Tytuł Książki
Na granicy życia i śmierci.
Zacznę tę książkę od opisu swojego życia, by w znaczący sposób wprowadzić czytelników w późniejsze tematy, które w mojej ocenie są ważne, aby nakreślić pełen obraz dostrzegalny w dzisiejszej rzeczywistości.
Czym jest chęć stabilności i niezależności w życiu wraz z założeniem rodziny, jak nie jednym z powszechnych i naturalnych ludzkich celów tego świata?
A może celem ludzi są zupełnie inne wartości, które w nieświadomej istocie prowadzą do depopulacji?
Czym są narzucane nam, ludziom, ograniczenia, w efekcie prowadzące do nieporadności życiowej wielu ludzi?
W końcu - czym też jest zjawisko prowadzące do bezdomności, nacechowane obojętnością i biernością ludzką?
Pozostając przy pierwszym zagadnieniu, zakładając, że człowiek nie widzi możliwości tu, gdzie jest, i perspektyw do spełnienia się w swojej naturze, i nie jest on w stanie dosięgnąć niezależności i spełnienia, pomimo nawet ciężkiej pracy... to ewidentnie jest coś nie tak z rzeczywistością lub prawami tego świata.
Dlaczego psychologia pozwala i dopuszcza, a najczęściej usprawiedliwia sytuacje prowadzące między innymi do bezdomności?
Tym bardziej, gdy robi się coś z wszelkich sił, jakie się posiada, i nie widać niemal żadnych efektów.
Synonim "praca" jeszcze kilkadziesiąt lat temu to było coś "Wow"! Człowiek mógł powiedzieć przed sobą samym: "Jestem niezależnym, stabilnym mężczyzną", ponieważ wówczas poprzez pracę widział jej efekty - w postaci wybudowanego domu, własnego mieszkania lub w innych formach. Było widać efekt.
Dzisiejsza rzeczywistość to jedynie ułuda stabilności, a synonim "praca" dla wielu ludzi oznacza rzeczywiście niepełnosprawność.
Przecież nie założysz rodziny, będąc pod mostem, nie spełniając tym samym warunków dla nowego życia.
Więc jak wytłumaczyć ciągłą w życiu niemoc poprzez brak perspektyw bezpiecznego założenia rodziny czy brak możliwości w osiągnięciu takiego celu?
Przez całe niemal życie żyjesz tylko nadzieją, że uda ci się ustabilizować i stać się niezależnym człowiekiem, mogącym później być potencjalnym partnerem dla zainteresowanej tobą kobiety, bo - jakby nie patrzeć - przecież żadna praktycznie kobieta nie weźmie za męża faceta w swoje objęcia, który jest na tyle ubogim materialnie człowiekiem, że nie jest w stanie nawet zapewnić sobie bezpieczeństwa, a co dopiero kobiecie.
Oczywiście i w tym przypadku odzywa się obojętność.
Co jest powodem, że przy takim życiu, w którym dajesz z siebie wszystko, w dalszym ciągu, pomimo upadków, napotykasz mur, którego przesunąć nie możesz, a co dopiero mowa o jego zniszczeniu?
Czujesz się tak, jakbyś był zamknięty w studni, w której starasz się wspinać, aby wyjść z niej, z tym że wieko jest zamknięte tak, że wszelkie twe starania prowadzą cię z powrotem na dno.
Masz motywację, by się wspinać nawet wielokrotnie, ale z tą samą liczbą wielokrotności osuwasz się na dno studni, w której się znajdujesz.
W końcu powoli dociera do ciebie, po wielokrotnych próbach, że nie istnieje żadna możliwość - jak tylko bunt.
Część ludzi mogłaby powiedzieć, że jest to załamanie nerwowe, lub potrafiliby podać bardziej zmyślne powody, aby tylko utrzymać w takim statusie człowieku stan zamrożonej stagnacji - byleby tylko nie osiągnął niezależności.
Wmawiają jemu, że wszystko jest OK, bezdomność jest wspaniała!
Tylko musisz to czy tamto, i będzie lepiej!
Jednak gdy stosujesz się do instrukcji tobie zapowiedzianej, okazuje się, że to jak grochem o ścianę, albo i gorzej - czyli ziarenkiem zboża o ścianę.
Tu bunt w tej wersji przedstawiany byłby jako kamień mogący wywołać efekt lawiny.
Na pewnym etapie twojego życia zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś doprowadzony do ostateczności przez twórców prawa w państwie, w którym jesteś zmuszony żyć.
Jesteś przekonany, że zostałeś zmuszony do obrony i ratowania własnego życia w sposób buntowniczy.
Ten brak możliwości jako jednostka i niemożności poradzenia sobie z problemami natury materialnej czy finansowej w państwie, które nie daje perspektyw ani możliwości w kwestiach niezależności...
Natomiast oświecenie i bunt traktowane są przez część, a nawet większość twórców prawa, za chorobę psychiczną.
Czyli w myśl tych twórców prawa, człowiek, który został doprowadzony do ostateczności przez ich prawo, jest skutkiem ubocznym, którego trzeba marginalizować wszelkimi możliwymi środkami.
Niemniej jednostka ludzka w dalszym ciągu zostaje z brakiem wpływu na praktycznie wszystkie aspekty własnego życia.
Brak własności w postaci mieszkania jest też traktowany jako brak niezależności.
Obraz z perspektywy człowieka walczącego o wolność, stabilność, niezależność, godność, bezpieczeństwo, miłość.
Spis Treści
1. Pamiętam, jak dziś ten dzień
2. Powrót ojczyma z trzymiesięcznego zatrzymania (niedługo po tragedii). Szok dziecka. Zoofilia
3. Trwająca patologia w domu. Kontakt z używkami. Zamach na syna. Czas szkoły zawodowej i praktyk
4. Trzy próby podejścia do liceum ogólnokształcącego w różnych okresach życia. Eksmisja. Brak warunków. Kobieta z pomocną dłonią
4.1. Załamanie nerwowe
5. Brak pomocy ze strony bliskich i rodziny. Czas pobytu w Oleśnicy i w baraku (dodatkowe informacje)
5.1. Parking przydrożny
5.2. Eksmisja
5.3. Noclegownia - czymś dla mnie nie do przyjęcia
5.4. Moja sytuacja
5.5. Może powinienem docenić choć takie wsparcie
5.6. Ponownie na ulicy
6. Kobieta z pomocną dłonią i szef
7. Rodzeństwo
8. Nieśmiałość w realnym kontakcie
8.1. Obraz miłości. Uzależnienie od poszukiwania bliskości. Desperacka chęć odizolowania się od miejsca zamieszkania Czas pobytu w Oleśnicy, w baraku oraz w Legnicy (dodatkowe informacje)
8.2. Serce w cieniu - tęsknota za bliskością i tkliwością
8.3. Wrogi Bogu
8.4. Zdesperowany wędrowiec
8.5. Być z kimś - po prostu
8.6. Patrząc z dystansu
9. Czas życia Matki - pamięć syna zamordowanej Matki
9.1. Inne wątki z czasu pobytu w domu rodzinnym (dodatkowe informacje)
9.2. Cóż, naprawdę nie chcę, ale muszę... Postać negatywna
10. Brak sprawiedliwości
11. Nieodparta chęć poznania Babci
12. Drugi rozdział mojego życia - będąc w Legnicy (lata ok. 2008-2019) Wstęp
12.1. Aktywność w poszukiwaniu pracy
12.2. Pierwsza przeprowadzka
12.3. Otoczenie
12.4. Kolejna przeprowadzka
12.5. I jeszcze jedna przeprowadzka
12.6. Pomimo wszystko...
13. Moja skromna wypowiedź i analiza
14. Obojętność ludzka a empatia
15. Coś bardziej luźnego - pobyt w szpitalu
15.1. Wypis
15.2. Dalsze losy
15.3. Terapia
15.4. Wyrok i nieporozumienie
15.5. Owe nieporozumienie
16. Co czuję do systemu, państwa i ludzi
16.1. Dlaczego psychologia zezwala na praktyki prowadzące do bezdomności?
16.2. Czy jestem godzien uwagi Kobiety?
17. Co powiedziałbym młodszemu sobie z przeszłości?
18. Bezdomność z kobiecej i męskiej perspektywy - nierówna walka o stabilność
19. Manifest wolności
20. Mój obecny stan zdrowia
20.1. Często zadaje sobie wiele Pytań.
Epilog
O Autorze
Autor: Tomasz Król
Tomasz Król urodzony w Trzebnicy w 25.grudnia 1982r.
Bez meldunku, Uśpiony Bezdomny.
Kontakt : [email protected]
Wstęp
Myślę, że ten podręcznik/książka przeze mnie napisana (ciężko określić, czy jako jedyna, czy pierwsza), zacznę od opisania doświadczeń z mojego dzieciństwa, aby czytelnicy nie mieli cienia wątpliwości co do tego, czy z mojej strony nie doszło do żadnych działań ku realizacji marzeń.
Zabieram się za pisanie jej już kilkukrotnie i, szczerze mówiąc, jest mi bardzo trudno dopracować treść. Bardzo mi zależy, aby książka miała określony cel, i wydaje się, że niezdecydowanie i nie doprecyzowanie są pewnymi czynnikami, które stwarzają problemy w zakończeniu książki.
Pomimo że zabieram się do pisania tej książki już kilkukrotny raz, muszę też podziękować za przebudzenie weny twórczej i rozbudzenia z letargu... osobie, która bardzo zabiega o poznanie swojej babci. Dziękuję Ci, Patrycjo. Dziękuję też osobom, które między wierszami proponowały mi lub sugerowałyby to zrobić.
Chcę między innymi, żeby książka ta wzbudziła w ludziach człowieczeństwo, którego w ludziach brakuje; aby sięgnęli oni po wolność od tych ograniczeń.
Nie przeczę, że widziałbym tłumnie gromadzących się ludzi, wyrażających głośno swoje zdania i opinie - lecz te słowa kieruję do osób, które są w stanie zrozumieć, iż każdego człowieka spotkać może ostracyzm, marginalizacja, dyskryminacja, obojętność.
Chcę, aby to wybrzmiało jak niekończąca się lawina.
Pisanie książki zapoczątkowałem na etapie, kiedy poniekąd zostałem do tego zmuszony, by wyrazić mój sprzeciw i oburzenie w obliczu bezradności i braku autentycznego wsparcia ze strony państwa regulującego przepisy i ich stanowienie.
Moje życie nie było proste, było wręcz nad wyraz ciężkie...
Nie przypominało normalności powszechnie występującej w postaci obydwojga rodziców wychowujących własne dziecko, jak to wygląda często ów miarę ustawionych sąsiadów, których najczęściej kariera opiera się na nepotyzmie w szeregach państwowych.
Zwykle w takich rodzinach dzieci wchodzące w dorosłość mają już z góry w miarę ustawioną karierę i są już odpowiednio nakierowane na niezależność i samodzielność z wsparciem ze strony twórców ich życia - mówiąc kolokwialnie, rodziców - przez co mają zdecydowanie prościej w układaniu sobie życia.
Obecna rzeczywistość pokazuje wielu młodym ludziom wręcz coś innego.
Nawet jeśli przyjąć, że jeden z rodziców, samotnie wychowujący, zdołał nasycić wartościami własne dziecko, co też się zdarza, to taka sytuacja też jest niewspółmierna do sytuacji dziecka doświadczonego poniższą tragedią.
Gdyby istniała jakakolwiek miara cierpień, mogąca w istocie porównać ich moc i skalę...
Wówczas można byłoby po spekulować, które z dzieci wielu rodzin miałoby jakiekolwiek szanse, by sobie w życiu poradzić, i które z nich wszystkich miało najbardziej nieciekawe życie pod względem doświadczeń życiowych.
Można byłoby porozmawiać o dzieciach wychowujących się jako bezdomne i porównać ich życie z dziećmi wychowującymi się w rodzinach zastępczych czy w bogatych rodzinach oraz ocenić, jakie szanse mają na przyszłość.
...Odnosząc się trochę do filmu pod tytułem Śnieżny Ptak, w którym to filmie dziewczyna grała rolę pokrzywdzonej przez los.
Choć w przypadku bohaterki filmu miała ona znacznie lepsze perspektywy niż płeć męska.
2. Po powrocie ojczyma z trzymiesięcznego zatrzymania, niedługo po tragedii - szok dziecka, zoofilia
Około dwa tygodnie po powrocie ojczyma z zatrzymania, do rozstrzygnięcia sprawy, któregoś słonecznego popołudnia widziałem go przez uchylone drzwi do obory - szczelina około pięciu centymetrów.
Oczywiście nie zupełnie specjalnie, bo co miało by mnie ciągnąć za ojczymem do obory?
Zadzwonił wiszący, podobny wyglądem do domofonu w mieszkaniu telefon (którego ojczym twierdził, że kupił, ale nie jestem pewien, czy to był zakup), i złapałem za słuchawkę, a głos w słuchawce poprosił ojczyma do telefonu, i takim sposobem przypadkiem uchwyciłem okiem to, co robił w tamtym momencie.
Jednym okiem uchwyciłem cały ten obraz, kiedy stał nagi na wiaderku ze spuszczonymi majtkami do kostek, za krową i ją ""wkładał własnego kutasa w tylną część ciała krowy", "nosz kurwa""! .
Widziałem na własne oczy zoofilię, choć nie potrafiłem wówczas tego nazwać... Nie znałem nawet pojęcia "zoofilia". A to, co zobaczyłem, sprawiło we mnie stan nie do określenia. Ten widok połamał mnie konkretnie.
Co prawda, za dziecka miałem okazję zobaczyć gazety pornograficzne, na których widziałem, co z czym się łączy, czy też na żywo podejrzeć prostytutki na przydrożnym parkingu o nazwie Apetito.
Nawet z jedną z tych prostytutek, pochodzenia bułgarskiego, dość często rozmawiałem na przydrożnym parkingu o różnych rzeczach.
Jednak to, co zobaczyłem, to był autentyczny szok, gdy odchodziłem od obory w ciszy, nawet go nie informując o telefonie. Ten obraz ojczyma wraz z jego "kochanką" w oborze połamał mnie konkretnie.
W pierwszych dniach zaczęło mnie zastanawiać, czy w ogóle możliwe jest stworzenie hybrydy człowieka ze zwierzęciem - ojczyma sposobem. Wystarczyło kilka różnych wyobrażeń, aby moje postrzeganie takich obrazów w krótkim czasie nabrało obrzydzenia do tego stopnia, że nie byłem w stanie nawet chcieć mieć jakikolwiek kontakt cielesny z tym człowiekiem ani z żadną rzeczą, której dotykał.
Tego dnia, gdy powiedziałem Bratu o czworonożnej "kochance" ojczyma, Brat Piotr zapoczątkował, jak oświecony z pełną mocą, bezpośrednie wyrażenie się w formie buntu przeciw ojczymowi... jakoby był obrzydliwością. Coś jak nagłe ruszenie rewolucyjne w państwie/kraju. Nawet nie potrafiliśmy wtedy tego czynu nazwać z powodu braku zasobów słownych.
Z czasem wiedzieliśmy, że na taki akt mówi się "zoofilia".
Od tego dnia oboje nie życzyliśmy sobie, by zoofil nas dotykał.
Awantury generalnie zdarzały się ciągle, nawet gdy Matka żyła, ale w tym czasie, gdy byliśmy bez Matki pod jednym dachem z tym zwyrodnialcem, wraz z bratem przeciw ojczymowi broniliśmy się - odpychając go od nas.
A gdy się rzucał na nas, ramię w ramię, jako sojusznicy, biliśmy się z nim stojąc razem w obronie własnej, traktując go jako zarazę wrogo nastawioną do nas.
Szczerze wątpię, aby w tamtej chwili jakikolwiek psycholog był zdolny pomóc... Jedynym, co mógłby psycholog, to może - podkreślam: może - uspokoić sytuację, której eskalacji nie da się zatrzymać, a co najwyżej zahamować.
Przy awanturach, początkowo w pojedynkę, nie mieliśmy szans z "grubasem", z powodu iż byliśmy zbyt młodzi, lecz we dwójkę potrafiliśmy odeprzeć jego ataki.
Oczywiście, jak tylko było to możliwe, staraliśmy się unikać ojczyma do takiego stopnia, by nie mieć z nim starć, a to często nie było możliwe. Wściekał się na nas z byle błahych powodów lub sam prowokował, jakby sprawiało mu to radość, przyjemność czy satysfakcję...
Czasami jednak z własnej inicjatywy staraliśmy się po prostu go nie denerwować, pozostawiając ład i porządek po sobie, myśląc, że to w pewien sposób ułagodzi sytuację w chwilach, kiedy psychicznie byliśmy wymęczeni. Był to nasz plan, lecz on zawsze znajdował jakiś problem - jeśli nie ten, to inny - tylko po to, by na wrzeszczeć, sprowokować... lub ewentualnie wykorzystać sytuację.
Zawsze to on zaczynał z komentarzem, zawsze coś mu przeszkadzało i nie zmieniało to faktu, że jako dzieci chcieliśmy coś zmienić. W końcu zaczęły latać sztućce, szklanki i talerze... po prostu wszystko, co wpadło nam w rękę, by go uspokoić. To my od niego wymagaliśmy spokoju, bo często mieliśmy jego dość.
Było różnie z jego reakcją. Czasami po prostu wychodził z domu i dawał nam spokój, ale później, gdy wracał, zaczynały się z jego strony ponownie dyskusje przeradzające się w kłótnie, które zaraz eskalowały do kolejnej awantury. Czasami nie obeszło się bez rękoczynów. On zawsze chciał postawić na swoim, niezależnie od tego, czy miał rację, czy jej nie miał. Prawdopodobnie tłumaczył sobie to tym, że to jego dom i jego prawa. Przyznać trzeba, że nie raz wypowiadał takie słowa.
Patologiczna kłótnia, a raczej awantura, była codziennością i zawsze, w każdej takiej kłótni, padały słowa: "gdzie jest nasza Matka" - przynajmniej z mojej strony. Te słowa bardziej go denerwowały i uważam, że ten stan rzeczy zdradzał jego podejście do Matki, którą określał różnymi zhańbionymi słowami. My dokładaliśmy tym samym oliwy do ognia przeciw niemu.
Same słowa określane jako "zhańbione" to jedno, ale przedstawianie naszej Matki w czasie przeszłym, już pierwszymi słowami o niej zaraz po tragedii, to drugie. Nie mogę pominąć, że wiele kryminalnych dokumentów opowiada o podobnych zachowaniach morderców, którzy starają się w ten sposób ukryć prawdę lub oczyścić się z zarzutów.
Rozumiem, czym jest posłuszeństwo, ale w przypadku tego rodzaju patologii posłuszeństwo nie zdawało zupełnie egzaminu. Praktycznie niemożliwe było posłuszeństwo wobec ojczyma.
Tego już nie dało się naprawić - to już nie była normalna rodzina. Pogarszało się z każdym miesiącem, a później to było trwanie w piekle, niezależnie od tego, co byśmy nie zrobili.
Ja tym bardziej wierzę, i niemal jestem przekonany, że był w stanie zamordować naszą Matkę, pomimo jedynie pewnych pamiętnych zdarzeń...
Tego feralnego dnia, 17 czerwca, gdy przyjechał autem z lasu po raz pierwszy swoim wardburgiem, był blady... tak, jakby był wystraszony lub jakby po prostu zobaczył ducha czy jakąś piekielną wizję.
Może po prostu nasłuchał się od kogoś, kto mu pomagał, jakie konsekwencje mogą wyniknąć z jego działań.
Ja traktuję ten obraz jako jeden z dowodów, a przytoczyłem ich co najmniej kilka do tej pory.
Nie pamiętam dokładnie, w jakim czasie zabiegałem o to, aby wszystkich zgromadzić u psychologa (ojczyma, mnie, Piotra i Marlenę) przy jednym stole, w jednym pomieszczeniu, aby wtedy, przy psychologu, powiedzieć, co widziałem 17 czerwca 1996 roku, jaki był obraz zoofilii, wraz z opisem całej patologii mającej miejsce w domu. Jednak z tego, co pamiętam, nie osiągnęło to celu.
Marlena przypomina sobie sytuację, że podobno w dwójkę lub w trójkę poszliśmy do psychologa. Jednak rozmowa z psychologiem finalnie doprowadziła do konkluzji, której celem miało być nasze posłuszeństwo względem ojczyma. Przypominam sobie czas, kiedy jako rodzeństwo daliśmy spokój ojczymowi, starając się w ogóle go nie prowokować - jednak to nie zdało egzaminu z jego winy, przez co w dalszym ciągu wymagałem, aby ojczym zgodził się na wizytę u psychologa.
4. Trzy próby podejścia do Liceum ogólnokształcącego w różnych okresach czasowych. Eksmisja. Brak Warunków. Kobieta z pomocną Dłonią
Pierwszą szkołą w której próbowałem swoich sił zaraz po szkole zawodowej to była szkoła dla dorosłych we Wrocławiu, było to Liceum Ogólnokształcące nr 1, na ulicy Księcia Józefa Poniatowskiego.
Wówczas jeszcze zamieszkiwałem pod adresem stałego zameldowania.
Atmosfera była tak napięta, że każdy trzask podłogi dobiegający spoza drzwi pod jego ciężarem odbierałem jak formę psychicznego maltretowania. Byłem niemal pewien, że bez pukania wejdzie do mojego pokoju i rozpocznie kłótnię - niemal codzienny rytuał, jeśli tylko spędzało się tam trochę czasu.
Nawet sobą gardziłem - samym faktem swojego istnienia. Zadawałem sobie pytania: dlaczego żyję, po co zostałem stworzony, dlaczego zrodziłem się z łona Matki. Czy tylko po to, by trafić do takiej rodziny?
Wszystko, co działo się w tym domu, działało na mnie przytłaczająco i depresyjnie. Nic więc dziwnego, że już wtedy sięgałem po tabletki uspokajające i nasenne niemal garściami, choć lekarz w Borowej raczej nie chciał przepisać mi silniejszych leków. Szukałem więc wszelkich innych sposobów, by odizolować się od człowieka, który psychicznie mnie wyniszczał.
Chęć wydostania się z tego piekła była na tyle silna że starałem się jak najwięcej czasu jednak spędzać na wolnym powietrzu myśląc o miejscach w których poczuł bym spokój, nieokreśloną wolność od tego ciągłego ciężaru..
Nie byłem w stanie czasami myśleć i robiłem rzeczy instynktownie byle by zbliżyć się do jakiegokolwiek rodzaju izolacji od tego człowieka.
Chodziłem do kafejki internetowej, bo tylko tam potrafiłem odnaleźć spokój. Były jednak i inne miejsca, w których czułem się swobodnie - choćby las przy przydrożnym parkingu, gdzie spędzałem czas, gdy próbowałem zarobić trochę pieniędzy.
Myślę, że w tym miejscu mógłbym wspomnieć również o tym, jak brat namówił mnie, abym poszedł na dyskotekę, jednak dla zachowania porządku w opowieści rozdział ten wstawię w innym miejscu. Tutaj jedynie przypomnę motyw "Nieśmiałości".
To był również czas, gdy od Bogdana S. usłyszałem dwie zastanawiające informacje, o których pisałem już w rozdziale "Pamiętam jak dziś ten dzień". Pamiętam, że wtedy powiedziałem mu, iż chcę ukończyć szkołę prawniczą i doprowadzić do wymierzenia sprawiedliwości. Do tej rozmowy doszło jeszcze przed eksmisją.
Nie ukończyłem tej szkoły z powodu braku warunków do nauki.
Pierwszą legalną pracą na umowę o pracę było dla mnie stanowisko pracownika fizycznego. Po jej zakończeniu przez pewien czas pozostawałem bez zatrudnienia, a wolny czas spędzałem głównie na parkingu przydrożnym. W końcu podjąłem pracę we wrocławskim Volvo, jednak po około roku, w ramach zwolnień grupowych, również i mnie objęła redukcja etatów.
Przypominam sobie również, że z własnej inicjatywy zacząłem chodzić na dyskoteki, choć wcześniej brat kilkukrotnie próbował mnie do tego namówić. Najczęściej odwiedzanym klubem był dla mnie WZ we Wrocławiu.
Z tamtego okresu zapamiętałem głównie jedną, dość pamiętną sytuację - ktoś rzucił we mnie szklanką, która uderzyła mnie w tył głowy i rozbiła się w drobny mak na stojących przede mną ludzi.
W blasku reflektorów, przy dźwiękach głośnej muzyki, przede mną uniosła się błyszcząca chmura maleńkich odłamków. Na moment czas jakby zwolnił - tańczyłem na podeście, czując jednocześnie ból i zaskoczenie wywołane tym, co zobaczyłem. Mimo wszystko nie przerwałem tańca, jakby mój umysł postanowił zignorować uderzenie i skupić się wyłącznie na rytmie.
Przyznaję, że kilka razy pojawiłem się na dyskotece z nadzieją, że może uda mi się kogoś poznać.
Jednak za każdym razem kończyło się to niepowodzeniem - być może z powodu mojej nieśmiałości, a może dlatego, że trudno mi było przełamać barierę pierwszego kroku i odezwać się do obcej osoby.
Niedługo później rozegrała się scena opisywana przeze mnie w rozdziale "Eksmisja".
Z początkiem 2007 roku dostałem wyrok eksmisji: "Na rozprawie z dnia 09.01.2007 stawił się powód Stanisław Kmiecik. Pozwany nie stawił się na rozprawie, pomimo należytego zawiadomienia go o terminie rozprawy, nie złożył żadnych wyjaśnień ani nie żądał przeprowadzenia rozprawy w jego nieobecności".
Do chwili otrzymania tego wyroku o niczym nie wiedziałem. Korespondencja do mnie była skrupulatnie chowana.
W tym czasie, kiedy była chowana przez ojczyma korespondencja do mnie, dochodziło również do gróźb - zarówno z mojej strony, jak i z jego strony.
Dopiero po tym, jak dowiedziałem się o eksmisji, zdecydowałem się oficjalnie na życie bezdomne - choć w rzeczywistości nie był to mój wybór, lecz decyzja sądu.
Nikt nie zadał sobie trudu, by zapytać w sądzie, dlaczego nie skierowano tej sprawy do rozmowy z psychologiem. Być może wtedy na jaw wyszły by fakty, które mogłyby stać się podstawą do ponownego rozpatrzenia sprawy Matki, tym razem w kontekście działań ojczyma.
Jednak mój stan psychiczny, wywołany tymi wydarzeniami, nie pozwalał mi nawet o tym myśleć.
Na pewnym etapie życia doszedłem do wniosku, że skoro nie potrafię zapewnić sobie stabilnej i lepiej płatnej pracy, a dotychczasowe doświadczenia ograniczały się do kilku przeniesień z jednego miejsca zatrudnienia do drugiego, powinienem ponownie podjąć naukę, aby zdobyć zawód dający lepsze perspektywy. W efekcie zapisałem się do szkoły średniej we Wrocławiu, tym razem niedaleko ulicy Jedności Narodowej. Niestety, i tam nie radziłem sobie z nauką.
W tamtym okresie mieszkałem w baraku, a naukę utrudniał mi nie tylko brak spokoju i miejsca do nauki, ale też brak czasu, wymuszony koniecznością podejmowania się pracy zarobkowej. O czym również przypominam w rozdziale "Noclegownia czymś dla mnie nie do przyjęcia", "Moja sytuacja"
W tamtym czasie w moim życiu pojawiły się również sprawy komornicze, które wymusiły na mnie trudne, wręcz dramatyczne wybory. Stanąłem przed trzema możliwymi scenariuszami:
A) Mieć pracę i opłacać wynajem, co dawało mi dach nad głową, ale jednocześnie pozbawiało środków na jedzenie.
B) Mieć pracę i żyć na ławkach, klatkach schodowych, pod gołym niebem lub w baraku - za to mogąc kupić sobie coś do jedzenia.
C) Pracować "na czarno" i zatrzymywać całą wypłatę w kieszeni, co pozwalało mi na bieżąco radzić sobie z wydatkami, kupić jedzenie, a czasem nawet coś odłożyć. Było to jednak rozwiązanie krótkowzroczne: bez umowy, bez ubezpieczenia, bez żadnych gwarancji. W każdej chwili mogłem zostać wyrzucony z pracy, nie dostając nawet złotówki, a poczucie bezpieczeństwa było równie kruche jak dach nad głową, pod którym akurat nocowałem.
Pamiętam okres pracy w odlewni płynów do prania, kiedy z braku miejsca do spania zapytałem jednego z pracowników, mającego już długi staż w tym zakładzie, czy istnieje możliwość przenocowania gdzieś na jego terenie - w jakimś ciemnym, rzadko uczęszczanym kącie, gdzie nikt by mnie nie zauważył.
Po około pięciu latach od pierwszej próby ponownie podjąłem naukę, tym razem w Cosinus XVI we Wrocławiu przy ul. Wita Stwosza. Był to okres, kiedy pracowałem w oleśnickim GKN, choć moja przygoda w tej firmie była krótka. Spotkałem tam jednego z mężczyzn, którzy jeszcze dużo wcześniej namawiał mnie do podjęcia pracy - pamiętam, jak wtedy czekałem ponad pół godziny na wydanie dowodu osobistego, a mimo to pracy ostatecznie nie dostałem.
W tym miejscu również mogę wspomnieć o wydarzeniach opisanych przeze mnie w rozdziale "Może powinienem Docenić chodź takie wsparcie".
Po pracy w GKN pracowałem także w fabryce mebli. Około 20 miesięcy po wyroku eksmisyjnym dotarła do mnie wiadomość, że zostałem wymeldowany z miejsca stałego pobytu. W chwili, gdy się o tym dowiedziałem, nie przebywałem już ani w Bykowie, ani w Oleśnicy, ani nawet we Wrocławiu - zniknąłem na dobre.
Ta informacja nie była dla mnie zaskoczeniem; niemal tydzień później podjąłem decyzję o formalnej zmianie nazwiska na panieńskie mojej Matki, kierując się nie tylko chęcią odzyskania choćby drobnego elementu własnej tożsamości i poczucia kontroli nad swoim życiem, ale także niechęcią do noszenia nazwiska po ojczymie.
4.1. Załamanie Nerwowe
Nie wspomniałem tego wcześniej, więc w tym rozdziale chcę to opisać. Jeszcze przed zniknięciem z Oleśnicy, zamykając zupełnie tamten rozdział życia i odcinając się od wszelkich znajomości, mierzyłem się z całkowitą utratą zapału do życia. Każdy dzień wydawał się ciężarem nie do uniesienia. Czułem, że w moich myślach zwyciężył ktoś, kto wyrządził mi krzywdę - i choć nie oznaczało to, że pójdę do niego błagać o przebaczenie, poczułem autentyczne poddanie. W tym stanie moim jedynym wyjściem wydawała się śmierć.
Byłem wycieńczony głodem, chodziłem nocami w tę i z powrotem ulicami, wyobrażając sobie, że padnę z wycieńczenia albo rzucę się pod samochód. Każdy krok był próbą znalezienia spokoju w chaosie własnych myśli. Myśl o śmierci jawiła mi się jako najprostsza i najbardziej naturalna droga do wolności - od wszystkich problemów, które zgotował mi ojczym. W tamtym czasie wyobrażałem siebie jako lekką, niemal astralną istotę - i ta wizja była czymś pożądanym w porównaniu do ciężaru pozostałych myśli. Powtarzałem sobie w myślach: "Nic cię tu nie trzyma" i szukałem racji, które mogłyby usprawiedliwić odejście, jakby przygotowywał mnie ktoś z zewnątrz do tej decyzji.
Wszystko w świecie wydawało się wtedy niczym. Nawet obraz miłości kobiety był odległy i nieosiągalny, bo w świadomości społecznej biedny mężczyzna nie miał miejsca. Marzyłem o przejściu na drugą stronę, przekonany, że tam nie doznam już cierpienia, że tam, w tej innej przestrzeni, znajdę spokój, którego brakowało mi w życiu codziennym.
Wolałem śmierć niż prosić mordercę mojej matki o przebaczenie za mój bunt wobec niego. Nie mogłem zaakceptować jego czynu jako genialnego, tak jak twierdził mój brat, nazywając go "morderstwem doskonałym". Odebrać życie i uniknąć konsekwencji - to nie było dla mnie pojęciem geniuszu. Wręcz przeciwnie, wydawało mi się czymś ohydnym i absolutnie nie do zaakceptowania.
Brat Piotr, który zwykle widział mnie jako czarną owcę w rodzinie, w momencie, gdy nazwał ojczyma geniuszem, zmienił moje postrzeganie jego samego. Byłem wstrząśnięty tym, jak łatwo można zdystansować się od tragedii i uznać ją za coś wyjątkowego. Ta "czarna owca" nie potrafiła uznać czynu ojczyma za coś doskonałego. Piotrze, jeśli to czytasz - naprawdę tak łatwo zmieniłeś stronę?
Podkreślam tylko, że fakt, iż Piotr był w stanie wypowiedzieć takie słowa, mógł oznaczać, że jego własna równowaga psychiczna została w pewnym stopniu zachwiana
Po dziś dzień nie mogę zaakceptować aktów pozbawienia życia dwóch osób ani zniszczenia życia, które w konsekwencji doprowadziły mnie do bezdomności. To doświadczenie wryło się w moją psychikę głębiej, niż mogłem sobie wtedy wyobrazić.
5. Brak pomocy ze strony Bliskich czy Rodziny. Czas pobytu w Oleśnicy i Baraku (Dodatkowe informacje)
Nikt inny, ani brat, ani siostra, nie byli w stanie mi pomóc z oczywistych powodów... Sami mierzyli się z trudnościami, jakie zostały nam wszystkim przed nogami postawione.
Możliwe, że ojczym chciał usamodzielnienia tak zwanych "pasożytów", ale nie był w stanie być przyjacielem ani jakimkolwiek oparciem dla nas. Nawet jeśli jakkolwiek zaingerował - przynajmniej w moim przypadku - następstwa późniejszych wydarzeń tylko się komplikowały.
Gdyby teraz śmiał powiedzieć cokolwiek, co miałoby w jakikolwiek sposób uzmysłowić, że zrobił coś dla mnie, to wszystko sprowadzę do przypomnienia mu jego własnych słów: "Jesteś zerem", "Nic nie osiągniesz w życiu" oraz piętna, jakim mnie obdarowywał.
Wujkowie i ciotki od strony ojczyma traktowali mnie jak powietrze, niezupełnie nawet chcąc, prawdopodobnie, dowiedzieć się, jakie mam zdanie na jego temat. A jeśli już miała ujrzeć światło dzienne taka rozmowa, postrzegany byłem jako oblicze nie wiarygodności.
Celem ciotki Janiny, przy takich rozmowach, stawało się względne naciskanie, między innymi do zmiany mojego postępowania, w akcie jej nie wiarygodności.
Wuj Józef, pomimo że zamieszkiwał sto metrów dalej, praktycznie w ogóle ze mną nie rozmawiał. Ciotka Wanda i Jadzia trzymały się - w miarę możliwości - od ojczyma z daleka, nie chcąc nawet z nim dyskutować.
Ksiądz Paweł, słysząc ode mnie tę wieść, odparł coś w stylu: "Nieee, to niemożliwe", usprawiedliwiając ojczyma i próbując mi pokazać, jak zachowuje się wśród ludzi.
Dokładnie nie pamiętam, jak podszedł do tych wiadomości Krzysztof - kuzyn z okolic rodzinnych Matki - o ile w ogóle pamięć mnie nie myli. Po kilku rozmowach bardziej przypominał mi egoistycznego, podobnie myślącego o mnie brata, przez co kontakt się urwał.
Siostra Marlena nie wiedziała nawet o eksmisji, ponieważ była w tym czasie u ciotki Janiny. Swoją drogą, w pierwszej chwili, gdy się o tym dowiedziała, poniekąd usprawiedliwiała decyzje ojczyma. Nie wiem, jakie generalnie ma zdanie na ten temat.
Ojciec chrzestny mojego brata, Bogdan Skomra, jedynie co powiedział, to dwie przypuszczalnie nakierowujące podpowiedzi - wspominam o nich w rozdziale "Pamiętam jak dziś ten dzień".
Jedynymi względnymi osobami, które - podkreślam - były najbardziej zainteresowane sytuacją domową, byli: pani Halinka, pracująca w barze "Apetito", oraz jej syn Jarosław, katecheta Sławomir Kawecki, i w gruncie rzeczy mogę już zamknąć listę zainteresowanych.
Oczywiście próbowałem też rozmawiać z różnymi, innymi, obcymi dla mnie ludźmi o sytuacji, jaką wówczas miałem, jednak nikt z tych osób - w mojej ocenie - nie zainterweniował.
Po latach jednak bardzo zainteresowaną osobą jest córka mojej siostry Marleny - Patrycja, o której myślę, że też coś napiszę w rozdziale "Nieodparta chęć poznania babci".
5.1. Parking Przydrożny
Na pewnym etapie utraciłem możliwość dorabiania na przydrożnym parkingu z niewiadomych mi przyczyn... Wydaje się, z ingerencji ojczyma. Jednak po wielokrotnych próbach, usiłując zdobyć pozwolenie jednego z właścicieli baru, udało mi się porozmawiać szczerze - na tamtą chwilę najbardziej, jak tylko mogłem - i powiedzieć o sytuacji, w jakiej się znajduję, oraz trochę o ojczymie. Stąd zainteresowanie osób z parkingu na liście, którą przedstawiłem w rozdziale "Brak pomocy ze strony bliskich czy rodziny". Współwłaścicielka, pani Grażynka, też dowiedziała się o mojej sytuacji.
Mam powody sądzić, że ojczym w miarę skutecznie usiłował pozbawić mnie możliwości zbliżenia się do jakichkolwiek osób, którym mógłbym powiedzieć o nim - z powodu, iż jednak byłem zdolny, choć ślamazarnie, o tym mówić - i nic nie było w stanie przekonać mnie do zmiany strony i zaakceptowania jego oblicza. Prawdopodobnie robił to za moimi plecami, usprawiedliwiając się tym, że "powinien się wziąć za legalną pracę".
Przypominam sobie, że po tym, jak odzyskałem względne pozwolenie dorabiania na parkingu, nie często zwykł mawiać, ale raz lub dwukrotnie wypowiedział się niepochlebnie o pani Halince.
Fakt, że nie miałem nawet żadnego autorytetu, za którym mógłbym podążać, powodował jednak kolejne problemy, które - wydaje się - celowo stawiano mi pod nogi, jak na przykład: ten funkcjonariusz po cywilnemu wchodzący do klatki schodowej zaraz po tym, gdy do niej weszliśmy, i następstwa, które temu towarzyszyły, jak eksmisja, lub usiłowanie przedstawienia mnie jako buntowniczego alkoholika, zgłaszając zawiadomienia na komisariat policji, skutkiem czego pojawiła się sytuacja z wypitym przeze mnie octem.
Prawdopodobnie łatwiej mu przychodziło przedstawianie mojej osoby innym ludziom tak, jakbym nie był wiarygodnym źródłem informacji - tym szczególniej, że prawdopodobnie został uniewinniony z powodu braku dowodów, co często podkreślał.
Przypominam sobie, że po jakimś czasie, będąc na tym parkingu, rozmawiałem o szkole zaocznej, ale nie pamiętam, które wówczas było to podejście. Wydaje się, że pierwsze - i ten czas miał miejsce jeszcze przed eksmisją i przed podjęciem pracy we wrocławskim Volvo - ale i o drugim również mówiłem.