Rozdział I Początki: wrzesień 1939
W lecie 1939 roku stan osobowy polskiej Policji Państwowej wynosił ośmiuset siedemdziesięciu oficerów i dwadzieścia osiem tysięcy szeregowych, pełniących służbę na ponad dwóch tysiącach siedmiuset posterunkach[1]. W skład PP wchodziły również autonomiczna Policja Województwa Śląskiego oraz wyspecjalizowana policja kryminalna, czyli tak zwana Służba Śledcza[2]. Z punktu widzenia składu narodowościowego - rzecz o niebagatelnym dla nas znaczeniu - policja była organizacją zdecydowanie jednorodną, prawie całkowicie zdominowaną przez żywioł polski. Przedstawicieli mniejszości było wśród funkcjonariuszy PP niewielu. W 1923 roku Polacy wyznania rzymskokatolickiego stanowili dziewięćdziesiąt pięć procent oficerów oraz dziewięćdziesiąt siedem procent niższych funkcjonariuszy i podoficerów. Tu i ówdzie spotkać można było grekokatolików i ewangelików. Wśród ponad tysiąca oficerów policji znalazło się w 1923 roku jedynie dwunastu przedstawicieli wyznania mojżeszowego[3]. Jeżeli chodzi o Żydów, to właściwie jedyna droga przyjęcia do służby i dalszego awansu wiodła przez asymilację i chrzest. Nieliczni neofici przyjęci w policyjne szeregi (jak na przykład pełniący służbę w Lublinie major Józef Szeryński) często podkreślali swój dystans do Żydów oraz niechęć do społeczności, z której się wywiedli. Tę niechęć w pełni podzielali ich dowódcy - wliczając w to najwyższe szeregi policyjnej władzy. Kordian Józef Zamorski, generał brygady Wojska Polskiego i komendant główny Policji Państwowej, notował swoje przemyślenia w dzienniczku. 24 lutego 1934 roku zapisał wrażenia z pobytu w Zakopanem: "Poza tym Żydy, Żydy, Żydy. To jednak kasta czy grupa, czy rasa, której w Polsce dobrze się dzieje. Pyski różowe, wypasione, uśmiechnięte, pełne przeświadczenia o sile pieniądza - no i bezczelność. Chce się krzyczeć: "Heil Hitler". Te ścierwa za 10 lat nas zaleją, zadławią, zejdziemy do roli żydowskich parobków"[4]. Nie był to jedyny raz, kiedy komendant główny Policji Państwowej wyraził się tak mało pochlebnie o swoich współobywatelach, których godność i bezpieczeństwo z urzędu miał chronić. Natomiast jego przerażająca wizja Polski w 1944 roku jako kraju "zalanego i zdławionego przez Żydów", w którym Polacy "zeszli do roli żydowskich parobków", okazała się z gruntu nietrafna. A jakiś wymierny udział w "ostatecznym rozwiązaniu" tej kwestii mieli jego podkomendni.
W sierpniu 1939 roku premier Felicjan Sławoj Składkowski wydał Policji Państwowej szereg rozkazów mających na celu przygotowanie kraju do nadciągającego konfliktu z Niemcami. Wydawanie poleceń policji przychodziło Sławojowi o tyle łatwo, że od 1936 roku oprócz funkcji szefa rządu piastował także stanowisko ministra spraw wewnętrznych. Jeden z rozkazów Składkowskiego wydanych w przededniu wojny nakładał na funkcjonariuszy policji obowiązek skontrolowania płotów otaczających gospodarstwa i obejścia. Zadanie funkcjonariuszy było proste: należało upomnieć gospodarzy, żeby sztachety były od siebie należycie oddalone. Logika rozkazu premiera była porażająco prosta: ażurowe płoty miały gwarantować szybsze rozpraszanie się gazów bojowych, których użycia spodziewano się po nacierających Niemcach[5]. Kalkulacja premiera była, jak wiemy, chybiona, ale tysiące policjantów miały w ostatnich dniach pokoju ręce pełne roboty, przygotowując w ten sposób siebie (oraz kraj) do wojny. W pierwszych dniach września, zgodnie z kolejnym rozkazem premiera, funkcjonariusze z większości okręgów policyjnych zaczęli wycofywać się na wschód. W chaosie działań wojennych nie był to jednak odwrót zorganizowany, co więcej, w niektórych rejonach kraju (na przykład w Warszawie i na Pomorzu) policjanci pozostali na miejscu. Jak to opisał kapral Władysław Wesołowski, którego wybuch wojny zaskoczył na posterunku w Gosławicach (powiat koniński): "Ze względu na bezorganizację posterunki policji rozwiązały się i każden z policjantów ewakuował się na wschód, w kierunku Warszawy"[6]. Wesołowskiego (który już niebawem powrócił w rodzinne strony) spotkamy ponownie cztery lata później, tym razem na posterunku w Racławicach pod Krakowem.
Funkcjonariusze pełniący służbę na północnym zachodzie kraju zostali odcięci od dowództwa w następstwie błyskawicznych postępów ofensywy niemieckiej, a policjanci w Warszawie pozostali na służbie w wyniku specjalnego porozumienia między komendantem stołecznej policji podpułkownikiem Marianem Kozielewskim a prezydentem miasta Stefanem Starzyńskim[7]. 10 września 1939 roku w warunkach pogłębiającego się chaosu wydane zostało zarządzenie premiera o militaryzacji PP. Nie miało ono jednak większego znaczenia, gdyż dowództwo policji straciło już w tym czasie niemal całkowicie łączność z wycofującymi się na wschód grupami policjantów. W wielu miejscach formacje policyjne przyłączyły się do wojska i wzięły udział w walkach z Niemcami, a - po 17 września - w starciach z wojskami sowieckimi. W trakcie całej kampanii wrześniowej zginąć mogło od dwóch i pół tysiąca do trzech tysięcy policjantów, a około dziesięciu tysięcy dostało się do niewoli sowieckiej[8]. Z tej liczby niecałe sześć tysięcy trafiło do obozu w Ostaszkowie, skąd zostali wywiezieni na śmierć wiosną 1940 roku. Część policjantów z terenów wschodnich przedostała się - w pierwszych miesiącach okupacji - na niemiecką stronę kordonu. Na terenach okupowanych przez Niemców pozostało około dziesięciu tysięcy funkcjonariuszy PP.
Policja niemiecka w podbitej Polsce[9]
W niemieckich planach ataku na Polskę siłom policyjnym przypadła ważna rola. W sierpniu 1939 roku do poszczególnych armii niemieckich dołączono dwadzieścia jeden batalionów policji, których zadaniem miało być utrzymywanie porządku na zapleczu frontu. Dowodził nimi generał Kurt Daluege, komendant Policji Porządkowej (Befehlshaber der Ordnungspolizei). Oprócz tego ponad osiem tysięcy policjantów wcielono bezpośrednio do armii, aby wzmocnić siły żandarmerii wojskowej[10]. Od 6 września na terenie Polski rozpoczęły działalność tak zwane Grupy Operacyjne (Einsatzgruppen), których zadaniem było zaprowadzenie drogą terroru niemieckich porządków na świeżo podbitych terenach. Einsatzgruppe IIB oraz Einsatzgruppe IV - w skład której weszli członkowie Gestapo, SD (Służby Bezpieczeństwa) i Kripo (Policji Kryminalnej) - pojawiły się w Warszawie już 29 września 1939 roku[11]. W ciągu kilku dni od kapitulacji Warszawy w mieście oraz jego okolicach rozlokowało się - poza wspomnianymi policjantami - sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy Wehrmachtu[12]. Natomiast 4 października 1939 roku, w ślad za Wehrmachtem i Grupami Operacyjnymi, do Warszawy przybyły ekipy berlińskiej Policji Kryminalnej, których zadaniem było przejęcie nadzoru nad polską policją[13]. W ten sposób rozpoczął się niezwykle szybki proces podporządkowania Niemcom polskich sił porządkowych, bez których pomocy okupant nie był w stanie zapobiec narastaniu chaosu na podbitych terenach.
W początkach listopada 1939 roku operujące w Polsce Einsatzgruppen zostały przekształcone (bądź połączyły się) w pion Dowództwa Policji Bezpieczeństwa (Kommandeur der Sicherheitspolizei und des SD - KdS) oraz Dowództwa Policji Porządkowej (Kommandeur der Ordnungspolizei - KdO). KdS dzielił się na kilka wydziałów; interesujące nas referaty Gestapo weszły do Wydziału IV, a Kripo - do Wydziału V[14].
Generalna Gubernia - nie bez racji nazwana przez Hansa Franka Nebenland des Reiches (dosłownie: "kraj przyległy do Rzeszy") - była tworem sensu stricto policyjnym. Wzorce maszyny terroru budowanej w Niemczech od 1933 roku zostały - z pewnymi modyfikacjami - przeniesione także tutaj. W Rzeszy policję podzielono na dwa najważniejsze piony: Policję Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei - Sipo) oraz Policję Porządkową (Ordnungspolizei - Orpo). W ramach tej ostatniej znalazły się dwie formacje: Policja Ochronna (Schutzpolizei - Schupo), którą rozlokowano w miastach, oraz żandarmeria (Gendarmerie) pełniąca służbę głównie na terenach wiejskich i w małych miasteczkach (poniżej pięciu tysięcy mieszkańców). Taki podział obowiązywał w Rzeszy oraz na terenach wcielonych do Rzeszy po podboju Polski (Eingegliederte Ostgebiete). W samej Generalnej Guberni zachowano tę strukturę, ale wprowadzono do niej zmiany będące wynikiem adaptacji do miejscowych warunków. Adaptacja ta dotyczyła przede wszystkim sposobu "zagospodarowania" przedwojennych polskich sił policyjnych, które były niezbędne do opanowania wojennego chaosu i przywrócenia bezpieczeństwa publicznego. Niecałe pięć tysięcy niemieckich funkcjonariuszy Orpo rozlokowanych w pierwszych miesiącach okupacji w GG, pozbawionych oparcia we wrogo nastawionej ludności i nieznających języka polskiego, nie mogło sprostać nałożonym na nich zadaniom.
Od początku okupacji było więc jasne, że własnymi siłami Niemcy nie będą w stanie kontrolować bezpieczeństwa i zapanować nad towarzyszącymi wojnie chaosem i przemocą[15]. Przyznał to sam wyższy dowódca SS i Policji (Höherer SS- und Polizeiführer - HSSPF) w GG Friedrich-Wilhelm Krüger, który oświadczył Hansowi Frankowi, że o ile siły policji niemieckiej utrzymają porządek w miastach, o tyle na terenach wiejskich sytuacja - bez użycia polskiej policji - może się szybko pogorszyć. Dopiero w lecie 1940 roku Orpo sformowało trzynaście kompanii żandarmerii, z których oddelegowano do każdego powiatu po jednym plutonie. To właśnie tym żandarmom przypadło sprawowanie nadzoru nad wiejskimi posterunkami PP. W maju 1940 roku Hans Frank powołał do życia Sonderdienst (Służbę Specjalną) - organizację o charakterze paramilitarnym i quasi-policyjnym, w której skład weszli folksdojcze. Sonderdienst, którego liczebność na terenie GG nie przekroczyła dwóch i pół tysiąca ludzi, nie odegrał w historii terroru większej roli, lecz wypada o nim wspomnieć, gdyż wielu członków organizacji - z racji świetnej znajomości języka polskiego - zostało później bądź wcielonych do granatowej policji, bądź też oddelegowanych do współpracy z polskimi funkcjonariuszami[16]. Nieco gorzej było w Sonderdienst ze znajomością języka niemieckiego - wielu niemieckich urzędników skarżyło się centrali, że polscy folksdojcze z oddziałów Służby Specjalnej nie potrafią sklecić najprostszego zdania w języku urzędowym GG. Podobną ocenę wystawił im Julian Piwowarski, przed wojną burmistrz Miechowa, a podczas wojny wójt pobliskiej gminy: "30 marca 1940 r. utworzono pomocniczą policję niemiecką, rekrutującą się z Niemców polskich - pisał. - Policja ta, prócz upijania się, żadnych działań policyjnych nie umiała wykonywać, tylko przy spotkaniu z Żydami - znęcać się nad nimi"[17].
Pocztówka wydana z okazji dnia policji niemieckiej w Generalnej Guberni, 1940
Źródło NAC
Powstanie policji granatowej, czyli Polnische Polizei des Generalgouvernements
Dekret powołujący do życia Generalną Gubernię (z początku pełna nazwa GG to Generalne Gubernatorstwo Okupowanych Polskich Terenów) został podpisany przez Hitlera 12, a ogłoszony 24 października 1939 roku[18]. W samym GG odpowiednie rozporządzenia wykonawcze dotyczące "odbudowy administracji", podpisane przez Hansa Franka, ukazały się czternaście dni później[19]. 30 października 1939 roku Krüger wydał zarządzenie wzywające wszystkich polskich policjantów do podjęcia służby w zreorganizowanej policji, a opornym funkcjonariuszom zagrożono surowymi karami[20]. Oficjalnie i ostatecznie Polska Policja Generalnego Gubernatorstwa powstała 17 grudnia 1939 roku na mocy odpowiedniego zarządzenia gubernatora generalnego Hansa Franka. Zarządzenie Krügera przyniosło spodziewane efekty i już w styczniu 1940 roku stan osobowy PP wyniósł ponad dziesięć tysięcy ludzi, w tym tysiąc stu siedemdziesięciu trzech "kryminalnych"[21]. Po weryfikacji i usunięciu większości wyższych oficerów nowo utworzoną policję granatową podporządkowano KdO, zachowując przy tym jej przedwojenne struktury wewnętrzne oraz opierając się na dotychczasowych funkcjonariuszach.
Odezwa Friedricha-Wilhelma Krügera powołująca polskich policjantów do służby w granatowej policji, 30 października 1939
Źródło: Archiwum Jerzego Kochanowskiego
Jeżeli chodzi o opinię "czynników miarodajnych", czyli struktur formującego się Polskiego Państwa Podziemnego i rządu na emigracji, to od samego początku przyjęto założenie, że przedwojenni funkcjonariusze mogą podjąć służbę w granatowej policji, nie obawiając się oskarżenia o zdradę narodu. Miało to z jednej strony chronić dobrych i uczciwych policjantów przed represjami Niemców, z drugiej - umożliwić władzom podziemnym zdobywanie informacji na temat planów wroga w dziedzinie bezpieczeństwa. W oczach podziemia (i rządu we Francji) niezwykle ważna była ochrona życia i bytu obywateli zagrożonych przestępczością i zwykłym bandytyzmem. W myśl tego planu polscy funkcjonariusze mieli też w miarę możności chronić rodaków przed terrorem okupanta. Z tego powodu wszystkich "reaktywujących" się policjantów pouczano, że mają zawsze kierować się dobrem narodu polskiego. Natomiast piętnowano młodych ludzi, którzy już w trakcie okupacji decydowali się wstąpić na ochotnika w szeregi PP[22]. Funkcjonariusze przedwojennej policji trafiali do nowej formacji na różne sposoby. Policjanci znajdujący się na służbie w miejscu zamieszkania załatwiali to najprościej - wypełniając odpowiedni formularz w macierzystym posterunku po uzyskaniu poparcia komendanta. Inni, których wojenne losy rzuciły daleko od domu, bądź też ci, którzy mieszkali na terenach wcielonych do Rzeszy, przechodzili przez nieco dłuższą procedurę administracyjną.
Dla przykładu spójrzmy na kapitana Józefa Wraubka, który aż do wybuchu wojny służył w policji w Krakowie. Do rodzinnego miasta powrócił z wojennej tułaczki na początku listopada 1939 roku. Jednym z jego pierwszych kroków było nawiązanie kontaktu z przedwojennymi przełożonymi: podpułkownikiem Wojciechem Staną oraz podpułkownikiem Romanem Sztabą, którzy - z polecenia Niemców - organizowali policję granatową na terenie dystryktu krakowskiego. Wraubek, pomimo początkowych wątpliwości, dał się przekonać, że służba "u Niemca" niekoniecznie musi oznaczać zdradę interesów narodowych: "Sztaba wskazał [...] na fakt, że on w porozumieniu i z polecenia władz konspiracyjnych, opartego na zleceniu legalnego za granicą Rządu Polskiego, organizuje okupacyjną Policję na terenie całej Generalnej Guberni" - notował w spisanych po wojnie wspomnieniach[23]. Policja ta, jak zapewniał Wraubka podpułkownik Sztaba - miała "służyć wyłącznie interesom społeczeństwa polskiego" i powstawać w ścisłym porozumieniu ze Służbą Zwycięstwu Polski/Związkiem Walki Zbrojnej.
Nieco inaczej wyglądał początek służby kapitana Alfonsa Pinieckiego, który do 1939 roku pełnił służbę w PP w Poznaniu. Zaraz po wejściu Niemców po Pinieckiego przyszło Gestapo i został zatrzymany jako zakładnik[24]. Zwolniony w listopadzie 1939 roku, otrzymał propozycję "nie do odrzucenia": albo napisze podanie o przyjęcie do granatowej policji w GG, albo zostanie wysłany do obozu koncentracyjnego. Choć trudno powiedzieć, jak silna była tak naprawdę presja niemiecka - a trzeba pamiętać, że omawiany dokument Piniecki sporządził po wojnie w celu uzyskania rehabilitacji - to nie ulega wątpliwości, że Niemcy byli zainteresowani zasileniem szeregów granatowej policji w GG funkcjonariuszami z ziem wcielonych do Rzeszy. Nie ulega też wątpliwości, że dla wielu policjantów (zwłaszcza ludzi starszych wiekiem i szarżą) wizja bezrobocia po likwidacji polskiej policji na terenach wcielonych stanowiła silną zachętę do wyjazdu. Piniecki napisał podanie o przyjęcie na służbę w GG i wraz z dużą grupą poznańskich policjantów trafił do Krakowa, gdzie z początku objął VI Komisariat na Podgórzu, a potem - jako osoba biegle władająca językiem niemieckim - został oddelegowany jako oficer łącznikowy do kontaktów z policją niemiecką.
Alfons Piniecki przybył do Krakowa wraz z synem Henrykiem, który już niebawem miał pójść w ślady ojca i wybrać karierę policjanta. Ponad cztery lata później, pod koniec okupacji, na obu Pinieckich zwrócił uwagę wywiad AK. W dokumencie zatytułowanym "Lista oficerów i szeregowych PP wysługujących się okupantowi niemieckiemu na terenie G. G." czytamy: "Piniecki Alfons, kpt. Pol[icji] Kraków - pluton ruchu kołowego i samochodowego przy Franciszkańskiej. Łapówkarz, szantażysta, notoryczny alkoholik. Miał w Dyr[ekcji] Pol[icji] sprawę o łapówki i wymuszenia. Jego 20 letni syn zastrzelił podczas likwidacji ghetta 8 żydów"[25]. Aby zrozumieć dalszą drogę wyższego szarżą oficera PP oraz wybory życiowe jego syna, trzeba jednak najpierw poznać lepiej okupacyjne realia. Do obu Pinieckich wrócimy w dalszej części książki.
Kapitan Alfons Piniecki, 1947
Źródło: AAN
Czesław Zander urodził się pod Poznaniem i karierę policyjną rozpoczął u zarania niepodległości, w 1920 roku[26]. Do wojny służył, nie wyróżniając się niczym szczególnym, na posterunku w Bydgoszczy, a we wrześniu 1939 roku wycofał się pod Warszawę wraz z paroma innymi policjantami. Niebawem dostał się do niewoli niemieckiej, w której spędził kilka miesięcy. Zwolniony, wrócił do domu, gdzie już wkrótce trafił do więzienia, podejrzewany przez Gestapo o udział w znęcaniu się nad ludnością niemiecką podczas tak zwanej krwawej niedzieli. Oczyszczony z zarzutów, Zander dostał ofertę kontynuowania kariery policyjnej w GG, gdzie Niemcy odczuwali dotkliwy brak funkcjonariuszy mówiących po niemiecku. Jesienią 1941 roku znalazł się w Tarnowie i zameldował u majora Ostrowskiego, komendanta lokalnej PP. Stamtąd po złożeniu przysięgi (o której za chwilę) i wyfasowaniu munduru Zander - awansowany tymczasem na starszego posterunkowego - trafił na posterunek w Ciężkowicach, niewielkiej miejscowości położonej w pół drogi między Tarnowem a Nowym Sączem. Ponownie spotkamy bydgoskiego policjanta rok później, w czasie polowania na Żydów, które urządzono w Ciężkowicach jesienią 1942 roku.
Czesław Zander (z lewej), zdjęcie przedwojenne
Źródło: AIPN
Kapral Piotr Kulisz pełnił służbę w Łodzi i po likwidacji polskiej policji znalazł się w podobnej sytuacji jak Piniecki w Poznaniu. Już niebawem przeniósł się na teren GG i - w styczniu 1940 roku - poprosił o przydział do posterunku w Końskich. W kwestionariuszu osobowym opisał przebieg służby w PP i uzyskawszy odpowiednią rekomendację szefa posterunku w Końskich, został przyjęty w szeregi Polnische Polizei des Generalgouvernements. Z biegiem czasu kwestionariusze wzbogaciły się o nowe pytania. Od końca 1940 roku każdy kandydat na granatowego policjanta musiał w szczególności złożyć oświadczenie o pochodzeniu aryjskim. W deklaracji "czystości rasowej" czytamy: "Zgodnie z obowiązkiem zapewniam, że nie są mi znane żadne okoliczności, które uzasadniałyby, że a) moi rodzice i dziadkowie ze strony ojca i matki są pochodzenia żydowskiego, b) że moja (przyszła) żona ze strony rodziców wzgl. dziadków jest pochodzenia żydowskiego"[27]. Natomiast tekst przysięgi składanej przez kandydatów podejmujących służbę w granatowej policji brzmiał następująco: "Zobowiązuję się moje obowiązki służbowe w posłuszeństwie wobec niemieckiej administracji, wiernie i sumiennie wypełniać. Złożoną wobec byłego polskiego państwa lub jego organów lub wobec którejkolwiek politycznej organizacji przysięgę wierności albo przysięgę służbową lub odpowiednim zobowiązaniem służbowym, nie uważam się związanym"[28]. Tekstem wiążącym był oczywiście niemiecki oryginał, a nie kiepskie tłumaczenie na język polski. Spotkania z kiepskimi przekładami z niemieckiego na polski są zresztą rzeczą codzienną dla historyków badających niemieckie akta okupacyjne. Dobrą tego ilustracją może być przemówienie starosty krakowskiego, który w 1944 roku wygłosił coś takiego do polskich przedsiębiorców w stolicy GG: "Próbowano nawet w trzech przypadkach wpływać na mnie przez żony wybitnych mężów, w jednym przypadku opowiadano nawet, że nie trzeba oddawać sił roboczych, ponieważ pani iks przez swego męża miała rzekomo dać mi odpowiednie wskazówki. Rozchodzi się tu o przedsiębiorców, którzy już to całkowicie już to częściowo przeważnie czynni są w niemieckim interesie. Ponieważ jednak próbowano wpływać na mnie na tej krzywej drodze, odmówiłem stanowczo i byłbym nawet odpowiedział na to aresztowaniem. Nie ma u mnie wpływu przez osobiste stosunki ze szkodą rzeczowości i sprawiedliwości [...] w każdym razie niech komunistyczni zamachowcy przyjmą do wiadomości: Apel do trwogi nie znajduje w niemieckim sercu żadnego echa"[29].
Wracając do policyjnej "przysięgi wierności" oraz do kwestii posłuszeństwa nowej władzy - niektórzy polscy policjanci posuwali swoją gorliwość wobec okupanta nieco dalej, niż było to zalecane i wskazane, czego dowodem jest pismo wystosowane do podwładnych przez komendanta PP z Miechowa. W kwietniu 1940 roku pouczył on funkcjonariuszy, że "hajlowanie", czyli używanie hitlerowskiego pozdrowienia, jest wyłącznym przywilejem Niemców i - w wypadku polskich policjantów - jego nadużywanie będzie karane więzieniem[30].
Warunki pracy
Zgodnie z decyzją władz niemieckich polska policja miała być instytucją samorządową, co znaczyło, że koszty utrzymania funkcjonariuszy ponosiły władze gminne i powiatowe. Posterunki PP mieściły się w budynkach publicznych, wobec czego władze samorządowe musiały również pokrywać czynsze[31]. Brak amunicji, stary sprzęt, niepełne lub zniszczone umundurowanie, podłe pensje oraz (w późniejszym okresie) zagrożenie ze strony podziemia - wszystko to komplikowało życie funkcjonariuszy PP. Różnego rodzaju niedogodności dotyczyły zresztą nie tylko "zielonych" posterunków, rozrzuconych po wsiach, na prowincji, ale również samej Warszawy. I tak 16 marca 1942 roku kierownik XIV Komisariatu (Warszawa-Praga) skarżył się komendantowi obwodu, że jego komisariat od tygodni pozbawiony jest prądu, że interwencje w elektrowni nie odnoszą skutku, że policjanci pracują przy świetle latarek oraz że ucieczki zatrzymanych z policyjnego aresztu są w tej sytuacji nieuniknione[32]. Ze swej strony podpułkownik Aleksander Reszczyński, drugi - po Marianie Kozielewskim - komendant PP w dystrykcie warszawskim, wzywał kierowników komisariatów do daleko idących oszczędności wszystkich materiałów będących w posiadaniu policji, włącznie z papierem: "Panowie, którzy o tym zapominają, narażają się na bardzo niemiłe następstwa"[33]. Podzelowanie butów przysługiwało policjantom tylko raz na trzy miesiące, a specjalny okólnik wystosowany przez komendanta PP w marcu 1942 roku ostrzegał kierowników komisariatów, że wraz z nadchodzącą wiosną funkcjonariusze zrzucą płaszcze służbowe, co może ujawnić braki w sortach mundurowych, a to podważyłoby prestiż policji w społeczeństwie[34]. Sposobem na niedostatki były wszechobecne wymuszenia, szantaże oraz "kontrybucje" nakładane najczęściej na najbardziej bezbronną część społeczeństwa - na Żydów. W podwarszawskim Otwocku Radzie Żydowskiej "zasugerowano", żeby Żydzi wyposażyli polską policję w rowery oraz buty z cholewami (notabene komendant niemieckiej żandarmerii zażyczył sobie przy tej okazji kosztownego futra)[35]. O podobnych haraczach i wymuszeniach będzie mowa w dalszych rozdziałach tej książki. Zwierzchnicy szukali także innych środków zaradczych na braki w umundurowaniu swoich podkomendnych. W maju 1943 roku powiatowy komendant PP w Miechowie wydał swoim ludziom zakaz grzebania zmarłych policjantów w mundurach, wziąwszy pod uwagę "niedostatek ubrań i mundurów ze względu na szczupłość surowca"[36]. Wynikało z tego niedwuznacznie, że granatowi policjanci powinni donaszać ubrania po zmarłych kolegach. Sygnalizowane problemy z umundurowaniem, które napotykali pozbawieni odpowiednich deputatów i środków policjanci, trwały przez całą okupację.
Tabela płac policji granatowej, 28 listopada 1939[37]
Stanowisko (jęz. niem.)
Stanowisko (jęz. pol.)
Płaca miesięczna
Wachtmeister
Posterunkowy
190 zł
Hauptwachtmeister
Starszy posterunkowy
215 zł
Polizeimeister
Przodownik
240 zł
Polizeiobermeister
Starszy przodownik
260 zł
Polizeileutnant
Aspirant
360 zł
Polizeioberleutnant
Podkomisarz
405 zł
Polizeihauptmann
Komisarz
495 zł
Polizeimajor
Nadkomisarz
675 zł
Polizeioberstleutnant
Podinspektor
750 zł
Biorąc pod uwagę panującą pod okupacją drożyznę, zarobki policji wyglądały po prostu mizernie. Żeby lepiej zrozumieć siłę nabywczą policyjnej pensji (czy też raczej - jej brak), podaję kilka przykładowych pozakartkowych cen podstawowych produktów spożywczych. Ceny pochodzą z przełomu 1941 i 1942 roku. Później, w miarę trwania okupacji, poszły one dramatycznie w górę. Chleb razowy - 6,25 zł/kg, cukier - 32 zł/kg, fasola - 15 zł/kg, groch - 16 zł/kg, konina bez kości - 14 zł/kg, wołowe z kością - 20 zł/kg, wieprzowina - 30-32 zł/kg, słonina - 50-52 zł/kg, boczek wędzony - 50 zł/kg, masło - 60 zł/kg, kartofle - 2,80 zł/kg[38].
Z czasem Niemcy zaczęli podwyższać uposażenie funkcjonariuszy PP, lecz zmiany były śmiesznie niskie w stosunku do galopującej (szczególnie od początku 1943 roku) inflacji. Jeżeli można było za taką pensję przeżyć, to wyłącznie dzięki zakupom "kartkowym" - gdyż zakupy na czarnym rynku naraziłyby na bankructwo nawet oficerów policji, nie mówiąc już o zwykłych posterunkowych. Trudno się wobec tego dziwić korupcji panującej w szeregach PP. Pokusa zainkasowania od dwustu do trzystu złotych za każdy transport żywności wchodzący do getta dla ogromnej większości policjantów była zbyt wielka, aby mogli się jej oprzeć. A przy tym - rzecz niebagatelna - można było zracjonalizować ten gest pobudkami humanitarnymi, troską o przeżycie mas żydowskich w getcie. Ryzyko zaś było w sumie niewielkie, bo zazwyczaj granatowi policjanci dzielili się zyskiem z nadzorującymi ich żandarmami i szupowcami. Chyba że tych w okolicy nie było - wtedy cały zysk przypadał Polakom.
Proces konsolidacji i odtwarzania polskiej policji zakończył się jesienią 1940 roku. Wtedy okrzepły struktury organizacyjne stworzone przez Niemców, a wraz z nimi nabrały ostatecznego kształtu mechanizmy nadzoru sprawowanego przez okupanta. Według raportu z 20 września 1940 roku w Krakowie na sześciu komisariatach pełniło służbę czterystu dziewięciu funkcjonariuszy - co prawie dorównało stanowi z sierpnia 1939 roku (czterystu trzydziestu szeregowych). Na czele PP stanął tam podpułkownik Roman Sztaba, przed wojną komendant wojewódzki PP w Łucku[39]. Stan osobowy policji w Warszawie w połowie 1940 roku również osiągnął poziom zbliżony do przedwojennego.
W ciągu pierwszego roku okupacji na terenie Generalnej Guberni powstało w ten sposób około tysiąca posterunków i komisariatów granatowej policji. Reszta, położona na terenach wcielonych do Rzeszy, w późniejszym Bezirk Bialystok, w dystrykcie Galicja czy też dalej na Kresach - została zlikwidowana bądź też przekształcona w posterunki policji ukraińskiej. Dokładne określenie liczby posterunków PP w GG nie jest jednak możliwe, gdyż mniejsze placówki często likwidowano, konsolidowano bądź przenoszono z miejsca na miejsce. W materiałach wykorzystanych w niniejszej pracy znajdą się odniesienia do praktyki policyjnej funkcjonariuszy służących na stu dwudziestu czterech posterunkach i komisariatach policji granatowej.
Polska Policja Kryminalna (Polnische Kriminalpolizei)
Nieco inaczej potoczyły się okupacyjne losy funkcjonariuszy wspomnianej Służby Śledczej, czyli wywiadowców kryminalnych. Zacznijmy od tego, że o polskich wywiadowcach niewiele wiadomo, a ich okupacyjna działalność stanowi jedną z licznych białych plam na mapie historii wojny i okupacji. O ile w ogóle wojenna historia okupacyjnych służb mundurowych i siłowych, w których służyli Polacy (począwszy od policji granatowej, a skończywszy na ochotniczej i zawodowej straży pożarnej), nadal domaga się porządnego opracowania, o tyle o działaniach policji kryminalnej nie wiemy właściwie nic. W kilku opracowaniach poświęconych niemieckiej polityce terroru z rzadka natrafić możemy na krótkie komentarze dotyczące wywiadowców, zazwyczaj ograniczające się do paru zdań[40]. Rola "kryminalnych" w wymordowaniu polskich Żydów pozostaje wobec tego nieznana - choć temat z całą pewnością wart jest zbadania. Zacząć więc należy od początku, czyli od odzyskania przez Polskę niepodległości, kiedy młoda Rzeczpospolita zaczęła tworzyć podstawy własnych sił policyjnych.
Policja kryminalna (zwana Służbą Śledczą) stanowiła wyspecjalizowany pion przedwojennej Policji Państwowej[41]. Powołana do życia w 1919 roku, stała się integralną częścią PP, choć nie obyło się bez tarć administracyjnych i konfliktu kompetencji. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości utworzono okręgowe i powiatowe ekspozytury Służby Śledczej przy miejscowych posterunkach policji. W niektórych wypadkach "kryminalni" zostali podporządkowani miejscowym strukturom PP, w innych - stanowili element wydzielony, zależny służbowo bezpośrednio od wyższych władz Służby Śledczej. Do kolejnego przekształcenia doszło po zamachu majowym i to wtedy Służba Śledcza uzyskała swój ostateczny kształt, w którym miała dotrwać do 1939 roku. Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 8 kwietnia 1927 roku powołano Centralą Służbę Śledczą, której podlegało szesnaście delegatur okręgowych (utworzonych przy Komendach Wojewódzkich), a tym z kolei podlegały ekspozytury powiatowe. Urzędami Służby Śledczej kierowali naczelnicy, którzy z reguły pełnili również funkcję zastępców komendantów wojewódzkich PP. Po zlikwidowaniu (w 1926 roku) policji politycznej Służba Śledcza przejęła większość jej dotychczasowych kompetencji. W rezultacie cały urząd nieformalnie podzielił się na dwa główne piony: kryminalny i polityczny. Zadania policji kryminalnej realizowano w trzech zakresach: prowadzenia dochodzeń w sprawach karnych (tak politycznych, jak i kryminalnych), prowadzenia inwigilacji, czyli wywiadu policyjnego, oraz ewidencjonowania przestępców. Choć od początku lat trzydziestych energicznie zajęto się niwelowaniem podziałów między policją mundurową a śledczą, oba piony aż do końca II RP zachowały wyraźną odrębność. Jednocześnie przejście ze służby mundurowej do kryminalnej uważano za oczywisty awans, a propozycję takiego transferu kierowano wyłącznie do najlepiej przygotowanych oraz tych, którzy wykazywali się w służbie mundurowej największymi sukcesami - zwracając przy tym uwagę na odpowiednie wykształcenie kandydatów. I tak w chwili utworzenia w Lublinie pionu kryminalnego komendant wojewódzki polecił komendantom powiatowym PP "wybrać spośród niższych funkcjonariuszy umysłowo rozwiniętych oraz zdolnych do służby wywiadowczej po 4 kandydatów na każdy powiat"[42]. Dodatkowo przed podjęciem służby w pionie kryminalnym kandydaci musieli ukończyć specjalistyczne kursy. W 1933 roku stan osobowy Służby Śledczej na terenie całego kraju wynosił 2406 funkcjonariuszy, w tym 138 oficerów i 2268 szeregowych[43]. W przededniu wojny Polska Policja Kryminalna dysponowała dobrze wyszkolonym personelem, w miarę sprawnie penetrującym środowiska przestępcze oraz prowadzącym skuteczną inwigilację polityczną[44]. Były to atuty, które już wkrótce miały się okazać niezwykle ważne w formułowaniu niemieckiej polityki okupacyjnej.
O ile polska policja mundurowa zachowała, mimo sporych zmian, swój przedwojenny charakter, o tyle losy Służby Śledczej "za Niemca" potoczyły się inaczej. Z końcem października 1939 roku polską tajną policję wyłączono ze struktur PP, wcielono do Kripo (jako Polnische Kriminalpolizei) i oddano pod bezpośrednie rozkazy niemieckie. Szefem Kripo w Warszawie, a zarazem zwierzchnikiem polskich tajniaków, został radca rządowy oraz major (SS-Sturmbannführer) Harry Geisler, a jego zastępcą - radca kryminalny Erich Spruch[45]. Kripo, które wchodziło w skład KdS, w Generalnej Guberni dzieliło się na następujące referaty: VA - sprawy pracowników polskich, VB - kryminalna służba wykonawcza, VC - służba rozpoznawcza i ścigania, oraz VD - techniczna służba śledcza[46]. W ten sposób od późnej jesieni 1939 roku polscy funkcjonariusze policji śledczej stali się formalnie pracownikami niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei - Sipo). Na czele PPK w stolicach dystryktów GG (Krakowie, Lublinie i Warszawie) ustanowiono niezależne od siebie Dyrekcje Policji Kryminalnej (DPK)[47]. W sierpniu 1941 roku, po wcieleniu do GG dystryktu Galicja, kolejna DPK powstała we Lwowie. Równocześnie w poszczególnych komisariatach stworzono agentury śledcze podległe DPK, lecz organizacyjnie oddzielone od policji mundurowej. W Warszawie siedziby Kripo znalazły się w areszcie centralnym przy ulicy Daniłowiczowskiej 7 i w Alejach Ujazdowskich, a placówki podległe na terenie dystryktu warszawskiego ulokowano w Ostrowi Mazowieckiej, Garwolinie, Skierniewicach, Łowiczu, Siedlcach, Grójcu, Mińsku Mazowieckim, Pruszkowie i Sokołowie[48]. Komisariaty Kripo pełniły czasem podwójną funkcję: na wschodnich rubieżach Generalnej Guberni odgrywały dodatkowo rolę posterunków Straży Granicznej (Grenzpolizei)[49], a tam, gdzie nie było placówek Gestapo, przejmowały także ich obowiązki. Obie organizacje w ogóle ściśle ze sobą współpracowały, a Gestapo miało niczym nieograniczony dostęp do kartotek Polskiej Policji Kryminalnej.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.