Preludium: Pytanie
Byłem kiedyś wykształcony -?potrzebowałem potem całych lat, żeby się z tego wyleczyć.
Mark Twain
Czasami najtrudniejsze jest znalezienie właściwego pytania. W książce
Strzelby, zarazki i stal Jared Diamond opisuje, jak zainspirowało go
pytanie zadane przez pewnego polityka w Papui-Nowej Gwinei o imieniu
Yali: "Dlaczego biali mają tyle różnych towarów, a my, kolorowi, nie?".
Znalezienie przekonującej odpowiedzi zabrało mu dwadzieścia pięć lat. Ja
potrzebowałem dwudziestu pięciu lat na to, by w ogóle sformułować
pytanie, które stało się punktem wyjścia tej książki: "Dlaczego ludzie
tak bardzo różnią się od innych zwierząt?". Podobnie jak język, którym
się posługujemy do jego wysłowienia, kwestia ta może się wydać zbyt
ewidentna, by o nią pytać. Ale odpowiedź na nie jest zawarta w słowach i jak się okazuje, zawsze kryła się przed naszymi oczami.
Początki krętej ścieżki, którą dotarłem do tego pytania, wiążą się z moimi wczesnymi doświadczeniami w pracy tłumacza ustnego z języka
japońskiego. Po blisko ośmiu latach pobytu w Japonii, przyswajania sobie
języka i przygotowywania się do nowej roli zawodowej zdumiało mnie to,
co odkryłem, wykonując pierwsze prawdziwe zlecenia. Otóż często byłem
świadkiem sytuacji, zwłaszcza w kontekście biznesowym, w których obie
strony traktowały siebie pogardliwie -?panowało przekonanie, że nie
można ufać kontrahentom, bo to "obcokrajowcy", utyskiwano na sposób
prowadzenia przez nich interesów oraz ich "cudaczne" obyczaje.
Dziwnie było znajdować się na styku takich dwóch światów (często
obecnych w jednym pomieszczeniu!), gdy każda strona mówiła do mnie w języku niezrozumiałym dla drugiej, lecz przez obie byłem dopuszczony do
kręgu zaufanych -?nie tylko dlatego, że rozumiałem jej język, ale że ze
względu na znajomość jej kultury wydawałem się "swój" w odróżnieniu od
ludzi, z którymi miałem się w jej imieniu i za jej pieniądze dogadać.
Było to szczególnie osobliwe z tego powodu, że żadna ze stron nie
zdawała sobie sprawy, iż druga zachowuje się dokładnie tak samo -?a uświadomienie im tego nie bardzo należało do mojej roli. Byłem tylko
wynajętym narzędziem.
Szybko stało się dla mnie jasne, że w większości przypadków ta nieufność
i dyskredytowanie "drugiej strony" wynikały z nieznajomości jej kultury
i (lub) braku zainteresowania nią -?z niezdolności czy może tylko
niechęci wejścia w buty kogoś, kto ukształtował się w innych warunkach.
Do pewnego stopnia jest to wybaczalne; trudno zrozumieć coś, czego nigdy
się nie doświadczyło. Jednak odruchowa reakcja często sprowadzała się do
tego, że jeśli coś jest nam nieznane, to się nie liczy. Co dość
znamienne (jak mi się wydało), tendencja ta była najbardziej zauważalna
wśród staranniej "wykształconych" ludzi -?być może dlatego, że im lepiej
człowiek wnika w wyrafinowanie własnej kultury, tym bardziej podejrzewa
jego brak w innej i przepaść zdaje się jeszcze większa.
Z początku moja praca ograniczała się głównie do kontaktów między
Japonią a Wielką Brytanią, dwoma krajami wyspiarskimi o długowiecznych
tradycjach i szczycących się indywidualnością, co często sprzyja
rozwojowi poczucia wyższości. Jednak w miarę jak nabierałem
doświadczenia i dostawałem coraz więcej zleceń, zacząłem się spotykać z propozycjami tłumaczenia w krajach, w których pracowałem, albo z mówiącymi po angielsku przedstawicielami różnych kultur, albo
porozumiewając się z nimi przez drugiego tłumacza. I również w tych
sytuacjach obserwowałem wspomniane zjawisko. Jeżeli ludzie nie zdobywają
się na wysiłek wykroczenia poza swój schemat kulturowy, to niezależnie
od pochodzenia i kręgu społecznego pozostają niewolnikami swoich
uprzedzeń, nie są gotowi otworzyć się na "drugiego".
Zacząłem więc myśleć o napisaniu opartej na moich doświadczeniach
książki, która służyłaby naświetleniu absurdalności tych postaw.
Autentycznie zabawne było widzieć dwie (lub więcej) grupy osób święcie
przekonanych o wyższości własnej kultury, a nieświadomych, że ludzie, na
których patrzą z góry, po cichu traktują ich protekcjonalnie -?i to
dokładnie z tego samego powodu. Pierwszym roboczym tytułem, na który
wpadłem, był Daleki Wschód, Daleki Zachód -?wydawało mi się to
zgrabnym podsumowaniem tej wyrwy percepcyjnej. Kiedy zaś zacząłem się
poruszać także w bardziej elitarnych sferach, miałem pokusę dodać do
tego zestawu jeszcze Daleki Kosmos -?gdyż światek celebrycki
absolutnie nie jest wolny od kulturowego snobizmu.
Moim głównym zamiarem było uśmiercenie mitu. Chciałem ukazać, że wszyscy
realizujemy to samo, tylko w inny sposób, i nie ma powodu, dla którego
jeden styl działania powinien być uznany za lepszy od drugiego -?prócz
tego, że do niego nawykliśmy, co jest bardzo słabym argumentem. Czy
chodzi o język, kuchnię, sztukę, religię czy sport, "twoja" kultura jest
tylko jednym z zastygłych w czasie momentów historii, toczącej się jak
kula po stoku czasu i zbierającej po drodze przypadkowe odpryski. Nie
daje to podstaw do poczucia wyższości ani dumy. Jak ujął to kiedyś mój
kolega z Australii, gdy przedstawiłem mu tę myśl: "Chłopie, mamy na to
określenie u siebie: "To samo g... w innym wiadrze"". Niewiele
brakowało, by tak brzmiał tytuł tej książki.
Jednak chodzi tu o coś więcej. Znacznie więcej. Wielokrotnie powracało w mojej pracy translatorskiej pewne doświadczenie, często (znów) z ludźmi,
którzy mieli się za ulepionych z lepszej gliny. Wymieniali oni jakieś
słowo, które uważali za specyficzne dla własnego języka (na przykład
angielskie soothsayer1), i powątpiewali, czy dałoby się je
przetłumaczyć -?nie dlatego, że akurat nie znam właściwego odpowiednika,
tylko że słowo to miało nie mieć takowego w drugim języku, bo... pewnie
taki nie istnieje. Równie często wrażenie takie mieli użytkownicy obu
języków, w każdej kulturze występują bowiem pewne specyficzne słowa,
które uważa się za unikalne dla niej. Tymczasem to przekonanie o unikalności wynika tylko z ignorancji: język jest ograniczony jedynie
inteligencją jego użytkownika -?wszyscy możemy przekazać treści, na
jakich nam zależy, w dowolnym języku.
W konsekwencji zacząłem się głębiej zastanawiać nad słowami, nad tym,
skąd się wzięły, jak zaczęliśmy się nimi posługiwać i dlaczego jesteśmy
jedynymi zwierzętami, które tak postępują -?zdolność mówienia to
ewidentnie nasza najcenniejsza cecha. Szybko odkryłem, jak mało jest
literatury na ten temat. Pochodzenie mowy wciąż stanowi jedną z nieprzeniknionych tajemnic gatunku ludzkiego; zdaniem większości
naukowców język miał po prostu wyłonić się pewnego dnia dzięki nader
fortunnej, lecz bliżej niesprecyzowanej "rewolucji poznawczej". Nie
dyskutuje się obszernie nad tym, co mogło ją w rzeczywistości spowodować
-?zadowalamy się neurobiologicznymi zgadywankami i niekończącymi się
dywagacjami o naturze gramatyki.
Nie jest to szczególnie zaskakujące. Przez większą część dziejów nie
zadawaliśmy sobie zbyt często tego pytania -?tak jak powietrze, którym
oddychamy, język stanowił po prostu dar bogów i nie było tu nic do
dodania. Obraz zagmatwała jednak publikacja rozprawy O powstawaniu
gatunków, stało się bowiem jasne, że tak jak wszystko inne, również
język musiał wyewoluować. Niemniej choć Darwin zdawał sobie sprawę z tego, że język stanowi klucz do zagadki naszego "na poły boskiego
intelektu", jak go zwał, nie potrafił go wyjaśnić. Sekretem ewolucji
jest "dziedziczenie z modyfikacją", lecz nie widać, od czego język
miałby pochodzić lub czego być modyfikacją -?w całym królestwie zwierząt
nie istnieje nic podobnego.
Być może poszukiwaliśmy jednak nie tam, gdzie trzeba. Obsesyjnie
roztrząsając zawiłości gramatyki, językoznawcy postawili wszystko na
głowie. W pokrętnych strukturach syntaktycznych Chomsky'ego drzewa
zostały wzięte za las. Gramatyka jest bezużyteczna bez słów, co wie
każdy, kto próbował nauczyć się języka obcego. Pierwszym krokiem w przejściu od komunikacji zwierzęcej do języka nie było -?nie mogło być -
wykształcenie się gramatyki. A to dlatego, że rusztowaniem świadomości
są słowa i to ich strukturze musimy się przyjrzeć w poszukiwaniu
najważniejszych tropów.
Uznałem więc, że trzeba zacząć właśnie od tego. Jeżeli język jest
wyznacznikiem nas samych, musimy się skupić na jego działaniu: jak i dlaczego umiejętność mowy tak dobrze nam służy? Jest ważne, by
uświadomić sobie, jak prosty -?i arbitralny -?jest w istocie to system,
i pamiętać, że w samym brzmieniu wypowiadanych przez nas słów, które są
w zasadzie zmodyfikowanymi pomrukami, nie ma niczego magicznego.
Jednak pomimo wielkiego znaczenia pochodzenia mowy nie jest ona jedynym
aspektem, którym powinniśmy się zająć. Sprawą zasadniczą jest to, jak
się nią posługujemy. Słowa szanowanych przez nas ludzi -?naszych
autorytetów w sferze kulturowej, religijnej i politycznej -?mogą nadać
kierunek naszemu życiu i zdecydować o naszych dokonaniach. Aby
prawdziwie zrozumieć wpływ wywierany na nas przez język, musimy
przyjrzeć się pochodzeniu mów.
Również to nieomal stało się tytułem tej książki: O powstawaniu
przemów. To nawiązanie do Darwina miało dla mnie nieodparty magnetyzm,
lecz obraz jest jeszcze szerszy. Użyteczność języka nie zachodzi tylko
na takiej zasadzie, jak przydatna jest dłuższa szyja czy błony między
palcami dla dziedziczących je osobników. Zdolność posługiwania się mową
nie jest czynnikiem stopniowego zwiększenia przewagi małymi kroczkami,
takimi jak wykształcenie się dodatkowego palca czy nawet widzenia
barwnego. Możliwość nieskończenie drobiazgowego, nieograniczonego
komunikowania się z innymi osobnikami stanowi transformację, która
zmienia wszystko. To całkowita zmiana paradygmatu, osobliwość
(singularity2) w ewolucji życia. Tak naprawdę właśnie
język czyni z nas ludzi.
I o tym traktuje ta książka: jak to się stało, że w ogóle opanowaliśmy
język, dlaczego daje nam tak wielką przewagę, co dla nas zrobił, jak go
używaliśmy i dokąd dalej nas prowadzi -?bo ta droga nie dobiegła jeszcze
końca. Choć język decyduje o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi, ludzkość
nadal pozostaje podzielona z powodu błędnie pokładanej przez nas wiary w wyższość pewnych kultur, religii i tożsamości, szczególnie tych naszych...
Wciąż czeka nas zadanie, by wyrwać się ze złudzeń o własnej
wyjątkowości, które uniemożliwiają nam uświadomienie sobie, że w ostatecznym rachunku wszyscy jesteśmy w tym samym położeniu.
Pierwsza połowa książki stanowi spojrzenie na to, czym jest język i jak
funkcjonuje (rozdział 1), oraz na nieuniknione konsekwencje przyjęcia
go: wykształcenie się kultury społecznej (rozdział 2), religii (rozdział
3) i poczucia tożsamości (rozdział 4). W połowie książki rozdział 5
wylicza, jakie metody znaleźliśmy w celu odnowienia kontaktu ze swoim
"ja przedsłownym" -?różne odtrutki na podstępne pułapki języka. Ostatnie
trzy rozdziały koncentrują się wokół bardziej konkretnych pożytków
płynących z naszej przygody ze słowami: jak nauka zapewniła nam większe
bezpieczeństwo wynikające z rozumienia natury wszechświata i naszego w nim miejsca (rozdział 6), dlaczego potęga wiedzy powoduje rozwój
skuteczniejszych środków komunikacji (rozdział 7) oraz ku czemu
powinniśmy zmierzać, jeśli mamy skorzystać z tej wiedzy do uratowania
się przed samymi sobą (rozdział 8).
W rzeczywistości bowiem nie mamy wyboru. Język od początku do końca
dotyczy porozumienia -?i w miarę jak prowadzi nas krętą ścieżką od etapu
łowców-zbieraczy przez wyścig miejskich hipsterów do krytycznej masy
wzajemnej łączności, siła jego logiki staje się w końcu nieodparta.
Miłej lektury.
Simon Prentis
Londyn, 2021
Rozdział 1
CO: Sztuczka mowy
Zamknięty w języku, umysł tkwi w więzieniu.
Simone Weil
Nasza tajemna siła
Czy zdarzyło ci się kiedyś stracić głos? Jeśli tak, wiesz, jak
frustrująca jest niemożność powiedzenia tego, co chcesz, wyrażenia
swoich odczuć czy zakomunikowania czegokolwiek poza tym, co daje się
przekazać prostymi gestami. Korzystanie z języka jest dla nas tak
oczywiste, że na co dzień umyka nam to, jak bardzo jesteśmy od niego
zależni; ale spróbuj nie odzywać się przez godzinę, gdy następnym razem
spotkasz się ze znajomymi. Trudno to zrobić. Niemożność mówienia
sprawia, że stajemy się wykluczeni z grupy z tego prostego powodu, że
nie możemy się włączyć do rozmowy. Fizycznie obecni, lecz pozbawieni
głosu, powoli zaczynamy znikać.
Wciąż możemy jednak przynajmniej rozumieć, co mówią inni. Ale wyobraź
sobie, że i to nie wchodzi w grę. Tak wygląda sytuacja, gdy mieszkamy w kraju, w którym ludzie posługują się nieznanym nam językiem. Tkwimy
wyizolowani we własnym świecie, odcięci od zasadniczego czynnika
decydującego o człowieczeństwie. Bez języka wracamy do zwierzęcych
korzeni, zdolni okazywać jedynie najbardziej elementarne uczucia.
Zresztą właśnie tak zaczynamy życie. Jak wiedzą wszyscy rodzice, dopóki
dziecko nie nauczy się mówić, w dużym stopniu pozostaje uroczym,
bezradnym, kochanym zwierzaczkiem. Bez względu na to, że gdzie indziej
Biblia może się mylić, w tym zdecydowanie ma rację: "na początku było
Słowo".
Wszystko zaczyna się od słów, ponieważ bez nich bylibyśmy tylko tym,
czym czynią nas same geny -?narażonym na liczne zagrożenia, skąpo
owłosionym gatunkiem małp, zamkniętych we własnych doznaniach i mogących
tylko zgadywać, co czują pozostałe. Nic dziwnego, że większość zwierząt
jest tak płochliwa. Nie dysponując językiem, jesteśmy skazani wyłącznie
na siebie, bezbronni wobec najczarniejszych tworów wyobraźni, zdani na
instynktowne pocieszenia i zwierzęcy spryt. Bez słów pozwalających
zdefiniować i omówić początek i koniec nie byłoby początku, końca ani
miary przestrzeni i czasu od jednego do drugiego -?a w konsekwencji nie
byłoby kultury, techniki, cywilizacji. Pod względem genetycznym
wszystko, co dzieli nas od naszych kuzynów z grona naczelnych, sprowadza
się do maluteńkiego plasterka galaretowatej masy, znikomego odsetka
genomu, który w przeważającej mierze dzielimy z większością istot na
planecie -?niemniej różnica między szympansem a astronautą jest
dosłownie astronomiczna. A DNA w żadnym stopniu jej nie tłumaczy.
Tłumaczy ją natomiast język.
A to dlatego, że język jest nadrzędną aplikacją, która przebija wszystko
inne. Jest taki, ponieważ pozwala nam dzielić się myślami i scalać
spostrzeżenia całego gatunku. By sparafrazować pewną znaną analogię,
jeżeli mam jabłko, a ty masz pomarańczę i wymienimy się nimi, każdy z nas ma wciąż po jednym owocu. Jeśli jednak ja mam pomysł i ty masz
pomysł i się nimi wymienimy, każdy z nas ma dwa pomysły. Umożliwia to
magia słów. Gdy pomnożymy ten proces przez elementarne wymiany w całym
społeczeństwie, nagle otrzymujemy wykładniczy przyrost świadomości.
Urodzenie się w świecie z językiem sprawia, że nie jesteśmy ograniczeni
do swoich indywidualnych myśli i percepcji, lecz mamy potencjalnie
dostęp do wszystkich idei naszej społeczności -?i w efekcie powstaje
mózg grupowy. Różnicę sprawiają myśli, a język pozwala je
rozprzestrzeniać.
To naprawdę imponująca zdolność. Dzięki wydobyciu z ust kilku dźwięków
mogę przenieść myśl z wnętrza swojej głowy do twojej, nie musząc robić w tym celu nic innego. Nie trzeba uzupełniać tego żadnymi gestami, choć
bywają one użyteczne. Nie trzeba korzystać ze specjalnego sprzętu, a ty
nie musisz mnie nawet widzieć. W rzeczywistości nie musisz nawet
wiedzieć, kim jestem. To nadzwyczajna sztuczka magiczna, a jej moc na
tym się nie kończy. Dzięki pokrewnej magii pisma mogę korzystać z języka
do podróżowania w czasie, komunikując myśli -?tak jak robię to w tej
chwili -?długo po tym, gdy na nie wpadłem, spisałem je czy
opublikowałem. W momencie, gdy będziesz je czytać, mogę już nawet nie
żyć, ale nie przekreśli to możliwości komunikacji. Ponadto nie musisz
nawet posługiwać się językiem, w którym pisałem -?możesz czytać
tłumaczenie i nadal rozumieć, co chciałem przekazać.
Tak jak każda sztuczka magiczna, zadziwia nas ona dlatego, że nie znamy
jej mechanizmu. Tajemniczość języka wynika z tego, że bardzo łatwo go
przyswajamy. Bez względu na to, w jakim kraju czy kulturze się rodzimy,
opanowujemy język ojczysty jeszcze przed rozpoczęciem szkoły, wyrabiając
sobie przy okazji doskonały rodowity akcent -?a mimo to nie mamy
najmniejszego pojęcia, jak udało nam się tego dokonać. Podobnie jak
nauka chodzenia przebiega to po prostu naturalnie. Jednak -?jak
odkrywamy natychmiast po natknięciu się na inną mowę -?język nie jest
tak naturalny, jak się nam zdaje. Być może stanowi jedyny czynnik
odróżniający nas od pozostałych zwierząt, ale w zasadniczy sposób różni
się od chodzenia: wszyscy poruszamy się przecież mniej więcej tak samo,
natomiast mowa bywa bardzo odmienna.
A przynajmniej może sprawiać takie wrażenie. Pierwsze zetknięcie się z obcym językiem, zwłaszcza jeśli nie jest spokrewniony z naszym, bywa
niemałym szokiem. Nagle okazuje się, że dźwięki wydobywające się z ust
innych ludzi nie mają żadnego sensu. Lecz w rzeczywistości wszyscy na
świecie robimy to samo, tylko w inny sposób -?do wyrażania i przekazywania treści używamy prostych kombinacji brzmień. Konkretne
artykułowane przez nas głoski oraz sposób ich grupowania mogą się
różnić, ale co do zasady sztuczka mowy jest identyczna wszędzie, gdzie
występuje. Znakujemy swoje spostrzeżenia cyfrowym zestawem dźwięków i korzystamy z nich jako z narzędzia do dzielenia się nimi z innymi
ludźmi.
Ale czy aby na pewno to cyfrowy zestaw dźwięków?
Zaskakujące jest to, że w ogóle nas to zaskakuje. Powód jest taki, że w większości nie zastanawiamy się nad językiem i jego mechanizmami,
podobnie jak nie zastanawiamy się nad tym, jak funkcjonuje nasz organizm
-?a nawet zbyt dużo się o tym nie dowiadujemy. Choć język odgrywa
fundamentalną rolę we wszystkim, co robimy, pozostaje dla nas w znacznej
mierze niewidzialny. Nieustannie z niego korzystamy, polegamy na
zapewnianej przez niego możliwości wyrażania najsubtelniejszych niuansów
myśli i uczuć, ale mimo to używamy go niemal nieświadomie, w minimalnym
stopniu rejestrując zdumiewająco precyzyjny taniec, jakiemu język oddaje
się wewnątrz naszych ust. Wszystko to przyjmujemy za naturalne, a jeśli
czasem o tym myślimy, to z reguły ze zdumieniem, że coś takiego w ogóle
występuje. Skąd zatem pochodzi język? Kiedy się narodził? Dlaczego
jesteśmy jedynymi zwierzętami, które umieją mówić? O dziwo, wciąż
brakuje bezspornych odpowiedzi na te pytania.
Jak w przypadku wielu kwestii, które nurtowały ludzi od wieków, zgodnie
z tradycyjnym wyjaśnieniem język jest darem bogów. Światu
chrześcijańskiemu znane są opowieści biblijne, ale nie jest to tylko
wątek chrześcijański. Niemal w każdej kulturze znajdujemy jakieś podanie
o tym, że ludzkość otrzymała dar mowy od nadprzyrodzonej istoty. U współczesnego odbiorcy wyjaśnienie to może zostawiać poczucie niedosytu,
niemniej dzisiejsze koncepcje na temat języka i jego ewolucji nie są
wiele lepsze. Główne teorie opierają się wciąż na idei spopularyzowanej
w latach sześćdziesiątych XX wieku przez Noama Chomsky'ego, głoszącej,
że pewna nieznana mutacja genetyczna wyposażyła nasz gatunek w zdolność
nazwaną przez niego "mechanizmem przyswajania języka" (language
acquisition device), umożliwiającą nam mowę.
Jednak w obliczu utrzymującego się braku namacalnych dowodów koncepcja
ta nie wnosi w istocie dużo więcej niż "wyjaśnienie" religijne.
Oczywiście wiemy obecnie, że istnieją w mózgu określone obszary
odpowiedzialne za mowę, oraz odkryliśmy gen, który jest prawdopodobnie
związany z pewnymi aspektami jej wytwarzania, lecz ciągle jesteśmy
bardzo dalecy od wytłumaczenia, w jaki sposób język się narodził i jak
się rozwijał. Ta zdumiewająca zdolność ludzka nie mogła zaistnieć od
razu w pełni uformowana. Musiał prowadzić do tego pewien proces.
Trudno jest wszakże wytropić jego początki. Kiedy zaczyna się myśleć o języku, jawi się on jako twór tak złożony, pełen zagadkowych, mało
uchwytnych reguł gramatyki, że zdaje się prawie niemożliwe, aby miał
wyłonić się naturalnie. Każdy, kto doświadczył frustracji prób wolnego
od błędów posługiwania się obcym językiem, wie, jakiego wysiłku wymaga
przestrzeganie niejasnych związków zgody podmiot-orzeczenie we
francuskim i hiszpańskim czy pozornie przypadkowe stosowanie słów
dźwiękonaśladowczych w japońskim. W niczym nie pomaga też matematyczna
ekwilibrystyka typowa dla gramatyk generatywnych Chomsky'ego, która
sprawia zwykle, że przeciętny człowiek robi głową gan-gan (zgrabne
japońskie wyrażenie, które oznacza między innymi "tłuc, walić") w mur.
Jakże taka złożoność mogłaby wytworzyć się w drodze powolnej ewolucji z prostego zaczątku?
Z tym że, jak wiemy, w przyrodzie ożywionej dokonało się właśnie coś
takiego. Jak wszystkie pozostałe gatunki żyjące dziś na planecie również
ludzie są wytworem naturalnej ewolucji, trwającej zawrotne trzy i pół
miliarda lat, z których blisko trzy miliardy sprowadzały się w zasadzie
do reprodukcji organizmów jednokomórkowych. Nadzwyczaj skomplikowana
struktura ludzkiego mózgu jest rezultatem powolnych przekształceń
zachodzących w niezliczonych pokoleniach. Być może więc zaczynając
rozwiązywanie zagadki abstrakcyjnych struktur języka od obecnego poziomu
jego rozwoju, analizujemy go od niewłaściwego końca.
Podobnie jak wczesne, skomplikowane koncepcje na temat natury kosmosu
ustąpiły miejsca prostocie i elegancji modelu kopernikańskiego, gdy
zdaliśmy sobie sprawę, że nie Ziemia, lecz Słońce znajduje się w centrum
naszego układu planetarnego, tak jest też całkiem możliwe, że rozwój
języka był sprawą znacznie prostszą, niż sobie wyobrażamy. Niemal
nieskończona paleta kolorów, które jesteśmy w stanie postrzegać, jest
efektem działania zaledwie trzech typów receptorów barw w naszych
oczach. Także odczucia smakowe i węchowe biorą się z bardzo ograniczonej
liczby pierwotnych bodźców. Dzieje się tak dlatego, że nasz mózg potrafi
z nadzwyczajną maestrią wyczarowywać złożoność z prostoty. Bardzo
podobnie może być w przypadku zdolności mowy.
Od analogowości do cyfrowości
Aby zrozumieć przyczyny tego zjawiska, musimy dokładniej przyjrzeć się
funkcjonowaniu języka. Zastanów się przez moment, co się dzieje, gdy coś
mówisz. Jeśli traktujemy mowę jako ciąg dźwięków, okazuje się ona po
prostu długim, starannie skonstruowanym pomrukiem. W rezultacie
wszystko, co mówimy, sprowadza się do wyjątkowo przeciągłego
westchnienia, w którego trakcie możemy wyróżnić jednostki akustyczne,
wytwarzane i kontrolowane przez zbiór elementarnych ruchów ust,
stawiających opór swobodnemu strumieniowi powietrza. Spróbuj: wydaj z siebie głośne westchnienie i nie przerywaj go, aż zabraknie ci tchu -
"aaaaaahhhhh". Zauważ, że możesz modulować wysokość wydobywającego się
dźwięku, czym zmieniasz nadawany mu wyraz -?jego zabarwienie
emocjonalne.
To właśnie, czyli czysta wokalizacja, stanowi fundament wszelkiej mowy.
Na tym polega jej zwierzęcy rdzeń, szczekliwa, miaukliwa, kwikliwa,
gdakliwa ekspresja odczuć, którą współdzielimy z naszymi zwierzęcymi
kuzynami. A teraz powtórz powyższe ćwiczenie, ale tym razem kilkakrotnie
złączaj wargi i je rozluźniaj: "aaaahh-ma-ma-ma-ma". Z kolei zamiast
tylko złączać wargi, jednocześnie delikatnie wydmij je podczas wydawania
dźwięku, wzbudzając w nich niewielkie napięcie: "aaaahh-ba-ba-ba-ba".
Czy brzmi to znajomo? Prawdopodobnie właśnie tak zaczynała się twoja
przygoda z mową. W wielu językach na całym świecie pierwszymi słowami,
które niemowlę uczy się kojarzyć z opiekującymi się nim osobami, są
różne warianty "mama" lub "baba" -?najłatwiejsze dźwięki do wytworzenia.
Wszelka mowa zaczyna się od radosnego gaworzenia.
Wyczuj teraz, jak twoje usta muszą się ułożyć, aby powstały inne
dźwięki. Na przykład "d" wytwarza się przez oparcie czubka języka na
podniebieniu, a "g" przez zaciśnięcie gardła, nie ust. Kiedy się z tym
trochę zaznajomisz, spróbuj zmienić składnik samogłoskowy z "a" na "o" i zaobserwuj, jak w celu wytworzenia tej głoski musi się zmienić kształt
wnętrza ust. Następnie zauważ, jak zmienia się ułożenie ust i języka,
gdy łączysz dźwięki w słowa. Spróbuj powiedzieć: "hulabaluu" albo
"korale koloru koralowego". Gdy rozkładamy wszystkie ruchy na elementy
pierwsze i świadomie je obserwujemy, okazuje się, że mowa to niemały
wyczyn, niemniej w dorosłym życiu bez najmniejszego wysiłku posługujemy
się nią tysiące razy dziennie.
Na najprostszym poziomie analizy język opiera się na społecznej umowie,
że pewne dźwięki mają pewne znaczenia, i inne zwierzęta też są zdolne do
zawarcia takiej umowy. Na przykład niektóre małpy dysponują odmiennymi
okrzykami alarmowymi zależnie od tego, czy dojrzanym przez nie
zagrożeniem jest wąż czy orzeł, i korzystają z nich do ostrzegania
pozostałych osobników w grupie, by szukały odpowiedniego schronienia. Z kolei szympansy komunikują gestami i pohukiwaniem swoje uczucia. Ludzie
nie są w żadnym razie wyjątkiem pod względem używania arbitralnych
znaków i dźwięków do przekazywania wiadomości.
Ważne jest jednak to, co zrobiliśmy z tymi dźwiękami. Sama w sobie jest
to rzecz niewielka, ale stanowi o kardynalnej różnicy między ludzkim
językiem a sposobami porozumiewania się wszystkich innych zwierząt.
Wyizolowaliśmy pewne dźwięki i używamy ich jako osobnych jednostek,
które łączymy w celu tworzenia słów. Sprawia to, że w odróżnieniu od
innych gatunków nie mamy po prostu innego pojedynczego pomruku w odniesieniu do każdej rzeczy, co składa się na analogową reprezentację
treści wybranymi dźwiękami na zasadzie jeden do jednego. Zamiast tego
łączymy niewielką liczbę brzmień w cyfrowe sekwencje; posługujemy się
ich kombinacją. Dzięki temu łatwiej jest tworzyć i zapamiętywać nowe
dźwięki.
Na tym polega zasadnicza sztuczka języka, a mimo swej prostoty ma ona
ogromny potencjał. Zdaliśmy sobie na przykład sprawę, że zamiast wołać
"aaa!" w przypadku węża i "eee!" ptaka, możemy zestawiać pojedyncze
dźwięki, tworząc tym samym nowe okrzyki, które znaczą coś innego, bez
konieczności używania czy wymyślania następnego, odmiennego pomruku.
Można by mówić "aaa-eee" na słonia i "eee-aaa" na tygrysa, czy nawet
"aaa-aaa" na seks i "eee-eee" na jedzenie. Kombinacje dwóch różnych
dźwięków, takich jak "aaa" i "eee", można wtedy wykorzystać do
stworzenia czterech słów o różnych znaczeniach. Widać to oczywiście na
pierwszy rzut oka, ale dodajmy jeszcze tylko jeden dźwięk, a uzyskamy 3
× 3 × 3 = 27 dostępnych kombinacji, przy czterech mamy zaś 44 = 256 słów. Wielkości te przyrastają potęgowo.
Krótko mówiąc, wprowadziliśmy do dźwięków cyfrowość -?w momencie zaś,
gdy się to zrozumie, otwierają się bramy języka.
Wspomnianymi dźwiękami są dowolne odgłosy, jakie mogą powstać w ustach
człowieka: cmokanie, mlaskanie, prychanie, chrząkanie, pohukiwanie,
syczenie. Międzynarodowy alfabet fonetyczny zawiera ponad sto
pięćdziesiąt symboli, które reprezentują wszystkie znane dźwięki
stosowane przez ludzi w różnych mowach, jednak żaden język nie korzysta
z całego tego zestawu, ani nawet nie z jego większej części. Wystarczy,
aby dysponował zbiorem, który pozwala na tworzenie kombinacji. Dźwięki
te stanowią surowiec mowy i jest tak w każdym języku. Wszyscy
postępujemy analogicznie, choć wytwarzane przez nas dźwięki, gdy mówimy
po francusku, zdecydowanie różnią się od niemieckich, suahili czy
chińskich. Zasada jednak pozostaje w każdym przypadku taka sama:
niewielka liczba dźwięków jest zestawiana w ogromną liczbę słów. W językoznawstwie każdy z tych odmiennych dźwięków nazywa się fonemem.
Choć nie jest to do końca tak proste, można traktować fonemy jako
poszczególne samogłoski i spółgłoski, zamknięty zbiór, który stanowi
charakterystyczną cechę danego języka.
To, że każdy język ma własną, niepowtarzalną grupę dźwięków, sprawia, że
inne języki mogą brzmieć w naszych uszach obco. Na przykład osoby
anglojęzyczne często czują się nieswojo, słysząc ostre, gardłowe głoski
niemieckie czy arabskie, a odleglejsze afrykańskie języki mlaskowe czy
dalekowschodnie tonalne często brzmią całkiem egzotycznie, jeśli
człowiek nie jest z nimi osłuchany. Rzecz w tym, że dźwięki te nie tylko
brzmią naturalnie dla użytkowników danego języka, lecz jednocześnie
wiele dźwięków normalnych dla nas może budzić zdumienie u ludzi, którzy
nie wychowali się w ich otoczeniu. Osoby japońsko- i chińskojęzyczne
często mają trudności z odróżnianiem głosek "r" i "l" (Japończycy muszą
opanować ponad dwadzieścia nowych fonemów, by mówić naturalnie brzmiącym
angielskim) -?w tamtych językach dźwięki te nie występują. Ponadto, wraz
z większością nierodowitych użytkowników angielskiego, Chińczycy i Japończycy borykają się z dziwną, wargową wymową "th", jednym z najbardziej charakterystycznych fonemów angielskich.
Dla funkcjonowania języka jest jednak obojętne, jak brzmią poszczególne
dźwięki. Ważne jest tylko, by istniał ich ograniczony zestaw oraz by
były stosowane konsekwentnie i wyłącznie. Sekretem języka ludzkiego jest
jego zdolność do generowania olbrzymiej liczby różnych słów z małej
liczby głosek. Oczywiście język nie sprowadza się do samych słów. Bez
gramatyki, która je porządkuje, trudno jest zostać zrozumianym z dostateczną precyzją (każdy, kto zmagał się z komunikacją w języku
obcym, nieraz boleśnie się o tym przekonał). Niemniej słowa stanowią
niezbędny pierwszy krok, ponieważ bez nich nie może zaistnieć gramatyka.
Nie powinno więc dziwić, że nasi zwierzęcy kuzyni nie wykazują
specjalnych oznak zdolności używania gramatyki -?skoro nie dysponują
słowami, nie mają takiej konieczności.
Może się to zdawać wprost niepojęte, że w angielskim występuje aż milion
słów, lecz dzięki sztywnemu systemowi fonemów tworzenie ich jest kwestią
magii matematyki. Szybko mielibyśmy kłopoty z zapamiętaniem na przykład
nazw liczb, gdyby każdą liczbę miało wyrażać całkowicie inne słowo (tak
jak "pięć" i "sześć") -?skoro jednak używamy systemu opartego na
kombinacjach dziesięciu podstawowych cyfr, łatwo tworzy się i zapamiętuje nowe. Nie ma trudności z powiedzeniem czy zapamiętaniem
nawet tak stosunkowo dużej liczby jak 178 346, ponieważ rozumiemy, że
jest to systematyczna kombinacja cyfr, natomiast niemożliwością byłoby
pamiętanie każdej kolejnej liczby jako niepowtarzalnego analogowego
pomruku, niepowiązanego z pozostałymi.
Podstawową jednostką w języku mówionym jest sylaba, która w swojej
najprostszej formie stanowi połączenie spółgłoski z samogłoską, jak w "la", "di" i "da". Język angielski ma stosunkowo dużo fonemów (około
czterdziestu czterech zależnie od dialektu), a niektóre z najstarszych
znanych języków, na przykład grupa khoisan z rodziny tak zwanych języków
mlaskowych, korzystają aż z dwudziestu czterech samogłosek i stu
siedemnastu spółgłosek. Jednak nawet języki dysponujące bardzo
nielicznymi fonemami radzą sobie doskonale. W przybliżeniu można uznać,
że potencjalna liczba sylab dostępnych w danym języku równa się liczbie
samogłosek pomnożonej przez liczbę spółgłosek, i choć w praktyce
połączenia fonemów są często ograniczone rozmaitymi regułami i wyjątkami, te elementarne wyliczenia dużo mówią.
Weźmy na przykład język pirah?, którym posługuje się część mieszkańców
brazylijskich lasów deszczowych. Zawiera on zaledwie osiem spółgłosek i trzy samogłoski, lecz jego użytkownicy nie mają trudności z wysławianiem
się. A to dlatego, że już dzięki najprostszym kombinacjom tego
malutkiego zbioru głosek można utworzyć co najmniej 8 × 3 = 24 sylaby.
To zaś sprawia, że w ramach słów dwusylabowych mamy 24 × 24 = 576
kombinacji, a po wydłużeniu ich o jeszcze jedną sylabę występuje w języku aż 24 × 24 × 24 = 13 824 różnych słów. Zatem dzięki zaledwie
trzem sylabom utworzonym z kombinacji tylko jedenastu dźwięków powstaje
mniej więcej tyle potencjalnie dostępnych słów, ile jest dobrze znanych
przeciętnemu dorosłemu użytkownikowi dowolnego języka. Dodajmy jeszcze
jedną sylabę (nic trudnego, wiele słów w powszechnym użyciu ma cztery
sylaby, na przykład "sylabiczny"), a liczba słów wzrasta znacznie ponad
ćwierć miliona. Nie trzeba nic więcej.
Pamiętając o tym, możemy zacząć dostrzegać, jak język mógł wyewoluować w procesie stopniowej redukcji zbioru używanych przez nas analogowych
okrzyków i łączenia ich w cyfrowe klastery. Coraz więcej danych wskazuje
też, że również inne gatunki rozpoczęły taki proces komasowania
dźwięków. Nie oznacza to jednak, że wkrótce odezwą się swoją mową.
Trzeba pamiętać, że podobnie jak sama ewolucja wszelkie procesy tego
rodzaju postępują małymi krokami. Nawykliśmy do tempa przemian i rozwoju, do jakiego jest zdolne nasze wsparte językiem społeczeństwo,
ale w zamierzchłej przeszłości zmiany zachodziły bez porównania wolniej.
Odkrycia archeologiczne wskazują, że dawni ludzie zaczęli stosować
proste kamienne narzędzia już dwa miliony lat temu -?wiemy też jednak,
że upłynął kolejny milion lat, zanim wprowadzono znaczące modyfikacje
formy i użycia tych narzędzi. Aby coś się wykształciło, trzeba czasu -
milion lat to pięćdziesiąt tysięcy pokoleń.
Świadomość zasadniczej prostoty triku, który pozwala nam tworzyć wielką
liczbę słów i się nimi posługiwać, pomaga w przeniknięciu tajemnicy
języka. Po przyjęciu się idei składania dźwięków w większe całości
pozostaje już tylko kwestia powolnego umawiania się, które kombinacje
dźwiękowe odnoszą się do czego. Sprawą kluczową jest tu to, że nie ma
znaczenia konkretne brzmienie tych dźwięków. Nie ma powodu, dla którego
cząsteczka H2O, elementarna cegiełka życia,
musiałaby być zwana "wodą", a nie water, eau, aqua, ????, ???? czy ?. Nie ma
też powodu, aby ser był zwany "serem", a nie fromage, sajt, сыр
czy ??. Są to tylko nazwy, które powstały w różnych językach w odniesieniu do tych rzeczy. W brzmieniu tych słów nie
ma niczego, co czyni je bliższymi serowi i wodzie w jednym języku niż w drugim. Zasadniczo jest to proces przypadkowy i losowy, ograniczony
tylko repertuarem dźwięków, jakie możemy wytworzyć w ustach. Wbrew
wszelkim emocjonalnym czy patriotycznym sentymentom nie ma niczego
szczególnego w wypowiadanych przez nas słowach.
Gramatyka
Zdolność stopniowego tworzenia i używania różnych słów wciąż nie
wystarcza jednak do wytłumaczenia złożoności języków, jakimi się dziś
posługujemy. Małe dzieci uczące się mówić oraz dorośli opanowujący język
obcy mogą zaczynać od pojedynczych słów, ale to dopiero początek.
Następnym krokiem w drodze od gaworzenia do wieży Babel jest gramatyka.
Sam fakt jej istnienia oraz to, że dzieci przyswajają ją z taką
łatwością, podaje się często jako dowód na wrodzony instynkt językowy,
lecz i w tej kwestii możliwa jest inna interpretacja. Czym bowiem jest
gramatyka? Zasadniczo to sposób porządkowania informacji w celu
wyrażenia zależności między pojęciami. Czy mysz je ser, czy ser je mysz?
Słowa mogą być identyczne, ale znaczenie zupełnie inne -?i tę różnicę
wyraża gramatyka (czy raczej składnia, syntaktyka, by użyć terminu
preferowanego przez językoznawców). Od kiedy przyjął się pomysł
korzystania ze słów, kolejnym logicznym etapem było znalezienie sposobu
używania ich kombinacji w celu wyrażania bardziej złożonych myśli. Jest
tak we wszystkich językach. W tym zaś momencie szybko okazuje się, że
potrzebna jest umowa co do szyku słów w zdaniu.
Aby dać bardzo prosty przykład, jeżeli znamy słowa "węże", "jeść" i "małpy", sens ułożonego z nich zdania będzie zależał od tego, co
zdecydujemy w sprawie jego szyku. Jeśli uznamy, że istota wykonująca
czynność powinna być wymieniona przed przedmiotem jej działania, wówczas
zdanie "węże jeść małpy" powie nam, że ucztują węże. Ale jeśli
postanowimy, że w naszym języku pierwszy powinien iść przedmiot
działania, wówczas to samo zdanie "węże jeść małpy" będzie znaczyć, że
posilają się te drugie. Użytkownikom angielskiego takie rozwiązanie może
się wydawać nieprawdopodobne, lecz istnieją języki, w których naturalnie
występuje właśnie taki szyk. Mamy skłonność, by traktować układ zdania
charakterystyczny dla swojego języka jako normę, ale okazuje się, że
istnieje wiele takich norm.
Zasadniczymi składnikami dowolnego zdania w dowolnym języku są podmiot
(osoba lub rzecz, które coś robią), orzeczenie (czasownik wyrażający tę
czynność) i dopełnienie bliższe (przedmiot, którego owa czynność
dotyczy). Wystarcza chwila zastanowienia, by zauważyć, że istnieje tylko
sześć sposobów ustawienia podmiotu (S, subject), orzeczenia (V,
verb) i dopełnienia (O, object). Mamy szyk SVO (stosowany między
innymi w angielskim3), SOV, OSV, OVS, VSO oraz VOS i wszystkie one występują w różnych językach, aczkolwiek trzy ostatnie
należą do rzadkości. Ponadto, choć zdrowy rozsądek może podpowiadać
użytkownikom angielskiego, że zdanie powinno układać się w porządku
podmiot-orzeczenie-dopełnienie, układ SVO nie jest najczęściej
występującym na świecie. Niemal połowa znanych nam języków preferuje
szyk SOV, w którym czasownik pojawia się na końcu zdania. Oznacza to, że
"węże małpy jeść" jest najczęstszym sposobem wyrażenia tych przykrych
dla małp realiów. Nie ma jednak znaczenia, jaki układ jest stosowany,
jeżeli tylko robi się to konsekwentnie. SVO znakomicie sprawdza się w angielskim, mimo że nie jest najczęściej preferowanym szykiem na
świecie.
Językoznawcy od dawna spierają się, czy podstawa składni, tak zwana
gramatyka uniwersalna języków ludzkich, jest determinowana przez geny
(pogląd wyrażany przez Noama Chomsky'ego), czy też wzorce wykrywane w mowie wyłaniają się raczej z konieczności (pionierem tej koncepcji był
Joseph Greenberg). W miarę jak powiększa się nasza wiedza o rzadszych i słabiej udokumentowanych językach, coraz bardziej widać jednak
występowanie niewielu tendencji uniwersalnych. Oprócz podobieństw w ramach rodzin pokrewnych języków wykształcenie się takiego czy innego
szyku zdania w dowolnym języku wydaje się w dużym stopniu dziełem
przypadku, podobnie jak jest z głoskami, z których tworzymy słowa.
Wygląda na to, że szukamy po prostu czegokolwiek, co zadziała, a nie
opieramy się na jakichś wrodzonych czynnikach, które przesądzałyby o tych wyborach. Podobnie jak w przypadku fonemów kluczem do wzajemnego
rozumienia się jest konsekwencja -?trzymanie się tego, co zostało
przyjęte.
A do podjęcia jest wiele decyzji. Bez względu na wybrany szyk wypowiedź
"węże jeść małpy" wciąż nie przekazuje zbyt wielu informacji. Kiedy do
tego doszło lub dojdzie? Z tych trzech słów się tego nie dowiemy. Na
wypadek więc, gdyby ta wiadomość o czasie była ważna, musi istnieć jakiś
sposób jej wyrażenia. Czy ta uczta już się odbyła, trwa w tej chwili czy
zagraża niebawem? Nietrudno zauważyć, jak potrzeba wyrażania takich
relacji czasowych mogłaby powstać naturalnie, mimo że w różnych językach
zaspokaja się ją w odmienny sposób. Kolejną istotną sprawą jest wzajemne
usytuowanie obiektów. Na przykład "węże małpy drzewo jeść" nie mówi nam,
czy jedzą (zjadły, będą jadły?) je na drzewie, czy pod drzewem.
Potrzebny jest przyimek, czy raczej -?w układzie SOV -?poimek.
Uzyskujemy wtedy: "węże małpy drzewo pod jeść". Jeżeli chcesz
powiedzieć, o jakie węże czy małpy chodzi, powstaje potrzeba
przymiotników. I tak dalej.
Rozwijanie się gramatyki w taki sposób (proces zwany w językoznawstwie
gramatykalizacją) następowało prawdopodobnie bardzo powoli. Podobnie jak
przestawienie się z systemu analogowego na cyfrowy w tworzeniu słów
również gramatyka raczej nie pojawiła się na scenie od razu w pełni
ukształtowana, choć kolejne pokolenia mogły przyswajać ją sobie
szybciej, jak dzieje się z każdą nową umiejętnością czy technologią. Być
może nigdy nie dowiemy się, kiedy powstał pierwszy system zbliżony pod
względem zaawansowania do współczesnej gramatyki, ale prawdopodobnie
prowadził do tego naturalny postęp od używania słów nawiązujących
bezpośrednio do najważniejszych dla nas rzeczy i czynności -?do
stosowania słów w celu ukazania relacji między tymi rzeczami. Być może w ewolucji składni pojawił się nawet aspekt fraktalny (taki jak
skomplikowane wzorce rozgałęzień, znane z przyrody) i gramatyka
wyłaniała się na kolejnych etapach z krytycznej masy słów.
Jak miałoby się to dziać? W rzeczywistości nie musimy się cofać bardzo
daleko w przeszłość, by trafić na historycznie udokumentowane przykłady.
Weźmy angielskie wyrażenie going to jak w zdaniu I'm going to eat
that dog (Zjem tego psa). Wiemy, że jeszcze w czasach Szekspira going
to miało tylko swoje znaczenie dosłowne -?"pójść dokądś, aby coś
zrobić". Jednak w XVIII wieku znaczenie to zaczęło się zmieniać w kierunku wskazywania na zamiar zrobienia czegoś. W bardzo podobny sposób
użycie angielskiego słowa will w celu wyrażania zamiaru (jak w I will
eat that dog) wzięło się od jego starszego znaczenia will jako
"życzyć sobie czegoś" i przekształciło się w bardziej neutralny znacznik
czasu przyszłego -?proces taki językoznawcy nazywają rozbieleniem
semantycznym albo desemantyzacją. W przypadku will utrata siły
semantycznej słowa uwidocznia się również w tym, że bywa często
zapisywane w formie ściągniętej 'll (jak w I'll eat that dog) -
podobnie zresztą jak going to jest stopniowo zastępowane przez
skrócone gonna.
Przykłady takie znajduje się we wszystkich językach4. W japońskim czasownik, który znaczy "zobaczyć" (miru), jest też używany
w sensie "spróbować" -?dlatego "zobacz zjeść psa" zaczęło znaczyć
"spróbuj zjeść psa", a odpowiedni znak zredukował się do symbolu
fonetycznego. W języku francuskim puisque, które w nowoczesnej
francuszczyźnie znaczy "ponieważ", wyewoluowało od puis que, czyli "po
tym". Z kolei angielskie goodbye wykształciło się przed wiekami ze
zwrotu God be with thee (Bóg z tobą). W formie goodbye mamy tylko
relikt tej dawnej postaci -?głoski wypowiadane przez nas w chwili
pożegnania przestały stanowić akt zawierzenia podróżnika boskiej opiece.
To samo odnosi się do hiszpańskiego adiós, które kiedyś, jako a Diós, polecało oddalającą się osobę Bogu, a teraz dla większości ludzi
nie ma tego znaczenia. W języku japońskim, w kontekście odmiennego
dziedzictwa kulturowego, pożegnalny zwrot sayonara znaczy dosłownie
"skoro tak być musi" -?choć i w tym wypadku obecnie nikt nie ma tego na
myśli.
Ewolucja gramatyki znajduje też odzwierciedlenie w typach i częstotliwości używanych przez nas słów. W językoznawstwie odróżnia się
tak zwane słowa znaczące -?rzeczowniki, czasowniki, przymiotniki i przysłówki, takie jak "pies", "jeść", "brudny", "powoli", które znakują
obiekty fizyczne i cechy w świecie rzeczywistym -?od słów "funkcyjnych",
które wskazują na powiązania między tamtymi, na przykład "w", "na",
"pod", "przez". Sens słowa znaczącego często można przedstawić na
rysunku, natomiast słowa funkcyjne jest dużo trudniej tak zaprezentować,
ponieważ wyrażają relacje między przedmiotami lub czynnościami, a nie je
same. Niemniej należą one do istoty tego, co potocznie rozumie się przez
"dobrą gramatykę" -?zdolność poprawnego i skutecznego posługiwania się
nimi odróżnia mowę dorosłego rodowitego użytkownika danego języka od
mowy małego dziecka lub kaleczącego język obcokrajowca.
Słowa znaczące składają się na zdecydowaną większość naszego leksykonu.
Aż dwie trzecie znanych nam słów to rzeczowniki, około dwudziestu
procent czasowniki, a resztę stanowią przymiotniki i przysłówki. Jest
tak dlatego, że w dowolnym języku występuje tylko niewielka liczba słów
funkcyjnych: w angielskim około trzystu, a nawet w chińskim -?języku
niefleksyjnym, który w większym stopniu polega na słowach funkcyjnych -
jest ich około pięciuset. Mimo to od połowy do dwóch trzecich
wypowiadanych przez nas wyrazów to słowa funkcyjne (zastanów się, jak
często trzeba użyć "w", "przy", "na", "i" czy "ale", by wymienić tylko
kilka). Fakt ten jest mniej zaskakujący, kiedy zdamy sobie sprawę, że
służą one jako spoiwo struktury zdania. Gdyby usunąć z niego słowa
funkcyjne, nadal można by uchwycić ogólny sens, ale mielibyśmy większe
trudności z jego szczegółowym zrozumieniem. Na przykład ostatnie zdanie
brzmiałoby: "Usunąć słowa funkcyjne uchwycić sens trudności szczegółowym
zrozumieniem".
Jeżeli pierwszym krokiem do języka ludzkiego było tworzenie słów dzięki
digitalizacji analogowych dźwięków, to można oczekiwać, że mowa w tych
najwcześniejszych stadiach rozwoju była równie niezgrabna jak wówczas,
gdy zaczynamy się uczyć jakiegoś języka obcego w wieku dorosłym i próbujemy porozumiewać się za pomocą garstki rzeczowników i czasowników,
wspomagając się gestami. Trudno uznać to też za przypadek, że właśnie w taki sposób dzieci przyswajają sobie rodzimy język -?najpierw
wypowiadają tylko po jednym słowie, potem po dwa, a dopiero z czasem
uczą się stosowania słów funkcyjnych, które wyrażają relacje między
poznanymi już pojęciami. Kuszące jest, by dostrzegać w tym procesie
przyswajania języka analogię do tego, jak rozwój płodowy embrionu
odzwierciedla dzieje ewolucyjne organizmu, w który ma się rozwinąć. A istnieje jeszcze jeden, znacznie wyraźniejszy sygnał, że tak właśnie
mogło to przebiegać.
Napis na ścianie
O ile obraz wczesnej ewolucji języka musi opierać się na domysłach (choć
toczący się proces gramatykalizacji języka można nadal obserwować
dzisiaj), o tyle następny ważny etap w jego rozwoju -?wynalezienie pisma
-?pozwala nam zobaczyć na własne oczy przebieg takiego procesu
digitalizacji, upraszczania i abstrahowania, który toczy się od samego
początku. Pismo wynaleziono dopiero w ostatnich kilku tysiącach lat,
lecz w odróżnieniu od mowy pozostawia ono datowane ślady swego rozwoju,
a fazy, przez które przechodziło w tym procesie, są prawdopodobnie
analogiczne do tego, co się działo, gdy uczyliśmy się mówić. Pismo,
jakie znamy dzisiaj, również jest systemem cyfrowym, który pozwala na
wydajną prezentację każdego wypowiadanego słowa przy użyciu niewielkiej
liczby symboli. Ale jego początki były inne. Pierwotne pismo powstało
jako system analogowy, w którym słowa były reprezentowane przez obrazki.
I tak jak z pewnością stało się z językiem mówionym, powoli
zrozumieliśmy, że system cyfrowy niepomiernie zwiększa elastyczność
komunikacji.
Choć nie ma pełnej zgody co do tego, kiedy narodziło się pismo "z prawdziwego zdarzenia" (w odróżnieniu od znaków, które symbolizowały
pewne rzeczy czy pozwalały ludziom orientować się w ich liczebności),
ogólnie przyjmuje się, że po raz pierwszy pojawiło się ono na Bliskim
Wschodzie; zarówno Mezopotamia, jak i Egipt wypracowały własne systemy
około pięciu tysięcy lat temu. Podobnie jak z mową różne systemy mogły
kształtować się niezależnie od siebie lub -?co być może
prawdopodobniejsze -?po tym, jak zrodził się gdzieś pomysł stosowania
symboli do reprezentowania mowy, wieść roznosiła się szybko do
sąsiednich ośrodków cywilizacji, w których opracowywano własny sposób
wprowadzenia tej koncepcji w życie. Z czasem dochodziły kolejne odmienne
systemy pisma (chiński dołączył około dwóch tysięcy lat później), lecz
bez względu na to, czy wykształcone niezależnie, czy inspirowane
podpatrzonymi przykładami, wszystkie są -?i to sprawa kluczowa -
analogowe, nie cyfrowe. Tak jak całostkami są okrzyki wydawane przez
zwierzęta, pierwsze pismo miało charakter obrazkowy -?polegało na
przedstawianiu danego przedmiotu w postaci unikalnego rysunku, glifu.
Dokładnie taki sam proces obserwujemy w starożytnym Egipcie,
Mezopotamii, Chinach i Mezoameryce.
Bez względu jednak na to, którą tradycję analizujemy, zachodzące
następnie przemiany wskazują, że niebawem zdawano sobie sprawę, iż same
obrazki się nie sprawdzają -?tak jak i okrzyki zwierząt nie mogą
funkcjonować jako język. Bez wprowadzenia jakiegoś sytemu liczba
potrzebnych osobnych obrazków wkrótce przekracza pojemność ludzkiej
pamięci. Dlatego prędzej czy później te pierwsze rodzaje pisma ustępują
koncepcji zapisywania słów przy użyciu obrazków rzeczy, których nazwy
brzmią tak jak nazwy innych rzeczy -?znamy to jako "rebusy". Stykamy się
dzisiaj z nimi w różnych zagadkach, w których słowa do odgadnięcia są
reprezentowane przez obrazki przedmiotów, których nazwy brzmią tak jak
to, o które chodzi. Po angielsku na przykład rysunek oka (eye) może
znaczyć "ja" (I), bo wymowa obu słów (aj) jest identyczna. Na
podobnej zasadzie great (świetny, świetnie) pisze się w wiadomościach
gr85, by było szybciej. Jednak i ten system jest nieporęczny
oraz znacznie obciążający pamięć. Wprawdzie metoda rebusowa stosunkowo
dobrze służyła elitom egipskim przez tysiące lat, stopniowo zastąpił ją
jednak system pisma, który reprezentował cyfrowo dźwięki mowy -?najpierw
sylaby, ostatecznie poszczególne fonemy. (Przewagę pisma literowego nad
sylabowym widać po wykonaniu prostych obliczeń: "przeciętny" język z dwudziestoma spółgłoskami i dwudziestoma samogłoskami wymagałby co
najmniej 20 × 20 = 400 symboli, by wyrazić wszystkie sylaby, kiedy zaś
reprezentowane są fonemy, liczba symboli spada do 20 + 20 = 40,
zdecydowanie łatwiejszej do opanowania).
Do czasu odkrycia słynnego kamienia z Rosetty powszechnie przyjmowano,
że starożytny system pisma egipskiego musi się opierać na
wykorzystywaniu obrazków do symbolizowania pojęć, tak samo zresztą jak
sądzono o znakach chińskich. Wychodząc z tego założenia, wybitni
myśliciele renesansowej Europy nie szczędzili trudu, by opracować
uniwersalny język pisany, który oddawałby myśli w abstrakcyjnych znakach
ideowych, zrozumiałych dla wszystkich ludzi niezależnie od tego, jakim
językiem się posługują. Jednak uczeni ci błędnie rozumieli historię
pisma (bo jej nie znali). Pomijając kwestię, jak odseparować kluczowe
składniki myślenia od języka, największe wyzwanie powstaje dla pamięci.
Trudno jest aktywnie przechowywać w niej wielką mnogość niepowiązanych
symboli, mimo że potrafimy je sobie przypomnieć po ich zobaczeniu -?a jeszcze trudniej jest je narysować z pamięci. Bez względu na to, ile
dzieł malarskich rozpoznajesz, widząc je w galerii, niełatwo jest
odtworzyć je w wyobraźni po powrocie do domu, nie mówiąc już o ich
narysowaniu.
Nic więc dziwnego, że chińskie znaki są znacznie bardziej
usystematyzowane, niż wydaje się to w pierwszej chwili osobom
niepotrafiącym ich czytać. Mimo że każdy z tych znaków niesie swoje
unikalne znaczenie i nie mają one pierwszoplanowo charakteru
fonetycznego (choć zawierają aspekt fonetyczny i można z nich skorzystać
do zapisywania obcych słów na zasadzie analogicznej do rebusu), każdy
chiński znak stanowi w istocie kombinację stosunkowo niewielkiej liczby
składników graficznych, tak zwanych radykałów. Kiedy zaś okazuje się, że
dwieście czternaście standardowych radykałów to najczęściej połączenia
jeszcze prostszych elementów (można porównać je do często występujących
grup liter w angielskich przedrostkach i przyrostkach, na przykład
mis-, -ible, -tion i tak dalej), nie jest to w rzeczywistości
bardzo odległe od angielskich słów, będących wyjątkową cyfrową
kombinacją ograniczonej liczby figur zwanych przez nas literami. Z tej
perspektywy jedyna różnica między chińskimi znakami a angielskimi
słowami polega na tym, że symbole, których używamy do zapisania słowa,
układamy w rządku, podczas gdy te składające się na chińskie znaki są
zawarte w wyobrażonych kwadratach.
Angielskie słowa zapisujemy, korzystając z liter
dwudziestosześcioelementowego alfabetu, ale chociaż każda litera jest
powiązana z określonym dźwiękiem, nie sprawia to, że automatycznie można
przeczytać słowo. Wystarczy pomyśleć o takich wyrazach jak tough
(czyt. taf; twardy, zacięty), through (czyt. thru; poprzez),
cough (czyt. kof; kaszel) i dough (czyt. dau; ciasto), w których
ten sam zestaw liter -ough jest wymawiany zupełnie inaczej. Ponadto
mamy right (prawy), wright (cieśla), write (pisać) i rite
(rytuał), które pisze się odmiennie, ale wymawia tak samo (rajt). Jak
zauważył George Bernard Shaw, ortografia angielska jest tak
niekonsekwentna, że słowo fish (czyt. fysz; ryba) można by
teoretycznie napisać: ghoti -?"gh" jako dźwięk f wzięty z enough
(czyt. ynaf), "o" jako dźwięk y z women (czyt. wymen) i "ti"
jako sz z nation (czyt. nejszn). Według Brytyjskiego Towarzystwa
Ortograficznego blisko połowa angielskich słów zawiera nieprzewidywalne
elementy i średnio biorąc, anglojęzyczne dzieci muszą opanować około
trzech i pół tysiąca przypadków pisowni nieregularnej, by dojść do
standardu biegłości dorosłych. Nie różni się to znacznie od liczby
znaków, które trzeba sobie przyswoić, aby czytać po chińsku.
Jednak zasadniczą sprawą w przypadku pisma, tak jak i mowy, jest to, że
jedynym sposobem wydajnego i skutecznego reprezentowania dużej liczby
znaczeń jest korzystanie z małej liczby znaków, które można łączyć w dowolne słowa. Nie jest tak dlatego, że po prostu oddają one mowę. Wiele
systemów pisma (na przykład chiński) wykazuje bardzo skomplikowaną
relację z reprezentowanym przezeń językiem mówionym, a także można je
rozumieć, nie wiedząc nawet, jak powinno się je wymawiać (przypadek
egipskich hieroglifów). Bez względu jednak na to, czy litery
reprezentują sylaby, fonemy czy po prostu pewne prawidłowości, pozwalają
nam łatwo tworzyć i zapamiętywać słowa. A to dlatego, że mają charakter
cyfrowy. Analogowe obrazki, takie jak emotki, mogą być użyteczne, gdy
trzeba wyrazić swój nastrój albo zakomunikować odczucia, ale nie zdają
się na wiele, kiedy chcemy przekazać bardziej złożone treści.
Innym zamierzchłym systemem pisma, w którym ujawnia się taka sama
progresja od modelu analogowego do cyfrowego, są glify stosowane przez
cywilizację Majów w Ameryce Środkowej, które powstały prawdopodobnie
około dwóch tysięcy lat temu. Większość ksiąg spisanych tym pięknym,
enigmatycznym pismem logograficznym padła ofiarą Hiszpanów w trakcie
bezlitosnego podboju regionu w XVI wieku i pozostawało ono w znacznej
mierze zagadkowe aż do około pięćdziesięciu lat temu. W końcu
uświadomiono sobie jednak, że -?tak jak hieroglify egipskie -?glify
Majów mają najczęściej naturę fonetyczną i oddają sylaby, które miały
być odczytywane jako dźwięki niestanowiące osobnych symboli
poszczególnych desygnatów. Choć nadal nie potrafimy odczytać wszystkich
zachowanych napisów, wiemy, że w piśmie tym stosowano zaledwie pięćset
symboli logograficznych w mniej więcej dwustu pięćdziesięciu glifach
sylabowych.
W porównaniu z tym standardowy alfabet zachodni może wydawać się
chwalebnym wzorem prostoty, ale nie wszystko jest takie, jak wygląda na
pierwszy rzut oka. Język angielski musi sobie radzić z zaledwie
dwudziestoma sześcioma symbolami do oddania czterdziestu czterech
fonemów, z których korzysta się w mowie (co w dużym stopniu tłumaczy
niekonsekwentną naturę angielskiej pisowni). Choć może się nam wydawać
szaleństwem, że Japończycy używają dwóch osobnych systemów pisma
sylabowego do zapisywania identycznych dźwięków, nierzadko nie
uświadamiamy sobie, że sami postępujemy identycznie. Liczba stosowanych
w angielskim symboli jest mniejsza, lecz Anglicy też używają dwóch
alfabetów do przedstawiania identycznych dźwięków: nazywamy je literami
wielkimi i małymi. Normalnie nie myślimy o nich w taki sposób, ale w istocie są one tym właśnie -?niektóre litery wyglądają w obu wersjach
podobnie (na przykład c/C, o/O, s/S i v/V), ale większość jest zupełnie
inna ("a" nie wygląda tak jak "A", "b" nie przypomina "B", "d" jest
całkiem inne od "D", podobnie "e" od "E" i tak dalej).
Każdy system pisma ma swoje charakterystyczne cechy i osobliwości, lecz
w ostatecznym rozrachunku w celu reprezentowania słów języka wszyscy
korzystamy z ograniczonego zestawu widzialnych "cyfrowych znaków", które
w mniejszym lub większym stopniu korespondują z używanymi w mowie
"cyfrowymi dźwiękami" -?fonemami. Niektóre języki mogą wydawać się
lepiej zharmonizowane w tym zakresie niż inne, ale nawet w hiszpańskim,
w którym alfabet jest według powszechnej opinii stosowany bardzo
"fonetycznie", występują pewne odstępstwa, na przykład "g" jest inaczej
wymawiane w słowach gringo (czyt. gringo), agua (czyt. agła) i gente (czyt. hente). Z biegiem lat nie brakowało propozycji reform
pisowni różnych języków, lecz -?abstrahując od ekonomicznego i emocjonalnego kosztu zmiany systemu w całych krajach -?tak naprawdę nie
mamy zbytnich trudności z posługiwaniem się tym, czym dysponujemy. Nie
są to rozwiązania idealne, ale i nie muszą być. Nasze mózgi "rozumieją"
te pisma, podobnie jak radzą sobie z osobliwościami gramatycznymi i nietypowymi fonemami. O sukcesie systemu decyduje konsekwentne
stosowanie go, niezależnie od tego, czy dane wzorce są za każdym razem
"logiczne".
Nie jesteśmy sami
W świetle powyższego ludzka mowa nie musi wynikać ze szczęśliwego trafu
w genowej ruletce, który ma wyjaśniać, w jaki sposób język stał się
złożonym systemem zagnieżdżonych zależności i rekursywnych złożeń,
znanym dzisiejszym badaczom. Równie dobrze mógł rozwijać się powoli i stopniowo na fundamencie tego, jak ludzie porozumiewali się przed
opanowaniem mowy. Rozwój ten jest w wystarczającym stopniu wyjaśniany
przez sukcesywną digitalizację dawniejszych okrzyków analogowych i zachodzącą potem powolną transformację powstałych słów, która nadała im
abstrakcyjne funkcje, umożliwiające działanie gramatyki.
Jeżeli jednak na tym polega wielki sekret języka, to dlaczego nie wpadły
na niego żadne inne zwierzęta? Dlaczego zdaje się, że tylko ludzie są
zdolni tak naturalnie komunikować się w ten sposób? Otóż, po pierwsze,
wcale nie przychodzi to nam naturalnie. Choć udokumentowane przypadki
losów dzieci wychowujących się bez kontaktu z językiem są -?na szczęście
-?bardzo sporadyczne, pokazują one, że ludzie ci mają potem ogromne
trudności z nauką mówienia, tak jakby istniał pewien punkt krytyczny, po
którego przekroczeniu nie jest to już możliwe. Wydaje się, że język jest
umiejętnością, którą musimy aktywnie przyswajać -?głównie na zasadzie
naśladownictwa -?w bardzo młodym wieku, i nie możemy rozwinąć jej w sobie samodzielnie, na mocy samych instynktów. Aby opanować mowę, musimy
nauczyć się przenosić wzorce spostrzeżeń zmysłowych na wzorce słyszanej
wokół siebie mowy, w tym zaś celu od pierwszych dni życia musimy
znajdować się w otoczeniu ludzi intensywnie używających języka.
Podobnie jak mówienia, również czytania i pisania dużo łatwiej jest
nauczyć się w młodszym wieku, a wymagają one jeszcze intensywniejszej
ekspozycji niż mowa. W wielu częściach świata pismo nie ukształtowało
się aż do stosunkowo późnego etapu ewolucji kulturowej. W Anglii
najstarsze teksty datuje się na VII wiek -?starożytni historycy rzymscy
opisywali, jak wygląda życie w Brytanii, ale miejscowa ludność nie
pozostawiła po sobie pisanych śladów. W konsekwencji nie mamy pojęcia,
kto -?a co jeszcze ważniejsze, dlaczego -?wzniósł kilkaset kamiennych
kręgów oraz grodzisk, które zostały po tych ludziach, podobnie jak nie
dysponujemy śladami po większości niepiśmiennych ludów z całego świata.
Bez względu na to, od jak dawna ludzie posługiwali się mową, jeśli nie
potrafili jej utrwalać, nie wiemy, co było mówione. Pierwsze świadectwa
pisane stanowią więc właściwy punkt wyjścia do badania najdawniejszej
historii ludzkości. I choć praktykujemy pismo już kilka tysięcy lat,
jego znajomość wciąż nie sięga dziś stu procent, a w niektórych krajach
wynosi niecałe pięćdziesiąt. Do rozprzestrzeniania się języka i piśmienności konieczne są czas i wysiłek. Są to umiejętności wymagające
intensywnego nauczania.
Po drugie, nie jesteśmy jedynymi zwierzętami mającymi zdolność
porozumiewania się. Jak już wspomniałem, inne gatunki używają
analogowych okrzyków do symbolicznego przekazywania osobnych znaczeń i system ten wymaga nauki. Walenie i delfiny uczą swoje małe
charakterystycznych dźwięków stosowanych przez daną grupę. Również śpiew
ptaków jest w dużym stopniu zachowaniem wyuczonym i cechuje się wyraźną
zmiennością regionalną. Wciąż nie wiemy dostatecznie dużo o zaawansowaniu tych form komunikacji, ale nawet po uwzględnieniu
zdolności do przekazywania informacji o zagrożeniu czy o lokalizacji
żywności ewidentnie widać granicę tego, co nasi zwierzęcy kuzyni mogą
sobie mówić. Nic nie wskazuje na to, że dwa osobniki innego gatunku niż
człowiek mogą przekazać sobie nawet tak prostą wiadomość jak "Schowaj
się za tym drzewem, aż dam ci znak" -?a co dopiero dyskutować o sensie
istnienia albo omawiać zalety teorii kwantowej.
Nie oznacza to jednak, że zwierzętom brakuje potencjału do uczenia się.
Opiekunowie psów z radością donoszą, że ich ukochane zwierzaki zaczynają
po pewnym czasie całkiem sporo rozumieć z tego, co się do nich mówi; w niektórych eksperymentach psy dysponowały biernym słownictwem
przekraczającym dwieście słów (jeżeli zaś słyszą je jako dźwięki
analogowe, jest to też prawdopodobnie granica tego, co mógłby zapamiętać
człowiek). Sławna papuga Alex słynęła z umiejętności aktywnego
korzystania ze stu słów, które potrafiła stosować twórczo, w tym nawet
zadawać pytania. Systematycznie podejmowano wysiłki nauczenia małp
języka ludzkiego, choć rezultaty były różne. Może to jednak wynikać z tego, że nie znamy wystarczająco dobrze mechanizmów języka lub procesu,
w jakim sami go przyswajamy.
Najbardziej znaczący rezultat osiągnięto z samcem bonobo o imieniu
Kanzi, który opanował rozumienie dość złożonych zdań wypowiadanych w normalnym tempie (na YouTube można obejrzeć o tym film, po którym włosy
stają dęba na głowie). Nie ma wątpliwości, że dochodzi do rzeczywistej
komunikacji z Kanzim za wyłącznym pośrednictwem ludzkiego języka (twarz
trenera jest skryta za maską, by zminimalizować możliwość wychwytywania
przez zwierzę sygnałów niewerbalnych, tak zwanego efektu cwanego
Hansa6). Kanzi, poproszony o wykonanie dość przypadkowo
wskazywanych czynności ("Czy możesz posypać piłkę solą?", "Czy możesz
wynieść na zewnątrz telewizor?"), robi je praktycznie bez wahania. To
nie jest już małpa -?fakt, że możemy się z nią porozumieć, czyni ją
jednym z "nas". Kanzi dostarcza dowodu, że przyswajanie języka nie musi
być niczym bardziej skomplikowanym niż proces rozpoznawania
prawidłowości, przenoszenia percepcji zmysłowych na statystyczne
klastery dźwięków wydawanych przez otaczających ludzi -?podobnie jak
nauka chodzenia na dwóch nogach sprowadza się do procesu opanowania
znacznie prostszej gramatyki oddziaływania grawitacji na stawy w ciele.
Wyczyn Kanziego jest jeszcze bardziej imponujący dlatego, że nikt go
formalnie nie nauczał. Do ekspozycji na język doszło u niego, kiedy od
najmłodszego wieku pozwolono mu pozostawać przy matce podczas
podejmowania przez trenerów próby (w dużym stopniu bezskutecznej)
wpojenia jej podstaw języka ludzkiego, gdy była już w dojrzałym wieku -
co przekracza, jak się zdaje, nawet możliwości człowieka. Każdy, kto
spędził w szkole frustrujące lata, przez które daremnie uczono go języka
obcego, od razu pojmie, w jakim położeniu znalazła się matka Kanziego.
Ale na tej samej zasadzie, jeśli zdarzyło ci się kiedyś podłapać obcy
język dzięki mieszkaniu w kraju, w którym ludzie się nim posługują, to
masz dobre pojęcie o tym, jak zdołał to zrobić Kanzi. Powinno to być dla
nas lekcją pokory, że uczył się w drodze zwykłej obserwacji otoczenia, a nie za sprawą celowego nauczania.
Kanzi pozostaje wciąż wyjątkiem. Podobne eksperymenty z szympansami i gorylami kończyły się mniejszym powodzeniem, lecz trudno także sobie
wyobrażać, że ktokolwiek będzie otaczał przedstawiciela innego gatunku
taką samą troską i poświęcał mu tyle samo czasu, jakich potrzeba, aby
nauczyło się mówić ludzkie dziecko. Nie można też rozsądnie oczekiwać,
aby szympans, mający mózg wielkości jednej trzeciej współczesnego
ludzkiego, był zdolny posługiwać się językiem jak my -?szczególnie w świetle tego, że ewolucyjny rozwój naszego mózgu mógł być w dużej mierze
pobudzany specyficznymi adaptacjami do języka. Nie znaczy to jednak, że
sztuka języka nie może zostać opanowana przez inne gatunki. "Nieme"
zwierzęta po prostu nie potrafią mówić, a niekoniecznie są "tępe", zaś
niewykształcenie u nich jak dotąd zdolności mowy może wynikać zaledwie z pecha w losowaniu. W kontekście życia na naszej planecie wydaje się, że
nam udało się po prostu dotrzeć do tej umiejętności jako pierwszym. Po
tym zaś jak zdolność mowy się zakorzenia, różnica między tymi, którzy
nią dysponują, a pozostałymi szybko staje się wykładnicza, ponieważ
język sprzęża umysły.
Przeskok od systemu analogowego do cyfrowego sprawia wrażenie przełomu -
zdarzenia, które mogło być spowodowane tylko boską interwencją lub
radykalną mutacją genetyczną. Jeśli jednak przyjmiemy do wiadomości, że
inne zwierzęta potrafią kojarzyć przypadkowe analogowe dźwięki ze
znaczeniami, na przykład w ramach stosowania zróżnicowanych okrzyków
alarmowych (co w istocie jest trudniejsze do wyjaśnienia), wtedy
przejście od jednego systemu do drugiego pozostaje już tylko kwestią
wydajności i czasu -?zwłaszcza że prawdopodobnie dokonywało się w ciągu
setek lub tysięcy pokoleń. Nie musiał to być proces świadomy, podobnie
jak dziełem świadomości nie jest cyfrowa organizacja danych w DNA i ich
ekspresji w postaci białek. Skomplikowane kodowanie dziesiątków tysięcy
różnych protein, które składają się na nasze organizmy, polega w ostatecznej analizie na zestawianiu zaledwie czterech zasad w słynnych
kombinacjach A, C, G, i T. Wyewoluowanie DNA nie wymagało zaś
zaistnienia żadnej specjalnej "zdolności". Jeżeli wariant cyfrowy jest
efektywniejszym sposobem realizowania czegoś, ewolucja zadba o to, by w końcu się pojawił.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki