Niedola Nibelungów inaczej Pieśń o Nibelungach czyli Das Nibelungenlied - nieznany

Kup ebooka

12.60 zł
10.84 zł (10,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak Zygfryd przybył do Wormacji

Żył młodzieniec bez troski, żył w szczęściu, swobodzie,

Aż posłyszał o owej przecudnej urodzie

Królewny ziem burgundzkich. Jej to wdzięki potem

Raj mu i zgon przyniosły za losu przewrotem.

 

Głośną była jej piękność, a każdy powiada,

Iż w pięknej główce miała rozumek nie lada

I serca zalet wiele; więc się też wybiera

Zalotników bez liku do kraju Guntera.

 

Lecz chociaż przy niej gachów kręciło się mnogo,

Nie skłoniło się dziewczę jeszcze do nikogo,

Bo miłość nie zbudziła się w dziewiczem łonie:

Daleko był jej przyszły jeszcze, w obcej stronie.

 

Ale już mu miłosne śniły się pieszczoty -

Wobec nikogo cóż inne znaczyły zaloty?

On musiał zdobyć każde serce, każde wdzięki!

Potem mu i Krymhilda nie wzbroniła ręki.

 

Miłości nie zażegnasz, gdy się ozwie w łonie:

Więc radzili mu krewni, by myślał o żonie,

By sobie jednę wybrał pośród grona dziewic,

˝Więc wybieram Krymhildę!˝ - zawołał królewic.

 

˝Jej piękność po wszej ziemi rozgłośną brzmi chwałą,

Chlubi się kraj burgundzki jej krasą wspaniałą -

I cesarz, władca świata, mógłby ją bez sromu

Rozkochany, jak żonę wprowadzić do domu˝.

 

Wnet się wieść o tych słowach do króla doniosła,

Dwór ją cały powtarzał, a w ustach wciąż rosła; -

Strapił się ojciec bardzo, bo syna zapały

Może mu wiekuistą zgubę gotowały.

 

A matkę Zygelindę zdjęła także trwoga

O syna, i przygniotła troska ją złowroga:

Znała męstwo Guntera i rycerskie cnoty

Jego druhów. - Zaczęli ganić te zaloty.

 

Ale Zygfryd do króla rzekł: ˝Ojcze i panie!

Więc mnie chyba w samotnym przyjdzie umrzeć stanie,

Bo ją kocham, a serce jeno dla niej bije!

Czego pragnę, nie zmienią nagany niczyje!˝

 

˝Ha, jeśli taka wola - rzekł ojciec nareszcie -

Toć chwalę taką stałość ku pięknej niewieście

I pomocy nie wzbronię, ile siły służą -

Lecz pomnij, Gunter dzielnych junaków ma dużo.

 

A choćby tam był tylko jeden Hagen śmiały,

Toć to wojownik butny, dumny i zuchwały -

I boję się, że sprawa nie pójdzie ci składnie,

Że nam twoich zalotów żałować wypadnie!˝

 

˝Żałować? - krzyknie Zygfryd - toć niedoczekanie!

będę prosił, - gdy prośbie zadość się nie stanie,

Dobędę miecza, męstwa złożę im dowody.

I zabiorę, co zechcę, i ziemie i grody!˝

 

˝Po cóż te groźby? - ojciec niechętnie odrzecze,

Gdy tam powiedzą, że ci w głowie walki, miecze,

Nie wiałbyś pewnie po co jeździć do Guntera.

Znam go z dawna i brata jego, bohatera.

 

Siłą nie weźmiesz siostry tym wężom walecznym,

Nie zda się krzyk, ni groźba. Lecz jeśli statecznym

Sposobem chciałbyś jechać do króla w gościnę,

To ci zbiorę życzliwych rycerzy drużynę!˝

 

˝Ja sam przecież nie myślę zaraz bójki zwodzić -

Rzecze Zygfryd - i na to huf rycerski wodzić;

Przecież wojny o pannę wieść nie mam ochoty,

Ni z mieczem w dłoni moje poczynać zaloty!

 

Jeśli zaś walczyć przyjdzie, sam pójdę i na stu!

Rad bym przecież w orszaku mieć zuchów dwunastu,

Dajcież mi tylu, ojcze!˝ Więc druhom wyprawy

Kazał król wydać błamy i sukna postawy.

 

A już się do królowej doniosła nowina

O śmiałem przedsięwzięciu, więc ją o los syna

Zdjęła trwoga, bo znała Burgundów zuchwałość,

I w komnacie niewieściej wszczął się płacz i żałość.

 

Zygfryd młody co prędzej do matki pospieszył,

Zastał ją w łzach i troskach, więc z uśmiechem cieszył:

˝Matko, po cóż te płacze i niewczesne trwogi?

Znasz mnie przecie? Mnie żadne nie przestraszą wrogi!

 

Raczej mi na wyprawę racz sposobić odzież,

Byśmy w burgundzkiej ziemi, ja i moja młodzież,

Mogli wystąpić jako dostatni rycerze,

A wdzięczny za te trudy podziękuję szczerze!˝

 

Więc matka wreszcie rzecze: ˝Kiedy wola taka,

Cóż robić? Nie poskąpię szat dla jedynaka

I przystroję was pięknie, ciebie i drużynę,

I dam zapas na drogę w daleką krainę!˝

 

Skłonił się matce Zygfryd: ˝Nie chcę ja orszaków

Licznych, ni wielkiej służby, tylko cnych junaków

Dwunastu, a tych, matko, szaty miej w pamięci,

Bo rad bym wnet obaczyć, jak się sprawa święci!˝

 

Wnet zasiadły niewiasty i w nocy, i we dnie

Bez spoczynku nad igłą, - szyły niepoślednie

Stroje dla królewicza, a był zapas duży, -

Bo go nie mogło odwieść nic od tej podróży.

 

Król Zygmunt zaś ozdobne rozkazał dać zbroje,

Kiedy z ojczystej ziemi mieli jechać woje, -

Więc rozdano drużynie pancerze błyszczące

I szyszaki stalone i puklerze lśniące.

 

A kiedy już zabłysnął poranek wyprawy,

Znowu w sercach się troski wszczęły i obawy,

Czyli kiedy w ojczyste powrócą rubieże.

A tam szaty i zbroje ładują rycerze.

 

Mieli rumaki dzielne i rzędy złociste,

Dusze pełne odwagi i miny sierdziste, -

Niełatwo byś dzielniejszych poczt zebrał junaków! -

Już chciał się żegnać Zygfryd i dosiąść rumaków.

 

Jeszcze go chciał wstrzymywać król i we łzach matka,

Lecz Zygfryd przy zamiarze wytrwał do ostatka

I pocieszał strapionych: ˝Otrzyjcie łzy, mili,

O mnie trwożyć się przecież nie trzeba ni chwili!˝

 

Żal ścisnął mężów serca, niewiasty płakały,

Snać im serca przeczuciem wieszczem powiedziały,

Że wyprawa ta wielu przetnie życia wątek.

- Płacz był słuszny, bo nieszczęść i łez tu początek.

 

Siódmego dnia już konie po nadreńskim piasku

Stąpały ku Wormacji. W pozłocistym blasku

Lśnił dzielny poczt Zygfryda, błyszczał rząd bogaty,

Spokojnie a wspaniale sunęły bachmaty.

 

Świecą się w słońcu jasno szerokie puklerze,

Błyszczą hełmy ozdobne. - W Guntera rubieże

Wjeżdża dworno i huczno Zygfryd, wojak śmiały, -

Nigdy tu nie zajeżdżał poczt tak okazały.

 

Ku ostrogom się ostre zwieszały koncerze,

W rękach długie oszczepy dzierżyli rycerze

A Zygfryda kopia gruba na dwie piędzie

Z ostrym grotem, - straszliwe śmierci to narzędzie.

 

W ręku wodze złociste, - bogate, jedwabne

Na koniach napierśniki, - stroje sute, zgrabne -

Ludzie gapią się wszędzie, patrząc na rycerzy,

A na ich powitanie liczny orszak bieży.

 

Dzielnych wielu przypadło dworzanów do gości

I witało imieniem Ich królewskich Mości -

- Tak wymaga obyczaj, - zaczem z koni zsiedli,

A tamci już im tarcze zdjęli, inni wiedli

 

Konie, by odpoczęły po podróży długiej,

Ale Zygfryd zuchwały zawołał na sługi:

˝Niech tu mój koń poczeka i rumaki rzeszy!

Nie zabawim się długo, - w drogę nam się spieszy.

 

Ale kto tu znajomy, niech mi nie odmówi

Rady, gdzie pokłon oddać możemy królowi

Gunterowi, co krajem tym potężnie włada?˝

Aż jeden, co mu dobrze znane to, zagada;

 

˝Chcecie króla obaczyć? W onej wielkiej sali

Widziałem go, a kołem z nim pozasiadali

Męże rycerscy, - poznać możecie niemało

Bohaterów tej ziemi. Idźcie jeno śmiało!˝

 

A już się i do króla doniosła wieść chyża,

Że się orszak rycerski do grodu przybliża,

W zbroi złotem kapiącej i w szacie wspaniałej,

Obcy pewnie, bo nikt ich nie zna w ziemi całej.

 

Zadziwił się król Gunter, z jakiej by to ziemi -

Rycerze przybyć mogli z szaty bogatemi

I strojno tak i zbrojno, pocztem okazałym;

Próżno pytał, nie wiedział nikt na dworze całym.

 

Jeno Ortwin, pan z Metzu, mąż dzielny bez miary

I bogaty, tak rzecze: ˝Niechaj Hagen stary,

Co mi wujem, przybędzie, to nam pewno powie,

Czego dworscy powiedzieć nie mogą panowie.

 

On zna postronne ziemie, niechajże obaczy

I powie nam, czy poznał tych obcych siłaczy!˝

Więc król co żywo gońca po niego wyprawił

A wnet Hagen ze swymi na dworze się stawił

 

I pytał, czem królowi przysłużyć się może.

- ˝Obcy jacyś rycerze są na moim dworze,

Nikt ich nie zna: wy pewnie, Hagenie, powiecie,

Co to zacz, boście wiele bywali po świecie!˝

 

- ˝Dobrze!˝ - rzekł Hagen krótko. Do okna się zwrócił,

Gdzie owi goście stali, szybko okiem rzucił,

Spodobały się rzędy i szaty ich świetne,

Ale obce mu były postacie szlachetne -

 

I rzekł: ˝Skądkolwiek nad Ren losy ich przyniosły,

Pewnie to są książęta lub książęce posły,

Konie mają przecudne i wspaniałą odzież,

Jaki bądź kraj ich rodzi, dostojna ta młodzież!

 

A jak mi się z postawy widzi i ich wzięcia,

Chociaż nigdym Zygfryda nie widział książecia,

Przecież i po postaci, i chrobrej drużynie,

Zda mi się, że ten rycerz do nas przybył ninie.

 

Dziwne on nam ze sobą przynosi nowiny!

On to zajął bogate Niblungów dziedziny

I zabił Nibelunga, i Szilbunga księcia

I cuda męstwa zdziałał od jednego cięcia.

 

Raz się wybrał bez służby i bojowych druhów,

A w podróży obaczył, jak to wiem z posłuchów,

U stóp wysokiej góry orszak mu nieznany,

Tam, gdzie skarb Nibelungów leżał zakopany.

 

Właśnie powynosili skarby te niezmierne,

Z jaskini, gdzie ich dotąd strzegły straże wierne,

I królewską spuściznę mieli dzielić całą;

Zygfryd patrzył się z boku i dziwił niemało.

 

Zbliżył się wreszcie do nich, niebawem rycerze

Ujrzeli go, a jeden zaraz głos zabierze:

Patrzcie, to siłacz Zygfry z Żuław, rycerz prawy!

Dziwne go między nimi czekały rozprawy.

 

Nibelung go i Szilbung uprzejmie przyjęli,

A za radą lenników usilnie poczęli

Prosić, by, co ma każdy z skarbu wziąć, przeznaczył.

Błagali go gorąco, - nakłonić się raczył.

 

Więc do działu się wzięli. A mówią powieści,

Że sto wozów klejnotów i pereł nie zmieści,

W zasiekach też leżała złota moc potężna. -

Wszystko miała Zygfryda dzielić ręka mężna.

 

Trud był wielki z podziałem; dali mu w nagrodę

Sławny miecz Nibelungów, - lecz książęta młode

Źle wyszli na rozjemcy, bo pod koniec sprawy

Wszczął się spór, - przyszło snadnie do kłótni i wrzawy.

 

Chociaż mieli przy sobie dwunastu rycerzy

Rosłych i w boju mężnych, Zygfryd gdy uderzy,

Ścielą się duże chłopy trupem, przy nich legło

I siedmiuset z drużyny, co w pomoc przybiegło.

 

Zygfryd pobił ich mieczem darowanym (miano

Balmunga nosił oręż), więc kiedy poznano

Siłę miecza i jak go dzierży rycerz młody,

Oddali mu i ziemie, i warowne grody.

 

Bogaci królewicze snem wiecznym posnęli, -

Karzeł Alberyk tylko, gdy inni zginęli,

Chciał pomścić swoich panów, ale poznał snadnie,

Że przed siłą Zygfryda ulec mu wypadnie.

 

Nie mógł obronić skarbu karzeł on potężny,

Choć jak lew rozjuszony toczył bój orężny,

Musiał oddać zwycięzcy skarbiec on niezmierny,

Także płaszcz dziwnej mocy - oddał sługa wierny.

 

Kto się walczyć ośmielił, wnet przypłacił głową -

Wreszcie Zygfryd rozkazał skarbiec on na nowo

Zanieść tam do jaskini, skąd go wydobyli,

A karzeł jego sługą stał się od tej chwili.

 

Przysiągł mu służyć wiernie i pilnować świecie

Skarbu, który mu Zygfryd oddał pod zamknięcie. -

Takich to czynów wiele dokazał, bo siłą

Nigdy może równego na świecie nie było.

 

Inne też krążą o nim powieści po świecie:

Że ogromnego smoka zabił, mówią przecie;

A że w smoczej posoce skąpał się po szyję,

Skórę ma jak róg twardą, - miecz jej nie przebije.

 

Radzę przyjąć uprzejmie tego bohatera!

Niech na nas pomsty swojej kiedyś nie wywiera,

Boć to mąż niepośledni, mężny, okazały,

A z czynów swych niemałej doczekał się chwały˝.

 

Na to król: ˝Łacno wierzę, zaprawdę, twej mowie!

Patrzcie, jak on tam stoi, z nim jego druhowie,

Zda się, że każdej chwili walki się podejmie.

Pójdziemy go na dole pozdrowić uprzejmie!˝

 

˝Można to iście czynić - rzekł Hagen - bez sromu,

Bo to syn potężnego królewskiego domu!

A widząc jego minę, przysiągłbym na Boga,

Że nie dla żartu do nas wypadła mu droga!˝

 

Skończył Hagen, a król się zerwie i zawoła:

˝Niechże zasiądzie witeź u naszego stoła,

Bo uczci bohatera burgundzka kraina!˝

I wyszedł król powitać Zygelindy syna.

 

Uprzejmie pozdrowili i król, i dworzanie

Gości, a takie było serdeczne witanie,

Że Zygfryda od razu za serce chwyciło,

Iż go, choć nieznajomi, tak przyjęli miło.

 

˝Rad bym wiedzieć - król pytał - z jakiej to przyczyny,

Cny Zygfrydzie, do mojej zjeżdżacie krainy?

Skąd was droga prowadzi, iżeście przybyli

Do Wormacji?˝ - A Zygfryd odpowie tej chwili:

 

˝Zaraz powiem! Słyszałem już na dworze ojca,

Że nigdzie nie obaczy tęższego mołojca

Nad waszych zuchów. Trudno opowieści wierzyć,

Więc przybyłem przekonać się i z nimi zmierzyć.

 

Toż i o was mi z dawna powiadano wiele,

Ze żaden król w rycerskim nie sprosta wam dziele,

Po wszystkiej ziemi ludzie lubią o tem gadać.

Więc przybyłem naocznie prawdy się dobadać.

 

I jam rycerz, i kiedyś mam chodzić w koronie,

Rad bym pokazać ludziom, że po ojca zgonie

Godzien jestem zasiadać na królewskiej ławie;

Toż cześć moją i życie na los walki stawię.

 

Jeśli w was męstwo takie, jako naród prawi -

Nie dbam, czy komu radość to, czy smutek sprawi,

Do walki was wyzywam! Pójdziemy w zawody,

Gdy was zgromię, zabiorę i ziemie i grody!˝

 

Król się zdziwił i wszyscy zdumieli rycerze,

Skąd się w onym młodzieńcu zuchwała myśl bierze,

Taka żądza zdobyczy, tak harda przemowa, -

Gniew im lica zapalił, gryzły ich te słowa.

 

˝Cóżem to ja zawinił - król zawoła żywo -

Abym tracił ojcowską spuściznę poczciwą

Ze wstydem i dlatego, że twa siła znana?

Chybabym był niegodzien rycerskiego miana!˝

 

˝Próżne słowa! - zawoła Zygfryd - nuż do broni!

Niechże twe ramię kraje i grody zasłoni!

Inaczej biorę wszystko, lecz gdy w walce zginę,

Ty zajmiesz bez oporu całą mą krainę!

 

Twe dziedzictwo i moje stawmy przeciw sobie.

Kto zwycięży drugiego, weźmie ziemie obie,

I szeroko i krajem, i ludem zawładnie!˝

Ale Hagen i Gernot odradzali snadnie.

 

Ten wdał się w rzecz: ˝My chcemy panować spokojnie,

Nie pragniemy zdobyczy, nie myślim o wojnie!

Szkoda życia dla łupu. Mamy ziemi mnogo,

Do nas z prawa należy, więcej do nikogo!˝

 

Rycerze też zaledwie gniew swój hamowali,

A Ortwin z Metzu nie mógł powściągnąć się dalej

I zawołał: ˝Cóż godzić? wszak tu nie ma winy!

Zygfryd wyzwał na rękę królu bez przyczyny!

 

Ale choćbyście waszej nie mścili urazy,

A choćby Zygfryd rzeszę większą i sto razy

Przywiódł z sobą, niech ze mną spróbuje się śmiałek!

Zmuszę go, by zaprzestał gróźb tych i przechwałek!˝

 

Zygfryd zakipiał gniewem: ˝Tego by nie stało,

By pierwsze lepsze ramię na mnie się porwało!

Jam z rodu król potężny, tyś królewski sługa.

Stań ty i tuzin takich, gra będzie niedługa!˝

 

Ortwin rwał się do miecza, bolała go wzgarda, -

Był Hagena krewniakiem, dusza też w nim harda; -

Dziwo, że ten wżdy milczał, choć słyszał te zwady.

Ozwał się tylko Gernot, jedyny do rady:

 

˝Za gorąco tę sprawę, Ortwinie, bierzecie!

Zygfryd nie chce nas hańbić, ani krzywdzić przecie,

A moja rada taka: zakończmy te waśnie!

A z kłótni szczera przyjaźń niech się zrodzi właśnie˝.

 

Hagen wtedy się ozwie: ˝Jużci nas nie cieszy,

Owszem przykrem być musi rycerzy twych rzeszy,

Że Zygfryd w naszej ziemi rozpiera się butnie,

Gdy mym panom nie w myśli zajazdy, ni kłótnie!˝

 

Lecz mężny Zygfryd na to żwawo mu odrzecze:

˝Czy was, panie Hagenie, słowo me tak piecze?

Dobrze! więc wnet pokażę, że mej dłoni siłą

Narobię wam kłopotu, aż będzie niemiło!˝

 

˝Już ja to załagodzę!˝ - Gernot mu odpowie;

Wdał się między rycerzy, by dać pokój mowie

Zapalczywej, co wszystkim mogła wyjść na szkodę.

Wspomniał sobie i Zygfryd Krymhildy urodę.

 

Gernot godził zwaśnionych: ˝Cóż to wy myślicie?

Będziem walczyć, rycerzy wielu straci życie, -

Dla nas sławy niewiele, dla was zysku mało!˝

Lecz Zygfryd Zygmuntowic odrzecze mu śmiało:

 

˝Czemuż Hagen i Ortwin, co takie junaki,

Nie próbują się w walce z swoimi krewniaki?

Znajdą ich tu bez liku, gdy do walki skorzy!˝

Ci milczeli, by kłótni nie rozżarzać gorzej.

 

Więc Giselher, Uoty ukochane dziecię,

˝Powolne niesiem służby! - rzekł - witajcież przecie!

Miłymi nam tu gośćmi i wy, i drużyna!˝

A z królewskiej piwnicy przyniesiono wina.

 

Gunter dodał uprzejmie: ˝Co nam nieba dały,

Podzielim chętnie z wami, rycerzu wspaniały!

Dla druha radzi mieniem nałożym i głową!˝

Ostygł Zygfryd, - uprzejmą ujęli go mową.

 

Więc podróżne zasoby i zapaśne szaty

Z koni zdjęto, do stajni powiedli bachmaty,

Rycerzom co najlepsze rozdano gospody,

W gościnnym kraju gościom nie brakło wygody.

 

Sute było przyjęcie na królewskim dworze,

Uciech i zabaw wiele, któż policzyć może?

Czczono męstwo Zygfryda; kto go poznał z bliska,

W tym dzielny młodzian pewnie przyjaciela zyska.

 

Królowie i rycerze bawili się społem,

Ale zawsze przodował przed rycerskiem kołem

Dzielny Zygfryd; o lepsze nikt nie śmiał z nim chodzić,

Czy kamień przyszło rzucić, czy oszczepem godzić.

 

A kiedy się rycerze wdali między panie,

Poczynając umizgi, żarty, zalecanie,

Tu go wabiły oczka, tam uśmieszek prosił.

Ale on w swojej duszy wyższą miłość nosił.

 

Do czego zawołano, nigdy się nie lenił,

Ale trwał w swym zamiarze i serca nie zmienił,

A choć nie wiedział o tem, w komnacie niewieściej

Już myśl o nim rozkosznie młode serce pieści.

 

Bo kiedy po rycersku igrali na dworze

Rycerze i dworzanie, w panieńskiej komorze

Stała w oknie Krymhilda, patrząc na harc żwawy,

A ten widok za wszelkie starczył jej zabawy.

 

Gdyby przeczuć mógł Zygfryd, że z okna świetlicy,

Patrzą nań piękne oczy nadobnej dziewicy,

Gdyby ujrzeć ją zdołał, tę, co w sercu nosił,

Pewnie by najszczęśliwszym śród ludzi się głosił.

 

Gdy w rycerskim orszaku kroczył dzielny młodzian

Przez podwórze, młodości świeżą krasą odzian,

Tak śród innych odbijał pięknością i siłą.

Że niejedno serduszko skrycie dlań zabiło.

 

Ale Zygfryd rozmyślał jeno o sposobie,

By zobaczyć dziewicę, jak poczynać sobie.

Nie znał jeszcze królewny, choć mu była bliska,

Więc tęsknota i miłość serce żalem ściska.

 

Kiedy możni królowie wyjeżdżali w drogę,

To smutek dręczył znowu Krymhildę niebogę,

Bo i Zygfryd z królami wyjeżdżał pospołu,

Dla niej ani zabiegów szczędząc, ni mozołu.

 

I rok cały upłynął, odkąd się w krainie

Króla Guntera zjawił, rok bawił w gościnie,

A królewny nie widział, aż mu losu kolej

Przez nią i szczęścia wiele dała i niedoli.

Wie Siegfried Kriemhilden zuerst ersah.

Man sah die Helden täglich   nun reiten an den Rhein,               

Die bei dem Hofgelage   gerne wollten sein

Und den Königen zu Liebe   kamen in das Land.

Man gab ihrer Vielen   beides, Ross und Gewand.

 

Es war auch das Gestühle   allen schon bereit,                      

Den Höchsten und den Besten,   so hörten wir Bescheid,

Zweiunddreißig Fürsten   zu dem Hofgelag:

Da zierten um die Wette   sich die Frauen für den Tag.

 

Gar geschäftig sah man   Geiselher das Kind.                        

Die Heimischen und Fremden   empfieng er holdgesinnt

Mit Gernot seinem Bruder   und beider Mannen da.

Wohl grüßten sie die Degen,   wie es nach Ehren geschah.

 

Viel goldrother Sättel   führten sie ins Land,                      

Zierliche Schilde   und herrlich Gewand

Brachten sie zu Rheine   bei dem Hofgelag.

Mancher Ungesunde   hieng der Freude wieder nach.

 

Die wund zu Bette liegend   vordem gelitten Noth,                   

Die durften nun vergeßen,   wie bitter sei der Tod;

Die Siechen und die Kranken   vergaß man zu beklagen.

Es freute sich ein Jeder   entgegen festlichen Tagen:

 

Wie sie da leben wollten   in gastlichem Genuß!                     

Wonnen ohne Maßen,   der Freuden Ueberfluß

Hatten alle Leute,   so viel man immer fand:

Da hub sich große Wonne   über Gunthers ganzes Land.

 

An einem Pfingstmorgen   sah man sie alle gehn                      

Wonniglich gekleidet,   viel Degen ausersehn,

Fünftausend oder drüber,   dem Hofgelag entgegen.

Da hub um die Wette   sich viel Kurzweil allerwegen.

 

Der Wirth hatt im Sinne,   was er schon längst erkannt,             

Wie von ganzem Herzen   der Held von Niederland

Seine Schwester liebe,   sah er sie gleich noch nie,

Der man das Lob der Schönheit   vor allen Jungfrauen lieh.

 

Er sprach: ˝Nun rathet Alle,   Freund oder Unterthan,               

Wie wir das Hofgelage   am besten stellen an,

Daß man uns nicht schelte   darum nach dieser Zeit;

Zuletzt doch an den Werken   liegt das Lob, das man uns beut.˝

 

Da sprach zu dem Könige   von Metz Herr Ortewein:                   

˝Soll dieß Hofgelage   mit vollen Ehren sein,

So laßt eure Gäste   die schönen Kinder sehn,

Denen so viel Ehren   in Burgundenland geschehn.

 

˝Was wäre Mannes Wonne,   was freut' er sich zu schaun,             

Wenn nicht schöne Mägdelein   und herrliche Fraun?

Drum laßt eure Schwester   vor die Gäste gehn.˝

Der Rath war manchem Helden   zu hoher Freude geschehn.

 

˝Dem will ich gerne folgen,˝   der König sprach da so.              

Alle, die's erfuhren,   waren darüber froh.

Er entbot es Frauen Uten   und ihrer Tochter schön,

Daß sie mit ihren Maiden   hin zu Hofe sollten gehn.

 

Da ward aus den Schreinen   gesucht gut Gewand,                     

So viel man eingeschlagen   der lichten Kleider fand,

Der Borten und der Spangen;   des lag genug bereit.

Da zierte sich gar minniglich   manche waidliche Maid.

 

Mancher junge Recke   wünschte heut so sehr,                        

Daß er wohlgefallen   möchte den Frauen hehr,

Das er dafür nicht nähme   ein reiches Königsland:

Sie sahen die gar gerne,   die sie nie zuvor gekannt.

 

Da ließ der reiche König   mit seiner Schwester gehn                

Hundert seiner Recken,   zu ihrem Dienst ersehn

Und dem ihrer Mutter,   die Schwerter in der Hand:

Das war das Hofgesinde   in der Burgunden Land.

 

Ute die reiche   sah man mit ihr kommen,                            

Die hatte schöner Frauen   sich zum Geleit genommen

Hundert oder drüber,   geschmückt mit reichem Kleid.

Auch folgte Kriemhilden   manche waidliche Maid.

 

Aus einer Kemenate   sah man sie alle gehn:                         

Da muste heftig Drängen   von Helden bald geschehn,

Die alle harrend standen,   ob es möchte sein,

Daß sie da fröhlich sähen   dieses edle Mägdelein.

 

Da kam die Minnigliche,   wie das Morgenroth                        

Tritt aus trüben Wolken.   Da schied von mancher Noth,

Der sie im Herzen hegte,   was lange war geschehn.

Er sah die Minnigliche   nun gar herrlich vor sich stehn.

 

Von ihrem Kleide leuchtete   mancher edle Stein;                    

Ihre rosenrothe Farbe   gab wonniglichen Schein.

Was Jemand wünschen mochte,   er muste doch gestehn,

Daß er hier auf Erden   noch nicht so Schönes gesehn.

 

Wie der lichte Vollmond   vor den Sternen schwebt,                  

Des Schein so hell und lauter   sich aus den Wolken hebt,

So glänzte sie in Wahrheit   vor andern Frauen gut:

Das mochte wohl erhöhen   den zieren Helden den Muth.

 

Die reichen Kämmerlinge   schritten vor ihr her;                    

Die hochgemuthen Degen   ließen es nicht mehr:

Sie drängten, daß sie sähen   die minnigliche Maid.

Siegfried dem Degen   war es lieb und wieder leid.

 

Er sann in seinem Sinne:   ˝Wie dacht ich je daran,                 

Daß ich dich minnen sollte?   das ist ein eitler Wahn;

Soll ich dich aber meiden,   so wär ich sanfter todt.˝

Er ward von Gedanken   oft bleich und oft wieder roth.

 

Da sah man den Sigelindensohn   so minniglich da stehn,             

Als wär er entworfen   auf einem Pergamen

Von guten Meisters Händen:   gern man ihm zugestand,

Daß man nie im Leben   so schönen Helden noch fand.

 

Die mit Kriemhilden giengen,   die hießen aus den Wegen             

Allenthalben weichen:   dem folgte mancher Degen.

Die hochgetragnen Herzen   freute man sich zu schaun:

Man sah in hohen Züchten   viel der herrlichen Fraun.

 

Da sprach von Burgunden   der König Gernot:                         

˝Dem Helden, der so gütlich   euch seine Dienste bot,

Gunther, lieber Bruder,   dem bietet hier den Lohn

Vor allen diesen Recken:   des Rathes spricht man mir nicht Hohn.

 

˝Heißet Siegfrieden   zu meiner Schwester kommen,                   

Daß ihn das Mägdlein grüße:   das bringt uns immer Frommen:

Die niemals Recken grüßte,   soll sein mit Grüßen pflegen,

Daß wir uns so gewinnen   diesen zierlichen Degen.˝

 

Des Wirthes Freunde giengen dahin,   wo man ihn fand;               

Sie sprachen zu dem Recken   aus dem Niederland:

˝Der König will erlauben,   ihr sollt zu Hofe gehn,

Seine Schwester soll euch grüßen:   die Ehre soll euch geschehn.˝

 

Der Rede ward der Degen   in seinem Muth erfreut:                   

Er trug in seinem Herzen   Freude sonder Leid,

Daß er der schönen Ute   Tochter sollte sehn.

In minniglichen Züchten   empfieng sie Siegfrieden schön.

 

Als sie den Hochgemuthen   vor sich stehen sah,                     

Ihre Farbe ward entzündet;   die Schöne sagte da:

˝Willkommen, Herr Siegfried,   ein edler Ritter gut.˝

Da ward ihm von dem Gruße   gar wohl erhoben der Muth.

 

Er neigte sich ihr minniglich,   als er den Dank ihr bot.           

Da zwang sie zu einander   sehnender Minne Noth;

Mit liebem Blick der Augen   sahn einander an

Der Held und auch das Mägdelein;   das ward verstohlen gethan.

 

Ward da mit sanftem Drucke   geliebkost weiße Hand                  

In herzlicher Minne,   das ist mir unbekannt.

Doch kann ich auch nicht glauben,   sie hättens nicht gethan.

Liebebedürftige Herzen   thäten Unrecht daran.

 

Zu des Sommers Zeiten   und in des Maien Tagen                      

Durft er in seinem Herzen   nimmer wieder tragen

So viel hoher Wonne,   als er da gewann,

Da die ihm an der Hand gieng,   die der Held zu minnen sann.

 

Da gedachte mancher Recke:   ˝Hei! wär mir so geschehn,             

Daß ich so bei ihr gienge,   wie ich ihn gesehn,

Oder bei ihr läge!   das nähm ich willig hin.˝

Es diente nie ein Recke   so gut noch einer Königin.

 

Aus welchen Königs Landen   ein Gast gekommen war,                  

Er nahm im ganzen Saale   nur dieser beiden wahr.

Ihr ward erlaubt zu küssen   den waidlichen Mann:

Ihm ward in seinem Leben   nie so Liebes gethan.

 

Von Dänemark der König   hub an und sprach zur Stund:               

˝Des hohen Grußes willen   liegt gar Mancher wund,

Wie ich wohl hier gewahre,   von Siegfriedens Hand:

Gott laß ihn nimmer wieder   kommen in der Dänen Land.˝

 

Da hieß man allenthalben   weichen aus den Wegen                    

Kriemhild der Schönen;   manchen kühnen Degen

Sah man wohlgezogen   mit ihr zur Kirche gehn.

Bald ward von ihr geschieden   dieser Degen ausersehn.

 

Da gieng sie zu dem Münster   und mit ihr viel der Fraun.           

Da war in solcher Zierde   die Königin zu schaun,

Daß da hoher Wünsche   mancher ward verloren;

Sie war zur Augenweide   viel der Recken auserkoren.

 

Kaum erharrte Siegfried,   bis schloß der Messgesang;               

Er mochte seinem Heile   des immer sagen Dank,

Daß ihm so gewogen war,   die er im Herzen trug:

Auch war er der Schönen   nach Verdiensten hold genug.

 

Als sie aus dem Münster   nach der Messe kam,                       

Lud man wieder zu ihr   den Helden lobesam.

Da begann ihm erst zu danken   die minnigliche Maid,

Daß er vor allen Recken   so kühn gefochten im Streit.

 

˝Nun lohn euch Gott, Herr Siegfried,˝   sprach das schöne Kind,     

˝Daß ihr das verdientet,   daß euch die Recken sind

So hold mit ganzer Treue,   wie sie zumal gestehn.˝

Da begann er Frau Kriemhilden   minniglich anzusehn.

 

˝Stäts will ich ihnen dienen,˝   sprach Stegfried der Degen,        

˝Und will mein Haupt nicht eher   zur Ruhe niederlegen,

Bis ihr Wunsch geschehen,   so lang mein Leben währt:

Das thu ich, Frau Kriemhild,   daß ihr mir Minne gewährt.˝

 

Innerhalb zwölf Tagen,   so oft es neu getagt,                      

Sah man bei dem Degen   die wonnigliche Magd,

So sie zu Hofe durfte   vor ihren Freunden gehn.

Der Dienst war dem Recken   aus großer Liebe geschehn.

 

Freude und Wonne   und lauten Schwerterschall                       

Vernahm man alle Tage   vor König Gunthers Saal,

Davor und darinnen   von manchem kühnen Mann.

Von Ortwein und Hagen   wurden Wunder viel gethan.

 

Was man zu üben wünschte,   dazu sah man bereit                     

In völligem Maße   die Degen kühn im Streit.

Da machten vor den Gästen   die Recken sich bekannt;

Es war eine Zierde   König Gunthers ganzem Land.

 

Die lange wund gelegen,   wagten sich an den Wind:                  

Sie wollten kurzweilen   mit des Königs Ingesind,

Schirmen mit den Schilden   und schießen manchen Schaft.

Des halfen ihnen Viele;   sie hatten größliche Kraft.

 

Bei dem Hofgelage   ließ sie der Wirth verpflegen                   

Mit der besten Speise;   es durfte sich nicht regen

Nur der kleinste Tadel,   der Fürsten mag entstehn;

Man sah ihn jetzo freundlich   hin zu seinen Gästen gehn.

 

Er sprach: ˝Ihr guten Recken,   bevor ihr reitet hin,               

So nehmt meine Gaben:   also fleht mein Sinn,

Ich will euch immer danken;   verschmäht nicht mein Gut:

Es unter euch zu theilen   hab ich willigen Muth.˝

 

Die vom Dänenlande   sprachen gleich zur Hand:                      

˝Bevor wir wieder reiten   heim in unser Land,

Gewährt uns stäten Frieden:   das ist uns Recken noth;

Uns sind von euern Degen   viel der lieben Freunde todt.˝

 

Genesen von den Wunden   war Lüdegast derweil;                      

Der Vogt des Sachsenlandes   war bald vom Kampfe heil.

Etliche Todte   ließen sie im Land.

Da gieng der König Gunther   hin, wo er Siegfrieden fand.

 

Er sprach zu dem Recken:   ˝Nun rath mir, wie ich thu.              

Unsre Gäste wollen   reiten morgen fruh

Und gehn um stäte Sühne   mich und die Meinen an:

Nun rath, kühner Degen,   was dich dünke wohlgethan.

 

˝Was mir die Herrn bieten,   das will ich dir sagen:                

Was fünfhundert Mähren   an Gold mögen tragen,

Das bieten sie mir gerne   für ihre Freiheit an.˝

Da sprach aber Siegfried:   ˝Das wär übel gethan.

 

˝Ihr sollt sie beide ledig   von hinnen laßen ziehn;                

Nur daß die edeln Recken   sich hüten fürderhin

Vor feindlichem Reiten   her in euer Land,

Laßt euch zu Pfande geben   der beiden Könige Hand.˝

 

˝Dem Rathe will ich folgen.˝   So giengen sie hindann.              

Seinen Widersachern   ward es kundgethan,

Des Golds begehre Niemand,   das sie geboten eh.

Daheim den lieben Freunden   war nach den heermüden weh.

 

Viel Schilde schatzbeladen   trug man da herbei:                    

Das theilt' er ungewogen   seinen Freunden frei,

An fünfhundert Marken   und Manchem wohl noch mehr;

Gernot rieth es Gunthern,   dieser Degen kühn und hehr.

 

Um Urlaub baten alle,   sie wollten nun hindann.                    

Da kamen die Gäste   vor Kriemhild heran

Und dahin auch, wo Frau Ute   saß, die Königin.

Es zogen nie mehr Degen   so wohl beurlaubt dahin.

 

Die Herbergen leerten sich,   als sie von dannen ritten.            

Doch verblieb im Lande   mit herrlichen Sitten

Der König mit den Seinen   und mancher edle Mann:

Die giengen alle Tage   zu Frau Kriemhild heran.

 

Da wollt auch Urlaub nehmen   Siegfried der gute Held,              

Verzweifelnd zu erwerben,   worauf sein Sinn gestellt.

Der König hörte sagen,   er wolle nun hindann:

Geiselher der junge   ihn von der Reise gewann.

 

˝Wohin, edler Siegfried,   wohin reitet ihr?                        

Hört meine Bitte,   bleibt bei den Recken hier,

Bei Gunther dem König   und bei seinem Lehn:

Hier sind viel schöne Frauen,   die läßt man euch gerne sehn.˝

 

Da sprach der starke Siegfried:   ˝So laßt die Rosse stehn.         

Von hinnen wollt ich reiten,   das laß ich mir vergehn.

Tragt auch hinweg die Schilde:   wohl wollt ich in mein Land:

Davon hat mich Herr Geiselher   mit großen Treuen gewandt.˝

 

So verblieb der Kühne   dem Freund zu Liebe dort.                   

Auch wär ihm in den Landen   an keinem andern Ort

So wohl als hier geworden:   daher es nun geschah,

Daß er alle Tage   die schöne Kriemhild ersah.

 

Ihrer hohen Schönheit willen   der Degen da verblieb.               

Mit mancher Kurzweile   man nun die Zeit vertrieb;

Nur zwang ihn ihre Minne,   die schuf ihm oftmals Noth;

Darum hernach der Kühne   lag zu großem Jammer todt.

Jak Gunter Brunhildę pozyskał

Tymczasem statek blisko popod zamku mury

Dotarł, a król obaczył, patrząc się do góry,

Jako im dziewcząt wiele z okien się przyziera,

Że ich nie znał, gniewało to króla Guntera.

 

I zapytał wiernego druha w każdej sprawie:

˝Nie wiecie co o dziewkach tych, co tak ciekawie

Spoglądają z pałacu ku nam tu na fale?

Komu bądź służą, dziewki wspaniałe to wcale˝.

 

A Zygfryd na to: ˝Patrzcież tajemnie a skrycie

Między dziewki, a potem szczerze mi powiecie,

Którą byście wybrali, gdyby wybrać dano?˝

- ˝Dobrze!˝ - rzekł dzielny Gunter i patrzył, jak chciano.

 

Aż rzekł wreszcie: ˝Tam oto w oknie jedna stoi

W śnieżnej szacie, co wdziękiem tak mi oczy poi,

Iżbym się ni na chwilę nie wahał w wyborze.

Gdybym mógł, tę za żonę wziąłbym o tej porze˝.

 

˝Dobry wybór zrobiła twa bystra źrenica,

Bo to właśnie Brunhilda, królewska dziewica,

Do której skierowałeś serce i zapały!˝

Królowi się jej wdzięki bardzo spodobały.

 

Lecz Brunhilda swym dziewkom kazała odstąpić

Od okien, aby obcym przybyszom poskąpić

Widoku; poszły do swej komnaty niewieściej,

Ale co tam robiły, mówią opowieści:

 

Stroiły się na obcych mężów widok nowy,

Jako z dawna obyczaj mają białogłowy,

Ale ku wąskim oknom spoglądały skrycie

Na wojowników: zwykła ciekawość kobiecie!

 

Czterej tylko wysiedli z okrętu rycerze,

A Zygfryd wyprowadził konia na wybrzeże.

Widziały wszystko z okien urodziwe dziewki, -

Gunter dumnym był z tego, zapał go jął krewki.

 

Zygfryd mu kornie trzymał rumaka za wodze,

Koń był piękny i rączy, przy tem silny srodze, -

Aż król skoczył na siodło. Usłużył mu zręcznie,

Gunter się za te służby wypłacił niewdzięcznie.

 

Potem i swego konia wywiódł na brzeg wody, -

Nigdy był takich posług nie zwykł książę młody,

By koniu u strzemienia jak pachołek stawał.

Patrzyły dziewki, widok dziwnym się wydawał.

 

Jednego kroju szaty śnieżne mężów kryły,

Rumaki też dobrane, białe, - w słońcu lśniły

Na ramionach rycerzy przecudnej roboty

Tarcze, co rozsiewały wkoło odblask złoty.

 

Od klejnotów błyszczały siodła i rzemienie,

Z dala się złotych dzwonków rozlegało brzmienie.

Więc jako ich potęga kazała, przed sale

Brunhildy zajechali huczno, okazale.

 

Długie ostre kopie sterczały u toku,

Ku ostrogom miecz piękny zwieszał się u boku, -

Była to klinga bardzo ostra i szeroka.

- Wszystko piękna królewna widziała z wysoka.

 

Z nimi przybywał Dankwart i Hagen do grodu;

A mówią, że ci męże rycerskiego rodu

Mieli strój barwy kruczej, nadobnie uszyty,

A w ręku piękne, wielkie i szerokie szczyty.

 

Na nich z Indyj dalekich błyszczały klejnoty

I rzucały po sukni drżący promyk złoty.

Statek ich bez opieki pozostał na fali,

Rycerze zaś do grodu społem zajeżdżali.

 

Ośmdziesiąt sześć wieżyc, co warowni strzegło,

Trzy obszerne pałace i salę rozległą

Ujrzeli tam, zielonym zdobioną marmurem.

Tam siedziała Brunhilda z swoich dziewic chórem.

 

Bramy były na ścieżaj otwarte gościnnie, -

Wtem wybiegli naprzeciw dworzanie, by zwinnie

I uprzejmie powitać w swojej pani kraju

I tarcze i rumaki ująć po zwyczaju.

 

A jeden rzekł: ˝Oddajcie też miecze i zbroje!˝

Lecz Hagen na to: ˝Próżne to żądanie twoje,

Bułaty i pancerze wolimy nieść sami!˝

Aż ich Zygfryd z tej ziemi poznał zwyczajami:

 

˝W tym zamku z dawna taki obyczaj panuje,

Iż się gościom broń wszelką na progu zdejmuje;

Niech ją wezmą! Niczego nie dokażem siłą!˝

Musiał Hagen usłuchać, choć mu nie w smak było.

 

Uraczono wnet gości i dano gospody,

A ku zamkowi biegnie młódź zbrojna w zawody

Zewsząd, w szatach książęcych, a kroku przyspiesza

I pogląda ciekawie, gdzie ta obca rzesza.

 

Tymczasem do Brunhildy dobiegła nowina,

Iż na zamek przybyła rycerska drużyna,

Co na statku po morskiej przypłynęła toni.

Królowa się poczęła wypytywać o niej:

 

˝Powiedzcież mi rycerze - zapyta dworzanów -

Skąd być może ten orszak cudzoziemskich panów,

Co tak dumno i butno zamek najechali?

I po co w tak daleką drogę się wybrali?˝

 

A jeden z nich odrzecze: ˝Pani, wyznam szczerze,

Iż nieznani rai wcale ci obcy rycerze,

Lecz jeden mi Zygfryda kształtem przypomina,

Radzę, niech dobre znajdzie przyjęcie drużyna.

 

Drugi z tego orszaku, wzrostem okazały,

Zda się, że mógłby ziemi rozkazywać całej,

Gdyby miał moc po temu; na króla zakrawa,

Bo wyniosła i pańska rycerza postawa.

 

Trzeci z mężów, co w nasze zawitali progi,

Piękny też, ale jakiś ponury i srogi,

Wzrokiem bystrym a gniewnym dokoła spoziera,

A pewnie mu też piersi często gniew rozpiera!

 

Najmłodszy z druhów godzien wszelakiej pochwały,

Niby dziewicza skromność tchnie z postaci całej,

A w obejściu uprzejmy ten wojownik młody,

Lecz dałby się we znaki, gdyby doznał szkody.

 

Bo chociaż taki piękny i grzeczny z daleka,

Wnet by łzami wezbrała niewieścia powieka,

Gdyby się gniewać począł. Wygląda wspaniale,

A wszelakiej rycerskiej sprawy świadom wcale˝.

 

Królowa rzecze na to: ˝Podajcież mi szaty;

A jeśli siłacz Zygfryd przyjeżdża tu w swaty

I chce mą miłość zyskać, życie stracić może.

Bez walki doń nie pójdę na małżeńskie łoże˝.

 

Wzięła na się Brunhilda żywo przyodziewek,

Poszła, a za nią idzie orszak pięknych dziewek,

Sto lub więcej, a wszystkie i strojne, i zdobne,

Bo chciały gości ujrzeć dziewczęta nadobne.

 

Koło nich nieśli w dłoni dobyte oręże

Islandzcy wojownicy, Brunehildy męże,

Pięćset może lub więcej. - Było to markotnie

Gościom, ale z swych siedzeń powstali ochotnie.

 

Królewna, gdy śród gości Zygfryda zobaczy,

Witając go w swej ziemi, tak przemówić raczy:

˝Bądź pozdrowion, Zygfrydzie, tu w mojej dziedzinie,

A powiedz, co was do mnie przyprowadza ninie?˝

 

˝Wielka to wasza łaska - rzecze Zygfryd młody -

Potężnych królów córo, że raczycie wprzódy

Mnie powitać niż króla mojego i pana;

On tu pierwszy, cześć jemu niech będzie oddana.

 

Znad Renu się wywodzi, - cóż opowiem więcej? -

Dla twej miłości jedzie tu, bo najgoręcej

Pragnie posiąść cię, chętnie narażając życie.

Namyśl się, pani, walczyć przyjdzie nieodbicie!

 

Gunter, król mój, ma ziemie szerokie i włości

A zapragnął nad wszystko w świecie twej miłości;

Rozkazał mi, bym razem w tę drogę wyjechał,

Inaczej tych odwiedzin chętnie bym zaniechał˝.

 

A królowa: ˝Gdy rycerz ten twym lennym panem,

Niechże walkę rozpocznie! Jeśli jemu danem

Zwycięstwo będzie, weźmie zaraz mnie za żonę;

Lecz gdy ja wygram, chwile wasze policzone!˝

 

Ale Hagen z Tronje rzekł: ˝Powiedz, królowo,

Jaka to walka będzie? By przed białogłową,

Miał król Gunter się lękać, rzecz by była śliska:

Myślę, że łatwo piękną dzieweczkę pozyska˝.

 

˝Rzuci w dal kamień, rączym skokiem go przesadzi

I oszczepem się zmierzym. Namysł nie zawadzi!

Możecie razem stracić i sławę, i życie,

Pomyślcież i rozważcie sobie należycie!˝

 

A Zygfryd żwawy chyłkiem przystąpił do króla,

I zalecał, by szczerze, jaka jego wola,

Opowiedział królewnie, bez lęku ni trwogi;

Przyrzekł pomoc wszelaką podstępnemi drogi.

 

Więc rzekł Gunter: ˝Potężna królowo i pani,

Śliczna wasza uroda i każdej się dla niej

Walki podejmę! Ciężką niech będzie i trudną!

Głowę dam lub pozyskam małżonkę w was cudną!˝

 

Gdy królewna odpowiedź taką usłyszała,

Przygotować do walki wszystko rozkazała

I przynieść dla się zbroję z dawna doświadczoną

Złotem lśniącą misiurkę i tarczę staloną.

 

Jedwabną wdziała na się koszulkę pod zbroję,

W której nieraz szczęśliwe już staczała boje;

Pięknie z libijskich tkanin strój to był zrobiony,

Na nim lśniły złociste hafty i galony.

 

A jej dworzanie zuchom grozili zuchwale.

Dankwart i Hagen tem się nie cieszyli wcale,

Gniotła ich troska, jak się powiedzie królowi,

I myśl, ażali wyjdą z tych opałów zdrowi.

 

Tymczasem żwawy Zygfryd pospieszył ukradkiem

Na wybrzeże, gdzie wprzódy lądowali statkiem,

Znalazł płaszcz swój cudowny, ukryty głęboko,

Wdział go - i już go ludzkie nie widziało oko.

 

Wrócił żywo. Tam stała już rycerzy siła,

Gdzie Brunhilda zwyczajnie z gachami walczyła;

Przystąpił do nich skrycie, a nikt go nie zoczył

Z rycerzy, bo się płaszczem cudownym otoczył.

 

Wyznaczono na walkę już koło obszerne,

Zbrojnych mężów stanęły zastępy niezmierne,

- Siedmset przeszło, - aby patrzeć na igrzyska

I osadzić, kto w walce zwycięstwo pozyska.

 

Przyszła wreszcie Brunhilda, uzbrojona cała,

Jakby się o królestwo dziś potykać miała,

Na jedwabiach lśnią złote druciane pierścieńce,

Pod zbroją jasno błyszczą dziewicze rumieńce.

 

Przyszedł i orszak dworski, niosąc za dziewicą

Tarcz, na której złociste ozdoby się świecą,

Wielką, szeroką, zwartą stalowymi pręty,

Pod nią zwykła Brunhilda wojować z książęty.

 

Do ujęcia służyła wstęga złotem tkana,

Zielonymi klejnoty gęsto nasadzana,

I lśniący blask w zawody z tarczy złotem ciska.

Dzielnym być musi rycerz, co dziewkę pozyska.

 

A jak mówią, na kłębie była na trzy piędzie

Gruba tarcz, z którą dziewka potykać się będzie,

Złotem zdobna i z twardej wykowana stali.

Samoczwart za królową słudzy ją dźwigali.

 

Kiedy Hagen zobaczył, jak tę tarczę wloką,

Gniewnie rzekł do Guntera, zgryziony głęboko:

˝Cóż królu? Trzeba z życiem pożegnać się młodem!

Twa bogdanka, jak widzę, baba z piekła rodem!˝

 

Słuchajcież, jak się szaty przybrała świetnemi:

Miała kaftan jedwabny z Azagangu ziemi,

Bogaty i wspaniały, a drogie kamienie

Lśniły z sukni królowej, jasne skrząc promienie.

 

Przyniesiono też oszczep, za ciężki dla wielu, -

Ostry bardzo; nim zawsze godziła do celu,

Mocny był i potężny, wielki i szeroki,

A grot miał z każdej strony wyostrzone boki.

 

Dziwy opowiadają o tej strasznej broni:

Sto funtów kruszcu miano spotrzebować do niej,

Toteż ledwo ją z trudem trzech mężów udźwignie.

Gunter począł się troskać, jak się to rozstrzygnie.

 

Myślał sobie: ˝Któż w takiej walce by się ostał?

Nawet diabeł by z piekła tej dziewce nie sprostał!

Gdybym cało mógł wrócić do burgundzkiej ziemi,

Już bym się nie naprzykrzył zalotami memi˝.

 

A śmiały Dankwart rzecze, Hagena rodzony:

˝Żal mi szczerze podróży dalekiej w te strony!

Zawsześmy rycerzami byli, a tu życie

Przyjdzie stracić haniebnie i ulec kobiecie.

 

Żal mi szczerze, żem teraz przybył do tej ziemi!

Lecz gdybyśmy pogrozić mieczami naszymi

Mogli, ja i brat Hagen, wnet by zaniechali

Dumnych gróźb Brunehildy dworzanie zuchwali.

 

Wierzcie, że by się zaraz zachowali skromnie.

A choćbym tysiąc razy zaprzysiągł niezłomnie

Pokój, pierwej by dziewka rozstała się z życiem,

Nim by się chlubić mogła Guntera zabiciem!˝

 

˝Wyszlibyśmy bez szwanku snadnie z tej ziemice -

Rzekł Hagen - gdyby oddać zechcieli zbroice

Potrzebne nam do walki, i broń doświadczoną;

Powściągnęła by dziewka swą dumę szaloną˝.

 

Usłyszała królewna, co Hagen zamierza,

Więc zwraca się z uśmiechem zaraz do rycerza:

˝Kiedy tacy zuchwali, oddajcież im - rzecze -

Zbroję i dajcie zuchom do rąk ostre miecze!˝

 

Gdy broń oddano, jako kazała dziewica,

Dankwartowi z radości pokraśniały lica.

˝Walczcież teraz, jak chcecie! - rzekł rycerz bez lęku -

Król bezpieczny, bo mamy znowu oręż w ręku!˝

 

Ale Brunhilda siły miała też niemałe.

Przyniesiono na walki plac potężną skałę, -

A kamień ten okrągły, ogromny rozmiarem,

Dwunastu mężów niosło, gnąc się pod ciężarem.

 

Tę skałę rzuca dziewka, gdy oszczep wyrzuci.

Na jej widok Burgundzi stanęli jak struci.

˝Strach! - rzecze Hagen - piękna królewska bogdanka!

Raczej bym diabła z piekła dał jej za kochanka!˝

 

Brunhilda zakasała na białem ramieniu

Rękaw i tarczę silniej ujęła w rzemieniu,

Wzniosła oszczep: zapasy wszczęły się złowieszcze.

Guntera i Zygfryda przemykały dreszcze.

 

A gdyby był królowi Zygfryd do pomocy

Nie stanął, byłby uległ Gunter jej przemocy;

Lecz młodzian doń się zbliża i za rękę rusza.

Gunter widzieć go nie mógł, - zamarła w nim dusza.

 

˝Cóż mnie tam ruszać może?˝ - myślał sobie z trwogą,

Oglądnął się wkoło, - nie ujrzał nikogo, -

A Zygfryd: ˝To ja - szepnął - twój przyjaciel wierny!

Śmiało stój! Trwogi przed nią pozbądź się niezmiernej

 

Puść tarczę z ręki, daj mi, niech ja ją potrzymam,

Ty uważaj, co mówię i czego się imam,

Naśladuj moje ruchy, ja czyn spełnię skrycie!˝

Gdy król go poznał, nowe weń wstąpiło życie.

 

˝Zachowaj tylko moje sztuki w tajemnicy,

A myślę, że nie uda się możnej dziewicy

Z twego pogromu sławę pozyskać, jak żąda.

Patrz, jak dumnie i śmiało królowa spogląda!˝

 

Wtem Brunhilda do rzutu oszczep wymierzyła

Na tarcz Guntera, - wielka była rzutu siła,

Ale puklerz trzymało Zygelindy dziecię, -

Posypały się iskry, jak gdy wiatr je miecie.

 

Ostry grot przebił tarczę na wylot, - z zbroicy

Jasne iskry prysnęły od rzutu dziewicy.

Obaj męże, choć silni, zachwiali się przecie,

Gdyby nie płaszcz, nie byłoby obu na świecie.

 

Zygfrydowi buchnęła z ust krew całą strugą,

Ale zerwał się rychło i nie zwłócząc długo

Oszczepem, co mu przebił tarczy twarde zwoje,

Oddać chciał silnym rzutem dziewicy za swoje.

 

Lecz pomyślał: ˝Zaszkodzić nie chcę pięknej dziewce!˝

Więc grot w tył, wprzód oszczepu zwrócił twarde drzewce,

Zmierzył i z taką siłą wyrzucił go z ręki,

Że zbroja jej głośnymi zadudniła dźwięki.

 

Prysnęły iskry, jakby za wichru podmuchem,

W tym rzucie Zygfryd dzielnym okazał się zuchem,

Na ziemię się dziewica musiała powalić.

- Nie mógłby takim rzutem Gunter się pochwalić.

 

Lecz raźno się zerwała, zawołała śmiało:

˝To ci się doskonale, Gunterze, udało!˝

Myślała, że to jego było skutkiem siły,

Tymczasem to silniejsze ręce ją pobiły.

 

Poszła szybko, - a w duszy siła z gniewem rosła, -

Kamień ciężki do góry wysoko podniosła,

I z całej siły wreszcie wyrzuciła z ręki,

Skacząc za nim - a z zbroi w dal zabrzmiały szczęki.

 

W oddaleniu dwunastu sążni kamień leżał,

Ale skok dziewki jeszcze tę metę przebieżał.

Poszedł teraz i Zygfryd po kamień i dźwignął,

Gunter ruch naśladował, ale witeź śmignął.

 

Był dość krzepki z natury i długi, i rosły -

I rzut był dalszy, dalej nogi go poniosły.

A sztuką siłę taką posiadł, iż w podskoku

Uniósł z sobą Guntera, trzymając u boku.

 

Skok był dalszy i kamień bardziej oddalony

A na mecie stał tylko Gunter ucieszony.

Brunhilda pokraśniała - gniew jej w duszy wierci.

Tak Zygfryd swego druha zachował od śmierci.

 

Więc do swych dworzan rzecze królowa rozgłośnie

(Widziała, iż król stoi zdrowo i radośnie):

˝Zbliżcie się, druhy moje i krewni kochani!

Odtąd już Gunterowi jesteście poddani˝.

 

Zaraz też jej rycerze broń kornie złożyli

I kolejno królowi do nóg się skłonili,

Niejeden dzielny wojak nisko przed nim padał,

Myśleli, że królewnie Gunter klęskę zadał.

 

On ich witał uprzejmie, bo znał obyczaje, -

A dziewica szlachetna rękę mu podaje

I w jego dłonie składa swą potęgę całą,

Ucieszył się tem Hagen odważny niemało.

 

Potem wiodła go z sobą w swych pałaców ściany.

A kiedy tak szczęśliwie bój był dokonany,

Układnie się dworzanie zasłużyć pragnęli

Gościom, - Dankwart i Hagen chętnie to widzieli.

 

Przebiegłym był i szczwanym wiele Zygfryd żwawy,

Odniósł płaszcz, kiedy widział, że już koniec sprawy,

Powrócił wnet, gdzie rzędem siadły białogłowy

I do króla chytremi tak przemówił słowy:

 

˝Czemuż jeszcze zwłóczycie? Czas już począć, panie!

Królewna wam niemałe stawiła zadanie,

Zobaczym, jaki koniec będzie tej zabawy!˝

Udawał chytrze, jakby nieświadom był sprawy.

 

A królewna doń rzecze: ˝Jakże to być może,

Iż nie wiecie, Zygfrydzie, jeszcze o tej porze,

Jak w rycerskich zapasach Gunter się odznaczył?˝

Więc jej Hagen z Burgundii sprawę tak tłumaczył:

 

˝Pani, gdy nabawiały trwogą nas zapasy,

Zygfryd się do okrętu wybrał pod te czasy

I nie widział, jak Gunter zwycięstwo odnosił

W ciężkiej walce˝. - Wiadomość taką Hagen głosił.

 

A jeszcze Zygfryd dodał tę mowę otwartą:

˝Rad jestem, że nareszcie pychy wam przytarto,

Że żyje ktoś na ziemi, co was zwalczy snadnie!

Teraz nad Ren wam jechać, królowo, wypadnie˝.

 

Lecz krasawica rzecze: ˝Nie zaraz to będzie!

Pierwej krewnych i druhów powiadomię wszędzie.

Niełatwo to na zawsze rozstać się z krainą,

Wpierw wici za przyjazną roześlę drużyną˝.

 

Zaraz też rozesłała gońce po wszej ziemi

Za rodziną, druhami, wasalami swymi,

Aby na gród stołeczny przybyli warowny,

Tam czekał na każdego podarek kosztowny.

 

Więc codziennie od rana do wieczora rzesza

Dzielnych mężów na zamek gromadnie pospiesza.

˝Na honor - rzecze Hagen - trwogę we umie budzi

Ten liczny zjazd oddanych Brunehildzie ludzi.

 

Jeżeli ich zbyt wielka zgromadzi się siła.

(Któż wie, co dziewka o nas tam postanowiła, -

Może gniew jej nam skutki rokuje złowieszcze),

To kłopoty niemałe wynikną stąd jeszcze!˝

 

A Zygfryd na to: ˝Nie dbam o tych mężów tłuszczę!

Czego się obawiacie, spełnić nie dopuszczę.

Wnet na pomoc przywiodę wam wojaków sprawnych

Orszak spory, walecznych, dobranych i sławnych.

 

Jadę zaraz, - nie miejcie o mnie żadnej troski -

A waszą cześć rycerską pieczy zlecam boskiej,

Wnet przybędę i mężów przyprowadzę tysiąc,

Że odważnych i dzielnych, śmiało mogę przysiąc˝.

 

˝Lecz nie zabaw się długo! - Gunter mu przerywa -

Twa pomoc w samą porę iście nam przybywa˝.

Zygfryd odrzekł: ˝Pospieszę z powrotem, jak mogę,

Brunhildzie mówcie, żeście wysłali mnie w drogę!˝

O Zygfrydzie

Kędy Ren się do morza toczy przez Żuławy,

Stał niegdyś zamek Santen, gród rozgłośnej sławy,

Tam rósł Zygmunta króla dziedzic urodziwy,

Syn Zygelindy, pani możnej a cnotliwej.

 

Zygfryda nosił miano królewicz on śmiały.

Dalekie, obce ziemie imię to poznały,

Bo duch rycerski wszędzie szukał zapaśników.

W Burgundii jeno godnych znalazł przeciwników.

 

Kiedy w kwiecie młodości był królewicz, ano

Cuda o nim i dziwy w świecie powiadano:

Sławiono piękność, siłę, rycerskie zalety;

Przepadały też za nim z miłości kobiety.

 

Ojciec go chował, jako królowi przystało -

A w młodzieńcu cnót było wszelakich niemało:

Okrył sławą szeroko ojcowskie dzierżawy,

Że wszędzie tak się stawił, jako rycerz prawy.

 

Dorósł już lat, iż mógł się pokazać na dworze.

Ludzie go pokochali, a serduszko może

Niejedno pragnie, aby pozostał tu stale.

Że ma miłość i względy, widział doskonale.

 

Nie spuszczano go z oka, a stroje i szaty

Dawała matka, dawał król Zygmunt bogaty;

Osiwiali go męże ćwiczyli w mądrości:

Więc umiał potem zyskać i ludy, i włości.

 

Nareszcie już i zbroję mógł udźwignąć snadnie,

Bo siłę miał po temu, a nosił się składnie;

Budziła się już w duszy myśl o wdziękach dziewic,

A podobał się pewnie każdej cny królewic.

 

Wtedy król Zygmunt kazał wolę swą objawić,

Że z przyjaciółmi swymi chciałby się zabawić.

Chyżo się wieść rozniosła w ziemie okoliczne,

Bo Zygmunt dawał konie, szaty, dary liczne.

 

A kazał król zaprosić na rycerskie gody,

Kędy był tylko jaki szlachecki syn młody

Pokrewny rodem, aby z Zygfrydem pospołu

Przyjął miecz i ostrogi, i gościł u stołu.

 

Radosne były gody a sute przyjęcie!

Zygmunt i Zygelinda mogli przy tem święcie

Cześć pozyskać, bo byli znani z łaskawości,

Więc zewsząd do nich jadą całe tłumy gości.

 

Młodzi rycerskiej było w Zygfryda orszaku

Czterysta, jednej barwy i jednego znaku;

Trudziły się też długo dziewki, białogłowy,

Dla miłości Zygfryda szyjąc złotogłowy.

 

I zdobiąc je wstęgami, drogimi klejnoty

Dla młodych, butnych zuchów. - Dość było roboty!

A król kazał dla gości pozastawiać ławy:

Na zwrot słońca rozpocząć miały się zabawy.

 

Razem szło do kościoła cnych pacholąt grono

I rycerzy wytrawnych; jako im służono,

Tak i oni wyrostkom bez sromu służyli,

A mieli stąd uciechy dość i krotochwili.

 

Najprzód Bogu na chwałę msza się śpiewa święta,

A już garną się tłumnie młode pacholęta,

By zyskać cześć rycerską u świętych ołtarzy

W takim dniu, co się znowu nieprędko wydarzy.

 

Potem na dwór królewski pobiegli do koni,

Harc zawiedli rycerski, a od szczęku broni

Zagrzmiały mury grodu i pałacu ściany

Trzask, zgiełk, chrzęst, tętent koni wszczął się niesłychany.

 

I starzy już wojacy i rycerze młodzi

Gonili wręcz na ostre, a który ugodzi

W tarcz przeciwnika całym zapędem, w tej walce

Kruszy kopie i rzuca przed pałac kawalce.

 

Prosił król, by zaprzestać: odwiedziono konie

A tarcze potrzaskane i rzędy, i bronie

I kamienie szlachetne walały się w trawie,

Co z puklerzy wypadły w gorącej rozprawie!

 

Czas było zjeść i wypić, więc gości gromadę

Na ławach zasadzono, zaczęto biesiadę -

Gną się stoły zastawne, wino krąży stare -

Czego jeno kto pragnął, dostawał nad miarę,

 

A chociaż przez dzień cały zabaw było wiele,

Spocząć gościom i w nocy nie dali minstrele;

Sowicie król obdarzył wędrowną drużynę,

A pieśni jej sławiły Zygmunta gościnę.

 

Zygfryd za ojca wolą obdarzał lenników

Po zwyczaju grodami, ziemią; rówieśników,

Co z nim razem rycerskie przyjęli ostrogi,

Obdarzył najwspanialej. Nie żal było drogi!

 

Tydzień trwała zabawa i huczna ochota,

Królowa też otwarła skrzynie pełne złota,

I dla syna miłości, dzieliła dostatki,

By go ludzie kochali, pomni darów matki.

 

Kto przybył z niczem, do dom wiózł dary sowite:

Konie z rzędem król dawał, zbroje, szaty lite,

Jak by myślał, że życia na jutro nie stanie;

Pełnemi też rękami dawali dworzanie.

 

Wreszcie hucznie, wesoło skończyły się gody.

Panowie między sobą mówili, że młody

Królewicz będzie dla nich pożądanym panem;

Ale nie takie myśli miotały młodzianem.

 

Póki życia rodzicom, nie chciał syn na tronie

Zasiadać, ani włożyć koronę na skronie;

Tej jeno pragnął władzy, by mu było danem

Gromić przemoc, a bronić kraju, gdzie był panem.

Jak Zygfryd Krymhildę po raz pierwszy obaczył

Zjeżdżają się dzień po dzień ku Renu topieli

Rycerze na igrzyska ochotni, weseli.

Król zaprosił, a droga nie straszy daleka,

Bo dar suty, koń z rzędem, każdego tam czeka.

 

Pomyślano zawczasu, gdzie się kto umieści;

A było o czem myśleć, bo jak niosą wieści,

Trzydziestu i dwóch książąt przybyło na gody!

Więc kobiety do gości stroją się w zawody.

 

Giselher pierwszy z drogi licznych gości wita,

Z nim Gernot i przyboczna obu braci świta;

Swój czy obcy uprzejme znalazł powitanie, -

Uczcić gościa, rycerskie każe przykazanie.

 

Jadą rycerze! Złote połyskują siodła,

Błyszczą rzędy wspaniałe, lśnią puklerzy godła,

Bo każdy na te gody, jak mógł, tak się stroił.

Przybywał też niejeden, co się z ran wygoił.

 

A i ci, co leżeli poranieni srodze,

Zapomnieli o bólu i śmiertelnej trwodze.

Precz ze smutkiem! W niepamięć stracone nadzieje,

Każdy na obiecane cieszył się turnieje.

 

Wszak gościna zasobna, zabawy nie braknie,

Wszystkiego w bród, bez liku, czego dusza łaknie.

Szczęśliw każdy i każde uśmiechnięte lica,

Brzmiała radością cała Guntera dzielnica.

 

W Zielone Święta rano i gwarno, i ludnie

W mieście, bo się zjechało postrojonych cudnie

Na te gody rycerzy z pięć tysięcy może,

Więc harce i zabawy wszczęły się na dworze.

 

Gunter miał rozum bystry i od dawna wiedział,

Dlaczego młody Zygfryd w jego ziemi siedział,

Że wdzięk siostry, nieznany jeszcze, a przez ludzi

Wysławiany, w rycerzu żar miłosny budzi.

 

Właśnie Ortwin królowi przymówił się prawie:

˝Panie, jednej nam rzeczy brakuje w zabawie!

Niechby tu i dzieweczki przyszły! Wszak się niemi

Godnie poszczycić możem w tej ojczystej ziemi.

 

A cóż by nam rycerskie życie osłodziło,

Gdyby dziewiczych wdzięków na świecie nie było?

Raczcie, o królu, siostrę zaprosić do sali!˝

A rycerze radośnie mu potakiwali.

 

˝Niech będzie wasza wola!˝ - Gunter mu odpowie.

Wielce się ucieszyli przyjezdni panowie,

A król co prędzej matce i siostrze obwieści,

By przybyły i orszak przywiodły niewieści.

 

Więc dziewczęta nuż szukać, nuż biegać, otwierać

Pełne skrzynie i szafy; - było w czem przebierać,

Bo tam haftów i kolców dość w zamczystej skrzyni.

Strój świetny piękność zdobi i świetniejszą czyni.

 

A młodzieńcy zapałem rozgorzeli takim,

Że każdy, by się w oczach kobiet lada jakim

Nie wydać, dałby nawet królestwo tej chwili;

Tak się nieznanych niewiast widokiem cieszyli.

 

Król wysłał stu rycerzy spokrewnionych rodem,

By kobietom służyli, postępując przodem.

Każdy z nich kroczył, w reku miecz trzymając ostry:

Król cały dwór swój oddał na usługi siostry.

 

Uota szła wraz z córą, około królowej

Idą nadobnym wiankiem piękne białogłowy, -

Było ich sto lub więcej, - jakie szaty, stroje!

Z córką też śliczne dziewki idą na pokoje.

 

Wszystkie razem z niewieściej wychodzą świetlicy,

Aż tu cisnąć się poczną młodzi wojownicy,

Ciekawi na te dziwy, ażeby w pochodzie

Widzieć cudo piękności, przyjrzeć się urodzie.

 

Weszła wreszcie królewna, jak poranna zorza

Śród ciemnych chmur wykwita: więc wesołość hoża

Zabłysła w sercu tego, co jej z dawna stały,

Kiedy się jego oczy z jej okiem spotkały.

 

Bije blask od klejnotów, co jej zdobią szaty,

Lecz jaśniejszym lśnią blaskiem rumieńca szkarłaty.

Takiej krasy, tych wdzięków na niewieściej twarzy

Nie zobaczy na jawie, we śnie nie wymarzy.

 

Jako nad inne gwiazdy świeci blask miesiąca,

Co promieniem srebrzystym ciemnię chmur roztrąca,

Tak ona ponad wszystkie lśni w urody wiośnie:

Młodzi patrzą z podziwem, a serce w nich rośnie.

 

I mimo rzędu dworzan, co szli ławą zwartą

Ten i ów się wysuwa, chęcią nieprzepartą

Pędzony, by ją ujrzeć, napatrzeć się z bliska.

Zygfryd i rad był, i znów serce żal mu ściska.

 

Pomyślał: ˝Czy być może, by węzeł dozgonny

Mnie te wdzięki przeznaczył? Szał to chyba płonny!

Ale zrzec się? Nie! Raczej rozbrat z życiem całem!

To bladł, to znów pokraśniał pod myśli nawałem˝.

 

A tak pięknym był dzielny Zygmuntowic ninie,

Jakby go świadom sztuki mistrz na pergaminie

Wymalował, bo szczęściem i trwogą miotana

Cudownym wdziękiem postać zakwitła młodziana.

 

Lecz już torują drogę dla niewieściej rzeszy.

Cofa się tłum i na bok ustąpić się spieszy

Rozradowawszy serce, nasyciwszy oczy.

A grono niewiast skromnie śród rycerzy kroczy.

 

Gernot z cicha do króla przemówi w te słowa:

˝Jest jeden, miły bracie, co wam w sercu chowa

Miłość i drużbę wierną, toć i nam wypada

Odwdzięczyć mu się za to, - niezgorsza to rada.

 

Nie zaszkodzi, gdy siostrze Zygfryd się pokłoni

A ona go powita. Niech przystąpi do niej,

Za usługi niech słowo usłyszy łaskawsze

Z ust dzieweczki, a ręczę, już on nasz na zawsze!˝

 

Król nie wzbronił, więc kilku podeszło z drużyny

Do Zygfryda, radosne niosąc mu nowiny:

Za wolą króla cześć was czeka znakomita!

Przystąpcie, bo królewna głośno was powita.

 

Zadrżało młode serce, znikła z czoła bladość,

Zajęła duszę czysta, niezmąconą radość:

Co w marzeniu tajemnem kryje się i chowa,

Mają ziścić kochanki powitalne słowa.

 

Zbliżył się hardy młodzian, a jej płoną lica

Rumianą zorzą; wdzięcznie przemówi dziewica:

˝Cześć wam, mężny Zygfrydzie! Witajcie nam, panie!˝

Głośno mu serce biło na to powitanie,

 

I skłonił przed dziewicą głowę na podziękę.

Stała nadobna para długo ręka w rękę,

Oko w oko spojrzało spojrzeniem głębokiem,

Lecz skrycie, by przed cudzym nie zdradzić się wzrokiem.

 

Czy gorętszym uściskiem tkliwego przymierza

Zwarła się rączka biała z prawicą rycerza

Nie wiem, lecz rozważywszy rzecz, wyznaję szczerze,

By tak nie było, - tego chyba nie uwierzę.

 

Ni jasny dzionek letni, ni ranek wiosenny

Serce nie oczarują tak, jako płomienny

Żar miłosny, ni wzbudzą taką rozkosz w łonie,

Jak uścisk, co kochanków wiąże z sobą dłonie.

 

A tam sobie niejeden pomyślał: ˝Szczęśliwy!

Żeby tak uścisk jeden jej dłoni życzliwy!

Jedna chwila pieszczoty przy takiej kobiecie,

A rad bym duszę dla niej poświęcił i życie!˝

 

Zapatrzyli się wszyscy na dorodną parę,

Co jaśniała radością i szczęściem nad miarę;

A kiedy pocałunek - (obyczaj pozwalał) -

Złączył ich usta, Zygfryd ledwie nie oszalał.

 

Król duński stał opodal i sąd wydał taki:

˝Ten całus niejednemu da się wnet we znaki,

Niejeden za to padnie trupem z jego dłoni.

Niech tam Bóg mojej ziemi przed Zygfrydem broni!˝

 

Tymczasem dla królewnej pośród gości tłumu

Drogę utorowano, - miała iść do tumu.

Młódź ruszyła, by w mury kościoła się dostać,

Więc Zygfrydowi przyszło z królewną się rozstać.

 

Odeszła wreszcie pośród niewiast swoich grona

Cudna krasą, a za nią z niejednego łona

Wyrywa się tęsknota, płyną żądze, chęci, -

Jej uroda rycerzy raduje i nęci.

 

Ledwie doczekał końca kościelnych obrzędów

Zygfryd, bo się niemało cieszył z losu względów.

Że ukochana miłym rzuciła nań okiem.

Rozgorzał jeszcze bardziej pod spojrzeń urokiem.

 

Wybiegł pierwej z kościoła. Gdy wyszła dziewica,

Znów do niej dopuszczono cnego królewica

A ona już mu śmielej dziękować poczęła,

Że tak chlubnie dokonał wojennego dzieła.

 

˝Bóg wam zapłać, Zygfrydzie - rzecze dziewczę młode -

Za wojenne usługi! Macie też nagrodę

W przyjaźni mężów, co wam niosą ją radośnie˝.

Zygfryd słuchał i patrzał w jej oczy miłośnie.

 

I rzekł: ˝Wierne wam służby przysięgam na wieki

I pierwej na spoczynek nie zmrużę powieki,

Aż spełnię, co każecie, póki życia stanie,

By zyskać waszą miłość i przychylne zdanie˝.

 

I tak przez dni dwanaście, póki trwały gody

Przy królewnie królewicz zabawiał się młody,

Gdy się mogła na dworzec pokazać śród gości.

Król na to patrzał chętnie dla jego miłości.

 

Wesołość i ochota przy głośnej zabawie

Panowały na dworze Guntera, a w sprawie

Rycerskiej też się męże na dworze ćwiczyli,

W niej zaś Hagen i Ortwin zawsze rej wodzili.

 

Jaką jeno zabawę wymyślił kto z gości,

Zawsze ich na usługi znalazł w gotowości,

Więc ich sława i szczery szacunek zaszczyca

I chlubiła się nimi burgundzka ziemica.

 

A i ranni się wreszcie ściągnęli z pościeli

I w zabawie rycerskiej próbować się chcieli,

Jak się tarczy zasłonić, jak oszczepem godzić.

Sił nabrali, a było z kim w zawody chodzić.

 

Czasu godów uraczył król gości sowicie,

Było jadła wszelkiego mnogo i obficie;

Nikt się na gospodarza nie mógł skarżyć w niczem:

On chodził pośród gości z wesołem obliczem.

 

I mówił: ˝Hej rycerze moi! Przed rozstaniem

Przyjmcie dary ode mnie, boć mojem staraniem

Służyć wam zawsze chętnie, nie pogardźcie datkiem!

Ja bym się chętnie z wami podzielił ostatkiem!˝

 

A zasię doń mówili duńscy wojownicy:

˝Zanim się stąd rozjedziem do naszej ziemicy,

Pogódźmy się na zawsze, pragniem tego szczerze -

Dużo druhów nam wasi ubili rycerze!˝

 

Liudgasta się także wygoiły rany,

Zdrów był i Sasów książę, choć walką sterany,

Ale też pozmierało wiele z ich gromady, - ,

Więc szukał król Zygfryda, by zasięgnąć rady,

 

I rzekł do królewicza: ˝Radź, Zygfrydzie! Ano

Wrogowie nasi jutro chcą odjechać rano,

Proszą o mir wieczysty mnie i mych rycerzy.

Poradźże mi, Zygfrydzie, jak zrobić należy.

 

W okup mi obiecują, - powiem ci to szczerze, -

Złota, co pięćset koni na siebie zabierze;

Tyle chcą dać, gdy wolno puszczę ich na słowo˝.

Ale Zygfryd niechętnie wstrząsał na to głową.

 

˝Niechaj jadą swobodnie - rzekł - i bez okupu!

Lecz aby kiedyś znowu dla walki i łupu

Nie najeżdżali kraju, niechaj dadzą rękę

Obaj króle, będziecie pewną mieć porękę!˝

 

˝Usłucham twojej rady!˝ - rzekł król, więc pospołu

Poszli, a zaraz wrogom dano znać u stołu,

Że król w okup wolności nie pragnie ich złota.

- W domu krewnych za nimi dręczyła tęsknota.

 

Wyniesiono na tarczach skarby, kosztowności;

Król dzielił to bez wagi między swoich gości,

Niejeden dostał z górą pięćset grzywien złota.

A czynił to król Gunter z porady Gernota.

 

Mieli jechać do domu, więc na pożegnanie

Przyszli goście, by uczcić jeszcze możne panie,

I królowe Uotę, i młodą królewnę.

A było pożegnanie i grzeczne, i rzewne.

 

Odjechali i pustką stanęły gospody,

A z licznych gości, co tu roili się wprzódy,

Został z królem zaledwie jaki druh pokrewny.

Ci co dzień na pokoje chodzili królewny.

 

I Zygfryd dzielny począł myśleć o podróży,

Bo wątpił, czy nareszcie, czego chce, wysłuży;

Ale się król dowiedział, że Zygfryd chce jechać, -

Prosił też i Giselher, by tego zaniechać:

 

˝Dokąd się wybieracie, Zygfrydzie, tak pilnie?

Zostańcie jeszcze chwilę - proszę was usilnie, -

Tu na dworze Guntera króla razem z nami.

Są kobietki, nie zamkną ich przecież przed wami!˝

 

A więc Zygfryd zawołał: ˝Niechże konie stoją!

Chciałem jechać, lecz wolę odmieniłem moją.

Odnieście tarcze! Miałem odjechać już święcie, -

Lecz dla twojej przyjaźni zmieniam przedsięwzięcie!˝

 

I znowu dla przyjaciół został Zygfryd ninie,

A pewnie by mu w żadnej na świecie krainie

Nie było lepiej, jak tu na burgundzkim dworze,

Gdzie codziennie dziewicę piękną widzieć może.

 

Jej to wdzięki rycerza na dworze trzymały;

A chociaż na zabawach czas upływał cały,

Troski go i miłosne dręczyły męczarnie.

- Przez tę miłość on rycerz zginął potem marnie!

Jak Gunter wyprawiał się do Islandii po Brunhildę

Zasię nowe nad Renem rozległy się wieści:

Szeptano coś o rzadkiej urodzie niewieściej;

Chciał i Gunter, król dzielny, puścić się w zaloty,

Aż mu serce od krewkiej wezbrało ochoty.

 

Za morzami mieszkało krwi królewskiej dziecię,

Piękna dziewka, jak drugiej nie masz w całym świecie,

Silnej dłoni, a przy tem cudownej urody;

Oszczepem z rycerzami miotała w zawody,

 

Rzuciwszy kamień, skokiem dosięgała mety.

A kto chciał zyskać miłość szlachetnej kobiety,

Trzy razy ją zwyciężyć miał lub życie stracić:

Przegraną trzeba było wnet głową przypłacić.

 

Długo już piękna dziewka wiodła żywot taki,

Aż wieść o niej w nadreńskie zaniesiono szlaki,

Rozgorzał wnet król Gunter ku pięknej kobiecie.

- Wielu przez to rycerzy postradało życie

 

Rzecze pan sponad Renu: ˝Pojadę za morze

Do Brunhildy w zaloty i głową nałożę

Chętnie, aby jej miłość pozyskać i wdzięki.

Niechaj zginę, jeżeli nie odda mi ręki!˝

 

Ale Zygfryd mu rzecze: ˝Nie radzę tej drogi

Niebezpiecznej! Królewna obyczaj ma srogi:

Zaloty można życiem przypłacić: więc szczerze

Radzę, aby zaniechać podróży w tej mierze˝.

 

˝Ja zaś - rzekł Hagen - na to inny wniosek stawię:

Proście oto Zygfryda, by w ciężkiej przeprawie

Dopomógł wam i siłą, i poradą swoją,

Skoro wie tak dokładnie, jak tam rzeczy stoją˝.

 

Więc król żywo: ˝Czy zechcesz dopomóc, Zygfrydzie?

Jeżeli mi usłużysz w tem, o co tu idzie,

Jeśli z Brunhildą ślubem połączymy ręce,

Chętnie cześć mą i życie dla ciebie poświęcę˝.

 

A na to rzecze Zygfryd, Zygmunta syn żwawy:

˝Daj mi siostrę, a ciężkiej dokonam ci sprawy!

Daj Krymhildę, księżniczkę przecudnej urody,

A innej za me trudy nie żądam nagrody!˝

 

˝Przyrzekam! - rzecze Gunter i poda prawicę -

Skoro piękna Brunhilda zjedzie w mą ziemicę,

Wyprawię ci wesele huczne razem z nami

I życzę, byś się długo cieszył jej wdziękami!˝

 

Więc dostojni panowie zaprzysięgli święcie,

Ale zanim zdołali swoje przedsięwzięcie

Wykonać i Brunhildę sprowadzić tu śmiałą,

Musieli trosk i strapień wycierpieć niemało.

 

Zygfryd musiał wziąć z sobą płaszcz ów do tej drogi,

Który niegdyś pozyskał z trudem w walce srogiej

Z Alberykiem, - tak zwał się karzeł on potężny.

Więc wybierał się w drogę rycerzy huf mężny.

 

A kiedy siłacz Zygfryd płaszcz na się przymierzy,

Przybywało mu siły, jakoby rycerzy

Dwunastu tkwiło w płaszczu i siłę swą dało:

Taką sztuką o dziewkę chciał walczyć wspaniałą.

 

Miał także płaszcz on dziwny i tę jeszcze cnotę,

Że kto go wdział, do czego tylko miał ochotę,

Mógł robić, bo był oku niewidzialny wtedy. -

Zyskał królowi dziewkę, dla siebie dość biedy.

 

˝Powiedzcież mi Zygfrydzie, nim ruszym za morze,

Pytał król - by nie ponieść szwanku na honorze,

Czy nie trzeba rycerzy zabrać z sobą w drogę?

Ja trzydzieści tysięcy zaraz zwołać mogę˝.

 

Na to Zygfryd mu rzecze: ˝Cóż nam po drużynie?

Gdy się sprawa nie uda, wszystko nam wyginie,

Brunhilda zdoła wszystkim zgotować zagładę.

Ja wam, królu potężny, inną podam radę.

 

Pojedziemy w dół Renem, jak zwykli rycerze,

Jeno kilku niech z nami w drogę się wybierze,

Samoczwart się za morze puścimy na zwiady:

Gdy dziewkę pozyskamy, damy sobie rady.

 

Ja jeden w tym orszaku, a ty będziesz drugi,

Trzeci Hagen, on dobre odda nam usługi,

Czwarty Dankwart, to rycerz dzielny do oręża.

Nam czterem nawet tysiąc nie poradzi męża˝.

 

˝A jeszcze chciałbym wiedzieć, pytał król ciekawie,

Boć mi na tem zależy, jakich w tej wyprawie

Trzeba nam będzie strojów, by godnie wystąpić

Przed Brunhildą? Tej rady nie zechciej poskąpić!˝

 

˝Śliczne tam noszą szaty - rzecze Zygfryd na to -

Dwór królewny codziennie nosi się bogato.

Więc i nam trzeba strojnie wystąpić i świetnie,

Aby nas przed Brunhildą nie wyśmiano szpetnie˝.

 

˝Kiedy tak - rzecze Gunter - pójdę do macierzy

I prosić będę, aby dostatek odzieży

Piękne dziewki z jej dworu zgotowały raźnie,

By przed królewną można wystąpić pokaźnie˝.

 

Ale Hagen z Tronje ozwie się w tej chwili:

˝Wartoż, abyście matkę tą sprawą trudzili?

Raczej siostrze to wasze oświadczcie żądanie;

Usłużyć wam w potrzebie wszak chętnie przystanie˝.

 

Kazał król donieść siostrze, że do jej komnaty

Przyjdzie razem z Zygfrydem, więc codzienne szaty

Zrzuciwszy, wnet odświętne stroje na się bierze,

I czeka, rychło u niej zjawią się rycerze.

 

Służebnice też szaty przywdziały od święta.

Krymhilda gdy słyszała, iż idą książęta,

Powstała wnet i poszła w dziewiczej skromności,

By powitać u proga zacnych swoich gości.

 

˝Witajże z towarzyszem u mnie, miły bracie -

Rzekła do nich - a powiedz, czemu w mej komnacie

Widzę dziś panów moich i w jakiej to sprawie?

Co was do mnie sprowadza, powiedzcie łaskawie˝.

 

 

Więc król rzekł: ˝Powiem zaraz, co nas tu sprowadza,

W naszych zamiarach jedna troska nam przeszkadza:

Mamy jechać w zaloty precz w dalekie światy,

Tożby trzeba na drogę wspaniałe mieć szaty˝.

 

˝Siadajcie, miły bracie, niech się dowiem przecie -

Rzekła dalej - do kogo w zaloty jedziecie,

I czyje to was wdzięki wiodą w obce kraje?˝

A to mówiąc królewna rękę mu podaje

 

I na miękki kobierzec wiedzie swoich gości,

Gdzie siedziała, nim do niej przyszli, w samotności,

- A było złotym haftem zdobione wezgłowie. -

Dobrze się u królewny bawili panowie.

 

Bo kiedy obok siebie siedli na kobiercu,

Spotkały się wnet oczy kochanków. On w sercu

Nosił jej obraz stale i kochał nad miarę. -

Potem dziewka małżeńską przysięgła mu wiarę.

 

A król potężny rzecze: ˝Siostro ukochana,

Twa pomoc w tej wyprawie wielce pożądana.

W zaloty do Brunhildy jedziemy rubieży,

A strojnie nam i świetnie wystąpić należy˝.

 

Królewna na to: ˝Ile pomóc mogę, bracie;

Gotowana spełnić wszystko, czego zażądacie,

Przykro by mi też było, jeśliby kto drugi

Pomocy wam odmówił lub jakiej usługi.

 

Wam prosić nie przystoi, rycerzu wspaniały,

Rozkaż raczej, wszak panem tyś w krainie całej,

A rozkaz czy życzenie spełnię zawsze rada!˝

Tak królowi rozkoszna dziewica powiada.

 

˝Potrzebny nam na drogę, siostro, przyodziewek

Pokaźny, więc go dobierz z pomocą swych dziewek,

Byśmy mogli wystąpić na dworze statecznie,

Skorośmy umyślili jechać tam koniecznie˝.

 

Ona na to: ˝Jedwabiu na szaty mi starczy,

Każcie tylko klejnotów naznosić na tarczy,

A przyrządzę wam szaty pięknie i bogato!˝

Zgodzili się ochoczo obaj goście na to.

 

Lecz powiedzcie, kto w podróż tę pojedzie z wami?

Zapytała dziewica. Król na to: ˝My sami

Pojedziemy, a z innych tylko dwóch rycerzy,

Dankwart i Hagen, do tej wyprawy należy.

 

Więc pamiętajże, siostro, coć mówię: jedziemy

Czterej jeno, a w drogę szat potrzebujemy

Tyle, by przez dni cztery każdy po trzy razy

Zmienił strój, a wystąpił na dwór bez obrazy˝.

 

Pożegnali z królewną rycerze się wreszcie,

A ona do roboty swych dziewek trzydzieście

Zaraz z komnat niewieścich do siebie przyzywa, -

Każda z nich do roboty sprawna i gorliwa.

 

Śnieżnej białości jedwab aż z arabskiej ziemi

Wyszywały dziewice perłami drogiemi;

I inny z Zazamanku, zielony jak trawa.

Królewna sama szaty dla mężów przykrawa.

 

Podszewki były z skóry wydry zagranicznej, -

Każdy zdumiał się patrząc, widok też był śliczny!

Po wierzchu kładły jedwab, ozdabiając szaty.

Słuchajcie, jaki jeszcze strój tam był bogaty:

 

Postawy marokańskie, libijskie tkaniny,

Jakich nigdy do stroju królewskiej dzieciny

Nie użyto, tam lśniły ozdobnie i strojno:

Królewna dla przyjaciół umiała być hojną.

 

Na takie progi lada strój się nie nadaje:

Za lichemi zdawały się i gronostaje,

Więc szaty czarny jedwab kryje, by w te gody

Strojno i okazale stanął orszak młody.

 

A po nich naszywano arabskie klejnoty.

Miały z tem białogłowy niemało roboty

I przez siedem tygodni szyły one stroje.

Tymczasem dla rycerzy przyrządzono zbroje.

 

A kiedy już i strojno, i zbrojno stanęli,

Zbudowano im statek na Renu topieli,

Co ich miał w świat daleki ponieść gdzieś za morze.

Dziewice zaś po pracy płakały w komorze.

 

Rycerzom powiedziano, że gotowy leży

Sprzęt podróżny, na drogę dostatek odzieży,

Jak żądali. Więc kiedy wieść nadeszła miła,

Żadna ich już nad Renem nie wstrzymała siła.

 

I posłali wnet gońców po druhów bojowych,

By przybyli oglądać zapasy szat nowych

I przymierzyć, czy dobrze przypadną do ciała.

Wyborne były, - dzięki drużyna składała.

 

Bo każdy, kto obaczył te wspaniałe szaty,

Musiał przyznać, iż rzadko sprzęt taki bogaty

Spotkać można. Więc strojno, huczno, okazale

Mogli jechać; szat lepszych nie obaczysz wcale.

 

Dank zebrała niemały tą chętną przysługą

A wojacy wesoło na drogę tę długą

Żegnali obyczajem rycerskim dziewicę,

Z jej jasnych oczu gęste łzy rosiły lice.

 

Rzekła z żalem: ˝Nie rzucaj, bracie, naszej strony

I między nami, bliżej, szukaj sobie żony,

Gdzie życia nie narazisz na grę tak zawodną.

Znajdziesz i tu niewiastę dostojną i godną˝.

 

Snać serce jej przeczuło, jaki będzie skutek.

Płakali wszyscy, ciężki ogarnął ich smutek,

A łzy po napierśnikach spływały złocistych,

Ćmiąc ich blask, - bo się lały w strumieniach rzęsistych.

 

˝Wam też, dzielny Zygfrydzie - wołała w żałości

Brata mego polecam i waszej wierności!

Niech mu zguby nie zdarzy śmiałe przedsięwzięcie!˝

Zygfryd dał rękę na to i poprzysiągł święcie.

 

I rzecze do dziewicy: ˝Póki życia stanie,

Będę miał o nim, pani, usilne staranie,

A zdrowo go i cało nad Ren wam przystawię!˝

Królewna na podziękę skinęła łaskawie.

 

A już im sprowadzono na Renu wybrzeże

Sprzęt podróżny i odzież, złociste puklerze

I konie. Więc się w podróż wybierali woje

A gorzko po nich piękne płakały dziewoje.

 

I z okien poglądały żałośnie i tkliwo.

W żagle statków pomyślny wiatr uderzał żywo,

Już się na Renu fali kołyszą rycerze -

A król Gunter zapytał: ˝Któż stanie przy sterze?˝

 

˝Stanę ja! - rzecze Zygfryd - po wodnej głębinie,

Cni rycerze, nasz statek spokojnie popłynie,

Bo wszelkie szlaki dobrze znam na Renu fali!˝

Więc wesoło burgundzką ziemię pożegnali.

 

Żywo pochwycił Zygfryda żerdź długą, od lądu

Począł odpychać statek do wartkiego prądu,

Gunter też nieleniwo sam się jął do wiosła

I wkrótce chyża fala rycerzy uniosła.

 

Mieli dostatek jadła, dosyć mieli wina, -

Najlepsze, jakie rodzi burgundzka kraina.

Konie stały spokojnie, miały dość wygody,

Statek mknął raźno, - żadnej nie doznali szkody.

 

Silne liny żaglowe prężyły się z mocą, -

Upłynęli dwadzieścia mil jeszcze przed nocą,

Bo wiatr pomyślny pędził do morza ich żwawo.

Lecz na biedę się własną znoili tak krwawo.

 

Dwunastego poranku, jak mówią nowiny,

Zaniósł ich do Brunhildy wiatr wreszcie krainy.

Kędy Izenstein leży, - ale nikt z rycerzy

Prócz Zygfryda nie poznał tych obcych wybrzeży.

 

A kiedy Gunter ujrzał takie zamki liczne

I rozległe niezmiernie pola okoliczne,

Pytał wnet: ˝Mój Zygfrydzie, jak wam się wydaje,

Czyje to są te zamki i wspaniałe kraje?˝

 

Zygfryd wnet odpowiedział: ˝Znam je dobrze z dawna!

W tym kraju oto włada Brunehilda sławna,

A to twierdza Izenstein. Wiedzcie przyjaciele,

Dziś jeszcze zobaczymy krasnych niewiast wiele.

 

A przyjmijcie ode mnie tę radę, by w słowie

Wszyscyśmy się zgadzali, co który z nas powie.

I kiedy przed Brunhildy staniemy obliczem,

Baczyć trzeba, by przed nią nie zdradzić się niczem.

 

Więc powiedźcie, gdy ujrzym ją w dziewic orszaku

Zgodnie wszyscy i równo, żem Guntera znaku

Lennikiem i poddanym, a on lennym panem.

Tak może, co zamierzył król, być dokonanem!˝

 

Chętnie mu też przyrzekli, - dobra była rada, -

Że żaden nie zapomni się i nie wygada,

Jeno tak, jak on żąda; dobrze mu z tem było,

Kiedy Gunter obaczył swą bogdankę miłą.

 

A dodał Zygfryd: ˝Królu, nie po twojej woli

Robię to, ale siostrze urodziwej gwoli,

Boć ona mi nad życie droższa i nad duszę!

By moją była, dobrze zasłużyć się muszę!˝

Sen Krymhildy

Prawią nam stare pieśni o przeszłości cudach:

O bohaterach słynnych, o znojach, o trudach,

O godach i rozkoszy, o łzach i boleści,

O bojach i zapasach - słuchajcie powieści!

 

Niegdyś w Burgundii śliczne dorastało dziecię

Krwi królewskiej, - Krymhilda. Żadna jej na świecie

Nie dorówna urodą, co z latami rosła -

A potem mężom tylu zagładę przyniosła.

 

Niejeden chrobry rycerz na ślubne kobierce

Pragnął ją poprowadzić, pozyskać jej serce,

Bo urocza jej krasa każde oko pieści

A cnoty zdobić mogą cały ród niewieści.

 

Trzech ją braci chowało: króle możni, sławni,

Gunter i Gernot, obaj wojownicy sprawni,

I Giselher, młodzieniec pełen męskiej cnoty;

Miała w nich i opiekę, i siostry pieszczoty.

 

Ród to zacny, wysoki, a serca wspaniałe, -

Sił wszelakich dostatek, męstwo też zuchwałe, -

Królowali w burgundzkiej ziemi, a stoczyli

Cudowne potem boje w krainie Attyli.

 

W Wormacji stał nad Renem zamek ich potężny -

Z lennych włości rycerzy garnął się huf mężny,

Do grobu wiernie służąc, męże dumni, butni.

- Zginęli potem marnie dla dwóch kobiet kłótni. -

 

Z możnej się i bogatej porodzili matki

Uoty; ojciec Dankrat nie żył, - więc dostatki

Wzięli po nim, - a pan to możny był i śmiały

I za młodu rozgłośnej dobił się już chwały.

 

Trzej króle, jako rzekłem, i męstwem i siłą

Słynęli, a w bojowej drużynie służyło

Rycerzy mężnych grono, poczt chrobry i dzielny,

Co bez trwogi, bez drżenia szedł na bój śmiertelny.

 

Więc był tam Hagen z Tronje, był i Dankwart żwawy,

Brat jego, był i Ortwin - w Metzu miał dzierżawy -

Byli Gere, Ekewart, obaj margrabiowie,

Volker z Alzejie, dzielny rycerz, co się zowie.

 

Rumolt, kuchmistrz koronny, mąż chrobry, odważny,

Sindolt i Hunolt zasię mieli urząd ważny:

Urządzali biesiady, przyjęcia na dworze;

A tylu innych jeszcze któż wyliczyć może?

 

Marszałkiem był ów Dankwart, a u króla stołu

Stawał Ortwin podstoli, służył z nim pospołu

Sindolt, podczaszy króla, Hunolt dbał o szatnią;

Więc dwór królewski jaśniał poczestnie, dostatnio!

 

Lecz kto by opowiadać chciał o ich przymiotach,

O mocy i potędze, o rycerskich cnotach,

Jakiemi aż do skonu jaśnieli królowie,

Nie skończy nigdy, ani godnie nie opowie!

 

Śniło się raz Krymhildzie, iż jej ulubiony

Sokół, ptak śliczny, dziki, morderczemi szpony

Dwóch orłów padł zabity, rozdarty boleśnie:

Pierwsza to boleść w życiu spotkała ją we śnie.

 

W trwodze do matki bieży, pyta, co to znaczy?

A matka sen złowieszczy ze smutkiem tłumaczy:

˝Twój sokół to małżonek przyszły, córko luba,

Lecz go - niech Bóg odwróci! - wczesna czeka zguba!˝

 

˝Nie mów, matko, o mężu! Błaga cię twe dziecię -

Nie, mów! ja nie chcę poznać miłości na świecie!

Chcę pozostać tak piękną, aż mnie w grób położą -

Rycerze swą miłością przerażają, - trwożą.˝

 

˝Nie zarzekaj się, dziecię, męża i zamęścia!

Jeżeli chcesz na ziemi zakosztować szczęścia,

Da ci je męża miłość! Nie stracisz urody,

Gdy cię swą żoną nazwie mąż piękny i młody!˝

 

˝O, nie mów tego! - rzekła - nie mów, matko luba!

Iluż to niewiast przykład poucza i zguba,

Jak miłość troską ciężką trzeba w końcu płacić;

Wolę obu nie poznać, i szczęścia nie stracić!˝

 

Miłość obcą jej była, - nie w myśli małżonek -

Spokojnie żyła, płynął jej za dzionkiem dzionek,

A serce dla nikogo raźniej nie uderza.

Przecież została potem małżonką rycerza.

 

Jak sen proroczo wieścił, sokół to był żwawy!

Straciła go, lecz pomsty podjęła się krwawej

Na zabójcach, na własnej mściła go rodzinie:

Za jego krew - strumieniem krew rycerska płynie.

Jak Zygfryd pojechał po swoich rycerzy Nibelungów

Zaraz wymknął się Zygfryd przed bramę stolicy

W płaszczu swym na brzeg, gdzie stał statek na kotwicy.

Siadł weń skrycie i milczkiem Zygmuntowic śmiały,

Popłynął żywo, jakby wiatry w dal go gnały.

 

Nikt na pokładzie statku nie widział sternika,

Lecz czółno, parte siłą Zygfryda, pomyka

Raźno, iż każdy myślał, że wiatr je tak goni,

A to Zygfryd je pędził siłą swojej dłoni.

 

Za jednę dobę Zygfryd do kraju przypłynął,

Co nad inne bogactwem i potęgą słynął:

Sto mil na długość może albo więcej mierzy

Kraj Nibelungów, - skarbiec Zygfryda tam leży.

 

Wylądował na ostrów szeroki, rozległy,

Przywiązał statek młodzian w każdej sztuce biegły

I do grodu, co blisko na górze się wznosił,

Szedł i jako podróżny o schronienie prosił.

 

Wrota były zamknięte, bo zamku mieszkańce

Strzegli bacznie swej pieczy powierzone szańce.

Więc Zygfryd począł w bramę kołatać zawartą,

Lecz wejście było silną obsadzone wartą.

 

Stał tam wewnątrz na straży zamku olbrzym duży,

Obok leżała zbroja, co mu w walce służy.

Pytał: ˝Któż tam tak w wrota kołace zamkowe?˝

A Zygfryd mu odrzecze, odmieniwszy mowę:

 

˝Jam rycerz, ty co prędzej otwieraj podwoje.

Niejednego zgniewają dzisiaj czyny moje,

Co by wolał spokojnie zalegać posłanie!˝

Zbudziło gniew w odźwiernym Zygfryda wołanie.

 

Natychmiast zbroję na się kładzie bez mitręgi,

Wdziewa szyszak i żywo wybiega chłop tęgi

Z puklerzem w ręku, bramę otwiera niezwłocznie

I Zygfryda od razu gniewnie łajać pocznie.

 

Jak śmie możnym rycerzom przerywać spoczynek.

Zaraz się między nimi począł pojedynek,

Zygfryd bronił się, ale olbrzym tak uderza,

Że silnym ciosem rozbił wiązanie puklerza

 

Waląc żelaznym drągiem. Zygfryd się wywinął,

Ale ledwie go jeden cios śmiertelny minął,

Olbrzym na nowe razy siły swe wytęża.

Cieszył się Zygfryd w sercu z czynów swego męża.

 

Walczyli zapalczywie; trząsł się zamek cały,

Ciosy się w Nibelungów sali rozlegały, -

Wreszcie młodzieniec pobił i związał klucznika,

A szczęk walki po całej ziemicy pomyka.

 

Usłyszał zgiełk walczących w jaskini odległej

Dzielny karzeł Alberyk, szczęki go dobiegły,

Wdziewa zbroję i spieszy, ale już nie wstrzyma

Klęski, bo oto rycerz powiązał olbrzyma.

 

Zawrzał gniewem Alberyk, siłę miał niemałą,

Na głowie hełm, pancerzem całe odział ciało,

W ręku wywijał ciężką złocistą maczugą,

Więc biegł wprost na Zygfryda, nie zwlekając długo.

 

Siedem guzów wisiało ciężkich u tej pałki,

Począł nimi uderzać silnie, aż w kawałki

Rozpadł się puklerz, musiał od ciosów popękać,

Zygfryd o swoje życie począł się już lękać.

 

Rzucił tarczę strzaskaną od razów maczugi,

I co prędzej do pochew schował oręż długi,

Bo nie chciał zabić sługi wiernego, - więc wstrzymał

Gniew, jako zawsze drogi rycerskiej się imał.

 

Objęły Alberyka wpół ramiona młode,

A jedną ręką chwycił staruszka za brodę.

I szarpał silnie. Karzeł krzyczał wniebogłosy

Z wielkiego bólu, gdy mu z brody rwano włosy.

 

I zawołał: ˝Rycerzu, wypuść mnie żywego!

Gdybym mógł - dodał chytrze - mieć pana drugiego,

Bo jednemu już w służbę pierwej nie oddałem,

Słuchałbym jako pana ciebie w życiu całem!˝

 

Jak olbrzyma, powiązał witeź Alberyka,

Temu po walce ciało srogi ból przenika.

Pytał karzeł: ˝Coś ty zacz, rycerzu wybrany?˝

˝Jam Zygfryd - odpowiedział książę - już wam znany˝.

 

A Alberyk zawoła: ˝Radosne nowiny!

Przekonały nas snadnie te rycerskie czyny,

Że się panem tej ziemi możecie zwać słusznie

Puśćcie umie, a rozkazy spełnię wam posłusznie˝.

 

Więc Zygfryd mu rozkazał, niech żwawo pobieży

I zawoła do niego najlepszych rycerzy

Z krainy Nibelungów tysiąc, by tu przyszli.

Nikt nie wiedział, co młodzian z nimi począć myśli.

 

Pozdejmował z olbrzyma i karła okowy,

Alberyk biegł, gdzie do snu poskładali głowy

Rycerze, więc ich budził - (pot mu kapał z czoła) -

Naglił: ˝Prędzej, wojacy, bo Zygfryd was woła!˝

 

Porwali się wnet z łoża i zbierali chętnie,

Uzbroiło się tysiąc rycerzy odświętnie

I pobiegło, gdzie znaleźć mieli swego pana,

Skłonili się i kornie ugięli kolana.

 

Gorzały w sali świece, wraz podano wina,

Zygfryd za pośpiech grzecznie dziękować poczyna

I rzecze: ˝Pojedziecie ze mną w dal za morze!˝

Chętnie byli posłuszni męże w każdej porze.

 

Nazbierało wojaków się ze trzy tysiące,

Z nich tysiąc wybrał, - a wnet szyszaki błyszczące

Przyniesiono i całą rycerską ich odzież,

Do Brunehildy kraju miała iść ta młodzież.

 

˝Posłuchajcież mnie - rzecze Zygfryd na ostatek -

Trzeba wziąć z sobą sukni bogatych dostatek,

Tam na was patrzeć będą rozkoszne dziewoje,

Więc trzeba co najlepsze zabrać z sobą stroje˝.

 

Na dzielnych koniach, w strojnej przybrani odzieży,

Buńczucznie do Brunhildy ruszali rubieży.

Pięknego ranka w podróż wreszcie się wybrali -

Licznym pocztem Zygfryda męże otaczali.

 

Na blankach grodu stały krasawice śliczne

A królewna pytała: ˝Komuż znane liczne

Statki, co tam z daleka sterują do brzegu?

Porozwijali żagle, co bielsze od śniegu!˝

 

Nadreński władca rzecze: ˝Mnie ta rzesza służy,

Niedaleko za nami zostali w podróży,

Posłałem po nich, oto przybywają prawie!˝

Wszyscy na obcych gości patrzyli ciekawie.

 

A z daleka spostrzegli Zygfryda na przedzie

W pięknym stroju, z nim męże, których z sobą wiedzie

Królewna pyta znowu: ˝Powiedzcież mi, panie,

Czy naprzeciw rycerzy iść na powitanie?˝

 

Gunter rzekł: ˝Pójść naprzeciw z witaniem należy,

By widzieli, iż my im i radzi, i szczerzy!˝

Jako król sobie życzył, zrobiła królowa,

Do Zygfryda jedynie nie rzekła ni słowa.

 

Rozdano im gospody, schowano odzienie,

A tak liczne na dworze było zgromadzenie,

Iż cisnęli się goście tłumami całemi.

Wreszcie wojacy chcieli wracać do swej ziemi.

 

Rzekła królewna: ˝Bardzo prosiłabym o to,

By kto zechciał rozdzielić me srebro i złoto

Pomiędzy naszych gości, jest go tam niemało!˝

Więc Dankwart, Giselhera druh, jej rzecze śmiało:

 

˝Szlachetna pani, zechciej klucze mi powierzyć!

Postaram się każdemu, co trzeba, wymierzyć,

Będzie kto miał za mało, niech srom na mnie spadnie!˝

Że umiał hojnie dawać, okazał dokładnie.

 

Bo kiedy skarbów dziewki wziął na się szalunek,

Każdemu umiał znaleźć cenny podarunek.

Kto by grzywnę miał dosyć, dostał złota tyle,

Iż biedak zakosztował nawet szczęścia chwilę.

 

Rozdawał po sto funtów może bez rachunku,

A niejeden już nosił z tego podarunku

Strój bogaty, choć pierwej chodził w poniewierce.

Widziała to królowa, bolało ją serce,

 

I rzekła: ˝Królu, tego przecież bym nie chciała,

By po tem ugoszczeniu dla mnie nie została

Ni jedna suknia. Dankwart złoto me marnuje;

Niech mu kto przerwie, pięknie za to podziękuję.

 

Cóż to on sobie myśli? Hojnie dary miecie,

Wszak jeszcze nie umieram, wszak jeszczem na świecie!

Zresztą sama potrafię strwonić ojca zbiory!˝

Nikt lepszego skarbnika nie miał do tej pory!

 

Ale Hagen jej rzecze: ˝Pani, wiedzcie o tem,

Nasz król nad Renem może szatami i złotem

Tak obdarzyć, iż obejść snadnie się możemy

I waszych skarbów wozić nie potrzebujemy˝.

 

˝Ale dla mej potrzeby - Brunehilda na to -

Chciałabym skrzyń dwadzieścia napełnić bogato

Złotem i jedwabiami, by obdarzać niemi

Dworzan, gdy do Guntera zajedziemy ziemi˝.

 

Więc klejnotami jęli ładować te skrzynie,

Lecz jej tylko dworzanie przy tem byli ninie,

Dankwartowi już ufać nie chciała bezpiecznie.

Śmiali się z tego Gunter i Hagen serdecznie.

 

Pytała się królowa: ˝Komuż kraj powierzę?

Musim przecież oboje myśleć o tem szczerze!˝

A król rzekł: ˝Z waszych mężów jednego, tak radzę,

Wołajcie, kogo chcecie; temu zdajcie władzę!˝

 

A był tam przy jej dworze pewien możny krewny,

Tego więc zawołała - (był wujem królewny):

˝Powierzam waszej pieczy grody i dzierżawy,

Póki Gunter nie zjedzie, by sam sądził sprawy˝.

 

Wybrała dwa tysiące mężów z swej czeladzi,

Do burgundzkiej ją ziemi ten huf odprowadzi

Wraz z owych Nibelungów tysiącem. Do drogi

Zbierają się, nad morskie jadą już rozłogi.

 

Jechało ośmdziesiąt sześć niewiast za morze

I sto dziewek, - u każdej liczko jakby zorze -

Nie zwlekali już, mieli wsiadać na okręty;

Wtedy te, co zostały, poczęły lamenty.

 

Z godnością opuszczała dziewka swą, ziemicę,

Całowała serdecznie swoich krewnych lice,

Żegna się przed odjazdem z każdym po zwyczaju

Nigdy już nie wróciła do swych ojców kraju!

 

Nie brakło im po drodze wszelakiej zabawy,

Że się nudzić nie mogli podczas tej przeprawy.

Wiatr im sprzyjał w podróży, miłą była droga,

W każdej duszy wesołość panowała błoga.

 

Lecz nie chciała królowi rozkoszy miłosnej

Dziewka dozwolić, zwłócząc aż po dzień radosny

Wesela, kiedy staną w wormackiej stolicy,

Dokąd z królewską parą płyną wojownicy.

Wie Kriemhilden träumte.

Viel Wunderdinge melden   die Mären alter Zeit                        

Von preiswerthen Helden,   von großer Kühnheit,

Von Freud und Festlichkeiten,   von Weinen und von Klagen,

Von kühner Recken Streiten   mögt ihr nun Wunder hören sagen.

 

Es wuchs in Burgunden   solch edel Mägdelein,                         

Daß in allen Landen   nichts Schönres mochte sein.

Kriemhild war sie geheißen,   und ward ein schönes Weib,

Um die viel Degen musten   verlieren Leben und Leib.

 

Die Minnigliche lieben   brachte Keinem Scham;                        

Um die viel Recken warben,   Niemand war ihr gram.

Schön war ohne Maßen   die edle Maid zu schaun;

Der Jungfrau höfsche Sitte   wär eine Zier allen Fraun.

 

Es pflegten sie drei Könige   edel und reich,                         

Gunther und Gernot,   die Recken ohne Gleich,

Und Geiselher der junge,   ein auserwählter Degen;

Sie war ihre Schwester,   die Fürsten hatten sie zu pflegen.

 

Die Herren waren milde,   dazu von hohem Stamm,                       

Unmaßen kühn nach Kräften,   die Recken lobesam.

Nach den Burgunden   war ihr Land genannt;

Sie schufen starke Wunder   noch seitdem in Etzels Land.

 

In Worms am Rheine wohnten   die Herrn in ihrer Kraft.                

Von ihren Landen diente   viel stolze Ritterschaft

Mit rühmlichen Ehren   all ihres Lebens Zeit,

Bis jämmerlich sie starben   durch zweier edeln Frauen Streit.

 

Ute hieß ihre Mutter,   die reiche Königin,                           

Und Dankrat ihr Vater,   der ihnen zum Gewinn

Das Erbe ließ im Tode,   vordem ein starker Mann,

Der auch in seiner Jugend   großer Ehren viel gewann.

 

Die drei Könge waren,   wie ich kund gethan,                          

Stark und hohen Muthes;   ihnen waren unterthan

Auch die besten Recken,   davon man hat gesagt,

Von großer Kraft und Kühnheit,   in allen Streiten unverzagt.

 

Das war von Tronje Hagen,   und der Bruder sein,                      

Dankwart der Schnelle,   von Metz Herr Ortewein,

Die beiden Markgrafen   Gere und Eckewart,

Volker von Alzei,   an allen Kräften wohlbewahrt,

 

Rumold der Küchenmeister,   ein theuerlicher Degen,                  

Sindold und Hunold:   die Herren musten pflegen

Des Hofes und der Ehren,   den Köngen unterthan.

Noch hatten sie viel Recken,   die ich nicht alle nennen kann.

 

Dankwart war Marschall;   so war der Neffe sein                      

Truchseß des Königs,   von Metz Herr Ortewein.

Sindold war Schenke,   ein waidlicher Degen,

Und Kämmerer Hunold:   sie konnten hoher Ehren pflegen.

 

Von des Hofes Ehre   von ihrer weiten Kraft,                         

Von ihrer hohen Würdigkeit   und von der Ritterschaft,

Wie sie die Herren übten   mit Freuden all ihr Leben,

Davon weiß wahrlich Niemand   euch volle Kunde zu geben.

 

In ihren hohen Ehren   träumte Kriemhilden,                          

Sie zög einen Falken,   stark-, schön- und wilden;

Den griffen ihr zwei Aare,   daß sie es mochte sehn:

Ihr konnt auf dieser Erde   größer Leid nicht geschehn.

 

Sie sagt' ihrer Mutter   den Traum, Frau Uten:                       

Die wust ihn nicht zu deuten   als so der guten:

˝Der Falke, den du ziehest,   das ist ein edler Mann:

Ihn wolle Gott behüten,   sonst ist es bald um ihn gethan.˝

 

˝Was sagt ihr mir vom Manne,   vielliebe Mutter mein?                

Ohne Reckenminne   will ich immer sein;

So schön will ich verbleiben   bis an meinen Tod,

Daß ich von Mannesminne   nie gewinnen möge Noth.˝

 

˝Verred es nicht so völlig,˝   die Mutter sprach da so,              

˝Sollst du je auf Erden   von Herzen werden froh,

Das geschieht von Mannesminne:   du wirst ein schönes Weib,

Will Gott dir noch vergönnen   eines guten Ritters Leib.˝

 

˝Die Rede laßt bleiben,   vielliebe Mutter mein.                     

Es hat an manchen Weiben   gelehrt der Augenschein,

Wie Liebe mit Leide   am Ende gerne lohnt;

Ich will sie meiden beide,   so bleib ich sicher verschont!˝

 

Kriemhild in ihrem Muthe   hielt sich von Minne frei.                

So lief noch der guten   manch lieber Tag vorbei,

Daß sie Niemand wuste,   der ihr gefiel zum Mann,

Bis sie doch mit Ehren   einen werthen Recken gewann.

 

Das war derselbe Falke,   den jener Traum ihr bot,                   

Den ihr beschied die Mutter.   Ob seinem frühen Tod

Den nächsten Anverwandten   wie gab sie blutgen Lohn!

Durch dieses Einen Sterben   starb noch mancher Mutter Sohn.

Wie Siegfried mit den Sachsen stritt.

Da kamen fremde Mären   in König Gunthers Land                      

Durch Boten aus der Ferne   ihnen zugesandt

Von unbekannten Recken,   die ihnen trugen Haß

Als sie die Rede hörten,   gar sehr betrübte sie das.

 

Die will ich euch nennen:   es war Lüdeger                          

Aus der Sachsen Lande,   ein mächtger König hehr;

Dazu vom Dänenlande   der König Lüdegast:

Die gewannen zu dem Kriege   gar manchen herrlichen Gast.

 

Ihre Boten kamen   in König Gunthers Land,                          

Die seine Widersacher   hatten hingesandt.

Da frug man um die Märe   die Unbekannten gleich

Und führte bald die Boten   zu Hofe vor den König reich.

 

Schön grüßte sie der König und sprach:   ˝Seid willkommen!          

Wer euch hieher gesendet,   hab ich noch nicht vernommen:

Das sollt ihr hören laßen,˝   sprach der König gut.

Da bangten sie gewaltig   vor des grimmen Gunther Muth.

 

˝Wollt ihr uns, Herr, erlauben,   daß wir euch Bericht              

Von unsrer Märe sagen,   wir hehlen sie euch nicht.

Wir nennen euch die Herren,   die uns hieher gesandt:

Lüdegast und Lüdeger   die suchen heim euer Land.

 

Ihren Zorn habt ihr verdienet:   wir vernahmen das                  

Gar wohl, die Herren tragen   euch beide großen Haß.

Sie wollen heerfahrten   gen Worms an den Rhein;

Ihnen helfen viel der Degen:   laßt euch das zur Warnung sein.

 

˝Binnen zwölf Wochen   muß ihre Fahrt geschehn;                     

Habt ihr nun guter Freunde,   so laßt es bald ersehn,

Die euch befrieden helfen   die Burgen und das Land:

Hier werden sie verhauen   manchen Helm und Schildesrand.

 

˝Oder wollt ihr unterhandeln,   so macht es offenbar;               

So reitet euch so nahe   nicht gar manche Schar

Eurer starken Feinde   zu bitterm Herzeleid,

Davon verderben müßen   viel der Ritter kühn im Streit.˝

 

˝Nun harrt eine Weile   (ich künd euch meinen Muth),                

Bis ich mich recht bedachte,˝   sprach der König gut.

˝Hab ich noch Getreue,   denen will ichs sagen,

Diese schwere Botschaft   muß ich meinen Freunden klagen.˝

 

Dem mächtigen Gunther   war es leid genug;                          

Den Botenspruch er heimlich   in seinem Herzen trug.

Er hieß berufen Hagen   und Andr' in seinem Lehn

Und hieß auch gar geschwinde   zu Hof nach Gernoten gehn.

 

Da kamen ihm die Besten,   so viel man deren fand.                  

Er sprach: ˝Die Feinde wollen   heimsuchen unser Land

Mit starken Heerfahrten;   das sei euch geklagt.

Es ist gar unverschuldet,   daß sie uns haben widersagt.˝

 

˝Dem wehren wir mit Schwertern,˝   sprach da Gernot,                

˝Da sterben nur, die müßen:   die laßet liegen todt.

Ich werde nicht vergeßen   darum der Ehre mein:

Unsre Widersacher   sollen uns willkommen sein.˝

 

Da sprach von Tronje Hagen:   ˝Das dünkt mich nicht gut;            

Lüdegast und Lüdeger   sind voll Uebermuth.

Wir können uns nicht sammeln   in so kurzen Tagen,˝

So sprach der kühne Recke:   ˝ihr sollt es Siegfrieden sagen.˝

 

Da gab man den Boten   Herbergen in der Stadt.                      

Wie feind sie ihnen waren,   sie gut zu pflegen bat

Gunther der reiche,   das war wohlgethan,

Bis er erprobt an Freunden,   wer ihm zu Hülfe zög heran.

 

Der König trug im Herzen   Sorge doch und Leid.                     

Da sah ihn also trauern   ein Ritter allbereit,

Der nicht wißen konnte,   was ihm war geschehn:

Da bat er König Gunthern,   ihm den Grund zu gestehn.

 

˝Mich nimmt höchlich Wunder,˝   sprach da Siegfried,                

˝Wie die frohe Weise   so völlig von euch schied,

Deren ihr so lange   mit uns mochtet pflegen.˝

Zur Antwort gab ihm Gunther,   dieser zierliche Degen:

 

˝Wohl mag ich allen Leuten   nicht von dem Leide sagen,             

Das ich muß verborgen   in meinem Herzen tragen:

Stäten Freunden klagen   soll man des Herzens Noth.˝

Siegfriedens Farbe   ward da bleich und wieder roth.

 

Er sprach zu dem Könige:   ˝Was blieb euch je versagt?              

Ich will euch wenden helfen   das Leid, das ihr klagt.

Wollt ihr Freunde suchen,   so will ich einer sein

Und getrau es zu vollbringen   mit Ehren bis ans Ende mein.˝

 

˝Nun lohn euch Gott, Herr Siegfried,   die Rede dünkt mich gut;     

Und kann mir auch nicht helfen   eure Kraft und hoher Muth,

So freut mich doch die Märe,   daß ihr so hold mir seid:

Leb ich noch eine Weile,   ich vergelt es mit der Zeit.

 

Ich will euch hören laßen,   was mich traurig macht.                

Von Boten meiner Feinde   ward mir hinterbracht,

Mit Heerfahrten kämen   sie mich zu suchen hie:

Das geschah uns von Degen   in diesen Landen noch nie.˝

 

˝Das laßt euch nicht betrüben,˝   sprach da Siegfried,              

˝Sänftet eur Gemüthe   und thut, wie ich euch rieth:

Laßt mich euch erwerben   Ehre so wie Frommen,

Bevor eure Feinde   her zu diesen Landen kommen.

 

˝Und hätten dreißigtausend   Helfer sich ersehn                     

Eure starken Feinde,   doch wollt ich sie bestehn,

Hätt ich auch selbst nur tausend:   verlaßt euch auf mich.˝

Da sprach der König Gunther:   ˝Das verdien ich stäts um dich.˝

 

˝So heißt mir eurer Leute   gewinnen tausend Mann,                  

Da ich von den Meinen   nicht mehr hier stellen kann

Als der Recken zwölfe;   so wehr ich euer Land.

Immer soll getreulich   euch dienen Siegfriedens Hand.

 

˝Dazu soll Hagen helfen   und auch Ortewein,                        

Dankwart und Sindold,   die lieben Recken dein.

Auch soll da mit uns reiten   Volker der kühne Mann:

Der soll die Fahne führen:   keinen Beßern trefft ihr an.

 

˝Und laßt die Boten reiten heim   in ihrer Herren Land;             

Daß sie uns bald da sehen,   macht ihnen das bekannt,

So daß unsre Burgen   befriedet mögen sein.˝

Der König hieß besenden   Freund und Mannen insgemein.

 

Zu Hofe giengen wieder   Die Lüdeger gesandt;                       

Sie freuten sich der Reise   zurück ins Heimatland.

Ihnen bot da reiche Gabe   Gunther der König gut

Und sicheres Geleite:   des waren sie wohlgemuth.

 

˝Nun sagt,˝ sprach da Gunther,   ˝meinen starken Feinden an,        

Ihre Reise bliebe   beßer ungethan;

Doch wollten sie mich suchen   hier in meinem Land,

Wir zerrännen denn die Freunde,   ihnen werde Noth bekannt.˝

 

Den Boten reiche Gaben   man da zur Stelle trug:                    

Deren hatte Gunther   zu geben genug.

Das durften nicht verschmähen   Die Lüdeger gesandt.

Sie baten um Urlaub   und räumten fröhlich das Land.

 

Als die Boten waren   gen Dänemark gekommen,                        

Und der König Lüdegast   den Bericht vernommen,

Was sie am Rhein geredet,   als das ihm ward gesagt,

Seine übermüthge Botschaft   ward da bereut und beklagt.

 

Sie sagten ihm, sie hätten   manch kühnen Mann im Lehn:             

˝Darunter sah man Einen   vor König Gunthern stehn,

Der war geheißen Siegfried,   ein Held aus Niederland.˝

Leid wars Lüdegasten,   als er die Dinge so befand.

 

Als Die vom Dänenlande   hörten diese Mär,                          

Da eilten sie, der Helfer   zu gewinnen desto mehr,

Bis der König Lüdegast   zwanzigtausend Mann

Seiner kühnen Degen   zu seiner Heerfahrt gewann.

 

Da besandte sich von Sachsen   auch König Lüdeger,                  

Bis sie vierzigtausend   hatten und wohl mehr,

Die mit ihnen ritten   gen Burgundenland.

Da hatt auch schon zu Hause   der König Gunther gesandt

 

Zu seinen nächsten Freunden   und seiner Brüder Heer,               

Womit sie fahren wollten   im Kriegszug einher,

Und auch mit Hagens Recken:   das that den Helden Noth.

Darum musten Degen   bald erschauen den Tod.

 

Sie schickten sich zur Reise;   sie wollten nun hindann.            

Die Fahne muste führen   Volker der kühne Mann,

Da sie reiten wollten   von Worms über Rhein;

Hagen von Tronje   der muste Scharmeister sein.

 

Mit ihnen ritt auch Sindold   und der kühne Hunold,                 

Die wohl verdienen konnten   reicher Könge Gold.

Dankwart, Hagens Bruder,   und auch Ortewein

Die mochten wohl mit Ehren   bei dem Heerzuge sein.

 

˝Herr König,˝ sprach da Siegfried,   ˝bleibet ihr zu Haus:          

Da mir eure Degen   folgen zu dem Strauß,

So weilt bei den Frauen   und tragt hohen Muth:

Ich will euch wohl behüten   die Ehre so wie das Gut.

 

˝Die euch heimsuchen wollten   zu Worms an dem Rhein,               

Will euch davor bewahren,   daß sie euch schädlich sei'n:

Wir wollen ihnen reiten   so nah ins eigne Land,

Daß ihnen bald in Sorge   der Uebermuth wird gewandt.˝

 

Vom Rheine sie durch Hessen   mit ihren Helden ritten               

Nach dem Sachsenlande:   da wurde bald gestritten.

Mit Raub und mit Brande   verheerten sie das Land,

Daß bald den Fürsten beiden   ward Noth und Sorge bekannt.

 

Sie kamen an die Marke;   die Knechte rückten an.                   

Siegfried der starke   zu fragen da begann:

˝Wer soll nun der Hüter   des Gesindes sein?˝

Wohl konnte nie den Sachsen   ein Heerzug übler gedeihn.

 

Sie sprachen: ˝Laßt der Knappen   hüten auf den Wegen               

Dankwart den kühnen,   das ist ein schneller Degen:

Wir verlieren desto minder   durch Die in Lüdgers Lehn;

Laßt ihn mit Ortweinen   hie die Nachhut versehn.˝

 

˝So will ich selber reiten,˝   sprach Siegfried der Degen,          

˝Den Feinden gegenüber   der Warte zu pflegen,

Bis ich recht erkunde,   wo die Recken sind.˝

Da stand bald in den Waffen   der schönen Siegelinde Kind.

 

Das Volk befahl er Hagen,   als er zog hindann,                     

Ihm und Gernoten,   diesem kühnen Mann.

So ritt er hin alleine   in der Sachsen Land,

Wo er die rechte Märe   wohl bald mit Ehren befand.

 

Er sah ein groß Geschwader,   das auf dem Felde zog,                

Und die Kraft der Seinen   gewaltig überwog:

Es waren vierzigtausend   oder wohl noch mehr.

Siegfried in hohem Muthe   sah gar fröhlich das Heer.

 

Da hatte sich ein Recke   auch aus der Feinde Schar                 

Erhoben auf die Warte,   der wohl gewappnet war:

Den sah der Degen Siegfried   und ihn der kühne Mann;

Jedweder auf den andern   mit Zorn zu blicken begann.

 

Ich sag euch, wer der wäre,   der hier der Warte pflag;             

Ein lichter Schild von Golde   ihm vor der Linken lag.

Es war der König Lüdegast,   der hütete sein Heer.

Der edle Fremdling sprengte   herrlich wider ihn einher.

 

Nun hatt auch ihn Herr Lüdegast   sich feindlich erkoren:           

Ihre Rosse reizten Beide   zur Seite mit den Sporen;

Sie neigten auf die Schilde   mit aller Macht den Schaft:

Da kam der hehre König   darob in großer Sorgen Haft.

 

Dem Stich gehorsam trugen   die Rosse pfeilgeschwind                

Die Könige zusammen,   als wehte sie der Wind;

Dann mit den Zäumen wandten   sie ritterlich zurück:

Die grimmen Zwei versuchten   da mit dem Schwerte das Glück.

 

Da schlug der Degen Siegfried,   das Feld erscholl umher.           

Aus dem Helme stoben,   als obs von Bränden wär,

Die feuerrothen Funken   von des Helden Hand;

Da stritt mit großen Kräften   der kühne Vogt von Niederland.

 

Auch ihm schlug Herr Lüdegast   manch grimmen Schlag;               

Jedweder auf dem Schilde   mit ganzer Stärke lag.

Da hatten es wohl dreißig   erspäht aus seiner Schar:

Eh die ihm Hülfe brachten,   der Sieg doch Siegfrieden war

 

Mit drei starken Wunden,   die er dem König schlug                  

Durch einen lichten Harnisch;   der war doch fest genug.

Das Schwert mit seiner Schärfe   entlockte Wunden Blut;

Da gewann König Lüdegast   einen traurigen Muth.

 

Er bat ihn um sein Leben   und bot ihm all sein Land                

Und sagt' ihm, er wäre   Lüdegast genannt.

Da kamen seine Recken:   die hatten wohl gesehn,

Was da von ihnen beiden   auf der Warte war geschehn.

 

Er führt' ihn gern von dannen:   da ward er angerannt               

Von dreißig seiner Mannen;   doch wehrte seine Hand

Seinen edeln Geisel   mit ungestümen Schlägen.

Bald that noch größern Schaden   dieser zierliche Degen.

 

Die Dreißig zu Tode   wehrlich er schlug;                           

Ihrer Einen ließ er leben:   der ritt da schnell genug

Und brachte hin die Märe   von dem, was hier geschehn;

Auch konnte man die Wahrheit   an seinem rothen Helme sehn.

 

Gar leid wars den Recken   aus dem Dänenland,                       

Als ihres Herrn Gefängniss   ihnen ward bekannt.

Man sagt' es seinem Bruder:   der fieng zu toben an

In ungestümem Zorne:   ihm war gar wehe gethan.

 

Lüdegast der König   war hinweggebracht                             

Zu Gunthers Ingesinde   von Siegfrieds Uebermacht.

Er befahl ihn Hagen:   der kühne Recke gut,

Als er vernahm die Märe,   da gewann er fröhlichen Muth.

 

Man gebot den Burgunden:   ˝Die Fahne bindet an.˝                   

˝Wohlauf,˝ sprach da Siegfried,   ˝hier wird noch mehr gethan

Vor Abendzeit, verlier ich   Leben nicht und Leib:

Das betrübt im Sachsenlande   noch manches waidliche Weib.

 

˝Ihr Helden vom Rheine,   ihr sollt mein nehmen wahr:               

Ich kann euch wohl geleiten   zu Lüdegers Schar.

Da seht ihr Helme hauen   von guter Helden Hand:

Eh wir uns wieder wenden,   wird ihnen Sorge bekannt.˝

 

Zu den Rossen sprangen Gernot   und Die ihm unterthan.              

Die Heerfahne faßte   der kühne Spielmann,

Volker der Degen,   und ritt der Schar vorauf.

Da war auch das Gesinde   zum Streite muthig und wohlauf.

 

Sie führten doch der Degen   nicht mehr denn tausend Mann,          

Darüber zwölf Recken.   Zu stieben da begann

Der Staub von den Straßen:   sie ritten über Land;

Man sah von ihnen scheinen   manchen schönen Schildesrand.

 

Nun waren auch die Sachsen   gekommen und ihr Heer                  

Mit Schwertern wohlgewachsen;   die Klingen schnitten sehr,

Das hab ich wohl vernommen,   den Helden an der Hand:

Da wollten sie die Gäste   von Burgen wehren und Land.

 

Der Herren Scharmeister   führten das Volk heran.                   

Da war auch Siegfried kommen   mit den zwölf Mann,

Die er mit sich führte   aus dem Niederland.

Des Tags sah man im Sturme   manche blutige Hand.

 

Sindold und Hunold   und auch Gernot                                

Die schlugen in dem Streite   viel der Helden todt,

Eh sie ihrer Kühnheit   noch selber mochten traun:

Das musten bald beweinen   viel der waidlichen Fraun.

 

Volker und Hagen   und auch Ortwein                                 

Leschten in dem Streite   manches Helmes Schein

Mit fließendem Blute,   die Kühnen in der Schlacht.

Von Dankwarten wurden   viel große Wunder vollbracht.

 

Da versuchten auch die Dänen   waidlich ihre Hand;                  

Von Stößen laut erschallte   mancher Schildesrand

Und von den scharfen Schwertern,   womit man Wunden schlug.

Die streitkühnen Sachsen   thaten Schadens auch genug.

 

Als die Burgunden   drangen in den Streit,                          

Von ihnen ward gehauen   manche Wunde weit:

Ueber die Sättel fließen   sah man das Blut;

So warben um die Ehre   diese Ritter kühn und gut.

 

Man hörte laut erhallen   den Helden an der Hand                    

Ihre scharfen Waffen,   als Die von Niederland

Ihrem Herrn nachdrangen   in die dichten Reihn;

Die zwölfe kamen ritterlich   zugleich mit Siegfried hinein.

 

Deren vom Rheine   kam ihnen Niemand nach.                          

Man konnte fließen sehen   den blutrothen Bach

Durch die lichten Helme   von Siegfriedens Hand,

Eh er Lüdegeren   vor seinen Heergesellen fand.

 

Dreimal die Kehre   hat er nun genommen                             

Bis an des Heeres Ende;   da war auch Hagen kommen:

Der half ihm wohl vollbringen   im Kampfe seinen Muth.

Da muste bald ersterben   vor ihnen mancher Ritter gut.

 

Als der starke Lüdeger   Siegfrieden fand,                          

Wie er so erhaben   trug in seiner Hand

Balmung den guten   und da so Manchen schlug,

Darüber ward der Kühne   vor Zorn ingrimmig genug.

 

Da gab es stark Gedränge   und lauten Schwerterklang,               

Wo ihr Ingesinde   auf einander drang.

Da versuchten desto heftiger   die beiden Recken sich;

Die Scharen wichen beide:   der Kämpen Haß ward fürchterlich.

 

Dem Vogt vom Sachsenlande   war es wohl bekannt,                    

Sein Bruder sei gefangen:   drum war er zornentbrannt;

Nicht wust er, ders vollbrachte,   sei der Sieglindensohn.

Man zeihte des Gernoten;   hernach befand er es schon.

 

Da schlug so starke Schläge   Lüdegers Schwert,                     

Siegfrieden unterm Sattel   niedersank das Pferd;

Doch bald erhob sichs wieder:   der kühne Siegfried auch

Gewann jetzt im Sturme   einen furchtbaren Brauch.

 

Dabei half ihm Hagen   wohl und Gernot,                             

Dankwart und Volker:   da lagen Viele todt.

Sindold und Hunold   und Ortwein der Degen

Die konnten in dem Streite   zum Tode Manchen niederlegen.

 

Untrennbar im Kampfe   waren die Fürsten hehr.                      

Ueber die Helme fliegen   sah man manchen Sper

Durch die lichten Schilde   von der Helden Hand;

Auch ward von Blut geröthet   mancher herrliche Rand.

 

In dem starken Sturme   sank da mancher Mann                        

Von den Rossen nieder.   Einander rannten an

Siegfried der kühne   und König Lüdeger;

Man sah da Schäfte fliegen   und manchen schneidigen Sper.

 

Der Schildbeschlag des Königs   zerstob vor Siegfrieds Hand.        

Sieg zu erwerben dachte   der Held von Niederland

An den kühnen Sachsen;   die litten Ungemach.

Hei! was da lichte Panzer   der kühne Dankwart zerbrach!

 

Da hatte König Lüdeger   auf einem Schild erkannt                   

Eine gemalte Krone   vor Siegfriedens Hand:

Da sah er wohl, es wäre   der kraftreiche Mann.

Laut auf zu seinen Freunden   der Held zu rufen begann:

 

˝Begebt euch des Streites,   ihr all mir unterthan!                 

Den Sohn König Siegmunds   traf ich hier an,

Siegfried den starken   hab ich hier erkannt;

Den hat der üble Teufel   her zu den Sachsen gefandt.˝

 

Er gebot die Fahnen   zu senken in dem Streit.                      

Friedens er begehrte:   der ward ihm nach der Zeit;

Doch must er Geisel werden   in König Gunthers Land:

Das hatt an ihm erzwungen   des kühnen Siegfriedes Hand.

 

Nach allgemeinem Rathe   ließ man ab vom Streit.                    

Viel zerschlagner Helme   und der Schilde weit

Legten sie aus Händen;   so viel man deren fand,

Die waren blutgeröthet   von der Burgunden Hand.

 

Sie fiengen, wen sie wollten:   sie hatten volle Macht.             

Gernot und Hagen,   die schnellen, hatten Acht,

Daß man die Wunden bahrte;   da führten sie hindann

Gefangen nach dem Rheine   der Kühnen fünfhundert Mann.

 

Die sieglosen Recken   zum Dänenlande ritten.                       

Da hatten auch die Sachsen   so tapfer nicht gestritten,

Daß man sie loben sollte:   das war den Helden leid.

Da beklagten ihre Freunde   die Gefallnen in dem Streit.

 

Sie ließen ihre Waffen   aufsäumen nach dem Rhein.                  

Es hatte wohl geworben   mit den Gefährten sein

Siegfried der starke   und hatt es gut vollbracht:

Das must ihm zugestehen   König Gunthers ganze Macht.

 

Gen Worms sandte Boten   der König Gernot:                          

Daheim in seinem Lande   den Freunden er entbot,

Wie ihm gelungen wäre   und all seinem Lehn:

Es war da von den Kühnen   nach allen Ehren geschehn.

 

Die Botenknaben liefen;   so ward es angesagt.                      

Da freuten sich in Liebe,   die eben Leid geklagt,

Dieser frohen Märe,   die ihnen war gekommen.

Da ward von edlen Frauen   großes Fragen vernommen,

 

Wie es den Herrn gelungen   wär in des Königs Heer.                 

Man rief der Boten Einen   zu Kriemhilden her.

Das geschah verstohlen,   sie durfte es wohl nicht laut:

Denn Einer war darunter,   dem sie längst ihr Herz vertraut.

 

Als sie in ihre Kammer   den Boten kommen sah,                      

Kriemhild die schöne   gar gütlich sprach sie da:

˝Nun sag mir liebe Märe,   so geb ich dir mein Gold,

Und thust dus ohne Trügen,   will ich dir immer bleiben hold.

 

˝Wie schied aus dem Streite   mein Bruder Gernot                    

Und meine andern Freunde?   Blieb uns nicht Mancher todt?

Wer that da das Beste?   das sollst du mir sagen˝

Da sprach der biedre Bote:   ˝Wir hatten nirgend einen Zagen.

 

˝Zuvorderst in dem Streite   ritt Niemand so wohl,                  

Hehre Königstochter,   wenn ich es sagen soll,

Als der edle Fremdling   aus dem Niederland:

Da wirkte große Wunder   des kühnen Siegfriedes Hand.

 

˝Was von den Recken allen   im Streit da geschehn,                  

Dankwart und Hagen   und des Königs ganzem Lehn,

Wie wehrlich sie auch stritten,   das war doch wie ein Wind

Nur gegen Siegfrieden,   König Siegmundens Kind.

 

˝Sie haben in dem Sturme   der Helden viel erschlagen;              

Doch möcht euch dieser Wunder   ein Ende Niemand sagen,

Die da Siegfried wirkte,   ritt er in den Streit.

Den Fraun an ihren Freunden   that er mächtiges Leid.

 

˝Auch muste vor ihm fallen   der Friedel mancher Braut.             

Seine Schläge schollen   auf Helmen also laut,

Daß sie aus Wunden brachten   das fließende Blut:

Er ist in allen Dingen   ein Ritter kühn und auch gut.

 

˝Da hat auch viel begangen   von Metz Herr Ortewein:                

Was er nur mocht erlangen   mit dem Schwerte sein,

Das fiel vor ihm verwundet   oder meistens todt.

Da schuf euer Bruder   die allergrößeste Noth,

 

˝Die jemals in Stürmen   mochte sein geschehn;                      

Man muß dem Auserwählten   die Wahrheit zugestehn.

Die stolzen Burgunden   bestanden so die Fahrt,

Daß sie vor allen Schanden   die Ehre haben bewahrt.

 

˝Man sah von ihren Händen   der Sättel viel geleert,                

Als so laut das Feld erhallte   von manchem lichten Schwert.

Die Recken vom Rheine   die ritten allezeit,

Daß ihre Feinde beßer   vermieden hätten den Streit.

 

˝Auch die kühnen Tronjer   schufen großes Leid,                     

Als mit Volkskräften   das Heer sich traf im Streit.

Da schlug so Manchen nieder  des kühnen Hagen Hand,

Es wäre viel zu sagen   davon in der Burgunden Land.

 

˝Sindold und Hunold   in Gernotens Heer                             

Und Rumold der kühne   schufen so viel Beschwer,

König Lüdger mag es   beklagen allezeit,

Daß er meine Herren   am Rhein berief in den Streit.

 

˝Kampf, den allerhöchsten,   der irgend da geschah,                 

Vom Ersten bis zum Letzten,   den Jemand nur sah,

Hat Siegfried gefochten   mit wehrlicher Hand:

Er bringt reiche Geisel   her in König Gunthers Land.

 

˝Die zwang mit seinen Kräften   der streitbare Held,                

Wovon der König Lüdegast   den Schaden nun behält

Und vom Sachsenlande   sein Bruder Lüdeger.

Nun hört meine Märe,   viel edle Königin hehr!

 

˝Gefangen hat sie beide   Siegfriedens Hand:                        

Nie so mancher Geisel   kam in dieses Land,

Als nun seine Kühnheit   bringt an den Rhein.˝

Ihr konnten diese Mären   nicht willkommener sein.

 

˝Man führt der Gesunden   fünfhundert oder mehr                     

Und der zum Sterben Wunden,   wißt, Königin hehr,

Wohl achtzig blutge Bahren   her in unser Land:

Die hat zumeist verhauen   des kühnen Siegfriedes Hand.

 

˝Die uns im Uebermuthe   widersagten hier am Rhein,                 

Die müßen nun Gefangene   König Gunthers sein;

Die bringt man mit Freuden   her in dieses Land.˝

Ihre lichte Farb erblühte,   als ihr die Märe ward bekannt.

 

Ihr schönes Antlitz wurde   vor Freuden rosenroth,                  

Da lebend war geschieden   aus so großer Noth

Der waidliche Recke,   Siegfried der junge Mann.

Sie war auch froh der Freunde   und that wohl weislich daran.

 

Die Schöne sprach: ˝Du machtest   mir frohe Mär bekannt:            

Ich laße dir zum Lohne   geben reich Gewand,

Und zehn Mark von Golde   heiß ich dir tragen.˝

Drum mag man solche Botschaft   reichen Frauen gerne sagen.

 

Man gab ihm zum Lohne   das Gold und auch das Kleid.                

Da trat an die Fenster   manche schöne Maid

Und schaute nach der Straße,   wo man reiten fand

Viel hochherzge Degen   in der Burgunden Land.

 

Da kamen die Gesunden,   der Wunden Schar auch kam:                 

Die mochten grüßen hören   von Freunden ohne Scham.

Der Wirth ritt seinen Gästen   entgegen hocherfreut:

Mit Freuden war beendet   all sein mächtiges Leid.

 

Da empfieng er wohl die Seinen,   die Fremden auch zugleich,        

Wie es nicht anders ziemte   dem Könige reich,

Als denen gütlich danken,   die da waren kommen,

Daß sie den Sieg mit Ehren   im Sturme hatten genommen.

 

Herr Gunther ließ sich Kunde   von seinen Freunden sagen,           

Wer ihm auf der Reise   zu Tode wär erschlagen,

Da hatt er nicht verloren   mehr als sechzig Mann;

Die muste man verschmerzen,   wie man noch Manchen gethan.

 

Da brachten die Gesunden   zerhauen manchen Rand                    

Und viel zerschlagener Helme   in König Gunthers Land.

Das Volk sprang von den Rossen   vor des Königs Saal;

Zu liebem Empfange   vernahm man fröhlichen Schall.

 

Da gab man Herbergen   den Recken in der Stadt.                     

Der König seine Gäste   wohl zu verpflegen bat;

Die Wunden ließ er hüten   und warten fleißiglich.

Wohl zeigte seine Milde   auch an seinen Feinden sich.

 

Er sprach zu Lüdegeren:   ˝Nun seid mir willkommen!                 

Ich bin zu großem Schaden   durch eure Schuld gekommen:

Der wird mir nun vergolten,   wenn ich das schaffen kann.

Gott lohne meinen Freunden:   sie haben wohl an mir gethan.˝

 

˝Wohl mögt ihr ihnen danken,˝   sprach da Lüdeger,                  

˝Solche hohe Geisel   gewann kein König mehr.

Um ritterlich Gewahrsam   bieten wir großes Gut

Und bitten, daß ihr gnädiglich   an euern Widersachern thut.˝

 

˝Ich will euch,˝ sprach er, ˝Beide   ledig laßen gehn;              

Nur daß meine Feinde   hier bei mir bestehn,

Dafür verlang ich Bürgschaft,   damit sie nicht mein Land

Räumen ohne Frieden.˝   Darauf boten sie die Hand.

 

Man brachte sie zur Ruhe,   wo man sie wohl verpflag.               

Und bald auf guten Betten   mancher Wunde lag.

Man schenkte den Gesunden   Meth und guten Wein;

Da konnte das Gesinde   nicht wohl fröhlicher sein.

 

Die zerhaunen Schilde   man zum Verschluße trug;                    

Blutgefärbter Sättel   sah man da genug.

Die ließ man verbergen,   so weinten nicht die Fraun.

Da waren reisemüde   viel gute Ritter zu schaun.

 

Seiner Gäste pflegen   hieß der König wohl;                         

Von Heimischen und Fremden   lag das Land ihm voll;

Er ließ die Fährlichwunden   gütlich verpflegen:

Wie hart war darnieder   nun ihr Uebermuth gelegen!

 

Die Arzneikunst wusten,   denen bot man reichen Sold,               

Silber ungewogen,   dazu das lichte Gold,

Wenn sie die Helden heilten   nach des Streites Noth.

Dazu viel große Gaben   der König seinen Gästen bot.

 

Wer wieder heimzureisen   sann in seinem Muth,                      

Den bat man noch zu bleiben,   wie man mit Freunden thut.

Der König gieng zu Rathe,   wie er lohne seinem Lehn:

Durch sie war sein Wille   nach allen Ehren geschehn.

 

Da sprach der König Gernot:   ˝Laßt sie jetzt hindann;              

Ueber sechs Wochen,   das kündigt ihnen an,

Sollten sie wiederkehren   zu einem Hofgelag:

Heil ist dann wohl Mancher,   der jetzt schwer verwundet lag.˝

 

Da bat auch um Urlaub   Siegfried von Niederland.                   

Als dem König Gunther   sein Wille ward bekannt,

Bat er ihn gar minniglich,   noch bei ihm zu bestehn;

Wenn nicht um seine Schwester,   so wär es nimmer geschehn.

 

Dazu war er zu mächtig,   daß man ihm böte Sold,                    

So sehr er es verdiente.   Der König war ihm hold

Und all seine Freunde,   die das mit angesehn,

Was da von seinen Händen   war im Streite geschehn.

 

Er dachte noch zu bleiben   um die schöne Maid;                     

Vielleicht, daß er sie sähe.   Das geschah auch nach der Zeit:

Wohl nach seinem Wunsche   ward sie ihm bekannt.

Dann ritt er reich an Freuden   heim in seines Vaters Land.

 

Der Wirth bat alle Tage   des Ritterspiels zu pflegen;              

Das that mit gutem Willen   mancher junge Degen.

Auch ließ er Sitz' errichten   vor Worms an dem Strand

Für Die da kommen sollten   in der Burgunden Land.

 

Nun hatt auch in den Tagen,   als sie sollten kommen,               

Kriemhild die schöne   die Märe wohl vernommen,

Er stell ein Hofgelage   mit lieben Freunden an.

Da dachten schöne Frauen   mit großem Fleiße daran,

 

Gewand und Band zu suchen, das sie wollten tragen.                  

Ute die reiche   vernahm die Märe sagen

Von den stolzen Recken,   die da sollten kommen:

Da wurden aus dem Einschlag   viele reiche Kleider genommen.

 

Ihrer Kinder halb bereiten   ließ sie Rock und Kleid,               

Womit sich da zierten   viel Fraun und manche Maid

Und viel der jungen Recken   aus Burgundenland.

Sie ließ auch manchem Fremden   bereiten herrlich Gewand.

Wie Gunther um Brunhild gen Isenland fuhr.

Wieder neue Märe   erhob sich über Rhein:                           

Man sagte sich, da wäre   manch schönes Mägdelein.

Sich eins davon zu werben   sann König Gunthers Muth.

Das dauchte seine Recken   und die Herren alle gut.

 

Es war eine Königin   geseßen über Meer,                            

Ihr zu vergleichen   war keine andre mehr.

Schön war sie aus der Maßen,   gar groß war ihre Kraft;

Sie schoß mit schnellen Degen   um ihre Minne den Schaft.

 

Den Stein warf sie ferne,   nach dem sie weithin sprang;            

Wer ihrer Minne gehrte,   der muste sonder Wank

Drei Spiel' ihr abgewinnen,   der Frauen wohlgeboren;

Gebrach es ihm an Einem,   so war das Haupt ihm verloren.

 

Die Königstochter hatte   das manchesmal gethan.                    

Das erfuhr am Rheine   ein Ritter wohlgethan.

Der seine Sinne wandte   auf das schöne Weib.

Drum musten bald viel Degen   verlieren Leben und Leib.

 

Als einst mit seinen Leuten   saß der König hehr,                   

Ward es von allen Seiten   berathen hin und her,

Welche ihr Herr sich sollte   zum Gemahl erschaun,

Die er zum Weibe wollte   und dem Land geziemte zur Fraun.

 

Da sprach der Vogt vom Rheine:  ˝Ich will an die See                

Hin zu Brunhilden,   wie es mir ergeh.

Um ihre Minne wag ich   Leben und Leib,

Die will ich verlieren,   gewinn ich nicht sie zum Weib.˝

 

˝Das möcht ich widerrathen,˝   sprach Siegfried wider ihn:          

˝So grimmiger Sitte   pflegt die Königin,

Um ihre Minne werben,   das kommt hoch zu stehn:

Drum mögt ihrs wohl entrathen,   auf diese Reise zu gehn.˝

 

Da sprach der König Gunther:   ˝Ein Weib ward noch nie              

So stark und kühn geboren,   im Streit wollt ich sie

Leichtlich überwinden   allein mit meiner Hand.˝

˝Schweigt,˝ sprach da Siegfried,   ˝sie ist euch noch unbekannt.

 

˝Und wären eurer viere,   die könnten nicht gedeihn                 

Vor ihrem grimmen Zorne:   drum laßt den Willen sein,

Das rath ich euch in Treuen:   entgeht ihr gern dem Tod,

So macht um ihre Minne   euch nicht vergebliche Noth.˝

 

˝Sei sie so stark sie wolle,   die Reise muß ergehn                 

Hin zu Brunhilden,   mag mir was will geschehn.

Ihrer hohen Schönheit willen   gewagt muß es sein:

Vielleicht daß Gott mir füget,   daß sie uns folgt an den Rhein.˝

 

˝So will ich euch rathen,˝   begann da Hagen,                       

˝Bittet Siegfrieden,   mit euch zu tragen

Die Last dieser Sorge;   das ist der beste Rath,

Weil er von Brunhilden   so gute Kunde doch hat.˝

 

Er sprach: ˝Viel edler Siegfried,   willst du mir Helfer sein       

Zu werben um die Schöne?   Thu nach der Bitte mein;

Und gewinn ich mir zur Trauten   das herrliche Weib,

So verwag ich deinetwillen   Ehre, Leben und Leib.˝

 

Zur Antwort gab ihm Siegfried,   König Siegmunds Sohn:              

˝Ich will es thun, versprichst du   die Schwester mir zum Lohn,

Kriemhild die schöne,   eine Königin hehr:

So begehr ich keines Dankes   nach meinen Arbeiten mehr.˝

 

˝Das gelob ich,˝ sprach Gunther,   ˝Siegfried, dir an die Hand.     

Und kommt die schöne Brunhild   hieher in dieses Land,

So will ich dir zum Weibe   meine Schwester geben:

So magst du mit der Schönen   immer in Freuden leben.˝

 

Des schwuren sich Eide   diese Recken hehr.                         

Da schuf es ihnen beiden   viel Müh und Beschwer,

Eh sie die Wohlgethane   brachten an den Rhein.

Es musten die Kühnen   darum in großen Sorgen sein.

 

Von wilden Gezwergen   hab ich hören sagen,                         

Daß sie in hohlen Bergen   wohnen und Schirme tragen,

Die heißen Tarnkappen,   von wunderbarer Art;

Wer sie am Leibe trage,   der sei gar wohl darin bewahrt

 

Vor Schlägen und vor Stichen;   ihn mög auch Niemand sehn,          

So lang er drin verweile;   hören doch und spähn

Mag er nach feinem Willen,   daß Niemand ihn erschaut;

Ihm wachsen auch die Kräfte,   wie uns die Märe vertraut.

 

Die Tarnkappe führte   Siegfried mit hindann,                       

Die der kühne Degen   mit Sorgen einst gewann

Von einem Gezwerge   mit Namen Alberich.

Da schickten sich zur Reise   Recken kühn und ritterlich.

 

Wenn der starke Siegfried   die Tarnkappe trug,                     

So gewann er drinnen   der Kräfte genug,

Zwölf Männer Stärke,   so wird uns gesagt.

Er erwarb mit großen Listen   diese herrliche Magd.

 

Auch war so beschaffen   die Nebelkappe gut,                        

Ein Jeder mochte drinnen   thun nach seinem Muth,

Was er immer wollte,   daß ihn doch Niemand sah.

Damit gewann er Brunhild,   durch die ihm bald viel Leid geschah.

 

˝Nun sage mir, Siegfried,   eh unsre Fahrt gescheh,                 

Wie wir mit vollen Ehren   kommen über See?

Sollen wir Ritter führen   in Brunhildens Land?

Dreißigtausend Degen   die werden eilends besandt.˝

 

˝Wie viel wir Volkes führten,˝   sprach Siegfried wider ihn,        

˝So grimmiger Sitte   pflegt die Königin,

Das müste doch ersterben   vor ihrem Uebermuth.

Ich will euch beßer rathen,   Degen ihr kühn und gut.

 

˝In Reckenweise fahren   laßt uns zu Thal den Rhein.                

Die will ich euch nennen,   die das sollen sein:

Zu uns zwein noch zweie   und Niemand anders mehr,

Daß wir die Frau erwerben,   was auch geschehe nachher.

 

˝Der Gesellen bin ich einer,   du sollst der andre sein,            

Und Hagen sei der dritte:   wir mögen wohl gedeihn;

Der vierte das sei Dankwart,   dieser kühne Mann.

Es dürfen Andrer tausend   zum Streite nimmer uns nahn.˝

 

˝Die Märe wüst ich gerne,˝   der König sprach da so,                

˝Eh wir von hinnen führen,   des wär ich herzlich froh,

Was wir für Kleider sollten   vor Brunhilden tragen,

Die uns geziemen möchten:   Siegfried, das sollst du mir sagen.˝

 

˝Gewand das allerbeste,   das man irgend fand,                      

Trägt man zu allen Zeiten   in Brunhildens Land:

Drum laß uns reiche Kleider   vor der Frauen tragen,

Daß wirs nicht Schande haben,   hört man künftig von uns sagen.˝

 

Da sprach der gute Degen:   ˝So will ich selber gehn                

Zu meiner lieben Mutter,   ob es nicht mag geschehn,

Daß ihre schönen Mägde   uns schaffen solch Gewand,

Das wir mit Ehren tragen   in der hehren Jungfrau Land.˝

 

Da Sprach von Tronje Hagen   mit herrlichen Sitten:                 

˝Was wollt ihr eure Mutter   um solche Dienste bitten?

Laßt eure Schwester hören   euern Sinn und Muth:

Die ist so kunstreich,   unsre Kleider werden gut.˝

 

Da entbot er seiner Schwester,   er wünsche sie zu sehn             

Und auch der Degen Siegfried.   Eh sie das ließ geschehn,

Da hatte sich die Schöne   geschmückt mit reichem Kleid.

Daß die Herren kamen,   schuf ihr wenig Herzeleid.

 

Da war auch ihr Gesinde   geziert nach seinem Stand.                

Die Fürsten kamen beide;   als sie das befand,

Erhob sie sich vom Sitze:   wie höfisch sie da gieng,

Als sie den edeln Fremdling   und ihren Bruder empfieng!

 

˝Willkommen sei mein Bruder   und der Geselle sein.                 

Nun möcht ich gerne wissen,˝   Sprach das Mägdelein,

˝Was euch Herrn geliebe,   daß ihr zu Hofe kommt:

Laßt mich doch hören,   was euch edeln Recken frommt.˝

 

Da sprach König Gunther:   ˝Frau, ich wills euch sagen.             

Wir müßen große Sorge   bei hohem Muthe tragen:

Wir wollen werben reiten   fern in fremdes Land

Und hätten zu der Reise   gerne zierlich Gewand.˝

 

˝Nun sitzt, lieber Bruder,˝   sprach das Königskind,                

˝Und laßt mich erst erfahren,   Wer die Frauen sind,

Die ihr begehrt zu minnen   in fremder Könge Land.˝

Die Auserwählten beide   nahm das Mägdlein bei der Hand:

 

Hin gieng sie mit den Beiden,   wo sie geseßen war                  

Auf prächtgen Ruhebetten,   das glaubt mir fürwahr,

Mit eingewirkten Bildern,   in Gold wohl erhaben.

Sie mochten bei der Frauen   gute Kurzweile haben.

 

Freundliche Blicke   und gütliches Sehn,                            

Des mochte von den Beiden   da wohl viel geschehn.

Er trug sie in dem Herzen,   sie war ihm wie sein Leben.

Er erwarb mit großem Dienste,   daß sie ihm ward zu Weib gegeben.

 

Da sprach der edle König:   ˝Viel liebe Schwester mein,             

Ohne deine Hülfe   kann es nimmer sein.

Wir wollen abenteuern   in Brunhildens Land;

Da müßen wir vor Frauen   tragen herrlich Gewand.˝

 

Da sprach die Königstochter:   ˝Viel lieber Bruder mein,            

Kann euch an meiner Hülfe   dabei gelegen sein,

So sollt ihr inne werden,   ich bin dazu bereit;

Versagte sie ein Andrer euch,   das wäre Kriemhilden leid.

 

˝Ihr sollt mich, edler Ritter,   nicht in Sorgen bitten,            

Ihr sollt nur gebieten   mit herrlichen Sitten:

Was euch gefallen möge,   dazu bin ich bereit

Und thus mit gutem Willen,˝   sprach die wonnigliche Maid.

 

˝Wir wollen, liebe Schwester,   tragen gut Gewand:                  

Das soll bereiten helfen   eure weiße Hand.

Laßt eure Mägdlein sorgen,   daß es uns herrlich steht,

Da man uns diese Reise   doch vergebens widerräth.˝

 

Da begann die Jungfrau:   ˝Nun hört, was ich sage,                  

Wir haben selber Seide:   befehlt, daß man uns trage

Gestein auf den Schilden,   so schaffen wir das Kleid,

Das ihr mit Ehren traget   vor der herrlichen Maid.˝

 

˝Wer sind die Gesellen,˝   sprach die Königin,                      

˝Die mit euch gekleidet   zu Hofe sollen ziehn?˝

˝Das bin ich selbvierter;   noch Zwei aus meinem Lehn,

Dankwart und Hagen,   sollen mit uns zu Hofe gehn.

 

˝Nun merkt, liebe Schwester,   wohl, was wir euch sagen:            

Sorgt, daß wir vier Gesellen   zu vier Tagen tragen

Je der Kleider dreierlei   und also gut Gewand,

Daß wir ohne Schande   räumen Brunhildens Land.˝

 

Das gelobte sie den Recken;   die Herren schieden hin.              

Da berief der Jungfraun   Kriemhild die Königin

Aus ihrer Kemenate   dreißig Mägdelein,

Die gar sinnreich mochten   zu solcher Kunstübung sein.

 

In arabische Seide,   so weiß als der Schnee,                       

Und gute Zazamanker,   so grün als der Klee,

Legten sie Gesteine:   das gab ein gut Gewand;

Kriemhild die schöne   schnitts mit eigener Hand.

 

Von seltner Fische Häuten   Bezüge wohlgethan,                      

Zu schauen fremd den Leuten,   so viel man nur gewann,

Bedeckten sie mit Seide:   darein ward Gold getragen:

Man mochte große Wunder   von den lichten Kleidern sagen.

 

Aus dem Land Marocco   und auch von Libya                           

Der allerbesten Seide,   die man jemals sah

Königskinder tragen,   der hatten sie genug.

Wohl ließ sie Kriemhild schauen,   wie sie Liebe für sie trug.

 

Da sie so theure Kleider   begehrt zu ihrer Fahrt,                  

Hermelinfelle   wurden nicht gespart,

Darauf von Kohlenschwärze   mancher Flecken lag:

Das trügen schnelle Helden   noch gern bei einem Hofgelag.

 

Aus arabischem Golde   glänzte mancher Stein;                       

Der Frauen Unmuße   war nicht zu klein.

Sie schufen die Gewände   in sieben Wochen Zeit;

Da war auch ihr Gewaffen   den guten Degen bereit.

 

Als sie gerüstet standen,   sah man auf dem Rhein                   

Fleißiglich gezimmert   ein starkes Schiffelein,

Das sie da tragen sollte   hernieder an die See.

Den edeln Jungfrauen   war von Arbeiten weh.

 

Da sagte man den Recken,   es sei für sie zur Hand,                 

Das sie tragen sollten,   das zierliche Gewand.

Was sie erbeten hatten,   das war nun geschehn;

Da wollten sie nicht länger   mehr am Rheine bestehn.

 

Zu den Heergesellen   ein Bote ward gesandt,                        

Ob sie schauen wollten   ihr neues Gewand,

Ob es den Helden wäre   zu kurz oder lang.

Es war von rechtem Maße;   des sagten sie den Frauen Dank.

 

Vor wen sie immer kamen,   die musten all gestehn,                  

Sie hätten nie auf Erden   schöner Gewand gesehn.

Drum mochten sie es gerne   da zu Hofe tragen;

Von beßerm Ritterstaate   wuste Niemand mehr zu sagen.

 

Den edeln Maiden wurde   höchlich Dank gesagt.                      

Da baten um Urlaub   die Recken unverzagt;

In ritterlichen Züchten   thaten die Herren das.

Da wurden lichte Augen   getrübt von Weinen und naß.

 

Sie sprach: ˝Viel lieber Bruder,   ihr bliebet beßer hier           

Und würbt andre Frauen:   klüger schien' es mir,

Wo ihr nicht wagen müstet   Leben und Leib.

Ihr fändet in der Nähe   wohl ein so hochgeboren Weib.˝

 

Sie ahnten wohl im Herzen   ihr künftig Ungemach.                   

Sie musten alle weinen,   was da auch Einer sprach.

Das Gold vor ihren Brüsten   ward von Thränen fahl;

Die fielen ihnen dichte   von den Augen zuthal.

 

Da sprach sie: ˝Herr Siegfried,   laßt euch befohlen sein           

Auf Treu und auf Gnade   den lieben Bruder mein,

Daß ihn nichts gefährde   in Brunhildens Land.˝

Das versprach der Kühne   Frau Kriemhilden in die Hand.

 

Da sprach der edle Degen:   ˝So lang mein Leben währt,              

So bleibt von allen Sorgen,   Herrin, unbeschwert;

Ich bring ihn euch geborgen   wieder an den Rhein.

Das glaubt bei Leib und Leben.˝   Da dankt' ihm schön das Mägdelein.

 

Die goldrothen Schilde   trug man an den Strand                     

Und schaffte zu dem Schiffe   all ihr Rüstgewand;

Ihre Rosse ließ man bringen:   sie wollten nun hindann.

Wie da von schönen Frauen   so großes Weinen begann!

 

Da stellte sich ins Fenster   manch minnigliches Kind.              

Das Schiff mit seinem Segel   ergriff ein hoher Wind.

Die stolzen Heergesellen   saßen auf dem Rhein;

Da sprach der König Gunther:   ˝Wer soll nun Schiffmeister sein?˝

 

˝Das will ich,˝ sprach Siegfried:   ˝ich kann euch auf der Flut     

Wohl von hinnen führen,   das wißt, Helden gut;

Die rechten Wasserstraßen   sind mir wohl bekannt.˝

So schieden sie mit Freuden   aus der Burgunden Land.

 

Eine Ruderstange   Siegfried ergriff;                               

Vom Gestade schob er   kräftig das Schiff.

Gunther der kühne   ein Ruder selber nahm.

Da huben sich vom Lande   die schnellen Ritter lobesam.

 

Sie führten reichlich Speise,   dazu guten Wein,                    

Den besten, den sie finden   mochten um den Rhein.

Ihre Rosse standen   still in guter Ruh;

Das Schiff gieng so eben,   kein Ungemach stieß ihnen zu.

 

Ihre starken Segelseile   streckte die Luft mit Macht;              

Sie fuhren zwanzig Meilen,   eh niedersank die Nacht,

Mit günstigem Winde   nieder nach der See;

Ihr starkes Arbeiten   that noch schönen Frauen weh.

 

An dem zwölften Morgen,   wie wir hören sagen,                      

Da hatten sie die Winde   weit hinweggetragen

Nach Isenstein der Veste   in Brunhildens Land,

Das ihrer Keinem   außer Siegfried bekannt.

 

Als der König Gunther   so viel der Burgen sah                      

Und auch der weiten Marken,   wie bald sprach er da:

˝Nun sagt mir, Freund Siegfried,   ist euch das bekannt?

Wem sind diese Burgen   und wem das herrliche Land?

 

˝Ich hab all mein Leben,   das muß ich wohl gestehn,                

So wohlgebauter Burgen   nie so viel gesehn

Irgend in den Landen,   als wir hier ersahn;

Der sie erbauen konnte,   war wohl ein mächtiger Mann.˝

 

Zur Antwort gab ihm Siegfried:   ˝Das ist mir wohlbekannt;          

Brunhilden sind sie,   die Burgen wie das Land

Und Isenstein die Veste,   glaubt mir fürwahr:

Da mögt ihr heute schauen   schöner Frauen große Schar.

 

˝Ich will euch Helden rathen:   seid all von einem Muth             

Und sprecht in gleichem Sinne,   so dünkt es mich gut.

Denn wenn wir heute   vor Brunhilden gehn,

So müßen wir in Sorgen   vor der Königstochter stehn.

 

˝Wenn wir die Minnigliche   bei ihren Leuten sehn,                  

Sollt ihr erlauchte Helden   nur Einer Rede stehn:

Gunther sei mein Lehnsherr   und ich ihm unterthan;

So wird ihm sein Verlangen   nach seinem Wunsche gethan.˝

 

Sie waren all willfährig   zu thun, wie er sie hieß:                

In seinem Uebermuthe   es auch nicht Einer ließ.

Sie sprachen, wie er wollte;   wohl frommt' es ihnen da,

Als der König Gunther   die schöne Brunhild ersah.

 

˝Wohl thu ichs nicht so gerne   dir zu lieb allein,                 

Als um deine Schwester,   das schöne Mägdelein.

Die ist mir wie die Seele   und wie mein eigner Leib;

Ich will es gern verdienen,   daß sie werde mein Weib.˝

Wstęp

Początek i powstanie epopei, której przekład podajemy, pokrywa tajemnica. W r. 1757 wydał profesor Bodmer w Zurychu z starego rękopisu drugą część niniejszego poematu pod tytułem: Zemsta Krymhildy, a Myller, profesor w Berlinie, wydrukował w r. 1782 cały poemat, korzystając z rękopisu przez Bodmera użytego (zwanego rękopisem A), a znajdującego się podówczas w bibliotece zamku Höhenems koło Bregencji (obecnie zaś w Monachium) i innego (C), również w Höhenems przechowanego, który dzisiaj należy do biblioteki książęcej w Donaueschingen. Oprócz tych dwóch rękopisów, odkryto prawie równocześnie i trzeci (B), a odnalazł go Beda, opat klasztoru w St. Gallen w r. 1773. Od tego czasu udało się wykryć jeszcze kilkanaście innych rękopisów, pochodzących z różnych okresów wieków średnich, lecz te manuskrypta okazały się w przeważnej części odpisami lub fragmentami poprzednich, albo też częściowemi przeróbkami.

Mnogość znalezionych rękopisów świadczy o wielkiej popularności poematu, a dalszem jej świadectwem jest wielka ilość opracowań późniejszych, dodatków, dalszych ciągów.

Jednak ponowne wydobycie zapomnianej epopei w drugiej połowie XVIII wieku wcale niewielkie wywarło na współczesnych wrażenie. Znakomici poeci i pisarze tego okresu zachowali się nader obojętnie wobec tego zabytku czasów mało zbadanych, mało znanych; dla ludzi wieku, który zwał się z dumą wiekiem oświecenia, dźwięk barbarzyńskiego języka, pochodzący z okresu historii, na który z lekceważeniem spoglądano, wydał się obcym, może nawet przykrym.

W bibliotece w Zurychu leży pod szkłem oryginał listu króla pruskiego Fryderyka II z dnia 22 lutego 1784 r., w którym król, odpowiadając po dwóch latach na dedykację Myllera, zarzuca mu, iż zbyt korzystnie wyraża się o nędzocie, której on nie cierpiałby w swej bibliotece, która ani jednego naboju prochu nie warta. Szorstki ten sąd króla, zamiłowanego w współczesnej francuskiej literaturze, był może wyrazem ogólnego zapatrywania chwili ówczesnej.

Lecz w krótkim czasie zmienił się sąd ogółu.

Zwrot ku romantyczności, rozlubowanie się w poezji ludowej, zaciekanie się w dziejach wieków średnich, odkrycie całych skarbów poezji z zamierzchłej epoki, bo z XII i XIII wieku pochodzącej, studia nad historią niemieckiego języka, zapewniły wkrótce poematowi o losach Nibelungów ogromną popularność, a w czasach nowszych cały szereg pierwszorzędnych uczonych oddaje się studiom nad językiem, formą, pochodzeniem tej epopei. Wzbogacono dzisiaj język wielu zapożyczonemi z niej wyrażeniami i zwrotami, przyjęto w wielu poematach formę zwrotki epopei o Nibelungach, budowę jej zbadano bliżej i dokładniej, a rezultatem tych prac krytycznych jest ogólne uznanie, iż poemat Niedola Nibelungów jest jednym z najcenniejszych zabytków poezji i że mu w literaturze powszechnej należy się jedno z miejsc najprzedniejszych.

Co się tyczy powstania poematu, toczy się od wielu już lat walka pomiędzy uczonymi. Podczas gdy jedni twierdzą, że powstał on przez zebranie pieśni ludowych, przez proste zestawienie i porządkowanie wedle naturalnego porządku wydarzeń i wtrącenie kilku zwrotek tam, gdzie pieśni te bezpośrednio się nie łączyły (tego zdania bronił K. Lachmann), dowodzą inni (W. Grimm, A. Holtzmann, Zarnke, K. Bartsch), że jedność planu i układu, ekonomia w traktowaniu materiału, harmonia w budowie poematu, a nareszcie jednolitość języka, budowy zdania, formy poetycznej itd. - może być tylko rezultatem pracy jednego człowieka, który na podstawie podań i pieśni ludowych, lecz samodzielnie je odtwarzając, napisał tę epopeję. Jest to walka taka sama, jaka toczyła się i toczy około wielkich greckich epopei, Iliady i Odysei, i około osoby Homera.

Najskrzętniejsi może z tych badaczy, Fr. Pfeiffer i K. Bartsch, doszli na podstawie wszechstronnych poszukiwań do wniosku, iż twórcą poematu o Nibelungach nie może być nikt inny, jak rycerz Kürenberger z Górnej Austrii, żyjący około połowy XII wieku - a hipoteza ta szeroko się przyjęła. Przypuszczają dalej na podstawie badań językowych i porównania współczesnych zabytków poezji, iż poemat spisany został około r. 1140, że przerobił go inny poeta około r. 1170 (rękopisy A i B), a później jeszcze wprowadził inny przerabiacz (rękopis C) pewne zmiany, w rymowaniu szczególniej, stosownie do zmian, które zaszły w języku, i do ściślejszych wymagań pod względem formy, które były wynikiem rozbudzonej poetycznej produkcji i wydoskonalenia zewnętrznej poetycznej szaty.

Wedle tej hipotezy, nie posiadamy więc poematu o Nibelungach w pierwotnej formie, lecz jedynie w opracowaniach tu wymienionych i innych późniejszych, które jednak z małemi zmianami podaje tekst rękopisów B i C. - Pierwotny tytuł: Der Nibelunge Nôt (Niedola Nibelungów) zmienił przerabiacz C na ogólniejszy: Pieśń o Nibelungach (Der Niebelunge liet), gdyż tamten wydawał się mu jedynie dla drugiej części stosownym.

Poemat cały spisany jest w formie dla epopei nie bardzo korzystnej, tj. w zwrotkach czterowierszowych o rymie męskim. Wiersz każdy rozpada się na dwie połowy, z których pierwsza ma cztery, druga zaś trzy akcentowane zgłoski; tylko druga połowa czwartego wiersza ma ich również cztery. Między akcentowanemi znajdują się także nieakcentowane zgłoski, jedna, dwie, nawet trzy lub żadna. Wiersz liczy zwykle 15-16 zgłosek. Zwrotka tego rodzaju, używana w lirycznej poezji średniowiecznej (właśnie w pozostałych kilku pieśniach Kürenbergera) z małą zmianą wprowadzona i do nowej (np. w poezjach Uhlanda), ma w zastosowaniu do poezji epickiej tę niedogodność, iż jako zamknięta w sobie całość, zmusza poetę do zamknięcia myśli w małych, równomiernych okresach. Gdy treść jest zbyt obszerną i obfitą, musi poeta przenieść ją i do następnej zwrotki, nie kończąc zdania z końcem czwartego wiersza; jeżeli zaś nie starczy myśli na wypełnienie czterech długich wierszy, rozwadnia ją, rozwija nad potrzebę lub wypełnia wiersz czwarty zdaniem wtrąconem, które zwykle jest zapowiedzią tego, co ma w przyszłości nastąpić, - subiektywnem zdaniem, przerywającym tok naturalny obiektywnego opowiadania. Tych niedostatków nie uniknęli i inni epicy, którzy dla swych poematów wybrali formę zwrotki zamiast ciągłego opowiadania, jak Tasso i Ariosto, podczas gdy epopeje greckie, starofrancuskie, nasz Pan Tadeusz i inne, nie krępując się ścisłą formą zwrotki, mogą utrzymać jednostajny ton i tok naturalny opowiadania, nie wysuwając co chwila osobistości poety. W moim przekładzie zachowałem dokładnie podział zwrotek, zamykając w zwrotce polskiej zawsze myśl zwrotki oryginalnej; znajdzie też w nim czytelnik ślad tych wstawek i zdań wsuniętych, które są charakterystyczną cechą poematu. Wiersz obrałem trzynastozgłoskowy, jako najbardziej zbliżony do wiersza oryginału, a w naszej poezji powszechnie przyjęty; rym męski, niezmiernie trudny i nienaturalny w języku polskim i w poemacie tych rozmiarów, zastąpiłem rymem żeńskim.

 

_________________________

 

Tło historyczne poematu nie jest jednolite. Wielkie przewroty i zmiany, które stanowią przełom między dziejami starożytnemi a wiekami średnimi, zmiana rozsiedlenia ludów prawie w całej Europie, wielkie pochody i wyprawy, napady, wędrówki ludów, - oto tło i motyw akcji. Ale dla poety dwunastego wieku nie rozścielał się jeszcze tok wydarzeń na szereg kilku stuleci, nie miał on przed sobą obrazu jasnego tych pochodów, wstrząśnień, przewrotów, miał tylko fantastyczny obraz nadzwyczajnych wypadków, zgrupowany w wyobraźni ludu około kilku wybitnych nazwisk, kilku nadzwyczajnych postaci. Podanie ludowe łączyło w jednę całość dawne mityczne tradycje, sięgające czasów przedhistorycznych, z postaciami historycznemi, które w tem towarzystwie wyrastały na półbogów; wyobraźnia szukała związku między wydarzeniami, dorabiała go, biorąc wątek z klechd i podań, a z czasem urastała z tego całość, dziwna mieszanina historii, mitologii i fantazji. Anachronizm, dzisiaj jaskrawy dla nas i nienaturalny, nie raził i nie mógł razić wcale w czasach, w których nie rozgmatwano jeszcze kłębka wydarzeń; naiwna poezja ludu zestawiała z sobą wypadki i postacie o kilka wieków od siebie odległe. Attyla (Ecel) i Bleda (Bledelin) są w niniejszym poemacie współczesnymi Teodoryka, króla wschodnich Gotów, który żył później o jedno pokolenie, obok nich staje biskup Pilgrym z Passowy, żyjący w X wieku, wpleciony tu już zapewne nie przez podanie, ale przez autora, - zaś z temi historycznemi postaciami łączą się postacie mityczne, których ślad odnajdujemy w mitologii skandynawskiej, mianowicie w dawniejszym, prozaicznym zbiorze podań, Eddzie starszej, osnutej na tle dawnych pieśni. Temi postaciami są: Zygfryd, bohater frankoński, Brunehilda, królowa Islandii (w dawniejszych pieśniach Walkyra), królowie burgundzcy, Hagen, Krymhilda.

Wszystkie te postacie zżyły się w wyobraźni ludu, zmieszane z sobą w jednę całość, były przedmiotem podań i pieśni, a poeta czerpał z nich swobodnie, - wiedząc, iż zrozumie go naród, chociaż nie dopowie, nie dośpiewa mu wszystkiego. Treść nie była jego własnością, ale jedynie sposób opracowania. Stąd też znajdujemy dzisiaj w poemacie o Nibelungach kilka rzeczy, kilka wypadków, z których nie możemy zdać sobie sprawy, jeżeli nie zaglądniemy do innych źródeł, które mogą zagadkę rozwiązać.

Taką zagadką jest dla nas naprzód sama nazwa Nibelungów. Nibelungami zowią się książęta i rycerze, zamieszkujący kraj obszerny i strzegący skarbu w jaskini. Nibelungiem staje się frankoński Zygfryd, gdy zabił książąt Szilbunga i Nibelunga i posiadł ich skarb. Nibelungami nareszcie nazywa poeta Burgundów, gdy zabili Zygfryda i skarb sobie przywłaszczyli, a potem zatopili w Renie. - Drugą zagadką jest dawniejszy stosunek Brunehildy do Zygfryda, widoczny z zwrotek części VI - jej niechęć ku niemu, a nareszcie straszna nienawiść, która się staje przyczyną śmierci bohatera. Trzecim tajemniczym punktem jest narzekanie Krymhildy i jej dopytywanie się o skarb, który ją więcej zajmuje niż zemsta za męża.

Te zagadki rozwiąże nam przytoczenie następującego streszczenia podań o Zygfrydzie, zawartych w Eddzie (Volsunga Saga).

Sigurd (w poemacie Zygfryd), syn Zygmunta, wychowuje się u mądrego i zręcznego kowala, Reigina i wyrasta na dzielnego, bohaterskiego młodzieńca. Reigin, któremu niegdyś brat Fafnir wydarł był dziedzictwo ojcowskie, namawia Sigurda do zabicia Fafnira. Z mieczem, zwanym Gram, w dłoni i na koniu Grane, przez Odina darowanym, wyrusza młodzian przeciw Fafnirowi, który w postaci smoka strzeże niezmiernego skarbu, zwanego skarbem Nibelungów. Trzej bogowie Odin, Loki i Hönir wydobyli niegdyś skarb z głębi (Niflheim - głębina, kraj mgły, kraj umarłych; mieszkańcy tegoż - niflungar, Nibelungi), lecz musieli go oddać Hreidmarowi, ojcu Reigina i Fafnira, za zabicie trzeciego syna Ottera (wydry), rzucając nań przekleństwo, iż to złoto każdemu, kto je posiędzie, śmierć przyniesie. Pierwszego posiadacza tego skarbu na ziemi, ojca swego, zabili Reigin i Fafnir z chciwości. Sigurd zabija drugiego posiadacza, Fafnira, pije krew serdeczną smoka i rozumie nagle mowę ptaków, które mu radzą, ażeby zabił Reigina, gdyż ten czyha na jego życie. Ścina więc głowę Reiginowi, skarb ładuje do dwóch skrzyń i przywiązuje do konia. Powracając napotyka w drodze zamek, otoczony płomieniem; przejeżdża przez płomień i znajduje w zamku uśpionego wojownika, zdejmuje mu hełm i poznaje, że to kobieta w zbroi. Zbudzona opowiada mu, że jest dziewicą walk, Walkyrą Brynhildą (Brunehilda w poemacie), którą Odin zakłuł cierniem i w sen pogrążył za to, iż w walce, wbrew jego woli, śmierć na pewnego rycerza zesłała. Odtąd nie ma już walczyć, lecz ma poślubić rycerza, który nie zna trwogi. Wkrótce łączy się Sigurd z Brynhildą przysięgą wiecznej miłości i wierności. - Po niejakim czasie udał się Sigurd z skarbem do pewnego króla nad Renem i zawarł przyjaźń z jego trzema synami (w podaniu Gunnar, Högni i Guthorm, w poemacie Gunter, Gernot, Gizelher i ich rycerz Hagen). Siostrę ich Gudrunę (w poemacie Krymhilda) trapią sny złowrogie, matka jej radzi, by Zygfrydowi podała napój zapomnienia, - Zygfryd wychyla róg tego płynu, zapomina przysiąg, które go łączą z Brynhildą i żeni się z Gudruną, Gunnar zaś, najstarszy z jej braci, chce pojąć Brynhildę za małżonkę; Sigurd, przybrawszy postać Gunnara przeskakuje przez płomień około zamku i w jego imieniu bierze Brynhildę za żonę. Podczas wesela Gunnara z Brynhildą, budzi się w Zygfrydzie wspomnienie dawnych przysiąg, jednak milczy.

Pewnego dnia idzie Gudruna z Brynhildą do Renn, by obmyć sobie włosy. Tam rozpoczyna się spór o wartość i godność małżonków, a w sprzeczce powiada Gudruna, że Sigurd za Gunnara przez ogień przejechał i pojął Brynhildę za żonę. Brynhilda myśli o zemście, żąda od męża i krewnych, by zabili Sigurda. Zrazu opierają się, lecz przystają wreszcie na jej usilne żądanie; Guthorm ma zamach wykonać. Dwa razy odstraszyły go błyszczące oczy Sigurda; za trzecim razem, gdy go znalazł we śnie, zabija go u boku Gudruny. Z narzekań wdowy śmieje się Brynhilda. - Gudruna siedzi w smutku nad zwłokami Sigurda, lecz Brynhilda, ukarawszy wiarołomnego kochanka, nie pragnie niczego więcej w życiu i zabija się.

Wkrótce potem wychodzi Gudruna powtórnie za mąż. Małżonkiem jej jest Atli (w podaniu brat Brynhildy, w poemacie Attyla, Ecel, król Hunów). Pragnie on posiąść skarb Zygfryda, który został w poddaniu braci jego żony; zaprasza ich przeto zdradziecko na swój dwór. Gudruna nadaremnie ostrzega ich pismem runicznem, które dała posłom. Bracia przyjeżdżają; gdy Atli żąda skarbu, chwytają za broń, lecz w walce giną wszyscy. Mszcząc się za śmierć braci, zabija Gudruna swoje i Atlego dzieci i małżonka swego, podpala zamek, a sama rzuca się w morze.

Oto zarys zdarzeń, jak je podanie opowiada. Wyjaśnia się stąd najprzód znaczenie skarbu. Złoto budzi niepomierną żądzę ludzi i przynosi zgubę temu, kto je posiada; złoto jest przekleństwem, przez nie ginie Hreidmar, Fafnir, Reigin, Sigurd, bracia Gudruny i Atli; kto skarb posiędzie, staje się Nibelungiem, mieszkańcem Niflheimu, poświęconym śmierci. Dlatego nazwisko to przechodzi na każdego posiadacza skarbu. Twórca poematu Niedola Nibelungów przenosi też tę nazwę z jednych osób na drugie, ale nie tłumaczy powodu, bo tłumaczyć go nie potrzebował, skoro każdy z jego słuchaczy świadom był właściwego związku.

Również dawniejszy stosunek Brunehildy do Zygfryda, niejasny w poemacie, dopiero z tego podania wysnuwa się jasno i tłumaczy bieg wypadków. Nie jest on epizodem tylko, ale integralną częścią i motywem akcji, chociaż poeta usunął wiarołomstwo z ram swego opowiadania, nie chcąc obniżać moralnej wartości bohatera i zaćmiewać jasnej jego postaci.

Demoniczne rysy Sigurda zatarły się w poemacie z małym wyjątkiem. Mit o Sigurdzie i Brynhildzie jest tylko fantastycznem rozszerzeniem i uplastycznieniem kilku ważnych myśli i pojęć z starogermańskiego kultu natury; Sigurd jest niejako uczłowieczeniem mitologicznych postaci Baldera, Freyra, a nawet po części Odina; lecz w poemacie ślad boskiego jego początku pozostał tylko w nadzwyczajnej sile, w przymiocie, iż ciała jego miecz przeciąć nie zdoła, i w posiadaniu cudownego płaszcza. Zresztą jest to piękna postać rycerska, a pobudki jego działania leżą nie w demonizmie, lecz w człowieczej naturze. W ogóle poemat odrzuca z podania prawie wszystko, co wybiega nad miarę natury ludzkiej pojętej szeroko; fantastyczny żywioł, trudny do zrozumienia dla ludzi innych pojęć zastępuje pierwiastkiem etycznym, a zachowując bezwiednie prawie główną myśl podania o przekleństwie ciążącem na złocie, wysuwa naprzód myśl inną, na gruncie feudalnego rycerstwa wyrosłą, tj. pojęcie wierności i kolizje wynikające z tego obowiązku. Wierność względem pana lennego, względem przyjaciół, gości, małżonka, wierność posunięta do ostateczności, oto myśl przewodnia poematu. Okazuje się to w postaciach, które poeta sam wprowadził, szczególnie w pięknej postaci margrabiego Rydigera z Bechlarn (XXXVII), która jest własną kreacją autora, w Krymhildzie, Hagenie, Volkerze i innych.

Prócz tych zmian zasadniczych wprowadził poeta także wiele innych, zastosowanych do ducha epoki, w której pisał. Poeci i artyści średniowieczni nie starali się wcale o zachowanie kolorytu właściwego czasowi i miejscu, które przedstawiali; anachronizm chronologiczny nie raził ich, równie jak anachronizm w stopniu cywilizacji. Jak przedtem (w IX wieku) twórca poematu Heliand (Zbawiciel) nadaje Chrystusowi znamiona dobrego, lecz potężnego niemieckiego króla, a Izraelitom w Palestynie bez walania każe zachowywać niemiecki obyczaj i sposób życia, jak później Łukasz Cranach postacie ewangeliczne przedstawia na swych obrazach w szatach swego czasu i kraju, - tak i twórca Pieśni o Nibelungach nie widzi w tem żadnej sprzeczności, iż Zygfryd, Brunehilda, królowie burgundzcy, Rydygier, Dytrych są chrześcijanami, pełniącymi pilnie przepisy kościelne. Tylko Ecel (Attyla) jest poganinem, ale szanującym chrześcijaństwo, pełnym tolerancji i wyrozumiałości religijnej; pozwala on nawet ochrzcić swego syna, urodzonego z matki chrześcijanki. Wprawdzie spod pokostu cywilizacji chrześcijańskiej wygląda czasami i wybucha pierwotna dzika natura, wprawdzie zabytki zabobonów i dawnych wierzeń i przesądów widać obok naiwnej, dziecięcej wiary, ale o ile to z jednej strony jest naturalne i usprawiedliwione w społeczeństwie niedawno nawróconem, o tyle z drugiej strony uznać w tem należy nie zamiar poety, lecz mimowolnie przejęte rysy dawniejszych podań. Okres wojen krzyżowych, a do drugiej części poematu walki toczone w kraju dawniej przez Hunów, a w czasie powstania poematu przez Węgrów zamieszkanym, wywarły też wpływ znaczny na koloryt epopei.

Z tem wszystkiem, mimo różnorodności żywiołów, sprzężonych tu i związanych fantastycznie, mimo rozmaitości treści, wziętej z podań, opowiadań, własnego doświadczenia poety i z jego wyobrażeń, poemat ten sprawia wrażenie jednolitej całości, a zasługa w tem twórcy, który objął myślą i w logiczny ciąg zdarzeń przelał mozaikę ludowych pieśni. Budowa tej epopei dowodzi, iż czasy owe miały trafne poczucie artystycznej całości i perspektywy, nieświadome zapewnie, a tkwiące w pojęciu poetycznego tworzenia. Stosunek epizodów do głównego wątku opowiadania, harmonijny rozkład treści, grupowanie osób i wypadków, okazują genialną poetyczną naturę, a poemat ten stawiają w przednim szeregu arcydzieł literatury powszechnej. Dzisiaj jest to już rzeczą powszechnie uznaną, a dowodzą tego między innemi liczne przekłady na język nowoniemiecki, jako też przekłady na język francuski, włoski, angielski i węgierski.

W r. 1831 pojawił się pierwszy przekład polski A. Szabrańskiego (w Bibliotece Najcelniejszych Utworów Literatury Europejskiej), lecz jest on raczej parafrazą oryginału.

Przekład niniejszy jest pierwszym wiernym przekładem polskim, a starałem się w nim nie tyle o wierność słów, ile o wierność myśli i kolorytu; pragnąłem literaturze naszej przyswoić jedno z arcydzieł obcych w formie takiej, która nie zrażałaby czytelna dziwacznością i nie była dlań zupełnie obcą.

Pierwsze wydanie tego przekładu wyszło przed dziesięciu laty w Warszawie; niniejsze (drugie) wydanie jest niewiele zmienione.

 

Lwów w grudniu 1893 r.

 

Dr Ludomił German

Wie Gunther Brunhilden gewann.

Ihr Schifflein unterdessen   war auf dem Meer                       

Zur Burg heran gefloßen:   da sah der König hehr

Oben in den Fenstern   manche schöne Maid.

Daß er sie nicht erkannte,   das war in Wahrheit ihm leid.

 

Er fragte Siegfrieden,   den Gesellen sein:                         

˝Hättet ihr wohl Kunde   um diese Mägdelein,

Die dort hernieder schauen   nach uns auf die Flut?

Wie ihr Herr auch heiße,   so tragen sie hohen Muth.˝

 

Da sprach der kühne Siegfried:   ˝Nun sollt ihr heimlich spähn      

Nach den Jungfrauen   und sollt mir dann gestehn,

Welche ihr nehmen wolltet,   wär euch die Wahl verliehn.˝

˝Das will ich,˝ sprach Gunther,   dieser Ritter schnell und kühn.

 

˝So schau ich ihrer Eine   in jenem Fenster an,                     

Im schneeweißen Kleide,   die ist so wohlgethan:

Die wählen meine Augen,   so schön ist sie von Leib.

Wenn ich gebieten dürfte,   sie müste werden mein Weib.˝

 

˝Dir hat recht erkoren   deiner Augen Schein:                       

Es ist die edle Brunhild,   das schöne Mägdelein,

Nach der das Herz dir ringet,   der Sinn und auch der Muth.˝

All ihr Gebaren dauchte   König Gunthern gut.

 

Da hieß die Königstochter   von den Fenstern gehn                   

Die minniglichen Maide:   sie sollten da nicht stehn

Zum Anblick für die Fremden;   sie folgten unverwandt.

Was da die Frauen thaten,   das ist uns auch wohl bekannt.

 

Sie zierten sich entgegen   den unkunden Herrn,                     

Wie es immer thaten   schöne Frauen gern.

Dann an die engen Fenster   traten sie heran,

Wo sie die Helden sahen:   das ward aus Neugier gethan.

 

Nur ihrer Viere waren,   die kamen in das Land.                     

Siegfried der kühne   ein Ross zog auf den Strand.

Das sahen durch die Fenster   die schönen Frauen an:

Große Ehre dauchte   sich König Gunther gethan.

 

Er hielt ihm bei dem Zaume   das zierliche Ross,                    

Das war gut und stattlich,   stark dazu und groß,

Bis der König Gunther   fest im Sattel saß.

Also dient' ihm Siegfried,   was er hernach doch ganz vergaß.

 

Dann zog er auch das seine   aus dem Schiff heran:                  

Er hatte solche Dienste   gar selten sonst gethan,

Daß er am Steigreif   Helden gestanden wär.

Das sahen durch die Fenster   die schönen Frauen hehr.

 

Es war in gleicher Weise   den Helden allbereit                     

Von schneeblanker Farbe   das Ross und auch das Kleid,

Dem einen wie dem andern,   und schön der Schilde Rand:

Die warfen hellen Schimmer   an der edeln Recken Hand.

 

Ihre Sättel wohlgesteinet,   die Brustriemen schmal:                

So ritten sie herrlich   vor Brunhildens Saal;

Daran hiengen Schellen   von lichtem Golde roth.

Sie kamen zu dem Lande,   wie ihr Hochsinn gebot,

 

Mit Speren neu geschliffen,   mit wohlgeschaffnem Schwert,          

Das bis auf die Sporen gieng   den Helden werth.

Die Wohlgemuthen führten   es scharf genug und breit.

Das alles sah Brunhild,   diese herrliche Maid.

 

Mit ihnen kam auch Dankwart   und sein Bruder Hagen:                

Diese beide trugen,   wie wir hören sagen,

Von rabenschwarzer Farbe   reichgewirktes Kleid;

Neu waren ihre Schilde,   gut, dazu auch lang und breit.

 

Von India dem Lande   trugen sie Gestein,                           

Das warf an ihrem Kleide   auf und ab den Schein.

Sie ließen unbehütet   das Schifflein bei der Flut;

So ritten nach der Veste   diese Helden kühn und gut.

 

Sechsundachtzig Thürme   sahn sie darin zumal,                      

Drei weite Pfalzen   und einen schönen Saal

Von edelm Marmelsteine,   so grün wie das Gras,

Darin die Königstochter   mit ihrem Ingefinde saß.

 

Die Burg war erschloßen   und weithin aufgethan,                    

Brunhildes Mannen   liefen alsbald heran

Und empfiengen die Gäste   in ihrer Herrin Land.

Die Rosse nahm man ihnen   und die Schilde von der Hand.

 

Da sprach der Kämmrer Einer:   ˝Gebt uns euer Schwert               

Und die lichten Panzer.˝   ˝Das wird euch nicht gewährt,˝

Sprach Hagen von Tronje,   ˝wir wollens selber tragen.˝

Da begann ihm Siegfried   von des Hofs Gebrauch zu sagen:

 

˝In dieser Burg ist Sitte,   das will ich euch sagen,               

Keine Waffen dürfen   da die Gäste tragen:

Laßt sie von hinnen bringen,   das ist wohlgethan.˝

Ihm folgte wider Willen   Hagen, König Gunthers Mann.

 

Man ließ den Gästen schenken   und schaffen gute Ruh.               

Manchen schnellen Recken   sah man dem Hofe zu

Allenthalben eilen   in fürstlichem Gewand;

Doch wurden nach den Kühnen   ringsher die Blicke gesandt.

 

Nun wurden auch Brunhilden   gesagt die Mären,                      

Daß unbekannte Recken   gekommen wären

In herrlichem Gewande   gefloßen auf der Flut.

Da begann zu fragen   diese Jungfrau schön und gut:

 

˝Ihr sollt mich hören laßen,˝   sprach das Mägdelein,               

˝Wer die unbekannten   Recken mögen sein,

Die ich dort stehen sehe   in meiner Burg so hehr,

Und wem zu Lieb die Helden   wohl gefahren sind hieher.˝

 

Des Gesindes sprach da Einer:   ˝Frau, ich muß gestehn,             

Daß ich ihrer Keinen   je zuvor gesehn;

Doch Einer steht darunter,   der Siegfrieds Weise hat:

Den sollt ihr wohl empfangen,   das ist in Treuen mein Rath.

 

˝Der andre der Gesellen,   gar löblich dünkt er mich;               

Wenn er die Macht besäße,   zum König ziemt' er sich

Ob weiten Fürstenlanden,   sollt er die versehn.

Man sieht ihn bei den Andern   so recht herrlich da stehn.

 

˝Der dritte der Gesellen,   der hat gar herben Sinn,                

Doch schönen Wuchs nicht minder,   reiche Königin.

Die Blicke sind gewaltig,   deren so viel er thut:

Er trägt in seinem Sinne,   wähn ich, grimmigen Muth.

 

˝Der jüngste darunter,   gar löblich dünkt er mich:                 

Man sieht den reichen Degen   so recht minniglich

In jungfräulicher Sitte   und edler Haltung stehn:

Wir müstens alle fürchten,   wär ihm ein Leid hier geschehn.

 

˝So freundlich er gebahre,   so wohlgethan sein Leib,               

Er brächte doch zum Weinen   manch waidliches Weib,

Wenn er zürnen sollte;   sein Wuchs ist wohl so gut,

Er ist an allen Tugenden   ein Degen kühn und wohlgemuth.˝

 

Da sprach die Königstochter:   ˝Nun bringt mir mein Gewand:         

Und ist der starke Siegfried   gekommen in mein Land

Um meiner Minne willen,   es geht ihm an den Leib:

Ich fürcht ihn nicht so heftig,   daß ich würde sein Weib.˝

 

Brunhild die schöne   trug bald erlesen Kleid.                      

Auch gab ihr Geleite   manche schöne Maid,

Wohl hundert oder drüber,   sie all in reicher Zier.

Die Gäste kam zu schauen   manches edle Weib mit ihr.

 

Mit ihnen giengen   Degen aus Isenland,                             

Brunhildens Recken,   die Schwerter in der Hand,

Fünfhundert oder drüber;   das war den Gästen leid.

Aufstanden von den Sitzen   die kühnen Helden allbereit.

 

Als die Königstochter   Siegfrieden sah,                            

Wohlgezogen sprach sie   zu dem Gaste da:

˝Seid willkommen, Siegfried,   hier in diesem Land.

Was meint eure Reise?   das macht mir, bitt ich, bekannt.˝

 

˝Viel Dank muß ich euch sagen,   Frau Brunhild,                     

Daß ihr mich geruht zu grüßen,   Fürstentochter mild,

Vor diesem edeln Recken,   der hier vor mir steht:

Denn der ist mein Lehnsherr;   der Ehre Siegfried wohl enträth.

 

˝Er ist am Rheine König:   was soll ich sagen mehr?                 

Dir nur zu Liebe   fuhren wir hierher.

Er will dich gerne minnen,   was ihm geschehen mag.

Nun bedenke dich bei Zeiten:   mein Herr läßt nimmermehr nach.

 

˝Er ist geheißen Gunther,   ein König reich und hehr.               

Erwirbt er deine Minne,   nicht mehr ist sein Begehr.

Deinthalb mit ihm   that ich diese Fahrt;

Wenn er mein Herr nicht wäre,   ich hätt es sicher gespart.˝

 

Sie sprach: ˝Wenn er dein Herr ist   und du in seinem Lehn,         

Will er, die ich ertheile,   meine Spiele dann bestehn

Und bleibt darin der Meister,   so werd ich sein Weib;

Doch ists, daß ich gewinne,   es geht euch allen an den Leib.˝

 

Da sprach von Tronje Hagen:   ˝So zeig uns, Königin,                

Was ihr für Spiel' ertheilet.   Eh euch den Gewinn

Mein Herr Gunther ließe,   so müst es übel sein:

Er mag wohl noch erwerben   ein so schönes Mägdelein.˝

 

˝Den Stein soll er werfen   und springen darnach,                   

Den Sper mit mir schießen:   drum sei euch nicht zu jach.

Ihr verliert hier mit der Ehre   Leben leicht und Leib:

Drum mögt ihr euch bedenken,˝   sprach das minnigliche Weib.

 

Siegfried der schnelle   gieng zu dem König hin                     

Und bat ihn, frei zu reden   mit der Königin

Ganz nach seinem Willen;   angstlos soll er sein:

˝Ich will dich wohl behüten   vor ihr mit den Listen mein.˝

 

Da sprach der König Gunther:   ˝Königstochter hehr,                 

Ertheilt mir, was ihr wollet,   und wär es auch noch mehr,

Eurer Schönheit willen   bestünd ich Alles gern.

Mein Haupt will ich verlieren,   gewinnt ihr mich nicht zum Herrn.˝

 

Als da seine Rede   vernahm die Königin,                            

Bat sie, wie ihr ziemte,   das Spiel nicht zu verziehn.

Sie ließ sich zum Streite   bringen ihr Gewand,

Einen goldnen Panzer   und einen guten Schildesrand.

 

Ein seiden Waffenhemde   zog sich an die Maid,                      

Das ihr keine Waffe   verletzen konnt im Streit,

Von Zeugen wohlgeschaffen   aus Libya dem Land:

Lichtgewirkte Borten   erglänzten rings an dem Rand.

 

Derweil hatt ihr Uebermuth   den Gästen schwer gedräut.             

Dankwart und Hagen   die standen unerfreut.

Wie es dem Herrn ergienge,   sorgte sehr ihr Muth.

Sie dachten: ˝Unsre Reise   bekommt uns Recken nicht gut.˝

 

Derweilen gieng Siegfried,   der listige Mann,                      

Eh es wer bemerkte,   an das Schiff heran,

Wo er die Tarnkappe   verborgen liegen fand,

In die er hurtig schlüpfte:   da war er Niemand bekannt.

 

Er eilte bald zurücke   und fand hier Recken viel:                  

Die Königin ertheilte   da ihr hohes Spiel.

Da gieng er hin verstohlen   und daß ihn Niemand sah

Von Allen, die da waren,   was durch Zauber geschah.

 

Es war ein Kreis gezogen,   wo das Spiel geschehn                   

Vor kühnen Recken sollte,   die es wollten sehn.

Wohl siebenhundert   sah man Waffen tragen:

Wer das Spiel gewänne,   das sollten sie nach Wahrheit sagen.

 

Da war gekommen Brunhild,   die man gewaffnet fand,                 

Als ob sie streiten wolle   um aller Könge Land.

Wohl trug sie auf der Seide   viel Golddrähte fein;

Ihre minnigliche Farbe   gab darunter holden Schein.

 

Nun kam ihr Gesinde,   das trug herbei zuhand                       

Aus allrothem Golde   einen Schildesrand

Mit hartem Stahlbeschlage,   mächtig groß und breit,

Worunter spielen wollte   diese minnigliche Maid.

 

An einer edeln Borte   ward der Schild getragen,                    

Auf der Edelsteine,   grasgrüne, lagen;

Die tauschten mannigfaltig   Gefunkel mit dem Gold.

Er bedurfte großer Kühnheit,   dem die Jungfrau wurde hold.

 

Der Schild war untern Buckeln,   so ward uns gesagt,                

Von dreier Spannen Dicke;   den trug hernach die Magd.

An Stahl und auch an Golde   war er reich genug,

Den ihrer Kämmrer Einer   mit Mühe selbvierter trug.

 

Als der starke Hagen   den Schild hertragen sah,                    

In großem Unmuthe   sprach der Tronjer da:

˝Wie nun, König Gunther?   An Leben gehts und Leib:

Die ihr begehrt zu minnen,   die ist ein teuflisches Weib.˝

 

Hört noch von ihren Kleidern:   deren hatte sie genug.              

Von Azagauger Seide   einen Wappenrock sie trug,

Der kostbar war und edel:   daran warf hellen Schein

Von der Königstochter   gar mancher herrliche Stein.

 

Da brachten sie der Frauen   mächtig und breit                      

Einen scharfen Wurfspieß;   den verschoß sie allezeit,

Stark und ungefüge,   groß dazu und schwer.

An seinen beiden Seiten   schnitt gar grimmig der Sper.

 

Von des Spießes Schwere   höret Wunder sagen:                       

Wohl hundert Pfund Eisen   war dazu verschlagen.

Ihn trugen mühsam Dreie   von Brunhildens Heer:

Gunther der edle   rang mit Sorgen da schwer.

 

Er dacht in seinem Sinne:   ˝Was soll das sein hier?                

Der Teufel aus der Hölle,   wie schützt' er sich vor ihr?

War ich mit meinem Leben   wieder an dem Rhein,

Sie dürfte hier wohl lange   meiner Minne ledig sein.˝

 

Er trug in seinen Sorgen,   das wißet, Leid genug.                  

All seine Rüstung   man ihm zur Stelle trug.

Gewappnet Stand der reiche   König bald darin.

Vor Leid hätte Hagen   schier gar verwandelt den Sinn.

 

Da sprach Hagens Bruder,   der kühne Dankwart:                      

˝Mich reut in der Seele   her zu Hof die Fahrt.

Nun hießen wir einst Recken!   wie verlieren wir den Leib!

Soll uns in diesem Lande   nun verderben ein Weib?

 

˝Des muß mich sehr verdrießen,   daß ich kam in dieses Land.        

Hätte mein Bruder Hagen   sein Schwert an der Hand

Und auch ich das meine,   so sollten sachte gehn

Mit ihrem Uebermuthe   Die in Brunhildens Lehn.

 

Sie sollten sich bescheiden,   das glaubet mir nur.                 

Hätt ich den Frieden tausendmal   bestärkt mit einem Schwur,

Bevor ich sterben sähe   den lieben Herren mein,

Das Leben müste laßen   dieses schöne Mägdelein.˝

 

˝Wir möchten ungefangen   wohl räumen dieses Land,˝                 

Sprach sein Bruder Hagen,   ˝hätten wir das Gewand,

Des wir zum Streit bedürfen,   und die Schwerter gut,

So sollte sich wohl sänften   der schönen Fraue Uebermuth.˝

 

Wohl hörte, was er sagte,   die Fraue wohlgethan;                   

Ueber die Achsel   sah sie ihn lächelnd an.

˝Nun er so kühn sich dünket,   so bringt doch ihr Gewand,

Ihre scharfen Waffen   gebt den Helden an die Hand.

 

˝Es kümmert mich so wenig,   ob sie gewaffnet sind,                 

Als ob sie bloß da stünden,˝   so sprach das Königskind.

˝Ich fürchte Niemands Stärke,   den ich noch je gekannt:

Ich mag auch wohl genesen   im Streit vor des Königs Hand.˝

 

Als man die Waffen brachte,   wie die Maid gebot,                   

Dankwart der kühne   ward vor Freuden roth.

˝Nun spielt, was ihr wollet,˝   sprach der Degen werth,

˝Gunther ist unbezwungen:   wir haben wieder unser Schwert.˝

 

Brunhildens Stärke   zeigte sich nicht klein:                       

Man trug ihr zu dem Kreise   einen schweren Stein,

Groß und ungefüge,   rund dabei und breit.

Ihn trugen kaum zwölfe   dieser Degen kühn im Streit.

 

Den warf sie allerwegen,   wie sie den Sper verschoß.               

Darüber war die Sorge   der Burgunden groß.

˝Wen will der König werben?˝   sprach da Hagen laut:

˝Wär sie in der Hölle   doch des übeln Teufels Braut!˝

 

An ihre weißen Arme   sie die Ärmel wand,                           

Sie schickte sich und faßte   den Schild an die Hand,

Sie schwang den Spieß zur Höhe:  das war des Kampfe Beginn.

Gunther und Siegfried bangten  vor Brunhildens grimmem Sinn.

 

Und wär ihm da Siegfried   zu Hülfe nicht gekommen,                 

So hätte sie dem König   das Leben wohl benommen.

Er trat hinzu verstohlen   und rührte seine Hand;

Gunther seine Künste   mit großen Sorgen befand.

 

˝Wer wars, der mich berührte?˝   dachte der kühne Mann,             

Und wie er um sich blickte,   da traf er Niemand an.

Er sprach: ˝Ich bin es, Siegfried,   der Geselle dein:

Du sollst ganz ohne Sorge   vor der Königin sein.˝

 

(Er sprach:) ˝Gieb aus den Händen  den Schild, laß mich ihn tragen  

Und behalt im Sinne,   was du mich hörest sagen:

Du habe die Gebärde,   ich will das Werk begehn.˝

Als er ihn erkannte,   da war ihm Liebes geschehn.

 

˝Verhehl auch meine Künste,   das ist uns beiden gut:               

So mag die Königstochter   den hohen Uebermuth

Nicht an dir vollbringen,   wie sie gesonnen ist:

Nun sieh doch, welcher Kühnheit   sie wider dich sich vermißt.˝

 

Da schoß mit ganzen Kräften   die herrliche Maid                    

Den Sper nach einem neuen Schild,   mächtig und breit;

Den trug an der Linken   Sieglindens Kind.

Das Feuer sprang vom Stahle,   als ob es wehte der Wind.

 

Des starken Spießes Schneide   den Schild ganz durchdrang,          

Daß das Feuer lohend   aus den Ringen sprang.

Von dem Schuße fielen   die kraftvollen Degen:

War nicht die Tarnkappe,   sie wären beide da erlegen.

 

Siegfried dem kühnen   vom Munde brach das Blut.                    

Bald sprang er auf die Füße:   da nahm der Degen gut

Den Sper, den sie geschoßen   ihm hatte durch den Rand:

Den warf ihr jetzt zurücke   Siegfried mit kraftvoller Hand.

 

Er dacht: ˝Ich will nicht schießen   das Mägdlein wonniglich.˝      

Des Spießes Schneide kehrt' er   hinter den Rücken sich;

Mit der Sperstange   schoß er auf ihr Gewand,

Daß es laut erhallte   von seiner kraftreichen Hand.

 

Das Feuer stob vom Panzer,   als trieb' es der Wind.                

Es hatte wohl geschoßen   der Sieglinde Kind:

Sie vermochte mit den Kräften   dem Schuße nicht zu stehn;

Das war von König Gunthern   in Wahrheit nimmer geschehn.

 

Brunhild die schöne   bald auf die Füße sprang:                     

˝Gunther, edler Ritter,   des Schußes habe Dank!˝

Sie wähnt', er hätt es selber   mit seiner Kraft gethan

Nein, zu Boden warf sie   ein viel stärkerer Mann.

 

Da gieng sie hin geschwinde,   zornig war ihr Muth,                 

Den Stein hoch erhub sie,   die edle Jungfrau gut;

Sie schwang ihn mit Kräften   weithin von der Hand,

Dann sprang sie nach dem Wurfe,   daß laut erklang ihr Gewand.

 

Der Stein fiel zu Boden   von ihr zwölf Klafter weit:               

Den Wurf überholte   im Sprung die edle Maid.

Hin gieng der schnelle Siegfried,   wo der Stein nun lag:

Gunther must ihn wägen,   des Wurfs der Verholne pflag.

 

Siegfried war kräftig,   kühn und auch lang;                        

Den Stein warf er ferner,   dazu er weiter sprang.

Ein großes Wunder war es   und künstlich genug,

Daß er in dem Sprunge   den König Gunther noch trug.

 

Der Sprung war ergangen,   am Boden lag der Stein:                  

Gunther wars, der Degen,   den man sah allein.

Brunhild die schöne   ward vor Zorne roth;

Gewendet hatte Siegfried   dem König Gunther den Tod.

 

Zu ihrem Ingesinde   sprach die Königin da,                         

Als sie gesund den Helden   an des Kreises Ende sah:

˝Ihr, meine Freund und Mannen,   tretet gleich heran:

Ihr sollt dem König Gunther   alle werden unterthan.˝

 

Da legten die Kühnen   die Waffen von der Hand                      

Und boten sich zu Füßen   von Burgundenland

Gunther dem reichen,   so mancher kühne Mann:

Sie wähnten, die Spiele   hätt er mit eigner Kraft gethan.

 

Er grüßte sie gar minniglich;   wohl trug er höfschen Sinn.         

Da nahm ihn bei der Rechten   die schöne Königin:

Sie erlaubt' ihm, zu gebieten   in ihrem ganzen Land.

Des freute sich da Hagen,   der Degen kühn und gewandt.

 

Sie bat den edeln Ritter   mit ihr zurück zu gehn                   

Zu dem weiten Saale,   wo mancher Mann zu sehn,

Und mans aus Furcht dem Degen   nun desto beßer bot.

Siegfrieds Kräfte hatten   sie erledigt aller Noth.

 

Siegfried der schnelle   war wohl schlau genug,                     

Daß er die Tarnkappe   aufzubewahren trug.

Dann gieng er zu dem Saale,   wo manche Fraue saß:

Er sprach zu dem König,   gar listiglich that er das:

 

˝Was säumt ihr, Herr König,   und beginnt die Spiele nicht,         

Die euch aufzugeben   die Königin verspricht?

Laßt uns doch bald erschauen,   wie es damit bestellt.˝

Als wüst er nichts von allem,   so that der listige Held.

 

Da sprach die Königstochter:   ˝Wie konnte das geschehn,            

Daß ihr nicht die Spiele,   Herr Siegfried, habt gesehn,

Worin hier Sieg errungen hat   König Gunthers Hand?˝

Zur Antwort gab ihr Hagen   aus der Burgunden Land:

 

Er sprach: ˝Da habt ihr, Königin,   uns betrübt den Muth:           

Da war bei dem Schiffe   Siegfried der Degen gut,

Als der Vogt vom Rheine   das Spiel euch abgewann;

Drum ist es ihm unkundig,˝   sprach da Gunthers Unterthan,

 

˝Nun wohl mir dieser Märe,˝   sprach Siegfried der Held,            

˝Daß hier eure Hochfahrt   also ward gefällt,

Und Jemand lebt, der euer   Meister möge sein.

Nun sollt ihr, edle Jungfrau,   uns hinnen folgen an den Rhein.˝

 

Da sprach die Wohlgethane:   ˝Das mag noch nicht geschehn.          

Erst frag ich meine Vettern   und Die in meinem Lehn.

Ich darf ja nicht so leichthin   räumen dieß mein Land:

Meine höchsten Freunde   die werden erst noch besandt.˝

 

Da ließ sie ihre Boten   nach allen Seiten gehn:                    

Sie besandte ihre Freunde   und Die in ihrem Lehn,

Daß sie zum Isensteine   kämen unverwandt;

Einem jeden ließ sie geben   reiches, herrliches Gewand.

 

Da ritten alle Tage   Beides, spat und fruh,                        

Der Veste Brunhildens   die Recken scharweis zu.

˝Nun ja doch,˝ sprach da Hagen,   ˝was haben wir gethan!

Wir erwarten uns zum Schaden hier   Die Brunhild unterthan.˝

 

˝Wenn sie mit ihren Kräften   kommen in dieß Land,                  

Der Königin Gedanken   die sind uns unbekannt:

Wie, wenn sie uns zürnte?   so wären wir verloren,

Und wär das edle Mägdlein uns   zu großen Sorgen geboren!˝

 

Da sprach der starke Siegfried:   ˝Dem will ich widerstehn.         

Was euch da Sorge schaffet,   das laß ich nicht geschehn.

Ich will euch Hülfe bringen   her in dieses Land

Durch auserwählte Degen:   die sind euch noch unbekannt.

 

˝Ihr sollt nach mir nicht fragen,   ich will von hinnen fahren;     

Gott möge eure Ehre   derweil wohl bewahren.

Ich komme bald zurücke   und bring euch tausend Mann

Der allerbesten Degen,   deren Jemand Kunde gewann.˝

 

˝So bleibt nur nicht zu lange,˝   der König sprach da so,           

˝Wir sind eurer Hülfe   nicht unbillig froh.˝

Er sprach: ˝Ich komme wieder   gewiss in wenig Tagen.

Ihr hättet mich versendet,   sollt ihr der Königin sagen.˝

Von Siegfrieden.

Da wuchs im Niederlande   eines edeln Königs Kind,                   

Siegmund hieß sein Vater,   die Mutter Siegelind,

In einer mächtgen Veste,   weithin wohlbekannt,

Unten am Rheine,   Xanten war sie genannt.

 

Ich sag euch von dem Degen,   wie so schön er ward.                  

Er war vor allen Schanden   immer wohl bewahrt.

Stark und hohes Namens   ward bald der kühne Mann:

Hei! was er großer Ehren   auf dieser Erde gewann!

 

Siegfried ward geheißen   der edle Degen gut.                        

Er erprobte viel der Recken   in hochbeherztem Muth.

Seine Stärke führt' ihn   in manches fremde Land:

Hei! was er schneller Degen   bei den Burgunden fand!

 

Bevor der kühne Degen   voll erwuchs zum Mann,                       

Da hatt er solche Wunder   mit seiner Hand gethan,

Davon man immer wieder   singen mag und sagen;

Wir müßen viel verschweigen   von ihm in heutigen Tagen.

 

In seinen besten Zeiten,   bei seinen jungen Tagen                   

Mochte man viel Wunder   von Siegfrieden sagen,

Wie Ehr an ihm erblühte   und wie schön er war zu schaun:

Drum dachten sein in Minne   viel der waidlichen Fraun.

 

Man erzog ihn mit dem Fleiße,   wie ihm geziemend war;               

Was ihm Zucht und Sitte   der eigne Sinn gebar!

Das ward noch eine Zierde   für seines Vaters Land,

Daß man zu allen Dingen   ihn so recht herrlich fand.

 

Er war nun so erwachsen,   mit an den Hof zu gehn.                   

Die Leute sahn ihn gerne;   viel Fraun und Mädchen schön

Wünschten wohl, er käme   dahin doch immerdar;

Hold waren ihm gar viele,   des ward der Degen wohl gewahr.

 

Selten ohne Hüter   man reiten ließ das Kind.                        

Mit Kleidern hieß ihn zieren   seine Mutter Siegelind;

Auch pflegten sein die Weisen,   denen Ehre war bekannt:

Drum möcht er wohl gewinnen   so die Leute wie das Land,

 

Nun war er in der Stärke,   daß er wohl Waffen trug:                 

Wes er dazu bedurfte,   des gab man ihm genug.

Schon sann er zu werben   um manches schöne Kind;

Die hätten wohl mit Ehren   den schönen Siegfried geminnt.

 

Da ließ sein Vater Siegmund   kund thun seinem Lehn,                 

Mit lieben Freunden woll er   ein Hofgelag begehn.

Da brachte man die Märe   in andrer Könge Land.

Den Heimischen und Gästen   gab er Ross und Gewand.

 

Wen man finden mochte,   der nach der Eltern Art                     

Ritter werden sollte,   die edeln Knappen zart

Lud man nach dem Lande   zu der Lustbarkeit,

Wo sie das Schwert empfiengen   mit Siegfried zu gleicher Zeit.

 

Man mochte Wunder sagen   von dem Hofgelag.                          

Siegmund und Siegelind   gewannen an dem Tag

Viel Ehre durch die Gaben,   die spendet' ihre Hand:

Drum sah man viel der Fremden   zu ihnen reiten in das Land.

 

Vierhundert Schwertdegen   sollten gekleidet sein                    

Mit dem jungen Könige.   Manch schönes Mägdelein

Sah man am Werk geschäftig:   ihm waren alle hold.

Viel edle Steine legten   die Frauen da in das Gold,

 

Die sie mit Borten wollten   auf die Kleider nähn                    

Den jungen stolzen Recken;   das muste so ergehn.

Der Wirth ließ Sitze bauen   für manchen kühnen Mann

Zu der Sonnenwende,   wo Siegfried Ritters Stand gewann.

 

Da gieng zu einem Münster   mancher reiche Knecht                    

Und viel der edeln Ritter.   Die Alten thaten recht,

Daß sie den Jungen dienten,   wie ihnen war geschehn,

Sie hatten Kurzweile   und freuten sich es zu sehn.

 

Als man da Gott zu Ehren   eine Messe sang,                          

Da hub sich von den Leuten   ein gewaltiger Drang,

Da sie zu Rittern wurden   dem Ritterbrauch gemäß

Mit also hohen Ehren,   so leicht nicht wieder geschähs.

 

Sie eilten, wo sie fanden   geschirrter Rosse viel.                  

Da ward in Siegmunds Hofe  so laut das Ritterspiel,

Daß man ertosen hörte   Pallas und Saal.

Die hochbeherzten Degen   begannen fröhlichen Schall.

 

Von Alten und von Jungen   mancher Stoß erklang,                     

Daß der Schäfte Brechen   in die Lüfte drang.

Die Splitter sah man fliegen   bis zum Saal hinan.

Die Kurzweile sahen   die Fraun und Männer mit an.

 

Der Wirth bat es zu laßen.   Man zog die Rosse fort;                 

Wohl sah man auch zerbrochen   viel starke Schilde dort

Und viel der edeln Steine   auf das Gras gefällt

Von des lichten Schildes Spangen:   die hatten Stöße zerschellt.

 

Da setzten sich die Gäste,   wohin man ihnen rieth,                  

zu Tisch, wo von Ermüdung   viel edle Kost sie schied

Und Wein der allerbeste,   des man die Fülle trug.

Den Heimischen und Fremden   bot man Ehren da genug.

 

So viel sie Kurzweile   gefunden all den Tag,                        

Das fahrende Gesinde   doch keiner Ruhe pflag:

Sie dienten um die Gabe,   die man da reichlich fand;

Ihr Lob ward zur Zierde   König Siegmunds ganzem Land.

 

Da ließ der Fürst verleihen   Siegfried, dem jungen Mann,            

Das Land und die Burgen,   wie sonst er selbst gethan.

Seinen Schwertgenoßen   gab er mit milder Hand:

So freute sie die Reise,   die sie geführt in das Land.

 

Das Hofgelage währte   bis an den siebten Tag.                       

Sieglind die reiche   der alten Sitte pflag,

Daß sie dem Sohn zu Liebe   vertheilte rothes Gold:

Sie könnt es wohl verdienen,   daß ihm die Leute waren hold.

 

Da war zuletzt kein armer   Fahrender mehr im Land.                  

Ihnen stoben Kleider   und Rosse von der Hand,

Als hätten sie zu leben   nicht mehr denn einen Tag.

Man sah nie Ingesinde,   das so großer Milde pflag.

 

Mit preiswerthen Ehren   zergieng die Lustbarkeit.                   

Man hörte wohl die Reichen   sagen nach der Zeit,

Daß sie dem Jungen gerne   wären unterthan;

Das begehrte nicht Siegfried,   dieser waidliche Mann.

 

So lange sie noch lebten,   Siegmund und Siegelind,                  

Wollte nicht Krone tragen   der beiden liebes Kind;

Doch wollt er herrlich wenden   alle die Gewalt,

Die in den Landen fürchtete   der Degen kühn und wohlgestalt.

 

Ihn durfte Niemand schelten:   seit er die Waffen nahm,              

Pflag er der Ruh nur selten,   der Recke lobesam.

Er suchte nur zu streiten   und seine starke Hand

Macht' ihn zu allen Zeiten   in fremden Reichen wohlbekannt.

Wie Siegfried nach Worms kam.

Den Herrn beschwerte selten   irgend ein Herzeleid.                  

Er hörte Kunde sagen,   wie eine schöne Maid

Bei den Burgunden wäre,   nach Wünschen wohlgethan,

Von der er bald viel Freuden   und auch viel Leides gewann.

 

Von ihrer hohen Schöne   vernahm man weit und breit,                 

Und auch ihr Hochgemüthe   ward zur selben Zeit

Bei der Jungfrauen   den Helden oft bekannt:

Das ladete der Gäste   viel in König Gunthers Land.

 

So viel um ihre Minne   man Werbende sah,                            

Kriemhild in ihrem Sinne   sprach dazu nicht Ja,

Daß sie einen wollte   zum geliebten Mann:

Er war ihr noch gar fremde,   dem sie bald ward unterthan.

 

Dann sann auf hohe Minne   Sieglindens Kind:                         

All der Andern Werben   war wider ihn ein Wind.

Er mochte wohl verdienen   ein Weib so auserwählt:

Bald ward die edle Kriemhild   dem kühnen Siegfried vermählt.

 

Ihm riethen seine Freunde   und Die in seinem Lehn,                  

Hab er stäte Minne   sich zum Ziel ersehn,

So soll er werben, daß er sich   der Wahl nicht dürfe schämen.

Da sprach der edle Siegfried:   ˝So will ich Kriemhilden nehmen,

 

˝Die edle Königstochter   von Burgundenland,                         

Um ihre große Schöne.   Das ist mir wohl bekannt,

Kein Kaiser sei so mächtig,   hätt er zu frein im Sinn,

Dem nicht zum minnen ziemte   diese reiche Königin.˝

 

Solche Märe hörte   der König Siegmund.                              

Es sprachen seine Leute:   also ward ihm kund

Seines Kindes Wille.   Es war ihm höchlich leid,

Daß er werben wolle   um diese herrliche Maid.

 

Es erfuhr es auch die Königin,   die edle Siegelind:                 

Die muste große Sorge   tragen um ihr Kind,

Weil sie wohl Gunthern kannte   und Die in seinem Heer

Die Werbung dem Degen   zu verleiden fliß man sich sehr.

 

Da sprach der kühne Siegfried:   ˝Viel lieber Vater mein,            

Ohn edler Frauen Minne   wollt ich immer sein,

Wenn ich nicht werben dürfte   nach Herzensliebe frei.˝

Was Jemand reden mochte,   so blieb er immer dabei.

 

˝Ist dir nicht abzurathen,˝   der König sprach da so,                

˝So bin ich deines Willens   von ganzem Herzen froh

Und will dirs fügen helfen,   so gut ich immer kann;

Doch hat der König Gunther   manchen hochfährtgen Mann.

 

˝Und wär es anders Niemand   als Hagen der Degen,                    

Der kann im Uebermuthe   wohl der Hochfahrt pflegen,

So daß ich sehr befürchte,   es mög uns werden leid,

Wenn wir werben wollen   um diese herrliche Maid.˝

 

˝Wie mag uns das gefährden!˝   hub da Siegfried an:                  

˝Was ich mir im Guten   da nicht erbitten kann,

Will ich schon sonst erwerben   mit meiner starken Hand,

Ich will von ihm erzwingen   so die Leute wie das Land.˝

 

˝Leid ist mir deine Rede,˝   sprach König Siegmund,                  

˝Denn würde diese Märe   dort am Rheine kund,

Du dürftest nimmer reiten   in König Gunthers Land.

Gunther und Gernot   die sind mir lange bekannt.

 

˝Mit Gewalt erwerben   kann Niemand die Magd,˝                       

Sprach der König Siegmund,   ˝das ist mir wohl gesagt;

Willst du jedoch mit Recken   reiten in das Land,

Die Freunde, die wir haben,   die werden eilends besandt.˝

 

˝So ist mir nicht zu Muthe,˝   fiel ihm Siegfried ein,               

˝Daß mir Recken sollten   folgen an den Rhein

Einer Heerfahrt willen:   das wäre mir wohl leid,

Sollt ich damit erzwingen   diese herrliche Maid.

 

˝Ich will sie schon erwerben   allein mit meiner Hand.               

Ich will mit zwölf Gesellen   in König Gunthers Land;

Dazu sollt ihr mir helfen,   Vater Siegmund.˝

Da gab man seinen Degen   zu Kleidern grau und auch bunt.

 

Da vernahm auch diese Märe   seine Mutter Siegelind;                 

Sie begann zu trauern   um ihr liebes Kind:,

Sie bangt' es zu verlieren   durch Die in Gunthers Heer.

Die edle Königstochter   weinte darüber sehr.

 

Siegfried der Degen   gieng hin, wo er sie sah.                      

Wider seine Mutter   gütlich sprach er da:

˝Frau, ihr sollt nicht weinen   um den Willen mein:

Wohl will ich ohne Sorgen   vor allen Weiganden sein.

 

˝Nun helft mir zu der Reise   nach Burgundenland,                    

Daß mich und meine Recken   ziere solch Gewand,

Wie so stolze Degen   mit Ehren mögen tragen:

Dafür will ich immer   den Dank von Herzen euch sagen.˝

 

˝Ist dir nicht abzurathen,˝   sprach Frau Siegelind,                 

So helf ich dir zur Reise,   mein einziges Kind,

Mit den besten Kleidern,   die je ein Ritter trug,

Dir und deinen Degen:   ihr sollt der haben genug.˝

 

Da neigte sich ihr dankend   Siegfried der junge Mann.               

Er sprach: ˝Nicht mehr Gesellen   nehm ich zur Fahrt mir an

Als der Recken zwölfe:   verseht die mit Gewand.

Ich möchte gern erfahren,   wie's um Kriemhild sei bewandt.˝

 

Da saßen schöne Frauen   über Nacht und Tag,                         

Daß ihrer selten Eine   der Muße eher pflag,

Bis sie gefertigt hatten   Siegfriedens Staat.

Er wollte seiner Reise   nun mit nichten haben Rath.

 

Sein Vater hieß ihm zieren   sein ritterlich Gewand,                 

Womit er räumen wollte   König Siegmunds Land.

Ihre lichten Panzer   die wurden auch bereit

Und ihre festen Helme,   ihre Schilde schön und breit.

 

Nun sahen sie die Reise   zu den Burgunden nahn.                     

Um sie begann zu sorgen   beides, Weib und Mann,

Ob sie je wiederkommen   sollten in das Land.

Sie geboten aufzusäumen   die Waffen und das Gewand.

 

Schön waren ihre Rosse,   ihr Reitzeug goldesroth;                   

Wenn wer sich höher dauchte,   so war es ohne Noth,

Als der Degen Siegfried   und Die ihm unterthan.

Nun hielt er um Urlaub   zu den Burgunden an.

 

Den gaben ihm mit Trauern   König und Königin.                       

Er tröstete sie beide   mit minniglichem Sinn

Und sprach: ˝Ihr sollt nicht weinen   um den Willen mein:

Immer ohne Sorgen   mögt ihr um mein Leben sein.˝

 

Es war leid den Recken,   auch weinte manche Maid;                   

Sie ahnten wohl im Herzen,   daß sie es nach der Zeit

Noch schwer entgelten müsten   durch lieber Freunde Tod.

Sie hatten Grund zu klagen,   es that ihnen wahrlich Noth.

 

Am siebenten Morgen   zu Worms an den Strand                         

Ritten schon die Kühnen;   all ihr Gewand

War von rothem Golde,   ihr Reitzeug wohlbestellt;

Ihnen giengen sanft die Rosse,   die sich da Siegfried gesellt.

 

Neu waren ihre Schilde,   licht dazu und breit,                      

Und schön ihre Helme,   als mit dem Geleit

Siegfried der kühne   ritt in Gunthers Land.

Man ersah an Helden   nie mehr so herrlich Gewand.

 

Der Schwerter Enden giengen   nieder auf die Sporen;                 

Scharfe Spere führten   die Ritter auserkoren.

Von zweier Spannen Breite   war, welchen Siegfried trug;

Der hatt an seinen Schneiden   grimmer Schärfe genug.

 

Goldfarbne Zäume   führten sie an der Hand;                          

Der Brustriem war von Seide:   so kamen sie ins Land.

Da gafften sie die Leute   allenthalben an:

Gunthers Mannen liefen   sie zu empfangen heran.

 

Die hochbeherzten Recken,   Ritter so wie Knecht,                    

Liefen den Herrn entgegen,   so war es Fug und Recht,

Und begrüßten diese Gäste   in ihrer Herren Land;

Die Pferde nahm man ihnen   und die Schilde von der Hand.

 

Da wollten sie die Rosse   ziehn zu ihrer Rast;                      

Da sprach aber Siegfried alsbald,   der kühne Gast:

˝Laßt uns noch die Pferde   stehen kurze Zeit:

Wir reiten bald von hinnen;   dazu bin ich ganz bereit.

 

˝Man soll uns auch die Schilde   nicht von dannen tragen;            

Wo ich den König finde,   kann mir das Jemand sagen,

Gunther den reichen   aus Burgundenland?˝

Da sagt' es ihm Einer,   dem es wohl war bekannt.

 

˝Wollt ihr den König finden,   das mag gar leicht geschehn:          

In jenem weiten Saale   hab ich ihn gesehn

Unter seinen Helden;   da geht zu ihm hinan,

So mögt ihr bei ihm finden   manchen herrlichen Mann.˝

 

Nun waren auch die Mären   dem König schon gesagt,                   

Daß auf dem Hofe wären   Ritter unverzagt:

Sie führten lichte Panzer   und herrlich Gewand;

Sie erkenne Niemand   in der Burgunden Land.

 

Den König nahm es Wunder,   woher gekommen sei'n                     

Die herrlichen Recken   im Kleid von lichtem Schein

Und mit so guten Schilden,   so neu und so breit;

Das ihm das Niemand sagte,   das war König Gunthern leid.

 

Zur Antwort gab dem König   von Metz Herr Ortewein;                  

Stark und kühnes Muthes   mocht er wohl sein:

˝Da wir sie nicht erkennen,   so heißt Jemand gehn

Nach meinem Oheim Hagen:   dem sollt ihr sie laßen sehn.

 

˝Ihm sind wohl kund die Reiche   und alles fremde Land;              

Erkennt er die Herren,   das macht er uns bekannt.˝

Der König ließ ihn holen   und Die in seinem Lehn:

Da sah man ihn herrlich   mit Recken hin zu Hofe gehn.

 

Warum nach ihm der König,   frug Hagen da, geschickt?                

˝Es werden fremde Degen   in meinem Haus erblickt,

Die Niemand mag erkennen:   habt ihr in fremdem Land

Sie wohl schon gesehen?   das macht mir, Hagen bekannt.˝

 

˝Das will ich,˝ sprach Hagen.   Zum Fenster schritt er drauf,        

Da ließ er nach den Gästen   den Augen freien Lauf.

Wohl gefiel ihm ihr Geräthe   und all ihr Gewand;

Doch waren sie ihm fremde   in der Burgunden Land.

 

Er sprach, woher die Recken   auch kämen an den Rhein,               

Es möchten selber Fürsten   oder Fürstenboten sein.

˝Schön sind ihre Rosse   und ihr Gewand ist gut;

Von wannen sie auch ritten,   es sind Helden hochgemuth.˝

 

Also sprach da Hagen:   ˝Soviel ich mag verstehn,                    

Hab ich gleich im Leben   Siegfrieden nie gesehn,

So will ich doch wohl glauben,   wie es damit auch steht,

Daß er es sei, der Degen,   der so herrlich dorten geht.

 

˝Er bringt neue Mären   her in dieses Land:                          

Die kühnen Nibelungen   schlug des Helden Hand,

Die reichen Königssöhne   Schilbung und Nibelung;

Er wirkte große Wunder   mit des starken Armes Schwung.

 

˝Als der Held alleine   ritt aller Hülfe bar,                        

Fand er an einem Berge,   so hört ich immerdar,

Bei König Niblungs Horte   manchen kühnen Mann;

Sie waren ihm gar fremde,   bis er hier die Kunde gewann.

 

˝Der Hort König Nibelungs   ward hervorgetragen                      

Aus einem hohlen Berge:   nun hört Wunder sagen,

Wie ihn theilen wollten   Die Niblung unterthan.

Das sah der Degen Siegfried,   den es zu wundern begann.

 

˝So nah kam er ihnen,   daß er die Helden sah                        

Und ihn die Degen wieder.   Der Eine sagte da:

˝Hier kommt der starke Siegfried,   der Held aus Niederland.˝

Seltsame Abenteuer   er bei den Nibelungen fand.

 

˝Den Recken wohl empfiengen   Schilbung und Nibelung.                

Einhellig baten   die edeln Fürsten jung,

Daß ihnen theilen möchte   den Schatz der kühne Mann:

Das begehrten sie, bis endlich   ers zu geloben begann.

 

˝Er sah so viel Gesteines,   wie wir hören sagen,                    

Hundert Leiterwagen   die möchten es nicht tragen,

Noch mehr des rothen Goldes   von Nibelungenland:

Das Alles sollte theilen   des kühnen Siegfriedes Hand.

 

˝Sie gaben ihm zum Lohne   König Niblungs Schwert:                   

Da wurden sie des Dienstes   gar übel gewährt,

Den ihnen leisten sollte   Siegfried der Degen gut.

Er könnt es nicht vollbringen:   sie hatten zornigen Muth.

 

˝So must er ungetheilet   die Schätze laßen stehn.                   

Da bestanden ihn die Degen   in der zwei Könge Lehn:

Mit ihres Vaters Schwerte,   das Balmung war genannt,

Stritt ihnen ab der Kühne   den Hort und Nibelungenland

 

˝Da hatten sie zu Freunden   kühne zwölf Mann,                       

Die starke Riesen waren:   was konnt es sie verfahn?

Die erschlug im Zorne   Siegfriedens Hand

Und siebenhundert Recken   zwang er vom Nibelungenland.

 

˝Mit dem guten Schwerte,   geheißen Balmung.                         

Vom Schrecken überwältigt   war mancher Degen jung

Zumal vor dem Schwerte   und vor dem kühnen Mann:

Das Land mit den Burgen   machten sie ihm unterthan.

 

˝Dazu die reichen Könige   die schlug er beide todt.                

Er kam durch Albrichen   darauf in große Noth:

Der wollte seine Herren   rächen allzuhand,

Eh er die große Stärke   noch an Siegfrieden fand.

 

˝Mit Streit bestehen konnt ihn   da nicht der starke Zwerg.         

Wie die wilden Leuen   liefen sie an den Berg,

Wo er die Tarnkappe   Albrichen abgewann:

Da war des Hortes Meister   Siegfried der schreckliche Mann.

 

˝Die sich getraut zu fechten,   die lagen all erschlagen.           

Den Schatz ließ er wieder   nach dem Berge tragen,

Dem ihn entnommen hatten   Die Niblung unterthan.

Alberich der starke   das Amt des Kämmrers gewann.

 

˝Er must ihm Eide schwören,   er dien ihm als sein Knecht,          

Zu aller Art Diensten   ward er ihm gerecht.˝

So sprach von Tronje Hagen:   ˝Das hat der Held gethan;

Also große Kräfte   nie mehr ein Recke gewann.

 

˝Noch ein Abenteuer   ist mir von ihm bekannt:                      

Einen Linddrachen   schlug des Helden Hand;

Als er im Blut sich badete,   ward hörnern seine Haut.

So versehrt ihn keine Waffe:   das hat man oft an ihm geschaut.

 

˝Man soll ihn wohl empfangen,   der beste Rath ist das,             

Damit wir nicht verdienen   des schnellen Recken Haß.

Er ist so kühnes Sinnes,   man seh ihn freundlich an:

Er hat mit seinen Kräften   so manche Wunder gethan.˝

 

Da sprach der mächtge König:   ˝Gewiss, du redest wahr:             

Nun sieh, wie stolz er dasteht   vor des Streits Gefahr,

Dieser kühne Degen   und Die in seinem Lehn!

Wir wollen ihm entgegen   hinab zu dem Recken gehn.˝

 

˝Das mögt ihr,˝ sprach da Hagen,   ˝mit allen Ehren schon:          

Er ist von edelm Stamme   eines reichen Königs Sohn;

Auch hat er die Gebäre,   mich dünkt, beim Herren Christ,

Es sei nicht kleine Märe,   um die er hergeritten ist.˝

 

Da sprach der Herr des Landes:   ˝Nun sei er uns willkommen.        

Er ist kühn und edel,   das hab ich wohl vernommen;

Des soll er auch genießen   im Burgundenland.˝

Da gieng der König Gunther   hin, wo er Siegfrieden fand.

 

Der Wirth und seine Recken   empfiengen so den Mann,                

Daß wenig an dem Gruße   gebrach, den er gewann;

Des neigte sich vor ihnen   der Degen ausersehn

In großen Züchten sah man   ihn mit seinen Recken stehn.

 

˝Mich wundert diese Märe,˝   sprach der Wirth zuhand,               

˝Von wannen, edler Siegfried,   ihr kamt in dieses Land

Oder was ihr wollet suchen   zu Worms an dem Rhein?˝

Da sprach der Gast zum König:   ˝Das soll euch unverhohlen sein.

 

˝Ich habe sagen hören   in meines Vaters Land,                      

An euerm Hofe wären,   das hätt ich gern erkannt,

Die allerkühnsten Recken,   so hab ich oft vernommen,

Die je gewann ein König:   darum bin ich hieher gekommen.

 

˝So hör ich auch euch selber   viel Mannheit zugestehn,             

Man habe keinen König   noch je so kühn gesehn.

Das rühmen viel der Leute   in all diesem Land;

Nun kann ichs nicht verwinden,   bis ich die Wahrheit befand.

 

˝Ich bin auch ein Recke   und soll die Krone tragen:                

Ich möcht es gerne fügen,   daß sie von mir sagen,

Daß ich mit Recht besäße   die Leute wie das Land.

Mein Haupt und meine Ehre   setz ich dawider zu Pfand.

 

Wenn ihr denn so kühn seid,   wie euch die Sage zeiht,              

So frag ich nicht, ists Jemand   lieb oder leid:

Ich will von euch erzwingen,   was euch angehört,

Das Land und die Burgen   unterwerf ich meinem Schwert.˝

 

Der König war verwundert   und all sein Volk umher,                 

Als sie vernahmen   sein seltsam Begehr,

Daß er ihm zu nehmen   gedächte Leut und Land.

Das hörten seine Degen,   die wurden zornig zuhand.

 

˝Wie sollt ich das verdienen,˝   sprach Gunther der Degen,          

Wes mein Vater lange   mit Ehren durfte pflegen,

Daß wir das verlören   durch Jemands Ueberkraft?

Das wäre schlecht bewiesen,   daß wir auch pflegen Ritterschaft!˝

 

˝Ich will davon nicht laßen,˝   fiel ihm der Kühne drein,           

˝Von deinen Kräften möge   dein Land befriedet sein,

Ich will es nun verwalten;   doch auch das Erbe mein,

Erwirbst du es durch Stärke,   es soll dir unterthänig sein.

 

˝Dein Erbe wie das meine   wir schlagen gleich sie an,              

Und wer von uns den Andern   überwinden kann,

Dem soll es alles dienen,   die Leute wie das Land.˝

Dem widersprach da Hagen   und mit ihm Gernot zuhand.

 

˝So stehn uns nicht die Sinne,˝   sprach da Gernot,                 

˝Nach neuen Lands Gewinne,   daß Jemand sollte todt

Vor Heldeshänden liegen:   reich ist unser Land,

Das uns mit Recht gehorsamt,  zu Niemand beßer bewandt.˝

 

In grimmigem Muthe   standen da die Freunde sein.                   

Da war auch darunter   von Metz Herr Ortewein.

Der Sprach: ˝Die Sühne   ist mir von Herzen leid:

Euch ruft der starke Siegfried   ohn allen Grund in den Streit.

 

˝Wenn ihr und eure Brüder   ihm auch nicht steht zur Wehr,          

Und ob er bei sich führte   ein ganzes Königsheer,

So wollt ichs doch erstreiten,   daß der starke Held

Also hohen Uebermuth,   wohl mit Recht bei Seite stellt.˝

 

Darüber zürnte mächtig   der Held von Niederland:                   

˝Nicht wider mich vermeßen   darf sich deine Hand:

Ich bin ein reicher König,   du bist in Königs Lehn;

Deiner zwölfe dürften   mich nicht im Streite bestehn.˝

 

Nach Schwertern rief da heftig   von Metz Herr Ortewein:            

Er durfte Hagens Schwestersohn   von Tronje wahrlich sein;

Daß er so lang geschwiegen,   das war dem König leid.

Da sprach zum Frieden Gernot,   ein Ritter kühn und allbereit.

 

˝Laßt euer Zürnen bleiben,˝   hub er zu Ortwein an,                 

˝Uns hat der edle Siegfried   noch solches nicht gethan;

Wir scheiden es in Güte   wohl noch, das rath ich sehr,

Und haben ihn zum Freunde;   es geziemt uns wahrlich mehr.˝

 

Da sprach der starke Hagen   ˝Uns ist billig leid                   

und all euern Degen,   daß er je zum Streit

an den Rhein geritten:   was ließ er das nicht sein?

So übel nie begegnet   wären ihm die Herren mein.˝

 

Da sprach wieder Siegfried,   der kraftvolle Held:                  

˝Wenn euch, was ich gesprochen,   Herr Hagen, missfällt,

So will ich schauen laßen,   wie noch die Hände mein

Gedenken so gewaltig   bei den Burgunden zu sein.˝

 

˝Das hoff ich noch zu wenden,˝   sprach da Gernot.                  

Allen seinen Degen   zu reden er verbot

In ihrem Uebermuthe,   was ihm wäre leid.

Da gedacht auch Siegfried   an die viel herrliche Maid.

 

˝Wie geziemt' uns mit euch zu streiten?˝   sprach wieder Gernot     

˝Wie viel dabei der Helden   auch fielen in den Tod,

Wenig Ehre brächt uns   so ungleicher Streit.˝

Die Antwort hielt da Siegfried,   König Siegmunds Sohn, bereit:

 

Warum zögert Hagen   und auch Ortewein,                             

Daß er nicht zum Streite   eilt mit den Freunden sein,

Deren er so manchen   bei den Burgunden hat?˝

Sie blieben Antwort schuldig,   das war Gernotens Rath.

 

˝Ihr sollt uns willkommen sein,˝   sprach Geiselher das Kind,       

˝Und eure Heergesellen,   die hier bei euch find:

Wir wollen gern euch dienen,   ich und die Freunde mein.˝

Da hieß man den Gästen   schenken König Gunthers Wein.

 

Da sprach der Wirth des Landes:   ˝Alles, was uns gehört,           

Verlangt ihr es in Ehren,   das sei euch unverwehrt;

Wir wollen mit euch theilen   unser Gut und Blut.˝

Da ward dem Degen Siegfried   ein wenig sanfter zu Muth.

 

Da ließ man ihnen wahren   all ihr Wehrgewand;                      

Man suchte Herbergen,   die besten, die man fand:

Siegfriedens Knappen   schuf man gut Gemach.

Man sah den Fremdling gerne   in Burgundenland hernach.

 

Man bot ihm große Ehre   darauf in manchen Tagen,                   

Mehr zu tausend Malen,   als ich euch könnte sagen;

Das hatte seine Kühnheit   verdient, das glaubt fürwahr.

Ihn sah wohl selten Jemand,   der ihm nicht gewogen war.

 

Flißen sich der Kurzweil   die Könge und ihr Lehn,                  

So war er stäts der Beste,   was man auch ließ geschehn.

Es konnt ihm Niemand folgen,   so groß war seine Kraft,

Ob sie den Stein warfen   oder schoßen den Schaft.

 

Nach höfscher Sitte ließen   sich auch vor den Fraun                

Der Kurzweile pflegend   die kühnen Ritter schaun:

Da sah man stäts den Helden   gern von Niederland;

Er hatt auf hohe Minne   seine Sinne gewandt.

 

Die schönen Fraun am Hofe   erfragten Märe,                         

Wer der stolze fremde   Recke wäre.

˝Er ist so schön gewachsen,   so reich ist sein Gewand!˝

Da sprachen ihrer Viele:   ˝Das ist der Held von Niederland.˝

 

Was man beginnen wollte,   er war dazu bereit;                      

Er trug in seinem Sinne   eine minnigliche Maid,

Und auch nur ihn die Schöne,   die er noch nie gesehn,

Und die sich doch viel Gutes   von ihm schon heimlich versehn.

 

Wenn man auf dem Hofe   das Waffenspiel begann,                     

Ritter so wie Knappen,   immer sah es an

Kriemhild aus den Fenstern,   die Königstochter hehr;

Keiner andern Kurzweil   hinfort bedurfte sie mehr.

 

Und wüst er, daß ihn sähe,   die er im Herzen trug,                 

Davon hätt er Kurzweil   immerdar genug.

Ersähn sie seine Augen,   ich glaube sicherlich,

Keine andre Freude   hier auf Erden wünscht' er sich.

 

Wenn er bei den Recken   auf dem Hofe stand,                        

Wie man noch zur Kurzweil   pflegt in allem Land,

Wie stand dann so minniglich   das Sieglindenkind,

Daß manche Frau ihm heimlich   war von Herzen hold gesinnt.

 

Er gedacht auch manchmal:   ˝Wie soll das geschehn,                 

Daß ich das edle Mägdlein   mit Augen möge sehn,

Die ich von Herzen minne,   wie ich schon längst gethan?

Die ist mir noch gar fremde;   mit Trauern denk ich daran.˝

 

So oft die reichen Könige   ritten in ihr Land,                     

So musten auch die Recken   mit ihnen all zur Hand.

Auch Siegfried ritt mit ihnen:   das war der Frauen leid;

Er litt von ihrer Minne   auch Beschwer zu mancher Zeit.

 

So wohnt' er bei den Herren,   das ist alles wahr,                  

In König Gunthers Lande   völliglich ein Jahr,

Daß er die Minnigliche   in all der Zeit nicht sah,

Durch die ihm bald viel Liebes   und auch viel Leides geschah.

Jak walczył z Sasami

Aliści wieść się dziwna w Guntera stolicy

Rozeszła, że przybyli na dwór z zagranicy

Obcy posłowie, niosąc zapowiedzi wojny

I posmutniał królewski dwór dotąd spokojny.

 

Przybywali posłowie króla Liudgera

Z ziemi saskiej, możnego wielce bohatera;

Z nim Liudgast, król z Danii, zbierał się na boje

A wiódł w swoim orszaku co najlepsze woje.

 

Wysłali z zapowiedzią posłów najezdnicy.

Ci tę wieść do Guntera przynieśli stolicy,

A gdy tam posłyszano słowa wojownicze,

Wnet ich na dwór przed króla stawiono oblicze.

 

Król zapytał uprzejmie: ˝Witajcież na dworze

A powiedzcie, kto taki do mnie o tej porze

Przysłał was, bo mi wasi nieznani panowie!˝

Mówił grzecznie, a przecież bali się posłowie.

 

I składali się, mówiąc: ˝Jeżeli raczycie

Posłuchać, możny królu, snadnie się dowiecie:

Liudger i Liudgast chcą najechać zbrojno

Wasze kraje i grożą, o królu, wam wojną.

 

Winy waszej nie znamy, lecz obaj książęta

Wrą na was srogą zemstą, nienawiść zawzięta

Wojną nadreńskiej ziemi grozi, a po temu

Sił im nie braknie! Słowu wierzcie rycerskiemu!

 

Za dwanaście tygodni mają począć wojnę:

Wiec przyjaznej drużyny zbierzcie hufce zbrojne,

Niechaj ziemi i grodów bronić wam pomogą,

Bo tu pęknie wnet hełmów i puklerzy mnogo.

 

Ale jeśli układów chcecie, miasto boju,

Raczcie rzec jeno, wtedy waszego spokoju

Nie naruszą, wojennej odstąpią wyprawy,

Którą życiem przypłaci niejeden zuch żwawy!˝

 

˝Dozwólcie chwilę, zanim wolę mą obwieszczę -

Odpowie król spokojnie - namyślę się jeszcze

I zapytam się wiernej o radę drużyny.

Wszak utaić nie mogę tej przykrej nowiny˝.

 

Zafrasował się Gunter tą wieścią niemało,

Wżdy milczał, ale w duszy rozważał rzecz całą,

Słał gońce po Hagena, po innych, by orzec

Przyszli, co czynić; słał też na Gernota dworzec.

 

Przybyli wnet do króla dostojni rycerze,

Zawezwani na radę, a król głos zabierze:

˝Grozi nam wojna wielka, radźcież na to, mili!˝

A Gernot, rycerz dzielny, zawoła tej chwili:

 

˝Wojna grozi? Toć mamy miecz jeszcze u boku

Nikt śmiercią bez bożego nie padnie wyroku,

Kto ma zginąć, niech ginie, lecz z honoru drogi

Strach mnie nigdy nie zepchnie! Gdzież te nasze wrogi?˝

 

Ale Hagen do rzeczy nie brał się tak skoro:

˝Liudger i Liudgast wielkie siły zbiorą,

My wici nie zdołamy rozesłać tak snadnie, -

Zresztą - może Zygfryda zapytać wypadnie!˝

 

Tymczasem posłom w mieście wskazano mieszkanie,

A Gunter prosił, aby uprzejme staranie

Mieć o nich, choć to wrogi, - (powinnością było,

Posłów szanować) - zanim obliczy się z siłą.

 

Rozmyślał król, co począć, a troska mu czoło

Ciężką chmurą zaległa. Wtem nadbiegł wesoło

Młody Zygfryd, - o wojnie nie słyszał nic jeszcze

I pytał króla, skąd te smutki w nim złowieszcze:

 

˝Dziwo, że wy, mój królu, pierwszy do zabawy

I wszelakiej ochoty, dla jakowejś sprawy

Oblicze przysłonili czarną smutku szatą!˝

A mądrze mu wytrawny rzecze Gunter na to:

 

˝Toć nie mogę każdemu mówić, co mnie boli

I dręczy. Temu tylko zwierzam się w niedoli,

Co wiernym zawsze druhem mi i sprzymierzeńcem!˝

Zygfryd bladł, to znów twarz mu płonęła rumieńcem,

 

Wreszcie rzekł: ˝Jam ni razu nie zawiódł was przecie;

Więc pomogę i teraz, gdy troska was gniecie.

Potrzeba wam przyjaciół? Liczcie na mnie śmiało,

Pomogę wam z honorem zakończyć rzecz całą!˝

 

˝Niech ci za dobre słowo zapłaci Bóg w niebie!

A chociażbyś mi pomóc nie zdołał w potrzebie,

Dość mi, żeś tak gotowy stać przy mnie w niedoli:

Może Bóg mi się kiedy odwdzięczyć pozwoli.

 

Teraz powiedzieć mogę, czemu jestem smutny:

Wypowiedział mi wojnę przez posły wróg butny,

Ziemie mi chce najechać, kraj zabrać i grody, -

Takich wieści jam nigdy nie odbierał wprzódy˝.

 

˝Więc jeno o to chodzi? - młodzieniec zawoła -

Rzućcie precz troski wasze, precz ten smutek z czoła!

Ja wam i sławę zyskam stąd i korzyść mnogą!

Proście jeno rycerzy, niech nam dopomogą.

 

Choćby wara zagrażało nieprzyjaciół więcej -

I choćby z sobą wiedli trzydzieści tysięcy

A ja tysiąc, nie pokpię sprawy! Za to ręczę!˝

Na to Gunter zawoła: ˝Jakżeć się odwdzięczę!˝

 

˝Zwołajcie tylko tysiąc walecznych rycerzy, -

Bo ze mną li dwunastu po gospodach leży, -

A bezpieczne wam będą burgundzkie rubieże;

Dłoń moja wiernie w walce usłuży i szczerze.

 

Niechże Hagen, niech Ortwin w tej sprawie pomoże

Żwawy Dankwart i Sindolt, co na twoim dworze,

I Volker niechaj z nami na wojnę podąży, -

Pojedzie zuch ten przodem, jako nasz chorąży.

 

A posłowie niech do dom wracają co żywo

Z odpowiedzią, że stawim się im nieleniwo,

O grody zaś nie trwożym się, ni o krainę˝.

Więc król zaraz po krewnych słał i po drużynę.

 

I Liudgera posły stanęli na dworze,

- Każdy rad był, że cało do dom wracać może,

Jeszcze ich miłościwy król obdarzył hojnie

I dał glejty, by nazad wracali spokojnie.

 

˝Odpowiedzcie - rzekł Gunter - tym, co was posłali,

By raczej tej wyprawy na mnie zaniechali,

Jeśli zaś wojny pragną, staną hufce chrobre

Druhów przy mnie. Zaczepka nie wyjdzie na dobre!˝

 

Bogate posłom dano przy odprawie dary,

- A miał ich w swoim skarbcu król Gunter bez miary -

Nie śmieli wzgardzić niemi Liudgera posły

A na myśl o powrocie aż serca w nich rosły.

 

Kiedy do duńskiej ziemi poselstwo przybyło,

A Liudgast usłyszał, co im się zdarzyło

To nad Renem i z jakim powracają skutkiem,

Harda odpowiedź ciężkim przejęła go smutkiem.

 

Powiadali posłowie, że w burgundzkiej ziemi

Rycerzy dzielnych mnogo, jeden między nimi,

Zygfryd z Żuław, nad całą góruje drużyną.

Strapił się bardzo Liudgast tą przykrą nowiną.

 

Więc kiedy wysłuchano opowieści całej,

Nakazał król, by większe hufce się zebrały.

Miał dwadzieścia tysięcy wojaków wytrawnych

Wziąć na wojnę, rycerzy i dzielnych, i sprawnych.

 

Liudger swoich Sasów zbierał co najwięcej,

Że mieli razem wojska czterdzieści tysięcy

I już na kraj Burgundów wiedli hufce zbrojne,

Lecz i Gunter już wici rozesłał na wojnę.

 

Wezwał braci i krewnych z swoimi lenniki,

By do boju powiedli swe orężne szyki,

I Hagen przybył z swymi. Gotowy do drogi

Stanął zastęp, zagładę sposobiąc na wrogi.

 

Więc na wojnę! Gdy w pole ruszyli pochodem,

Przed wojskiem dzielny Volker niósł chorągiew przodem;

Nad Renem, kiedy orszak miał się już przeprawiać,

Hagen z Tronje, mąż dzielny, musiał szyki sprawiać.

 

Ruszał na boje Sindolt i Hunolt z ochotą,

Pragnąc w walce zasłużyć na Guntera złoto;

Ruszał Dankwart, Hagena brat, i Ortwin śmiały,

Dodając tej wyprawie i blasku, i chwały.

 

˝Wy zaś zostańcie w domu, królu mój i panie -

Rzecze Zygfryd - boć za was dosyć mężów stanie, -

Więc spokojnie komnaty pilnujcie niewieściej, -

Nie uronim wam ziemi, ni rycerskiej cześci.

 

A tych śmiałków, co wojną grozili zuchwale,

Zatrudnię w domu! - Chętka odejdzie im wcale,

Gdy ujrzą, że w ich ziemi nasze znaki błysły, -

Wnet się w smutek zamienią harde ich zamysły!˝

 

Więc znad Renu przez heskie ruszyli rubieże

W kraj Sasów, a pożoga, zgliszcze i grabieże

Znaczyły pochód wojska; rozniosły to wieści -

Obaj królowie ciężkiej doznali boleści.

 

Przybył poczt na granicę. Pachołków, w tył szyków

Postawiono, a Zygfryd pytał wojowników:

˝Któryż będzie po drodze czeladzią dowodził?˝

- Jeszcze Sasom nikt w boju tak srodze nie szkodził -

 

˝Niech wiedzie pacholęta - odrzekli rycerze -

Żwawy Dankwart, mąż dzielny, sprawny w każdej mierze!

Ustrzeże nas od szkody, mając baczność pilną,

Niechaj Dankwart i Ortwin obejmą straż tylną˝.

 

˝A ja zaś - rzecze Zygfryd - pojadę na zwiady,

Aby dostać języka lub trafić na ślady,

I wybadać koniecznie, gdzie te wrogi przecie˝.

Wnet też zbroja okryła Zygelindy dziecię.

 

Zdał wojsko na Hagena pieczę i Gernota,

Co pierwszy, gdzie rycerska zdarzy się robota;

Sam na zwiady się w saską zapuścił ziemicę

I niejedne dnia tego porąbał przyłbice.

 

Ujrzał, jak tam na polu roją się niezmierne

Zastępy, - przy nich nikły hufce jego wierne,

Było tam ze czterdzieści tysięcy lub więcej.

Zygfryd cieszył się, boju pragnął najgoręcej.

 

Od wrogów też się rycerz wysunął na czaty,

W pełnej zbroi rycerskiej, w piękne odzian szaty.

Widział go Zygfryd, tamten spostrzegł go niebawem,

Obaj się wzajem okiem śledzili ciekawem.

 

Zacny to mąż wojennej podjął się usługi,

Złoty puklerz mu z ramion spływał, lśniący, długi, -

Był to Liudgast, wartę pełnił nieleniwo,

A już nań dzielny Zygfryd pomyka co żywo.

 

Zoczył go król i czwałem puścił się na wroga,

Bodzie konia do biegu żelazna ostroga,

Na tarcze mierzą długich kopij ostre groty, -

Nie myślał król, że tyle będzie do roboty!

 

Pękły drzewce, lecz dalej poniosły ich konie

Rozhukane, jak wicher, co szumi przez błonie,

Zwrócili je wędzidłem, ostrogami sparli,

I z mieczem w dłoni znowu na siebie natarli.

 

Ciął Zygfryd po szyszaku wroga z siłą całą,

Grzmot się rozległ i pole od ciosu zadrżało,

Prysły iskry z szyszaka, jak z ognistej głowni, -

Zeszli się zapaśnicy, siłą, prawie równi!

 

Liudgast mu na każde odpowiadał cięcie -

Godził w tarcz przeciwnika, a rąbał zawzięcie,

Już na pomoc Duńczyków trzydziestu pomyka, -

Lecz nim przybyli, Zygfryd zgromił przeciwnika.

 

Zadał królowi takie okropne trzy rany

Przez zbroję, - bo był cały w żelazo odziany -

Iż miecz po cięciu z rany wyniósł krwawe znaki.

Więc Liudgasta spotkał smutny koniec taki.

 

Błagał o życie, kraj mu cały w okup składał,

Że jest Duńczyków królem, zwycięzcy powiadał. -

Wtem przybyli rycerze, co widzieli z dala,

Jak im króla na czatach przeciwnik obala.

 

Zygfryd chciał uprowadzić jeńca, lecz drużyna

Zabiega, odciąć pragnie, godzić nań poczyna,

Ale bułat Zygfryda gęsto na nich padał, -

Obronił jeńca, szkody więcej jeszcze zadał.

 

Legło onych trzydziestu trupem z jego dłoni,

Li jeden umknął z życiem, ten uszedł pogoni

I przyniósł do obozu wieść o tej przegranej, -

Że nie kłamał, poświadczał szyszak krwią zbryzgany.

 

A kiedy po obozie gruchnęła nowina,

Że król jeńcem, - strapiła ciężko się drużyna;

Liudger szalał z gniewu, że mu wzięto brata,

Ból go nękał, a ciężka przygniotła go strata.

 

Tymczasem do obozu powiódł Zygfryd śmiały

Jeńca, kędy burgundzkie szyki go czekały,

I oddał w straż Hagena. Radość ze zwycięstwa

Podniosła ducha w wojsku i dodała męstwa.

 

A już Zygfryd rozkazał chorągiew przytroczyć

I wołał: ˝Trzeba więcej krwi jeszcze utoczyć,

Nim zgaśnie słońce, chyba że sam w boju zginę!

Nie jednę my dziś saską zasmucim dziewczynę.

 

Za mną, męże znad Renu! Za mną, wojowniki!

Powiodę was, gdzie stoją Liudgera szyki, -

Ujrzycie, jako hełmy pękają od ciosu

Chrobrej ręki, - dziś wrogom nie zazdroszczę losu!˝

 

Już Gernot na koń siada, a z nim wierna rzesza,

Bieży cny grajek Volker, uchwycić pospiesza

Swą chorągiew i staje z nią na wojska czele,

Za nim czeladź do walki szykuje się śmiele.

 

A było ich nie więcej, jak tysiąc wojaków

I dwunastu rycerzy. A kurz się ze szlaków

Wzbił w górę, gdy przez saską jechali ziemicę, -

Lśnią tarcze, błyszczą zbroje, świecą się przyłbice.

 

Lecz już się przybliżały do nich wrogie szyki,

Ostre miecze dzierżyli w ręku wojowniki

A władali też nimi walecznie w zawody,

Idąc w bój za ojczyznę, za ziemie i grody.

 

Wiodą wojska wodzowie, dwóch królów hetmany

A Zygfryd w bój pomyka, za nim huf dobrany

Mężów, co dlań ojczyste rzucili Żuławy.

Wpadli na wrogów szyki: dzień się począł krwawy.

 

Sindolt i Hunolt dzielny pospołu z Gernotem

Walczą, z ich rak niejeden ściele się pokotem,

Zanim jeszcze okazać zdołał swoje męstwo,

Łzy i jęki za sobą wiodło ich zwycięstwo.

 

Ówdzie zaś Volker śmiały i Hagen z siestrzanem

Walczą śród wrogów z męstwem niepohamowanem,

Kędy cios padł, wnet jasny szyszak krwią opływał;

Tam znowu Dankwart cudów męstwa dokazywał,

 

Lecz i Duńczycy wcale nie skąpili ręki:

Od pchnięcia kopij tarcze w głośne brzmią rozdźwięki,

A jak gromy na karki padają oręże;

Obok nich walczą dzielnie Liudgera męże.

 

Burgundzkie hufce ławą w wir walki ruszały,

Grzmiały miecze o hełmy, wnet się krwią zmazały,

Popłynęła po siodłach wraża krew strumieniem:

Czci i sławy się każdy dobijał ramieniem.

 

Wtem chrzęst rozgłośny! Spadły z grzmotem na puklerze

Ostre miecze: natarli Zygfryda rycerze

W huf najgęstszy, już wrogom wsiadają na karki,

Wódz przodem, w jego tropy lot ich poniósł szparki.

 

W natarciu im z Burgundów ni jeden nie sprostał,

Kędy przebiegli, potok czerwony pozostał.

Ciął Zygfryd hełmy, strugą krew przelewał wrażą,

Aż znalazł Liudgera z swą przyboczną strażą.

 

Dwa razy przedarł szyki, trzeci raz przedziera,

Aż Hagen przez zastępy w pomoc się przebiera

Ku niemu i wnet pędem uderzyli razem,

Śmierć siejąc, kędy ostrem dosięgną żelazem.

 

Gdy spostrzegł król Liudger, co się z wojskiem dzieje,

Jak Balmung, miecz Zygfryda, wszędzie zgubę sieje,

Że padają, jak wichru zdmuchnięci powiewem,

Wstrząsnął się cały, z bólu strasznym zawrzał gniewem.

 

Pomknął - i natarł na się przyboczny huf gęsty,

Wszczął się zamęt, ścisk, hałas, rozległy się chrzęsty,

Wodze idą o lepsze, krew się leje rzeką,

Drgnął szyk saski, lecz walczy, - tamci raźniej sieką,

 

Wiedział już Sasów książę, że Liudgast wzięty

Jeńcem, więc pomsty żądał gniew jego zawzięty,

Wiedział też, że Zygfryda ręki to robota,

(Choć inni posądzali o ten czyn Gernota),

 

Więc rąbał, co sił stało; od miecza zamachu

Ugiął się koń Zygfryda i potknął z przestrachu.

Lecz gdy się rumak podniósł, już junak bez trwogi

Walczył, siejąc zagładę, rozszalały, srogi.

 

A pomagał mu Hagen i Gernot niemało,

Pomagał Dankwart, Volker, więc trupem leżało

Mężów mnogo, - i Sindolt i Hunolt z Ortwinem

W boju niejednym chrobrym wsławili się czynem.

 

Zawsze razem się w walce trzymali junaki,

A coraz to wyleci oszczep nad szyszaki

Z ich ręki, w lot przebija jaką tarczę lśniącą

Że się zaraz zrumieni krwią z rany płynącą,

 

I co chwila się z konia jaki rycerz zwali

Trupem. Aż wreszcie w walce z sobą się spotkali

Mężny Zygfryd i Sasów król, Liudger śmiały,

W zgiełku, kędy oszczepy najgęściej padały.

 

Wnet od pchnięcia Zygfryda pękła przeciwnika

Tarcza, pewny zwycięstwa młodzieniec pomyka -

A dzielnych Sasów wiele srodze rannych jęczy,

Bo i Dankwart nie szczędził w pancerzach obręczy.

 

Wtem dostrzegł król Liudger na tarczy koronę,

Zygfryda godło, - zaczem porzucił obronę:

Wiedział, że temu nic już oprzeć się nie zdoła

Więc na przyjaciół głosem potężnym zawoła:

 

˝Zaniechajcie już walki, i wy, i drużyna!

Oto Zygmuntowego obaczyłem syna,

Zygfryda, co w swej sile wielkiej znalazł chlubę!

Bies go chyba przeklęty przyniósł nam na zgubę!˝

 

Kazał skłonić chorągwie i zaprzestać boju,

I prosił, by zwycięzca nie wzbraniał pokoju:

Otrzymał go, lecz jeńcem miał pójść przed Guntera.

Zgromiła go Zygfryda ręka, bohatera.

 

Zaczem wszyscy przystali, by zaniechać wojny;

Dziurawe hełmy, tarcze, i czem kto był zbrojny,

Musieli złożyć, każda zbroja była krwawą,

Po każdej krew pociekła za Burgundów sprawą.

 

Każdy jeńca do woli z pobitych wybierał,

Gernot jeno z Hagenem baczył i dozierał,

Aby rannych na nosze złożono, a z niemi

Pięćset rycerzy wiedli w plon do swojej ziemi.

 

Zwyciężeni do Danii wracali w boleści,

I Sasi wielkiej w walce nie zyskali cześci

Nie było się czem szczycić ni pochwalić w domu,

Płakali i poległych, i własnego sromu.

 

Zdobytą broń zabrano do burgundzkiej ziemi.

Dzielnie zakończył wojnę cny Zygfryd ze swymi

Wojakami i sławy dobił nie niemałej,

Że przyznać mu to musiał Guntera huf cały.

 

Gernot mężny słał przodem do Wormacji posły,

By się prędzej do kraju nowiny doniosły,

Jak szczęśliwie z wojennej wracają wyprawy,

Ile w boju zyskali i cześci, i sławy.

 

Biegli przodem posłowie i przynieśli wieści,

Wnet radość szczera miejsce zajęła boleści,

Cieszył się każdy, słyszeć każdy pragnął gońca,

A kobiety badały, pytały bez końca,

 

Jak się królewskiej rzeszy wyprawa udała?

I Krymhilda jednego do siebie przyzwała

Tajemnie, bo otwarcie pytać o nowiny

Wstyd bronił, - wszak na wojnie był i jej jedyny.

 

Zaledwie wszedł wezwany poseł do świetlicy,

Uprzejme słyszał słowa nadobnej dziewicy:

˝Mów wieść miłą, a złotem nagrodzę cię hojnie

I łaską mą, gdy wiernie opowiesz o wojnie:

 

Jak się ma Gernot? inni? kto nam w boju zginął?

Kto najdzielniejszym czynem nad innych zasłynął?

Opowiedz mi!˝ - A poseł żywo się odzywa:

˝Tchórza śród nas nie było, pani miłościwa!

 

Ale w harcach rycerskich i gdzie bój wrzał srogi,

Nie zebrał nikt tej chwały, mogę rzec bez trwogi,

Co gość on, co tu przybył z żuławskiej krainy!

Cudów męstwa dokazał, nadludzkie to czyny!

 

Choć po staremu w boju i mężni, i czynni

Byli Dankwart i Hagen, i rycerze inni,

I chociaż czci rycerskiej zyskali niemało,

Wszystkich przewyższył w walce Zygmuntowic chwałą.

 

I tamci trupa dosyć przed sobą nasłali,

Ale nikt nie wypowie, co ostrzem swej stali

Dokazał mężny Zygfryd, kiedy wpadł na wroga.

Niejedna swych krewniaków opłacze nieboga,

 

Lub się łzami zaleje cała po kochanku!

Grzmiał ostry miecz Zygfryda głośno, bez ustanku

Po hełmach, a za każdym ciosem krew bryznęła, -

Boć to mąż rycerskiego dobrze świadom dzieła.

 

Prawda, i Ortwin z Metzu popisał się dzielnie:

Kogo dopadł miecz jego, to albo śmiertelnie

Ranny, albo się trupem powalił na trawę;

I brat wasz miłościwy utrwalił swą sławę,

 

Orężem siekąc szczerby w nieprzyjaciół szykach.

O wszystkich śmiele można wyznać wojownikach,

Iż poczynali sobie dzielnie w każdej porze,

I żaden iście zarzut spaść na nich nie może.

 

Kiedy miecze rozgłośnym uderzyły grzmotem,

Wrogowie lecąc z siodeł, słali się pokotem,

Niejeden z nich zaniechać walki rad by szczerze;

Tak dzielnie wojowali nadreńscy rycerze.

 

I Hagena lennicy wyrządzili szkody

Wiele, kiedy się wojska puściły w zawody;

Kędy Hagen się zjawi, wróg się trupem ściele.

Jak walczył, o tem trzeba opowiadać wiele!

 

Także Sindolt i Hunolt z Gernota drużyny

I Rumolt się chrobrymi odznaczyli czyny.

Poznał Liudger późno, że ciężko zapłaci

Za to, iż się zuchwale porwał na twych braci.

 

Ale wszystkich przewyższył, najdzielniej się sprawiał

Mężny Zygfryd; on takie cuda tam wyprawiał,

Jakich nikt nie obaczy, ni przedtem, ni potem.

Wiedzie jeńców, co hojnie wykupią się złotem.

 

A nabrał ich niemało wojak ten wsławiony:

Król Liudgast potężnie przez niego zgromiony,

I Liudger, brat jego, co Sasami władał!

Słuchaj pani, coć jeszcze będę opowiadał:

 

Do niewoli ich wzięła Zygfryda prawica

A nigdy takich jeńców nasza okolica

Nie widziała, jak teraz pojmać się zdarzyło!˝

Słuchała, a serduszko radośnie jej biło.

 

A poseł mówił: ˝Wziętych pięciuset rycerzy

Z okładem, zaś na noszach krwią oblanych leży

Rannych mnóstwo, - tych noszów z ośmdziesiąt wloką

Miecz Zygfryda ich własną tak oblał posoką.

 

Zuchwalce, co niedawno nam wyzwanie harde

Słali, dzisiaj w niewoli zgięli karki twarde

Przywiodą ich niebawem wojska do stolicy!˝

Na tę wieść pokraśniało oblicze dziewicy

 

I prześliczna twarzyczka zakwitła różowo,

Bo z trudów i zapasów walki wyszedł zdrowo

Dzielny Zygfryd, on junak nad wszystkie junaki,

I dzielnie się sprawili w boju jej krewniaki.

 

Więc rzecze urodziwa dziewka: ˝Za te słowa

Nagrodą niech ci będzie ta szata godowa

I dziesięć grzywien złota zaniosąć ode mnie!˝

Możnej pani wieść przynieść dla posła przyjemnie,

 

Bo w nagrodę i złoto, i bogate szaty. -

Dziewczęta już czatują przy oknach komnaty,

Wyglądają na drogę, - już butni rycerze

Śpieszą, wojnę skończywszy, w ojczyste rubieże,

 

Przodem zdrowi, za nimi szli ranni do domu, -

Każdy z nich mógł się z druhem przywitać bez sromu.

Król wyjechał wesoło powitać swych gości,

Znikł jego smutek, miejsca ustąpił radości.

 

Pozdrowił swych rycerzy i obcych układnie.

Godziło się królowi potężnemu snadnie

Podziękować łaskawie rycerzom po wojnie,

Że mu sławy zwycięstwa przysporzyli hojnie.

 

Pytał Gunter o losy druhów i wyprawy,

Kogo mu śmierć zabrała śród wojennej sprawy:

Utracił w walce jeno sześćdziesiąt rycerzy. -

Żal było, - lecz ukoi się każdy żal świeży.

 

Zwycięzcy wieźli z sobą puklerze pocięte,

Poszczerbione, pogięte i hełmy pęknięte;

Przed pałacem królewskim wszyscy z koni zsiedli, -

Po powitaniu harce wesołe zawiedli.

 

Wnet rozdano rycerzom po mieście gospody,

Król kazał, by im żadnej nie szczędzić wygody,

Ranni mieli opiekę i staranność wszelką,

Bo król i wrogów łaską swą otoczył wielką.

 

Do Liudgasta rzecze: ˝Witajcie w mej ziemi!

Zadaliście mi szkody rękami waszemi

Wiele, lecz powetuję straty me tej chwili,

Dzięki druhom, co dobrze mi się zasłużyli˝.

 

˝Podziękujcie im szczerze! - Liudger odpowie -

Takich jeńców nieprędko dostaną królowie!

Za uczciwe przyjęcie okup złożym suty,

Że pobitym zwycięskiej nie dasz uczuć buty˝.

 

Król odrzekł: ˝Wam zostawiam wolność całkowicie,

Lecz by jeńcy mi z kraju nie umknęli skrycie

Bez mego pozwolenia, chciałbym mieć porękę!˝

Więc Liudger ochoczo dał królowi rękę.

 

Zaraz też dano królom gospody swobodne;

Ranni pościel dostali i łoża wygodne.

Zdrowych winem i miodem uraczono hojnie

Było się czem pocieszyć po trudach, po wojnie.

 

Potrzaskane puklerze wnieśli do komory

I siodła pokrwawione, - był ich poczet spory, -

By niewiastom usunąć widok opłakany.

Spoczął wreszcie niejeden trudami znękany.

 

Król wszystkich podejmował ochoczo i szczerze,

Snuli się gęsto swoi i obcy rycerze,

Rannym wrogom nie brakło starannej opieki,

Lecz ich duma zuchwała w pył starta na wieki.

 

Kto się znał na lekarskiej sztuce, ten bogate

Dostał dary i srebra, złota dość w zapłatę

Swych trudów, by wyleczyć rycerzy schorzałych.

Król gościom podarunków nie szczędził wspaniałych.

 

Ten i ów do ojczystej chciał już wracać włości;

Król wstrzymywał, uprzejmej pełen gościnności,

Wdzięczen był za ich trudy, radził się krewniaków,

Jak godnie wynagrodzić tych dzielnych wojaków.

 

Gernot taką dał radę: ˝Niechaj do dom jadą!

Za sześć niedziel zaś uczcij zwycięstwo biesiadą -

Z zaproszeniem niech gońcy rozjadą się chyżo,

Tymczasem się i ranni z ran swoich wyliżą˝.

 

Chciał i Zygfryd w ojczyste już powracać strony,

Lecz Gunter o zamiarze w czas powiadomiony,

Uprzejmie prosił, aby pozostał w stolicy.

Więc Zygfryd gwoli lubej wstrzymał się dziewicy.

 

˝Lecz jak go wynagrodzić!˝ - Płacić królewica

Nie można; - więc przyjaźnią sam król go zaszczyca

I krewni króla, - dobrze im wiadomo było,

Jakich on w boju czynów dokazał swą siłą.

 

Jedynie dla królewnej swej wyjazd odwlekał.

Spodziewał się ją ujrzeć, wreszcie się doczekał

Spełnienia swoich życzeń i poznał dziewicę! -

Potem wrócił szczęśliwy w Zygmunta dzielnicę.

 

Nie brak było na dworze rycerskiej ochoty,

Zabawiała się młodzież, w tarcze grzmiały groty -

Król tymczasem pod miastem kazał stawiać ławy,

Gdzie się miały odbywać harce i zabawy.

 

A kiedy przybyć mieli sproszeni nareszcie,

Dostała się wieść o tem w komnaty niewieście.

Usłyszała Krymhilda o bliskiej zabawie,

Więc kobiety się jęły bez spoczynku prawie

 

Do roboty, by wstęgi gotować i stroje,

I na pani Uoty zabiegła pokoje

Wieść o godach, że obcych nazjeżdża się gości.

Więc ze skrzyń dobywała stroje, kosztowności.

 

Kazała piękne szaty zdobić złotem hojnie,

By niewiasty i panny swe odziać przystojnie,

Niepoślednio przybrała też rycerską młodzież

I dla gości wspaniałą przyrządziła odzież.