Iluzja obiektywizmu
W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku
Albert Einstein podważył nasze rozumienie świata, w którym
żyjemy. W swoich rewolucyjnych teoriach względności
- ogólnej i szczególnej - zasugerował, że
czas i przestrzeń są połączone w sposób, który
najlepiej można zrozumieć nie poprzez subiektywne doświadczenie,
ale za pomocą wzorów matematycznych i wymagających wyobraźni
eksperymentów myślowych. Próbował sobie na przykład wyobrazić,
co by się stało, gdybyśmy znajdowali się w pojeździe
poruszającym się z prędkością bliską prędkości
światła. Słynny wzór E =
mc2 uświadomił nam, jak dużo
energii może powstać na skutek konwersji materii. Ten sam wzór po
przekształceniu wskazywał, że samą materię można traktować jako
skondensowaną energię. W jednej ze swych niezliczonych, często
cytowanych wypowiedzi Einstein posunął się nawet do stwierdzenia,
że "rzeczywistość jest iluzją".
Naukowcy nie są zgodni co do tego,
co Einstein chciał przez to powiedzieć. Zdaniem większości pragnął
nam uświadomić, że doświadczenie jest uzależnione od perspektywy
i sytuacji spostrzegającego. My jednak możemy potraktować te
słowa jako przypomnienie, że to, czego doświadczamy w swoich
codziennych spostrzeżeniach, nie jest po prostu rejestrowaniem czegoś,
co nas otacza, ale raczej wynikiem interakcji pomiędzy dziwną,
skomplikowaną substancją powstałą wskutek Wielkiego Wybuchu (najnowsza
teoria głosi, że owa substancja składa się z wibrujących
strun niewyobrażalnie małych cząstek, które w jakiś sposób
nabierają masy poprzez oddziaływanie z polami energii) a tą
samą substancją, z której jesteśmy zbudowani. Właśnie ta
interakcja wytwarza nasze subiektywne doświadczenie świata pełnego
stałych, trójwymiarowych obiektów, których dotykamy, dźwięków,
które słyszymy, bogatej palety barw, które widzimy, i szerokiego
zakresu zapachów, jakie czujemy.
Inny dwudziestowieczny geniusz, George
Carlin, zapytał swoich słuchaczy: "Czy zauważyliście, że każdy,
kto jedzie samochodem wolniej niż wy, jest idiotą, a każdy, kto
jedzie szybciej, jest szaleńcem?" Dwie dekady temu my dwaj, autorzy
tej książki, zaczęliśmy się zastanawiać nad związkiem między
stwierdzeniem Einsteina na temat rzeczywistości a ironicznym
pytaniem Carlina. Ten związek, jak sądzimy, pozwala nam zrozumieć
istotę ludzkiej psychiki i (w dużej mierze) ludzkiej głupoty. My,
ludzie, nie tylko odruchowo zakładamy, że nasze spostrzeżenia są
wiernym odbiciem rzeczywistości. Często idziemy o krok dalej
i przyjmujemy, że nasze osobiste spostrzeżenia są wyjątkowo
trafne i obiektywne.
Aby pomóc Ci zrozumieć naturę owej
iluzji obiektywizmu, spróbujemy zajrzeć Ci do głowy i odczytać
Twoje poglądy polityczne.
Dowiedziemy, że potrafimy
rozszyfrować Twoje przekonania polityczne wyłącznie na podstawie
faktu, że czytasz tę książkę. Możemy z dużą dozą pewności
przewidywać, że
uważasz, iż Twoje poglądy polityczne
są liberalne w granicach rozsądku. W odniesieniu do
większości spraw oceniasz ludzi o poglądach bardziej lewicowych
niż Twoje jako nieco naiwnych. Uważasz, że są raczej idealistami
niż realistami, i przypisujesz im nadmierną skłonność do
poprawności politycznej. Ci, którzy wyrażają poglądy bardziej
prawicowe niż Twoje, wydają Ci się dość samolubni i nieczuli,
nieco ograniczeni i oderwani od codziennego życia zwyczajnych ludzi
i od problemów, z jakimi borykają się oni we współczesnym
świecie.
Czy ten opis trafnie oddaje to, jak widzisz
siebie na scenie politycznej? Jesteśmy przekonani, że tak. Sztuczka
polega na tym, że namalowany przez nas portret polityczny z pewnością odnosi się nie tylko do
Ciebie i do innych czytelników tej książki, lecz prawie do
każdego. Przecież gdybyś miał poczucie, że ludzie na lewo od
Ciebie są lepiej dostrojeni do rzeczywistości niż Ty, to zapewne
przesunąłbyś się w ich kierunku. To samo można powiedzieć
o ludziach mających poglądy bardziej prawicowe niż Twoje.
Krótko mówiąc, podobnie jak inni
ludzie, spostrzegasz własne poglądy i sympatie polityczne jako
najbardziej realistyczną odpowiedź
na czasy, w których żyjemy, i na problemy, z jakimi
się borykamy. Sądzisz też, że Twoje poglądy i opinie
są dostosowane do realiów natury ludzkiej. A skoro jesteś
przeświadczony, że to Twoje poglądy polityczne są najlepiej osadzone
w rzeczywistości, wnioskujesz, że ludzie niepodzielający
Twoich przekonań - zwłaszcza ci, którzy zajmują miejsce
odległe od Twojego w spektrum poglądów politycznych - bez
wątpienia oceniają sytuację mniej realistycznie. Brakuje im Twojego
obiektywizmu. Są bardziej skłonni patrzeć na kwestie polityczne przez
pryzmat wyznawanej ideologii, egoistycznych interesów, wychowania lub
jakichś innych zniekształcających czynników.
Przypomnij sobie spostrzeżenie
Carlina dotyczące naszych opinii na temat innych kierowców. Może
w pierwszej chwili pomyślałeś: "Rzeczywiście zauważyłem, że inni kierowcy są właśnie
tacy". Po chwili refleksji pojąłeś jednak, co Carlin miał na
myśli: ponieważ jedziesz z prędkością, którą uważasz
za najlepiej dostosowaną do warunków panujących na drodze,
każdy, kto jedzie wolniej, z pewnością jedzie zbyt wolno, a każdy, kto jedzie szybciej, bez
wątpienia pędzi za szybko. Przekonanie,
że widzisz rzeczy takie, jakie są naprawdę, a co za tym idzie
- każdy, kto widzi je inaczej, popełnia błąd, jest nieuniknione
- przynajmniej w pierwszym odruchu.
Codzienne doświadczenie dostarcza
wielu przykładów tego zjawiska. Kiedy Twoja żona mówi: "Strasznie
tu zimno", i podkręca termostat, mimo że Ty czujesz się
komfortowo, zastanawiasz się, co sprawia, że Twojej żonie jest zimno,
chociaż temperatura jest w sam raz. Kiedy natomiast marzniesz,
a Twoja żona albo ktoś inny twierdzi, że temperatura jest bardzo
przyjemna, zastanawiasz się, dlaczego druga osoba nie zauważa, jak jest
naprawdę. W pierwszym odruchu
nie bierzesz pod uwagę możliwości, że to Ty jesteś nadwrażliwy
lub - przeciwnie - niewrażliwy i że to druga osoba
jest tą, która reaguje właściwie na "prawdziwą" temperaturę
w pomieszczeniu.
Podobnie kiedy mówisz, że muzyka
jest zbyt cicha albo za głośna, jesteś przekonany, że wypowiadasz
zdanie na temat muzyki, a nie na temat samego siebie, a raczej
złożonych interakcji między sygnałami dźwiękowymi, Twoimi
receptorami słuchowymi i doświadczeniami, które ukształtowały
Twój gust i preferencje. Kiedy twierdzisz, że jedzenie jest za
ostre albo zbyt mdłe, jesteś pewny, że Twoja uwaga dotyczy jedzenia,
a nie Twoich kubków smakowych albo kuchni, którą pamiętasz
z dzieciństwa, lub tej typowej dla Twojej kultury. A kiedy
inni są odmiennego zdania - kiedy narzekają, że Twoja ulubiona
muzyka to straszny jazgot, który nie może się równać z muzyką
ich młodości, albo kiedy nie mogą uwierzyć, że ktokolwiek może
lubić takie jedzenie (taką sztukę bądź taki styl ubierania się)
- zastanawiasz się, jak to się stało, że mają tak dziwaczny
gust.
Zapewne potrafisz podać
kontrprzykłady - sytuacje, w których dochodzisz do
wniosku (na ogół po chwili refleksji), że to Ty odbiegasz od
normy. Wnioskujesz, że jesteś wyjątkowo wrażliwy na zimno,
ponieważ dorastałeś w Kostaryce. Albo dochodzisz do
przekonania, że Twoja awersja do kotletów mielonych ma swoje
źródło w suchej, pozbawionej smaku potrawie, którą
wmuszano w Ciebie w dzieciństwie podczas częstych
wizyt u babci. W porządku. Takie wyjątki są ważne
i prawdziwe, ale pozostają wyjątkami. Wynikają one ze
skłonności wspólnej dla nas wszystkich - zwłaszcza
w młodym wieku - do zastanawiania się nad sytuacjami,
w których czujemy bądź myślimy inaczej niż pozostali,
szczególnie gdy owe myśli lub uczucia dotyczą naszych gustów
w dziedzinie sztuki, muzyki czy sposobów spędzania wolnego
czasu. Jako nastolatki mogliśmy się nawet zastanawiać: "Dlaczego
nie mogę być taki jak wszyscy?" Z upływem lat przedmiot tych
rozważań na ogół się zmienia z "Co jest nie tak ze mną?" w "Co jest nie tak z nimi?".
Pomijając tego rodzaju
rozważania, nasze fenomenologiczne doświadczenie jest jednak takie,
że spostrzegamy rzeczy takie, jakie są - że w pokoju
naprawdę jest zimno, a potrawa upichcona przez babcię naprawdę
jest obrzydliwa. W pozostałej części tego rozdziału przekonamy
się, że owa skłonność do traktowania własnego obrazu świata jako
wyniku obiektywnego spostrzegania, a nie subiektywnej interpretacji,
tkwi u podłoża wielu form ludzkiej głupoty.
Podążając śladem Lee i jego
współpracowników, psychologowie określają to kuszące, przyjemne
poczucie, że widzimy świat taki, jaki jest, mianem naiwnego realizmu. Uświadomienie sobie,
że podobnie jak wszyscy inni ludzie, jesteś naiwnym realistą, to
ważny krok ku temu, by stać się mądrzejszym człowiekiem. Sprawi,
że będziesz mądrzej podchodził do rozmaitych doświadczeń,
jakie napotkasz w życiu codziennym. Pomoże Ci radzić sobie
lepiej z różnicami zdań z przyjaciółmi, członkami
rodziny i współpracownikami. Uczyni Cię także mądrzejszym
w niezwykle ważnych kwestiach politycznych i społecznych
w czasach, gdy Ameryką i całym niespokojnym światem targają
konflikty. Aby jednak w pełni zrozumieć, w jaki sposób
uświadomienie sobie naiwnego realizmu może sprzyjać mądrości,
o jakiej mowa w tej książce, musimy cofnąć się o krok
i zadać bardziej podstawowe pytanie: co daje początek naszemu
przekonaniu, że istnieje relacja jeden do jednego między tym, czego
doświadczamy, a tym, co "jest naprawdę"?
Ukryci robotnicy
Jednym z najważniejszych zadań
ważących półtora kilograma obwodów neuronalnych, które nosimy pod
czaszką, jest dążenie do zrozumienia otaczającego świata. Obwody te
decydują, szybko i bez wysiłku, czy po danej powierzchni można
chodzić, czy spostrzegany przedmiot jest niegroźny, czy niebezpieczny,
czy dostrzeżony ruch był celowy, czy przypadkowy, albo czy twarz,
którą widzimy, jest nowa, czy znajoma. Zadanie to w większości
jest realizowane przez procesy psychiczne, które działają bez naszej
świadomości. Mamy więc poczucie rozumienia, ale nie mamy pojęcia, jak
je osiągnęliśmy. Cała masa ukrytych procesów psychicznych pracuje
bez wytchnienia poza naszą wiedzą i kontrolą, nadając sens
zalewającym nas potokom sprzecznych lub wprowadzających w błąd
informacji. Brak świadomego dostępu do owej maszynerii skutkuje
myleniem tego, co Immanuel Kant nazwał "rzeczą samą w sobie"
(das Ding ans ich), z "rzeczą dla nas"
(das Ding für uns).
Kiedy widzimy toster, czujemy
smakowity zapach albo zauważamy grożący gest, mamy poczucie,
że doświadczamy tego bodźca takim, jaki jest, a nie takim,
jak go zinterpretowaliśmy. Chyba najłatwiej uświadomić sobie
naszą rolę w konstruowaniu własnych doświadczeń zmysłowych
w odniesieniu do widzenia kolorów. Wydaje nam się, że jabłka
są czerwone, oceany - błękitne, a wysokie łuki przy
wejściu do restauracji fast-food - żółte. Kolory, które
widzimy, nie istnieją jednak w świecie zewnętrznym jako cecha
spostrzeganych przedmiotów. Są wytworem interakcji między tym,
co istnieje "tam, w świecie", a działaniem naszych
zmysłów. Spostrzeganie barw jest wynikiem aktywizacji określonych
fotoreceptorów, które odznaczają się zróżnicowaną czułością
na fale świetlne różnej długości padające na siatkówkę, oraz
dalszego przetwarzania owego złożonego wzorca aktywizacji na wyższym
poziomie - w mózgu.
Oto znamienny fakt pokazujący, jak
skutecznie nasz mózg tworzy iluzję czerwonych jabłek, błękitnych
oceanów i żółtych łuków: często mówimy, że psy są "ślepe
na kolory" (w rzeczywistości je widzą, ale spostrzegane przez nie
barwy nie są tak intensywne i zróżnicowane jak te widziane
przez nas, ludzi), ale nigdy nie mówimy, że sami jesteśmy "ślepi
na zapachy". Nie zdajemy sobie sprawy, że tak naprawdę świat jest
dużo bardziej aromatyczny, niż nam się wydaje, i że to my
- na skutek ograniczeń naszego układu węchowego i mózgu
- rozróżniamy tylko niewielki ułamek zapachów, które psy
(i prawie wszystkie inne ssaki) wykrywają z łatwością.
Wykształceni ludzie znają podstawowe
fakty dotyczące widzenia barw, ale ta wiedza w żaden sposób nie
zmienia poczucia, że kolor jest immanentną cechą przedmiotów. Nie
powstrzymuje nas też przed mówieniem o pomarańczowych zachodach
słońca, niebieskich oczach i kasztanowych puklach. W wypadku
bardziej złożonych zdarzeń poznawczych jesteśmy jeszcze mniej
świadomi własnego wkładu w to, czego doświadczamy. Bez wysiłku
wypełniamy luki w dostępnych dla nas sygnałach poznawczych,
nie zdając sobie sprawy z istnienia owych luk ani z tego,
że to my je wypełniamy.
Co istotne, w procesie
wypełniania luk kierujemy się nie tylko swoją uprzednią wiedzą
i oczekiwaniami, lecz także informacjami, które docierają
do nas już po fakcie. Uczestnicy pewnego badania słyszeli zdania,
w których pominięto pierwszą część kluczowego słowa
(zaznaczyliśmy to gwiazdką: *), przy czym części badanych odczytano
inne zakończenie zdania niż pozostałym. I tak, na przykład
niektórzy badani słyszeli: "*owa była na pastwisku", a inni:
"*owa była w dziupli". Obie grupy badanych twierdziły,
że usłyszały sensowne zdanie: "Krowa była na pastwisku"
w pierwszym wypadku i "Sowa była w dziupli"
w drugim. Żadna z osób nie zauważyła luki ani tego, że sama
wstawiła w nią "kr" lub "s", aby zrozumieć usłyszane
zdanie[2].
Mylenie naszych modeli umysłowych
tego, co istnieje w świecie, z rzeczami samymi w sobie
nie ma istotnego znaczenia, kiedy wszyscy mają taki sam model
umysłowy - jak to na ogół bywa w wypadku jabłek, nieba
czy łuków przy wejściu do restauracji McDonald's. Nie stanowi
także problemu, kiedy wszystkim udaje się wypełnić te same luki
językowe. Może mieć jednak poważniejsze konsekwencje w wypadku
polityki i problemów społecznych. Jest to szczególnie widoczne
w sytuacji, gdy dwie strony próbują coś zrozumieć (lub nadać
czemuś sens), mając zupełnie różne doświadczenia, priorytety
i przekonania. W takich wypadkach różnice w sposobach
spostrzegania tego, co jest uczciwe i święte albo kto jest
odpowiedzialny za zło tego świata, są nieuniknione. Różnice zdań
często prowadzą do oskarżeń o złą wolę albo słabość
charakteru, co sprawia, że jeszcze trudniej o zgodę. Właśnie
w takich sytuacjach najmądrzejszy człowiek w pokoju zdaje
sobie sprawę, że jego spojrzenie na "rzeczywistość" jest tylko
tym, czym jest - spojrzeniem, a nie obiektywną oceną tego,
co jest naprawdę.
Oni widzieli protest
Jadąc ulicą, widzisz policjantów,
którzy próbują rozpędzić grupę demonstrantów przed kliniką
leczenia niepłodności. Czy policja reaguje zbyt ostro, ograniczając
prawo obywateli do organizowania zgromadzeń? A może to
protestujący wymykają się spod kontroli i wymagają stanowczej
interwencji policji? Interesujące badanie, przeprowadzone przez profesora
Uniwersytetu Yale, Dana Kahana, i jego współpracowników,
pokazało, w jak dużym stopniu Twoje odpowiedzi na te
pytania zależą od Twoich poglądów politycznych. To jednak nie
wszystko. Twoje sympatie polityczne będą wpływać nie tylko na Twoje
opinie dotyczące zachowania policji
i demonstrujących, lecz także na to, jakie działania policji
i demonstrujących zobaczysz.
Kahan i jego
współpracownicy pokazali badanym fragmenty rzeczywistych
starć między protestującymi a policją, do których
doszło w Cambridge w stanie Massachusetts w 2009
roku[3]. Połowie osób badanych powiedziano, że manifestanci
protestują przeciwko dostępności aborcji przed budynkiem
kliniki leczenia niepłodności; druga połowa sądziła,
że jest to protest przeciwko polityce "Nie pytaj, nie
mów"[4] przed wojskowym biurem rekrutacji. Wcześniej badani wypełnili ankietę
dotyczącą ich postaw politycznych i wartości, dzięki czemu
badacze mogli przewidywać, czy poszczególne osoby będą pochwalać,
czy potępiać protest przeciwko prawu do aborcji, bądź też protest
przeciwko polityce "Nie pytaj, nie mów".
Badani o różnych poglądach
politycznych "widzieli" zupełnie inne działania protestujących
i policji. Trzy czwarte osób popierających prawa reprodukcyjne
kobiet widziało, jak protestujący blokują dostęp do kliniki
niepłodności; wśród badanych z przeciwnej strony spektrum
politycznego to zachowanie demonstrantów zauważyła tylko jedna
czwarta osób. Kiedy badanym powiedziano, że obserwowane przez nich
wydarzenia rozegrały się przed wojskowym biurem rekrutacji, proporcje
były odwrotne: trzy czwarte badanych o bardziej konserwatywnych
poglądach widziało, jak demonstranci blokują dostęp do biura,
w porównaniu z 40% osób z przeciwnej strony spektrum
politycznego. Podobną rozbieżność spostrzeżeń zaobserwowano
w odpowiedziach osób badanych na pytanie, czy protestujący
krzyczeli w twarz ludziom próbującym wejść do kliniki lub do
biura rekrutacji[5].
Badacze nie poprosili osób badanych,
aby porozmawiali o tym, co zobaczyli. Wielka szkoda. Byłoby to
bardzo interesujące - i pouczające - dowiedzieć
się, w jaki sposób badani poradziliby sobie z bardzo
odmiennymi ocenami tego, co "widzieli". Wszyscy przywykliśmy do
kontaktów z ludźmi, którzy mają opinie i wartości odmienne
od naszych, i chociaż dyskusje na temat takich różnic nie są
szczególnie przyjemne, zazwyczaj bywają cywilizowane, a my na
ogół dokładamy starań, aby zrozumieć owe różnice. Kiedy jednak
druga strona podważa coś, co uważamy za "fakty", temperatura
dyskusji gwałtownie rośnie, a cywilizowane zwyczaje często
znikają bez śladu.
Błędne spostrzeganie zgodności
Pod koniec filmu Star Trek
III. W poszukiwaniu Spocka, po tym jak bohaterowie
ze statku Enterprise przez ponad półtorej godziny próbowali
odzyskać ciało swojego przyjaciela z planety Wolkan, Spocka,
aby urządzić mu godny pogrzeb na ojczystej planecie, wskrzeszony Spock
mówi z wdzięcznością: "Wróciliście po mnie". James Kirk,
kapitan statku Enterprise, skromnie zaprzecza, jakoby był bohaterem,
stwierdzając: "Zrobiłbyś dla mnie to samo".
Tutaj, na Ziemi, przekonanie
"zrobiłbyś dla mnie to samo" jest bardzo rozpowszechnione. Jesteśmy
jego świadkami za każdym razem, gdy przypadkowy przechodzień, który
udzielił komuś pierwszej pomocy, uratował tonące dziecko albo wbiegł
do płonącego budynku, aby ocalić mieszkającą w nim starszą
panią, odpowiada na pytania dziennikarzy. "Każdy na moim miejscu
zrobiłby to samo" - brzmi najczęstsza odpowiedź. Obserwujemy
je także na drugim krańcu spektrum moralnego, kiedy sprawcy zła
usprawiedliwiają swoje postępowanie. Podczas śledztwa dotyczącego
afery dopingowej w amerykańskiej lidze bejsbolowej, które
toczyło się w Kongresie w 2005 roku, Mark McGwire, zawodnik,
który przyznał się do stosowania steroidów, powiedział: "Na moim
miejscu każdy, komu przedstawiono by takie scenariusze, postąpiłby
tak samo"[6]. To założenie jest tak rozpowszechnione, że stało się tytułem utworu
hiphopowego tria Naughty by Nature: Would've Done the Same
for Me (Zrobiłbyś dla mnie to samo).
Czy jednak to przekonanie
jest słuszne? A może to naiwny realizm sprawia, że
przeceniamy stopień, w jakim inni podzielają nasze poglądy
i dokonują takich samych wyborów? Rzeczywiście tak jest. Ludzie
są przeświadczeni, że widzą rzeczy takie, jakie są, że ich
przekonania, preferencje i reakcje są następstwem bezpośrednich,
trafnych spostrzeżeń dotyczących obiektów, zdarzeń i problemów,
a co za tym idzie - uważają, że inni racjonalni ludzie
powinni dojść do takich samych wniosków, jeśli otrzymali te same
informacje. Ten pozornie rozsądny wniosek daje początek zjawisku, które
Lee i jego współpracownicy nazwali efektem
fałszywej powszechności: ludzie są skłonni uważać, że
ich przekonania, opinie i działania są bardziej rozpowszechnione
niż w rzeczywistości. W szczególności ludzie, którzy
mają określoną opinię lub preferencję, na ogół przypisują
jej większą popularność niż osoby mające przeciwną opinię czy
preferencję[7].
Ludzie, którzy
przedkładają kino włoskie nad francuskie, przypisują
temu pierwszemu większą popularność niż miłośnicy kina
francuskiego[8]. Ludzie, którzy dopuścili się konkretnych wykroczeń, sądzą,
że ich postępki są bardziej rozpowszechnione, w porównaniu
z osobami, którym nigdy nie przyszłoby do głowy, aby tak
postąpić[9]. Liberałowie sądzą, że ich kandydaci mają większe
poparcie, i przypisują swoim poglądom na temat
kontrowersyjnych kwestii społecznych i politycznych
większą popularność niż konserwatyści - i na
odwrót[10]. Wreszcie, wyborcy po obu stronach sceny politycznej uważają,
że ludzie, którzy nie wzięli udziału w wyborach,
głosowaliby na ich kandydata, gdyby tylko znaleźli się przy
urnach[11].
W badaniu stanowiącym barwną
ilustrację tego zjawiska Lee i jego współpracownicy poprosili
studentów - ochotników - aby spacerowali po kampusie
z dużą podwójną tablicą reklamową, na której widniało
hasło (na przykład "Jedz u Joego"), i odnotowywali
reakcje napotkanych osób. Studenci mogli odrzucić zaproszenie (i
zamiast tego wziąć udział w innym badaniu). Zaraz po tym,
jak wyrazili zgodę bądź odmówili uczestnictwa w badaniu,
poproszono ich, by oszacowali, jak duża część pozostałych studentów
przyjęła zaproszenie badaczy, oraz ocenili, jakie atrybuty osobiste
cechują kogoś, kto przyjął to zaproszenie, i kogoś, kto je
odrzucił.
Jak można się było spodziewać,
oszacowania dotyczące powszechności oraz wnioski na temat cech
były bardzo różne w tych dwóch grupach badanych. Studenci,
którzy zgodzili się paradować z tablicą reklamową, sądzili,
że więcej osób przyjęło zaproszenie badaczy, niż je odrzuciło,
oraz uważali, że przyjęcie zaproszenia w mniejszym stopniu
świadczy o cechach danej osoby. Ci, którzy odrzucili zaproszenie,
sądzili, że taka decyzja była częstsza niż przyjęcie zaproszenia,
i uważali, że wyrażenie zgody na paradowanie po kampusie
z tablicą reklamową mówi więcej na temat osobowości danego
człowieka.
Łatwo dostrzec rolę, jaką odegrał
tutaj naiwny realizm. Badani, którzy wyobrażali sobie chodzenie
z tablicą reklamową jako coś niegroźnego - na ogół
przechodzisz niezauważony, a kiedy spotykasz znajomych, możesz im
wytłumaczyć, że bierzesz udział w eksperymencie psychologicznym
(a oni podziwiają Twoje wyluzowanie) - byli skłonni spełnić
prośbę badaczy i uważali, że większość innych "normalnych"
studentów postąpiłaby tak samo. Według nich odmowa wykonania
tego zadania świadczyłaby o braku gotowości do współpracy,
sztywniactwie lub jakimś innym odchyleniu od normalności.
W odróżnieniu od nich, badani,
którzy wyobrażali sobie to zadanie w mniej pozytywny sposób
(paradujesz wśród tłumów chichoczących, wytykających Cię palcami
studentów, widzisz, jak Twoi znajomi z dezaprobatą kręcą głową
i odwracają wzrok, a potem bez słowa odchodzą), częściej
odrzucali zaproszenie badaczy i spodziewali się, że inni również
odmówili spełnienia tej prośby. Według nich wyrażenie zgody na
paradowanie z tablicą reklamową świadczyłoby o nietypowych
lub negatywnych cechach (takich jak uległość albo skłonność do
popisywania się i do robienia z siebie głupka).
Tę podstawową dynamikę
dostrzegł przed laty wybitny psycholog społeczny, Solomon Asch,
który podkreślał istotne znaczenie rozróżnienia między
odmiennymi "ocenami obiektu" a odmiennymi "obiektami
oceny"[12]. Oceniając zachowanie innych, ludzie często nie biorą pod uwagę,
że inni mogą reagować na zupełnie inny zbiór "faktów"
i "okoliczności".
Dowodów empirycznych na poparcie
tej idei dostarczyła seria badań przeprowadzonych przez Toma
(Gilovicha)[13]. Jeśli efekt fałszywej powszechności wynika z braku świadomości,
że inni ludzie mogą reagować na zupełnie inne obiekty oceny,
to powinien być największy w sytuacji, gdy oceniana kwestia
pozostawia dużo miejsca na rozmaite interpretacje oraz umożliwia
swobodne dopowiedzenie szczegółów i rozstrzygnięcie
niejednoznaczności. Aby zweryfikować tę ideę, poproszono
grupę sędziów kompetentnych, aby ocenili kwestie wykorzystane we
wcześniejszych badaniach Lee (Rossa), dotyczących efektu fałszywej
powszechności pod względem ich niejednoznaczności i swobody
interpretacji. Zgodnie z przewidywaniami badaczy sprawy, które
pozostawiały najwięcej przestrzeni na swobodną interpretację
("Czy jesteś ambitny?", "Jaki odsetek Twoich rówieśników
jest ambitny?"), wywoływały dużo silniejszy efekt fałszywej
powszechności niż te, które pozostawiały mało miejsca na rozmaite
interpretacje ("Czy jesteś dzieckiem pierworodnym?", "Jaki odsetek
Twoich rówieśników to dzieci pierworodne?").
Tom postanowił przeprowadzić badanie
zainspirowane zaciekłymi sporami, w jakie wdają się fani muzyki,
dotyczącymi zalet różnych odmian muzyki popularnej. Uczestników tego
badania najpierw zapytano, czy wolą muzykę lat sześćdziesiątych XX
wieku, czy muzykę lat osiemdziesiątych, a następnie poproszono,
aby oszacowali, jaki odsetek ich rówieśników preferuje muzykę
z każdego z tych okresów. Tak jak się spodziewaliśmy,
w porównaniu z miłośnikami muzyki lat osiemdziesiątych
badani, którzy woleli muzykę lat sześćdziesiątych, sądzili, że
ich upodobania podziela więcej osób. I odwrotnie - badani,
którym bardziej podobała się muzyka lat osiemdziesiątych, przypisywali
swoją preferencję większej części osób niż ci, którzy woleli
muzykę lat sześćdziesiątych.
W dalszej części badania
skoncentrowaliśmy się na źródle tych zróżnicowanych ocen,
pytając badanych, jakie konkretne przykłady muzyki mieli na myśli,
kiedy formułowali swoje opinie. Osoby, które wolały muzykę lat
sześćdziesiątych i spodziewały się, że większość ich
rówieśników ma podobne upodobania, podały przykłady muzyki lat
sześćdziesiątych, które niezależni sędziowie ocenili wysoko (The
Beatles, Rolling Stones), i przykłady muzyki lat osiemdziesiątych,
które nie otrzymały równie pozytywnej oceny (Judas Priest, John
Mellencamp). Badani, którzy preferowali muzykę lat osiemdziesiątych,
podawali zupełnie inne przykłady (Herman's Hermits i The Ventures
z lat sześćdziesiątych oraz Bruce'a Springsteena i Michaela
Jacksona z lat osiemdziesiątych). Innymi słowy, preferencje
badanych bez wątpienia odzwierciedlały różne gusty muzyczne. Były
jednak również odzwierciedleniem konkretnych przykładów, które
przyszły badanym do głowy, kiedy odpowiadali na zadane im pytanie, przy
czym osoby badane nie zdawały sobie sprawy z roli odegranej przez
siebie w skonkretyzowaniu tych dwóch kategorii, kiedy szacowały,
jak odpowiedzieli pozostali.
Ten sam mechanizm działa w sferze
dyskursu politycznego. Kwestie i wydarzenia będące przedmiotem
kontrowersji natury społecznej, politycznej czy etycznej siłą rzeczy
są różnie interpretowane przez różnych ludzi. Dowiodło tego badanie,
w którym ludzie zajmujący miejsce po różnych stronach spektrum
politycznego zobaczyli coś zupełnie innego, obserwując starcie między
policją a demonstrantami. Świadczą o tym także odmienne
reakcje politycznej lewicy i prawicy w sporach dotyczących
aborcji, używania broni palnej przez policję, czy też sposobu
traktowania więźniów w Guantánamo Bay.
Kiedy publicyści Fox News
oświadczają, że Stany Zjednoczone powinny stosować wzmocnione techniki
przesłuchań i że każdy, kto się z tym nie zgadza, naraża
kraj na niebezpieczeństwo, mają na myśli bezwzględne traktowanie
ludzi, którzy są zdeterminowani zabić tak wielu niewinnych cywilów,
jak to możliwe. Kiedy natomiast gadające głowy w stacji MSNBC
wyrażają skrajnie odmienną opinię, mają na myśli torturowanie
szeregowych funkcjonariuszy Al-Ka'idy albo niewinnych ludzi,
oskarżonych przez kogoś, kto chciał z nimi wyrównać osobiste
rachunki.
Oczywiście ludzie o poglądach
lewicowych i przedstawiciele prawicy zapewne nie zgodziliby
się w sprawie stosowania konkretnych technik przesłuchania
nawet w sytuacji, gdy powiązania danej osoby z siecią
terrorystyczną nie ulegają wątpliwości. Kiedy na przykład Dick Cheney
mówi: "Bardziej martwią mnie winni, którzy wyszli na wolność [
z Guantánamo], niż garstka więźniów, którzy w rzeczywistości
byli niewinni"[14],
wyraża zbiór wartości, które poparłoby niewielu ludzi
o lewicowych poglądach. Podziały w tej sprawie stają
się jeszcze głębsze, a atrybucje dotyczące oponentów
- bardziej negatywne, kiedy, jak to ujął Asch, uczestnicy sporu
reagują na "różne obiekty oceny".
Brak świadomości, że ludzie
o innych poglądach mogą reagować na zupełnie inne obiekty
oceny, może zatem pogłębiać nieporozumienia i przedłużać
konflikty. Skłania zwaśnione strony do wyciągania nieuzasadnionych
negatywnych wniosków na temat wartości wyznawanych przez oponentów,
ich przekonań, uczciwości czy zdolności do współczucia
- wniosków, które tylko pogłębiają konflikt. Jednostki
i grupy zaangażowane w konflikty często zachęca się do
tego, by przyjęły perspektywę drugiej strony, spojrzały na sytuację
jej oczami. Łatwo udzielać takich rad, dużo trudniej się do nich
zastosować. Najmądrzejsi w pokoju mogą jednak przynajmniej
spróbować odróżnić spory dotyczące faktów i interpretacji
od tych dotyczących wartości i preferencji.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[2] Samuel, 1991; Warren, 1970.
[4] Don't ask, don't tell (Nie pytaj,
nie mów; DADT) - obowiązująca do 2011 roku polityka Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych,
która (z pewnymi wyjątkami) zabraniała każdemu, kto ujawnił swoje
skłonności homoseksualne lub biseksualne, odbywania służby w armii
amerykańskiej (przyp. tłum.).
[5] Artykuł Kahana i współpracowników oraz podtytuł
tego podrozdziału (They Saw a Protest)
nawiązują do wcześniejszego badania autorstwa Alberta Hastorfa
i Hadleya Cantrila (They Saw a Game - Oni
widzieli mecz), które ujawniło podobne rozbieżności w sposobie
spostrzegania wydarzeń na boisku podczas meczu piłkarskiego między
Princeton a Dartmouth u kibiców obu drużyn (Hastorf i Cantril,
1954).
[6] Brown, 12 stycznia 2010,
http://sports,yahoo.com/mlb/big_league_stew/post/A-tearfuldeconstruction-of-the-Mark-McGwire-int?urn=mlb,213019.
[7] Ross, Greene i House, 1977.
[10] Granberg i Brent, 1983.
[11] Koudenburg, Postmes i Gordjin, 2011.
[14] Cyt. w: Danner, 2015.