­kać, kiedy ją zoba­czę twa­rzą w twarz. Mamy wiele do obga­da­nia. Czuję się pra­wie tak, jak­bym wybie­rał się na randkę.

Może jak będę miał chło­paka, umó­wimy się na podwójną randkę z Allie i Bur­kiem. Cho­ciaż to mogłoby być zbyt dziwne. Chyba tak. Z dru­giej strony Allie jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Od czasu, gdy prze­nio­sła się do naszej szkoły w siód­mej kla­sie, odkry­li­śmy, że mamy ze sobą wiele wspól­nego. Chciał­bym, żeby mój chło­pak ją poznał. I chciał­bym, żeby ona go polu­biła.

Ale znów uprze­dzam fakty. Po kolei, Jeff.

Chyba zacznę od prysz­nica.

Rozdział 5

Kiedy Allie otwiera drzwi, stoję długo bez słowa i gapię się na nią.

- Cześć... - odzywa się pierw­sza.

- Prze­pra­szam. Nie wiem dla­czego, ale sądzi­łem, że będziesz wyglą­dała jakoś ina­czej.

- Nie, nic się nie zmie­niło.

Chcę powie­dzieć, że u mnie też nie, ale prze­cież się zmie­niło, więc tylko wcho­dzę do środka. Bywa­łem u Allie setki razy, a czuję, jak­bym zna­lazł się tu po raz pierw­szy. Przy­staję w kory­ta­rzu, żeby zdjąć buty i płaszcz, a ona zamyka drzwi.

Zwy­kle, gdy przy­cho­dzę, od razu idziemy do jej pokoju. Teraz jed­nak Allie nie pro­wa­dzi mnie w stronę scho­dów, tylko do kuchni.

- Zro­bi­łam kakao - oznaj­mia, wska­zu­jąc na ron­del, w któ­rym pod­grzewa się napój. - Napi­jesz się?

- Chęt­nie.

Przej­ście z domu tutaj zajęło mi dwa­dzie­ścia minut. Tata pra­co­wał, więc nie chcia­łem go pro­sić o pod­wózkę, zresztą mógłby mnie zacząć wypy­ty­wać. Poza tym miło było zro­bić sobie spa­cer po śniegu. Mimo wszystko zmar­z­łem i z przy­jem­no­ścią napiję się kakao.

Allie napeł­nia kubek i podaje mi go. Zauwa­żam, że zerka przy tym na bli­zny na moich nad­garst­kach. Szybko odwraca wzrok.

Czuję przy­pływ paniki, więc pytam o pierw­szą lep­szą rzecz, jaka przy­cho­dzi mi na myśl.

- Jak ci minęły święta z tatą?

Od razu żałuję, że to pal­ną­łem. Poza fak­tem, że poca­ło­wa­łem jej chło­paka, tata to ostatni temat, na jaki chcia­łaby roz­ma­wiać.

Ku memu zasko­cze­niu jed­nak odpo­wiada:

- W sumie nie było tak źle. Spę­dzi­łam parę dni w jego domu. Wybra­li­śmy się na narty. Dobrze się bawi­łam.

- Kati Bez E wymie­niła z tej oka­zji całą gar­de­robę? - uży­wam prze­zwi­ska jej maco­chy, które wymy­śli­li­śmy.

- Oczy­wi­ście. - Allie prze­wraca oczami. - Żenada, jak zwy­kle. Poza tym zro­biła sobie cycki i pofar­bo­wała włosy na rudo.

- Zmie­niła też wystrój wnętrz? - Kiedy Kati nie zmie­nia niczego w swoim wyglą­dzie, zabiera się za dom.

- Wypi­sała slo­gan: "Żyj! Kochaj! Śmiej się!" na ścia­nie w salo­nie i prze­ma­lo­wała łazienkę na naj­mod­niej­szy w tym roku kolor według "Żony Ide­al­nej". Zdaje się, że nazwali go Pupą Nie­mow­laka.

Oboje się śmie­jemy. Po tym, jak ojciec Allie oże­nił się z Kati, wymy­śli­li­śmy cza­so­pi­smo "Żona Ide­alna", z któ­rego miała czer­pać roz­ma­ite porady. Żar­to­wa­li­śmy na temat arty­ku­łów, jakie mogłyby się w nim zna­leźć, w rodzaju "20 spo­so­bów na prze­trwa­nie week­endu z jego dziećmi" albo "Jak spra­wić, by inter­cyza mał­żeń­ska przy­nio­sła korzy­ści tobie". Dobrze się przy tym bawimy.

- Zda­rzyło się też coś dziw­nego - przy­po­mina sobie Allie. - Któ­re­goś dnia, gdy tata musiał pójść do pracy, Kati zabrała mnie ze sobą na mani­cure i pedi­cure. Z początku dużo paplała bez sensu, jak zwy­kle. Ale potem zaczęła opo­wia­dać, jak bar­dzo bra­kuje jej przy­jaźni z mamą.

Kati była kie­dyś naj­lep­szą przy­ja­ciółką mamy Allie. To zna­czy zanim wdała się w romans z jej tatą. Od tam­tej pory nie mają sobie wiele do powie­dze­nia.

- Musiało być nie­przy­jem­nie - mówię.

Allie pota­kuje ruchem głowy i bie­rze łyk kakao.

- Chcia­łam jej powie­dzieć, żeby się zamknęła, i pew­nie bym to zro­biła, gdyby nie to, że wła­śnie mia­łam malo­wane paznok­cie u nóg. Pozwo­li­łam jej więc mówić, a kiedy się roz­ga­dała, zro­biło mi się jej żal.

- Nie­ocze­ki­wany zwrot akcji - komen­tuję dra­ma­tycz­nym tonem.

- Wciąż jej nie lubię - sprze­ci­wia się Allie. - Nie zosta­niemy teraz naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Ale prawda jest taka, że rodzice nie roz­stali się z jej powodu. Nie­zu­peł­nie. Roze­szli się, bo im nie wyszło. Kati tylko potwier­dziła ten fakt.

- No, no. Skoń­czy­łaś szes­na­ście lat i pro­szę, jak wydo­ro­śla­łaś.

- Kiedy to się stało, mia­łam jesz­cze pięt­na­ście - przy­po­mina Allie. - Innymi słowy jestem nad wyraz doj­rzała.

- Przy­kro mi, że prze­ga­pi­łem twoje uro­dziny. - Allie skoń­czyła szes­na­ście lat w stycz­niu, kiedy byłem w szpi­talu. - Ale lepiej późno niż wcale.

Podaję jej torbę, którą zabra­łem ze sobą do kuchni. Allie zagląda do środka i wyj­muje kartkę oraz pudełko cze­ko­la­dek, które kupi­łem w skle­pie z pre­zen­tami. Ogląda rysu­nek na kartce przed­sta­wia­jący dwie kobiety sto­jące z uśmie­chem obok sterty brud­nych ubrań. Potem otwiera ją.

- Dobra kole­żanka pomaga ci zako­pać ciało - czyta gło­śno. - Naj­lep­sza przy­ja­ciółka przy­nosi wła­sną łopatę. Wszyst­kiego naj­lep­szego dla wspól­niczki w zbrodni. Auu, słod­kie.

- Ostat­nie zda­nie napi­sa­łem sam.

- Wiesz, jak dobrze ukryć ciało? - pyta Allie, odkła­da­jąc kartkę. - Trzeba zasa­dzić nad nim jakieś zagro­żone rośliny, któ­rych nikt nie odważy się wyko­pać.

- I dla­tego jeste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi - dopo­wia­dam, ale zaraz mam ochotę ugryźć się w język, bo może już nie jeste­śmy po tym, co się stało. Roz­luź­niam się jed­nak, bo Allie tylko się śmieje.

Upija łyk kakao.

- Ta histo­ria z Kati spra­wiła, że zaczę­łam się zasta­na­wiać nad tym, co się stało. No, wiesz. Z nami.

Znów czuję, że zaczy­nam pani­ko­wać, więc wypa­lam:

- Nie spa­łem z twoim tatą!

Allie się krzywi.

- Sorki. To z ner­wów.

- Rozu­miem. Też jestem zde­ner­wo­wana - dodaje szybko. - To wszystko jest takie dziwne. Powiem tylko, że mi przy­kro. Prze­pra­szam, że nie oka­za­łam się dobrą przy­ja­ciółką. Nie powin­nam była pani­ko­wać, że jesteś gejem. Byłam wście­kła, że mi nie powie­dzia­łeś. Podobno sobie ufamy.

Mam ochotę się roz­pła­kać. Bar­dzo mi ulżyło, że to powie­działa. Tak się bałem tego spo­tka­nia, że tygo­dniami pra­wie nie mogłem oddy­chać. Teraz już mogę.

- Też cię prze­pra­szam - mam­ro­czę nie­wy­raź­nie, bo na próżno usi­łuję wal­czyć ze łzami. Na szczę­ście dostrze­gam pudełko chu­s­te­czek na bla­cie. Biorę jedną i wydmu­chuję nos. - Jesz­cze raz. To było po pro­stu... za wiele.

Jed­nak pła­czę. Nie mogę nad sobą zapa­no­wać. Mam wra­że­nie, jakby wszyst­kie tłu­mione uczu­cia jed­no­cze­śnie posta­no­wiły się ujaw­nić. Jestem emo­cjo­nal­nym gej­ze­rem. To bar­dzo nie­przy­jemne i żenu­jące.

Allie odsta­wia kubek, pod­cho­dzi i chwyta mnie za ręce. Czubki jej pal­ców doty­kają moich blizn, więc instynk­tow­nie chcę się wyrwać. Stoję przed nią roz­trzę­siony i zachły­stuję się pła­czem. Jest mi głu­pio, ale czuję ulgę; jestem smutny i szczę­śliwy jed­no­cze­śnie.

- W porządku - zapew­nia mnie Allie. Prze­suwa pal­cami po moich bli­znach, które chyba jed­nak dopiero teraz zauwa­żyła. - Zaraz... - Widzę, że inten­syw­nie stara się wszystko poskła­dać. Patrzy na mnie. - Jeff, czy ty...

- Już jest dobrze - mówię pospiesz­nie, wciąż pró­bu­jąc się opa­no­wać. Bez skutku. - Nic mi nie jest. Naprawdę.

- Zmu­si­łam Amandę, żeby mi powie­działa o szpi­talu - wyznaje Allie, wciąż trzy­ma­jąc mnie za prze­guby. - Ale nie wie­dzia­łam, że... - Teraz i ona zaczyna pła­kać. - Zro­bi­łeś to przeze mnie?

- Nie! - mówię mię­dzy jed­nym chlip­nię­ciem a dru­gim. - To nie była twoja wina.

- Ow­szem, była. Nie powin­nam się od cie­bie odsu­wać.

Nie mogę znieść myśli, że uważa się za powód tego, co zro­bi­łem. Obej­muję ją, przy­cią­gam do sie­bie i mocno przy­tu­lam. Cała się trzę­sie. Sto­imy tak przez chwilę. Kiedy wypusz­czam ją z objęć, cofa się i wyciera oczy.

- Nie­zu­peł­nie tak to sobie wyobra­ża­łam.

- Ja też.

Sięga po chu­s­teczkę i wydmu­chuje nos.

- Naprawdę pró­bo­wa­łeś... no, wiesz. - Patrzy na moje nad­garstki.

- Tak i nie. Naprawdę nie chcia­łem... Ale tak, dla­tego wylą­do­wa­łem w szpi­talu. Trak­tują to poważ­nie, nawet jeśli naprawdę nie zamie­rzało się tego zro­bić.

Allie się uśmie­cha. Widzę, że drżą jej usta.

- Och, Jeff - wzdy­cha, jakby zaraz znowu miała się roz­pła­kać. Ale ona bie­rze głę­boki oddech. - Bar­dzo się cie­szę, że ci się nie udało.

- Ja też.

- Ludzie w szkole gadali, ale nikt nie zgadł, co się naprawdę stało. Uznali, że jesteś śmier­tel­nie chory na raka czy coś w tym stylu.

Nie wiem, jak ją o to zapy­tać. Jest lepiej, niż się spo­dzie­wa­łem, i za nic nie chciał­bym tego zepsuć. Ale muszę to wie­dzieć.

- Więc Burke nie powie­dział nikomu poza tobą, co się stało na impre­zie u Rebeki?

- Żar­tu­jesz? - pry­cha. - Oczy­wi­ście, że powie­dział.

Czuję ści­ska­nie w dołku.

Musiała to dostrzec po mojej minie, bo dodaje:

- Prze­cież to nic wiel­kiego, Jeff.

Patrzę jej w oczy.

- Co? To jest coś wiel­kiego. Poca­ło­wa­łem two­jego chło­paka. Chło­paka, z któ­rym CHO­DZISZ.

Śmieje się, co mnie roz­wście­cza.

- Bawi cię to?

- Nie. - Potrząsa głową. - To zna­czy, nie śmieję się z cie­bie. Nie w tym sen­sie. Cho­dziło mi o to, że bycie gejem to nie jakaś wielka afera.

- Dla mnie to poważna sprawa! I dla cie­bie też była - przy­po­mi­nam. Ulżyło mi, że tak bar­dzo się nie prze­jęła, ale naj­wy­raź­niej nie rozu­mie, jak wiele to zna­czy dla mnie.

- Nie mam pro­blemu z tym, że jesteś gejem - mówi. - Byłam zła, że mi nie powie­dzia­łeś. Jak­byś mi nie ufał.

- Szcze­rze mówiąc, nie byłem pewien swo­ich uczuć. Nie cho­dziło o brak zaufa­nia do cie­bie. Ale cze­kaj. Co masz na myśli, mówiąc, że bycie gejem to nic takiego?

- Nie dla więk­szo­ści ludzi. Nie miesz­kamy wpraw­dzie w jakimś wiel­kim mie­ście, ale tutaj też jest wiele osób homo­sek­su­al­nych. Nie jesteś jedyny w szkole.

- Serio? O kim mówisz?

- Na przy­kład o Steph Jer­rick. Gra w szkol­nej repre­zen­ta­cji piłki noż­nej.

- Chyba jej nie znam. Ktoś jesz­cze?

Zasta­na­wia się.

- Tak, Devin Strantz.

- Ten w skó­rza­nej kurtce z meta­lo­wymi naszyw­kami?

- Tak. Nie wie­dzia­łeś?

- Nie. Jest star­szy i wła­ści­wie się nie znamy. Hm.

- Mówię tylko, że nie jesteś jedyny - podej­muje. - Ludziom jest zwy­kle obo­jętne, czy ktoś jest gejem.

I znów nie jestem pewien, czy to prawda. Przy­cho­dzi mi na myśl wiele sytu­acji, kiedy oka­zy­wało się, że to mimo wszystko nie jest obo­jętne.

- Jed­nak to, że poca­ło­wa­łem Burke'a, zro­biło na nich wra­że­nie.

- Kto by nie chciał poca­ło­wać Burke'a? Jest seksy. Ale tak, pew­nie usły­szysz komen­ta­rze na ten temat.

- Wpa­dłem na niego dziś rano. Kiedy przy­sze­dłem na roz­mowę z Mat­thews.

- Mówił mi. Jest mu głu­pio z powodu tego, co ci powie­dział tam­tej nocy. Ale nie uważa tego za coś wiel­kiego. Po pro­stu go zasko­czy­łeś.

Nie wiem, jak to sko­men­to­wać. Dla mnie to było coś. Naprawdę wiel­kie. Z tego powodu spę­dzi­łem czter­dzie­ści pięć dni w psy­chia­tryku. Zadrę­cza­łem się, że stra­ci­łem naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, i wywró­ci­łem życie mojej rodziny do góry nogami.

A teraz Allie twier­dzi, że nic się nie stało, co ozna­cza, że albo wyol­brzy­miam pro­blem, albo ona nie rozu­mie, co czu­łem. Tak czy owak, nie jest mi z tym naj­le­piej.

- Wszystko w porządku? - pyta. - Dziw­nie umil­kłeś.

- Nie. To zna­czy tak, w porządku. Mam nadzieję, że jest tak, jak mówisz.

- Zaufaj mi. Będzie dobrze. Ludzie będą gadać przez parę dni, kiedy zoba­czą twoje... - Patrzy na moje nad­garstki. - To. A potem zda­rzy się coś nowego. Dzi­siaj zain­te­re­so­wa­nie utrzy­muje się nie wię­cej niż dzie­sięć minut. Zobacz, jak reagują, kiedy w jakiejś szkole docho­dzi do strze­la­niny. Wszy­scy są zroz­pa­czeni naj­wy­żej przez dobę. Twit­tują i komen­tują, że trzeba temu zara­dzić. A potem prze­cho­dzą nad tym do porządku dzien­nego.

- Nie jestem pewien, czy to dobre - wtrą­cam. Nie wydaje mi się też, by moja próba samo­bój­cza dała się porów­nać do szkol­nej strze­la­niny, ale zacho­wuję to dla sie­bie.

- W tym wypadku tak.

Pota­kuję ruchem głowy, bo bar­dzo się cie­szę, że na­dal jeste­śmy przy­ja­ciółmi i nie chcę tego zepsuć. Wiem, że Allie nie brak wraż­li­wo­ści i nie pró­buje nic takiego zade­mon­stro­wać. Uważa, że w taki spo­sób mnie wspiera i to mnie powinno cie­szyć.

- Mogę zapy­tać, jak było? Cho­dzi mi o szpi­tal.

Czuję ulgę, że możemy zmie­nić temat. Poga­dać, jak zwy­kle.

- Było dziw­nie. Z początku strasz­nie. Ale potem zro­biło się lepiej. Kiedy prze­sta­łem ich prze­ko­ny­wać, że to nie jest miej­sce dla mnie.

- Bo nie jest - wtrąca Allie. - Wszystko z tobą w porządku. Nie jesteś jakimś świ­rem.

- Nie uży­wamy tego słowa - opo­nuję.

- Wiesz, co chcia­łam powie­dzieć. Że nie jesteś psy­cho­lem czy coś w tym stylu.

- Nie jestem. Ale pozo­stali też nie są. Każde z nas tra­fiło tam, żeby prze­pra­co­wać jakiś pro­blem.

- Opo­wiedz mi o nich - prosi Allie. - Na pewno dowie­dzia­łeś się cie­ka­wych rze­czy.

Myślę o ludziach, któ­rzy byli ze mną na oddziale. Czy chcia­łaby posłu­chać, jak Mar­tha roz­ma­wiała wyłącz­nie z plu­szo­wym kró­licz­kiem? A może o Juliet żyją­cej w świe­cie fan­ta­zji, gdzie jest dziew­czyną gwiazdy rocka? Jak by zare­ago­wała na opo­wieść o Sadie mają­cej obse­sję na punk­cie czło­wieka, który ją oca­lił przed uto­nię­ciem. Sadie, która była moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, gdy sądzi­łem, że stra­ci­łem przy­jaźń Allie. Może powi­nie­nem zacy­to­wać wiersz, który napi­sała o nas wszyst­kich w swoim liście samo­bój­czym.

- To po pro­stu nor­malni ludzie. Tacy jak ty czy ja.

Allie robi dziwną minę, jakby była roz­cza­ro­wana, że nie chcę jej wię­cej powie­dzieć. Ale zaraz się z tego otrząsa.

- Cie­szę się, że już stam­tąd wysze­dłeś.

- Ja też - mówię i patrzę na zegar na wyświe­tla­czu pie­kar­nika. - Muszę już iść. Powi­nie­nem wró­cić przed przy­jaz­dem mamy. Wciąż jest tro­chę nado­pie­kuń­cza.

- Odwio­zła­bym cię, ale mam tylko tym­cza­sowe prawko aspi­ru­ją­cego kie­rowcy. Za pół roku mogę być twoim szo­fe­rem.

- Dosko­nale. Kupię ci taki szy­kowny szo­fer­ski kasz­kiet.

Idziemy do przed­po­koju, gdzie wkła­dam płaszcz i buty.

- Do jutra - rzu­cam na poże­gna­nie. - Mama na pewno będzie chciała mnie odwieźć, więc raczej nie pojadę auto­bu­sem.

Allie pod­cho­dzi i jesz­cze raz mnie obej­muje.

- Będzie dobrze. A jeśli ktoś spró­buje ci dopiec, będzie miał do czy­nie­nia ze mną.

- Dzięki.

Wycho­dzę i wra­cam do domu pie­chotą. Robi się ciemno i zapa­liły się już latar­nie uliczne. Śnieg dalej pada, białe płatki tań­czą w świe­tle jak ćmy.

Cie­szę się, że byłem u Allie. Ulżyło mi, że mię­dzy nami wszystko w porządku. Jed­nak coś nie daje mi spo­koju. To jej spoj­rze­nie, kiedy powie­dzia­łem, że ludzie ze szpi­tala są tacy sami jak my. Wiem, że mi nie uwie­rzyła. Myśli, że ni­gdy nie znaj­dzie się w takim miej­scu, i cho­ciaż powie­działa, że ja też nie powi­nie­nem, nie mam co do tego pew­no­ści.

Jedną z rze­czy, któ­rych nauczy­łem się w szpi­talu, jest to, że ludzie - to zna­czy więk­szość - po pro­stu chcą, żeby wszystko było dobrze. Naj­czę­ściej zado­wa­lamy się w tej spra­wie pozo­rami, nawet jeśli rze­czywistość im prze­czy. Myślę, że tak prze­waż­nie funk­cjo­nu­jemy, igno­ru­jemy to, co nie jest w porządku tak długo, jak się da.

Chciał­bym wie­rzyć Allie, kiedy mówi, że mię­dzy nami nic się nie zmie­niło. Chciał­bym wie­rzyć w jej zapew­nie­nia, że nie będę miał wiel­kich pro­ble­mów z powro­tem do szkoły. Sam to powta­rzam wszyst­kim dookoła.

Dla­czego więc jakaś część mnie wciąż się tego boi? Dla­czego nie mogę przy­jąć, że dla Allie NAPRAWDĘ wszystko gra?

Wciąż szu­kam odpo­wie­dzi na to pyta­nie, kiedy pod­jeż­dża samo­chód. Szyba opusz­cza się i widzę twarz mamy.

- Pod­wieźć cię? - pyta.

Pra­wie odma­wiam. Mama zwy­kle nie jeź­dzi tą drogą, co ozna­cza, że pew­nie mnie szu­kała. A to ozna­cza, że wygłosi kaza­nie. Z dru­giej strony i tak będę musiał tego wysłu­chać, a jest zimno, więc mówię:

- Jasne.

Wsia­dam i zapi­nam pas.

- Nie szu­ka­łam cię - mówi mama, rusza­jąc. - Pre­zen­to­wa­łam dom przy Cover­dale i wra­cam krót­szą drogą. Pew­nie byłeś u Allie?

- Tak. Chcia­łem się z nią zoba­czyć przed szkołą.

Ocze­kuję, że mama znów zacznie mi uświa­da­miać, jakim okrop­nym pomy­słem wydaje się jej mój powrót do szkoły. Zamiast tego jed­nak mówi:

- I jak wam się udało spo­tka­nie?

- Świet­nie.

- To dobrze. Bar­dzo się cie­szę.

- Naprawdę? - pytam, zanim zdążę ugryźć się w język.

- Naprawdę. Wiem, że Allie jest dla cie­bie ważna. Cie­szę się, że mię­dzy wami jest wszystko dobrze.

- Ja też.

- I prze­pra­szam cię za dziś rano - cią­gnie. - Chcę tylko zadbać o twoje bez­pie­czeń­stwo. To zada­nie rodzica.

- Wiem. W porządku.

- Wcale nie. Bo nie jestem w sta­nie ci tego zapew­nić. Nie mogę kon­tro­lo­wać wszyst­kiego, co się dzieje na tym świe­cie. Nikt nie może.

Wydaje się czuć złość z tego powodu. I smu­tek. Chciał­bym popro­sić, żeby powie­działa coś wię­cej. Pró­buję sobie wyobra­zić, jak by to ujął dok­tor Kat­zru­pus.

Jed­nak wła­śnie pod­jeż­dżamy pod dom. Mama par­kuje na pod­jeź­dzie i wyłą­cza sil­nik. Potem wysiada bez słowa, idzie szybko do drzwi i wcho­dzi do środka.

Mam wra­że­nie, że coś się zadziało. Coś jesz­cze poza tym, że mama mnie prze­pro­siła. Jakby zaczęła mi coś opo­wia­dać, a potem zre­zy­gno­wała.

Cie­kawe, czy byłaby to opo­wieść o mnie, czy o niej?

Rozdział 6

- Jak wyglą­dam?

Amanda stoi w drzwiach mojego pokoju. Przy­gląda mi się z prze­krzy­wioną głową, jakby stu­dio­wała jakąś muze­alną rzeźbę.

- Co? - pytam, bo wydaje z sie­bie tylko chrząk­nię­cie.

- Od kiedy jesteś fanem sportu?

- Od ni­gdy. Dosta­łem ją od taty, a chyba wła­śnie zaczął się sezon... koszy­kówki?

- Hokeja.

Wzdy­cham i ścią­gam bluzę przez głowę, a potem odrzu­cam na stertę innych ciu­chów na łóżku.

- Załóż to, co zawsze - radzi Amanda. - Nie idziesz do nowej szkoły. Wszy­scy cię znają. Nie musisz robić dobrego wra­że­nia.

- Ale chciał­bym.

Pod­cho­dzę do szafy, żeby poszu­kać cze­goś jesz­cze, ale nic mi nie pasuje. Za bar­dzo mi zależy. Na koniec zdej­muję z wie­szaka ulu­bioną fla­ne­lową koszulę i wycią­gam z szu­flady koszulkę Lolly Dre­am­box. Zakła­dam ją, a potem koszulę. Nie zapi­nam guzi­ków.

- Tak lepiej?

Amanda pota­kuje ruchem głowy.

- To do cie­bie pasuje - kwi­tuje z apro­batą. - I nie sta­rasz się uda­wać kogoś innego.

Ma rację. Ubra­łem się jak zwy­kle. Poza tym dłu­gie rękawy koszuli zakryją więk­szość blizn. Nie sta­ram się ich spe­cjal­nie cho­wać, ale nie chcę, żeby wszy­scy się na nie gapili.

Dziw­nie się czuję, jak­bym szedł do szkoły po raz pierw­szy, a prze­cież więk­szość tych ludzi znam od lat. Już dawno zde­cy­do­wali, czy mnie lubią, czy nie. Fakt, że nie było mnie przez sie­dem tygo­dni, nie­wiele zmieni, nawet kiedy poznają powód mojej nie­obec­no­ści.

A może zmieni i to wła­śnie tym się dener­wuję? Nie chcę, by zaczęli mnie trak­to­wać ina­czej, bo wylą­do­wa­łem w psy­chia­tryku. Nie chcę ich współ­czu­cia ani spe­cjal­nej tro­ski. Chcę na­dal być Jef­fem. Nie Jef­fem Gejem ani Jef­fem Psy­cho­lem. Nie Jef­fem, który poca­ło­wał Burke'a na impre­zie u Rebeki Mil­ler. Po pro­stu... Jef­fem.

- Pospiesz się - mówi Amanda. - Czuję zapach bekonu.

Scho­dzę za nią do kuchni, gdzie tata smaży bekon pod czuj­nym nad­zo­rem Mum­forda. Na nasz widok nakłada jajecz­nicę na tale­rze.

- Jedz­cie szybko. Wycho­dzimy za dwa­dzie­ścia minut.

- Nie jedziemy z mamą? - Jestem zasko­czony.

Tata kręci prze­cząco głową.

- Musiała poje­chać do biura.

Co za ulga. Niby sobie wszystko wyja­śni­li­śmy, ale nie jestem tego do końca pewien. Szcze­gól­nie po ostat­niej roz­mo­wie w samo­cho­dzie. Chyba myśli, że mnie zawio­dła. Nie wie­dział­bym w czym i nie umiał­bym z nią o tym roz­ma­wiać.

Koń­czymy śnia­da­nie i wsia­damy do samo­chodu. Teraz kiedy naprawdę wra­cam do szkoły, czuję coraz więk­szy nie­po­kój. Gdy tata pod­jeż­dża na par­king, boję się już śmier­tel­nie, a serce wali mi tak gło­śno, że na pewno wszy­scy je sły­szą.

- Dasz radę? - pyta tata.

Pota­kuję ruchem głowy. Potem zaprze­czam.

- Nie wiem.

Ocze­kuję, że zapro­po­nuje powrót do domu i kolejne podej­ście jutro, poju­trze albo za tydzień. Jakaś część mnie chce usły­szeć, że już ni­gdy w życiu nie będę musiał tam przy­cho­dzić.

Ale tata mówi tylko:

- Pora­dzisz sobie. Ze wszyst­kim.

Odwra­cam się i patrzę mu w oczy.

- Tak - potwier­dzam, cho­ciaż brzmi to bar­dziej jak pyta­nie.

- Na pewno. Kocham cię. Mama też cię kocha. I Amanda.

- Ohyda - komen­tuje Amanda z tyl­nego sie­dze­nia. - Zaraz się porzy­gam.

Śmieję się, bo wiem, co chce naprawdę powie­dzieć. Tak, ona też mnie kocha.

- Wysia­damy - mówię, gdy dojeż­dżamy na miej­sce, i otwie­ram drzwi samo­chodu. - Pora już iść.

- Przy­je­chać po was po połu­dniu? - pyta tata.

- Tak! - rzuca Amanda, zanim zdążę odpo­wie­dzieć. Potem zamyka za mną drzwi, chwyta mnie za rękę i cią­gnie za sobą. - Nie wsiądę do tego głu­piego auto­busu, jeśli nie muszę.

Moja sio­stra przy­staje przed wej­ściem.

- Co jest? - pytam.

- Nic. Spraw­dzam tylko, czy na pewno wszystko w porządku.

Ści­skam jej rękę.

- Pora­dzę sobie.

Odwza­jem­nia uścisk, a potem mnie pusz­cza.

- Dobra. W razie czego wiesz, gdzie mnie zna­leźć.

Brzmi to tak doro­śle, że mam ochotę się roze­śmiać. Widzę jed­nak, że jest śmier­tel­nie poważna, więc dla odmiany chce mi się pła­kać.

Idziemy razem do drzwi i wcho­dzimy do środka. Amanda rusza do swo­jej klasy i zostaję sam. Zaczy­nam pani­ko­wać.

Przy­je­cha­li­śmy tro­chę wcze­śniej i kory­tarz jest jesz­cze pusty. Roz­glą­dam się po ścia­nach. Wiszą na nich pla­katy zapo­wia­da­jące zimowy bal, który ma się odbyć za dwa tygo­dnie, i zawia­do­mie­nia o piąt­ko­wym meczu dziew­czę­cej dru­żyny koszy­kówki. Jest też ogło­sze­nie o roz­po­czę­ciu prób do wio­sen­nego spek­ta­klu musi­calu Gre­ase.

Żaden z tych pla­ka­tów nie wisiał tu, kiedy byłem ostatni raz w szkole. Ostatni raz przed Incy­den­tem. Życie toczyło się nor­mal­nie, gdy prze­by­wa­łem w szpi­talu. Nie zatrzy­mało się z powodu mojej nie­obec­no­ści. Zdaje się, że mam wiele do nad­ro­bie­nia.

Sły­szę, jak otwie­rają się drzwi za moimi ple­cami, i nagle kory­tarz wypeł­nia się ludźmi, któ­rzy wysie­dli z pierw­szego auto­busu. Spi­nam się, kiedy się zbli­żają, ale więk­szość prze­cho­dzi obok obo­jęt­nie, omi­ja­jąc mnie jak skałę pośrodku stru­mie­nia. Szum ich gło­sów wypeł­nia całą prze­strzeń, w któ­rej toną moje myśli.

Z początku boję się, że ktoś mnie zauważy i się zatrzyma. Potem boję się, że nikt mnie nie zauważy. Nie wiem, co jest gor­sze. Zasta­na­wiam się nad tym, kiedy ktoś jed­nak się zatrzy­muje. To Shawna Bloor. Każ­dego roku spo­ty­kamy się na zaję­ciach w labo­ra­to­rium i kilka razy pra­co­wa­li­śmy w parze. Poza tym Shawna jest popu­larna w szkole, jest kapi­tanką dru­żyny che­er­le­ade­rek i nie mamy ze sobą wiele wspól­nego. Jestem zasko­czony, kiedy woła:

- Jeff! Wró­ci­łeś! - A potem łamie wszyst­kie reguły doty­czące oso­bi­stych gra­nic i po pro­stu mnie obej­muje.

- Cześć. - Kle­pię ją nie­zdar­nie po ramie­niu, bo mnie kom­plet­nie zasko­czyła. - Dobrze cię widzieć.

Wypusz­cza mnie z objęć.

- Nie masz poję­cia, jak się cie­szę, że cię widzę - mówi. - Kronk kazał nam prze­pro­wa­dzić mega­trudny eks­pe­ry­ment. Nie było cię, więc musia­łam pra­co­wać z War­re­nem Heaver­ma­nem. Wszystko pomie­szał i dosta­li­śmy cztery z minu­sem. Total­nie zani­żył mi ocenę. Ale teraz prze­cho­dzimy do nowego działu i skoro już jesteś, możemy być w parze. Gdzie się w ogóle podzie­wa­łeś? Ktoś mówił, że mia­łeś prze­szczep nerki. A może wątroby. Jakie­goś waż­nego narządu. Dobrze się czu­jesz?

- Tak. Niczego mi nie prze­szcze­piono. Wszyst­kie swoje narządy mam wła­sne.

Boję się, że Shawna zacznie mnie pytać, co się stało, ale tak się cie­szy na myśl o popra­wie­niu oceny z che­mii, że nie naci­ska.

- Do zoba­cze­nia na szó­stej lek­cji - rzuca na odchod­nym.

Coraz wię­cej ludzi woła mnie po imie­niu. Nie­któ­rzy przy­stają, żeby się przy­wi­tać. Inni tylko machają do mnie z daleka. W więk­szo­ści jed­nak mnie igno­rują. To mi pasuje. I nagle zdaję sobie sprawę, że stoję w tym samym miej­scu i jeśli się nie pospie­szę, spóź­nię się na pierw­szą lek­cję. Na angiel­ski.

Zauwa­żam od drzwi, że moje dawne miej­sce jest puste. W pierw­szym rzę­dzie, mię­dzy Allie i Cha­dem Dra­pe­rem. Chad już usiadł, ale Allie jesz­cze nie ma. Sia­dam obok Chada, który jest zasko­czony.

- Cześć, zio­mek. Wró­ci­łeś - mówi.

- Fakt. Co stra­ci­łem?

Chad poka­zuje mi książkę.

- Fran­ken­ste­ina - mówi. - Mary Shel­ley. Cał­kiem nie­zła. Wie­dzia­łeś, że Fran­ken­stein to nazwi­sko naukowca, nie potwora?

Nie mam szans potwier­dzić, bo nauczy­ciel angiel­skiego, pan Zhao, pod­cho­dzi do naszej ławki i podaje mi egzem­plarz.

- Witamy z powro­tem - mówi.

- Dzię­kuję. - Biorę od niego książkę.

Czy­tam pierw­szą stronę, kiedy Allie opada na krze­sło obok mnie.

- Jak ci idzie? - pyta.

- Na razie w porządku.

Uśmie­cha się.

- Mówi­łam, że będzie dobrze. Nic wiel­kiego się nie stało.

Kiwam głową. Do tej pory wszystko prze­biega dziw­nie nor­mal­nie. Tego wła­śnie chcia­łem. Jak­bym ni­gdy nie znik­nął ze szkoły i to byłby pierw­szy dzień po impre­zie u Rebeki, na któ­rej nie wyda­rzyło się nic, o czym warto by roz­ma­wiać.

Odzywa się dzwo­nek i pan Zhao mówi:

- Okej. Na ostat­niej lek­cji omó­wi­li­śmy kilka wąt­ków poru­szo­nych przez Mary Shel­ley we Fran­ken­ste­inie. Jeden z nich nazwa­li­śmy nie­bez­pieczną wie­dzą. Co to zna­czy?

- Że są pyta­nia, na które nie powin­ni­śmy szu­kać odpo­wie­dzi? - pod­suwa Allie.

- Dobrze. Na przy­kład jakie?

- Wik­tor chce się prze­ko­nać, czy potrafi stwo­rzyć życie - cią­gnie Allie. - To jest jego pyta­nie. Tyle że osta­tecz­nie stwa­rza potwora.

- I dla­tego ni­gdy nie powi­nien był go zada­wać?

Allie chce odpo­wie­dzieć, ale pan Zhao ją powstrzy­muje.

- Może ktoś inny ma prze­my­śle­nia na ten temat. Ran­kin?

Kiedy pan Zhao wypo­wiada to imię - Ran­kin - w pierw­szej chwili myślę, że się prze­sły­sza­łem. Nie ma nikogo takiego w naszej kla­sie, a jedyna znana mi osoba, która je nosi, po pro­stu nie może tu być. Ostat­nim razem widzia­łem ją w szpi­talu.

- Nie wiem - odzywa się głos.

Znam ten głos. Wiem, do kogo należy. Ale wciąż nie mogę w to uwie­rzyć. Odwra­cam głowę, uda­jąc, że roz­luź­niam szyję i zer­kam przez ramię.

Kilka ławek za mną sie­dzi Ran­kin. To rząd zwy­kle zaj­mo­wany przez gości z dru­żyny fut­bo­lo­wej. Ran­kin wci­snął się mię­dzy Tra­visa Whit­comba i LeShauna Cle­avesa. Wygląda dokład­nie tak, jak kiedy widzia­łem go po raz ostatni, czyli parę tygo­dni temu. Po tym, jak upra­wia­li­śmy seks. Powie­dział mi póź­niej, że nie jest gejem, a to, co zro­bi­li­śmy, nie ma więk­szego zna­cze­nia.

Dla mnie jed­nak miało. Bar­dzo wiel­kie. To był mój pierw­szy raz. Ran­kin został ode­słany do domu z powodu tego, co mię­dzy nami zaszło. Ja zosta­łem, bo dzięki temu otwo­rzy­łem się przed Kacem i zaczą­łem roz­ma­wiać o praw­dzi­wych powo­dach, dla któ­rych wylą­do­wa­łem w szpi­talu.

Te wszyst­kie myśli prze­bie­gają mi przez głowę w cza­sie krót­szym niż sekunda, kiedy zer­kam na Ran­kina i się odwra­cam.

- Ejże. Pomyśl tro­chę - zachęca pan Zhao. - Czy są pyta­nia, któ­rych nie powin­ni­śmy zada­wać? Czy ist­nieją rze­czy, któ­rych nie powin­ni­śmy się sta­rać poznać?

- Chyba tak - mówi Ran­kin. - Może.

Przy­cho­dzi mi na myśl kilka pytań, które on powi­nien zadać sobie. Ale to, na które sam chciał­bym dostać odpo­wiedź, brzmi: "Co on robi na mojej lek­cji angiel­skiego?".

Pan Zhao rezy­gnuje z uzy­ska­nia sen­sow­nej odpo­wie­dzi od Ran­kina i zwraca się do kolej­nej osoby. Ale się wyłą­czam. W mojej gło­wie kłębi się zbyt wiele myśli, zbyt wiele pytań. Czy Ran­kin teraz patrzy na mnie z tyłu? Czy jest rów­nie zasko­czony tym spo­tka­niem jak ja?

Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wraca mnie dzwo­nek obwiesz­cza­jący koniec lek­cji. Pan Zhao pod­cho­dzi, kiedy pakuję książki do torby.

- Jeff, mogę z tobą zamie­nić słowo?

- Tak? - zasta­na­wiam się, czego on może ode mnie chcieć.

Nie odpo­wiada, tylko przy­wo­łuje Ran­kina, który pod­cho­dzi i staje obok mnie. Nie patrzymy na sie­bie.

- Jeff, wiem, że dopiero wró­ci­łeś - mówi pan Zhao. - Ale wiem też, że bar­dzo szybko czy­tasz. Na pewno w mig pochło­niesz Fran­ken­ste­ina. Zada­łem wam pracę na temat tej książki i popro­si­łem, żeby­ście przy­go­to­wali ją w parach. Każda dwójka ma się zasta­no­wić nad jed­nym tema­tem i zająć sta­no­wi­sko w dys­ku­sji, pod­pie­ra­jąc się argu­men­ta­cją autorki. Ponie­waż Ran­kin wła­śnie został do nas prze­nie­siony, też nie ma jesz­cze pary. Chciał­bym, żeby­ście popra­co­wali razem nad kwe­stią, którą poru­szy­li­śmy na lek­cji. Nie­bez­pieczna wie­dza i to, czy są pyta­nia, na które nie powin­ni­śmy szu­kać odpo­wie­dzi. Co wy na to?

Chcę wypa­lić, że to naj­gor­szy pomysł w dzie­jach świata. Ale nie mogę nie zgo­dzić się na pro­po­zy­cję pana Zhao, żeby nie robić zbęd­nej dramy.

- Jasne - mówię, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Jeff jest jed­nym z moich naj­lep­szych uczniów - wyja­śnia Ran­ki­nowi nauczy­ciel. - Będzie ci się z nim dobrze współ­pra­co­wało.

- Tak - rzuca Ran­kin. - Faj­nie.

- Świet­nie. Sami usta­li­cie szcze­góły.

Ran­kin odwraca się i wycho­dzi z klasy. Idę za nim. Kiedy dołą­cza do Tra­visa i LeShauna, pod­cho­dzi do mnie Allie.

- O co cho­dziło?

- Pan Zhao chciał, żebym pra­co­wał w parze z tym nowym.

- Przy­kro mi. Mogłam mu powie­dzieć, że na cie­bie pocze­kam. Ale nie wie­dzia­łam, że wra­casz. Ten gość to mię­śniak, pił­karz. Pew­nie będziesz musiał odwa­lić całą robotę sam. Co ozna­cza, że dosta­nie­cie piątki. Przy­naj­mniej jakoś wygląda.

- Co?

Allie musiała usły­szeć złość w moim gło­sie, bo robi taką minę, jakby czuła, że powie­działa coś nie­sto­sow­nego.

- Prze­pra­szam. Jest za wcze­śnie, żeby­śmy roz­ma­wiali o przy­stoj­nych chło­pa­kach?

- Nie. W porządku. - Nie wiem, co jej powie­dzieć. Nie mogę przy­znać, że znam Ran­kina, a już na pewno, jak dobrze, choć pew­nie by ją to zachwy­ciło. Nie mogę łamać szpi­tal­nych reguł dys­kre­cji. Poza tym wsty­dzę się tego. Pytam więc:

- Wiesz coś o nim?

Allie zaprze­cza ruchem głowy.

- Wiem tylko, że został prze­nie­siony kilka tygo­dni temu i że gra w fut­bol. Ma też fajne imię. Ran­kin. Podoba mi się.

Chrzą­kam i ruszam do kolej­nej klasy. Allie idzie za mną.

- Hej. Mam pewien pomysł. Wiesz, że nie­długo będzie zimowy bal?

- Wiem.

- Powin­ni­śmy pójść razem.

- Ty i ja?

- Ty, ja i Burke - mówi Allie. - To zna­czy jestem już z nim umó­wiona, ale powi­nie­neś do nas dołą­czyć.

- Nie wydaje ci się to dziwne? - pytam, bo tak jest.

- Mnó­stwo ludzi przy­cho­dzi bez pary. Poza tym poka­żemy wszyst­kim, że nic wiel­kiego się nie wyda­rzyło. No wiesz. Że mię­dzy nami wszystko gra.

Wciąż myślę o Ran­ki­nie, więc tylko wzru­szam ramio­nami.

- Spoko. Zasta­no­wię się nad tym.

Zbli­żamy się do sali mate­ma­tycz­nej, gdzie mam lek­cję, a Allie musi iść na histo­rię, nie muszę więc kon­ty­nu­ować tematu.

Dzień mija mniej wię­cej tak samo jak każdy inny w szkole. Mnó­stwo ludzi mówi mi, że się ucie­szyli na mój widok. Nauczy­ciele dają mi zada­nia, żebym nad­ro­bił zale­gło­ści. Kilka osób rzuca mi dziwne spoj­rze­nia, cza­sem ktoś coś szep­cze, ale nie wiem, czy na mój temat. Ogól­nie jest w porządku.

Przed szó­stą lek­cją w labo­ra­to­rium che­micz­nym idę do toa­lety. Przed pisu­arem stoi Ran­kin. Koń­czy sikać i odwraca się, zanim zdo­łam wejść do kabiny.

- Cześć - mówi. - Powin­ni­śmy poroz­ma­wiać.

- Zaraz mam lek­cję. Póź­niej poga­damy o pracy.

Roz­gląda się, zagląda nawet do kabin, by upew­nić się, że jeste­śmy sami.

- Nie cho­dzi mi o tę głu­pią pracę.

- Słu­chaj. Nikomu nie powiem o... skąd się znamy.

- To dobrze. Wiesz, że w ogóle nie powi­nie­nem był tam się zna­leźć.

Nie odpo­wia­dam. Nie­wiele o nim wiem, nie sły­sza­łem, jak tra­fił na oddział psy­chia­tryczny. Wiem tylko, co wyda­rzyło się mię­dzy nami, gdy tam prze­by­wał, i na mój gust ma sporo do prze­pra­co­wa­nia. Nie sądzę jed­nak, że aku­rat teraz powi­nie­nem poru­szać ten temat.

- W porządku - dodaje, jak­by­śmy roz­wią­zali jakąś ważną kwe­stię. - Lecę.

Wycho­dzi. Sikam, a potem idę do labo­ra­to­rium, bo już sły­chać dzwo­nek. Shawna wyma­chuje do mnie entu­zja­stycz­nie, więc pod­cho­dzę do jej sta­no­wi­ska.

- Cześć, part­ne­rze. Gotowy zgłę­biać wie­dzę?

- Nie mogę się docze­kać.

Podaje mi instruk­cje do eks­pe­ry­mentu. Odsu­wam roz­my­śla­nia o Ran­ki­nie i sku­piam się na zada­niu. Miło jest pra­co­wać nad czymś, co ma roz­wią­za­nie.

W prze­ci­wień­stwie do reszty mojego życia.

Rozdział 7

- No i? - pyta dok­tor Kat­zru­pus. - Jak poszło?

Umó­wi­li­śmy się na sesję online, żeby omó­wić mój pierw­szy dzień w szkole. Patrząc na jego twarz na ekra­nie kom­pu­tera, zasta­na­wiam się nad odpo­wie­dzią.

- Chyba dobrze. To zna­czy poszło dobrze. Wszy­scy byli dla mnie mili i czu­łem się naprawdę nor­mal­nie. - Waham się chwilę, czy powie­dzieć mu wszystko. - Ale coś mnie wytrą­ciło z rów­no­wagi. W szkole poja­wił się Ran­kin.

Kac unosi brew, co u niego ozna­cza silną reak­cję.

- To zaska­ku­jące.

- Więc nie wie­dział pan, że prze­nie­siono go do mojej szkoły?

- Nie. Od chwili opusz­cze­nia szpi­tala prze­stał być moim pacjen­tem.

- No więc prze­nie­siono go. Zapewne jego rodzice uznali, że łatwiej mu będzie zacząć od nowa gdzieś, gdzie nikt go nie zna. Iro­nia losu, co?

Ale Kac się nie śmieje. Pyta tylko:

- Jak się poczu­łeś na jego widok?

- Dziw­nie - przy­znaję. - Z dru­giej strony nor­mal­nie. Nie powie­dział ani nie zro­bił niczego, co mogłoby mnie zde­ner­wo­wać. Sam też chyba nie ma z tym pro­blemu. Pra­cu­jemy w parze nad zada­niem z angiel­skiego.

Dok­tor znów unosi brew.

- Nie pro­si­li­śmy o to - wyja­śniam. - To była decy­zja pana Zhao. Nie wie, że się znamy, a ja nie chcia­łem go wta­jem­ni­czać.

- Jak się z tym czu­jesz?

Śmieję się.

- To rów­nie dziwne, jak cała reszta tej histo­rii. Nie mam z tym pro­blemu. Dla­czego pan pyta? Powi­nie­nem się sprze­ci­wić?

- Ty i Ran­kin prze­ży­li­ście coś waż­nego - mówi ostroż­nie Kac. - Nie mie­li­ście szansy tego prze­pra­co­wać, bo on został wypi­sany.

- Sądzi pan, że powi­nie­nem popro­sić pana Zhao o zmianę part­nera?

- Nie powiem ci, co masz robić. Przy­po­mi­nam tylko, że nasze uczu­cia bywają zaska­ku­jące.

- Pro­szę mi wie­rzyć, że pamię­tam, co się stało. I naprawdę myślę, że sobie z tym pora­dzę. Nie zro­bię nic głu­piego.

Kac kiwa głową.

- Wiesz, że możesz ze mną roz­ma­wiać o wszyst­kim, co się wyda­rzy.

- Wła­ści­wie to mi go żal - mówię. - Z tego, co mówił w szpi­talu, nie ma od nikogo wspar­cia. Moja mama zacho­wuje się cza­sem dziw­nie, ale wiem, że mnie kocha i chce, żebym był szczę­śliwy. Jego rodzina ocze­kuje, że będzie uda­wał, iż wszystko jest w porządku.

Wiem, że dok­tor Kat­zru­pus musi znać powód, dla któ­rego Ran­kin zna­lazł się w szpi­talu, i wie­dzieć cokol­wiek o jego sytu­acji rodzin­nej. Wiem też, że mi tego nie powie. I nie mówi.

- Pamię­taj, że musisz dbać przede wszyst­kim o swoje dobre samo­po­czu­cie. Poma­ga­nie innym nie jest twoim zada­niem.

- Nie jestem tego pewien. Sądzę, że sporo się od pana nauczy­łem. Może mógł­bym sobie dora­biać udzie­la­niem porad kole­gom.

- To byłoby wysoce nie­etyczne - oznaj­mia Kac, ale widzę, że bar­dzo się stara nie roze­śmiać, bo drgają mu kąciki ust.

- Może pocze­kam z tym do ukoń­cze­nia stu­diów.

- Myślisz o pracy tera­peuty?

- A sądzi pan, że był­bym w tym dobry? Pozna­łem już pierw­szą zasadę tera­pii, czyli odpo­wia­da­nie pyta­niem na pyta­nie. Spraw, żeby to pacjent mówił.

- Sądzę, że możesz być, kim zechcesz - mówi dok­tor.

Udaję, że mam odruch wymiotny.

- To zabrzmiało jak slo­gan z pla­katu moty­wa­cyj­nego. Zaraz zro­bię scre­en­shota z pań­ską twa­rzą, wydru­kuję i powie­szę na ścia­nie, by zer­kać na niego, kiedy będę potrze­bo­wał wspar­cia.

- Jak sobie życzysz. Chcia­łem ci przy­po­mnieć, że jutro wie­czo­rem spo­tyka się grupa wspar­cia. Pój­dziesz?

- Chciał­bym. Mówił pan, że roz­ma­wiał o tym z rodzi­cami? Kon­kret­nie z mamą?

Kac potwier­dza ruchem głowy.

- Wspo­mnia­łem też Fox, że możesz się poja­wić.

- W takim razie pójdę.

W tej chwili roz­mowę prze­rywa nam dzwo­nek do drzwi.

- Jestem sam w domu. Powi­nie­nem spraw­dzić, kto przy­szedł. Poczeka pan?

- Myślę, że możemy na tym zakoń­czyć sesję. Gra­tu­luję uda­nego pierw­szego dnia w szkole. Poroz­ma­wiamy w przy­szłym tygo­dniu.

- Dzięki. To do przy­szłego tygo­dnia.

Roz­łą­czam się i scho­dzę na dół. Otwie­ram drzwi i odkry­wam ze zdzi­wie­niem, że przy­szła Allie. Jesz­cze bar­dziej zaska­kuje mnie to, że obok niej stoi Katya Pin­ski. Katya jest w star­szej kla­sie i chyba ni­gdy wcze­śniej się do mnie nie ode­zwała.

- Cześć - wita się Allie. - Możemy wejść?

- Jasne. - Odsu­wam się, żeby je prze­pu­ścić.

Zamy­kam drzwi i idę do kuchni. Allie i Katya też wcho­dzą i sia­dają przy kuchen­nym stole.

- Chcemy z tobą o czymś poga­dać - zaczyna Allie.

- Okej - mówię z rezerwą.

- To nic strasz­nego. Prze­ciw­nie. Zresztą Katya ci to wyja­śni.

- Wiesz, że wysta­wiamy w tym roku Gre­ase, prawda? - pyta.

Kiwam głową.

- Widzia­łem pla­kat na kory­ta­rzu.

- Reży­se­ruję ten spek­takl - mówi Katya. - To mój pro­jekt dyplo­mowy na zaję­cia z teatru u pana Mor­gana. Dora­dza mi, ale głów­nie pra­cuję sama.

- Super - rzu­cam, choć wciąż nie wiem, po co do mnie przy­szły.

- Allie twier­dzi, że znasz sce­na­riusz.

Śmieję się.

- Bo zmu­szała mnie do oglą­da­nia tego filmu z osiem­dzie­siąt razy.

- W takim razie wiesz, że nie nie­sie naj­lep­szego prze­sła­nia - mówi Katya. - To zna­czy jest zabawny. I kiedy Sandy przy­cho­dzi na bal w nowej fry­zu­rze, obci­słych spodniach i tak dalej, wszy­scy są zachwy­ceni. Ale to prze­cież straszne powie­dzieć ludziom: zmień­cie coś w sobie, jeśli chce­cie się komuś spodo­bać.

- Zga­dzam się.

- Ten moment, kiedy Sandy i Danny śpie­wają You Are The One That I Want na roz­chy­bo­ta­nej plat­for­mie, jest jed­nak super - wtrąca z wes­tchnie­niem Allie. - Poza tym Danny też się zmie­nia. Żeby zaim­po­no­wać Sandy, zdo­bywa szkolną bluzę bejs­bo­lówkę.

- A jed­nak... - Katya zerka kar­cąco na Allie.

- A jed­nak - powta­rza Allie, choć nie wygląda, żeby się z nią do końca zga­dzała.

- Do rze­czy - podej­muje Katya. - Wysta­wiamy ten musi­cal, bo zawsze jest reper­tu­aro­wym pew­nia­kiem i bilety świet­nie się sprze­dają. To ważne, bo tego­roczne zyski prze­ka­żemy lokal­nym orga­ni­za­cjom cha­ry­ta­tyw­nym. To był mój pomysł.

- Faj­nie.

- Bar­dzo faj­nie - pod­kre­śla Katya. - Zysk z jed­nego wie­czoru pój­dzie na schro­ni­sko dla zwie­rząt, z dru­giego na bank żyw­no­ści. Takie rze­czy. To spo­sób na zbie­ra­nie fun­du­szy i zain­te­re­so­wa­nie ludzi pro­ble­mami spo­łecz­nymi.

- Spryt­nie. Ale do czego ja jestem wam potrzebny?

- Chcia­ła­bym prze­zna­czyć część zysku także na orga­ni­za­cje queerowe - mówi Katya. - Moja cio­cia jest les­bijką, więc to dla mnie ważne. Poza tym to istotne dla spo­łe­czeń­stwa.

Wciąż nie odpo­wie­działa na moje pyta­nie. Cze­kam na dal­sze wyja­śnie­nia.

- To także oka­zja, by pod­nieść ważną kwe­stię - cią­gnie Katya. - Taką, która, mam nadzieję, da ludziom do myśle­nia.

- Jaką?

- Jak już mówi­łam, Gre­ase jest spek­ta­klem kome­dio­wym. Ale jego prze­sła­nie, szcze­gól­nie dla dziew­czyn, nie jest wzmac­nia­jące. Na początku chcia­łam prze­ro­bić sce­na­riusz, aby Sandy nie musiała stać się nową sobą, by zaim­po­no­wać Danny'emu. Myśla­łam też, że mogłaby wygło­sić dłuż­szy mono­log o tym, iż takie uda­wa­nie kogoś innego to głu­pota. Pro­blem w tym, że nie można zmie­niać sce­na­riusza bez zgody licen­cjo­daw­ców. A oni ni­gdy tego nie klepną. Przy­szedł mi więc do głowy lep­szy plan.

- Lep­szy? Czyli jaki?

Katya i Allie uśmie­chają się do sie­bie. A potem patrzą na mnie.

- Zro­bimy z Sandy chło­paka - mówi Katya.

- Chło­paka?

Obie pota­kują.

- Czy to nie świetny pomysł? - pyta Allie.

Zasta­na­wiam się nad tym przez chwilę.

- Więc Sandy i Danny to chłopcy?

- Dokład­nie - potwier­dza Katya. - Total­nie trans­gre­syjne.

- Na pewno. No dobrze. A czy Sandy wciąż chce się zmie­nić, żeby podo­bać się Danny'emu?

- Tak - mówi Katya. - Nie możemy prze­pi­sać na nowo sce­na­riu­sza. Ale jeśli zro­bimy z Sandy chło­paka, wszy­scy sku­pią się na tym aspek­cie i kwe­stia zmie­nia­nia się dla zyska­nia popu­lar­no­ści zej­dzie na dal­szy plan. Spra­wimy, że publicz­ność prze­my­śli swoje nasta­wie­nie do zako­cha­nych.

Nie jestem co do tego prze­ko­nany. Cho­ciaż pomysł brzmi inte­re­su­jąco. Wciąż jed­nak nie znam odpo­wie­dzi na naj­waż­niej­sze pyta­nie.

- Co to ma wspól­nego ze mną?

- Myśla­łam, że to oczy­wi­ste - mówi Katya. - Chcę, żebyś to ty zagrał Sandy.

- Ja?

Wybu­cham śmie­chem.

- To dosko­nały pomysł - popiera ją Allie. - Umiesz na pamięć wszyst­kie kawałki. Pew­nie też znasz więk­szą część sce­na­riu­sza. Będziesz w tym świetny.

Potrzą­sam głową.

- Nie jestem akto­rem. Ani woka­li­stą. Poza tym pan Mor­gan ni­gdy się nie zgo­dzi.

- To prawda - przy­znaje Katya. - Ale nie musi o tym wie­dzieć. Mam plan. W jed­nym ze spek­ta­kli szansę dostają duble­rzy. Każdy z nich może wystą­pić i zapro­sić na przed­sta­wie­nie rodzinę. W tym roku będzie to wła­śnie spek­takl z Sandy i Dan­nym, któ­rzy są gejami. To ma sens, bo zyski prze­zna­czymy na orga­ni­za­cję queerową.

Zaczy­nam rozu­mieć.

- Czyli wer­sja gejow­ska będzie wysta­wiona tylko raz?

- Wiem, że dużo bar­dziej eks­cy­tu­jące byłoby przy­go­to­wa­nie tylko gejow­skiej wer­sji - mówi Katya. - Ale to nie przej­dzie. Zróbmy więc cho­ciaż jeden taki wie­czór. Kiedy wszy­scy się zorien­tują, co zapla­no­wa­li­śmy, będzie za późno. - Milk­nie na chwilę. - Taką mam nadzieję. Bo nie sądzę, by nam prze­rwali. Byłoby to prze­ja­wem homo­fo­bii i tylko umoc­niło naszą rację.

- Pan Mor­gan nie zorien­tuje się, że dubluję Sandy?

- Już to prze­my­śla­ły­śmy - wtrąca Allie. - Nie będziesz dublo­wał Sandy, tylko Danny'ego. Rolę Sandy będę odgry­wała ja. W ten spo­sób nie wzbu­dzimy żad­nych podej­rzeń.

- Nie powiemy nawet całej obsa­dzie - dodaje Katya. - Aż do tego wie­czoru. Nie możemy ryzy­ko­wać, że ktoś przy­pad­kowo popsuje nam efekt.

- A jeśli akto­rzy się nie zgo­dzą? - pytam.

- Wybra­łam tylko tych, co do któ­rych jestem pewna - odpo­wiada Katya.

To nie brzmi jak sta­ran­nie prze­my­ślany plan, ale nie mówię tego gło­śno.

- Jeśli ofi­cjal­nie dubluję Danny'ego, to kto go zagra tego wie­czoru?

- Moim zda­niem powinna to zro­bić Allie - mówi Katya. - Będzie jesz­cze bar­dziej gen­der-queer.

- To chyba jed­nak powi­nien być chło­pak - nie zga­dza się Allie. - Tak będzie bar­dziej reali­stycz­nie. Może ten, który zagra Danny'ego we wszyst­kich spek­ta­klach.

- Myśla­łaś już o kimś?

- Pew­nie ktoś ze star­szego rocz­nika, jak zwy­kle - mówi Katya. - Nie wiem, kto się w tym roku zgłosi do tej roli. Możemy wyko­rzy­stać do naszej wer­sji osobę gra­jącą Danny'ego albo kogoś innego, kto też bie­rze udział w spek­ta­klu. Zoba­czę, kto przyj­dzie na prze­słu­cha­nia.

- Co ty na to? - pyta Allie. - Fajny pomysł, prawda?

- Tak - mówię. - Chyba tak. Nie wiem tylko, czy dam sobie radę na sce­nie. Wpraw­dzie lubię śpie­wać pod prysz­ni­cem, ale...

- Sły­sza­łam twoje wyko­na­nie tych kawał­ków - prze­rywa mi Allie. - Jesteś wię­cej niż dobry.

- Dzięki... - mru­czę z powąt­pie­wa­niem.

- Gre­ase to jeden z tych musi­cali, z któ­rymi każdy by sobie pora­dził - uspo­kaja mnie Katya. - Więk­szość nume­rów śpie­wają wszy­scy. Sandy i Danny mają tylko parę soló­wek. Na pewno będziesz świetny.

Nie sły­szała, jak śpie­wam, więc nie rozu­miem, skąd ta pew­ność.

- No nie wiem.

Allie patrzy na mnie.

- Myśla­łam, że będziesz bar­dziej entu­zja­styczny. Masz oka­zję zro­bić coś naprawdę świet­nego.

Ma rację. Ale udział w tym przed­się­wzię­ciu postawi mnie w świe­tle reflek­to­rów dosłow­nie i nie tylko. A pla­no­wa­łem nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Wyobra­żam sobie reak­cję mamy i wiem, że nie będzie zachwy­cona.

- Nie musisz się zga­dzać, jeśli nie chcesz - mówi Allie.

Wydaje się jed­nak tro­chę roz­cza­ro­wana, jakby wła­śnie wrę­czyła mi wyko­nany wła­sno­ręcz­nie pre­zent, a ja nie zare­ago­wa­łem zgod­nie z jej ocze­ki­wa­niem. Poza tym wystar­cza­jąco ją już roz­cza­ro­wa­łem.

- Rezy­gnu­jąc, zawie­dziesz jedy­nie całą queerową spo­łecz­ność - dorzuca Katya.

Wiem, że to żart - w każ­dym razie tak myślę - a mimo to wpę­dza mnie w poczu­cie winy. Powinno mi zale­żeć na akcep­ta­cji samego sie­bie jako geja. Może to mi pomoże.

- Uwa­żam, że pomysł jest super - mówię, zanim zdążę zmie­nić zda­nie. - Naprawdę. Zga­dzam się.

Allie roz­pro­mie­nia się jak cho­inka w Boże Naro­dze­nie. Pisz­czy rado­śnie, a potem rzuca mi się w ramiona.

- Wie­dzia­łam, że się zgo­dzisz. Będziemy się rewe­la­cyj­nie bawić. Razem z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem zro­bię coś, o czym ludzie będą mówili LATAMI.

- Chyba że nas za to wyrzucą ze szkoły.

- Zwłasz­cza jeśli nas wyrzucą. Ale nie zro­bią tego. To by źle wpły­nęło na jej opi­nię.

Wydaję z sie­bie nie­zro­zu­miałe mruk­nię­cie. Chciał­bym być rów­nie prze­ko­nany jak ona. Ale już się zgo­dzi­łem.

- Świet­nie - cie­szy się Katya. - Prze­słu­cha­nia zaczy­nają się w ponie­dzia­łek.

- Sądzi­łem, że już mam tę rolę.

- Masz. Ale musisz się poja­wić na prze­słu­cha­niu. Nie mogę ci jej tak po pro­stu dać. To wzbu­dzi­łoby podej­rze­nia, czego sta­ramy się unik­nąć. Zaśpie­wasz Sandy, czyli solowy numer Danny'ego. Prze­ćwicz go sobie przez week­end. Muszę już lecieć. Mam mnó­stwo rze­czy do zro­bie­nia przed roz­po­czę­ciem prze­słu­chań.

Żegna się i wycho­dzi. Allie zostaje.

- Dobra - mówi. - Prze­ćwiczmy nasz kawa­łek. Nie chcę, żebyś naro­bił mi wstydu.

- Mówi­łaś, że świet­nie śpie­wam! - pro­te­stuję.

- Mówi­łam, że jesteś WIĘ­CEJ NIŻ DOBRY - przy­po­mina, bio­rąc mnie za rękę i cią­gnąc na schody.

- To koniec. Dzwo­nię do swo­jego agenta.

- Ja jestem twoją agentką - śmieje się Allie. - Do roboty.

Wzdy­cham dra­ma­tycz­nie.

- Jeśli chcesz, żebym ci podzię­ko­wał publicz­nie na roz­da­niu nagród Tony, musisz być dla mnie mil­sza.

Gło­śno pry­cha.

- Dalej, Benie Plat­cie, robota czeka.