Młoda fala - Paweł Oksanowicz

Kup ebooka

64.00 zł
51.20 zł (51,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Podręczniki, portale internetowe z poradami o samorozwoju, wywiady w mediach z inspirującymi osobami - co chwilę i co rusz uaktywnia się jakiś nowy lider inspirowania, z silnym poczuciem własnej wartości. Jak to działa na odbiorców? Dla mało obeznanych ze sztuczkami miękkiej manipulacji być może i załamaniem pracy nad sobą. Bo w porównaniu z takim liderem - lepszym, mądrzejszym - przed zainteresowaną osobą jeszcze daleka droga do doskonałości.

Ale równocześnie coraz większa liczba świadomych odbiorców tego typu przekazów wie, ile i czego można spodziewać się po wydawnictwach podsuwających kolejne inspiracje. I że lepiej zachowywać tu zdrowy dystans. Na przykład, z jakiegoś podręcznika wyciągnąć dla siebie kilka celnych porad, a nie uczyć się wszystkich na pamięć. Nie wszystkie bowiem będą odp xiowiadały charakterowi każdego człowieka.

Żyjemy w epoce kognitywistycznej, gdy świat poznajemy za pomocą narzędzi - od umysłowych po zmysłowe, w tym także należących do IT. Od zestawu narzędzi, jakim dysponujemy, zależy nasza wiedza o świecie. A to kształtuje możliwości rozwoju, zarówno osobistego, jak i zawodowego. Wydaje się więc pewne, że nie wydrukowano dostatecznej liczby inspirujących poradników, bo ta liczba jest niewyczerpana i nieokreślona - będzie przybywać płaszczyzn poznawczych, jak również świadomych ludzi, którzy będą dążyć do samorozwoju. I nawet jeśli człowiek współczesny bywa przytłoczony szumem informacyjnym, jego inteligencja jest już wyćwiczona - wie, do czego sięgać, a wobec czego pozostać obojętnym. I nawet wobec jednorodnej treści ma pełne prawo pozostać krytyczny - sam wybiera i kształtuje to, co odbiera. I na pewno nie dzieje się to według modelu od A do Z. Działa wybiórczo.

W książce tej można spotkać się z autentycznymi liderkami. Kobietami prowadzącymi swoje biznesy w tak różnych dziedzinach, jak różne bywają nasze umysły, uczucia, cele i drogi życiowe. Jak różne bywają dziedziny biznesu - od mody po zaawansowane technologie IT. Wybór właściwej dla siebie liderki pozostawiamy Tobie - Czytelniczko, Czytelniku. A może Twoją uwagę przyciągną wszystkie, bez wyjątku? Nie zdziwiłbym się, chociażby z tego powodu, że pojawia się tu rzadki przywilej przebywania z kimś, kto posiadł siłę kształtowania własnej przyszłości, niezależnie od tego, czy projektuje biżuterię, czy zaawansowane technologicznie ogniwa fotowoltaiczne.

To co łączy bohaterki Młodej Fali, to już dokonana praca nad swoim biznesem, nad sobą, osiągnięcie statusu "sprawdziłam się". Liderki te są osobami, których siły sprawczej i autentyzmu nikt już nie podważy. Jeden z rozdziałów zatytułowany jest Mistrzyni drugiego planu, chociaż one wszystkie działają jeszcze na drugim planie, z jednym wyjątkiem. Jednak z racji młodego wieku, a w związku z tym jeszcze ogromnych perspektyw życiowych, mają wielkie szanse na to, aby celowo, czy dobrym zrządzeniem losu znaleźć się w pierwszym szeregu zainteresowania. Z pewnością niedługo zaczną odgrywać we współczesnym społeczno-biznesowym życiu role godne zauważenia, bo samą swą działalnością zapoczątkowały ten proces.

Ten wyjątek to nasza pierwsza z bohaterek. Stoi już w pierwszym szeregu - nosi nazwisko znane w całej Polsce, a wykonała nad swoim biznesem pracę wcale nie łatwiejszą niż reszta. One wszystkie podzielą się tu swoimi przemyśleniami na temat prowadzenia firmy, a niektóre opowiedzą o sobie w formie wywiadu.

Zapraszam do lektury.Paweł Oksanowicz

Fot. Monika Lisiecka

Ania Kruk jest osobą, która mogłaby zajmować pierwsze strony gazet i portali internetowych z plotkami. Fakt, że jej tam nie ma, wynika z wyboru, jakiego dokonała, a nie dlatego, że się nie nadaje, że jej historia jest mało wciągająca lub mało inspirująca dla innych. Na eventy nie ma czasu - skupiona jest na prowadzeniu firmy. Nie potrzebuje też taniego rozgłosu, aby to pomogło jej w promowaniu marki. Bo przecież za jej plecami stoi 175 lat rodzinnej historii i najsłynniejsze polskie nazwisko jubilerów.

Nie sposób też oddzielić przypadku Ani Kruk od tego nazwiska, które jako marka przeżywało wzloty, upadki i dramatyczne chwile rozejścia się rodziny i marki W. Kruk, które były ze sobą złączone, jak głowa i serce. Teraz rodzinne serce bije w innej firmie i o niej jest ta historia. Także o Ani Kruk, projektantce i dyrektorce kreatywnej.

ANIA

KRUK

01PAMIĘTAJ, ABY POZOSTAĆ SOBĄAnia Kruk o tym, jak zaprojektować firmę

Dlaczego kupujemy biżuterię? Wcale nie dla pięknej formy, idealnych proporcji. Mężczyzna wybiera dla partnerki biżuterię, za pomocą której chce wyrazić swoje emocje. Kobieta wybierze naszyjnik, który poprawi jej humor, sprawi, że poczuje się piękniejsza, odważniejsza, bardziej pewna siebie. To jest ta magia - kiedy nieznana mi osoba wyraża swoje uczucia za pomocą moich pomysłów, projektów. Emocje - słowo obecnie dość wyeksploatowane. Ale to emocje są siłą napędową wszystkich naszych działań.

Koło się zamyka - ja szukam emocji i związanych z nimi historii, żeby je przekazać w moich projektach. Moi klienci dokładają do nich swoje historie i emocje, biżuteria staje się ich przekaźnikiem. Ja ich słucham, analizuję, poznaję. I znów siadam do pracy, myśląc o nowych produktach lub zdjęciach, pomysłach, które opowiedzą nowe historie.

DESIGN

Praca projektanta kojarzy się z modą, czasem z architekturą. Dopiero od niedawna na salony wszedł "design" - i teraz już wiemy, że każdy przedmiot musiał kiedyś ktoś zaprojektować. A designer analizuje potrzeby klientów, definiuje je i projektuje odpowiedź. Więc na pewno nie artysta, ale też niekoniecznie technolog. Myślenie projektowe jest bardzo uniwersalne. W Akademii Sztuk Pięknych profesorowie mówili, że te same zasady odnoszą się zarówno do projektowania wnętrza, jak i logotypu. Ja pójdę krok dalej - te same zasady odnoszą się do projektowania firmy. Dlatego nie postrzegam się tylko jako projektantka biżuterii, ta etykietka jest dla mnie za ciasna. Jestem projektantką marki i podchodzę do niej całościowo - od produktu, przez kanały sprzedaży oraz komunikację. Projektuję też firmę, bo cały czas myślę o procesach zachodzących wewnątrz niej: co możemy usprawnić, co możemy ułatwić.

Myślę, że od samego początku miałam poczucie skali. To nie jest galeria autorska. Mądry człowiek mi powiedział: "Wiesz, wszyscy projektanci mówią ciągle "ja, ja, ja", moje projekty, mój butik. A ty zawsze mówisz "my", "nasze"".

Mam poczucie, że budujemy coś razem, całym zespołem. Tworzymy świat marki, do którego zapraszamy naszych odbiorców. Chyba już nie odbieram słów ANIA KRUK jako własnego imienia i nazwiska, już czytam je jako markę. Czy to zmieniło moje życie? Zupełnie. Ale nie żałuję. Nie mogłabym sobie teraz wyobrazić ciekawszej, pełniejszej pracy niż moja. Daje mi ogromną satysfakcję, spełnienie i poczucie, że razem robimy fajne rzeczy.

Tak, jestem perfekcjonistką. Co to oznacza? Na pewno dużą dozę pokory. Ciągle staram się być lepsza, nauczyć się jeszcze więcej, zorganizować jeszcze lepiej. Jestem też introwertykiem - energię czerpię z ciszy, nie lubię dzwoniących telefonów i tłumów ludzi. W biurze jestem skupiona na pracy, nie słucham muzyki, nie gadam, nie rozpraszam się Facebookiem. Nie mieszam życia prywatnego z pracą. Nie chodzi tu o jakieś sztywne reguły. Po prostu w pracy gadam o pracy, i ten temat jakoś nigdy się nie kończy, i zawsze wydaje mi się szalenie ciekawy. Za to prawie nigdy nie przynoszę projektów do domu. Wolę zostać dłużej w firmie, a w domu - mieć czas dla siebie i dla mojego męża. Oczywiście zdarzają się tygodnie, gdy pracuję na okrągło. Jestem w rozjazdach, pracuję w biurze, pociągach, samolotach i na lotniskach. Czasem nie mam weekendów. Ale to zna z autopsji każdy przedsiębiorca.

Nawet na wakacjach nie sposób wyciszyć wszystkich myśli, które dotyczą firmy. Ale twórczej analizy, inspirowania się tym, co widzę, czytania, zdobywania doświadczeń nie traktuję wtedy zupełnie jako pracy. To oklepane, ale prawdziwe - jeśli lubisz swoją pracę, o wiele łatwiej oddać się jej z poświęceniem.

Oczywiście, pełne poświęcenie i zaangażowanie wcale nie gwarantują sukcesu. Zdarzają się błędy, nietrafione decyzje. Ale mój tata, a przed nim dziadek, zawsze mówili: "Jeśli spróbujesz, może ci się nie uda. Ale jeśli nie spróbujesz, to nie uda ci się na pewno. Dlatego warto próbować, zbierać doświadczenia, uczyć się, szczególnie na błędach".

Jeden z naszych błędów? Na przykład design butików. Nowe sklepy powstają już według innego konceptu niż 4 lata temu. Nasze pierwsze pomysły nie do końca się sprawdziły, również pod względem funkcjonalnym. Dlaczego nasza rodzina, z prawie 200-letnim doświadczeniem wyniesionym z poprzedniej marki - W. Kruk - mogła popełnić błędy dotyczące wyglądu salonów z biżuterią? Bo błędy może popełnić każdy. I powiem z doświadczenia - wolę ponosić konsekwencje swoich błędów niż cudzych. Inna historia? Musiałam się też nauczyć (na własnych błędach, a jak inaczej), jak tworzyć klimat marki na zdjęciach, w kampanii reklamowej. Jako dyrektor kreatywna nie muszę być fotografem, ale muszę umieć z fotografem pracować. Zdefiniować, opisać i nakreślić plan: o jakie wartości nam chodzi, jak je chcemy wyrazić. Cztery lata temu działałam w dużej mierze instynktownie. Dopiero teraz udaje nam się w warstwie wizualnej komunikatu wartości marki pokazać je dokładnie tak, jak chciałam wtedy. Moja wiedza dogoniła intuicję dopiero teraz.

WARTOŚCI MARKI

"ANIA KRUK to lekkość, niewymuszona elegancja, autentyczność. Do nich dodałabym jeszcze bliskość, bo staramy się skracać dystans między marką a klientką. Komunikujemy łatwość kontaktu, co też odpowiada wartościom, które my sami wyznajemy. Nikt z nas nie lubi napuszenia, patosu, snobizmu. Wydaje mi się, że to widać w naszej komunikacji. Piszemy lekkim, bezpośrednim, żartobliwym językiem. Biżuterię pokazujemy w codziennych stylizacjach, wcale nie na modelkach. Tylko na przykład na mnie - niewysokiej, nieprzesadnie chudej dziewczynie z grzywką. I dlatego też nigdy nie powiem o moich sklepach "salon z biżuterią", co brzmi bardzo poważnie, dostojnie. Sklep zresztą też nie powiem: zawsze używam słowa "butik". To buduje klimat, podkreśla, że to marka projektancka, mimo że znajduje się w galerii handlowej.

Na początku 2000 roku w W. Kruk przymierzaliśmy się do odmłodzenia marki w sposób, w jaki działają wielkie domy mody - powołując submarkę - tańszą, skierowaną do młodszych. Tata z prezesami W. Kruka szukali na to pomysłu. W tych dyskusjach w sposób naturalny wychodziło, że skoro jesteśmy z bratem następnym pokoleniem naszej rodzinnej tradycji, to ta marka powinna być z nami związana i przez nas trafiać do klientów. Młoda studentka Akademii Sztuk Pięknych o niebieskich oczach - obraz idealnie pasował na foldery reklamowe. Ale pomysł wylądował w szufladzie na długie lata. Teraz idea sprzed dekady powróciła, w podobnej, ale jednak zupełnie innej formie. Po prostu, przez ten czas wydarzyły się rzeczy, które zmieniły i mnie, i odmłodziły nasz biznes.

Mój tata, Wojciech Kruk, przejął po swoim ojcu mały zakład złotniczy. W latach 90. XX w. rozwinął go do sieci salonów w całej Polsce. Żeby to zrobić, najpierw w 1993 roku doprowadził do objęcia 49% udziałów przez amerykański fundusz Enterprise Inwestors, a za pozyskane środki kupili razem dużą fabrykę biżuterii i sieć sklepów z luksusową modą damską Deni Cler. W 2002 roku firma weszła na giełdę i udziały naszej rodziny spadły do 28%. Spółka rozwijała się świetnie. W 2008 roku Vistula ogłosiła wezwanie na skup 66% akcji, czyli chciała dokonać wrogiego przejęcia. Tata zdał sobie sprawę, że w tym towarzystwie niewiele będzie miał do powiedzenia i postanowił sprzedać nasze akcje. Nastąpił potem spektakularny zwrot akcji - wykorzystując fakt, że ceny akcji Vistuli zaczęły spadać, tata zaczął je skupować. Wspólnie z panem Mazgajem, który już wtedy był jej akcjonariuszem, doprowadzili do odwołania zarządu, który dokonał wrogiego przejęcia. Wydawało się nam, że sytuacja została uratowana i wszystko wróciło na właściwe tory. Okazało się jednak, że przed nami kolejny zakręt. Współpraca taty z panem Mazgajem nie układała się i rola naszej rodziny była coraz bardziej marginalizowana. W końcu, nie chcąc firmować naszym nazwiskiem różnych decyzji, z którymi się nie zgadzaliśmy, tata zrezygnował z prac w radzie nadzorczej, a zarząd Vistuli zaczął kolejno zwalniać wszystkich członków naszej rodziny i osoby z nami związane. Ostatnim krokiem było przeniesienie firmy do Krakowa, a co za tym idzie, zwolnienie wszystkich osób, które z nami przez lata budowały W. Kruka. Tak w skrócie można przedstawić historię, która spowodowała, że wrogie przejęcie firmy rodziców wywołało wstrząs w moim życiu.

Jestem przekonana, że gdyby nie tamte zdarzenia, nigdy w życiu nie zajmowałabym się biżuterią. Najprawdopodobniej mieszkałabym w Barcelonie z moim mężem Tonim, pracując jako grafik i projektant. Jeszcze podczas obrony pracy dyplomowej w Polsce padały pytania, czy pochodząc z rodziny Kruków będę projektować biżuterię. I ja z pełnym przekonaniem wszystkim odpowiadałam, że nie, nigdy. Ale życie jest pełne niespodzianek - minęło kilka lat i mamy teraz markę biżuterii z 10 butikami w całej Polsce z moim imieniem na szyldzie, plus perspektywy rozwoju za granicą.

Jak to się stało? Dorastałam w domu, w którym o firmie słyszy się non stop, gdzie historia biznesu pradziadka i prababci mieszała się ze współczesnymi realiami. Rodzice kładli duży nacisk na takie wartości, jak szacunek dla każdego człowieka, skromność, praca. Zdecydowanie bardziej pozytywizm niż glamour. Moje dzieciństwo naznaczyły też trzy kadencje taty w senacie. Co z tego pamiętam? Że tata mało był w domu, że były sesje zdjęciowe, wywiady i musiałam pozować przed sztalugami z moimi rysunkami, bo "córka jest artystką". Mnie to drażniło i zniechęcało do wszystkiego, co związane z oficjalnością - polityką i biznesem. Bliższy temu był mój brat, chociażby ze względu na wiek; jest starszy ode mnie. Zaczął też pracować w W. Kruk jako spodziewany następca Wojciecha seniora.

Kiedy zdał sobie sprawę, że w firmie sprawy idą w nie najlepszym kierunku, wyruszył w świat. Przez ponad rok pracował w Omedze w Szwajcarii, po parę miesięcy w Japonii i Hiszpanii, a największą przygodę przeżył w Chinach. Musiał tam zbudować firmę, zatrudnić kilkanaście osób. Zdobył ogromne doświadczenie, które teraz nam procentuje. Myślę, że każdy musi przejść próbę zetknięcia się z rzeczywistością. My chcieliśmy być przez chwilę anonimowi, bez historii rodziny w tle, dlatego wyjechaliśmy za granicę.

Świadomość, że tracimy wszystko, całe rodzinne dziedzictwo potęgowało zachowanie nowego właściciela. Zabrakło mu trochę kurtuazji związanej z przejęciem majątku marki o takiej historii. Teraz W. Kruk jest po prostu jedną z wielu pustych marek w portfelu dużej korporacji, co najlepiej można było zaobserwować na obchodach jubileuszu 175 lat istnienia (w 2015 roku). W materiałach dotyczących historii marki ani razu nie padło nazwisko Kruk, nie pokazano żadnych twarzy. Jedyny przekaz wizualny wyglądał niezwykle skromnie - pudełko ze wstążką. To bardzo symboliczne, bo wiadomo, że pudełko i wstążka nigdy nie wzbudzą takich emocji, jak człowiek i jego osobowość. Wydaje mi się, że postępowanie to wynikało ze strachu przed możliwością oskarżeń o kradzież naszej rodzinnej historii. Ale i dla mnie samej sytuacja z jubileuszem jest dość skomplikowana. Może jednak prościej byłoby, gdyby na uroczystość otwarcia obchodów zaprosić naszą rodzinę w całości? Ale czy ja chciałabym tam być? Nie wiem.

Czy można mieć pretensje do wolnego rynku, że sprawy potoczyły się w ten sposób? Czytam w internecie takie teksty o nas: "Nie zmogły ich czasy okupacji, nie zmógł PRL. Dopiero wolny rynek doprowadził do tego, że W. Kruk został przejęty. Stracili rodzinną firmę!". Nasza rodzinna tradycja liczy prawie 200 lat i miała niejeden zakręt na drodze. Jeśli już mówić o utracie firmy - to traciliśmy ją trzy razy. Najpierw dziadek Henryk w trakcie II wojny światowej, potem znów, w czasach PRL. Jak widać, za każdym razem umiemy się podnieść. Poza tym, my wciąż jesteśmy akcjonariuszami Vistuli, czyli W. Kruka. Dlatego zakładając nową firmę, nie chcieliśmy tworzyć marki konkurencyjnej dla W. Kruka, bo nadal dobrze tej firmie życzymy. Natomiast całe zaangażowanie osobiste i zawodowe, ta autentyczność, którą wnosili moi rodzice do biznesu i którą my, młodzi, potencjalnie moglibyśmy tam wnieść przez kolejne lata, to wszystko przeniosło się teraz z nami do "ANI KRUK.

Komentarz Pawła Oksanowicza: Marka biżuterii "ANIA KRUK powstała w wyniku wrogiego przejęcia przedsiębiorstwa należącego do rodziny najstarszych polskich jubilerów, przez spółkę giełdową Wólczanka - Vistula. Jej twarzą i projektantką została najmłodsza w rodzinie Ania - absolwentka poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego, na kierunku projektowania. Stroną menedżerską zajął się Wojciech Kruk, junior. Wojciech Kruk senior jest doradcą biznesowym, aniołem stróżem i wciąż aktywną osobą na rynku kapitałowym.

Ta dość dramatyczna w przebiegu historia kapitału i rodziny Kruków pozwoliła jej przenieść się w nowoczesność z nową marką, nowymi produktami, rozwijać biznes nie tylko w Polsce, w internecie, ale także za granicą. Na oficjalnej stronie internetowej rodzeństwo Kruków pisze: "Prawie 200 lat rodzinnej tradycji splata się z energią i świeżością młodego pokolenia. Opieramy się na kontrastach: luksus i bliskość, luz i elegancja, tradycja i młodość". "ANIA KRUK balansuje między światem mody a delikatnymi wzorami do noszenia na co dzień. Trzy cechy, które definiują ten styl, to lekkość, prostota, niewymuszona elegancja. Należy dodać, że w poszukiwaniu nowej twarzy marki "ANIA KRUK decydujące znaczenie miała osobowość młodej kobiety, o wyraźnie antycelebryckim nastawieniu. Marka przyjęła jej imię i nazwisko nie dlatego, że Ania powinna być rozpoznawana przez ludzi. Ale dlatego, że wywodziła się z historii firmy i rodziny. Po prostu, Anią Kruk powodowała chęć uratowania jubilerskiej tradycji, chociaż wcale na to się nie zapowiadało. I też odżegnuje się od nobliwości, jaką droga biżuteria i zegarki zapisały się w pamięci rynku. Ania Kruk sprzedaje biżuterię naszych czasów, która szybko się nosi, szybko nudzi i wymaga ciągłych zmian.