Dzieje ludzkości są w znacznej mierze zależne od przeszkód,
na które napotykają w swoim pochodzie. Przeszkody te, stawiają nas
bowiem wobec zadań, które musimy rozwiązać, jeżeli nie chcemy
podupaść lub zmarnieć doszczętnie.
Sposób przezwyciężania tych różnych trudności u różnych narodów
jest odbiciem ich odrębnego charakteru. Scytowie starej Azji musieli zmagać się z ubóstwem swych
przyrodzonych źródeł utrzymania. Najwygodniejszem rozwiązaniem
sprawy, wydawało im się zorganizowanie całej ludności, a więc
mężczyzn, kobiet i dzieci w hordy rozbójnicze. Tym sposobem stali
się niepokonalnymi dla tych, których główną czynnością była
spokojna, twórcza praca ludzkiej wspólnoty. Lecz na szczęście dla ludzi najwygodniejsza droga nie zawsze jest
drogą najodpowiedniejszą. Bo gdyby ludzie powodowali się wyłącznie
swojemi popędami na kształt gromady dzikich wilków, byłyby te
rozbójnicze hordy już dawno splądrowały całąnieemię. Człowiek
jednak musi, stojąc w obliczu trudności, kierować się prawami swej
wyższej natury, gdyż nieposłuszeństwo wobec nich, jakkolwiek może
go obdarzyć chwilowem powodzeniem, musi go narazić pewnie na
upadek. To bowiem co dla niższej natury jest tylko przeszkodą, jest
dla wyższych form życia możliwością dalszego rozwoju. Indje stały od samego zarania swoich dziejów w obliczu swego
właściwego zadania: problematu rasowego. Etnologicznie różne rasy
znalazły się z sobą w tym kraju w blizkiej styczności. Ten fakt był
zawsze i jest jeszcze dzisiaj najważniejszy w naszych dziejach.
Naszem powołaniem jest śmiało zajrzeć mu w oczy i ujawnić naszą
wartość ludzką przez rozwiązanie go w jego najgłębszej istocie. Jak
długo nie spełniliśmy tego zadania nie możemy nawet marzyć o
szczęściu i powodzeniu. Istnieją również inne ludy na świecie, które muszą przezwyciężać
przeszkody, stawiane im przez otaczającą ich przyrodę lub
zagrażających im potężnych sąsiadów. Zorganizowali oni swe siły
nietylko w ten sposób, ażeby dla nich nie była groźna ani przyroda,
ani ludzcy sąsiedzi, lecz tak, że nadmiarem swojej siły stali się
niebezpieczeństwem dla innych. Dzieje natomiast naszego kraju,
gdzie istnieją trudności wewnętrznej natury, są dziejami
bezustannego społecznego przystosowywania się, a nie dziejami obron
i napadów zorganizowanej przemocy. Celem ludzkiej historji nie jest bezbarwna nieokreśloność
kosmopolityzmu ani namiętne samoubóstwienie kultu narodowościowego.
Indje usiłowały rozwiązać to zadanie z jednej strony przez
zespolenie rozbieżności w jedność społecznego porządku, z drugiej
zaś przez stworzenie jedności w Duchu. Popełniły wiele błędów,
wznosząc przegrspołecznychrasami, poniżając i znieprawiając całe
stany przez kastowość; zniekształcały często ducha swoich dzieci i
kładły tamy ich życiu, ażeby przystosować ich do swoich form
społecznych; przez wieki całe podejmywały coraz to nowe próby,
starając się wyrównać nierówności. Zadanie Indji było podobne do zadania gospodyni, podejmującej
wielu gości, z których każdy ma inne gusta i potrzeby. Przysparzało
im to ustawicznych trudności, których usunięcie wymagało nie tylko
taktu, lecz także prawdziwej gościnności i poczucia jedności
rodzaju ludzkiego. Rozpowszechniali to uczucie od dni Upaniszad aż
po dnie dzisiejsze wielcy nauczyciele religijni, których celem było
roztopienie wszelkich różnic w rozlewnej świadomości Bóstwa. Nasze
dzieje nie są zaprawdę historją rozkwitu i upadku królestw lub walk
z przewagą polityczną. U nas już dawno zapomnieli wszyscy o tych
zdarzeniach, ponieważ nie są one prawdziwem obliczem dziejów
naszego ludu. Nasze dzieje opowiadają bowiem o życiu społecznem, o
urzeczywistnianiu się religijnych ideałów. Czujemy jednak, że nasza praca nie dobiegła jeszcze końca. Powódź
świata przewaliła się przez nasz kraj, nowe elementy przypłynęły ku
nam, a wskutek tego konieczne jest dzieło przystosowania na wielką
miarę. Czujemy to, ponieważ nauka i przykład Zachodu są wprost sprzeczne
z naszem powołaniem. Na Zachodzie ciska się ludzkość pod wpływem
narodowego mechanizmu handlu i polityki w wielkie tygle,
posiadające znaczną wartość targową; okala się je żelaznemi
pierścieniami, opatruje napisami i sortuje z naukową starannością i
dokładnością. Bóg stworzył zaiste na to człowieka, ażeby był
ludzki; nowoczesny ten wytwór jest tak dziwnie jednostajny i
wypolerowany, nosi na sobie tak dalece piętno towaru fabrycznego,
że Stwórca będzie się musiał bardzo mozolić, ażeby rozpoznać w nim
istotę duchową, stworzenie na podobieństwo swego boskiego obrazu. Lecz wybiegam myślami zbyt naprzód. Chciałem wam przedewszystkiem
to powiedzieć: myślcie sobie co chcecie: te właśnie Indje usiłowały
od najmniej pięciu tysięcy lat żyć w pokoju, a były to Indje bez
polityki i bez nacjonalizmu; jedynem ich pragnieniem było odkryć
duszę w świecie, a każdą chwilę przeżywać w pokornym jej podziwie i
radosnem poczuciu wiecznego i osobistego z nią pokrewieństwa. I na
tę odległą część ludzkości, naiwną jak dziecko i roztropną jak
starość, napadł nacjonalizm Zachodu. We wszystkich walkach, intrygach i oszustwach swoich dawnych
dziejów nie brały Indje wcale udziału. Albowiem domostwa, pola,
świątynie, szkoły, w których uczniowie żyli wraz z nauczycielami w
prostocie, pobożności i cichej pracy, wsie wraz z ich samorządem
pokojowym i nieskomplikowanemi ustawami, to były prawdziwe Indje.
Nie zaś ich trony. Pozostawały z nimi w takiej styczności, jak
chmury zwieszające się nad ich głową, raz w przepychu purpury,
drugi raz znowu w mroku brzemiennym przeczuciem burzy. Często
przynosiły z sobą spustoszenia, były jednak podobne do rozpętania
żywiołów, którego ślady wnet znikają. Tym razem było inaczej. Nie było to już więcej szybkie przesuwanie
się po powierzchni ich życia - przesuwanie się jeźdźców i
piechurów, słoni o bogatych szabrakach i białych namiotach, rzędów
cierpliwych wielbłądów, dźwigających ciężary królewskiego dworu,
flecistów i doboszów, świątyń marmurowych i meczetów, pałaców i
grobów. To wszystko zjawiało się i znikało jak perlenie się
musującego wina, a wraz z niem i opowiadania o zdradzie i
wierności, o nagłych wzlotach i nieoczekiwanych upadkach. Tym razem
jednak wbił nacjonalizm Zachodu rogi swego zmechanizowania głęboko
w naszą ziemię. Przeto, powiadam wam, musicie sami być świadectwem,
jakie znaczenie posiadał nasz lud dla człowieczeństwa. Poznaliśmy
hordy Mongołów i Afganów, którzy wpadli do Indji, poznaliśmy je
jednak jako rasy ludzkie o odrębnej religji i obyczajach,
zamiłowaniach i odrazach - nie zaś jako narody. Kochaliśmy i
nienawidziliśmy ich zależnie od okoliczności, walczyliśmy w ich
obronie i przeciw nim, mówiliśmy do nich mową, która była ich mową,
zarówno jak i naszą, pomagaliśmy im, ile tylko nam siły stało,
kierować losami naszego państwa. Tym razem jednak mieliśmy do
czynienia nie z królami, nie z ludzkiemi szczepami, lecz z narodem
- my, którzy sami nie jesteśmy narodem. A teraz chcemy na podstawie naszego własnego doświadczenia,
odpowiedzieć na pytanie: co to jest narodowość. Narodowość pojęta jako polityczne i gospodarcze zrzeszenie ludu,
jest to organizacja ludności, stworzona dla jakiegoś mechanicznego
celu. Ludzkie społeczeństwo jako takie, niema celu poza sobą. Jest
celem samo w sobie. Jest kształtem, w którym wypowiada się
człowiek, jako istota społeczna. Jest naturalnem zszeregowaniem
ludzkich stosunków, umożliwiającem ludziom urzeczywistniać swoje
ideały w wspólnem dążeniu. Posiada także stronę polityczną, służy
jednak wyłącznie celom samozachowawczym. Jest to struna, na której
gra siła, a nie ideał życia. Dlatego też w czasach pierwotnych była
polityka osobną dziedziną, do której dostęp mieli tylko fachowcy.
Atoli z pomocą nauki i doskonalącej się organizacji rozszerza się
ta dziedzina i wydaje bogate żniwa, by potem z zadziwiającą
szybkością przekroczyć swe własne granice. A wtedy pobudza
wszystkie dziedziny sąsiednie do chciwości materjalnych zdobyczy a
w następstwie tego do wzajemnej zazdrości. Ponieważ zaś jeden musi
się zawsze obawiać drugiego, musi każdy dążyć do potęgi. Nadchodzi
czas, kiedy tego dążenia nikt nie powstrzyma, gdyż współzawodnictwo
staje się z każdą chwilą bardziej namiętne, organizacja coraz
bardziej się rozszerza, a samolubstwo zaczyna być wszechwładną
mocą. Ponieważ polityka ciągnie zyski z chciwości i bojaźni
ludzkiej, panoszy się ona coraz bardziej wśród ludzkiej
społeczności i stanie się wkrótce samowładną panią. Nie jest wykluczone, że wskutek przyzwyczajenia nie odczuwacie, że
naturalne związki ludzkiej społeczności drą się na strzępy i
ustępują czysto-mechanicznej organizacji. Wszędzie dadzą się
dostrzec oznaki tego zjawiska. Widzicie, jak mężczyzna i kobieta
wypowiadają sobie wojnę, ponieważ przyrodzony węzeł, jaki ich
łączył w harmonji jest przerwany. Mężczyzna jest teraz tylko
specjalistą, wytwarzającym dla siebie i dla innych bogactwa przez
ustawiczne obracanie wielkiego koła siły - ku zadowoleniu tak
swojemu jak i powszechnej biurokracji; niewiasta zaś jest skazana
na to, by więdnąć i umierać lub toczyć własnemi siłami walkę życia.
Tym sposobem zastąpiło współzawodnictwo przyrodzone współdziałanie.
Zmienia się zatem nawet duchowa istota mężczyzny i kobiety w swym
wzajemnym stosunku, a stosunek ten staje się walką surowych
żywiołów, nie zaś związkiem ludzi, opartym na wzajemnem oddaniu i
pragnieniu dopełnienia się. Pierwiastki bowiem, które nie łączą się
w drodze przyrodzonej, tracą cel swego bytu. Na kształt atomów
gazu, stłoczonych w wązkiej przestrzeni, pozostają one tak długo w
ustawicznej walce, dopóki nie rozeprą naczynia, które je zamyka. A potem pamiętajcie o tych, co zowią się anarchistami i nie chcą
znosić nacisku na jednostkę w żadnej postaci. Przyczyna ich
protestu tkwi w tem, że potęga stała się pojęciem oderwanem,
naukowym produktem, wyrabianym w politycznem laboratorium
nacjonalizmu w drodze stopienia ludzkiej osobistości. Co mają oznaczać w życiu gospodarczem strejki, które wyrastają jak
chwasty na nieurodzajnej ziemi, mimo ich ciągłe tępienie? Nic
innego, jak tylko to, że wytwarzający bogactwo mechanizm coraz
bardziej olbrzymieje i nie pozostaje już w żadnym stosunku do
innych potrzeb społeczeństwa, że własny ciężar przytłacza coraz
bardziej prawdziwego człowieka. Taki stan rzeczy musi doprowadzić z
konieczności do ustawicznych zatargów między poszczególnemi
pierwiastkami, któremi przestał władać ideał doskonałego
człowieczeństwa. Tak samo nie ustaje nigdy walka między kapitałem a
pracą. Chciwość nie zna bowiem żadnych granic, a ugoda, podyktowana
własną korzyścią nie może stać się nigdy ostatecznem pojednaniem.
Aż do samego ostatka muszą grążyć się w zazdrości i nieufności, a
kresem być może tylko, albo nagłe zniszczenie, albo odrodzenie
ducha. Jeżeli organizacja polityki i handlu, przezwana nacjonalizmem
uzyska przewagę kosztem harmonji wyższych form życia, wtedy źle
będzie z ludzkością. Jeżeli ojciec rodziny oddaje się grze i
zapomina o swych obowiązkach wobec domu, przestaje być człowiekiem
a staje się maszyną, pędzoną chęcią zysku. Zdolny jest wówczas do
popełniania czynów, których w stanie normalnym wstydziłby się
zapewne. Podobnie jak z jednostką ma się rzecz z ludzkiem
społeczeństwem. Jeżeli nie jest ono niczem więcej, jak tylko
zorganizowaną siłą, to istnieje tylko mało zbrodni, do których nie
byłoby zdolne. Celem bowiem maszyny i prawem jej bytu jest
materjalna korzyść, podczas gdy celem człowieka jest jedynie dobro.
Jeżeli ta maszyna organizacyjna zaczyna przybierać zbyt wielkie
rozmiary, a robotnicy maszynowi przemieniają się w części maszyny,
wtedy staje się człowiek koszmarem, a wszystko co było człowiekiem
maszyną, która obraca bez cienia współczucia i etycznej
odpowiedzialności wielkie koło polityki. Może zdarzyć się
wprawdzie, że nawet i w tem bezdusznem środowisku usiłuje ostać się
dusza człowieka, lecz wszystkie te liny i krążki skrzeczą i
skrzypią tak głośno, włókna zaś ludzkiego serca tak silnie są
powiązane z kołami ludzkiej maszyny, że jedynie z wielkim trudem
może wytworzyć wola etyczna blade, zmarniałe odbicie swych dążeń. Ta oderwana istota zwana nacjonalizmem rządzi Indjami. Niedawno
zachwalano u nas konserwy, które miały rzekomo być wytworzone i
opakowane bez dotknięcia ręki ludzkiej. Ten opis odpowiada zupełnie
sposobowi rządzenia Indjami; i tutaj nie czuć śladu ludzkiej ręki.
Gubernatorowie nie muszą wcale znać naszego języka, nie muszą wcale
z nami się stykać, chyba w charakterze urzędowym; z dumnej
odległości mogą popierać nasze dążenia, lub przeszkadzać w ich
urzeczywistnianiu; mogą nas zaprowadzić na jakąś drogę polityczną,
a potem przy pomocy drutu maszynerji urzędowej nas z niej wycofać;
angielskie gazety, których szpalty pełne są patetycznych opisów
zdarzeń ulic londyńskich, zadawalają się króciutkiemi notatkami o
nędzy, nawiedzającej często wielkie połacie Indji, niejednokrotnie
większe od wysp brytyjskich. Lecz my, którymi rządzą, nie jesteśmy nagą abstrakcją. Jesteśmy
jednostkami żywemi. To, co nas nawiedza w postaci bezdusznej
polityki, może weżreć się w sam rdzeń naszego życia, może osłabić
nasz lud na zawsze lub uczynić go bezradnym; po drugiej stronie nie
spotkamy się z pewnością z oznakami ludzkiego współczucia; w
najlepszym razie, jeżeli się ono gdzieś ujawni, będzie ono czysto
teoretyczne i jałowe. Tak olbrzymich i ogólnych spraw, brzemiennych
w tak straszliwą odpowiedzialność nie będzie chyba żaden człowiek,
będący indywidualnością, załatwiał machnięciem ręki. Coś takiego
jest tylko wtedy możliwe, jeżeli człowiek nie jest niczem innem,
jak tylko polipem abstrakcji, który rozciąga swe macki na wszystkie
strony i wysuwa je nawet w najdalszą przyszłość. Pod takiem
panowaniem nacjonalizmu ściga się rządzonych nieufnie, a nieufność
ta napełnia olbrzymią ilość mózgów i mięśni. Stosuje się kary,
pozostawiające krwawe ślady w bezliku serc ludzkich. A kary te
stosuje czysto abstrakcyjna potęga, w której utonęła jaźń ludzka
całego społeczeństwa dalekiego kraju. Nie chcę jednak omawiać tutaj pytania, dotyczącego wyłącznie
mojego kraju, lecz chcę mówić o znaczeniu sprawy, dotyczącej
przyszłości całej ludzkiej gromady. Nie chodzi tu już więcej o rząd
angielski, lecz o rządy sprawowane przez nacjonalizm wogóle -
nacjonalizm, nie będący niczem innem, jak jeno zorganizowanym
egoizmem całego ludu, połączeniem tego wszystkiego, co nie jest w
nim ludzkie i duchowe. Poznaliśmy dokładnie tylko rząd angielski, a
można przyjąć, że jeżeli mowa o rządach narodowościowych, to rząd
angielski jest jeszcze jednym z najlepszych. Nie wolno nam też
zapominać, że Zachód jest potrzebny koniecznie Wschodowi.
Uzupełniamy się bowiem ze względu na nasze różne sposoby patrzenia
na świat, na nasze różne sposoby pojmowania prawdy. Jeżeli tedy
jest prawdą, że duch Zachodu przeleciał nad naszemi polami na
kształt orkanu, to tem samem nie ulega wątpliwości, że przyniósł
ze sobą żywotne, nieśmiertelne nasiona. Jeżeli nadejdzie kiedyś ta
chwila, że będziemy w Indjach na tyle dojrzali, by móc przyjąć to,
co w kulturze zachodniej jest wieczne, wtedy my będziemy tymi,
którzy doprowadzą do pojednania tych dwóch wielkich światów. Wtedy
skończy się przykry i poniżający okres jednostronnego panowania. A
co ważniejsze, pamiętajmy zawsze o tem, że dzieje Indji nie są
dziejami jakiegoś poszczególnego szczepu, lecz że różne rasy
tworzyły ich historję - Drawidzi i Aryjczycy, starożytni Grecy i
Persowie, Mahometanie zachodni i środkowo-azjatyccy. Teraz przyszła
kolej na Anglików wzbogacić to życie swoją przyprawą. Nikt nie ma
prawa, ani mocy, ażeby powstrzymać ten lud od wzięcia udziału w
budowie losów Indji. Dlatego to, co mówię o nacjonalizmie, dotyczy
raczej historji ludzkości wogóle, niż dziejów Indji w
szczególności. Historja przebywa obecnie czas, w którym człowiek etyczny,
człowiek doskonały ustępuje coraz bardziej człowiekowi interesów,
człowiekowi ograniczonych celów. To zjawisko, wzmagane jeszcze
przez zadziwiające postępy nauk przyrodniczych, coraz bardziej
olbrzymieje i wytrąca ludzi z etycznej równowagi, dając przewagę
bezdusznej organizacji. Na własnej skórze poczuliśmy to straszliwe
dotknięcie i dlatego jest naszym obowiązkiem wobec ludzkości
powstać i wznieść krzyk ostrzeżenia przed nacjonalizmem, tą
straszliwą trucizną, która wżera się w ludzkość i wysysa z niej
wszystkie etyczne soki żywotne. Cenię i kocham Anglików jako ludzi. Z ich grona wyszli ludzie
wielkiego serca, wielcy myśliciele i wielcy ludzie czynu. Stworzyli
wielką literaturę. Wiem, że kochają sprawiedliwość i wolność, a
nienawidzą kłamstwa. Są szczerzy w sposobie czucia, otwarci z
natury, wierni jako przyjaciele, uczciwi i pewni w swych czynach.
Osobiste doświadczenia, jakie poczyniłem z ich uczonymi i
literatami, wzbudziły we mnie podziw nie tylko dla głębokości ich
myśli i siły wypowiedzi, lecz także dla ich szlachetnego
człowieczeństwa. Odczuwaliśmy wielkość tego ludu, tak jak odczuwamy
wielkość słońca; jeżeli jednak chodzi o ich nacjonalizm, to jest on
dla nas gęstą, duszną mgłą, która przesłania nam słońce.
Rządy nacjonalistyczne nie są właściwe ani Anglikom, ani
żadnemu innemu ludowi; jest to nauka stosowana i przeto, pominąwszy
szczegóły, zasadniczo u wszystkich ludów podobna, u jednych jeno
więcej, u drugich mniej. Coś na kształt prasy hydraulicznej,
której ciśnienie jest nieosobiste, a w następstwie tego
bezwzględnie skuteczne. Wielkość siły może być u różnych maszyn
różna. Istnieją nawet takie, które w ruch wprawia ręka ludzka,
umożliwiając w ten sposób zwolnienie nacisku; jeżeli jednak idzie o
ducha i metodę, to różnice są nieznaczne. Gdyby nasz rząd był
holenderski, francuski lub portugalski, byłby w zasadzie taki sam
jak rząd obecny. Możliwe tylko to jedno, że w poszczególnych
wypadkach organizacja nie byłaby tak nieubłaganie doskonała, a na
kołach tej maszyny pozostałyby jeszcze drobne ślady ludzkości, u
których znalazłoby oddźwięk nasze boleśnie kołaczące serce.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.