Rozdział 8
- To tutaj?
Jest piątek i tata odwozi mnie na pierwsze spotkanie z grupą queerowej
młodzieży. Stuka palcem w ekran GPS.
- Według Majel to właściwe współrzędne.
Majel to imię, które nadał kobiecemu głosowi w nawigacji. To imię
aktorki - Majel Barrett - która użyczała głosu komputerowi pokładowemu w oryginalnej serii Star Treka i niektórych powiązanych z nią filmach.
Tata uważa, że to potwornie śmieszne.
Patrzę przez szybę samochodu na dom, przed którym zaparkowaliśmy. To
wielka posesja w stylu wiktoriańskim, z dwoma piętrami, wieżą z boku i zbyt wieloma oknami, bym mógł je policzyć. Front jest jasnozielony z ciemnozielonymi, żółtymi i brązowymi akcentami, które dostrzegam w szybko gasnącym świetle zimowego popołudnia.
Nie wiem, jak powinien wyglądać ośrodek społeczności LGBTQ, ale moim
zdaniem na pewno nie tak. Ten przypomina czyjś dom. A jednak numer
widniejący na belce werandy odpowiada temu, który podał nam doktor
Katzrupus, więc otwieram drzwi samochodu.
- Chcesz, żebym tam z tobą wszedł? - pyta tata.
- Dam sobie radę.
- Przyjadę po ciebie o ósmej. Baw się dobrze!
Zamykam drzwi i patrzę, jak odjeżdża. Cieszę, że to on mnie tu
przywiózł, a nie mama. Na pewno upierałaby się, żeby ze mną wejść. I pewnie zostać.
Odwracam się i wchodzę po schodach na werandę. Na ścianie obok drzwi
wisi drewniana tabliczka z napisem KĄT CAM. Litery są złote, a tło
ciemnozielone. Wygląda na ręczną robotę.
Obok drzwi znajduje się guzik, który wciskam. W środku odzywa się
dzwonek. Potem słyszę tupot stóp po stopniach i ktoś otwiera drzwi.
Wygląda przez nie osoba w moim wieku. Jest trochę niższa ode mnie, o skórze w barwie głębokiej czerni. Nosi krótkie włosy pofarbowane na
wspaniały topazowożółty kolor.
- Hej - mówi.
- Cześć. Jestem Jeff. Przyszedłem na spotkanie grupy młodzieżowej.
Osoba się uśmiecha.
- Fajnie. Ktoś nowy. Właź.
Wchodzę do środka, a ona zamyka za mną drzwi.
- Witamy w Kącie Cam. Jestem Nansi.
- Nancy? - Nie jestem pewien, czy dobrze usłyszałem.
- Blisko. Nan-si. Jak Anansi, bóg żartowniś ludu Akan.
- Nansi - poprawiam się.
Osoba kiwa głową.
- Powiedziałeś, że jesteś Jeff?
- Tak - potwierdzam, rozglądając się po domu. - I nie mam nic wspólnego
z triksterskim bogiem.
Nansi robi sztucznie podejrzliwą minę.
- Właśnie to powiedziałby bóg żartowniś.
Na ścianie przy schodach wisi duże, oprawione czarno-białe zdjęcie
przedstawiające kogoś stojącego na schodach tego domu, który na
fotografii wygląda jednak zupełnie inaczej. Jest niemal kompletnie
zrujnowany. Wiele okien jest rozbitych, a dach wieży się zapada. Farba
odłazi, a teren wokół domu zarasta wysokimi jak weranda chwastami.
Jednak osoba stojąca na schodach się uśmiecha. Ma na sobie dżinsy i białą podkoszulkę. Podwinięte rękawy koszuli podkreślają umięśnione
ramiona pokryte tatuażami. Ciemne włosy są krótko ostrzyżone - prawie
jak u rekruta - a za uchem trzyma zatkniętego papierosa.
- To Cam - informuje Nansi. - W dniu, kiedy kupiła ten dom.
- Kupiła?
Nansi wybucha śmiechem i wiem, że popełniłem gafę.
- Przepraszam. Nie chciałem...
- W porządku. Cam wygląda jak mężczyzna. O to jej właśnie chodziło.
- Czyli była trans?
Nansi kręci głową.
- Cam identyfikowała się jako butch. Lesbijka o bardzo męskim wyglądzie.
Cieszyła się, kiedy ją brano za faceta. Ale nie była trans. Zawsze
powtarzała: "Kocham piękne kobiety. Ale jak inna kobieta, nie
mężczyzna".
- Znaliście się?
- Była moją matką chrzestną. Przyjaźniła się z moim dziadkiem. Pracowali
razem w tutejszej fabryce produkującej pralki. On był czarny. Ona była
lesbijką. W sześćdziesiątym trzecim to oznaczało, że mają ze sobą wiele
wspólnego. Poza tym oboje uwielbiali piwo, pokera i płyty Charliego
Parkera. Po śmierci babci Cam pomagała dziadkowi w wychowywaniu mojego
ojca i jego dwóch braci. Kiedy się urodziłom, rodzice poprosili ją, żeby
została moją matką chrzestną. Zawsze powtarzała, że jest też moją dobrą
wróżką.
- I ten dom należał do niej?
- Kupiła go w sześćdziesiątym piątym. Stał w biednej dzielnicy. Jak
widzisz na zdjęciu, popadł w ruinę. Odbudowała go od podstaw. Dokonała
tego sama z pomocą mojego dziadka i grupy przyjaciół.
- Spory jak na jedną osobę.
- Tu zawsze mieszkali też inni ludzie. Cam przyjmowała każdego, kto
szukał bezpiecznego schronienia. Kobiety uciekające przed przemocowymi
mężami. Dzieciaki wyrzucane z domu za orientację. Różne osoby queerowe.
Oprócz niej zawsze przebywała tu dwójka albo trójka innych ludzi. Cam
sprawiała, że czuli się jak członkowie kochającej i wspierającej
rodziny. Po jej śmierci przekształciliśmy dom w ośrodek. Nie różni się
bardzo od tego, czym był za jej życia. Chodźmy na górę, poznasz
wszystkich.
Wchodzę za Nansi po szerokich, drewnianych schodach na pierwsze piętro.
Idziemy korytarzem z wieloma drzwiami do dużego pokoju na końcu. To
salon z wielkim kominkiem oraz mnóstwem wygodnych foteli i puf na
dywanach zakrywających podłogę z ciemnych desek. Widzę grupkę osób
rozmawiających ze sobą i popijających coś z kubków. W kominku trzaska
ogień, a całość sprawia przytulne i przyjazne wrażenie.
- To są wszyscy - mówi Nansi. - Przedstawię cię, ale najpierw musisz
poznać Fox.
Idziemy do miejsca, gdzie wysoka, szczupła, biała osoba o krótkich,
rudych włosach rozmawia z wysokim człowiekiem o gęstej czarnej brodzie.
Kiedy podchodzimy z Nansi, odwracają się do nas z uśmiechem.
- Jeff - mówi Nansi. - To jest Fox. Prowadzi u nas program młodzieżowy.
- Cześć, Jeff. - Fox wyciąga rękę i ściska moją. - Nasz wspólny znajomy
uprzedzał, że możesz wpaść. Cieszę się, że to zrobiłeś.
- A to Pete - dodaje Nansi. - Kieruje całym ośrodkiem.
Pete ściska moją dłoń, niemal miażdżąc ją w swojej wielkiej ręce.
- Miło cię poznać, Jeff. Witamy w rodzinie. Wybaczcie, muszę dokończyć
parę spraw. Udanego spotkania.
Wychodzi, a Fox pyta:
- Gotowy poznać resztę?
- Jasne.
Czuję się bardziej podekscytowany, niż się spodziewałem. W tym domu
panuje ciepła i przyjazna atmosfera. Już teraz czuję się jak u siebie i nie mogę się doczekać, kiedy poznam pozostałych.
Podchodzimy do wolnej sofy i oboje siadamy. Nansi zajmuje miejsce przy
kominku, na fotelu obitym różowym aksamitem. Naprzeciwko, na drugiej
kanapie, siedzi troje ludzi. Poza nimi jeszcze jedna osoba zajmuje
fotel. Jedno miejsce jest puste.
- Dobra - zaczyna Fox. - Wygląda na to, że jesteśmy w większości, czyli
normalnie.
- Nie wiem, czy ktoś tu jest normalny - wtrąca czarnoskóra osoba
siedząca naprzeciwko mnie na kanapie. Teraz zauważam, że ta obok wygląda
dokładnie tak samo. Bliźnięta. Druga osoba skrzyżowała ręce na piersi i kręci głową, cicho się śmiejąc.
- Ja jestem - mówi.
Ta pierwsza prycha.
- Wiem, co przeglądasz w necie, Trey. Jesteś tak samo pokręcony jak my.
Nie, nawet bardziej.
Teraz wszyscy się śmieją, a Trey się krzywi i lekko stuka bliźniaka w ramię.
- Tak czy owak - podejmuje pierwszy bliźniak, patrząc na mnie - jestem
Darius, a mój całkowicie normalny brat ma na imię Treyvon. Jestem gejem.
On jest hetero. Pozwalamy mu tu jednak przychodzić, bo jesteśmy mili.
Kim jesteś, nowa osobo i jaka jest twoja historia?
- Jestem Jeff - mówię. - I jestem, mhm, gejem.
- A formy? - dopytuje Darius.
- Zanim Jeff odpowie, to chyba dobry moment na przypomnienie grupowych
zasad - wtrąca Fox. - Po pierwsze, to bezpieczna przestrzeń. Wszystko, o czym tu mówimy, zostaje tutaj. Po drugie, nikt nie będzie cię osądzał.
- Przynajmniej głośno - mówi Darius. - ŻARTUJĘ - dodaje, bo Fox posyła
mu karcące spojrzenie.
- Nie żartujesz - wcina się Trey. - Gdyby były zawody w obmawianiu
innych, zdobyłbyś mistrzostwo.
Wszyscy wybuchają śmiechem, nawet Fox, a potem podejmuje:
- Po trzecie, zaczynamy każde spotkanie od przedstawienia się. Dzięki
temu wszyscy wiemy, jakie kto preferuje formy. Ja jestem Fox i chcę,
żeby używano wobec mnie form żeńskich albo neutralnych. Darius, ponieważ
już zacząłeś, kontynuuj, proszę.
Darius kiwa głową.
- Jak już powiedziałem, nazywam się Darius. Formy męskie, a kiedy jestem
w wyjątkowo fantastycznym nastroju, żeńskie.
- Treyvon - mówi jego brat. - Albo Trey. Męskie.
Kolej pada na osobę siedzącą w fotelu po mojej lewej stronie.
- Jestem Mika. Żeńskie.
Mika przerzuciła jedną nogę przez poręcz fotela, a jej stopa uwięziona w martensie podryguje nerwowo w powietrzu. Dziewczyna jest biała, ma na
sobie sprane dżinsy i flanelową koszulę w kolorze czerwonym. Nosi
srebrne kółko w dziurce nosa, a na jej palcach z trudem mieszczą się
grube pierścionki. Brązowe włosy są bardzo długie, owija je sobie wokół
palców prawej ręki.
- Jestem lesbą - rzuca.
Brzmi to tak, jakby spodziewała się mojej reakcji, ale ponieważ nie
wiem, co powiedzieć, mruczę:
- Super.
Na drugim fotelu obok Miki siedzi kolejna biała osoba o ciemnoblond
włosach splecionych w dwa długie warkocze. Jest w ogrodniczkach i pofarbowanej nierówno na różowo podkoszulce. Ma bose stopy i paznokcie
pomalowane na ten sam różowy kolor co koszulkę.
- Lucinda - mówi. - Albo Lucy. Żeńskie. Jestem asem.
Wracamy do kanapy, gdzie siedzi trzecia osoba. Jest nią biały chłopak
mniej więcej w moim wieku, mocno zbudowany, o krótkich brązowych włosach
i z kozią bródką. Ma na sobie granatową podkoszulkę z biało-czerwonym
napisem PRZYSZŁY WYBORCA, a jego ramiona skrzyżowane na piersi pod tymi
słowami są mocno owłosione.
- Hej - mówi niskim głosem. - Jestem Goldie. Stary dobry gej. Męskie. -
Po tych słowach kiwa krótko głową.
Goldie wydaje mi się dziwnym imieniem, ale nie pytam go o nie, bo nie
chcę być niegrzeczny, i patrzę na Nansi, czyli ostatnią osobę z grupy.
- Już się poznaliśmy - mówi - ale dla porządku jestem Nansi.
Panseksualne. Formy neutralne.
- Okej. Skoro już poznałeś wszy... - podejmuje Fox.
- Chwila - przerywa jej ktoś, kto właśnie wszedł do pokoju. -
Przepraszam za spóźnienie. Ojciec chciał, żeby mu pomóc wymienić gadżety
walentynkowe na te z okazji Świętego Patryka.
Podnoszę wzrok i ze zdumieniem rozpoznaję chłopaka ze sklepu z upominkami. Stoi w drzwiach z filiżanką opatrzoną logo kawiarni w sąsiedztwie ich rodzinnego sklepu. Na mój widok uśmiecha się i macha.
- Cześć, Buford. - Macham w odpowiedzi.
- Buford? - powtarza Mika. - Nie, nazywa się...
- To taki nasz dowcip - wyjaśnia Chrys, siadając obok mnie na kanapie. -
Znamy się. - Patrzy na mnie, a potem odwraca wzrok. Nerwowo stuka
palcami w kubek.
- A formy? - dopytuje Mika.
- Właśnie - podchwytuje Darius. - Jakie w tym tygodniu?
Pozostali się śmieją, sądzę więc, że to jakiś ich wewnętrzny żart. Chrys
pokazuje Dariusowi środkowy palec i mówi:
- Moje formy to twoja stara, zdziro. - Potem zwraca się do mnie. - Nie
chcę się zaszufladkować. Ale akceptuję neutralne.
- Ogarniam - mówię do wszystkich. - Męskie.
- Teraz kiedy już poznałeś wszystkich - odzywa się Fox - mam nadzieję,
że staniesz się członkiem naszej małej rodziny. Przeważnie dochodzimy do
porozumienia, a nawet kiedy tak nie jest, wciąż się wspieramy. Wszystko,
o czym tu mówimy, jest tajne i zostaje tutaj, możesz więc swobodnie
mówić, co myślisz czy czujesz. Zwykle zaczynamy od rundki, w której po
kolei streszczamy, co się u nas dzieje. Potem proponuję jakiś temat pod
dyskusję i wymieniamy się komentarzami. Czasem najzwyczajniej oglądamy
jakiś film albo w coś gramy, po prostu jesteśmy razem. Dzisiaj musimy
jeszcze omówić nasz snowboardowy weekend.
- Jedź z nami - proponuje Chrys. - Lubisz snowboard?
- Nigdy nie próbowałem. Ale wątpię, czy byłbym w tym dobry. Nie jestem
typem sportowca.
- Możemy cię trenować z Treyem - proponuje Darius. - To łatwe. Musisz
tylko uważać, żeby nie upaść.
- Właśnie z tym mam największy problem. Ale mogę spróbować.
- Świetnie - podsumowuje Chrys. - Zatem jedziesz z nami.
Uśmiecha się i opuszcza wzrok. Raz po raz stuka palcami w kubek. Zaczyna
mnie to rozczulać.
Przez następne pół godziny Fox omawia przebieg weekendu. Wynajęli duży
dom w górach, na terenie ośrodka, więc w ciągu dnia możemy zjeżdżać na
desce, a wieczory i noce spędzać na miejscu. Pieniądze na wyjazd Fox
dostała z jakiegoś grantu, więc jedziemy za darmo. Zabieramy tylko
prowiant i będziemy sobie gotować posiłki. Wszystko brzmi wspaniale.
Fox kończy i wymawia się jakąś robotą. Kiedy wychodzi, możemy rozmawiać
albo robić, co chcemy. Chrys patrzy na mnie.
- Naprawdę zamierzasz z nami jechać?
- Chciałbym. Ale przyszedłem dziś pierwszy raz. Trochę dziwnie mi
dołączać do wypadu w góry, kiedy nie zdążyłem jeszcze zżyć się z grupą.
Chrys macha ręką.
- Spoko. Każdy jest mile widziany. Prawda, Goldie?
Goldie, który idzie obok, przystaje.
- Co prawda?
- Jeff będzie mile widziany na naszym weekendzie snowboardowym.
- Och. Pewnie tak. Chyba.
Zanim odchodzi, patrzy na mnie wystarczająco długo, bym zauważył, że
jego oczy mają piękny złotobrązowy odcień.
- Naprawdę nazywa się Goldie? - pytam.
Śmieje się.
- Nie, to jego nick.
- Z powodu tych oczu - domyślam się.
- Co? Nie. Ma na nazwisko Goldman. Poza tym mieszka z trzema
niedźwiedziami.
- Niedźwiedziami?
- Ojcami.
- Ma ich trzech?
Chrys potwierdza ruchem głowy.
- Mhm. Tworzą trójkąt, Pete, Joshua i Brent. Pete jest dyrektorem tego
ośrodka.
- Poznaliśmy się - mówię. - Rzeczywiście przypomina niedźwiedzia.
- Podobnie jak dwaj pozostali. Mają tylko inny kolor włosów. To znaczy
powinienem powiedzieć futra. Skoro są niedźwiedziami. Byli rodziną
zastępczą dla Goldiego, a potem go adoptowali. No i teraz mieszka z trzema niedźwiedziami jak Złotowłosa. Stąd Goldie.
- Fajnie. Sam też jest trochę niedźwiedziowaty - mówię, myśląc, jak jest
duży i owłosiony.
- Raczej niedźwiadkowy - prostuje Chrys. - Na razie jest młodziakiem. Na
niedźwiedzia dopiero wyrośnie.
- Trzech ojców. Ciekawe, jak to funkcjonuje.
- Podobnie jak w każdej rodzinie. Fox zawsze powtarza: love is love. Ale
powiedz, skąd się dowiedziałeś o tym miejscu?
- To długa historia.
- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.
- Nie, w porządku. W skrócie: wylądowałem na jakiś czas w szpitalu.
Lekarz zasugerował, że mógłbym przyjść na wasze spotkanie. Dłuższa
wersja wymaga więcej czasu.
- Możesz ją opowiedzieć w weekend - proponuje Chrys. - Masz ochotę w coś
zagrać? Może w Księżniczki kontra Smoki?
Kilka minut później tniemy w piątkę w karciankę, śmiejąc się jak
opętani, bo każdy chce wygrać. Chrys, Darius i ja jesteśmy
księżniczkami, a Mika i Nansi smokami. Treyvon i Lucinda próbują się
skupić nad szachami i raz po raz nas uciszają, ale bez przekonania.
Tylko Goldie czytający w fotelu komiks się nie przyłącza, choć widzę, że
wciąż na nas zerka. Zauważa, że go obserwuję, i szybko odwraca wzrok.
- A masz! - woła Mika, kładąc swoją kartę na mojej. - Cierniowy Las.
Jesteś w pułapce i czekasz dwie kolejki.
- Nie tak szybko. - Chrys trzyma w górze kartę. - Mam Czarodziejski
Miecz. Mogę rozciąć ciernie i uwolnić księżniczkę! - Kładzie swoją kartę
na stół, a Mika głośno wzdycha.
- Dzięki ci, o mężny rycerzu - mówię, a Chrys się lekko kłania.
Gramy prawie przez godzinę, eliminując kolejne postaci, aż zostaję tylko
ja jako księżniczka i Mika jako smok. Mika uśmiecha się triumfalnie i kładzie kartę.
- Zamrożony Płomień! Prawie nic tego nie pokona.
Zerkam na dwie karty, które mi zostały w ręku. Marszczę brwi.
- To prawda - przyznaję ze smutkiem.
Mika już unosi ręce w zwycięskim geście.
- Całe szczęście, że mam Pocałunek Prawdziwej Miłości - mówię i odwracam
kartę, by mogła ją zobaczyć.
Mika jęczy i pada jak martwa. Chrys chwyta mnie w ramiona.
- Niezwyciężona księżniczka! - obwieszcza i całuje mnie w policzek.
Potem się odsuwa.
- Sorki - mówi. - Przekroczyłom granicę. Trochę mnie poniosło.
- Nic się nie stało - mówię, a kiedy uśmiecha się szelmowsko, czuję
łaskotanie w żołądku.
- Dobrze się bawisz?
Podnoszę wzrok. W drzwiach stoi tata w towarzystwie Fox.
- Nie chciałem przeszkadzać.
- Straciłem poczucie czasu. - Wstaję. - Do zobaczenia następnym razem.
- Więc jeszcze nas odwiedzisz? - pyta Fox.
- Tak. Chciałbym. - Zerkam na Chrys. Obserwuje mnie i się uśmiecha. - Na
pewno.
- I zastanów się nad weekendem snowboardowym - przypomina Fox.
- Zastanowię się - obiecuję.
Odwracam się i po raz ostatni macham wszystkim. Większość odwzajemnia
ten gest. Chrys wstaje i podchodzi do nas.
- Jeśli chcesz, możemy się wymienić numerami telefonów - mówi. - Na
wypadek, gdybyś chciał zapytać o szczegóły wyjazdu. I tak w ogóle.
- Jasne - staram się to powiedzieć neutralnym tonem i wyjmuję telefon. W środku czuję się uszczęśliwiony tą propozycją.
Wbijamy swoje numery w komórki, a potem schodzę z tatą po schodach i wychodzimy na zewnątrz.
- Zdaje się, że się dobrze bawiłeś - mówi tata, gdy wsiadamy do
samochodu. - O co chodzi z tym weekendem snowboardowym?
Wyjaśniam mu w drodze do domu.
- Chcesz jechać?
- Tak. Chcę. Myślisz, że mama nie będzie miała nic przeciwko temu?
- Myślę, że będzie - mówi ze śmiechem. - Ale na pewno zdołam ją
przekonać.
Milczymy przez jakiś czas, lecz tata raz po raz na mnie zerka.
- Co? - pytam za czwartym czy piątym razem.
- Nic. Wydajesz się szczęśliwy. To miłe.
Zastanawiam się nad tym, co powiedział. Naprawdę czuję się szczęśliwy.
Szczęśliwszy, niż byłem od bardzo dawna. I to jest miłe. W pewnym sensie
ludzie z Kąta Cam przypominają mi grupę z psychiatryka. Znaleźliśmy się
w tym miejscu, bo połączyło nas coś ważnego. Z tą różnicą, że w szpitalu
znalazłem się po to, by coś w sobie naprawić. Tutaj trafiłem, bo jest we
mnie coś dobrego, podobnie jak w nich wszystkich.
Chciałbym, żeby każdy, kogo poznałem w szpitalu, mógł doświadczyć tego
samego, zamiast czuć się samotnym i załamanym. Chciałbym, żeby wszyscy
znaleźli ludzi, którzy będą ich widzieli takimi, jacy są naprawdę. I może tak się stanie. Może pewnego dnia każdy z nich znajdzie swoje
miejsce, w którym będzie się czuł bezpiecznie.
Podjeżdżamy na naszą ulicę.
- Jesteśmy w domu - mówi tata.
- Tak - odpowiadam i myślę o Kącie Cam i o tym, jak się tam czułem. -
Jesteśmy.
Rozdział 9
- Dziękuję Różowym Damom! - woła Katya. - Proszę T-Birdów!
Jest poniedziałkowe popołudnie. W sali muzycznej stłoczyli się ludzie na
przesłuchania do musicalu. Podzielono nas na dziewczyny i chłopców,
grupy nazwane przez Katyę Różowymi Damami i T-Birdami, czyli "gangami"
występującymi w sztuce. Rozglądając się wokół, nie mogę uwierzyć, że
dałem się namówić Allie i Katyi. Mina rzednie mi jeszcze bardziej po
wysłuchaniu występów dziewczyn. Nie wszystkie były dobre, ale niektóre
tak. I nawet te, które były tylko w porządku, wypadły nieźle. Ponieważ
zgodnie z planem mam dostać rolę Sandy, to nieuniknione, że porównuję
się z ich wykonaniami.
Dziewczyny skończyły i przyszedł czas na chłopaków. Jest ich około
połowy mniej, ale wciąż stanowimy liczną grupę. Wiem, że jest sporo ról
męskich w przedstawieniu, więc pewnie wszyscy się zakwalifikują. Pytanie
brzmi, kto dostanie główną rolę Danny'ego.
Co do siebie mam już pewność. Ciekawe, kto będzie mi partnerował. Mimo
to trochę się denerwuję. Muszę przekonać wszystkich, że zasługuję na tę
rolę, a jeszcze nigdy nie śpiewałem publicznie. No, może poza rolą w kościelnym przedstawieniu bożonarodzeniowym, ale wtedy miałem sześć lat.
I śpiewałem w anielskim chórze. Nasz popisowy numer był zatytułowany
Tam, w stajence i każdy miał jedną linijkę. Moja mówiła o bydlętach,
które się kłaniają i budzą Dzieciątko Jezus. Ćwiczyłem i ćwiczyłem, ale
w premierowy wieczór dopadła mnie trema. Kiedy przyszła kolej na mnie,
zamiast zaśpiewać to, czego oczekiwano, odśpiewałem jedyny kawałek, jaki
sobie w tamtej chwili przypomniałem i który niefortunnie był motywem z mojej ulubionej kreskówki Kosmiczny Oddział Laserowego Jednorożca.
Dodałem nawet gesty, udając, że strzelam z palców.
Denerwuję się teraz, bo straciłem pewność, że pomysł Allie i Katyi jest
tak dobry, jak myślałem na początku. Nawet jeśli nam się uda to
przeforsować, co sobie ludzie pomyślą? Z jednej strony mam wielką ochotę
spróbować, z drugiej boję się, że wpakuję się w kłopoty. W imię czego?
Udowodnienia, że każdy zasługuje na przeżycie tego wszystkiego, co się
wiąże ze szkolnymi przedstawieniami? Możliwe. Choć gdy wyobrażam sobie
potencjalne reakcje publiczności, mam ciarki.
- Kendall McBride - Katya odczytuje głośno z listy. - Jesteś pierwszy.
Kendall podchodzi do pianina, gdzie siedzi Julie Kurtz z nutami do
Sandy, piosenki, którą wszyscy powinniśmy znać. Zaczyna grać, a Kendall śpiewa. Nieźle, ale jest w pierwszej klasie. Nie ma szans na
główną rolę. Katya robi notatki, a potem daje mu znak, żeby skończył.
- Dzięki. Dev Bakshi. Twoja kolej.
Kolejni chłopcy występują jeden po drugim. Uważam, że wszyscy są lepsi
ode mnie. Czuję ściskanie w dołku, czekając, aż Katya wywoła moje
nazwisko. I nagle zapominam słów tekstu, którego wysłuchałem właśnie
kilkanaście razy. W głowie słyszę tylko słowa z Kosmicznego Oddziału
Laserowego Jednorożca. Wpadam w panikę i czuję, że zaraz zwymiotuję.
- Jeff! - słyszę ostry głos Katyi i patrzę w jej stronę. - Zapomniałeś,
jak się nazywasz? Wywoływałam cię już dwa razy.
Większość się śmieje, a ja mruczę pod nosem przeprosiny i podchodzę do
pianina. Staram się nie myśleć o tych wszystkich wpatrzonych we mnie
twarzach. Julie zerka na mnie z uśmiechem.
- Jeśli zapomnisz słów, czytaj z nut - szepcze.
Kiwam głową i odczytuję pierwszy wers.
- Gotowy?
Znów potakuję ruchem głowy i Julie zaczyna grać. W odpowiednim momencie
otwieram usta z nadzieją, że nie zacznę się dusić. Koncentruję się na
słowach, odpuszczając całą resztę. Zanim cokolwiek do mnie dotrze, Katya
woła, że wystarczy.
- W porządku. Został nam... - zerka na listę. - Burke Gorski.
Patrzę na Allie i widzę po jej minie, że jest równie zaskoczona. Nie
tylko nie widziałem Burke'a w sali, nie miałem także pojęcia, że potrafi
śpiewać.
Burke wyłania się zza pleców kolegów i podchodzi do pianina. Ma na sobie
czarną skórzaną kurtkę motocyklową, którą narzucił na białą podkoszulkę.
Włosy zaczesał tak, że wygląda jak postać wyjęta z Grease. Gdyby ktoś
inny tak się ubrał, pomyślałbym, że za bardzo się stara o tę rolę, ale
Burke wygląda po prostu świetnie.
Julie zaczyna grać przygrywkę do Sandy, a Burke opiera się o pianino,
jakby to był rekwizyt. Uśmiecha się szelmowsko i śpiewa. Szczerze
mówiąc, nie jest dobrym wokalistą. Ale gra przy tym tak, że dla mnie to
idealny Danny Zuko.
Pozostali też to kupują, bo Katya po raz pierwszy nie przerywa po
odśpiewaniu pierwszej zwrotki i partii chóralnej. Pozwala mu dojść do
połowy, zanim podniesie rękę i powie:
- Łał. To było... świetne.
Burke kiwa głową i pokazuje uniesiony w górę kciuk, a potem schodzi ze
sceny i znika za drzwiami. Wszyscy odprowadzamy go wzrokiem. Katya zerka
na listę i mówi:
- Bud Worth, kolej na ciebie.
- Po co? - pyta z rezygnacją Bud. - Nie pobiję tego.
Wszyscy się śmieją. Ale Bud ma rację. Burke skradł dzisiejszy show. Nie
ma wątpliwości, że okazał się najlepszy. Po prostu BYŁ Dannym.
Podchodzę do Allie, która jest wyraźnie wkurzona.
- Co to było?
- Nie wiedziałaś, że się zgłosił?
Kręci głową.
- Nie wiedziałam, że w ogóle potrafi śpiewać. Nigdy się przy mnie nie
zdradził. Nigdy. Nie nucił nawet do radia w samochodzie. Ani na żadnym
koncercie. Nigdzie. Nigdy. Nawet nie mruczał.
- Może jest nieśmiały.
Allie prycha.
- Nieśmiały? Burke? A ty go w ogóle znasz?
- Fakt - śmieję się. - No to nie wiem. Tak czy owak, był fantastyczny.
Allie znów prycha, ale nie zaprzecza. Widzę, że jest wściekła, choć nie
rozumiem dlaczego. Nie zamierzam jej jednak o to pytać, bo najwyraźniej
sprawa jest poważna i nie chcę pogarszać sytuacji.
Niestety, Katya nic nie zrozumiała i podchodzi do nas rozpromieniona.
- Łał. Wygląda na to, że mamy Danny'ego. Ten Burke był niesamowity.
- Tak. Niesamowity - mówi wściekła Allie i wychodzi.
- Powiedziałam coś nie tak?
- Burke to jej chłopak. Nie wiedziałaś?
Katya potrząsa przecząco głową.
- Poznałam Allie na zajęciach z teatru. Nie wiedziałam, że ma chłopaka.
Bez urazy, ale niespecjalnie zwracam uwagę na ludzi z niższych klas. Ale
co ją tak wkurzyło? Powinna się raczej cieszyć.
- Może i powinna. Nie mam pojęcia. Najlepiej ją zapytać.
- To nie mój problem - stwierdza Katya. - Znalazłam Danny'ego. I jego
dublera - szturcha mnie w bok. - Potrzebuję już tylko Sandy.
Nieoczekiwanie całe to przedstawienie przestaje mnie cieszyć. Allie jest
wściekła, a Katyi wyraźnie to nie obchodzi.
- Muszę lecieć - mówię, zakładając plecak na ramię i biorąc płaszcz.
- Zaczynamy próby w środę - woła za mną Katya.
Wychodzę z sali muzycznej i idę korytarzem. Kiedy skręcam za rogiem,
dostrzegam Allie i Burke'a stojących przed frontowym wejściem. Nie mogę
wyjść, nie przechodząc obok nich, ale widzę, że się kłócą i nie chcę
brać w tym udziału. Chowam się za rogiem i słucham.
- Nie rozumiem, czemu się wściekasz - mówi Burke. - Potrafię śpiewać i co z tego?
- Trzymałeś to przede mną w tajemnicy.
Burke śmieje się, co, gdyby mnie ktoś zapytał, uznałbym za najgorsze
zachowanie w takiej chwili. Jeszcze bardziej rozwścieczy Allie.
I rozwściecza.
- Nie mogę ci ufać! - mówi coraz głośniej.
- Co jest?
Podskakuję i odwracam się na pięcie. Za mną stoi Rankin.
- Nie skradaj się tak.
- Wcale się nie skradałem. Po prostu nie słyszałeś, jak się zbliżam.
Zerka za róg, ale chwytam go za koszulę i odciągam.
- Nie powinni cię zobaczyć.
- To twoja przyjaciółka i ten gość, którego pocałowałeś, tak?
- Tak - potwierdzam i nagle dociera do mnie, co powiedział. - Skąd
wiesz?
- Słyszałem, jak chłopaki z drużyny o tym rozmawiali.
- Serio? I co mówili?
Rankin wzrusza ramionami.
- Tylko, że go pocałowałeś, wyznałeś mu wielką miłość i zaproponowałeś
małżeństwo, a kiedy się nie zgodził, pociąłeś się, bo uwielbiasz
dramaty.
Przyglądam mu się, próbując ocenić, czy mówi poważnie. Próbuję sobie
przypomnieć, czy wspominałem mu o Burke'u, gdy byliśmy w szpitalu. Nie
wydaje mi się, ale nie pamiętam dokładnie, o czym opowiadałem na sesjach
grupowych. Mogło mi się co nieco wymknąć.
- No dobra, mówili tylko, że go pocałowałeś. Na imprezie. Resztę sam
wymyśliłem. Ale to prawda? Dlatego wylądowałeś w szpitalu?
- Gratuluję. Rozwiązałeś sprawę.
- Spoko. Nikomu nic nie powiem.
Chciałbym rzucić jakąś sarkastyczną uwagę, ale gryzę się w język.
- Naprawdę o mnie rozmawiali?
- Tak. Ale to nic wielkiego. Serio.
Milczę, więc podejmuje:
- Nikt z tego nie robi afery. Ktoś wspomniał o tobie i ktoś inny
zapytał, czy chodzi o tego chłopaka, który pocałował Burke'a Takiego a Takiego na imprezie bożonarodzeniowej. Potem wszyscy się zaśmiali, ale
to wszystko.
- Gorskiego. Ma na nazwisko Gorski. Na pewno nie mówili nic więcej?
- Któryś mógł cię nazwać queer - dodaje Rankin. - Ale nic poza tym.
Nie przeszkadza mi, że dla mięśniaka z drużyny futbolowej jestem queer.
W sumie to dobrze, że wszystko wyszło na jaw i że nie mówią o mnie
gorszych rzeczy. Zawsze coś.
A potem przypominam sobie, że powinienem sprawdzić, co u Allie i Burke'a. Wystawiam głowę. Korytarz jest pusty.
- Poszli sobie.
- To dobrze. Może popracujemy razem nad tym zadaniem z angielskiego?
- Czy ja wiem? To może jutro wieczorem? U mnie?
Rankin potwierdza ruchem głowy.
- W porządku. Muszę dostać dobrą ocenę, a nie rozumiem połowy tego, co
napisano w tej książce.
- Więc ją czytałeś?
- Nie jestem kompletnym idiotą. Potrafię czytać.
- Nie to chciałem...
- Właśnie to - przerywa mi. - Wszyscy mieliście mnie za głupka. W tamtym
miejscu. Myślisz, że nie zauważyłem?
Chciałbym zaprzeczyć, ale uznaję, że to nie ma sensu. Naprawdę mieliśmy
go za tępaka.
- Przepraszam.
Rankin wzrusza ramionami.
- W porządku. Też nie myślałem o was najlepiej. Czyli jutro. Przyjdę.
Podasz mi adres?
Mówię, gdzie mieszkam, i Rankin odchodzi, zostawiając mnie pogrążonego w rozmyślaniach. Nie jestem pewien, jak to wszystko rozumieć. Dowiedziałem
się, że ludzie o mnie gadają, ale najwyraźniej nie jest tak źle.
Okropnie się jednak czuję z tym, że Rankin domyślał się, za kogo go
mamy. No i pozostaje ta sytuacja z Allie i Burkiem, której wciąż nie
ogarniam.
Na szczęście rozlega się dzwonek i to jest koniec lekcji. Otwierają się
drzwi i ludzie wylewają się na korytarz. Wkurzyłem siostrę, oznajmiając
rodzicom, że chcę znów jeździć szkolnym autobusem, do którego teraz
wsiadam. Nie widzę Allie, więc zakładam, że pojechała do domu samochodem
Burke'a, co oznacza, że się pogodzili. Pojawia się natomiast Amanda,
podchodzi i zajmuje miejsce obok mnie.
- Jak twój dzień? - pytam.
- Głupi. A twój?
- Dziwny.
- To dobrze czy źle?
- Dostałem rolę w musicalu.
- Czyli dobrze.
- Nie jestem pewien.
- No to tylko dziwnie. Ale gratuluję. A ja dostałam dziewięćdziesiąt
osiem punktów z testu o amerykańskich prezydentach. Pomyliłam Franklina
Pierce'a i Jamesa Polka i pewnie nie dostanę się do wybranego college'u.
Mama i tata będą bardzo rozczarowani.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
- Szczęśliwych walentynek - mówi babcia, obejmując mnie tak mocno, że
prawie nie mogę oddychać. - Tak się cieszę, że żyjesz.
- Beverly! - krzyczy mama. Robi sobie herbatę, z wściekłością
zanurzając i wyciągając torebkę z filiżanki. Kręci przy tym głową.
- No co? - zaperza się babcia. - Nie będziemy o tym rozmawiać? Czytałam,
że osiemdziesiąt pięć procent przypadków raka ma przyczynę w nierozmawianiu na różne tematy.
- Wymyśliłaś to - stwierdza mama.
- Może tylko osiemdziesiąt procent - ustępuje babcia i mruga do mnie.
Sięga do papierowej torby z logo Narodowego Radia Publicznego i coś z niej wyjmuje. Wręcza mi kwadratową blaszaną puszkę z wizerunkiem
roześmianego Świętego Mikołaja. - Proszę. Zrobiłam je dla ciebie.
Uchylam wieczko. W puszce są lukrowane ciasteczka w kształcie serca, ale
nie różowe ani czerwone. Są w tęczowe paski.
- Słyszałam, że jesteś gejem - mówi babcia. - Gratulacje.
- Beverly - znów napomina ją mama, choć łagodniejszym tonem.
Babcia od dawna gra jej na nerwach - często celowo - tym, co mama nazywa
"oburzającym zachowaniem". Widzę, jak bardzo jest teraz zrezygnowana.
Biorę ciasteczko i odgryzam kęs.
- Dzięki - mówię do babci. - Pyszności.
- To rum - podpowiada. - Daje kopa.
Do kuchni wchodzą tata i Amanda.
- Eryku - mówi mama. - Zabierz stąd swoją matkę.
- Już próbowałem - broni się tata. - Ale ona zawsze jakoś się wśliźnie z powrotem.
Babcia obejmuje Amandę, a potem cmoka tatę w policzek.
- Wkurzyła się z powodu ciasteczek - szepcze, ale na tyle głośno, by
mama usłyszała.
Tata zerka na tęczowe serca.
- Co z nimi nie tak?
- Nie mam pojęcia - kwituje babcia, a Amanda bierze sobie jedno.
Mama wydaje z siebie krótki jęk.
- Są z alkoholem!
- Już wyparował - bagatelizuje babcia, a Amanda gryzie ciastko.
- Przepyszne! - stwierdza Amanda, ale mama marszczy brwi.
Wszyscy przywykliśmy do tych potyczek słownych między babcią i mamą. W gruncie rzeczy nas bawią, bo nigdy nie przeradzają się w prawdziwe
kłótnie. Myślę, że mama też by za nimi tęskniła, choć nigdy się do tego
nie przyzna, bo dają jej pretekst do irytacji, a ta nadaje jej życiu
sens.
- Niełatwo było nanieść proste paski - informuje babcia, a potem się
śmieje. - Może powinnam powiedzieć, że niełatwo było osiągnąć gejowski
efekt.
Podchodzi do mnie i znów mnie przytula.
- Jesteś jednym z dwojga moich ulubionych wnucząt - szepcze mi do ucha.
- Masz tylko dwoje - przypominam.
Kiedy wypuszcza mnie z objęć, wydaje mi się, że ma łzy w oczach. Ogarnia
mnie smutek, bo przypomina mi, że to, co zrobiłem, przysporzyło wiele
bólu i zmartwienia innym ludziom. Chcę ją przeprosić, ale babcia szybko
odwraca się i zaczyna rozmawiać z rodzicami.
Biorę kolejne ciasteczko i pochłaniam je, myśląc, jakie to wszystko jest
dziwne. Ledwie parę godzin temu wyszedłem z oddziału psychiatrycznego,
na którym spędziłem czterdzieści pięć dni po próbie samobójczej. Podczas
pobytu w szpitalu ujawniłem się jako gej, uprawiałem po raz pierwszy w życiu seks, a przyjaciółka z terapii zmarła z powodu celowego
przedawkowania.
Mam wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się milion lat temu. A kiedy
myślę o tym, co doprowadziło mnie do nieudanej (na szczęście) próby
samobójczej, wydaje mi się, że chodzi o inną osobę. Ale przecież chodzi
o mnie. Tyle że pod wieloma względami nie jestem tym samym człowiekiem,
którym byłem czterdzieści pięć dni temu. Wyszedłem ze szpitala i zastanawiam się, jak przedstawić wszystkim tego nowego siebie.
- Chodź. - Siostra chwyta mnie za rękę. - Idziemy na górę.
Zostawiamy rodziców oraz babcię i wchodzimy po schodach do mojego
pokoju. Od razu wbijam wzrok w nową wykładzinę. Rodzice położyli ją po
tym, gdy zerwali starą, zaplamioną krwią. Odmalowali też ściany. Pewnie
pomyśleli, że zmiany pomogą mi zapomnieć o tym, co tu się wydarzyło.
Amanda siada na podłodze dokładnie w tym miejscu, gdzie leżałem, gdy
mnie znaleźli. Zauważa, że na nią patrzę.
- Zachowałam fragment - mówi.
- Fragment czego? - pytam.
- Wykładziny - odpowiada. - Kiedy ją pocięli, żeby wyrzucić. Chcesz
zobaczyć?
Waham się przez chwilę. Potem kiwam głową.
Amanda wstaje i idzie korytarzem do swojego pokoju. Kiedy wraca, trzyma
w ręku poszarpany kawałek wykładziny. Jest długości dziesięciu, może
dwunastu centymetrów. Jasnobłękitny splot pokrywają ciemne plamy
przypominające rdzę. Amanda podaje mi materiał.
- Nie wiem, po co go wzięłam - mówi. - Po prostu.
Dziwnie mi ze świadomością, że plamy na wykładzinie to moja krew. Nie
pamiętam wiele z tego, co się wtedy stało. Czułem się zmęczony i smutny,
wszystko wydawało mi się beznadziejne. Nie pamiętam, jak podciąłem sobie
żyły, a potem zemdlałem. Pamiętam tylko, że obudziłem się w szpitalu,
nie wiedząc, jak się tam znalazłem.
Nasz pies, Mumford, który wbiegł do pokoju i wskoczył na łóżko, wystawia
łeb i próbuje powąchać kawałek wykładziny, a potem prycha. Kręci głową,
kładzie się i patrzy na mnie z niepokojem, jakby się bał, że jeśli nie
będzie mnie pilnował, znów gdzieś zniknę. Czuję, że powinienem
przeprosić Mumforda, tak jak przed chwilą miałem potrzebę przeprosić
babcię.
- Możesz go zatrzymać - mówi Amanda. - Jeśli chcesz.
Zaskakuje mnie to, że chcę. Biorę kawałek wykładziny i wkładam go do
szuflady w biurku. A potem, z jakiegoś powodu, martwię się, co poczuje
mama, gdy zajrzy do szuflady pod moją nieobecność, więc wyjmuję go i wkładam do kartonowego pudełka w szafie, w którym przechowuję komiksy,
Nightwing i Sandmana.
Amanda widzi, co robię, ale to mnie nie martwi. Chociaż ma tylko
trzynaście lat i jest moją młodszą siostrą, wiem, że jest po mojej
stronie. Nie chcę przez to powiedzieć, że w naszej rodzinie są jakieś
strony. Niezupełnie. Czasem po prostu mam wrażenie, że mama we wszystkim
upatruje problemów. A fakt, że wypiłem mnóstwo whiskey i się pociąłem,
zdecydowanie stanowił problem.
Nie wiem jeszcze, czy jest nim także to, że jestem gejem. To znaczy, czy
jest to problem dla mamy. Twierdzi, że jej to nie przeszkadza, a w każdym razie tak mówiła podczas jednej z naszych wspólnych sesji z Kacem
- czyli doktorem Katzrupusem, moim szpitalnym terapeutą. Myślę, że tak
jest naprawdę. Czasem jednak nie wiadomo, co ludzie w istocie czują,
szczególnie kiedy sądzą, że ich szczera reakcja by się nam nie podobała.
Siadam na łóżku i biorę jeszcze jedno tęczowe serce z puszki, którą
podaję Amandzie.
- Babcia pogratulowała mi bycia gejem.
- Super - odpowiada Amanda ze śmiechem. - Pamiętasz, wspominałam ci już,
że moja koleżanka Katrina z lekcji tańca ma brata geja. Ma na imię Evan.
Może moglibyście się umawiać. Jeff i Evan. Nazywalibyśmy was Jevan.
Teraz ja się śmieję.
- Dopiero wyszedłem ze szpitala, a ty już chcesz mnie umawiać z bratem
koleżanki?
Amanda wzrusza ramionami.
- Czemu nie? - pyta. - Chyba chciałbyś mieć chłopaka? A to oznacza
umawianie się na randki.
Wydaje się tak pewna tego, co mówi, że mam ochotę się roześmiać. To
właśnie kocham w mojej siostrze; zawsze udaje jej się brzmieć
przekonująco, nawet kiedy nie ma pojęcia, o czym mówi.
- Sam nie wiem - odpowiadam. - Może? Kiedyś? Najpierw muszę przemyśleć
wiele rzeczy.
- Na przykład? - pyta Amanda.
Nie wiem, od czego zacząć.
- Na przykład, co powiedzieć Allie.
Amanda jest zmieszana.
- A co tu jest do powiedzenia?
Siostra nie zna całej historii mojego wylądowania w szpitalu. To znaczy
wie, co próbowałem zrobić. Ale nie wie dlaczego. W każdym razie nie do
końca. Myśli, że przeraziło mnie odkrycie, że jestem gejem. I tak było...
w pewnym sensie. Bo bardziej niż to, że jestem gejem, przeraziło mnie,
że zakochałem się w chłopaku najlepszej przyjaciółki. Moją najlepszą
przyjaciółką jest Allie. A jej chłopakiem - Burke.
No dobra, trochę koloryzuję. Tak naprawdę nie zakochałem się w Burke'u.
Zakochałem się w wyobrażeniu uczucia. To coś, co pomógł mi zrozumieć
Kac. Pragnąłem dla siebie tego, co łączyło Allie i Burke'a. Chciałem, by
ktoś kochał mnie tak, jak oni się kochają. Tylko że wszystko mi się
pomieszało i uznałem, że pragnę Burke'a. Pewnego wieczoru przed Bożym
Narodzeniem upiłem się na imprezie i pocałowałem go. A on powiedział o tym Allie.
- Och. - Amanda wzdycha, jakby słyszała moje myśli. - Sądzisz, że się
wkurzy, bo jesteś gejem. Ale dlaczego miałaby się wkurzyć? Przecież
nigdy nie była twoją dziewczyną.
I znów zabrzmiało to tak, jakby rozwiązała problem. A ja nie chcę jej o wszystkim mówić. Nie teraz.
- To prawda - kwituję tylko. - Chyba wyolbrzymiam problem. I trochę się
boję powrotu do szkoły.
O ile się orientuję, nikt nie zna przyczyny mojej nieobecności. Nawet
Allie. Amanda mówi, że wszyscy plotkują i snują rozmaite teorie, ale
nikt nie wie, że próbowałem się zabić, a ona nikomu nie powiedziała. To
kolejna wielka zaleta Amandy: potrafi dochować tajemnicy, kiedy trzeba.
- Nie uda ci się tego ukryć - mówi Amanda.
- Czego ukryć? - pytam. I nagle uświadamiam sobie, że patrzy na blizny
na moich nadgarstkach. Nie zdawałem sobie sprawy, że bezwiednie
rozcieram je palcami.
- To znaczy musiałbyś już zawsze nosić długie rękawy - podsuwa Amanda. -
Albo opaski na nadgarstki, kiedy będzie za gorąco. Może zapoczątkujesz
nową modę.
- Modę dla czubków - próbuję obrócić to w żart. - Na pewno wszyscy
oszaleją. Może zostanę influencerem.
Oboje się z tego śmiejemy. Tę cechę mamy wspólną, czarny humor.
Potrafimy żartować prawie z wszystkiego, nawet naprawdę poważnych spraw.
Zdaniem doktora Katzrupusa takie podejście bywa zdrowe, choć nie zawsze
NAJLEPSZE, zwłaszcza kiedy żartuję, żeby uniknąć mówienia o trudniejszych uczuciach.
W tej chwili tak właśnie jest. Tak naprawdę nie mam pojęcia, jak
poradzić sobie z powrotem. Wszyscy wiedzą tylko, że byłem w szpitalu.
Jakaś część mnie chciałaby skłamać i powiedzieć, że miałem operację
wyrostka robaczkowego. Ale niemówienie prawdy nigdy nie jest najlepszym
rozwiązaniem. Wpędziło mnie w kłopoty. Nawet jeśli na początku masz
dobre intencje, ostatecznie jesteś zmuszony coraz częściej kłamać, żeby
ukryć powstające pęknięcia. I bardzo szybko zapominasz, jaka jest
prawda.
Rozmyślam o tym wszystkim, gdy w drzwiach staje tata.
- Obiad gotowy - mówi.
Amanda, Mumford i ja wstajemy i idziemy za nim na dół do kuchni, gdzie
mama ustawiła już zdecydowanie za dużo kartoników z jedzeniem z Dragon-Dragon, mojej ulubionej chińskiej restauracji. Przez ostatnich
czterdzieści pięć dni jadłem tylko posiłki szpitalne i nagle chciałbym
połknąć to wszystko od razu.
- Wiem, że powinnam była coś ugotować - tłumaczy się mama. - Ale
zabrakło mi czasu.
Widzę, że babcia chciałaby to skomentować. Patrzę na nią i kręcę głową.
Marszczy się lekko, a potem śmieje się do własnych myśli, co wzbudza
podejrzliwość mamy.
- Jest super - zapewniam mamę, nabierając łyżką na talerz pomarańczowego
kurczaka i smażony ryż z krewetkami. - Właśnie na to miałem ochotę.
Babcia, która stoi obok mnie, wskazuje pudełko z makaronem.
- Zawsze to powtarzam - szepcze. - Jeśli nie potrafisz przyrządzić
przyzwoitego kurczaka po chińsku z niczego, lepiej zamówić.
Staram się nie roześmiać z tego okropnego żartu, bo to by ją tylko
podjudziło.
- Nie potrafisz się opanować, prawda? - mówię i idę z talerzem do stołu.
Pozostali także siadają i przez jakiś czas słychać tylko odgłosy
jedzenia.
Dziwne, ale zastanawiam się, co dziś podali na obiad w szpitalu. O czym
tam rozmawiają. Sądziłem, że będę najszczęśliwszy, kiedy stamtąd wyjdę.
Teraz czuję, jakby część mnie - bardzo mała cząstka, ale zawsze -
tęskniła za tym miejscem.
Pałaszując smażony ryż, próbuję zgłębić to uczucie. Nie, wcale nie
chciałbym wrócić do szpitala. Muszę jednak przyznać, że było coś
kojącego w tamtejszej rutynie, w świadomości, że znajduję się pod
opieką. I nie tylko to, bo wspaniale było też przebywać wśród ludzi,
którzy się mnie nie boją, szczególnie że sam się siebie bałem. Bałem się
własnych myśli, tego, kim jestem i jakie mroczne obrazy mogą pojawić się
w mojej głowie. Przebywanie wśród ludzi, którzy to rozumieją, bo sami to
przeżyli, i dlatego mnie nie oceniają, było najlepszym, co mogło mi się
przydarzyć. Nie czułem się tak bardzo samotny. Czułem się bezpiecznie.
Bardzo się cieszę, że jestem w domu. Wiem, że rodzina mnie kocha i chciałaby zrobić wszystko, żeby mi pomóc. Ale to nie to samo co
możliwość porozmawiania z terapeutą, kiedy tego potrzebujesz. Nie to
samo co przebywanie wśród ludzi, którzy rozumieją, przez co przeszedłeś.
I przez co wciąż przechodzisz. Może to dziwnie zabrzmi, ale ta banda
pokręconych dzieciaków ze szpitala stała się dla mnie drugą inną
rodziną. A teraz ich tu nie ma.
Czuję, że zaczynam panikować. Tata coś mówi, ale słyszę tylko jakiś szum
w uszach. Mam w ustach jedzenie, którego nie mogę przełknąć. Pocą mi się
ręce. A potem zaczynają się pojawiać pytania.
Co sobie wszyscy pomyślą, kiedy zobaczą twoje blizny?
Co powiesz Allie?
Jakim cudem myślałeś, że wszystko będzie normalnie?
Słyszę te słowa w głowie. Wypowiada je mój głos. Próbuję siebie
przekrzyczeć, zadając nowe pytania, zanim jeszcze znalazłem odpowiedź na
ostatnie.
Co ci każe przypuszczać, że wróciłeś do normy?
Skąd wiesz, że znów nie spróbujesz?
Jaką masz pewność, że nie wylądujesz w szpitalu?
- Jeff?
Słyszę, że ktoś mówi do mnie po imieniu i głosy rozbrzmiewające w mojej
głowie cichną.
- Co?
Wszyscy patrzą na mnie. Tata podsuwa mi talerz, na którym leży pięć
ciasteczek z wróżbą.
- Pytałem, czy chcesz sobie powróżyć - mówi.
- Och. Pewnie.
Biorę pierwsze ciasteczko z brzegu i rozłupuję je, podczas gdy tata
podsuwa talerz pozostałym. Wyjmuję pasek papieru, na którym wydrukowano:
CZASEM TRZEBA SIĘ COFNĄĆ, ŻEBY PÓJŚĆ DO PRZODU.
Nie mam pojęcia, co to znaczy. Wyobrażam sobie pracownika w fabryce
ciasteczek z wróżbami, siedzącego za biurkiem i wymyślającego tysiące
zdań, które można zapisać na skrawkach papieru. Nie potrafię ocenić, czy
to dobra, czy kiepska praca. Zastanawiam się, czy ludzie czasem dzwonią
do niego poskarżyć się na wylosowane wróżby. Czy istnieje coś takiego
jak Gorąca Linia Skarg na Ciasteczka z Wróżbą? Powinna istnieć.
Chciałbym ją obsługiwać. "Przykro mi, że nie jesteś zadowolona z wróżby,
iż nie spotkasz szybko miłości swojego życia, Becky. Czy rozważałaś
poświęcenie nieco czasu na pracę nad sobą?".
Zastanawiam się, jakie powinienem wybrać zajęcia w szkole, żeby
zrealizować to marzenie, kiedy zdaję sobie sprawę, że ktoś znów coś do
mnie powiedział. Tym razem to babcia oznajmia, że wychodzi.
- Rano mam zajęcia z ceramiki - mówi, kiedy wstaję, żeby się z nią
pożegnać. - Nie wiem, co będziemy robić, ale jedno z was zapewne
dostanie to ode mnie w prezencie, więc mam nadzieję, że to będzie goły
krasnal ogrodowy.
Ściska wszystkich po kolei, nawet mamę. To jej sposób przepraszania za
to, że być może ją zdenerwowała. Wiemy, że zrobi to znowu, ale między
innymi to czyni nas rodziną. Kiedy wychodzi, pomagam sprzątnąć ze stołu.
Zamierzam pójść do siebie, gdy mama mówi:
- Zaczekaj, Jeff. Tata i ja chcielibyśmy ci o czymś powiedzieć.
Wiem z doświadczenia, że taka zapowiedź oznacza zwykle, że będzie
bolało. Ten dzień był naprawdę udany, zastanawiam się więc, czy coś go
teraz zepsuje. Zerkam na tatę, który mówi:
- Usiądź.
Denerwuję się coraz bardziej. Dochodzę jednak do wniosku, że dam radę,
więc odsuwam swoje krzesło i siadam. Rodzice zajmują miejsca naprzeciwko
mnie i nagle czuję, jakbym grał w serialu kryminalnym i zaraz będę
przesłuchiwany przez policję.
- Będę potrzebował adwokata? - pytam.
Tata się śmieje, ale mama jest poważna.
No dobra, myślę, czekając, aż coś powie. Miejmy to już za sobą.
Rozdział 2
- Chcemy z tobą porozmawiać o powrocie do szkoły - mówi mama.
Moje obawy od razu przybierają na sile.
- Świetnie - przytakuję. - Jestem gotowy wrócić. Może jutro? Jest środa,
zostają tylko trzy dni do końca tygodnia. Powinienem dać radę. - Chwila
paniki minęła i myślę, że tak pewnie będzie.
Mama zerka na tatę, który na mnie nie patrzy i nagle znów ogarnia mnie
lęk.
- O co chodzi? - pytam ostrożnie.
Mama posyła mi nieszczery uśmiech, taki jaki przywołujesz na twarz,
kiedy masz zamiar powiedzieć coś, czego ta druga osoba nie chce
usłyszeć.
- Sądzimy, że może lepiej byłoby zmienić placówkę - mówi.
- Zmienić placówkę? - powtarzam. - Macie na myśli nową szkołę?
Mama kiwa głową.
- Tak - rzuca wesoło, jak ptaszek z kreskówki przynoszący wspaniałą
wiadomość. - Nowa szkoła. Nowy start. Czy to nie byłoby wspaniałe?
Nie odpowiadam na to pytanie, bo nasuwa mi się inne.
- Niby do jakiej szkoły miałbym pójść?
Mama znów zerka na tatę.
- Na przykład do Świętego Bazylego - podsuwa, jakby to była jedna z wielu opcji, które właśnie przychodzą jej do głowy. Ale ja wiem, że w naszej okolicy jest to naprawdę JEDYNA opcja. Poza tym mama powiedziała
to tak, jakby recytowała dobrze wyuczoną kwestię ze scenariusza, na
pewno więc już to przedyskutowali.
- Nie jesteśmy katolikami - oponuję.
- Nie przyjmują wyłącznie katolików - wyjaśnia mama. - To bardzo dobra
szkoła. Jej ukończenie pomogłoby ci się dostać do college'u.
- Chodzę do bardzo dobrej szkoły - mówię z naciskiem. - No może po
prostu dobrej. Odpowiedniej. LUBIĘ tę szkołę. Dlaczego uważacie, że nie
powinienem do niej wrócić?
- Nie tylko my tak myślimy - mówi mama już nie tak wesołym tonem,
przechodząc do ofensywy. Najwyraźniej miałem się zgodzić na zmianę
szkoły, żeby jej to ułatwić. - Rozmawialiśmy z dyrektor Matthews i...
- Rozmawialiście o mnie z dyrektorką? - przerywam jej.
Mama głośno wzdycha.
- Musieliśmy KOMUŚ wyjaśnić powód twojej czterdziestopięciodniowej
nieobecności, Jeff. Nie mogliśmy wciąż tylko powtarzać, że jesteś chory.
Ma rację, ale nie zamierzam jej tak łatwo odpuścić.
- I ona sądzi, że nie powinienem wracać?
- Nie chodzi o to, że nie chce, byś wrócił - tłumaczy mama. - Ona... my...
uważamy, że powrót do miejsca, w którym zaczęły się twoje problemy, nie
pomoże ci odzyskać równowagi.
- A co o tym sądzi doktor Katzrupus?
Mama lekko sztywnieje, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią. Albo się
spina. Jak ktoś, kto nie chce czegoś powiedzieć.
- Sądzi, że ty sam powinieneś o tym zdecydować - wtrąca tata, kiedy mama
milczy.
- Eryku - mama jest wyraźnie spięta. - Rozmawialiśmy już o tym.
- Cóż, tak właśnie powiedział - powtarza tata. Patrzy na mnie. - Jeff,
oboje z mamą chcemy zadbać o twoje bezpieczeństwo. Uznaliśmy, że nowa
szkoła może nam w tym pomóc. Ale chcemy też, żebyś czuł się szczęśliwy,
a nie wydaje się, żeby nasz pomysł przypadł ci do gustu. Czego więc ty
chcesz?
- Chcę wrócić - oznajmiam bez namysłu. - Do szkoły - dodaję na wypadek,
gdyby pomyśleli, że chodzi mi o szpital.
Mama ma taką minę, jakbym oświadczył, że planuję założenie kapeli
blackmetalowej, której próby będą odbywać się w naszej piwnicy. Otwiera
usta, żeby coś powiedzieć, ale jej to uniemożliwiam.
- Tata przed chwilą przyznał, że zdaniem mojego LEKARZA sam powinienem o tym zdecydować.
- Cóż, twój lekarz nie musi żyć w tym sąsiedztwie - rzuca mama.
Teraz rozumiem.
Taka jest właśnie mama - potrafi udawać, że wszystko gra, ale tylko do
pewnego momentu. Kiedy przekraczasz tę granicę, cała prawda wychodzi na
jaw. Tym razem prawda jest taka, że mama wstydzi się mnie i tego, co
zrobiłem.
Od razu orientuje się, że się zdradziła.
- Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało - mówi.
- Może nie chciałaś, ale taka jest prawda. Tak myślisz. Po prostu
powiedziałaś to głośno.
Przez dłuższy czas nikt nic nie mówi. A potem odzywa się tata.
- Kochamy cię, Jeff.
Przytakuję ruchem głowy. Wiem, że to prawda.
- Mimo to się wstydzicie - mówię. - Boicie się, że ludzie będą gadali o waszym pokręconym synu, który próbował się zabić. Problem w tym, że
ludzie i tak będą gadali. Dzieciaki w szkole na pewno nagadają coś
Amandzie, bo ona tam zostanie. A może i ją chcecie przenieść? Może w ogóle się przeprowadzimy? Słyszałem, że na Alasce jest ładnie. I skoro
już o tym mowa, zmieńmy nazwisko. Możemy zacząć wszystko od nowa jako
rodzina doskonała. Na przykład Smithsonowie. Albo Jakubowsky. Nie
będziecie się musieli martwić, co ludzie pomyślą. Oczywiście do czasu,
gdy jedno z nas znowu coś spieprzy.
- Nie przeklinaj - protestuje mama.
Śmieję się, bo sytuacja jest absurdalna. Mama nie chce, żebym
przeklinał. Nie wiem, czy powinienem teraz wyrzucić z siebie najdłuższą
litanię przekleństw, jaką słyszała, i przyprawić ją o atak serca, czy
wstać i pójść do siebie.
- Spróbujmy wrócić do punktu wyjścia - łagodzi tata. - Jeff, mama i ja...
- Nie zapominaj o dyrektor Matthews - przypominam z sarkazmem.
- Wszyscy obawiamy się, że powrót do starego środowiska może uruchomić
nieprzyjemne skojarzenia - kończy.
- To oczywiste. Ale właśnie z tym muszę sobie poradzić. Ludzie na pewno
będą wygadywali bzdury. Takie są dzieciaki. Nie ucieknę przed tym, co
się stało. Spędziłem czterdzieści pięć dni w psychiatryku, ucząc się NIE
WSTYDZIĆ tego, kim jestem i co zrobiłem. Zmiana szkoły świadczyłaby o tym, że mi się nie udało. Choć najwyraźniej to wy się wstydzicie.
Mama potrząsa głową.
- To do niczego nie prowadzi. Poza tym nie wstydzimy się ciebie. Po
prostu się martwimy.
- Chcesz powiedzieć, że to nas nie doprowadzi tam, gdzie ty byś chciała
- prostuję. - Bo już postanowiłaś, że nie powinienem wracać do szkoły, i oczekujesz, że się z tobą zgodzę. Ale ja mam inne zdanie. Chcę tam
wrócić. Wiem, że czasem będzie ciężko. Może nawet częściej niż czasem.
Jednak tego właśnie chcę.
Mama ma taką minę, jakby zamierzała protestować, więc dodaję:
- Może powinniśmy to przedyskutować z doktorem Katzrupusem.
To zamyka jej usta. Tata już powiedział, że zdaniem doktora sam
powinienem decydować, więc wie, że Kac stanie po mojej stronie.
- Cóż, musisz poinformować dyrektorkę, że chcesz wrócić - mówi szorstko.
- Ostateczna decyzja należy do niej. To jej szkoła.
- I moje życie - kwituję. - Chodźmy tam jutro i pogadajmy z nią.
- Zadzwonimy rano do sekretariatu i umówimy się na spotkanie.
Tata przybiera ton arbitra. Zawsze tak robi, kiedy musi stanąć pomiędzy
mamą a mną. Nie cierpię tej myśli, ale czasem zachowuję się tak samo jak
ona. Pewnie dlatego tak często się ścieramy, bo żadne z nas nie chce iść
na kompromis. Zwykle doceniam interwencje taty, bo uspokaja nas oboje.
Ale dziś z jakiegoś powodu mnie to irytuje. Chciałbym, żeby stanął po
mojej stronie, lecz on tego nie robi.
- Super - mówię, choć wcale tak nie myślę.
Znam dyrektor Matthews. Bardzo przypomina mamę. Obie są twardzielkami
niepozwalającymi sobie na wątpliwości. Różni je to, że mama mnie kocha,
a dyrektorka nie chce mieć kłopotów w szkole. Jeśli zgodzi się z rodzicami, że mój powrót będzie problemem, moja sytuacja nie wygląda
dobrze.
Zapowiada się walka Godzilli. Dwóch Godzilli. A może to ja jestem
Godzillą, a oni Królem Ghidorahem, potworem o trzech głowach. Tata byłby
tą trzecią głową, choć chyba jestem wobec niego trochę niesprawiedliwy,
bo myślę, że się ze mną zgadza. Przekonam się, jak się zachowa na
spotkaniu z dyrektorką.
- Świetnie - mówi mama. Patrzy na mnie. - Nie próbuję cię ukarać, wiesz
o tym. Chcę tego, co dla ciebie najlepsze.
- Chcesz tego, co jest dla mnie najlepsze twoim zdaniem - prostuję. - A to wielka różnica.
Wstaję, zanim zaprotestuje, i idę na górę. Tak jak podejrzewałem, Amanda
siedzi na schodach, czekając na mnie. Obok niej siedzi Mumford z nastawionymi uszami.
- Co się stało? - pyta szeptem moja siostra.
Pokazuję jej gestem, żeby poszła ze mną do pokoju. Zamyka za sobą drzwi,
a potem siada na brzegu łóżka.
- Chcą mnie wysłać do innej szkoły.
Amanda rozdziawia buzię.
- Co? Dlaczego?
- Uważają, że powrót będzie dla mnie traumatyczny. Zasłaniają się moim
dobrem, ale naprawdę chodzi o nich. Głównie o mamę. Boi się tego, co
ludzie pomyślą.
Moja siostra zamyka usta.
- Tak, to do niej podobne - przyznaje. - Zawsze się tego obawia.
Patrzę na nią i też przysiadam na łóżku.
- A ty? - pytam. - Też się boisz, co sobie inni pomyślą? Albo powiedzą?
Milczy przez chwilę.
- Czasami - przyznaje.
- Przykro mi - mówię. - Zdaje się, że namieszałem też w twoim życiu. I w dodatku zostałaś z tym sama. To nie było w porządku.
- Och - dziwi się, jakby dopiero teraz do niej dotarło, co powiedziałem.
- Chodzi o to, co myślą O TOBIE? Sądziłam, że pytasz o mnie, czy
przejmuję się, co mówią o mojej fryzurze, ubraniach i tak dalej. Nie,
nie boję się twojego powrotu, jeśli o to chodzi.
No tak. Amanda zachowała się wspaniale, ale martwię się, czy ta sytuacja
nie jest dla niej trudniejsza, niż przyznaje. Za nic nie chciałbym jej
przysparzać więcej problemów.
- Ludzie dowiedzą się, co się stało - przypominam. - Niektórzy zaczną
gadać. Wiesz o tym, prawda?
Amanda potakuje ruchem głowy.
- Jasne - mruczy. - Ludzie bez przerwy wygadują głupoty. Dlaczego tym
razem miałoby być inaczej?
Jednak jest inaczej. Nie skompromitowałem się na imprezie, rzygając na
czyjś dywan, nie założyłem niemodnych dżinsów ani nie złamałem innej
normy obowiązującej w szkole średniej. Próbowałem odebrać sobie życie i wylądowałem w psychiatryku. Ludzie na pewno będą o tym gadać.
Nagle wróciły wszystkie lęki, które pojawiły się przy obiedzie. Znów
słyszę w głowie te przekrzykujące się głosy. Muszę mieć dziwną minę, bo
Amanda przygląda mi się z uwagą.
- Co jest? - pyta.
- Nic - próbuję ją zbyć, a potem wzdycham, bo patrzy na mnie w TEN
SPOSÓB. - Wszystko. Sam nie wiem. Myślałem, że jestem na to gotowy. To
znaczy na powrót.
- A teraz już tak nie myślisz?
- Nadal myślę, że jestem gotowy. Tylko że to chyba nie będzie takie
łatwe. - Szukam słów najlepiej oddających to, co czuję. - Pamiętasz, jak
Hardy Devlin odszedł z Unnatural, bo chciał więcej kasy? - pytam.
- Pewnie - potwierdza Amanda. - Nasz ulubiony serial. Wilkołaki rządzą.
Auuuuu. A Aiden Howl był najlepszy.
- Fakt - przyznaję. - I zamiast stworzyć nową postać, zastąpili
Hardy'ego Rossem Finneganem.
- Beznadzieja! - prycha Amanda. - Ross Finnegan był do kitu. On i te
jego idiotyczne brwi.
- Kompletnie do kitu - zgadzam się. - Przestałem lubić ten serial, bo za
każdym razem, kiedy na ekranie pojawiał się Aiden Howl, myślałem tylko o tym, że Hardy Devlin zagrałby to dużo lepiej, i zastanawiałem się,
dlaczego inne postacie nie pytają go, co mu się stało z brwiami.
- Chyba wiem, co masz na myśli. Ale tak dla pewności, jesteś Hardym
Devlinem czy Rossem Finneganem?
- Obydwoma - wyjaśniam. - Chciałbym, żeby NOWY JEFF podobał się ludziom
bardziej niż stary. Ale co, jeśli tak nie będzie? Jeśli nie spodobam
się, jak nam nie spodobał się Ross Finnegan? Co, jeśli na mój widok będą
myśleć, że mam idiotyczne brwi?
Moja siostra kiwa głową.
- Wiem. Boisz się, że nie polubią nowego ciebie.
- Nie dziwiłbym się im - przyznaję. - Bo ten dawny ja był naprawdę
super.
Amanda się nie śmieje. Wstaje i podchodzi do mnie, a potem
nieoczekiwanie mnie obejmuje.
- Był - mówi. - Ale nowy ty jesteś lepszy. Widzę to. A twoje brwi wcale
nie są idiotyczne. - Wypuszcza mnie z objęć i idzie do drzwi, ale
jeszcze się odwraca. - Wilkołaki rządzą.
- Auuuu - wyjemy razem.
Leżący na łóżku Mumford podnosi się i patrzy na Amandę, jakby rozważał
jakąś decyzję.
Amanda zerka na mnie.
- Kiedy cię nie było, spał w moim łóżku. Ale już wróciłeś. - Patrzy na
Mumforda. - W porządku - uspokaja go. - Powinieneś się o niego
zatroszczyć.
Wychodzi, a ja po raz pierwszy od Incydentu zostaję sam w swoim pokoju.
Dziwnie się czuję. Podchodzę do drzwi i je zamykam. Potem znów otwieram.
Zamknięcie sprawiło, że poczułem się zatrzaśnięty od zewnątrz. Niby
wiem, że wystarczy nacisnąć klamkę, ale coś we mnie boi się, że kiedy
spróbuję, okaże się, że ktoś mnie tu zamknął.
Otwarcie drzwi jednak nie pomaga. Przypomina mi to pobyt w szpitalu,
gdzie zupełnie nie miałem prywatności, bo bez przerwy upewniali się, czy
nie chcę znów zrobić sobie krzywdy.
Ostatecznie tylko uchylam drzwi, by nie czuć się uwięzionym ani
wystawionym na widok jednocześnie. Potem siadam z powrotem na łóżku.
Mumford zwija się w kłębek przy poduszce, kładę na nim rękę.
Dziwnie się tu czuję, jakbym kogoś odwiedzał w jego domu. Czekam na
wejście pielęgniarki albo któregoś z pacjentów pytających, czy chcę
obejrzeć coś w sali telewizyjnej.
To mi nasuwa myśl o Sadie, mojej przyjaciółce ze szpitala, która
przedawkowała. Kiedy nie mogliśmy zasnąć, oglądaliśmy razem telewizję.
Najczęściej stare filmy. Czasem wyłączaliśmy dźwięk i podkładaliśmy do
nich własne dialogi.
Myśl o Sadie sprowadza mnie na drogę, którą nie chcę iść. Wstaję więc i podchodzę do biurka. Otwieram laptopa i zaczynam pisać nową wiadomość.
Do: drkatz@****hospital.org
Od: j*****[email protected]
Temat: ZNOWU JA
Doktorze!
Prosił Pan, żebym dał znać, jak mi jest w domu. Nie jest fantastycznie,
ale daję radę. Tak mi się wydaje. Problem w tym, że rodzice (głównie
mama) nie chcą, żebym wrócił do dawnej szkoły. Podobno o tym
rozmawialiście, ale nie wiem, czy to prawda. Rozmawialiście? I co Pan o tym myśli? Jutro idziemy na rozmowę do dyrektorki. Nie wiem, o której.
Byłoby super, gdyby zdążył Pan mi odpisać. Poza tym u mnie w porządku.
PS. Pozdrowienia dla wszystkich.
Wcisnąłem "wyślij" i patrzyłem, jak moja wiadomość leci przez
wszechświat. Nie napisałem tego, co naprawdę chciałem napisać, czyli że
boję się ducha Sadie, który może się tu pojawić w każdej chwili. Nie
chciałem jednak, żeby doktor pomyślał, że powinienem wrócić do szpitala
czy coś w tym stylu. Potrzebuję tylko z kimś pogadać.
Wysłanie wiadomości poprawia mi nastrój, postanawiam więc napisać
kolejną. Tym razem do Allie.
Do: alliegator****@gmail.com
Od: j*****[email protected]
Temat: Pamiętasz mnie?
Cześć, to ja.
Przepraszam, że tak długo się nie odzywałem. Nie byłem w stanie. To
długa historia. Częściowo ją znasz, ale chciałbym dopowiedzieć Ci
resztę. O ile chcesz posłuchać. Możemy się spotkać? Zadzwoniłbym, ale
nie kupiłem jeszcze telefonu.
Klikam "wyślij", zanim zdążę zmienić zdanie. Chcę zamknąć komputer i zająć się czym innym, kiedy słyszę dźwięk oznaczający przyjście
wiadomości. Jest od Allie. Waham się chwilę, a potem otwieram.
Do: j*****[email protected]
Od: alliegator****@gmail.com
Temat: Re: Pamiętasz mnie?
Nowy adres. Kto to?
Żart! Oczywiście, że chcę usłyszeć resztę. Jutro? U mnie? 16:30? I kup
telefon! To nie 1874.
Jestem tak uszczęśliwiony, że piszę tylko: "Stoi!" i wysyłam. Allie jest
numerem jeden na mojej liście Spraw Niepokojących. Po naszej ostatniej
rozmowie nie byłem pewien, jak to będzie, kiedy się znowu spotkamy.
Potem myślę o Hardym Devlinie i Rossie Finneganie.
Może Allie tylko udaje, że wszystko gra. Była mocno wkurzona, kiedy
rozmawialiśmy po raz ostatni. Teraz zachowała się tak jak zawsze. Czy
naprawdę się cieszy, że wróciłem, czy tylko uznała, że lepiej udawać?
Jednak ona też miała czterdzieści pięć dni, żeby się nad tym wszystkim
zastanowić. Może przemyślała i przeszła nad tym do porządku dziennego.
Postanawiam przestać się zadręczać. Wystarczy, że Allie chce się ze mną
spotkać i wydaje się, że się ucieszyła. Nauczyłem się od Kaca jednej
rzeczy: żeby nie doszukiwać się problemów tam, gdzie ich nie ma. Jeśli
uda mi się przetrwać rozmowę z dyrektorką i rodzicami, poradzę sobie ze
wszystkim.
Nagle czuję się wykończony. To był długi dzień. Wiadomość od Allie
uświadomiła mi, jak bardzo ciążyło mi zastanawianie się, co o mnie
myśli. Część tego ciężaru teraz ze mnie spadła i mogę odpocząć. Jutro
będzie ważny dzień z wielu powodów i muszę się przygotować.
Idę do łazienki, a potem do łóżka - mojego łóżka - i włączam lampkę
nocną. Mumford zwija się w kłębek u mojego boku, a ja chowam nos w jego
futrze.
Jestem w domu. W domu.
I to jest dobre uczucie.
Rozdział 3
Od razu po przebudzeniu sprawdzam, czy Kac odpowiedział na moją
wiadomość. Odpowiedział, ale napisał tylko: "Poproszono mnie o kontakt z twoją dyrektorką". Wysłał to o 5:37 rano, pewnie zaraz po przyjeździe do
szpitala, a teraz jest dopiero parę minut po siódmej. Możliwe jednak, że
rozmawiali, bo wiem, że dyrektor Matthews zwykle jest już o tej porze w gabinecie.
Chyba powinno mnie to uspokoić, ale jest odwrotnie. Wyobrażam sobie
różne warianty tej rozmowy i każdy jest gorszy. Wkładam dżinsy i koszulkę, a potem schodzę do kuchni, gdzie tata i Amanda jedzą przy
stole płatki śniadaniowe, a Mumford czeka cierpliwie, aż któreś rzuci mu
kukurydziany albo słodki krążek. Jak na ironię to tata pałaszuje
słodkie, podczas gdy Amanda je coś, co gwarantuje stuprocentową
satysfakcję jej układowi trawiennemu.
- Cześć - woła tata. - Już miałem cię budzić. Dzwonili ze szkoły. Mamy
spotkanie z dyrektor Matthews kwadrans po ósmej. Pospiesz się i zjedz
coś, zaraz jedziemy.
Mówi to dziwnie lekkim tonem, a przecież lada chwila mam się przekonać,
czy moje życie radykalnie się zmieni. Znowu.
- Co powiedziała dyrektorka? - pytam.
Tata kręci głową.
- Nic. Rozmawiałem z jej sekretarką. Oznajmiła mi, że dyrektor Matthews
chciałaby się z nami spotkać dziś rano.
Jęczę.
- Będzie dobrze - zapewnia tata.
- Tego nie wiesz - sprzeciwiam się, sięgając po miskę i pudełko płatków
z szafki. Potem siadam przy stole.
- Przynajmniej nie muszę jechać autobusem - stwierdza z zadowoleniem
Amanda. - Zabiorę się z wami.
- Mama nie jedzie? - pytam z nadzieją.
Tata podnosi miseczkę do ust i przechyla ją, wypijając resztki mleka.
Odstawia miskę.
- Nie licz na to - odpowiada. - Szykuje się.
- Mama mówi, że twój lekarz dzwonił do dyrektor Matthews - wtrąca
Amanda. - Nie była tym zachwycona. To znaczy mama. Chociaż dyrektorka
też pewnie nie. Cieszy się tylko wtedy, gdy może kogoś zostawić po
lekcjach.
- Nie jest taka zła - łagodzi tata.
Oboje z Amandą posyłamy mu wymowne spojrzenie.
- No dobra - kapituluje. - Może nie wydawała się zbyt entuzjastyczna,
ale chce z nami rozmawiać, więc uznajmy to za dobry znak.
- Byłoby lepiej, gdybyśmy spotkali się z nią tylko we dwóch - mówię. -
Bez mamy.
Tata nic nie odpowiada, zauważam jednak, że skinął głową.
- Jeff już wstał? - słyszę głos mamy. Dopiero wchodząc do kuchni, widzi,
że siedzę przy stole. - O, to dobrze. Możemy wyjść za kilka minut.
Dzwoniłam do biura i uprzedziłam Rory, że się dziś trochę spóźnię.
Rory jest asystentką mamy. Właściwie jej kopią w pomniejszeniu,
szczupłą, jasnowłosą i przerażającą. Moja mama, na wypadek gdybym
jeszcze o tym nie wspomniał, jest Pośredniczką w biurze nieruchomości.
Nie wiem, dlaczego słowo Pośrednik pisze się zawsze wielką literą, jakby
podawało się czyjąś narodowość, co wydaje się dziwaczne. Żartujemy z Amandą, że gdyby mama musiała zrobić z jakiegoś powodu test DNA,
wykazałby, że jest w trzech procentach Niemką, a w dziewięćdziesięciu
siedmiu Pośredniczką.
Obie z Rory uwielbiają swoją pracę. A mama dodatkowo uwielbia uczyć Rory
wszystkiego, co wie o sprzedaży domów, a co jej zdaniem polega na
dopasowywaniu ludzi do ich idealnych domów. Choć według mnie chodzi
bardziej o wmawianie im, że wszystko, co im się w takim domu nie podoba,
można zmienić dzięki jednej wizycie w markecie budowlanym i weekendowemu
malowaniu.
- Pojedziemy dwoma samochodami - oznajmia mama. - Dzięki temu będę mogła
dotrzeć do pracy zaraz po spotkaniu. Możesz jechać ze mną, Jeff.
Wiem, co to znaczy. Przedstawi mi ofertę nie do odrzucenia, wymieniając
liczne powody, dla których lepiej byłoby zmienić szkołę. Zerkam na tatę
z niemą prośbą: Mógłbyś mi pomóc? Ale on potrząsa głową. Kończę płatki,
wstawiam miskę oraz łyżkę do zmywarki i idę na górę po buty.
Pięć minut później siedzę obok fotela kierowcy w samochodzie mamy. Tata
z Amandą pojadą za nami. Droga do szkoły zajmuje tylko około piętnastu
minut, ale nie dotarliśmy jeszcze do końca naszej ulicy, a już mam
wrażenie, jakbym spędził w aucie mamy z sześć godzin.
- Masz szczęście, że dyrektor Matthews zgodziła się z tobą spotkać -
mówi, przerywając ciszę. Milknie na chwilę, żebym miał czas poczuć za to
wdzięczność. - Rozumiem, że twój lekarz zasugerował to spotkanie z własnej inicjatywy.
Więc tego oczekuje. Wyznania. Nie widzę powodu, dla którego nie miałaby
go usłyszeć. Przecież już wie, że musiałem poprosić Kaca o interwencję.
- Jeff... - Mama używa tego samego tonu, jakim często przemawia do
potencjalnych kupców, którzy nie mogą się zdecydować na złożenie oferty.
- Mówiłam ci już, że nie próbuję cię ukarać. Chciałabym, żebyś to
zrozumiał.
- Nie myślę, że chcesz mnie ukarać.
Mama wzdycha. Tak samo, jak kiedy jakiś kupiec czy sprzedawca ją
irytują. To znaczy, że wie, co jest najlepsze, i nie znosi, gdy ktoś to
kwestionuje.
- A ja chciałbym, żebyś zrozumiała, że zmiana szkoły nie wymaże tego, co
się stało - mówię.
Zatrzymujemy się na światłach. Przypadkiem znaleźliśmy się za szkolnym
autobusem, którym normalnie bym jechał. Podczas gdy czekamy na zielone
światło, patrzę na tylną szybę autobusu. Allie też nim jeździ. Jeśli
zajęła ostatnie miejsce, może odwróci się i mnie zauważy.
Nie widzę jej, ale spotkam się z nią później i już nie mogę się
doczekać. Nie zamierzam wspominać mamie, że wybieram się do Allie.
Będzie wtedy jeszcze w pracy i przy odrobinie szczęścia nawet się nie
dowie, że wyszedłem.
Kiedy zapala się zielone światło, autobus przed nami sapie jak
najpowolniejszy na świecie dinozaur. Jedziemy za nim do samego końca.
Mama nie wypowiada już ani słowa, co wcale dobrze nie wróży. Oznacza, że
powstrzymuje wszystko, co ma do powiedzenia, do momentu, gdy znajdziemy
się w gabinecie dyrektorki.
Autobus skręca i staje na przystanku, a mama jedzie w drugim kierunku
prosto na parking. Tata parkuje tuż obok nas i wysiada razem z Amandą.
Idziemy we czwórkę do szkoły. Amanda szepcze mi do ucha:
- Powodzenia.
Odchodzi do tej części budynku, gdzie mieszczą się klasy średniej grupy
wiekowej. Rodzice i ja idziemy korytarzem do gabinetu dyrektorki.
- Jeff! - wykrzykuje na mój widok pani Pennyfall. Podbiega i mocno mnie
ściska, co jest z pewnością równoznaczne ze złamaniem siedmiu ustawowych
reguł. Ale pani Pennyfall jest sekretarką od niepamiętnych czasów i na
pewno nie zdaje sobie sprawy z zachodzących zmian. - Wspaniale, że
wróciłeś - mówi. - Powiem dyrektor Matthews, że przyszliście.
- Jesteśmy trochę za wcześnie - wtrąca mama, jakby chwaliła się sukcesem
i oczekiwała aprobaty.
Nieoczekiwanie czuję, że muszę się wysikać. Natychmiast.
- Zaraz wracam - rzucam.
- Dokąd to? - pyta mama, jakby bała się, że zamierzam uciec.
- Do toalety. Na końcu korytarza. Wracam za dwie minuty.
Nie czekam na odpowiedź. W toalecie nikogo nie ma. Mimo to wchodzę do
kabiny. To nawyk, którego nabrałem w szpitalu, gdzie kabina toaletowa
była często jedynym miejscem zapewniającym chwilę prywatności.
Kończę sikać i otwieram drzwi. Podchodzę do umywalki, żeby umyć ręce, i nagle zdaję sobie sprawę, że ktoś stoi przy pisuarze. Ten ktoś odwraca
się i widzę, że to Burke. Burke Gorsky. Chłopak Allie. Ten, którego
pocałowałem na imprezie u Rebeki Miller. Gość, który powiedział Allie,
że go pocałowałem na imprezie u Rebeki Miller. Powód, dla którego
zrobiłem to, co zrobiłem, i wylądowałem w szpitalu.
- Cześć - mówi Burke, rozpoznając mnie.
- Ściąłeś się - stwierdzam.
Jego ciemnoblond włosy sięgały wcześniej do ramion. Teraz są krótkie.
Podoba mi się ta fryzura. Bardzo.
Burke dotyka ręką głowy.
- Och - mówi. - Tak.
Patrzymy na siebie i wydaje mi się, że trwa to trzy lata. Próbuję się
połapać, co czuję, bo od emocji kręci mi się w głowie. W ciągu ostatnich
czterdziestu pięciu dni wyobrażałem sobie milion razy, jak wpadam na
Burke'a. Czasem ta myśl mnie przerażała, a czasem czułem się dziwnie
podekscytowany. Zastanawiałem się, co by w takiej chwili powiedział i jak sam bym zareagował.
Czekam, by mój mózg wybrał jedną z opcji. Robi to i słyszę, jak mówię:
- Hm, powinienem cię przeprosić.
Burke wydaje się zmieszany.
- Za co?
Zapomniał o tym, co się stało?
- Za... no wiesz, za to, co zrobiłem - mówię niepewnie. - Na tamtej
imprezie.
Burke kiwa głową, jakby dopiero teraz sobie przypomniał.
- Spoko - rzuca. - Nic się nie stało.
Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Mam na nadgarstkach blizny, które
mówią, że jednak COŚ się stało. Coś ważnego. Nie wiem, jak dużo Burke
wie o tym, co się wydarzyło po naszym pocałunku w łazience.
- Więc wróciłeś? - pyta.
Wzruszam ramionami.
- Możliwe. Za chwilę będę o tym rozmawiał z Matthews.
- Super - rzuca Burke. - Mam nadzieję, że wrócisz. Allie się za tobą
stęskniła. I wielu innych. Nie tylko ona.
- Dzięki. Też za wami tęskniłem.
I znów zapada między nami długa, jeszcze bardziej niewygodna cisza.
A potem odzywa się dzwonek i Burke stwierdza, że musi już lecieć.
- Ja też - mówię i idę do drzwi. Otwieram je i przytrzymuję dla Burke'a.
- Narka - rzuca Burke i odchodzi korytarzem.
- Jeff?
Odwracam się i widzę mamę stojącą przed gabinetem dyrektor Matthews.
- Już idę.
- Kim był ten chłopiec? - pyta, gdy wchodzimy do gabinetu.
- Kolega - rzucam zdawkowo. - Nie znasz.
Mama wydaje taki dźwięk, jakby podejrzewała, że nie mówię jej
wszystkiego. Nie myli się. Ale za nic nie będę jej wyjaśniał, co mnie
łączy z Burkiem Gorskim. Na szczęście dyrektorka już na nas czeka, więc
jak na ironię z tej trudnej sytuacji wybawia mnie kolejna, równie
trudna.
- Dziękuję, że przyszliście - mówi dyrektor Matthews, gdy tata, mama i ja siadamy na krzesłach ustawionych naprzeciwko jej biurka.
- Dziękujemy, że zgodziła się pani z nami spotkać - odpowiada mama,
naturalnie przybierając ton Pośredniczki.
Matthews patrzy na mnie z szerokim uśmiechem.
- Bardzo się cieszę, że wracasz do siebie, Jeff.
- Dziękuję.
Nie rozmawiałem wcześniej zbyt wiele razy z dyrektor Matthews, ale
słyszałem o niej wystarczająco dużo, żeby zachować rezerwę. Przynajmniej
do chwili, gdy się dowiem, co powiedział jej Kac i jak na to
zareagowała. Na razie będę mówił tylko tyle, ile muszę.
Dyrektorka nie spuszcza ze mnie wzroku, jakby spodziewała się, że powiem
coś więcej. Nie wie, że podczas pobytu w szpitalu nabrałem sporego
doświadczenia w milczącym patrzeniu sobie w oczy z Kacem w jego
gabinecie. W każdym razie tak było na początku, gdy uważałem, że to nie
jest właściwe dla mnie miejsce i nie miałem ochoty z nim rozmawiać.
Stałem się w tym dobry i teraz jestem pewien, że ją przetrzymam.
Widzę, jak uśmiech dyrektorki rzednie i już wiem, że wygrałem.
- Rozumiem, że chciałbyś wrócić do szkoły - mówi.
- Tak. Myślę, że jestem gotowy, a mój lekarz się z tym zgadza.
- Wiem. Tyle mi powiedział. - Milknie, co daje mi cień nadziei, a potem
dodaje: - Mam jednak co do tego pewne obawy.
Czuję ściskanie w żołądku.
- Jakie?
Czuję, jak mama, która siedzi po mojej prawej stronie, sztywnieje. Wiem,
że jej zdaniem wykazałem się brakiem szacunku. Po mojej drugiej stronie
tata poprawia się na krześle, jakby było niewygodne.
Dyrektor Matthews zerka na papierową podkładkę leżącą na biurku.
- Po pierwsze - mówi, jakby czytała, co jest na niej napisane - czy
zastanawiałeś się już, ile jesteś gotów powiedzieć o przyczynie tak
długiej nieobecności? - Patrzy na mnie. - Twoi koledzy na pewno będą
ciekawi.
- Wystarczy im informacja, że byłem w szpitalu. Sam zdecyduję, czy chcę
komuś powiedzieć więcej.
Dyrektor Matthews przytakuje ruchem głowy.
- Oczywiście - mówi, jakby się ze mną w pełni zgadzała. - Ale wiesz
także, że NIEKTÓRZY będą snuli rozmaite domysły. I jeśli choć jedna
osoba wie, że próbowałeś... - urywa, zanim skończy to, co chciała
powiedzieć.
- Próbowałem się zabić - kończę za nią.
- Jeff - wtrąca ostro mama.
- Wiesz, że takie historie szybko się roznoszą - podejmuje Matthews, nie
komentując tego, co powiedziałem i jak zareagowała na to mama.
Patrzy znacząco na moje ręce, które skrzyżowałem na piersi, i wiem, że
daje mi do zrozumienia, iż widzi moje blizny i że inni także je zobaczą,
co powinienem wziąć pod uwagę. Nie może jednak tego powiedzieć, bo
zabrzmiałoby to niestosownie.
- Jasne - rzucam. - Ludzie gadają. Gadali o Ginny Mangerman, kiedy
opuściła szkołę cztery miesiące przed końcem, bo rzekomo wyjechała na
wymianę do Australii. Wszyscy wiedzieliśmy, że była w ciąży i przeniosła
się do dziadków do czasu, gdy urodziła i oddała dziecko do adopcji.
Gadaliśmy też, kiedy Trevor Weiss zaczął ćpać metamfetaminę.
Dyrektorka podnosi rękę, nakazując mi przerwać.
- Nie znam szczegółów tych spraw - mówi. - A nawet gdybym znała,
zachowałabym je w tajemnicy. Nie mogę o tym rozmawiać. Poza tym żadne z nich nie wróciło już do szkoły.
To ostatnie akurat było prawdą. Ale nie o to chodzi. A może o to, bo
mama zwraca się teraz do mnie i mówi:
- Może potrzebujesz więcej czasu. Do końca roku zostały tylko cztery
miesiące. Mógłbyś się uczyć w domu.
Oczywiście nawiązała do tego, co mówiłem o Ginny Mangerman, która
opuściła szkołę cztery miesiące przed jej ukończeniem. Najwyraźniej
dyrektor Matthews myśli tak samo, bo wtrąca:
- To świetny pomysł. Potem będą wakacje, a jesienią będziesz mógł wrócić
i zacząć od nowa.
Jestem zły na siebie, że niechcący wpakowałem się w tę pułapkę i na nie,
że są z siebie tak zadowolone.
- Racja. Bo wszyscy o tym zapomną przez lato. A może potrzebuję więcej
czasu, żeby wymyślić jakąś lepszą bujdę o tym, co się stało?
- Jeff... - Głos mamy brzmi ostrzegawczo.
I wtedy odzywa się milczący do tej pory tata.
- Czy wiecie, kim jest Chugger Craddock?
Zapada cisza i wszyscy zastanawiamy się, co powiedzieć.
Jako pierwsza przerywa ją dyrektor Matthews.
- Nie znam tego nazwiska.
- To pewnie jakiś sportowiec - podsuwa mama.
Tata kiwa potakująco głową.
- Był nim. Grał w piłkę nożną w drużynie szkolnej Dunston w Braesburgu.
To małe miasteczko w zachodniej części stanu. Precyzując, był lewym
skrzydłowym. Jednym z najbardziej obiecujących zawodników w lidze
szkolnej. Obserwowałem go w ostatnim sezonie przed ukończeniem liceum.
Widziałem cały ten cyrk, gdy walczyło o niego sześć college'ów.
- Eryku, nie wiem, co to ma wspólnego z powrotem Jeffa do szkoły -
oponuje mama.
- Zaraz do tego dojdziemy. Chugger dostał się do świetnej szkoły. Ale
trzy miesiące po rozpoczęciu pierwszego roku miał wypadek samochodowy.
Jego furgonetka wpadła w poślizg na oblodzonej drodze. Kolega, z którym
jechał, został sparaliżowany od pasa w dół. Chugger wyszedł z tego bez
szwanku. Powiedział policji, że na drogę wybiegł jeleń, więc próbował go
gwałtownie ominąć. Ale to nie była prawda. Później wyszło na jaw, że pił
i ścigał się z drugą furgonetką. Przekroczył dozwoloną prędkość o trzydzieści kilometrów, gdy doszło do wypadku.
Nie mam bladego pojęcia, do czego zmierza tata. Wyczuwam rosnące
zniecierpliwienie mamy i dyrektorki. Ale tacie najwyraźniej to nie
przeszkadza. Milknie na chwilę, a potem ciągnie dalej.
- Kiedy ujawniono prawdę o wypadku, ludzie byli naturalnie bardzo
poruszeni. Chugger został wyrzucony z drużyny. Utracił stypendium i zamierzał ostatecznie rzucić szkołę. Nie był pijany, gdy doszło do
wypadku, ale nie powinien był w ogóle pić, a już na pewno nie siadać za
kierownicą. Nie miał siły codziennie paradować po kampusie, gdzie
wszyscy wiedzieli, co się stało, i po tym, jak wyrzucono go z drużyny.
- Dziwisz mu się? - pyta mama. - Na pewno okropnie się z tym czuł.
Zniszczył życie tamtemu chłopcu.
- Zrezygnował ze szkoły na jeden semestr - mówi tata, ignorując jej
uwagę. - Potem postanowił wrócić. Uznał, że może zdziałać więcej dobrego
w kampusie, niż uciekając. Zaczął wygłaszać pogadanki dla nowych
studentów o wypadku i o alkoholu. Mówił prawdę o tym, co się wydarzyło
tamtej nocy. Kto wie, ilu wypadkom zapobiegł albo jak wielu ludziom
pomógł, nawet ich nie znając.
Tata umilkł i zapadła długa cisza. Potem odezwała się mama.
- Nie można porównywać tych sytuacji. Jeff nie zrobił niczego, co
skazałoby kogoś innego na paraliż.
- Właśnie o to mi chodzi - podchwycił tata. - Tak naprawdę skrzywdził
wyłącznie siebie. A mimo to oczekujemy, że zmieni szkołę, bo ktoś mógłby
się z tym poczuć niekomfortowo. Może jeśli wróci, zapobiegnie podobnemu
nieszczęściu? Może powstrzyma kogoś przed zrobieniem tego samego?
Tata patrzy na mnie z lekkim uśmiechem. Potem zwraca się do dyrektor
Matthews.
- Czy istnieją jakieś PRAWNE przesłanki, by zakazać teraz Jeffowi
powrotu do szkoły?
Dyrektorka zaprzecza ruchem głowy.
- Nie - mówi cicho.
- W porządku - stwierdza tata. - Jeśli więc lekarz Jeffa uważa, że
powinien on wrócić i sam Jeff chce tego, może powinniśmy go posłuchać.
Mama rzuca mu gniewne spojrzenie.
- Eryku, rozmawialiśmy o tym.
- Wiem, że próbujesz go chronić - mówi tata. - Ale Jeff ma rację.
Dzieciaki plotkują. I będą plotkować niezależnie od tego, czy przyjdzie
do szkoły, zostanie w domu albo wróci do szpitala. Więc jeśli on
twierdzi, że sobie z tym poradzi, powinniśmy pozwolić mu zdecydować.
- Oczywiście - prycha mama. - Bo przecież udowodnił, że potrafi
podejmować właściwe decyzje.
Tata patrzy na nią i widzę, że jest zły. Chce coś powiedzieć, ale się
powstrzymuje. Wstaje.
- Myślę, że skończyliśmy - mówi. - Jeff, jeśli chodzi o mnie, możesz
wrócić do szkoły. Jeśli nie chcesz wracać, możesz rozważyć sugestię mamy
i dyrektor Matthews.
- Chcę wrócić. Od jutra.
Mama jest tak wściekła, że lada chwila wybuchnie. Wstaje.
- Muszę jechać do pracy - mówi. - Porozmawiamy o tym jeszcze dziś
wieczorem. Dyrektor Matthews, dziękuję za poświęcony czas.
Wychodzi, nie patrząc na mnie ani na tatę. Tata kładzie rękę na moim
ramieniu i ja też wstaję. Dziękuje dyrektorce i wychodzimy. Kiedy
idziemy korytarzem do wyjścia, mówię:
- Zdaje się, że właśnie rozpętałeś trzecią wojnę światową.
- Poradzę sobie z mamą. Tak myślę.
- Doceniam to, że stanąłeś po mojej stronie.
Idziemy do samochodu i wsiadamy. Tata odpala silnik i mówi:
- Twoja mama ma rację w jednym. Pewnie nie będzie łatwo.
- Wiem. Ale nauczyłem się, że nie można unikać trudnych rzeczy. To
znaczy można próbować, ale i tak cię dopadną.
- Przykro mi, że musiałeś się tego nauczyć tą drogą - mruczy tata, gdy
wyjeżdżamy z parkingu.
- Słuchaj, czy możemy coś zrobić przed powrotem do domu?
Tata zerka na mnie.
- Co masz na myśli?
- Czy możemy się zatrzymać w sklepie z kartkami okolicznościowymi?
Rozdział 4
- Spóźnione czy na zapas?
Patrzę na chłopaka za ladą, który właśnie zadał mi to pytanie. Jest
mniej więcej w moim wieku i podobnego wzrostu. Lekko zbudowany, o jasnobrązowym odcieniu skóry. Ma krótkie czarne włosy i jeden dłuższy
kosmyk, zafarbowany na różowo i opadający nad prawym okiem. Drugie oko
błyszczy pięknym, głębokim brązem, który przywodzi mi na myśl jadalne
kasztany, co jest dziwne, bo jestem niemal pewien, że nigdy nie
widziałem jadalnych kasztanów - znam je tylko z tekstu piosenki
świątecznej, w której pieką się w kominku. Chłopak ma na sobie koszulkę
reklamującą ostatnie tournée Lolly Dreambox. To moja ulubiona kapela.
Byłem na jednym z koncertów z tej trasy, może na tym samym co on?
- Na co? - odpowiadam pytaniem.
- Co? - pyta z lekkim zdziwieniem.
- Na co spóźnione albo na zapas? - dopowiadam.
- Sorki - mruczy. - To nie miało być na głos.
Stuka pięć razy środkowym palcem lewej dłoni w ladę, bezgłośnie
odliczając każde stuknięcie. Paznokieć tego palca i tylko tego jest
pomalowany czarnym lakierem z wyraźnym ubytkiem, jakby chłopak stukał
nim tak często, że lakier zaczął odpadać. Bierze głęboki wdech. - To
będzie siedem osiemdziesiąt trzy.
Wyciągam banknot dziesięciodolarowy.
- O - mówi, jakby nigdy przedtem takiego nie widział. - Gotówka. Łał. W porzo. Dam radę.
Znów bierze głęboki wdech i wypuszcza powietrze nosem. Przyjmuje
banknot, chwytając go dwoma palcami, tak że powiewa między nimi jak
liść. Kiedy otwiera kasę, wkłada do środka banknot i wyjmuje resztę,
pytam ponownie:
- Na co spóźnione albo na zapas?
- Och - mówi, wręczając mi dwa banknoty jednodolarowe i kilka monet. -
Na walentynki. Były wczoraj. - Wskazuje głową kartkę i pudełko słodyczy
na ladzie. Są przecenione. - Zapomniałeś o nich w tym roku czy może
korzystasz z wyprzedaży, żeby zachować je na przyszły?
- Rozumiem - odpowiadam, kiedy pakuje obie rzeczy. - Właściwie to byłem
wczoraj trochę zajęty i nie miałem czasu nic wybrać.
Chłopak kiwa głową.
- Ona na pewno się nie obrazi - mówi, podając mi torbę. - Albo on. Czy
ono. - Przymyka oczy i znów stuka palcem w ladę. - Muszę mniej gadać.
- Ona - wyjaśniam. I nagle z jakiegoś powodu dodaję: - Ale to tylko
kumpela. Nie mam dziewczyny. Jestem gejem. - Teraz sam poczułem się
niezręcznie. - Sorki - mówię. - Nie wiem, czemu poczułem, że chcę ci to
powiedzieć. To pewnie skutek terapii.
Kiwa głową.
- Kumam. Ja też za dużo mówię. - Krzywi się, a środkowy palec znów
zaczyna stukać o blat. - To znaczy... nie mam na myśli, że ty za dużo
mówisz. Lepiej, jak wreszcie się zamknę i pożyczę ci miłego dnia.
- O co chodzi z tym palcem? - pytam.
Wiem, że to niegrzecznie, ale naprawdę mnie to ciekawi.
Chłopak zerka na swój palec, jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu.
Potem zwija dłoń w pięść, ukrywając cztery palce pod kciukiem.
- To takie ćwiczenie - mówi. - Ma mi pomóc się skupić.
- Działa?
Kręci głową, a różowy kosmyk się kołysze.
- Niezupełnie. To znaczy czasem. Nie zawsze.
Stoimy tak jeszcze chwilę, nic nie mówiąc. Zaintrygował mnie, ale nie
wiem, jak pociągnąć rozmowę.
- Miłego dnia. - Zerkam na plakietkę z imieniem przypiętą do koszulki.
Jest na niej napisane BUFORD. - Buford - rzucam na koniec.
Przez chwilę wydaje się zmieszany. Potem podąża za moim wzrokiem,
zauważa plakietkę i chrząka.
- To nie jest moje prawdziwe imię - wyjaśnia. - Ojciec mówi, że nie
powinniśmy podawać swoich prawdziwych imion na plakietkach. Na wypadek
gdyby trafił się jakiś stalker czy coś. Wiesz, taki, co nas później
znajdzie w mediach społecznościowych. Ojciec jest właścicielem tego
sklepu, dlatego tu pracuję.
- Słusznie - mówię. - Ostrożności nigdy za wiele.
- Nie wydaje mi się - sprzeciwia się chłopak. - Ludzie czasem tak się
boją porażki, że z góry rezygnują z rzeczy, które mogłyby okazać się
wspaniałym przeżyciem.
- Chyba masz rację - przyznaję ze śmiechem. Zaskoczył mnie tą myślą.
- Chrys - mówi. - Tak mam na imię. Przez igrek i es. Inaczej niż zwykle.
To skrót od Chrysalis, poczwarki, która kiedyś przemieni się w motyla.
Wiem. To dziwne.
- Znam kogoś o imieniu Wiewiór - rzucam, myśląc o jednym chłopaku ze
szpitala. - To dopiero jest dziwne. Przy okazji, jestem Jeff. Pisze się
normalnie. Przez J.
- Cześć, Jeff. - Chrys unosi rękę i macha. Stoimy tak jeszcze przez
chwilę, patrząc na siebie. Potem Chrys znów zaczyna stukać palcem.
- Muszę już lecieć - stwierdzam. - Tata czeka na mnie w samochodzie.
- Miłego dnia.
Odwracam się i wychodzę ze sklepu. Kiedy wsiadam do samochodu, tata
pyta:
- Kupiłeś to, czego potrzebowałeś?
Zerkam na drzwi sklepu. Widzę Chrysa, który wygląda na zewnątrz.
Zauważa, że na niego patrzę, i znów niezręcznie mi macha, a potem znika.
- Tak - odpowiadam tacie. - Dzięki, że mnie tu przywiozłeś.
W drodze do domu myślę o Chrysie. Wiem, że nie należy oceniać ludzi na
podstawie ich wyglądu, ale zastanawiam się, czy jest gejem. Potem
rozmyślam, dlaczego mnie to intryguje. Może pociąga mnie to, że wygląda
inaczej niż inni. A może to, że jest ładny. Więcej niż ładny.
Te myśli przywołują wspomnienie szkolnej toalety, gdy wpadłem na
Burke'a. Nie chcę tego przyznać, ale Burke też jest ładny. Ale on na
pewno nie jest gejem. To chłopak Allie. Zdecydowanie ktoś, o czyim
wyglądzie nie powinienem myśleć, bo od tego zaczęły się moje problemy.
Tak naprawdę nie sądzę, by Burke był problemem. Nie w tym sensie.
Rozumiem, że jest dla mnie symbolem tego, czego pragnę. Co chciałbym
mieć. Kiedyś. Ale Burke nigdy nie zostanie moim chłopakiem. Co nie
zmienia faktu, że jest ładny.
Po powrocie do domu tata idzie do swojego gabinetu. Pracuje w domu,
pisze teksty na internetową stronę sportową. Artykuły w rodzaju: "Czy
drużyna piłkarska zdobędzie ostatecznie tegoroczny puchar?". Albo
"Zawodnik X jest najlepszym sportowcem w historii - oto dlaczego"
opatrzone wykresami i tabelami. Stąd znał historię Chuggera Craddocka.
Czasem jest mi żal taty. Nikt z naszej rodziny nie interesuje się
sportem. Ekscytuje się jakąś drużyną albo jej udanym sezonem, a my nie
mamy pojęcia, o czym mówi. To znaczy zwykle potrafimy odróżnić, czy mówi
o futbolu, koszykówce czy hokeju, ale nawet z tym mamy trudności, bo w sporcie ciągle coś się dzieje.
Na pewno chciałby, żeby przynajmniej jedno z nas choć odrobinę
interesowało się tym, co tak bardzo kocha. Staramy się. Na przykład
kiedy kupuje bilety na mecz, Amanda i ja z nim idziemy. Ale bardziej
interesują nas hot dogi niż oglądanie rozgrywek. Mama nigdy z nim nie
chodzi na mecze. Są prawie dwadzieścia lat po ślubie, a ona wciąż nie
dostrzega różnicy pomiędzy przyłożeniem a rzutem wolnym.
Kiedyś myślałem, że jako chłopak powinienem lubić sport. Martwiłem się,
że tata jest rozczarowany moim brakiem zainteresowania. I może
rzeczywiście jest. Ale nigdy o tym nie wspomniał, nigdy nie sprawił, że
ja czy Amanda poczuliśmy się źle z tym, że lubimy inne rzeczy.
Może powinienem przynajmniej próbować się dowiedzieć, co takiego tata
widzi w sporcie. Bo może się okazać, że mój przyszły chłopak będzie
fanem jakiejś dyscypliny. Wtedy tata to jego będzie zapraszał na mecze i z nim o wszystkim rozmawiał. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, to
byłaby wymarzona sytuacja.
W ogóle dziwnie jest wyobrażać sobie mojego przyszłego chłopaka. Chociaż
to podniecające. Nie myślałem o tym, dopóki nie wylądowałem w szpitalu.
Trudno było mi nawet zaakceptować to, że jestem gejem. Teraz jednak
powinienem zastanowić się nad kolejnym krokiem.
Na przykład nad tym, czy chciałbym się spotykać z kimś, kto interesuje
się sportem. Czy mielibyśmy ze sobą coś wspólnego? Może lepiej byłoby mi
z kimś bardziej podobnym do mnie, kto lubi komiksy, filmy science
fiction i długie rozważania o wszystkim? Tak byłoby łatwiej, choć może
też nudniej. Jakbym spotykał się z samym sobą. Ciekawiej byłoby być z kimś różniącym się ode mnie, mógłbym się dowiedzieć czegoś nowego o jego
zainteresowaniach. Czy nie na tym w ogóle polega bycie razem? Na
poznawaniu innych ludzi?
Przychodzi mi do głowy, że nic nie wiem o umawianiu się, nie wiem nawet,
czego chcę. Zaczynam się tym denerwować. Chciałbym, żeby ktoś mi
pokazał, jak to wszystko działa. A potem przypominam sobie, że mam dziś
sesję online z doktorem Katzrupusem, więc idę do swojego pokoju.
Kac nie jest gejem, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Nigdy go
nie pytałem. Może mi jednak coś podpowie. To dziwne, że jeszcze
czterdzieści pięć dni temu - czterdzieści sześć, licząc od dzisiaj -
nawet nie chciałem z nim rozmawiać. Oznajmiłem mu, że nie ma potrzeby,
bym został w szpitalu. Twierdziłem, że czuję się świetnie.
Ale wcale tak się nie czułem.
W dzień po walentynkach Jeff jest zupełnie inną osobą niż Jeff w sylwestra. Wiem, że to nieprawda. Po prostu pogodził się ze sobą.
Pokochał siebie. Zabrzmiało ckliwie, ale tak właśnie jest.
Porządkuję swoje rzeczy do czasu, gdy mam rozpocząć sesję z Kacem.
Siadam przed laptopem, żeby się zalogować. Kiedy pojawia się twarz
doktora, widzę, jak głupio się uśmiecham z małego okienka w rogu ekranu.
- Cześć! - mówię na powitanie. - Dzięki za pomoc ze szkołą.
- Udało się? - pyta.
- Jutro wracam - oznajmiam.
- Jesteś na to gotowy?
Myślę o tym, jak wpadłem na Burke'a w toalecie i zastanawiam się, czy
powinienem mu o tym powiedzieć. Nie chcę jednak, by uznał, że mój powrót
do szkoły nie jest dobrym pomysłem.
- Trochę się dygam - mówię, nie wdając się w szczegóły.
- To zrozumiałe. Nie muszę ci tłumaczyć, że będzie trudniej, niż
myślisz.
- Wiem. - Kiwam głową.
- Co zrobisz, kiedy poczujesz się niepewnie?
- To brzmi tak, jakby chodziło o obawy, że będę miał gazy po
spałaszowaniu miski brukselki - żartuję, ale wiem, że pyta poważnie. -
Hm, jeśli poczuję, że mam dosyć, mogę zadzwonić do taty i poprosić, żeby
po mnie przyjechał.
- Masz plan. To dobrze - mówi Kac. - Jak sądzisz, co będzie
najtrudniejsze?
- Spotkanie z Allie. Jednak już to przemyślałem. Idę dzisiaj do niej,
żeby to obgadać. To znaczy, że spotkamy się pierwszy raz poza szkołą.
- Cieszy się na to spotkanie?
- Tak - mówię. - Ja też się cieszę. Myślę, że będzie dobrze.
- Świetnie - kwituje doktor. - Sądząc po tym, co wydarzyło się dziś w szkole, macie mały problem rodzinny. Poza tym twoja mama do mnie
dzwoniła.
Wybucham śmiechem.
- Spodziewałem się tego - mówię. - Za bardzo się przejmuje.
- Jest twoją mamą - rzuca neutralnym tonem, którego musi używać, bo jest
lekarzem. - To jej zadanie. Chyba pomogłem jej jednak zrozumieć, że
decyzja należy do ciebie i że moim zdaniem jesteś gotowy ją podjąć.
Chrząkam. Nie jestem pewien, czy nawet Kac może przekonać mamę, że się w czymś myli. Ale może mu się udało.
- Pamiętaj, że nie tylko ty uczysz się żyć z nowym sobą - przypomina
doktor. - To dotyczy całego twojego otoczenia. Daj im trochę czasu.
- Jasne - zapewniam. - Rozumiem. Naprawdę myślę, że wszystko się ułoży.
Kac ma taką minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale milknie na chwilę.
Potem mówi:
- Rozmawiałem też z twoją mamą o grupie wsparcia, która mogłaby ci
pomóc.
- Grupa wsparcia?
- Tak. Dla nastolatków LGBTQ. Spotykają się raz w tygodniu w piątki.
Myślę, że to świetne miejsce, w którym spotkasz innych młodych ludzi i zaczniesz budować relacje.
- I moja mama się na to zgodziła?
- Nie wyraziła sprzeciwu. Programem kieruje moja dawna studentka. Nazywa
się Fox Robin.
- Fox Robin? - pytam. - To jej prawdziwe imię i nazwisko?
- Zakładam, że tak - odpowiada Kac. - Nie pytałem.
Śmieję się.
- Jak na kogoś, kto przez całe życie zadaje ludziom pytania, czasem
pomija pan te właściwe.
Kac również się uśmiecha.
- Sam ją zapytaj - podsuwa. - Wyślę ci informację mailem. Za chwilę mam
następną sesję. Cieszę się, że dobrze sobie radzisz, Jeff. Powodzenia z Allie i jutro w szkole. Daj znać, co u ciebie.
- Na pewno - obiecuję. - I proszę wszystkich ode mnie pozdrowić, dobrze?
- Przekażę, oczywiście - mówi Kac. - Do zobaczenia.
Rozłączamy się. Gdybym był w szpitalu, pewnie poszedłbym teraz do
wspólnej sali zobaczyć, co porabiają ludzie. A gdybym był wkurzony
rozmową z doktorem Katzrupusem, zaszyłbym się w swoim pokoju do czasu,
aż mi przejdzie.
Cieszę się, że już nie jestem w szpitalu. Naprawdę się cieszę. Zdarzyło
się tam wiele niefajnych sytuacji. Ale było też bezpiecznie. Przeważnie.
Bo tam też zdarzały się złe rzeczy. Zawsze jednak wiedziałem, że w razie
potrzeby znajdę pomoc.
Tutaj nie jestem wprawdzie zdany na siebie, ale jest inaczej. Dużo
więcej może się popsuć. No i z wieloma sprawami muszę się skonfrontować.
Ale mam rodzinę. Nawet mama, choć czasem wszystko utrudnia, mnie
wspiera. Poza tym zawsze mogę się skontaktować z doktorem Katzrupusem.
Mam nadzieję, że nie straciłem Allie. Zerkam na zegar. Spotkamy się za
parę godzin. Nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę twarzą w twarz.
Mamy wiele do obgadania. Czuję się prawie tak, jakbym wybierał się na
randkę.
Może jak będę miał chłopaka, umówimy się na podwójną randkę z Allie i Burkiem. Chociaż to mogłoby być zbyt dziwne. Chyba tak. Z drugiej strony
Allie jest moją najlepszą przyjaciółką. Od czasu, gdy przeniosła się do
naszej szkoły w siódmej klasie, odkryliśmy, że mamy ze sobą wiele
wspólnego. Chciałbym, żeby mój chłopak ją poznał. I chciałbym, żeby ona
go polubiła.
Ale znów uprzedzam fakty. Po kolei, Jeff.
Chyba zacznę od prysznica.
Rozdział 5
Kiedy Allie otwiera drzwi, stoję długo bez słowa i gapię się na nią.
- Cześć... - odzywa się pierwsza.
- Przepraszam. Nie wiem dlaczego, ale sądziłem, że będziesz wyglądała
jakoś inaczej.
- Nie, nic się nie zmieniło.
Chcę powiedzieć, że u mnie też nie, ale przecież się zmieniło, więc
tylko wchodzę do środka. Bywałem u Allie setki razy, a czuję, jakbym
znalazł się tu po raz pierwszy. Przystaję w korytarzu, żeby zdjąć buty i płaszcz, a ona zamyka drzwi.
Zwykle, gdy przychodzę, od razu idziemy do jej pokoju. Teraz jednak
Allie nie prowadzi mnie w stronę schodów, tylko do kuchni.
- Zrobiłam kakao - oznajmia, wskazując na rondel, w którym podgrzewa się
napój. - Napijesz się?
- Chętnie.
Przejście z domu tutaj zajęło mi dwadzieścia minut. Tata pracował, więc
nie chciałem go prosić o podwózkę, zresztą mógłby mnie zacząć wypytywać.
Poza tym miło było zrobić sobie spacer po śniegu. Mimo wszystko zmarzłem
i z przyjemnością napiję się kakao.
Allie napełnia kubek i podaje mi go. Zauważam, że zerka przy tym na
blizny na moich nadgarstkach. Szybko odwraca wzrok.
Czuję przypływ paniki, więc pytam o pierwszą lepszą rzecz, jaka
przychodzi mi na myśl.
- Jak ci minęły święta z tatą?
Od razu żałuję, że to palnąłem. Poza faktem, że pocałowałem jej
chłopaka, tata to ostatni temat, na jaki chciałaby rozmawiać.
Ku memu zaskoczeniu jednak odpowiada:
- W sumie nie było tak źle. Spędziłam parę dni w jego domu. Wybraliśmy
się na narty. Dobrze się bawiłam.
- Kati Bez E wymieniła z tej okazji całą garderobę? - używam przezwiska
jej macochy, które wymyśliliśmy.
- Oczywiście. - Allie przewraca oczami. - Żenada, jak zwykle. Poza tym
zrobiła sobie cycki i pofarbowała włosy na rudo.
- Zmieniła też wystrój wnętrz? - Kiedy Kati nie zmienia niczego w swoim
wyglądzie, zabiera się za dom.
- Wypisała slogan: "Żyj! Kochaj! Śmiej się!" na ścianie w salonie i przemalowała łazienkę na najmodniejszy w tym roku kolor według "Żony
Idealnej". Zdaje się, że nazwali go Pupą Niemowlaka.
Oboje się śmiejemy. Po tym, jak ojciec Allie ożenił się z Kati,
wymyśliliśmy czasopismo "Żona Idealna", z którego miała czerpać rozmaite
porady. Żartowaliśmy na temat artykułów, jakie mogłyby się w nim
znaleźć, w rodzaju "20 sposobów na przetrwanie weekendu z jego dziećmi"
albo "Jak sprawić, by intercyza małżeńska przyniosła korzyści tobie".
Dobrze się przy tym bawimy.
- Zdarzyło się też coś dziwnego - przypomina sobie Allie. - Któregoś
dnia, gdy tata musiał pójść do pracy, Kati zabrała mnie ze sobą na
manicure i pedicure. Z początku dużo paplała bez sensu, jak zwykle. Ale
potem zaczęła opowiadać, jak bardzo brakuje jej przyjaźni z mamą.
Kati była kiedyś najlepszą przyjaciółką mamy Allie. To znaczy zanim
wdała się w romans z jej tatą. Od tamtej pory nie mają sobie wiele do
powiedzenia.
- Musiało być nieprzyjemnie - mówię.
Allie potakuje ruchem głowy i bierze łyk kakao.
- Chciałam jej powiedzieć, żeby się zamknęła, i pewnie bym to zrobiła,
gdyby nie to, że właśnie miałam malowane paznokcie u nóg. Pozwoliłam jej
więc mówić, a kiedy się rozgadała, zrobiło mi się jej żal.
- Nieoczekiwany zwrot akcji - komentuję dramatycznym tonem.
- Wciąż jej nie lubię - sprzeciwia się Allie. - Nie zostaniemy teraz
najlepszymi przyjaciółkami. Ale prawda jest taka, że rodzice nie
rozstali się z jej powodu. Niezupełnie. Rozeszli się, bo im nie wyszło.
Kati tylko potwierdziła ten fakt.
- No, no. Skończyłaś szesnaście lat i proszę, jak wydoroślałaś.
- Kiedy to się stało, miałam jeszcze piętnaście - przypomina Allie. -
Innymi słowy jestem nad wyraz dojrzała.
- Przykro mi, że przegapiłem twoje urodziny. - Allie skończyła
szesnaście lat w styczniu, kiedy byłem w szpitalu. - Ale lepiej późno
niż wcale.
Podaję jej torbę, którą zabrałem ze sobą do kuchni. Allie zagląda do
środka i wyjmuje kartkę oraz pudełko czekoladek, które kupiłem w sklepie
z prezentami. Ogląda rysunek na kartce przedstawiający dwie kobiety
stojące z uśmiechem obok sterty brudnych ubrań. Potem otwiera ją.
- Dobra koleżanka pomaga ci zakopać ciało - czyta głośno. - Najlepsza
przyjaciółka przynosi własną łopatę. Wszystkiego najlepszego dla
wspólniczki w zbrodni. Auu, słodkie.
- Ostatnie zdanie napisałem sam.
- Wiesz, jak dobrze ukryć ciało? - pyta Allie, odkładając kartkę. -
Trzeba zasadzić nad nim jakieś zagrożone rośliny, których nikt nie
odważy się wykopać.
- I dlatego jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi - dopowiadam, ale zaraz
mam ochotę ugryźć się w język, bo może już nie jesteśmy po tym, co się
stało. Rozluźniam się jednak, bo Allie tylko się śmieje.
Upija łyk kakao.
- Ta historia z Kati sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, co
się stało. No, wiesz. Z nami.
Znów czuję, że zaczynam panikować, więc wypalam:
- Nie spałem z twoim tatą!
Allie się krzywi.
- Sorki. To z nerwów.
- Rozumiem. Też jestem zdenerwowana - dodaje szybko. - To wszystko jest
takie dziwne. Powiem tylko, że mi przykro. Przepraszam, że nie okazałam
się dobrą przyjaciółką. Nie powinnam była panikować, że jesteś gejem.
Byłam wściekła, że mi nie powiedziałeś. Podobno sobie ufamy.
Mam ochotę się rozpłakać. Bardzo mi ulżyło, że to powiedziała. Tak się
bałem tego spotkania, że tygodniami prawie nie mogłem oddychać. Teraz
już mogę.
- Też cię przepraszam - mamroczę niewyraźnie, bo na próżno usiłuję
walczyć ze łzami. Na szczęście dostrzegam pudełko chusteczek na blacie.
Biorę jedną i wydmuchuję nos. - Jeszcze raz. To było po prostu... za
wiele.
Jednak płaczę. Nie mogę nad sobą zapanować. Mam wrażenie, jakby
wszystkie tłumione uczucia jednocześnie postanowiły się ujawnić. Jestem
emocjonalnym gejzerem. To bardzo nieprzyjemne i żenujące.
Allie odstawia kubek, podchodzi i chwyta mnie za ręce. Czubki jej palców
dotykają moich blizn, więc instynktownie chcę się wyrwać. Stoję przed
nią roztrzęsiony i zachłystuję się płaczem. Jest mi głupio, ale czuję
ulgę; jestem smutny i szczęśliwy jednocześnie.
- W porządku - zapewnia mnie Allie. Przesuwa palcami po moich bliznach,
które chyba jednak dopiero teraz zauważyła. - Zaraz... - Widzę, że
intensywnie stara się wszystko poskładać. Patrzy na mnie. - Jeff, czy
ty...
- Już jest dobrze - mówię pospiesznie, wciąż próbując się opanować. Bez
skutku. - Nic mi nie jest. Naprawdę.
- Zmusiłam Amandę, żeby mi powiedziała o szpitalu - wyznaje Allie, wciąż
trzymając mnie za przeguby. - Ale nie wiedziałam, że... - Teraz i ona
zaczyna płakać. - Zrobiłeś to przeze mnie?
- Nie! - mówię między jednym chlipnięciem a drugim. - To nie była twoja
wina.
- Owszem, była. Nie powinnam się od ciebie odsuwać.
Nie mogę znieść myśli, że uważa się za powód tego, co zrobiłem. Obejmuję
ją, przyciągam do siebie i mocno przytulam. Cała się trzęsie. Stoimy tak
przez chwilę. Kiedy wypuszczam ją z objęć, cofa się i wyciera oczy.
- Niezupełnie tak to sobie wyobrażałam.
- Ja też.
Sięga po chusteczkę i wydmuchuje nos.
- Naprawdę próbowałeś... no, wiesz. - Patrzy na moje nadgarstki.
- Tak i nie. Naprawdę nie chciałem... Ale tak, dlatego wylądowałem w szpitalu. Traktują to poważnie, nawet jeśli naprawdę nie zamierzało się
tego zrobić.
Allie się uśmiecha. Widzę, że drżą jej usta.
- Och, Jeff - wzdycha, jakby zaraz znowu miała się rozpłakać. Ale ona
bierze głęboki oddech. - Bardzo się cieszę, że ci się nie udało.
- Ja też.
- Ludzie w szkole gadali, ale nikt nie zgadł, co się naprawdę stało.
Uznali, że jesteś śmiertelnie chory na raka czy coś w tym stylu.
Nie wiem, jak ją o to zapytać. Jest lepiej, niż się spodziewałem, i za
nic nie chciałbym tego zepsuć. Ale muszę to wiedzieć.
- Więc Burke nie powiedział nikomu poza tobą, co się stało na imprezie u Rebeki?
- Żartujesz? - prycha. - Oczywiście, że powiedział.
Czuję ściskanie w dołku.
Musiała to dostrzec po mojej minie, bo dodaje:
- Przecież to nic wielkiego, Jeff.
Patrzę jej w oczy.
- Co? To jest coś wielkiego. Pocałowałem twojego chłopaka. Chłopaka, z którym CHODZISZ.
Śmieje się, co mnie rozwściecza.
- Bawi cię to?
- Nie. - Potrząsa głową. - To znaczy, nie śmieję się z ciebie. Nie w tym
sensie. Chodziło mi o to, że bycie gejem to nie jakaś wielka afera.
- Dla mnie to poważna sprawa! I dla ciebie też była - przypominam.
Ulżyło mi, że tak bardzo się nie przejęła, ale najwyraźniej nie rozumie,
jak wiele to znaczy dla mnie.
- Nie mam problemu z tym, że jesteś gejem - mówi. - Byłam zła, że mi nie
powiedziałeś. Jakbyś mi nie ufał.
- Szczerze mówiąc, nie byłem pewien swoich uczuć. Nie chodziło o brak
zaufania do ciebie. Ale czekaj. Co masz na myśli, mówiąc, że bycie gejem
to nic takiego?
- Nie dla większości ludzi. Nie mieszkamy wprawdzie w jakimś wielkim
mieście, ale tutaj też jest wiele osób homoseksualnych. Nie jesteś
jedyny w szkole.
- Serio? O kim mówisz?
- Na przykład o Steph Jerrick. Gra w szkolnej reprezentacji piłki
nożnej.
- Chyba jej nie znam. Ktoś jeszcze?
Zastanawia się.
- Tak, Devin Strantz.
- Ten w skórzanej kurtce z metalowymi naszywkami?
- Tak. Nie wiedziałeś?
- Nie. Jest starszy i właściwie się nie znamy. Hm.
- Mówię tylko, że nie jesteś jedyny - podejmuje. - Ludziom jest zwykle
obojętne, czy ktoś jest gejem.
I znów nie jestem pewien, czy to prawda. Przychodzi mi na myśl wiele
sytuacji, kiedy okazywało się, że to mimo wszystko nie jest obojętne.
- Jednak to, że pocałowałem Burke'a, zrobiło na nich wrażenie.
- Kto by nie chciał pocałować Burke'a? Jest seksy. Ale tak, pewnie
usłyszysz komentarze na ten temat.
- Wpadłem na niego dziś rano. Kiedy przyszedłem na rozmowę z Matthews.
- Mówił mi. Jest mu głupio z powodu tego, co ci powiedział tamtej nocy.
Ale nie uważa tego za coś wielkiego. Po prostu go zaskoczyłeś.
Nie wiem, jak to skomentować. Dla mnie to było coś. Naprawdę wielkie. Z tego powodu spędziłem czterdzieści pięć dni w psychiatryku. Zadręczałem
się, że straciłem najlepszą przyjaciółkę, i wywróciłem życie mojej
rodziny do góry nogami.
A teraz Allie twierdzi, że nic się nie stało, co oznacza, że albo
wyolbrzymiam problem, albo ona nie rozumie, co czułem. Tak czy owak, nie
jest mi z tym najlepiej.
- Wszystko w porządku? - pyta. - Dziwnie umilkłeś.
- Nie. To znaczy tak, w porządku. Mam nadzieję, że jest tak, jak mówisz.
- Zaufaj mi. Będzie dobrze. Ludzie będą gadać przez parę dni, kiedy
zobaczą twoje... - Patrzy na moje nadgarstki. - To. A potem zdarzy się coś
nowego. Dzisiaj zainteresowanie utrzymuje się nie więcej niż dziesięć
minut. Zobacz, jak reagują, kiedy w jakiejś szkole dochodzi do
strzelaniny. Wszyscy są zrozpaczeni najwyżej przez dobę. Twittują i komentują, że trzeba temu zaradzić. A potem przechodzą nad tym do
porządku dziennego.
- Nie jestem pewien, czy to dobre - wtrącam. Nie wydaje mi się też, by
moja próba samobójcza dała się porównać do szkolnej strzelaniny, ale
zachowuję to dla siebie.
- W tym wypadku tak.
Potakuję ruchem głowy, bo bardzo się cieszę, że nadal jesteśmy
przyjaciółmi i nie chcę tego zepsuć. Wiem, że Allie nie brak wrażliwości
i nie próbuje nic takiego zademonstrować. Uważa, że w taki sposób mnie
wspiera i to mnie powinno cieszyć.
- Mogę zapytać, jak było? Chodzi mi o szpital.
Czuję ulgę, że możemy zmienić temat. Pogadać, jak zwykle.
- Było dziwnie. Z początku strasznie. Ale potem zrobiło się lepiej.
Kiedy przestałem ich przekonywać, że to nie jest miejsce dla mnie.
- Bo nie jest - wtrąca Allie. - Wszystko z tobą w porządku. Nie jesteś
jakimś świrem.
- Nie używamy tego słowa - oponuję.
- Wiesz, co chciałam powiedzieć. Że nie jesteś psycholem czy coś w tym
stylu.
- Nie jestem. Ale pozostali też nie są. Każde z nas trafiło tam, żeby
przepracować jakiś problem.
- Opowiedz mi o nich - prosi Allie. - Na pewno dowiedziałeś się
ciekawych rzeczy.
Myślę o ludziach, którzy byli ze mną na oddziale. Czy chciałaby
posłuchać, jak Martha rozmawiała wyłącznie z pluszowym króliczkiem? A może o Juliet żyjącej w świecie fantazji, gdzie jest dziewczyną gwiazdy
rocka? Jak by zareagowała na opowieść o Sadie mającej obsesję na punkcie
człowieka, który ją ocalił przed utonięciem. Sadie, która była moją
najlepszą przyjaciółką, gdy sądziłem, że straciłem przyjaźń Allie. Może
powinienem zacytować wiersz, który napisała o nas wszystkich w swoim
liście samobójczym.
- To po prostu normalni ludzie. Tacy jak ty czy ja.
Allie robi dziwną minę, jakby była rozczarowana, że nie chcę jej więcej
powiedzieć. Ale zaraz się z tego otrząsa.
- Cieszę się, że już stamtąd wyszedłeś.
- Ja też - mówię i patrzę na zegar na wyświetlaczu piekarnika. - Muszę
już iść. Powinienem wrócić przed przyjazdem mamy. Wciąż jest trochę
nadopiekuńcza.
- Odwiozłabym cię, ale mam tylko tymczasowe prawko aspirującego
kierowcy. Za pół roku mogę być twoim szoferem.
- Doskonale. Kupię ci taki szykowny szoferski kaszkiet.
Idziemy do przedpokoju, gdzie wkładam płaszcz i buty.
- Do jutra - rzucam na pożegnanie. - Mama na pewno będzie chciała mnie
odwieźć, więc raczej nie pojadę autobusem.
Allie podchodzi i jeszcze raz mnie obejmuje.
- Będzie dobrze. A jeśli ktoś spróbuje ci dopiec, będzie miał do
czynienia ze mną.
- Dzięki.
Wychodzę i wracam do domu piechotą. Robi się ciemno i zapaliły się już
latarnie uliczne. Śnieg dalej pada, białe płatki tańczą w świetle jak
ćmy.
Cieszę się, że byłem u Allie. Ulżyło mi, że między nami wszystko w porządku. Jednak coś nie daje mi spokoju. To jej spojrzenie, kiedy
powiedziałem, że ludzie ze szpitala są tacy sami jak my. Wiem, że mi nie
uwierzyła. Myśli, że nigdy nie znajdzie się w takim miejscu, i chociaż
powiedziała, że ja też nie powinienem, nie mam co do tego pewności.
Jedną z rzeczy, których nauczyłem się w szpitalu, jest to, że ludzie -
to znaczy większość - po prostu chcą, żeby wszystko było dobrze.
Najczęściej zadowalamy się w tej sprawie pozorami, nawet jeśli
rzeczywistość im przeczy. Myślę, że tak przeważnie funkcjonujemy,
ignorujemy to, co nie jest w porządku tak długo, jak się da.
Chciałbym wierzyć Allie, kiedy mówi, że między nami nic się nie
zmieniło. Chciałbym wierzyć w jej zapewnienia, że nie będę miał wielkich
problemów z powrotem do szkoły. Sam to powtarzam wszystkim dookoła.
Dlaczego więc jakaś część mnie wciąż się tego boi? Dlaczego nie mogę
przyjąć, że dla Allie NAPRAWDĘ wszystko gra?
Wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie, kiedy podjeżdża samochód. Szyba
opuszcza się i widzę twarz mamy.
- Podwieźć cię? - pyta.
Prawie odmawiam. Mama zwykle nie jeździ tą drogą, co oznacza, że pewnie
mnie szukała. A to oznacza, że wygłosi kazanie. Z drugiej strony i tak
będę musiał tego wysłuchać, a jest zimno, więc mówię:
- Jasne.
Wsiadam i zapinam pas.
- Nie szukałam cię - mówi mama, ruszając. - Prezentowałam dom przy
Coverdale i wracam krótszą drogą. Pewnie byłeś u Allie?
- Tak. Chciałem się z nią zobaczyć przed szkołą.
Oczekuję, że mama znów zacznie mi uświadamiać, jakim okropnym pomysłem
wydaje się jej mój powrót do szkoły. Zamiast tego jednak mówi:
- I jak wam się udało spotkanie?
- Świetnie.
- To dobrze. Bardzo się cieszę.
- Naprawdę? - pytam, zanim zdążę ugryźć się w język.
- Naprawdę. Wiem, że Allie jest dla ciebie ważna. Cieszę się, że między
wami jest wszystko dobrze.
- Ja też.
- I przepraszam cię za dziś rano - ciągnie. - Chcę tylko zadbać o twoje
bezpieczeństwo. To zadanie rodzica.
- Wiem. W porządku.
- Wcale nie. Bo nie jestem w stanie ci tego zapewnić. Nie mogę
kontrolować wszystkiego, co się dzieje na tym świecie. Nikt nie może.
Wydaje się czuć złość z tego powodu. I smutek. Chciałbym poprosić, żeby
powiedziała coś więcej. Próbuję sobie wyobrazić, jak by to ujął doktor
Katzrupus.
Jednak właśnie podjeżdżamy pod dom. Mama parkuje na podjeździe i wyłącza
silnik. Potem wysiada bez słowa, idzie szybko do drzwi i wchodzi do
środka.
Mam wrażenie, że coś się zadziało. Coś jeszcze poza tym, że mama mnie
przeprosiła. Jakby zaczęła mi coś opowiadać, a potem zrezygnowała.
Ciekawe, czy byłaby to opowieść o mnie, czy o niej?
Rozdział 6
- Jak wyglądam?
Amanda stoi w drzwiach mojego pokoju. Przygląda mi się z przekrzywioną
głową, jakby studiowała jakąś muzealną rzeźbę.
- Co? - pytam, bo wydaje z siebie tylko chrząknięcie.
- Od kiedy jesteś fanem sportu?
- Od nigdy. Dostałem ją od taty, a chyba właśnie zaczął się sezon...
koszykówki?
- Hokeja.
Wzdycham i ściągam bluzę przez głowę, a potem odrzucam na stertę innych
ciuchów na łóżku.
- Załóż to, co zawsze - radzi Amanda. - Nie idziesz do nowej szkoły.
Wszyscy cię znają. Nie musisz robić dobrego wrażenia.
- Ale chciałbym.
Podchodzę do szafy, żeby poszukać czegoś jeszcze, ale nic mi nie pasuje.
Za bardzo mi zależy. Na koniec zdejmuję z wieszaka ulubioną flanelową
koszulę i wyciągam z szuflady koszulkę Lolly Dreambox. Zakładam ją, a potem koszulę. Nie zapinam guzików.
- Tak lepiej?
Amanda potakuje ruchem głowy.
- To do ciebie pasuje - kwituje z aprobatą. - I nie starasz się udawać
kogoś innego.
Ma rację. Ubrałem się jak zwykle. Poza tym długie rękawy koszuli zakryją
większość blizn. Nie staram się ich specjalnie chować, ale nie chcę,
żeby wszyscy się na nie gapili.
Dziwnie się czuję, jakbym szedł do szkoły po raz pierwszy, a przecież
większość tych ludzi znam od lat. Już dawno zdecydowali, czy mnie lubią,
czy nie. Fakt, że nie było mnie przez siedem tygodni, niewiele zmieni,
nawet kiedy poznają powód mojej nieobecności.
A może zmieni i to właśnie tym się denerwuję? Nie chcę, by zaczęli mnie
traktować inaczej, bo wylądowałem w psychiatryku. Nie chcę ich
współczucia ani specjalnej troski. Chcę nadal być Jeffem. Nie Jeffem
Gejem ani Jeffem Psycholem. Nie Jeffem, który pocałował Burke'a na
imprezie u Rebeki Miller. Po prostu... Jeffem.
- Pospiesz się - mówi Amanda. - Czuję zapach bekonu.
Schodzę za nią do kuchni, gdzie tata smaży bekon pod czujnym nadzorem
Mumforda. Na nasz widok nakłada jajecznicę na talerze.
- Jedzcie szybko. Wychodzimy za dwadzieścia minut.
- Nie jedziemy z mamą? - Jestem zaskoczony.
Tata kręci przecząco głową.
- Musiała pojechać do biura.
Co za ulga. Niby sobie wszystko wyjaśniliśmy, ale nie jestem tego do
końca pewien. Szczególnie po ostatniej rozmowie w samochodzie. Chyba
myśli, że mnie zawiodła. Nie wiedziałbym w czym i nie umiałbym z nią o tym rozmawiać.
Kończymy śniadanie i wsiadamy do samochodu. Teraz kiedy naprawdę wracam
do szkoły, czuję coraz większy niepokój. Gdy tata podjeżdża na parking,
boję się już śmiertelnie, a serce wali mi tak głośno, że na pewno
wszyscy je słyszą.
- Dasz radę? - pyta tata.
Potakuję ruchem głowy. Potem zaprzeczam.
- Nie wiem.
Oczekuję, że zaproponuje powrót do domu i kolejne podejście jutro,
pojutrze albo za tydzień. Jakaś część mnie chce usłyszeć, że już nigdy w życiu nie będę musiał tam przychodzić.
Ale tata mówi tylko:
- Poradzisz sobie. Ze wszystkim.
Odwracam się i patrzę mu w oczy.
- Tak - potwierdzam, chociaż brzmi to bardziej jak pytanie.
- Na pewno. Kocham cię. Mama też cię kocha. I Amanda.
- Ohyda - komentuje Amanda z tylnego siedzenia. - Zaraz się porzygam.
Śmieję się, bo wiem, co chce naprawdę powiedzieć. Tak, ona też mnie
kocha.
- Wysiadamy - mówię, gdy dojeżdżamy na miejsce, i otwieram drzwi
samochodu. - Pora już iść.
- Przyjechać po was po południu? - pyta tata.
- Tak! - rzuca Amanda, zanim zdążę odpowiedzieć. Potem zamyka za mną
drzwi, chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą. - Nie wsiądę do tego
głupiego autobusu, jeśli nie muszę.
Moja siostra przystaje przed wejściem.
- Co jest? - pytam.
- Nic. Sprawdzam tylko, czy na pewno wszystko w porządku.
Ściskam jej rękę.
- Poradzę sobie.
Odwzajemnia uścisk, a potem mnie puszcza.
- Dobra. W razie czego wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Brzmi to tak dorośle, że mam ochotę się roześmiać. Widzę jednak, że jest
śmiertelnie poważna, więc dla odmiany chce mi się płakać.
Idziemy razem do drzwi i wchodzimy do środka. Amanda rusza do swojej
klasy i zostaję sam. Zaczynam panikować.
Przyjechaliśmy trochę wcześniej i korytarz jest jeszcze pusty. Rozglądam
się po ścianach. Wiszą na nich plakaty zapowiadające zimowy bal, który
ma się odbyć za dwa tygodnie, i zawiadomienia o piątkowym meczu
dziewczęcej drużyny koszykówki. Jest też ogłoszenie o rozpoczęciu prób
do wiosennego spektaklu musicalu Grease.
Żaden z tych plakatów nie wisiał tu, kiedy byłem ostatni raz w szkole.
Ostatni raz przed Incydentem. Życie toczyło się normalnie, gdy
przebywałem w szpitalu. Nie zatrzymało się z powodu mojej nieobecności.
Zdaje się, że mam wiele do nadrobienia.
Słyszę, jak otwierają się drzwi za moimi plecami, i nagle korytarz
wypełnia się ludźmi, którzy wysiedli z pierwszego autobusu. Spinam się,
kiedy się zbliżają, ale większość przechodzi obok obojętnie, omijając
mnie jak skałę pośrodku strumienia. Szum ich głosów wypełnia całą
przestrzeń, w której toną moje myśli.
Z początku boję się, że ktoś mnie zauważy i się zatrzyma. Potem boję
się, że nikt mnie nie zauważy. Nie wiem, co jest gorsze. Zastanawiam się
nad tym, kiedy ktoś jednak się zatrzymuje. To Shawna Bloor. Każdego roku
spotykamy się na zajęciach w laboratorium i kilka razy pracowaliśmy w parze. Poza tym Shawna jest popularna w szkole, jest kapitanką drużyny
cheerleaderek i nie mamy ze sobą wiele wspólnego. Jestem zaskoczony,
kiedy woła:
- Jeff! Wróciłeś! - A potem łamie wszystkie reguły dotyczące osobistych
granic i po prostu mnie obejmuje.
- Cześć. - Klepię ją niezdarnie po ramieniu, bo mnie kompletnie
zaskoczyła. - Dobrze cię widzieć.
Wypuszcza mnie z objęć.
- Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę - mówi. - Kronk kazał
nam przeprowadzić megatrudny eksperyment. Nie było cię, więc musiałam
pracować z Warrenem Heavermanem. Wszystko pomieszał i dostaliśmy cztery
z minusem. Totalnie zaniżył mi ocenę. Ale teraz przechodzimy do nowego
działu i skoro już jesteś, możemy być w parze. Gdzie się w ogóle
podziewałeś? Ktoś mówił, że miałeś przeszczep nerki. A może wątroby.
Jakiegoś ważnego narządu. Dobrze się czujesz?
- Tak. Niczego mi nie przeszczepiono. Wszystkie swoje narządy mam
własne.
Boję się, że Shawna zacznie mnie pytać, co się stało, ale tak się cieszy
na myśl o poprawieniu oceny z chemii, że nie naciska.
- Do zobaczenia na szóstej lekcji - rzuca na odchodnym.
Coraz więcej ludzi woła mnie po imieniu. Niektórzy przystają, żeby się
przywitać. Inni tylko machają do mnie z daleka. W większości jednak mnie
ignorują. To mi pasuje. I nagle zdaję sobie sprawę, że stoję w tym samym
miejscu i jeśli się nie pospieszę, spóźnię się na pierwszą lekcję. Na
angielski.
Zauważam od drzwi, że moje dawne miejsce jest puste. W pierwszym
rzędzie, między Allie i Chadem Draperem. Chad już usiadł, ale Allie
jeszcze nie ma. Siadam obok Chada, który jest zaskoczony.
- Cześć, ziomek. Wróciłeś - mówi.
- Fakt. Co straciłem?
Chad pokazuje mi książkę.
- Frankensteina - mówi. - Mary Shelley. Całkiem niezła. Wiedziałeś, że
Frankenstein to nazwisko naukowca, nie potwora?
Nie mam szans potwierdzić, bo nauczyciel angielskiego, pan Zhao,
podchodzi do naszej ławki i podaje mi egzemplarz.
- Witamy z powrotem - mówi.
- Dziękuję. - Biorę od niego książkę.
Czytam pierwszą stronę, kiedy Allie opada na krzesło obok mnie.
- Jak ci idzie? - pyta.
- Na razie w porządku.
Uśmiecha się.
- Mówiłam, że będzie dobrze. Nic wielkiego się nie stało.
Kiwam głową. Do tej pory wszystko przebiega dziwnie normalnie. Tego
właśnie chciałem. Jakbym nigdy nie zniknął ze szkoły i to byłby pierwszy
dzień po imprezie u Rebeki, na której nie wydarzyło się nic, o czym
warto by rozmawiać.
Odzywa się dzwonek i pan Zhao mówi:
- Okej. Na ostatniej lekcji omówiliśmy kilka wątków poruszonych przez
Mary Shelley we Frankensteinie. Jeden z nich nazwaliśmy niebezpieczną
wiedzą. Co to znaczy?
- Że są pytania, na które nie powinniśmy szukać odpowiedzi? - podsuwa
Allie.
- Dobrze. Na przykład jakie?
- Wiktor chce się przekonać, czy potrafi stworzyć życie - ciągnie Allie.
- To jest jego pytanie. Tyle że ostatecznie stwarza potwora.
- I dlatego nigdy nie powinien był go zadawać?
Allie chce odpowiedzieć, ale pan Zhao ją powstrzymuje.
- Może ktoś inny ma przemyślenia na ten temat. Rankin?
Kiedy pan Zhao wypowiada to imię - Rankin - w pierwszej chwili myślę, że
się przesłyszałem. Nie ma nikogo takiego w naszej klasie, a jedyna znana
mi osoba, która je nosi, po prostu nie może tu być. Ostatnim razem
widziałem ją w szpitalu.
- Nie wiem - odzywa się głos.
Znam ten głos. Wiem, do kogo należy. Ale wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Odwracam głowę, udając, że rozluźniam szyję i zerkam przez ramię.
Kilka ławek za mną siedzi Rankin. To rząd zwykle zajmowany przez gości z drużyny futbolowej. Rankin wcisnął się między Travisa Whitcomba i LeShauna Cleavesa. Wygląda dokładnie tak, jak kiedy widziałem go po raz
ostatni, czyli parę tygodni temu. Po tym, jak uprawialiśmy seks.
Powiedział mi później, że nie jest gejem, a to, co zrobiliśmy, nie ma
większego znaczenia.
Dla mnie jednak miało. Bardzo wielkie. To był mój pierwszy raz. Rankin
został odesłany do domu z powodu tego, co między nami zaszło. Ja
zostałem, bo dzięki temu otworzyłem się przed Kacem i zacząłem rozmawiać
o prawdziwych powodach, dla których wylądowałem w szpitalu.
Te wszystkie myśli przebiegają mi przez głowę w czasie krótszym niż
sekunda, kiedy zerkam na Rankina i się odwracam.
- Ejże. Pomyśl trochę - zachęca pan Zhao. - Czy są pytania, których nie
powinniśmy zadawać? Czy istnieją rzeczy, których nie powinniśmy się
starać poznać?
- Chyba tak - mówi Rankin. - Może.
Przychodzi mi na myśl kilka pytań, które on powinien zadać sobie. Ale
to, na które sam chciałbym dostać odpowiedź, brzmi: "Co on robi na mojej
lekcji angielskiego?".
Pan Zhao rezygnuje z uzyskania sensownej odpowiedzi od Rankina i zwraca
się do kolejnej osoby. Ale się wyłączam. W mojej głowie kłębi się zbyt
wiele myśli, zbyt wiele pytań. Czy Rankin teraz patrzy na mnie z tyłu?
Czy jest równie zaskoczony tym spotkaniem jak ja?
Do rzeczywistości przywraca mnie dzwonek obwieszczający koniec lekcji.
Pan Zhao podchodzi, kiedy pakuję książki do torby.
- Jeff, mogę z tobą zamienić słowo?
- Tak? - zastanawiam się, czego on może ode mnie chcieć.
Nie odpowiada, tylko przywołuje Rankina, który podchodzi i staje obok
mnie. Nie patrzymy na siebie.
- Jeff, wiem, że dopiero wróciłeś - mówi pan Zhao. - Ale wiem też, że
bardzo szybko czytasz. Na pewno w mig pochłoniesz Frankensteina.
Zadałem wam pracę na temat tej książki i poprosiłem, żebyście
przygotowali ją w parach. Każda dwójka ma się zastanowić nad jednym
tematem i zająć stanowisko w dyskusji, podpierając się argumentacją
autorki. Ponieważ Rankin właśnie został do nas przeniesiony, też nie ma
jeszcze pary. Chciałbym, żebyście popracowali razem nad kwestią, którą
poruszyliśmy na lekcji. Niebezpieczna wiedza i to, czy są pytania, na
które nie powinniśmy szukać odpowiedzi. Co wy na to?
Chcę wypalić, że to najgorszy pomysł w dziejach świata. Ale nie mogę nie
zgodzić się na propozycję pana Zhao, żeby nie robić zbędnej dramy.
- Jasne - mówię, wzruszając ramionami.
- Jeff jest jednym z moich najlepszych uczniów - wyjaśnia Rankinowi
nauczyciel. - Będzie ci się z nim dobrze współpracowało.
- Tak - rzuca Rankin. - Fajnie.
- Świetnie. Sami ustalicie szczegóły.
Rankin odwraca się i wychodzi z klasy. Idę za nim. Kiedy dołącza do
Travisa i LeShauna, podchodzi do mnie Allie.
- O co chodziło?
- Pan Zhao chciał, żebym pracował w parze z tym nowym.
- Przykro mi. Mogłam mu powiedzieć, że na ciebie poczekam. Ale nie
wiedziałam, że wracasz. Ten gość to mięśniak, piłkarz. Pewnie będziesz
musiał odwalić całą robotę sam. Co oznacza, że dostaniecie piątki.
Przynajmniej jakoś wygląda.
- Co?
Allie musiała usłyszeć złość w moim głosie, bo robi taką minę, jakby
czuła, że powiedziała coś niestosownego.
- Przepraszam. Jest za wcześnie, żebyśmy rozmawiali o przystojnych
chłopakach?
- Nie. W porządku. - Nie wiem, co jej powiedzieć. Nie mogę przyznać, że
znam Rankina, a już na pewno, jak dobrze, choć pewnie by ją to
zachwyciło. Nie mogę łamać szpitalnych reguł dyskrecji. Poza tym wstydzę
się tego. Pytam więc:
- Wiesz coś o nim?
Allie zaprzecza ruchem głowy.
- Wiem tylko, że został przeniesiony kilka tygodni temu i że gra w futbol. Ma też fajne imię. Rankin. Podoba mi się.
Chrząkam i ruszam do kolejnej klasy. Allie idzie za mną.
- Hej. Mam pewien pomysł. Wiesz, że niedługo będzie zimowy bal?
- Wiem.
- Powinniśmy pójść razem.
- Ty i ja?
- Ty, ja i Burke - mówi Allie. - To znaczy jestem już z nim umówiona,
ale powinieneś do nas dołączyć.
- Nie wydaje ci się to dziwne? - pytam, bo tak jest.
- Mnóstwo ludzi przychodzi bez pary. Poza tym pokażemy wszystkim, że nic
wielkiego się nie wydarzyło. No wiesz. Że między nami wszystko gra.
Wciąż myślę o Rankinie, więc tylko wzruszam ramionami.
- Spoko. Zastanowię się nad tym.
Zbliżamy się do sali matematycznej, gdzie mam lekcję, a Allie musi iść
na historię, nie muszę więc kontynuować tematu.
Dzień mija mniej więcej tak samo jak każdy inny w szkole. Mnóstwo ludzi
mówi mi, że się ucieszyli na mój widok. Nauczyciele dają mi zadania,
żebym nadrobił zaległości. Kilka osób rzuca mi dziwne spojrzenia, czasem
ktoś coś szepcze, ale nie wiem, czy na mój temat. Ogólnie jest w porządku.
Przed szóstą lekcją w laboratorium chemicznym idę do toalety. Przed
pisuarem stoi Rankin. Kończy sikać i odwraca się, zanim zdołam wejść do
kabiny.
- Cześć - mówi. - Powinniśmy porozmawiać.
- Zaraz mam lekcję. Później pogadamy o pracy.
Rozgląda się, zagląda nawet do kabin, by upewnić się, że jesteśmy sami.
- Nie chodzi mi o tę głupią pracę.
- Słuchaj. Nikomu nie powiem o... skąd się znamy.
- To dobrze. Wiesz, że w ogóle nie powinienem był tam się znaleźć.
Nie odpowiadam. Niewiele o nim wiem, nie słyszałem, jak trafił na
oddział psychiatryczny. Wiem tylko, co wydarzyło się między nami, gdy
tam przebywał, i na mój gust ma sporo do przepracowania. Nie sądzę
jednak, że akurat teraz powinienem poruszać ten temat.
- W porządku - dodaje, jakbyśmy rozwiązali jakąś ważną kwestię. - Lecę.
Wychodzi. Sikam, a potem idę do laboratorium, bo już słychać dzwonek.
Shawna wymachuje do mnie entuzjastycznie, więc podchodzę do jej
stanowiska.
- Cześć, partnerze. Gotowy zgłębiać wiedzę?
- Nie mogę się doczekać.
Podaje mi instrukcje do eksperymentu. Odsuwam rozmyślania o Rankinie i skupiam się na zadaniu. Miło jest pracować nad czymś, co ma rozwiązanie.
W przeciwieństwie do reszty mojego życia.
Rozdział 7
- No i? - pyta doktor Katzrupus. - Jak poszło?
Umówiliśmy się na sesję online, żeby omówić mój pierwszy dzień w szkole.
Patrząc na jego twarz na ekranie komputera, zastanawiam się nad
odpowiedzią.
- Chyba dobrze. To znaczy poszło dobrze. Wszyscy byli dla mnie mili i czułem się naprawdę normalnie. - Waham się chwilę, czy powiedzieć mu
wszystko. - Ale coś mnie wytrąciło z równowagi. W szkole pojawił się
Rankin.
Kac unosi brew, co u niego oznacza silną reakcję.
- To zaskakujące.
- Więc nie wiedział pan, że przeniesiono go do mojej szkoły?
- Nie. Od chwili opuszczenia szpitala przestał być moim pacjentem.
- No więc przeniesiono go. Zapewne jego rodzice uznali, że łatwiej mu
będzie zacząć od nowa gdzieś, gdzie nikt go nie zna. Ironia losu, co?
Ale Kac się nie śmieje. Pyta tylko:
- Jak się poczułeś na jego widok?
- Dziwnie - przyznaję. - Z drugiej strony normalnie. Nie powiedział ani
nie zrobił niczego, co mogłoby mnie zdenerwować. Sam też chyba nie ma z tym problemu. Pracujemy w parze nad zadaniem z angielskiego.
Doktor znów unosi brew.
- Nie prosiliśmy o to - wyjaśniam. - To była decyzja pana Zhao. Nie wie,
że się znamy, a ja nie chciałem go wtajemniczać.
- Jak się z tym czujesz?
Śmieję się.
- To równie dziwne, jak cała reszta tej historii. Nie mam z tym
problemu. Dlaczego pan pyta? Powinienem się sprzeciwić?
- Ty i Rankin przeżyliście coś ważnego - mówi ostrożnie Kac. - Nie
mieliście szansy tego przepracować, bo on został wypisany.
- Sądzi pan, że powinienem poprosić pana Zhao o zmianę partnera?
- Nie powiem ci, co masz robić. Przypominam tylko, że nasze uczucia
bywają zaskakujące.
- Proszę mi wierzyć, że pamiętam, co się stało. I naprawdę myślę, że
sobie z tym poradzę. Nie zrobię nic głupiego.
Kac kiwa głową.
- Wiesz, że możesz ze mną rozmawiać o wszystkim, co się wydarzy.
- Właściwie to mi go żal - mówię. - Z tego, co mówił w szpitalu, nie ma
od nikogo wsparcia. Moja mama zachowuje się czasem dziwnie, ale wiem, że
mnie kocha i chce, żebym był szczęśliwy. Jego rodzina oczekuje, że
będzie udawał, iż wszystko jest w porządku.
Wiem, że doktor Katzrupus musi znać powód, dla którego Rankin znalazł
się w szpitalu, i wiedzieć cokolwiek o jego sytuacji rodzinnej. Wiem
też, że mi tego nie powie. I nie mówi.
- Pamiętaj, że musisz dbać przede wszystkim o swoje dobre samopoczucie.
Pomaganie innym nie jest twoim zadaniem.
- Nie jestem tego pewien. Sądzę, że sporo się od pana nauczyłem. Może
mógłbym sobie dorabiać udzielaniem porad kolegom.
- To byłoby wysoce nieetyczne - oznajmia Kac, ale widzę, że bardzo się
stara nie roześmiać, bo drgają mu kąciki ust.
- Może poczekam z tym do ukończenia studiów.
- Myślisz o pracy terapeuty?
- A sądzi pan, że byłbym w tym dobry? Poznałem już pierwszą zasadę
terapii, czyli odpowiadanie pytaniem na pytanie. Spraw, żeby to pacjent
mówił.
- Sądzę, że możesz być, kim zechcesz - mówi doktor.
Udaję, że mam odruch wymiotny.
- To zabrzmiało jak slogan z plakatu motywacyjnego. Zaraz zrobię
screenshota z pańską twarzą, wydrukuję i powieszę na ścianie, by zerkać
na niego, kiedy będę potrzebował wsparcia.
- Jak sobie życzysz. Chciałem ci przypomnieć, że jutro wieczorem spotyka
się grupa wsparcia. Pójdziesz?
- Chciałbym. Mówił pan, że rozmawiał o tym z rodzicami? Konkretnie z mamą?
Kac potwierdza ruchem głowy.
- Wspomniałem też Fox, że możesz się pojawić.
- W takim razie pójdę.
W tej chwili rozmowę przerywa nam dzwonek do drzwi.
- Jestem sam w domu. Powinienem sprawdzić, kto przyszedł. Poczeka pan?
- Myślę, że możemy na tym zakończyć sesję. Gratuluję udanego pierwszego
dnia w szkole. Porozmawiamy w przyszłym tygodniu.
- Dzięki. To do przyszłego tygodnia.
Rozłączam się i schodzę na dół. Otwieram drzwi i odkrywam ze
zdziwieniem, że przyszła Allie. Jeszcze bardziej zaskakuje mnie to, że
obok niej stoi Katya Pinski. Katya jest w starszej klasie i chyba nigdy
wcześniej się do mnie nie odezwała.
- Cześć - wita się Allie. - Możemy wejść?
- Jasne. - Odsuwam się, żeby je przepuścić.
Zamykam drzwi i idę do kuchni. Allie i Katya też wchodzą i siadają przy
kuchennym stole.
- Chcemy z tobą o czymś pogadać - zaczyna Allie.
- Okej - mówię z rezerwą.
- To nic strasznego. Przeciwnie. Zresztą Katya ci to wyjaśni.
- Wiesz, że wystawiamy w tym roku Grease, prawda? - pyta.
Kiwam głową.
- Widziałem plakat na korytarzu.
- Reżyseruję ten spektakl - mówi Katya. - To mój projekt dyplomowy na
zajęcia z teatru u pana Morgana. Doradza mi, ale głównie pracuję sama.
- Super - rzucam, choć wciąż nie wiem, po co do mnie przyszły.
- Allie twierdzi, że znasz scenariusz.
Śmieję się.
- Bo zmuszała mnie do oglądania tego filmu z osiemdziesiąt razy.
- W takim razie wiesz, że nie niesie najlepszego przesłania - mówi
Katya. - To znaczy jest zabawny. I kiedy Sandy przychodzi na bal w nowej
fryzurze, obcisłych spodniach i tak dalej, wszyscy są zachwyceni. Ale to
przecież straszne powiedzieć ludziom: zmieńcie coś w sobie, jeśli
chcecie się komuś spodobać.
- Zgadzam się.
- Ten moment, kiedy Sandy i Danny śpiewają You Are The One That I Want
na rozchybotanej platformie, jest jednak super - wtrąca z westchnieniem
Allie. - Poza tym Danny też się zmienia. Żeby zaimponować Sandy, zdobywa
szkolną bluzę bejsbolówkę.
- A jednak... - Katya zerka karcąco na Allie.
- A jednak - powtarza Allie, choć nie wygląda, żeby się z nią do końca
zgadzała.
- Do rzeczy - podejmuje Katya. - Wystawiamy ten musical, bo zawsze jest
repertuarowym pewniakiem i bilety świetnie się sprzedają. To ważne, bo
tegoroczne zyski przekażemy lokalnym organizacjom charytatywnym. To był
mój pomysł.
- Fajnie.
- Bardzo fajnie - podkreśla Katya. - Zysk z jednego wieczoru pójdzie na
schronisko dla zwierząt, z drugiego na bank żywności. Takie rzeczy. To
sposób na zbieranie funduszy i zainteresowanie ludzi problemami
społecznymi.
- Sprytnie. Ale do czego ja jestem wam potrzebny?
- Chciałabym przeznaczyć część zysku także na organizacje queerowe -
mówi Katya. - Moja ciocia jest lesbijką, więc to dla mnie ważne. Poza
tym to istotne dla społeczeństwa.
Wciąż nie odpowiedziała na moje pytanie. Czekam na dalsze wyjaśnienia.
- To także okazja, by podnieść ważną kwestię - ciągnie Katya. - Taką,
która, mam nadzieję, da ludziom do myślenia.
- Jaką?
- Jak już mówiłam, Grease jest spektaklem komediowym. Ale jego
przesłanie, szczególnie dla dziewczyn, nie jest wzmacniające. Na
początku chciałam przerobić scenariusz, aby Sandy nie musiała stać się
nową sobą, by zaimponować Danny'emu. Myślałam też, że mogłaby wygłosić
dłuższy monolog o tym, iż takie udawanie kogoś innego to głupota.
Problem w tym, że nie można zmieniać scenariusza bez zgody
licencjodawców. A oni nigdy tego nie klepną. Przyszedł mi więc do głowy
lepszy plan.
- Lepszy? Czyli jaki?
Katya i Allie uśmiechają się do siebie. A potem patrzą na mnie.
- Zrobimy z Sandy chłopaka - mówi Katya.
- Chłopaka?
Obie potakują.
- Czy to nie świetny pomysł? - pyta Allie.
Zastanawiam się nad tym przez chwilę.
- Więc Sandy i Danny to chłopcy?
- Dokładnie - potwierdza Katya. - Totalnie transgresyjne.
- Na pewno. No dobrze. A czy Sandy wciąż chce się zmienić, żeby podobać
się Danny'emu?
- Tak - mówi Katya. - Nie możemy przepisać na nowo scenariusza. Ale
jeśli zrobimy z Sandy chłopaka, wszyscy skupią się na tym aspekcie i kwestia zmieniania się dla zyskania popularności zejdzie na dalszy plan.
Sprawimy, że publiczność przemyśli swoje nastawienie do zakochanych.
Nie jestem co do tego przekonany. Chociaż pomysł brzmi interesująco.
Wciąż jednak nie znam odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
- Co to ma wspólnego ze mną?
- Myślałam, że to oczywiste - mówi Katya. - Chcę, żebyś to ty zagrał
Sandy.
- Ja?
Wybucham śmiechem.
- To doskonały pomysł - popiera ją Allie. - Umiesz na pamięć wszystkie
kawałki. Pewnie też znasz większą część scenariusza. Będziesz w tym
świetny.
Potrząsam głową.
- Nie jestem aktorem. Ani wokalistą. Poza tym pan Morgan nigdy się nie
zgodzi.
- To prawda - przyznaje Katya. - Ale nie musi o tym wiedzieć. Mam plan.
W jednym ze spektakli szansę dostają dublerzy. Każdy z nich może
wystąpić i zaprosić na przedstawienie rodzinę. W tym roku będzie to
właśnie spektakl z Sandy i Dannym, którzy są gejami. To ma sens, bo
zyski przeznaczymy na organizację queerową.
Zaczynam rozumieć.
- Czyli wersja gejowska będzie wystawiona tylko raz?
- Wiem, że dużo bardziej ekscytujące byłoby przygotowanie tylko
gejowskiej wersji - mówi Katya. - Ale to nie przejdzie. Zróbmy więc
chociaż jeden taki wieczór. Kiedy wszyscy się zorientują, co
zaplanowaliśmy, będzie za późno. - Milknie na chwilę. - Taką mam
nadzieję. Bo nie sądzę, by nam przerwali. Byłoby to przejawem homofobii
i tylko umocniło naszą rację.
- Pan Morgan nie zorientuje się, że dubluję Sandy?
- Już to przemyślałyśmy - wtrąca Allie. - Nie będziesz dublował Sandy,
tylko Danny'ego. Rolę Sandy będę odgrywała ja. W ten sposób nie
wzbudzimy żadnych podejrzeń.
- Nie powiemy nawet całej obsadzie - dodaje Katya. - Aż do tego
wieczoru. Nie możemy ryzykować, że ktoś przypadkowo popsuje nam efekt.
- A jeśli aktorzy się nie zgodzą? - pytam.
- Wybrałam tylko tych, co do których jestem pewna - odpowiada Katya.
To nie brzmi jak starannie przemyślany plan, ale nie mówię tego głośno.
- Jeśli oficjalnie dubluję Danny'ego, to kto go zagra tego wieczoru?
- Moim zdaniem powinna to zrobić Allie - mówi Katya. - Będzie jeszcze
bardziej gender-queer.
- To chyba jednak powinien być chłopak - nie zgadza się Allie. - Tak
będzie bardziej realistycznie. Może ten, który zagra Danny'ego we
wszystkich spektaklach.
- Myślałaś już o kimś?
- Pewnie ktoś ze starszego rocznika, jak zwykle - mówi Katya. - Nie
wiem, kto się w tym roku zgłosi do tej roli. Możemy wykorzystać do
naszej wersji osobę grającą Danny'ego albo kogoś innego, kto też bierze
udział w spektaklu. Zobaczę, kto przyjdzie na przesłuchania.
- Co ty na to? - pyta Allie. - Fajny pomysł, prawda?
- Tak - mówię. - Chyba tak. Nie wiem tylko, czy dam sobie radę na
scenie. Wprawdzie lubię śpiewać pod prysznicem, ale...
- Słyszałam twoje wykonanie tych kawałków - przerywa mi Allie. - Jesteś
więcej niż dobry.
- Dzięki... - mruczę z powątpiewaniem.
- Grease to jeden z tych musicali, z którymi każdy by sobie poradził -
uspokaja mnie Katya. - Większość numerów śpiewają wszyscy. Sandy i Danny
mają tylko parę solówek. Na pewno będziesz świetny.
Nie słyszała, jak śpiewam, więc nie rozumiem, skąd ta pewność.
- No nie wiem.
Allie patrzy na mnie.
- Myślałam, że będziesz bardziej entuzjastyczny. Masz okazję zrobić coś
naprawdę świetnego.
Ma rację. Ale udział w tym przedsięwzięciu postawi mnie w świetle
reflektorów dosłownie i nie tylko. A planowałem nie zwracać na siebie
uwagi. Wyobrażam sobie reakcję mamy i wiem, że nie będzie zachwycona.
- Nie musisz się zgadzać, jeśli nie chcesz - mówi Allie.
Wydaje się jednak trochę rozczarowana, jakby właśnie wręczyła mi
wykonany własnoręcznie prezent, a ja nie zareagowałem zgodnie z jej
oczekiwaniem. Poza tym wystarczająco ją już rozczarowałem.
- Rezygnując, zawiedziesz jedynie całą queerową społeczność - dorzuca
Katya.
Wiem, że to żart - w każdym razie tak myślę - a mimo to wpędza mnie w poczucie winy. Powinno mi zależeć na akceptacji samego siebie jako geja.
Może to mi pomoże.
- Uważam, że pomysł jest super - mówię, zanim zdążę zmienić zdanie. -
Naprawdę. Zgadzam się.
Allie rozpromienia się jak choinka w Boże Narodzenie. Piszczy radośnie,
a potem rzuca mi się w ramiona.
- Wiedziałam, że się zgodzisz. Będziemy się rewelacyjnie bawić. Razem z moim najlepszym przyjacielem zrobię coś, o czym ludzie będą mówili
LATAMI.
- Chyba że nas za to wyrzucą ze szkoły.
- Zwłaszcza jeśli nas wyrzucą. Ale nie zrobią tego. To by źle wpłynęło
na jej opinię.
Wydaję z siebie niezrozumiałe mruknięcie. Chciałbym być równie
przekonany jak ona. Ale już się zgodziłem.
- Świetnie - cieszy się Katya. - Przesłuchania zaczynają się w poniedziałek.
- Sądziłem, że już mam tę rolę.
- Masz. Ale musisz się pojawić na przesłuchaniu. Nie mogę ci jej tak po
prostu dać. To wzbudziłoby podejrzenia, czego staramy się uniknąć.
Zaśpiewasz Sandy, czyli solowy numer Danny'ego. Przećwicz go sobie
przez weekend. Muszę już lecieć. Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia przed
rozpoczęciem przesłuchań.
Żegna się i wychodzi. Allie zostaje.
- Dobra - mówi. - Przećwiczmy nasz kawałek. Nie chcę, żebyś narobił mi
wstydu.
- Mówiłaś, że świetnie śpiewam! - protestuję.
- Mówiłam, że jesteś WIĘCEJ NIŻ DOBRY - przypomina, biorąc mnie za rękę
i ciągnąc na schody.
- To koniec. Dzwonię do swojego agenta.
- Ja jestem twoją agentką - śmieje się Allie. - Do roboty.
Wzdycham dramatycznie.
- Jeśli chcesz, żebym ci podziękował publicznie na rozdaniu nagród Tony,
musisz być dla mnie milsza.
Głośno prycha.
- Dalej, Benie Platcie, robota czeka.