Miłość własna. O głębokiej i szczerej samoakceptacji - Walter Riso

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (27,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Miłość do samego sie­bie two­rzy barierę chro­niącą przed cier­pie­niem psy­chicz­nym. Nie tylko służy nam za punkt odnie­sie­nia, dzięki któ­remu potra­fimy kochać innych ludzi ("Miłuj bliź­niego swego jak sie­bie samego"), lecz rów­nież zdaje się sta­no­wić czyn­nik zapo­bie­ga­jący wystą­pie­niu zabu­rzeń psy­chicz­nych, a także sprzyja dobro­sta­nowi i popra­wie jako­ści życia.

Wzmoc­nie­nie samo­oceny i poko­cha­nie klu­czo­wych aspek­tów swo­jej oso­bo­wo­ści powinno być pierw­szym kro­kiem na dro­dze roz­woju ducho­wego oraz dosko­na­le­nia oso­bi­stego. Nie mam tu jed­nak na myśli ciem­nej strony poczu­cia wła­snej war­to­ści: zapa­trze­nia w sie­bie, postrze­ga­nia sie­bie jako kogoś wyjąt­ko­wego, szcze­gól­nego i lep­szego od innych. Mówię nie o śle­pym i nie­po­ha­mo­wa­nym samo­uwiel­bie­niu (ego­ty­zmie), lecz o szcze­rej umie­jęt­no­ści uzna­nia swo­ich moc­nych stron i zalet, roz­wi­ja­nia ich na prze­strzeni życia oraz dzie­le­nia się nimi ze świa­tem w sku­teczny, a zara­zem pełen wyczu­cia spo­sób. Miłość wła­sna przy jed­no­cze­snej pogar­dzie dla innych ludzi lub braku zain­te­re­so­wa­nia nimi to czy­sta aro­gan­cja, a miłość do innych połą­czona z nie­chę­cią do samego sie­bie to brak poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Prak­ty­ko­wać miłość wła­sną zna­czy tyle, co szcze­rze kochać i cenić sie­bie samego. Ozna­cza to trwa­nie w swoim ist­nie­niu (cona­tus), jak to opi­sy­wał Spi­noza, aby bro­nić wła­snego ja i wydo­by­wać z niego to, co naj­lep­sze. Kochać sie­bie ozna­cza rów­nież roz­wi­jać swój instynkt samo­za­cho­waw­czy, jak gło­sili sto­icy, oraz dążyć do naj­więk­szej moż­li­wej, zdro­wej przy­jem­no­ści, co postu­lo­wał Epi­kur. Jeżeli kochasz sie­bie, masz poczu­cie, że zasłu­gu­jesz na wszystko, co naj­lep­sze, sza­nu­jesz się i dajesz sobie prawo, by samo to, że ist­nie­jesz, sta­no­wiło dla cie­bie wystar­cza­jący powód do szczę­ścia.

Miłość ma swój począ­tek w domu. To tam po raz pierw­szy czu­jesz się kochany i wła­śnie na pod­sta­wie swo­ich wcze­snych doświad­czeń uczysz się kochać życie lub go nie­na­wi­dzić. Jak mógł­byś się otwo­rzyć na miłość ludzi, któ­rzy cię ota­czają, jeżeli nie zaak­cep­to­wał­byś sie­bie, gar­dził­byś sobą lub gdyby wła­sne ist­nie­nie było dla cie­bie powo­dem do wstydu? Pewien pogrą­żony w depre­sji pacjent wyznał mi: "Przy­kro mi, ale... wsty­dzę się tego, że żyję". Czy można wyobra­zić sobie więk­szy kry­zys egzy­sten­cji? Nie ata­ku­jesz ani nie odsu­wasz od sie­bie osób, które kochasz, i tak samo powi­nie­neś trak­to­wać samego sie­bie. Bądź swoim przy­ja­cie­lem -?to pierw­szy krok na dro­dze do zdro­wej samo­oceny. Kochać zna­czy dostrze­gać w dru­gim czło­wieku wszystko, co dobre, i cie­szyć się tym. Cier­pie­nie kocha­nej osoby nas boli, a jej radość nas cie­szy; w przy­padku miło­ści wła­snej wystę­puje podobny mecha­nizm. Jeżeli nie umiesz sobie prze­ba­czać, źle się czu­jesz sam ze sobą, lek­ce­wa­żysz i nie zno­sisz samego sie­bie, zna­czy to, że sie­bie nie kochasz! Nie­kiedy ktoś mnie pyta, czy to moż­liwe, by sie­bie nie­na­wi­dzić, a ja bez waha­nia odpo­wia­dam: "Oczy­wi­ście, i to jak mocno!". Bywa, że ktoś nie­na­wi­dzi sie­bie do tego stop­nia, że nie tylko chce znik­nąć z powierzchni ziemi, ale wręcz podej­muje dzia­ła­nia mające na celu urzeczywist­nie­nie tego pra­gnie­nia.

Nie­jed­no­krot­nie nurzamy się w bólu, który sami sobie zada­li­śmy. Sły­sza­łem histo­rię o pew­nej podró­żu­ją­cej pocią­giem kobie­cie, która o trze­ciej w nocy, gdy więk­szość pasa­że­rów spała, zaczęła żalić się na cały głos: "O Boże, ależ mi się chce pić! Boże, jak mi się chce pić!". Powta­rzała te słowa raz za razem. Te upo­rczywe narze­ka­nia obu­dziły wielu pasa­że­rów, aż wresz­cie męż­czy­zna, który sie­dział naj­bli­żej, przy­niósł jej dwie szklanki wody. "Pro­szę się napić. Zaspo­koi pani pra­gnie­nie i wszy­scy będziemy mogli pójść spać". Kobieta się napiła, a ludzie zaczęli ponow­nie ukła­dać się do snu. Wyda­wało się, że sytu­acja została opa­no­wana, ale po kilku minu­tach ponow­nie dał się sły­szeć głos: "O Boże, ależ mi się chciało pić! Boże, jak mi się chciało pić!". Od dziecka nie­świa­do­mie wymie­rzamy sobie psy­chiczne kary i przy­zwy­cza­jamy się do tego, jakby był to nor­malny, a wręcz pożą­dany ele­ment naszego życia. Pła­wimy się w cier­pie­niu lub po pro­stu godzimy się na nie. Nie­kiedy zacho­wu­jemy się tak, jakby to samo­bi­czo­wa­nie było cnotą, ponie­waż "kształ­tuje cha­rak­ter". Choć nie ulega wąt­pli­wo­ści, że nie­kiedy osią­ga­nie celów życio­wych wymaga od nas pew­nej dozy wysiłku, czym innym jest kon­struk­tywna samo­kry­tyka, a czym innym okrutne samo­oskar­ża­nie, które wbija nas w zie­mię i nie pozwala nam nawet pod­nieść głowy. Należy odróż­nić akcep­ta­cję potrzeb­nego i koniecz­nego cier­pie­nia od przy­wyk­nię­cia do bólu, na który w maso­chi­stycz­nym odru­chu sami sie­bie ska­zu­jemy w imię "oczysz­cze­nia się z grze­chu" lub po to, by "stać się god­nymi czy­jejś miło­ści".

Odkry­cia w dzie­dzi­nie psy­cho­lo­gii poznaw­czej poczy­nione w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat wska­zują wyraź­nie na bez­po­średni zwią­zek pomię­dzy nega­tyw­nym obra­zem sie­bie a roz­ma­itymi pro­ble­mami psy­chicz­nymi takimi jak fobie, depre­sja, stres, ner­wo­wość, trud­no­ści w kon­tak­tach mię­dzy­ludz­kich, w tym w rela­cji z part­ne­rem, objawy psy­cho­so­ma­tyczne, słabe wyniki w nauce i w pracy, nad­uży­wa­nie sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych, znie­kształ­cony obraz wła­snego ciała, kło­poty z regu­lo­wa­niem emo­cji i wiele innych. Spe­cja­li­ści są zgodni: jeżeli mamy zani­żoną samo­ocenę, jakość naszego życia się obniża, jeste­śmy z niego mniej zado­wo­leni i mamy pod­wyż­szony poziom lęku.

Ta książka jest adre­so­wana do osób, które nie kochają samych sie­bie w wystar­cza­ją­cym stop­niu, żyją spę­tane koko­nem wła­snych wygó­ro­wa­nych stan­dar­dów i nie czują wobec sie­bie sza­cunku. Kie­ruję ją rów­nież do tych czy­tel­ni­ków, któ­rzy nie­gdyś potra­fili kochać samych sie­bie, ale zatra­cili tę umie­jęt­ność wśród tru­dów codzien­no­ści lub z powodu cią­głej walki o to, by zwią­zać koniec z koń­cem. Takie osoby odsu­wają sie­bie na bok, jakby cho­dziło o przed­miot jed­no­ra­zo­wego użytku. Prze­sła­nie tej książki jest zara­zem pro­ste i skom­pli­ko­wane. Zako­chaj się w sobie; bądź odważny; zacznij romans z samym sobą, z "nie­za­wod­nym ja", dzięki któ­remu każ­dego dnia będziesz coraz szczę­śliw­szy i bar­dziej odporny na prze­ciw­no­ści losu, z któ­rymi codzien­nie się mie­rzysz.

Zakochaj się w sobie

Miłość do samego sie­bie to być może naj­waż­niej­szy czyn­nik umoż­li­wia­jący prze­trwa­nie w zło­żo­nym świe­cie, któ­remu coraz trud­niej jest sta­wiać czoła. Mimo to, co cie­kawe, znaczna część spo­łecz­nego ucze­nia się ma zwią­zek z wymie­rza­niem kar lub umniej­sza­niem roli poczu­cia wła­snej war­to­ści, praw­do­po­dob­nie po to, aby uchro­nić dziecko przed popad­nię­ciem w próż­ność. Jeżeli sam sobie pogra­tu­lu­jesz i prze­ślesz buziaka, to osoby w twoim oto­cze­niu (włącz­nie z dyżur­nym psy­cho­lo­giem) uznają zapewne twoje zacho­wa­nie za absur­dalne, nar­cy­styczne lub osten­ta­cyjne. Wyra­ża­nie uzna­nia dla samego sie­bie lub duma z wła­snych osią­gnięć czę­sto są nie­zbyt dobrze widziane. Duże zado­wo­le­nie z sie­bie i świata może wręcz, zgod­nie z uzna­nymi kla­sy­fi­ka­cjami zabu­rzeń psy­chicz­nych, zostać zdia­gno­zo­wane jako epi­zod hipo­ma­nii. Jeśli zbyt długo zaj­mu­jesz się sobą, doga­dzasz sobie lub się chwa­lisz, nie­chyb­nie sły­szysz: "Oj, uwa­żaj, żeby nie popaść w pychę!", "Czy nie prze­sa­dzasz z tym samozado­wo­le­niem?". Jest to w pew­nym sen­sie zro­zu­miałe, jeśli weź­mie się pod uwagę szkody, do któ­rych może dopro­wa­dzić wybu­jałe, prze­ro­śnięte ego. Jed­nak czym innym jest zadu­fa­nie w sobie (czyli pycha), ego­izm (ozię­błość i nie­zdol­ność do poko­cha­nia dru­giej osoby) lub ego­cen­tryzm (brak umie­jęt­no­ści przy­ję­cia odmien­nych punk­tów widze­nia), a czym innym zdol­ność do szcze­rej i głę­bo­kiej samo­ak­cep­ta­cji bez popa­da­nia w pre­ten­sjo­nal­ność czy robie­nia wokół sie­bie nad­mier­nego szumu. Skrom­ność ozna­cza świa­do­mość wła­snych bra­ków, jed­nak w żad­nej mie­rze nie wiąże się z nie­do­strze­ga­niem wła­snej war­to­ści.

Trudno odmó­wić słusz­no­ści stwier­dze­niu: "Kochaj sie­bie, ale nie do prze­sady" -?czyli nie w spo­sób nie­pro­por­cjo­nalny lub bez­ro­zumny (aby nie zatra­cić się bez­pow­rot­nie w wygó­ro­wa­nym wyobra­że­niu na swój temat). Jest to ostrze­że­nie przed ciemną stroną poczu­cia war­to­ści. Ważne jed­nak, by nie prze­sa­dzać także w drugą stronę i mieć świa­do­mość, że twoja miłość do samego sie­bie, pozba­wiona nad­mier­nej nie­pew­no­ści czy irra­cjo­nal­nych obaw, może cię wes­przeć w sytu­acjach, w któ­rych ktoś pod­waża czy ata­kuje twoją war­tość, i pozwo­lić ci iść dalej z pod­nie­sioną głową.

Ten­den­cja do ukry­wa­nia i/lub umniej­sza­nia wła­snych zasług oraz moc­nych stron powo­duje wię­cej szkody niż pożytku. Jeżeli za bar­dzo weź­miesz sobie do serca ostrze­że­nie, aby nie kochać sie­bie zbyt mocno, może to się prze­ro­dzić w nie­zdrowy rodzaj miło­ści wła­snej. To prawda, że nie ma potrzeby wykrzy­ki­wać na cały głos ani roz­pi­sy­wać się w mediach, jacy jeste­śmy wspa­niali, jed­nak wypie­ra­nie, nego­wa­nie albo kwe­stio­no­wa­nie swo­ich zalet może mieć emo­cjo­nal­nie szko­dliwe skutki. Usilne próby obrony przed nie­po­skrom­nio­nym ego­izmem nie­kiedy koń­czą się odbie­ra­niem sobie prawa do jakiej­kol­wiek miło­ści do sie­bie. Nie­któ­rzy tak bar­dzo oba­wiają się, że wyjdą na zaro­zu­mia­łych, że zaczy­nają wsty­dzić się tego, kim są. Przy­po­mina to sytu­ację, w któ­rej ktoś popada w skąp­stwo, aby unik­nąć roz­rzut­no­ści. Jeżeli czu­jesz się źle, doma­ga­jąc się respek­to­wa­nia swo­ich praw, lub po pro­stu je igno­ru­jesz albo uwa­żasz, że ci nie przy­słu­gują, być może brak ci sza­cunku do samego sie­bie.

W miarę dora­sta­nia czę­sto budzi się w nas zasta­na­wia­jący brak sza­cunku do sie­bie. Na zawsze zosta­wiamy wów­czas za sobą rado­sny okres dzie­ciń­stwa, kiedy cały świat zda­wał się krę­cić wokół nas, a my spę­dza­li­śmy czas na bez­tro­skiej zaba­wie. Wtedy wszystko wyda­wało się przy­jemne i cie­kawe, a my sami sobie wystar­cza­li­śmy do szczę­ścia, kreu­jąc wła­sne, nie­skoń­czone światy (to oczy­wi­ste, że prze­trwa­nie zapew­nia dziecku nie ten­den­cja do wymie­rza­nia sobie kar, lecz upodo­ba­nie do zabawy). Jed­nak wszystko, co dobre, kie­dyś musi się skoń­czyć - wcho­dząc w doro­słość, zosta­wiamy więc za sobą ten cudowny, krę­cący się wokół nas świat (gdyż żadne spo­łe­czeń­stwo nie prze­trwa­łoby, gdyby ludzie prze­ja­wiali taki sto­pień ego­cen­try­zmu). Zaczy­namy kie­ro­wać wię­cej uwagi na zewnątrz niż do środka i nie­chęt­nie godzimy się z tym, że miłość do innych jest waż­niej­sza, cen­niej­sza i bar­dziej godna pochwały niż wła­sna.

Wnio­ski z naj­now­szych badań psy­cho­lo­gicz­nych powinny dać nam do myśle­nia: nie uczymy naszych dzieci, jak cenić sie­bie, a w każ­dym razie nie robimy tego w rów­nie sys­te­ma­tyczny i zor­ga­ni­zo­wany spo­sób jak w przy­padku innych umie­jęt­no­ści. Od małego poka­zuje się nam, jak dbać o ciało: myć zęby, kąpać się, obci­nać paznok­cie, jeść, korzy­stać z toa­lety, ubie­rać się i tak dalej. Co jed­nak z dba­ło­ścią o higienę psy­chiczną? Czy poświę­camy tej kwe­stii wystar­cza­jącą uwagę? Czy sto­su­jemy w prak­tyce nabyte umie­jęt­no­ści? Czy dostrze­gamy wagę miło­ści wła­snej?

Cztery filary samooceny

Samo­ocena nie jest dzie­dzi­czona ani zde­ter­mi­no­wana gene­tycz­nie, lecz wyuczona. Ludzki mózg ma zdol­ność prze­twa­rza­nia wła­ści­wie nie­skoń­czo­nej liczby danych. Wszyst­kie inte­rak­cje spo­łeczne, w jakie wcho­dzimy na prze­strzeni życia, sta­no­wią dla nas źró­dło infor­ma­cji, które zostają następ­nie zma­ga­zy­no­wane w pamięci pod posta­cią sche­ma­tów i prze­ko­nań. W ten spo­sób budu­jemy wewnętrzne modele obiek­tów oraz przy­pi­su­jemy zna­cze­nia sło­wom, sytu­acjom, zacho­wa­niom ludzi, aktyw­no­ściom spo­łecz­nym i wielu innym kwe­stiom. Ten -?zafał­szo­wany lub nie -?obraz świata wyko­rzy­stu­jemy, by prze­wi­dy­wać, co się wyda­rzy, i zawczasu się na to przy­go­to­wy­wać. Przy­szłość jest zapi­sana w prze­szło­ści.

Kon­takty z ludźmi z naj­bliż­szego oto­cze­nia i kręgu spo­łecz­nego (przy­ja­ciółmi, rodzi­cami, nauczy­cie­lami) to fun­da­ment, na któ­rym budu­jesz swój obraz świata i zgod­nie z któ­rym postę­pu­jesz. W pod­sta­wie tych rela­cji powstaje rów­nież twój obraz sie­bie. Porażki i suk­cesy, lęki i sła­bo­ści, odczu­cia fizyczne, miłe i nie­przy­jemne doświad­cze­nia, stra­te­gie radze­nia sobie z pro­ble­mami, to, o czym ludzie ci mówią, i to, o czym mil­czą, kary i nagrody, miłość i porzu­ce­nia -?wszystko to składa się na twój wewnętrzny obraz sie­bie: twoje ja. Być może uwa­żasz, że jesteś piękny, zaradny, inte­re­su­jący i szla­chetny, albo wręcz prze­ciw­nie -?postrze­gasz się jako osobę brzydką, nie­za­radną, nudną, głu­pią i złą. Każda z tych zauwa­ża­nych przez cie­bie cech wynika z prze­szło­ści, w któ­rej two­rzy­łeś "teo­rię" na wła­sny temat, co z kolei wpły­wało na twoje przy­szłe zacho­wa­nie. Jeśli sądzisz, że jesteś nie­udacz­ni­kiem, ni­gdy nie będziesz nawet podej­mo­wał wysiłku, aby wygrać. Powiesz sobie: "Po co w ogóle się sta­rać, skoro i tak nie mam szans?", "To nie dla mnie" albo "Do niczego się nie nadaję".

Ludzie mają ten­den­cję raczej do szu­ka­nia potwier­dze­nia niż do kwe­stio­no­wa­nia zało­żeń, które przez lata pie­lę­gno­wali. Z natury jeste­śmy prze­ciwni zmia­nom i prze­ja­wiamy sztyw­ność myśle­nia, która powo­duje, że bywamy uparci i nie­wraż­liwi na nowe bodźce. Gdy jakiś sche­mat zako­rzeni się w naszej gło­wie, trudno nam go zmie­nić, choć nie jest to nie­moż­liwe. Jeżeli zatem wytwo­rzy­łeś nega­tywny obraz sie­bie, będzie ci on towa­rzy­szył przez resztę życia, o ile nie podej­miesz wysiłku, by go zmie­nić. Co wię­cej, nie­świa­do­mie będziesz robić wiele rze­czy, aby dowieść praw­dzi­wo­ści tych sche­matów, nawet jeżeli są one dla cie­bie nie­ko­rzystne (do tego stop­nia absur­dalne są nasze zacho­wa­nia). Jeżeli na przy­kład utrwa­li­łeś w sobie prze­świad­cze­nie o wła­snej bez­u­ży­tecz­no­ści, to oba­wia­jąc się pomyłki, będziesz popeł­niać coraz wię­cej błę­dów, potwier­dza­jąc tym samym pier­wotne zało­że­nie. Prze­ko­na­nie o wła­snej brzy­do­cie będzie cię pro­wa­dzić do uni­ka­nia kon­tak­tów z innymi i unie­moż­liwi ci nawią­za­nie rela­cji miło­snych czy sek­su­al­nych (nikt nie zwróci na cie­bie uwagi, jeżeli nie podej­miesz ryzyka). Jeśli żyjesz w prze­świad­cze­niu, że jesteś nie­udacz­ni­kiem, nie odwa­żysz się podej­mo­wać żad­nych wyzwań i wysta­wiać swo­ich umie­jęt­no­ści na próbę, co dopro­wa­dzi cię do wnio­sku, że suk­ces jest dla cie­bie nie­osią­galny. Nie stoi za tym żadna sekretna siła. W psy­cho­lo­gii poznaw­czej zja­wi­sko to nosi nazwę samo­speł­nia­ją­cej się prze­po­wiedni, a psy­cho­lo­go­wie spo­łeczni nazy­wają je efek­tem Pig­ma­liona. Postę­pu­jemy czę­sto w nie­ko­rzystny dla sie­bie spo­sób, o ile potwier­dza to nasze prze­ko­na­nia na wła­sny temat. Zmiana zacho­dzi dopiero wtedy, gdy rze­czy­wi­stość oka­zuje się prze­czyć naszym ocze­ki­wa­niom i nie możemy już dłu­żej nagi­nać infor­ma­cji i oszu­ki­wać samych sie­bie.

Zdrowa samo­ocena (czyli głę­boka miłość do samego sie­bie) ma wiele zalet. Pozwoli ci mię­dzy innymi:

Wzmoc­nić pozy­tywne emo­cje. Mniej będzie w twoim życiu nie­po­koju, smutku i przy­gnę­bie­nia, a wię­cej rado­ści oraz ener­gii i chęci cią­głego samo­do­sko­na­le­nia. Osią­gać lep­sze wyniki w podej­mo­wa­nych zada­niach. Nie będziesz łatwo dawać za wygraną, będziesz usil­nie dążyć do celu w poczu­ciu sku­tecz­no­ści i zarad­no­ści. Nawią­zy­wać bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące rela­cje. Prze­sta­niesz odczu­wać uciąż­liwy lęk przed ośmie­sze­niem oraz wyzbę­dziesz się potrzeby apro­baty, ponie­waż naj­waż­niej­sze będzie dla cie­bie twoje zda­nie na swój temat. Nie zna­czy to, że inni ludzie prze­staną cię inte­re­so­wać, a jedy­nie to, że nie będziesz już zależny od ich pokla­sku i zewnętrz­nych wzmoc­nień oraz nauczysz się bar­dziej obiek­tyw­nie przyj­mo­wać kry­tykę. W pełni cie­szyć się miło­ścią part­ner­ską i przy­jaź­nią. Będziesz mniej zależny od bli­skich osób i nawią­żesz z nimi bar­dziej zrów­no­wa­żoną, inte­li­gentną więź, pozba­wioną cią­głego stra­chu przed porzu­ce­niem. Zwięk­szyć wła­sną nie­za­leż­ność i samo­dziel­ność. Poczu­jesz się swo­bod­niej i bar­dziej pew­nie, gdy zaczniesz samo­dziel­nie podej­mo­wać decy­zje i kie­ro­wać swoim życiem.

Poni­żej przed­sta­wiam cztery, naj­waż­niej­sze moim zda­niem, filary samo­oceny. Choć w prak­tyce kate­go­rie te czę­sto się prze­ni­kają, to na potrzeby książki roz­dzie­lam je, aby dokład­nie prze­ana­li­zo­wać każdą z nich:

prze­ko­na­nia na wła­sny temat (co myślisz o sobie samym); obraz wła­snej osoby (jak oce­niasz swój wygląd); samo­na­gra­dza­nie (jak nagra­dzasz swoje pozy­tywne zacho­wa­nia); poczu­cie wła­snej sku­tecz­no­ści (jak duże zaufa­nie masz do samego sie­bie).

Jeżeli mię­dzy tymi czyn­ni­kami panuje rów­no­waga, sta­no­wią one pod­stawę sta­bil­nego i zdro­wego poczu­cia ja. Jeżeli jed­nak rów­no­waga jest zachwiana, zmie­niają się w czte­rech jeźdź­ców Apo­ka­lipsy... Wystar­czy, że wyka­zu­jesz braki w któ­rym­kol­wiek z tych aspek­tów, a twoja samo­ocena staje się słaba i nie­sta­bilna. Co wię­cej, jeżeli choćby jeden z jeźdź­ców wymknie się spod kon­troli, trzej pozo­stali szybko pójdą w jego ślady, niczym nie­okieł­znane stadko.

Zdrowa i dobrze ugrun­to­wana miłość wła­sna wywo­dzi się z jed­nej, pod­sta­wo­wej zasady: "Zasłu­guję na wszystko, dzięki czemu będę mógł się roz­wi­jać i co sprawi, że będę szczę­śliwy". Z-a-s-ł-u-g-u-j-ę: wła­śnie tak! Roz­sma­kuj się w tym sło­wie, litera po lite­rze. Nawet jeżeli wydaje ci się, że jest ina­czej, nie zasłu­gu­jesz na cier­pie­nie. Dla­tego sta­ra­jąc się go uni­kać, oka­zu­jesz sza­cu­nek samemu sobie. Ni­gdy nie osią­gniesz pełni szczę­ścia, jeśli nie będziesz sza­no­wać sie­bie i nie docho­wasz wier­no­ści wła­snemu ja oraz drze­mią­cym w tobie moż­li­wo­ściom.

W następ­nych roz­dzia­łach przyj­rzymy się dokład­niej każ­dej z czę­ści skła­do­wych samo­oceny oraz zasta­no­wimy się, jak je wzmac­niać i pod­trzy­my­wać.

Ku pozytywnym przekonaniom na własny temat

Miej odwagę się mylić.

Hegel

Więk­szość z nas przez całe życie cho­dzi z nie­wi­dzialną pętlą na szyi, zaci­ska­jącą się bole­śnie za każ­dym razem, gdy zbo­czymy z obra­nej drogi lub nie zdo­łamy osią­gnąć celów, które sobie wyzna­czy­li­śmy. Osoby, które nie kochają samych sie­bie, mają ten­den­cję do obwi­nia­nia się o wszystko, co zro­bią źle. Jeżeli nato­miast coś im się uda, pod­wa­żają wła­sne zasługi. Gdy poniosą porażkę, mówią: "To przeze mnie", a gdy w jakiejś sfe­rze odniosą suk­ces, stwier­dzają: "Po pro­stu mia­łem szczę­ście". Taki auto­sa­bo­taż jest czę­sto w naszej kul­tu­rze glo­ry­fi­ko­wany, co wywiera na nas nega­tywny wpływ i spra­wia, że czu­jemy się bar­dziej odpo­wie­dzialni za to, co złe, niż za to, co dobre. Taka suro­wość wobec sie­bie nikomu nie służy.

Twoje prze­ko­na­nia na wła­sny temat odno­szą się do tego, co sam o sobie myślisz i jak się postrze­gasz -?tak jakby doty­czyło to innej osoby. I, co jest logiczne, ten obraz sie­bie znaj­duje odzwier­cie­dle­nie w tym, jak sam sie­bie trak­tu­jesz: co do sie­bie mówisz, czego od sie­bie wyma­gasz i w jaki spo­sób to robisz. Możesz się pod­bu­do­wy­wać i dbać o sie­bie lub kry­ty­ko­wać się i nie widzieć w swoim zacho­wa­niu niczego dobrego. Możesz też wyzna­czać sobie nie­osią­galne cele, a następ­nie wyrzu­cać sobie, że ponio­słeś porażkę w ich reali­za­cji. Choć wydaje się to zupeł­nie nie­do­rzeczne, wiele osób trak­tuje sie­bie wła­śnie w taki spo­sób. Jeste­śmy ofia­rami swo­ich decy­zji: każdy z nas doko­nuje wyboru, czy będzie sie­bie kochał czy nie. Nie zawsze jeste­śmy jed­nak świa­domi tego, jaką sami sobie wyrzą­dzamy krzywdę. Musimy oczy­wi­ście nauczyć się radzić sobie z oto­cze­niem i codzien­nymi trud­no­ściami, jed­nak nie mniej ważna jest umie­jęt­ność radze­nia sobie ze sobą: wróg nie zawsze znaj­duje się na zewnątrz.

Szkodliwa samokrytyka

Samo­kry­tyka jest potrzebna i pro­duk­tywna, jeżeli sto­suje się ją z roz­wagą i mając na celu ucze­nie się i wła­sny roz­wój. Na krótką metę może wspo­móc wdra­ża­nie nowych zacho­wań i kory­go­wa­nie błę­dów. Jeżeli jed­nak jest nie­prze­my­ślana i okrutna, wywo­łuje jedy­nie stres i wpływa nega­tyw­nie na nasz obraz sie­bie. Jeżeli wyko­rzy­stu­jesz ją w nie­wła­ściwy spo­sób, może się oka­zać, że nie­za­leż­nie od tego, co zro­bisz, i tak zawsze będziesz myślał o sobie źle. Zda­rzało mi się spo­tkać ludzi, któ­rym "nie pasuje to, jacy są", któ­rzy nie akcep­tują sie­bie i cał­ko­wi­cie się odrzu­cają ("Chciał­bym być wyż­szy, ład­niej­szy, bar­dziej inte­li­gentny, bar­dziej ponętny, bar­dziej sku­teczny...". Ta lista może się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność). Tacy ludzie bez­u­stan­nie porów­nują się z oso­bami, które są od nich lep­sze lub pod jakimś wzglę­dem ich prze­wyż­szają. Możesz od nich czę­sto usły­szeć: "Nie wytrzy­muję już z samym sobą!" albo "Jestem cho­dzącą porażką!". Powie­dze­nie "Lepiej być samemu niż w złym towa­rzy­stwie" w ich wyda­niu brzmi: "Lepiej być w złym towa­rzy­stwie niż samemu". Gdy pora­dzi­łem pew­nej dziew­czy­nie, żeby poob­ser­wo­wała tro­chę samą sie­bie, by się lepiej poznać, dostała ataku paniki: "Sie­bie? Prze­cież ja ze sobą nie jestem w sta­nie wytrzy­mać nawet przez minutę! Jestem naj­nud­niej­szą i naj­mniej inte­re­su­jącą osobą na świe­cie!". Wizja zmie­rze­nia się z samot­no­ścią wzbu­dziła w niej praw­dziwe prze­ra­że­nie, ponie­waż nie potra­fiła sta­nąć twa­rzą w twarz ze swoim praw­dzi­wym ja.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki