Jakuck - w gorącej stolicy Republiki Sacha
Wyjazd na Daleki Wschód Rosji to jedyna w swoim rodzaju podróż. Z pozoru jest to kolejna data w kalendarzu, jakich wiele, jeżeli podróżujemy po świecie. Początkowo wydaje się, że wystarczy zarezerwować bilety, wsiąść do samolotu i wyruszyć w odległe strony. Etap swobodnego traktowania wyjazdu kończy się już w momencie, gdy rozpoczyna się realna, a nie jedynie koncepcyjna praca nad przygotowaniem wyprawy. Decyzja zapada szybko, ale równie szybko się okazuje, że w miejsce zwykłej daty w kalendarzu pojawia się data przez bardzo duże "D" i dodatkowo jej nadejście poprzedza bardzo długi okres strategicznego planowania wyjazdu. Może krótszy w porównaniu z przygotowaniami w okresie zimowym, niemniej jednak także lato na Syberii jest czasem wymagającym wytężonego wysiłku organizacyjnego. Odległości do pokonania są większe, co wydłuża etap planowania. Planowanie musi uwzględnić liczne punkty umieszczone w harmonogramie wyjazdu, jak i możliwe odpowiedzi na te problemy, których na początkowym etapie nie można było przewidzieć, a które nie tylko mogą się zdarzyć, lecz - zgodnie z prawami Murphy'ego - zapewne się pojawią. Jeszcze dłużej trwa rozwiązanie ważnych kwestii administracyjnych. Wyjazd na Syberię to nie tylko uzyskanie wizy i zgody na przekroczenie granicy naszego wschodniego sąsiada. To przede wszystkim kwestia otrzymania zaproszenia oraz urzędowych dokumentów ze zgodą na podróż w rejony arktyczne Federacji Rosyjskiej. W naszym wypadku uzyskanie wszelkich pozwoleń trwało kilka miesięcy, co jednak najważniejsze - zakończyło się pełnym sukcesem. Było to możliwe wyłącznie dzięki pomocy przyjaciół z Północno-Wschodniego Federalnego Uniwersytetu w Jakucku im. Maksima Kirowicza Ammosowa1.
Przygotowania do wyprawy warte są każdej minuty i każdej porcji włożonego w nie wysiłku, gdyż podróżników czekać mogą zaskakujące sytuacje i często tylko rozważne planowanie i skrupulatne pakowanie może ich wybawić z poważnych kłopotów. Prawdą jest stwierdzenie, że niemal każda chwila spędzona na Syberii przyprawia ciało o wibracje i tworzy kompozycję wyjątkowych doznań. Niewątpliwie jest to jedno z najwspanialszych miejsc do odwiedzenia na naszej pięknej Ziemi. Tyle tylko, że jednym z powodów, dla których Daleki Wschód Federacji Rosyjskiej jest tak niesamowity, jest jego autentyczna niedostępność. W gruncie rzeczy bez zaufanych i zaprzyjaźnionych osób na miejscu, na przykład w stolicy Republiki Sacha - Jakucku, podróżowanie gdzieś dalej niż nad brzeg Leny wyznaczający granice miasta jest jeśli nie niemożliwe, to na pewno niezwykle skomplikowane2. Wystarczy tylko dodać, że w 2017 roku liczba zagranicznych turystów w całej Jakucji wyniosła zaledwie siedemset dwie osoby, a przecież Republika Sacha jest kilkakrotnie większa od Polski3. Problem ten pojawi się w dalszej części książki, tu jedynie wskażę dwa najważniejsze elementy podróżniczej układanki, z których bez lokalnej pomocy trudno ułożyć rozsądny i wykonalny plan podróży w głąb Republiki Sacha.
Z punktu widzenia osoby trafiającej po raz pierwszy do Jakucji lub jeszcze dalej - na Kamczatkę czy Półwysep Czukocki - pojawiają się dwie podstawowe bariery. Pierwszą z nich jest kwestia organizacji transportu w celu dotarcia w zaplanowane miejsce, drugą - problem z zakwaterowaniem w miejscu, do którego pragnęliśmy dotrzeć.
W czasach istnienia Związku Radzieckiego odwiedzenie tego kraju w celach turystycznych było oczywiście bardzo trudne, jeśli jednak ktoś już się tam znalazł, to - paradoksalnie - miał większy wybór środków transportu w porównaniu z sytuacją, z którą mamy do czynienia współcześnie. Powszechne było bowiem dotowanie biletów lotniczych oraz finansowanie z państwowego budżetu nierentownych sieci połączeń, dzięki czemu ich siatka była znacznie bardziej rozbudowana niż obecnie. Dziś ceny biletów są bardzo wysokie, co zdecydowanie ogranicza liczbę osób korzystających z transportu, a w rezultacie połączenia krajowe ograniczone są przede wszystkim do największych ośrodków miejskich. A przecież jeżeli już udało nam się uzyskać wizę i wszelkie pozwolenia, przedostaliśmy się bez utrudnień przez granicę rosyjską i wylądowaliśmy w Jakucku, to nie po to, by spędzić ten czas, siedząc w hotelu i z jego okna oglądać bieg fal na wodach Leny. Jesteśmy tu po to, żeby zobaczyć właśnie to, co niedostępne - przyrodę i ludzi żyjących w takich warunkach, które przeciętnemu Europejczykowi stawiają brwi do pionu. I tu pojawia się pierwszy problem. Jak dojechać w te odcięte od świata miejsca, gdzie człowiek nie zaznaczył zbyt mocno swojej obecności? Dość łatwo jest sobie to wyobrazić i w myślach zaplanować, a nawet wirtualnie przygotować podróż po Republice Sacha, tymczasem w świecie realnym okazuje się, że jest to z praktycznych względów niemal niemożliwe.
Paradoksalnie - najlepszą porą do pokonywania dużych odległości po Dalekim Wschodzie Rosji jest zima. Choć w zasadzie słowo "najlepsza" nie jest tutaj na miejscu, biorąc pod uwagę temperatury spadające do minus sześćdziesięciu, a sporadycznie nawet do minus siedemdziesięciu stopni Celsjusza. Lecz niskie temperatury (może nie te ekstremalnie niskie) mają jedną podstawową zaletę: skuwają ziemię i wodę, tworząc zupełnie nową jakość infrastruktury transportowej w Jakucji. Śnieg i lód równomiernie pokrywający zamarznięty świat aż po horyzont wypełnia jednocześnie nierówności szosy, zwiększając komfort jazdy. Dodatkowo najważniejszym szlakiem transportowym stają się syberyjskie rzeki i jeziora. Taka droga jest płaska jak stół, śliska, jak tylko potrafi być tafla lodu, ale idealnie gładka. Jedzie się po niej jak po niemieckich autostradach.
Z kolei w okresie jesiennym i wiosennym często drogi są rozmyte ulewami i bardzo błotniste. Suchym latem można przemieszczać się bez większych problemów tam, gdzie znajdują się utwardzane drogi, pod tym wszakże warunkiem, że uda nam się znaleźć odpowiedni środek transportu. Oficjalny system transportu publicznego oczywiście istnieje. Są bardziej lub mniej oficjalne miejsca wsiadania i wysiadania z pojazdu, choć o klasycznych przystankach z ławeczką można zapomnieć. Poza Jakuckiem i innymi większymi miastami są to często miejsca umowne i niewidoczne dla cudzoziemców, ale w samym Jakucku dworzec autobusowy jest bardzo reprezentacyjny i dobrze zorganizowany. Także harmonogram odjazdów i przyjazdów jest w miarę możliwości przestrzegany. Tylko że trasy autobusów są, jak na odległości na Syberii, bardzo krótkie i w zdecydowanej większości wypadków zamykają się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od największych ośrodków miejskich.
Dłuższe trasy, liczące kilkaset, a nawet kilka tysięcy kilometrów, realizowane są systemem prywatnych taksówek, choć znowu słowo "taksówka" w europejskim wyobrażeniu nie odpowiada lokalnej rzeczywistości. Klasyczne taksówki realizują kursy w Jakucku i niczym się nie różnią od tych, które jeżdżą po Warszawie, Berlinie czy Brukseli. Z kolei te, z których korzysta miejscowa ludność do przemieszczania się między odległymi miejscowościami, to klasyczne marszrutki, jednak zamawiane przez telefon, a nie odjeżdżające z wyznaczonego punktu o określonej godzinie. Tu czas jest umowny i należy uzbroić się w cierpliwość, ponieważ kierowca odbiera poszczególnych pasażerów z każdego możliwego punktu na terenie miasta, a odwozi ich w dowolne wskazane miejsce na trasie przejazdu marszrutki. Jakuck jest średniej wielkości miastem na warunki europejskie, a jednocześnie największym miastem Republiki Sacha. Oficjalne dane dotyczące populacji mówią o blisko trzystu dwudziestu tysiącach mieszkańców, uwzględniając jednak osoby, które nie są urzędowo zameldowane, populacja Jakucka zapewne przekracza czterysta tysięcy mieszkańców. Przy niedoborach infrastruktury drogowej i dzielnicach chaotycznie rozrastających się po zachodniej stronie Leny łatwo można się domyślić, że poranne krążenie w poszukiwaniu umówionych wcześniej pasażerów i wyjazd z miasta może stanowić znaczną część całej podróży, nawet w odległe rejony Republiki. Niewątpliwie nie można umawiać się na konkretną godzinę, nie można także liczyć na znalezienie transportu wprost z ulicy. Sytuacja ta generuje kluczowy problem, sprowadzający się w gruncie rzeczy do krótkiego, a jednocześnie bardzo skomplikowanego pytania: "Jaki jest numer telefonu do kierowcy jadącego w pożądanym przez nas kierunku?". Pytanie zdaje się bardzo proste, ale uzyskanie na nie satysfakcjonującej odpowiedzi dla przeciętnego Europejczyka już proste nie jest. Nawet zakładając dobrą znajomość języka rosyjskiego, obcokrajowiec musiałby mieć bardzo dużo szczęścia, aby trafić na odpowiednią osobę, która w tej kwestii będzie w stanie mu pomóc. Co więcej, Rosjanie często z pewną podejrzliwością patrzą na nieznane im osoby, szczególnie urodzone za granicą, i czasem trudno jest uzyskać pożądaną informacje. I ponownie się okazuje, że to, co jest wręcz konieczne w tym miejscu, to wsparcie kogoś, kto właśnie tu mieszka i korzysta z tego konkretnego środka transportu. Na przypadek i łut szczęścia trudno jest bowiem liczyć. I choć można oczywiście pokusić się o wynajem na dłuższy pobyt prywatnego busika wraz z kierowcą, także korzystając z łącza internetowego, to jednak jest to olbrzymi wydatek, zresztą wprost proporcjonalny do poczucia komfortu, który dzięki niemu uzyskujemy.
Alternatywą, z której korzystają mieszkańcy bardziej odległych miejscowości na mapie Jakucji, są loty taksówką powietrzną, najczęściej stareńkim AN-2 lub helikopterem Mi-8. Niewątpliwie jest to pożądana alternatywa dla łowców doznań ekstremalnych, gdyż ze względu na - w najlepszym wypadku - półlegalność tej formy transportu loty odbywają się na wysokościach nie wyższych niż dolny zasięg radarów. Czyli kilkuset, a czasami jeszcze mniej metrów nad powierzchnią ziemi. Dodatkową problematyczną cechą tej formy przemieszczania się w przestrzeni jest jej zależność od wielu czynników, na które nie mamy wpływu, w tym przede wszystkim pogody. Może to oznaczać konieczność spędzenia dodatkowych kilkudziesięciu godzin, a czasami dni, w miejscu, w którym mieliśmy być tylko przez chwilę. Co więcej, wraz z upływem czasu między kolejnymi odwołanymi lotami zbiera się coraz większa grupa chętnych mieszkańców na najbliższy przelot, a kolejność wchodzenia na pokład w niczym nie przypomina odprawy na brytyjskim Heathrow Airport. To raczej znakomite kadry dla kolejnej filmowej odsłony ostatniego etapu wojny wietnamskiej - ewakuacji ambasady amerykańskiej w Sajgonie w ramach operacji "Frequent Wind". Na miejsce w kabinie można zatem czekać i czekać, i nie pozostaje nic innego, jak nadzieja, że następnym razem to właśnie my będziemy, jak amerykański ambasador w Sajgonie, pierwsi w kolejce do wolnego fotela. Z drugiej strony - kto chciałby być traktowany jak oficjalny reprezentant władz amerykańskich w upadającej stolicy Wietnamu Południowego? W takich sytuacjach okazuje się jednak, że jest to pytanie retoryczne, gdyż - zapewniam - w odległej i odciętej od świata miejscowości gdzieś w centralnej Jakucji każdy tylko o tym marzy.
Niezwykle interesującą alternatywą jest także podróż drogą wodną. Możliwość taka ograniczona jest jednak do kilku miesięcy w okresie letnim i większości wypadków także wymaga fizycznej obecności w Jakucku w chwili zakupu biletów. Należy nabyć je relatywnie wcześnie, gdyż ich liczba jest mocno ograniczona. Komunikacja wodna traktowana jest w okresie letnim jako główna możliwość transportu dużej ilości ciężkich towarów potrzebnych do życia w peryferyjnie położonych osadach na brzegach największych rzek Syberii. W rezultacie popyt na bilety na funkcjonujące promy jest wysoki i ich zakup w przeddzień podróży może okazać się niemożliwy. Niesie to ze sobą olbrzymie problemy logistyczne i przy braku na miejscu osoby, którą możemy poprosić o zakup biletów, korzystanie z długodystansowych promów może okazać się w najlepszym wypadku utrudnione, w najgorszym - niemożliwe.
Pozostaje jeszcze forma transportu, która być może wzbudza największe zainteresowanie podróżnych i rozpala wyobraźnię turysty niemal do białości - to oczywiście żelazny koń, a dokładniej mówiąc legendarna Kolej Transsyberyjska, historycznie nazywana Wielką Drogą Syberyjską (Велúкий Сибúрский Путь). Magistrala transsyberyjska łączy stołeczną Moskwę z Władywostokiem i liczy w najbardziej uproszczonej formule około dziewięciu tysięcy kilometrów, ale długość ta znacznie rośnie przy uwzględnieniu licznych odnóg w kierunku Pekinu, ostatnio otwartego odcinka właśnie w stronę Jakucka czy rozpoczęcia podróży w Petersburgu. Wyprawa koleją cieszy się dużym zainteresowaniem osób odwiedzających Syberię, ponieważ jest relatywnie łatwa do zorganizowania, w miarę wygodna i pozwala choć w niewielkiej części poznać nieco rosyjską duszę ukrytą pod futrem z renifera i czapką uszatką. Bilety można uzyskać bez większego trudu przy wykorzystaniu strony internetowej, a w porównaniu z cenami biletów lotniczych są relatywnie tanie. Podróż w otwartym wagonie, zwanym plackartą, to koszt kilkuset złotych, a liczba kilometrów do pokonania - ponad dziewięć tysięcy.
Drugi istotny problem - obok wyboru środka transportu i modelu przemierzania olbrzymich przestrzeni - który znacznie komplikuje podróż w odległe i bardzo słabo zaludnione regiony Dalekiego Wschodu Rosji, to ograniczona możliwość znalezienia i zarezerwowania miejsca noclegowego. Poza największymi miastami, co w wypadku Republiki Sacha sprowadza się właściwie do stołecznego Jakucka, niewiele jest punktów hotelowych, które można zarezerwować bez wcześniejszej rozmowy telefonicznej. Rezerwacja z wykorzystaniem Internetu przez duże portale pośredniczące w usługach hotelowych jest w zasadzie ograniczona do największych ośrodków turystycznych. W ten sposób bez problemu zarezerwowałem na przykład hotel w Ułan Ude w Buriacji i rzeczywiście był to strzał w dziesiątkę. Także w odleglejszych miastach Federacji Rosyjskiej system opinii gości hotelowych publikowanych na stronach internetowych portali rezerwacyjnych działa mobilizująco na właścicieli lokali. Zdecydowana większość obszarów Syberii i dalekiego Wschodu Rosji funkcjonuje jednak w realiach szeptanej oferty hotelarskiej. Oznacza to, że we wsiach, które chcemy odwiedzić, nawet tak znanych jak biegun zimna Ojmiakon, najwięksi pośrednicy hotelowi przedstawiają następującą ofertę: "Ojmiakon, Republika Sacha, Rosja: znaleziono 0 obiektów". Co oczywiście wcale nie oznacza, że w Ojmiakonie nie będzie można znaleźć miejsc noclegowych. One są i przyjmują formę łóżka, pokoju, albo całej chałupy do wynajęcia, tyle że sfinalizowanie takiej transakcji może nastąpić jedynie bezpośrednio - w rozmowie twarzą w twarz lub, jeśli to możliwe, telefonicznie. Tu rodzi się wszakże kolejny problem. W okresie letnim można zaryzykować podróż do Ojmiakonu, do którego dotarcie drogą lądową jest możliwe, gdyż mniej więcej leży na trasie "autostrady na kościach" imienia Józefa Stalina, łączącej Jakuck z portem Magadan nad Morzem Ochockim (wyjaśnienie, czym jest "autostrada na kościach", oczywiście się pojawi, ponieważ jest to pierwsza część mojej opowieści, nie chcę tutaj jeszcze wprowadzać elementów okrutnego dziedzictwa stalinowskiego terroru w historii Syberii). Nawet jeżeli nie uda nam się znaleźć noclegu po dotarciu na miejsce, to zmordowani wielogodzinną podróżą przetrwamy w śpiworze. Jeśli jest to jednak zima, a temperatura spadnie w okolice najniższej zanotowanej w tym miejscu, będącej jednocześnie najniższą temperaturą odnotowaną w miejscu zamieszkałym przez człowieka, czyli 71,2 stopnia Celsjusza poniżej zera, to szansa na udany nocleg na świeżym powietrzu będzie równie niska. W gruncie rzeczy bez uprzednio zarezerwowanego miejsca trudno jest ruszyć w trasę, a rezerwacji w zasadzie może dokonać tylko ktoś, kto zna osobiście osobę, u której można się zakwaterować. Mówiąc wprost: znowu potrzebujemy życzliwego mieszkańca Republiki Sacha, który nam w tym pomoże, a tak naprawdę zrobi to za nas. I podobnie jak w wypadku transportu, bez pomocy życzliwych tutejszych mieszkańców skazani jesteśmy na wybór ograniczony do hoteli w dużych miastach lub plackarty w Kolei Transsyberyjskiej i widoku zza szyby w oknie.
Dodatkowy element niepewności może pojawić się już wkrótce - wraz z rosnącą chęcią władz rosyjskich do pogłębienia "opieki" nad społeczeństwem przez większą niż dotychczas kontrolę nad treściami umieszczanymi w Internecie. Na początku 2019 roku rosyjski rząd poparł projekt ustawy, w którym znalazła się propozycja odłączenia rosyjskiego Internetu od sieci globalnej. Jak można się domyślić, jej głównym zamysłem jest blokowanie niewygodnych dla władz treści, które poddane zostałyby pełnej kontroli ze strony organów administracyjnych wyznaczonych do tego celu. Tak dzieje się dzisiaj w tradycyjnych mass mediach - prasie, radiu i telewizji. Nowe prawo, jeżeli wejdzie w życie, zakłada możliwość wprowadzenia blokad serwerów ze względu na ich geograficzne położenie. Zamysłem strategicznym władz rosyjskich byłoby zapewne wprowadzenie poważnego ograniczenia, albo wręcz odcięcie Rosjan od światowych zasobów Internetu. Z punktu widzenia przeciętnego podróżnika chcącego odwiedzić Federację Rosyjską zmiana ta skomplikowałaby i tak bardzo trudną logistykę i przygotowania, windując element niepewności i ryzyka na daleko wyższe poziomy.
W tym miejscu warto poświęcić trochę miejsca na opis przygotowań do wyprawy na Daleki Wschód Rosji. W gruncie rzeczy jest to kwestia kluczowa, ponieważ od tego, jak przygotujemy wyprawę, zależy, jak dobrze będzie nam na miejscu. W wypadku Syberii ważne jest jeszcze to, że choć w Jakucku można nabyć w zasadzie wszystko, co "udało" nam się zapomnieć zabrać ze sobą, to w innych miejscach nie będzie to już możliwe. Dostępne są substytuty rzeczy, które znamy z domu, ale na ich zdobycie musimy poświęcić czas i pieniądze, w Jakucji bowiem wszystko kosztuje znacznie więcej. Zaletą jest jednak to, że większość rzeczy kupowanych na miejscu będzie zdecydowanie lepiej dostosowana do lokalnych warunków niż to, co możemy kupić w modnych sklepach w Europie.
Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na odzież. Źle dobrane ubrania będą główną przeszkodą w udanym wyjeździe w odległe miejsca. Jako przykład podam obuwie. Wiadomo, bez butów daleko nie zajdziemy, dlatego warto o nie zadbać. Latem wysokie górskie buty sprawdzą się na całym obszarze rosyjskiego Dalekiego Wschodu. Ważne, żeby buty były wodoodporne i najlepiej z oddychających materiałów. Temperatury oscylują od ponad trzydziestu stopni w centralnej Syberii do bliskich zera za kołem polarnym. W zimie zaś nie sprawdzą się regularne buty turystyczne, nawet jeżeli w Bieszczadach się sprawdziły. Tak naprawdę poza specjalistycznym sprzętem do przemieszczania się w ekstremalnych warunkach w Europie raczej nie uda nam się kupić odpowiednich butów. Tymczasem na Syberii możemy kupić nie tylko obuwie, które zabezpieczy nas przed ultrazimną nawierzchnią, ale dodatkowo będzie ono dziełem sztuki. Lokalne wyroby obuwnicze, bazujące na naturalnych surowcach pochodzenia zwierzęcego (renifery), są piękne. Mają wszakże dwie wady - pierwsza z nich to cena, są bowiem bardzo drogie. I choć produkowane są ręcznie i przykuwają wzrok, a postronny obserwator zastanawia się, ile kunsztu i czasu trzeba, by wykonać takie cudo rękodzieła, to jednak większość turystów nie będzie stać, by je nabyć. Cena u rzemieślnika za najprostszy model to około pięciuset euro. Druga wada jest taka, że w głowie się nie mieści, by w kupionych dziełach sztuki chodzić, przecież można by je uszkodzić. I sami sobie tworzymy problemy, gdyż z jednej strony nie można w takich butach nich chodzić, a z drugiej trudno dla nich znaleźć miejsce na domowej wystawie podróżniczych pamiątek.
Jeżeli chodzi o obuwie zimowe na Syberii, to jest tylko jedno rozsądne rozwiązanie. Tym rozwiązaniem jest poszukanie równie historycznych i tradycyjnie produkowanych walonek. I pytanie do czytelnika: co to są walonki? Pewnie nie każdy jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie, tymczasem w Rosji wszyscy wiedzą, w czym rzecz, gdyż tamtejsi ich miłośnicy wymyślili je i nosili już trzy stulecia przed pierestrojką. Produkowało się je z filcu wytwarzanego z owczej wełny w tradycyjnych manufakturach. To było jednak kilkaset lat temu, gdyż teraz ważnym zagłębiem produkcji walonek jest Białoruś, a ten typ obuwia jest powszechnie noszony w wielu krajach na wschód od Polski. Noszą je nie tylko staruszkowie, doskonale pamiętający czasy realnego socjalizmu, ale także osoby młode, szukające nowych trendów w modzie i nowych wrażeń dla stóp.
Trochę sytuacja przypomina kupowanie w Polsce tak zwanych gumiaków, cholewiaków, gumowców czy kaloszy (jak kto woli) marki Hunter. W głowie większości mieszkańców się nie mieści, że za kawał gumy można dać sto euro, a tymczasem liczne przykłady dowodzą, że jednak jest to możliwe. W Rosji czy Białorusi walonki są w modzie, z haftami i koralikami, grzeją zimą stopy modnej młodzieży. Gdzie te czasy, gdy służyły osobą pracującym na zewnątrz - budowlańcom, myśliwym czy wartownikom pilnującym bramy fabryki. Walonki sprawdzają się znakomicie na Syberii, są ciepłe i tanie, a ponieważ zimy, choć mroźne, są suche, walonki nie nasiąkają wodą i mogą grzać stopy w niezwykle mroźnym klimacie. Tak, macie racje, walonki nie są pozbawione wad. I o ile ich wygląd to kwestia gustu, o tyle wchłanianie wilgoci już kwestią gustu nie jest. To sprawa podstawowa i w klimacie umiarkowanym, w którym zimy są mokre, a podłoże często spływa strumieniami z topniejącego śniegu lub padającego deszczu, nie sprawdzą się tak dobrze jak kalosze Hunter.
Dobrze, ale dość o walonkach, kaloszach i butach z biedaka renifera. Powróćmy do wątku o rzeczach potrzebnych latem, aby bez większych problemów przemierzać olbrzymie przestrzenie Syberii. Będą to informacje w miarę uniwersalne i jeśli czytelnik uzna je za pomocne, to z powodzeniem będzie mógł część z nich - albo wszystkie - zastosować niemal w dowolnym miejscu na świecie, gdzie temperatury nie spadają mocno poniżej zera.
Wybór poszczególnych elementów ekwipunku jest oczywiście sprawą indywidualną. Szczególnie w okresie letnim nie należy raczej spodziewać się ekstremalnych warunków atmosferycznych i w rezultacie nie ma co przesadzać w poszukiwaniu rozwiązań na każdą możliwą sytuację. Ogranicza nas także bagaż, i o ile przelot to kwestia wykupienia odpowiadającej nam taryfy i wielkości bagażu do luku, o tyle na miejscu będziemy przemieszczać się z tym, co posiadamy, zarówno więc ciężar bagażu, jak i jego gabaryty mogą być poważnym utrudnieniem w dalszej drodze. Dlatego należy z rozwagą podejść do kwestii ilości i charakteru rzeczy, które ze sobą zabieramy. Spieszę wyjaśnić, że mówimy o tym, jaki zabrać plecak na dużą wyprawę, a to oznacza zapewne kilka tygodni w bardzo słabo zaludnionej krainie, w dodatku z bardzo dużymi amplitudami temperatur i wahaniami pogody. Doskonale rozumiem i potwierdzam opinie, że jadąc w trakcie naszej zimy do Ameryki Południowej albo do Tajlandii, albo nawet do Hiszpanii, wystarczy mały plecak, by przetrwać kilkanaście tygodni bez najmniejszego problemu. Sam tak robię i jak zakończę pakowanie, stwierdzam, że do takiego plecaka jeszcze ze dwie pary butów by się zmieściły. Minimalizm jest dobry w turystycznych i ciepłych obszarach, jednak nie obowiązuje w wypadku Dalekiego Wschodu Federacji Rosyjskiej.
Jeżeli zaczniemy naszą letnią podróż z plecakiem po Syberii z Irkucka, do którego dojechaliśmy Koleją Transsyberyjską z Moskwy, a następnie wyruszamy dalej na północ, to nad Świętym Morzem Buriatów doświadczymy temperatur sięgających trzydziestu stopni Celsjusza, by marznąć w okolicach Tiksi nad Morzem Łaptiewów za kołem polarnym. I oczywiście na każdą sytuację musimy być przygotowani, dlatego mały - dwudziestopięcio- czy trzydziestopięciolitrowy - plecak najpewniej nie będzie wystarczający. Wystarczy jeden gruby polar oraz śpiwór i nasz nieduży plecak jest pełen, o dodatkowych butach czy zapasach jedzenia nie może więc być mowy. Nie mówiąc już o zimie, gdy będzie zdecydowanie trudniej, bo przy sześćdziesięciu stopniach Celsjusza poniżej zera jeden polar na pewno nam nie wystarczy.
Dodam jeszcze, że w centralnej Jakucji suchy klimat oznacza, że wyprane ubrania bardzo szybko schną - pozwala to w okresie letnim na częste korzystanie z tej podstawowej możliwości odświeżenia garderoby. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszą kombinacją zwiększającą mobilność jest zapakowanie dobytku do dwóch plecaków: dużego o pojemności czterdziestu lub pięćdziesięciu litrów, wyposażonego dodatkowo w komin, czyli część, którą można rozłożyć i wypełnić potrzebnym ekwipunkiem, oraz małego plecaka o pojemności dwudziestu pięciu litrów. Dzięki takiemu zestawowi będziemy bardziej elastyczni w kwestiach transportowych, w dodatku ręce będziemy mieć wolne, ponieważ duży plecak trafia na plecy, a mały na klatkę piersiową - i hulaj dusza, piekła nie ma. Co więcej, mały plecak podróżuje z nami w samolocie czy autobusie, podczas gdy duży trafia do luku samolotu jako bagaż nadawany lub na dach marszrutki. Dzięki podręcznemu charakterowi małego plecaka możemy zapakować do niego wiele rzeczy potrzebnych w trakcie długich lotów lub przejazdów, międzylądowań czy pobytów w hali odlotów w oczekiwaniu na kolejny odcinek podróży.
Dlatego kombinacja dużego plecaka na większość potrzebnych nam rzeczy oraz małego plecaka na to, co zawsze musi być pod ręką i na oku, jest najbardziej optymalna. Ja dodatkowo zabieram zawsze pojemną nerkę na telefon (firmy Deuter), portfel (firmy Pacsafe, model V100 z RIFDsafe - ale to raczej ściema) oraz cieniutką saszetkę na dokumenty i pieniądze pod ramię (pod podkoszulek). Taka saszetka jest niemal (albo wręcz całkiem) niewidoczna dla osoby postronnej i pozwala zachować najcenniejszą część ekwipunku na miejscu. Alternatywą dla saszetki w wypadku banknotów jest pasek od spodni z umieszczonymi w nim kieszonkami (na przykład firmy Deuter).
Na dalekim Wschodzie Rosji nie spotkałem się z sytuacją kradzieży, ale już w dużych miastach, takich jak stołeczna Moskwa, kradzieże są na porządku dziennym. Tak samo jak w Berlinie czy Rzymie. Warto uważać na swój dobytek, szczególnie na dokumenty, pieniądze czy karty kredytowe.
Wybór plecaków jest ogromny i warto udać się do sklepu sportowego, żeby wziąć do ręki konkretny model, przyjrzeć się funkcjonalności kieszeni i schowków, regulacji uprzęży, profilowi pleców plecaka (jak bardzo będzie pozwalał naszym plecom swobodnie oddychać). Nie należy zapominać o doborze rozmiaru plecaka na zasadzie podobnej do doboru rozmiaru ubrań. Od tego zależy komfort jego noszenia, a skoro i tak wydajemy masę pieniędzy, to należy kupić dokładnie to, czego potrzebujemy.
Walizki, jako mało mobilna forma bagażu, nie sprawdzą się przy pokonywaniu niezmierzonych syberyjskich przestrzeni, gdzie o podjeżdżającego pod nos Ubera nie będzie łatwo. Zatem ich wykorzystanie przypominać będzie raczej wleczenie kotwicy za statkiem. Musimy się przemieszczać, a to wymaga takich bagaży, które będą podróżować z nami, a nie stanowić balastu przykuwającego nas do jednego miejsca.
I tu przechodzimy do być może najbardziej zagadkowej pozycji na liście, a mianowicie taśmy do pakowania paczek. Otóż plecak - mimo niemal samych zalet - stwarza także pewne problemy, do których rozwiązania potrzebna nam będzie szara taśma. Jest to bowiem najmniejsza i jednocześnie najbardziej skuteczna forma zabezpieczenia plecaka przed skutkami podróży: nieskończenie długimi taśmociągami na lotnisku, od momentu opuszczenia check-inu przez luk bagażowy aż po odbiór bagażu na lotnisku docelowym. W trakcie tego procesu ujawnia się bowiem wspomniana już wada plecaka, który posiada liczne paski, sznurki, sprzączki, zatrzaski, klamry, haczyki i zamki. Większość z nich tylko marzy o tym, by w trakcie podróży przez lotnisko wykorzystać szansę zaczepienia się o coś, co choć odrobinę wystaje od równej powierzchni taśmociągu.
I właśnie wtedy zaczynają się dziać rzeczy straszne i posępne, a w konsekwencji mogące fatalnie wpłynąć na naszą dalszą podróż. W najlepszym bowiem wypadku nasz główny plecak straci pasek, zamek lub haczyk, ale pojedzie dalej z naszym ekwipunkiem. I choć plecak bez tego haczyka lub paska będzie nieco mniej atrakcyjny, to i tak będziemy szczęśliwi, mając zapakowane w nim rzeczy znów ze sobą. W gorszym wariancie, ale bardziej prawdopodobnym, jak się już raz zahaczy, to tak na dobre, a wówczas żegnajcie wszystkie "misie i przytulanki", które zapakowaliśmy do plecaka, a także inne rzeczy potrzebne do sprawnego funkcjonowania na Syberii.
Zgodnie z prawami Murphy'ego tak właśnie się zdarzy, a wtedy można czekać na odnalezienie bagażu przez kilka dni4. Jeżeli terminarz mamy napięty, to taka wpadka może nawet nas kosztować dalszą podróż i przyprawić o głęboką rozpacz. Dlatego to, do czego powinniśmy dążyć, to zminimalizowanie ryzyka zaistnienia takiego scenariusza i tu właśnie na scenę wkracza słynna taśma do paczek, zwana w krajach anglosaskich duct tape lub nieco zabawniej duck tape. Duct tape, duck tape albo po prostu taśma pakunkowa to rzecz tak powszechna, że wręcz stała się nieodzowna w codziennym życiu. Albo okleimy nią paczkę nadaną w paczkomacie, albo przykleimy folię imitującą wybite okno w samochodzie, a co więksi fani Beara Gryllsa to nawet zacięcie po goleniu nią zakleją, by krew zatamować. Jasna sprawa - bez takiej taśmy zachodnią cywilizację dawno pochłonąłby ponownie mrok średniowiecza.
Duck tape ma całkiem długą, a do tego interesującą i bogatą historię, która zaczęła się wiele dekad temu. Taśma ta wiąże się z dziejami Stanów Zjednoczonych jak niewiele innych produktów tam wytworzonych. Jej początki związane są z końcem XIX wieku i używaniem jej do zabezpieczenia rur kanalizacyjnych (stąd nazwa duct tape). Ważnym okresem w rozwoju taśmy klejącej były pierwsze dekady XX wieku, kiedy firma 3M wprowadziła na rynek przezroczystą taśmę biurową. Klej znajdował się jedynie na jej brzegach, dlatego nazywano ją szkocką, sugerując nadmierną oszczędność producenta. Firma 3M opatentowała jednak nawę Scotch tape i wraz z wizerunkiem szkockiej kraty używa do dziś. Nas jednak interesuje inna wersja taśmy, której powstanie związane było z potrzebami amerykańskiej armii. Firma Johnson&Johnson otrzymała zlecenie stworzenia wytrzymałej taśmy klejącej, co ostatecznie się jej udało - taśma była nie tylko bardzo mocna, ale także nie przepuszczała wody, co skłoniło żołnierzy do oklejania nią skrzynek z amunicją. Ponieważ woda spływała po taśmie i oklejonych nią skrzynkach jak po kaczce, żołnierze zmodyfikowali nieco jej nazwę i w miejsce duct tape zaczęto na nią mówić duck tape. Stała się ona także bohaterką odysei kosmicznej, a mianowicie jedna ze współczesnych legend mówi, że taśma klejąca uratowała misję Apollo 13, gdyż dzięki niej astronauci zamontowali filtry dwutlenku węgla, które pozwoliły im przeżyć i powrócić na Ziemię.
Ponoć MacGyver zawsze nosił taką taśmę w kieszeni (musiał mieć zatem wielkie kieszenie) i w razie konieczności był w stanie z takiej taśmy skleić granatnik przeciwczołgowy. I choć nie będziemy potrzebować taśmy do tak ekstremalnych celów, to jednak przyda nam się w hali odlotów. W pierwszej kolejności wiążemy i zwijamy wszystkie odstające i wiszące taśmy, haczyki, i uchwyty, a następnie dobrze oklejamy dookoła plecak taśmą do pakowania. Oczywiście nie ma gwarancji, że bagaż nie zginie, ale mamy poczucie, że zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, by go zabezpieczyć.
Powtórzę jeszcze raz, ponieważ wydaje mi się to szczególnie ważne: dla własnego bezpieczeństwa i możliwości dalszego podróżowania w te rejony świata, gdzie nie ma zbyt wielu turystów i przygotowanej dla nich infrastruktury, a warunki naturalne są ciężkie, należy zadbać o wszystkie wystające paski, klamry czy kieszenie, tak by na drodze do luku bagażowego, w trakcie zmiany samolotu czy w drodze na taśmociąg plecak nie zahaczył którymś z elementów o wystające przeszkody i nie został gdzieś na trasie między miejscem wylotu i lądowania.
Inny element ekwipunku, który może się bardzo przydać, a niekoniecznie przychodzi do głowy w pierwszej kolejności, to metalowy kubek i grzałka do zagotowania wody. W wielu miejscach na trasie obie te rzeczy potrafiły uratować dobre samopoczucie, a czasami także powstrzymać nieprzyjemności żołądkowe. W Rosji zarówno na promach, jak i w wagonach kolejowych pierwszymi rzucającymi się w oczy podróżnych urządzeniami są olbrzymie samowary, które bez przerwy podgrzewają wodę, by pasażerowie mogli się nią raczyć bez ograniczeń w trakcie długotrwałych podróży. Z premedytacją napisałem, że wodę jedynie podgrzewają, a nie zagotowują, ponieważ odniosłem wrażenie, że jest ona jedynie bardzo ciepła, ale nie wrząca. W takich właśnie sytuacjach pojawia się korzyść płynąca z własnego zestawu kubek i grzałka. Dzięki nim zagotujemy wodę i zarówno herbata będzie lepsza, jak i nasz nastrój wydatnie się poprawi. Najczęściej ciepła woda nie wystarczy, by przygotować potrawy z torebek, które dźwigamy na plecach przez tysiące kilometrów. Tu także potrzebny jest wrzątek. I wreszcie w wielu miejscach brakuje wystarczającej ilości zastawy kuchennej albo wręcz po prostu jej nie ma i wówczas kubek z grzałką i łyżką może być na wagę złota.
Kolejna rzecz, bez której trudno jest przetrwać wizytę w tajdze czy tundrze, to cienkie spodnie z długimi nogawkami i taka sama cienka koszula z długimi rękawami. Podstawową przyczyną narzucenia na siebie ubrań z długimi rękawami i nogawkami, nawet jeżeli na zewnątrz utrzymuje się upalna pogoda, jest nieprzebrana ilość wszelakiego rodzaju latających istot, które potrafią zamienić każdy kolejny dzień podróży w galaktyczny koszmar. I to niekoniecznie ze względu na ukąszenia, choć oczywiście te są wybitnie przykre. Miliardy meszek, które nawet jeśli nie gryzą, to pasja, z jaką oddają się przyklejaniu do spoconego ciała, pląsaniu po nim i łaskotaniu, sprawia, że człowiekowi przychodzą do głowy myśli samobójcze. Nie jest tak, że środki przeciwko owadom, które nabędziemy w Europie, nawet najmocniejsze, rozwiążą problem. Niestety, nawet preparaty z substancją DEET o wysokim stężeniu poddają się w kontakcie z nieokiełznaną latającą naturą Syberii. Co więcej, stosowanie środków odstraszających owady wraz z dużą ilością potu tworzy wilgotną warstwę na skórze, do której właśnie przyklejają się owady. Ostatecznie najlepiej sprawdza się ubranie zakrywające możliwie największą część powierzchni ciała, choć oczywiście to nie jest środek w stu procentach skuteczny. Dotyczy to także, a może przede wszystkim, twarzy. W momencie dostania się w chmurę insektów człowiek ma dwa wyjścia, po pierwsze, zrezygnować z mówienia, po drugie, zrezygnować z kolacji. W pierwszym wypadku uniknie połykania niepoliczalnej ilości przedstawicieli tutejszego fruwającego świata, w drugim - w trakcie konwersacji wchłonie tyle białka, że kolacja okaże się całkiem zbędna. Środki owadobójcze zapewne także się przydadzą, tyle że raczej warto nimi spryskać ubrania, a nie wystawiać nagie ciało na atak zdesperowanych skrzydlatych mieszkańców tajgi, których zapewne współczesna entomologia nie zdążyła jeszcze w pełni poznać.
Warto wybrać nie tylko naturalne ubrania, ale także te techniczne, przygotowane ze sztucznych włókien, są bowiem lekkie i szybko schną. Przydadzą się ponadto szybkoschnący ręcznik i koniecznie klapki japonki lub ewentualnie sandały. Wizyty pod prysznicem, w łazienkach czy zwykłe przemieszczanie się po pociągu, promie czy mieszkaniu wymagają posiadania obuwia, bez niego bowiem możemy nabawić się problemów skórnych. Najlepiej jeśli jest to ten typ obuwia, który łatwo i szybko się zakłada. I wreszcie ciemne okulary są ważnym elementem wyposażenia, ponieważ promienie słońca są niezwykle ostre zarówno latem, jak i zimą. Szczególnie przydadzą się tam, gdzie śnieg pokrywa ziemię, lub gdy przemieszczamy się drogą wodną, ponieważ bez nich odbite od jasnej powierzchni promienie słoneczne nie pozwolą normalnie funkcjonować.
Osobna część procedury przygotowań do wyjazdu dotyczy produktów spożywczych, które powinniśmy zabrać z sobą. Obowiązują tu także pewne zasady, które - podobnie jak w wypadku innych rzeczy zabieranych w podróż - sprowadzają się do maksymalnej użyteczności i minimalnego ciężaru. Oczywiście jest to związane przede wszystkim z racjonalnym wykorzystaniem przestrzeni w plecaku i dopuszczalnej masy nadawanego bagażu. Bez wątpienia należy także posłużyć się zdrowym rozsądkiem, po co bowiem dźwigać rzeczy, które można kupić na miejscu. Nie wszystko da się jednak kupić, a dodatkowo większość produktów spożywczych jest znacznie droższa w Jakucji w stosunku do cen europejskich. W zależności od miejsca, w którym jesteśmy, na przykład mleko może kosztować kilka razy więcej niż w Polsce. Wysokie ceny są bezpośrednio związane z olbrzymimi odległościami, które muszą pokonać ciężarówki jadące do Jakucka z najbliższego portu w Magadanie. Transport rzeką Leną jest ograniczony jedynie do trzech, czasami czterech miesięcy w roku, a transport powietrzny służy zaopatrzeniu jedynie najbogatszych mieszkańców miasta w najdroższe dobra ekskluzywne i luksusowe.
Dlatego warto się zastanowić, co wybrać, by służyło długo i nie ważyło dużo. To, co mogę polecić, to wszelkiego rodzaju produkty liofilizowane i takie, które wymagają dodatku wody dopiero na ostatnim etapie przygotowania posiłku. Specjalistyczną żywność można dziś kupić w wielu miejscach, choć warto spróbować wcześniej, czy nam odpowiada. Taniej alternatywy poszukać można na specjalistycznych półkach z żywnością dziecięcą. Różnych kaszek w proszku z mlekiem lub bez, płatków owsianych i grysików, z owocami lub bez, jest pod dostatkiem w każdym osiedlowym sklepie. Do tego można dopasować mleko w proszku i śniadanie na wiele dni podróży gotowe. Na miejscu są oczywiście śniadaniowe produkty zbożowe, ale najczęściej zawierają bardzo dużo cukru, co niekoniecznie wszystkim może odpowiadać. Dobrym pomysłem jest także zakup piure ziemniaczanego, ale to zdecydowanie lepiej zrobić już na Syberii, gdzie wybór jest większy i nawet różne dodatki, takie jak cebula prażona, można w piure odnaleźć.
Lekarstwa to oczywiście kwestia indywidualna, ale warto zabrać środek na insekty (choć, jak pisałem, umiarkowanie skutecznie powstrzymuje on syberyjskich reprezentantów skrzydlatego świata), coś na powstrzymanie problemów żołądkowych, plastry na otarcia i coś na odkażenie/gojenie ran. Jak jest miejsce w bagażu, to ewentualnie - przy dłuższych wyjazdach - można upchnąć tam suplementy diety, ponieważ, jak wynika z akapitu powyżej, menu raczej należeć będzie do ubogich i jednostajnych, o niskiej wartość witaminowej i mineralnej.
Aby uzupełnić informacje o tym, co warto zabrać ze sobą na wyprawę na Syberię, przedstawię także mój zimowy zestaw ekwipunku. W pewnym stopniu uwzględnia on rzeczy wymienione powyżej, ale jest rozbudowany o ubrania niezbędne do przetrwania ekstremalnie niskich temperatur.
Zimowa wyprawa wymaga zdecydowanie większego wysiłku niż przygotowania do podróży późną wiosną lub latem. Szczególnie jest to ważne, gdy zimą będziemy chcieli zobaczyć coś więcej niż duże miasta, do których dowiozła nas Kolej Transsyberyjska lub dolecieliśmy wygodnie samolotem z Moskwy. Na przykład interesuje nas dotarcie do miejscowości Ojmiakon, czyli biegun zimna. Odpowiednie przygotowanie jest megaważne i ośmielę się stwierdzić, że być może w sytuacjach ekstremalnych od niego zależeć będzie zdecydowanie więcej niż tylko poziom przyjemności czerpany z podróży.
Między poszczególnymi osadami w Jakucji odległość może wynieść kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilometrów, i wcale nietrudno sobie wyobrazić, co może się zdarzyć, gdy nasz pojazd nie będzie w stanie dalej jechać. Na przykład na przełomie 2020 i 2021 roku, gdy w okolicach Ojmiakonu jeszcze temperatury nie były ekstremalnie niskie, dwóch chłopaków zabłądziło samochodem na trasie z Magadanu do Jakucka i jeden z nich zamarzł, a drugi w bardzo ciężkim stanie trafił do szpitala.
Takie sytuacje zdarzają się każdej zimy, i to nawet na najbardziej uczęszczanym szlaku Jakuck-Magadan. Tymczasem gdy już wybieramy się zimą na Daleki Wschód Rosji, to zdecydowanie bardziej atrakcyjne jest zwiedzenie okolic Ojmiakonu i Tomtoru, jaka to bowiem wyprawa na Syberię zimą bez dotarcia do bieguna zimna, czyli najzimniejszych miejsc na stałe zamieszkałych przez człowieka, gdzie bywało, że temperatury spadały poniżej minus siedemdziesięciu stopni Celsjusza.
Tak więc należy bardzo rozważnie przemyśleć, co zabierzemy ze sobą. I okazuje się, że nie jest to proste, co więcej - na to, co i w jakiej ilości poniesiemy na naszych grzbietach, wpływ ma wiele czynników. Z jednej strony ogranicza nas wielkość bagażu, który zapakujemy do luku w samolocie, z drugiej wygoda w przemieszczaniu się, a z trzeciej potrzeba posiadania rzeczy na każdą zaskakującą sytuację.
Ostatecznie i tak trzeba będzie się zmieścić w jeden duży plecak na wszystko i jeden mały podręczny, którego nie wypuścimy z ręki przez cały wyjazd. I do tego ostatniego właśnie pakować będziemy wszystkie najważniejsze rzeczy, które targamy ze sobą i na które musimy mieć baczenie.
***
Podróż, w którą chciałbym zabrać czytelnika na dalszych stronach tej książki, odbyła się przy wykorzystaniu wielu rodzajów środków transportu, a dodatkowo udało się nam uniknąć spania pod gwiaździstym niebem Syberii. Choć być może to był właśnie ten element podróży, którego zabrakło, by w pełni poczuć, czym jest życie w tym niezwykłym miejscu. Reasumując ten krótki wstęp do opisu logistyki podróży po Syberii, mogę stwierdzić, że wyprawa wymagała dużego wysiłku organizacyjnego, ale dzięki pomocy jakuckich przyjaciół była ona nie tylko możliwa od strony organizacyjnej, lecz przede wszystkim pozwoliła doznać niezwykłych emocji i niezapomnianych wrażeń, które już na zawsze ze mną pozostaną.
O pierwszej w nocy na dworcu autobusowym w Krakowie rozpoczęła się moja kolejna podróż na Daleki Wschód Rosji. Droga z Krakowa do Warszawy to był jej pierwszy etap, w zasadzie nawet nie rozgrzewka przed odległościami do pokonania w kolejnych dniach. Dalej samolot do Moskwy, a z Moskwy już wprost do Jakucka - centrum ekonomicznego i społecznego Republiki Sacha, zwanej zazwyczaj Jakucją. Dlaczego właśnie Jakucją, a nie - jak woleliby lokalni mieszkańcy - Sacha?
Ten ważny problem wymaga wyjaśnienia. Chyba można pokusić się o stwierdzenie, że etymologia słów "Jakut" i "Jakucja" nie jest do końca pewna. Wiele setek lat wstecz nad brzegi Leny, Ałdanu i Indygirki przybyły ludy zamieszkujące wcześniej okolice jeziora Bajkał. Co skłoniło je do przebycia tak dużych odległości, trudno dziś z całą pewnością stwierdzić. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak uznać za przyczynę intensywne ruchy migracyjne, których doświadczył cały megakontynent Euroazji w wyniku panicznej ucieczki przed ekspansją plemion mongolskich, być może pod wodzą najznakomitszego z nich, samego Czyngis-chana. Rejony, które wędrowcy upatrzyli sobie za nowe miejsce do życia, zamieszkiwały już ludy tunguskie, będące praprzodkami dzisiejszych plemion Ewenów i Ewenków. Przybysze zostali przez nich nazwani Jaakoo, co mogło oznaczać pytanie Jeko?, czyli "Kto to?". Pytanie zasadne, cóż to bowiem musieli być za desperaci, skoro wędrowali w kierunku zimnej północy. Obecnie więcej zwolenników ma jednak koncepcja doszukująca się korzeni słowa "Jakut" w języku starotureckim. Jaka oznacza brzeg, skraj, czyli najpewniej chodzi o "ludzi, którzy mieszkają na skraju"5. Patrząc na odległości dzielące Republikę Sacha od ówczesnych centrów cywilizacyjnych, trzeba przyznać, że taka interpretacja wydaje się nie pozbawiona sensu.
Jakutami ostatecznie nazwali mieszkańców terenów nad Leną przybyli tam w początkach XVII wieku Rosjanie, a dokładnie wysłane tam oddziały kozackie. W 1632 roku Piotr Bekietow założył miasto Jakuck, z którego we wszystkie strony Syberii wyruszali rosyjscy kupcy wraz z towarzyszącymi im rosyjskimi oddziałami wojskowymi. Siły zbrojne służyły przede wszystkim rozszerzeniu władzy carskiej na nowe tereny oraz nałożeniu kolejnych zobowiązań podatkowych na ludy pierwotnie zamieszkujące te obszary6. Pierwsze carskie dokumenty określają te lokalne społeczności Jakolskimi ludmi bądź Jakolcami.
W epoce realnego socjalizmu i wielkiej bratniej miłości wszystkich narodów zamieszkujących Związek Radziecki do siebie nawzajem, a do ukochanego mocarstwa ze stolicą w Moskwie szczególnie, Rosjanie ukuli własną koncepcję nazwy Jakut. Otóż połączyli równie zgrabnie, jak wcześniej Moskwę z krajem nad Leną, rosyjskie słowo ja (ja) i jakuckie słowo kut (zapraszam). I cóż im wyszło z tej zabawy słowami, niczym w grze scrabble? Wyszedł właśnie Jakut, czyli ten, który zaprasza. Tak jakby ktokolwiek i gdziekolwiek Rosjan kiedykolwiek zapraszał. Zdaje się, że mają oni zwyczaj sami się zapraszać, a następnie niezwykle trudno ich wyprosić - tak jak w Republice Sacha (i, niestety, także w Polsce). I choć Jakuci najlepiej ze wszystkich ludów Republiki Sacha współżyją z Rosjanami z zachodniej części Federacji Rosyjskiej, to i tak wielkiej miłości między nimi nie ma, a mieszkańcy Republiki Sacha często mają poczucie krzywdy płynące z wykorzystywania zasobów znajdujących się w ich ziemi przez administrację moskiewską i nieustającego pomijania miejscowych przy podziale dochodów płynących z ich sprzedaży, a także ograniczonego dostępu do stanowisk publicznych w Republice Sacha.
Sami Jakuci zaś mówią o sobie Sacha, co w ich języku oznacza między innymi "człowiek". W gruncie rzeczy pojęcie Sacha dokładnie oddaje to, co czuje gość z Zachodu przebywający nad Leną i obcujący na co dzień z mieszkańcami tej krainy. I choć bardzo trudno pozostać człowiekiem w tych niezwykle trudnych warunkach, jakie przeciwstawia antropopresji Daleki Wschód Rosji, to właśnie ludowi Sacha udaje się to znakomicie. Tego doświadcza każdy komu dane było odwiedzić to niezwykłe miejsce. Gościnność jest tu równie wielka, jak wielka jest rzeka Lena, nad którą położona jest stolica Jakucji - Jakuck.
Pochłonięty wspomnieniami z minionych wypraw i rozważaniami o współczesnej Jakucji, nawet nie zauważyłem, jak minęła podróż do Warszawy. Autokar dotarł do dworca w Wilanowie dokładnie o czasie. Na lotnisku Chopina zameldowaliśmy się z dużym wyprzedzeniem, ale zdecydowanie lepiej być wcześniej, niż się spóźnić. Na taśmie bagażowej wylądowały wszelkie nasze zasoby, niezbędne, aby odbyć kilkutygodniową podróż. Przed nadaniem sześćdziesięciolitrowe plecaki należało odpowiednio przygotować, do czego posłużyła wspomniana wcześniej szara taśma pakunkowa. Od ich dotarcia do Jakucka w dobrym stanie zależało wiele, można rzec, że niemal wszystko. Trudno bowiem sobie wyobrazić kompletowanie ekwipunku w trakcie jednego popołudnia w stolicy Jakucji.
Oklejone taśmą plecaki nadaliśmy bez problemu, następnie przeszliśmy przez odprawę oraz kontrolę paszportową i wizową przy bramce i wkrótce siedzieliśmy wygodnie w boeingu 737 lecącym w głąb terytorium Rosji.
W Moskwie wypadł nam jedynie kilkugodzinny postój. Kilka godzin może wystarczyłoby na przejazd z lotniska do centrum Warszawy i spojrzenie na Pałac Kultury i Nauki, w wypadku jednak dwudziestomilionowej metropolii, będącej jednocześnie jednym z najbardziej zatłoczonych i zakorkowanych miast świata, to bardzo mało czasu i duże ryzyko minięcia się z kolejnym samolotem. Mimo to zamiast siedzieć na lotnisku, wskoczyliśmy w autobus jadący w kierunku pierwszej stacji metra, by jak najszybciej dostać się na Plac Czerwony. Bardzo szybko olbrzymie korki i ulewa zweryfikowały nasze plany. Ostatecznie wysiedliśmy na pętli pod IKEA, pochłonęliśmy niezbyt lokalne danie - dorsz z frytkami - popiliśmy je szybko kawą i popędziliśmy z powrotem na lotnisko. Na szczęście deszcz przestał padać, a na przystanku miła starsza pani, weteran Armii Czerwonej, pomogła nam wsiąść do odpowiedniego autobusu. Obserwując ruch uliczny za oknem, cieszyliśmy się, że plan dojazdu do centrum nie wypalił. Mogłoby się to bardzo źle skończyć dla naszej dalszej podróży. Przed nami pozostał ostatni etap drogi, a mianowicie sześciogodzinny lot na trasie Moskwa-Jakuck. Czasami, wydawałoby się, niewiele znaczące decyzje mogą wpłynąć na znacznie ważniejsze, jak właśnie kilkutygodniowa wyprawa za koło polarne. Pomysł, by odwiedzić Plac Czerwony w przerwie między lotami, był wyjątkowo nierozważny. Wszystko skończyło się dobrze, ale tym bardziej warto podkreślić, by kierować się rozsądkiem, a nie chwilowymi przebłyskami inicjatywy.
Po raz kolejny lądowałem na lotnisku w Jakucku i po raz kolejny widok miasta i rzeki wyłaniających się zza horyzontu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ostatni raz byłem tu zimą i ziemia pokryta śniegiem wyglądała z wysokości jak wielka, niezmierzona ludzkim okiem równina. Biała była zarówno tam, gdzie pokrywała ją tajga, jak i tam, gdzie na wiosnę słońce topi okowy z dwumetrowej grubości lodu i wyzwala wartki nurt jednej z największych rzek świata - Leny. Tego dnia jednak to gorące letnie słońce odbijało swoje promienie w jej wodach. Widok ten zapierał dech w piersiach i przyprawiał o gęsią skórkę na plecach. Lena przyciąga spojrzenia swoim pięknem i głębią błękitu, a równocześnie paraliżuje swoją potęgą. Tam, gdzie rozlewa się szeroko, przytłacza widza majestatem, z kolei w miejscach, gdzie w tańcu błądzi między niezliczonymi wyspami, cyplami i zakolami, wydaje się namawiać do swawoli. Nie ma jednak znaczenia, czy straszy potęgą, czy wabi kształtami - w takim samym stopniu fascynuje i kusi nieświadomego niebezpieczeństwa obserwatora niczym syrena marynarzy. A niebezpieczeństwo jest realne, ponieważ to właśnie Lena jest najważniejszym elementem czarów, którym ulegamy na Syberii, a które ponownie przyciągają nas w to miejsce niczym magnes już w tej samej chwili, gdy ją opuszczamy. A wywołany rozłąką smutek może ukoić jedynie możliwie najszybszy powrót na Daleki Wschód Rosji.
Kiedy lądowaliśmy w Jakucku, na szerokim zakolu Leny, tuż poniżej miasta, zakotwiczonych było sześć olbrzymich kontenerowców i masowców transportujących towary i surowce naturalne to w kierunku ujścia wód rzeki do Oceanu Arktycznego, to w kierunku Jakucka. Na tle rozlewających się na szerokość niemal dziesięciu kilometrów wód Leny olbrzymie okręty wyglądały jednak niemal jak malutkie podłużne kreski na granatowym krawacie wody.
Z lotu ptaka widać, jak bieg rzeki przecinany jest licznymi wyspami. Lądujemy w środku gorącego i suchego lata, stąd wody w rzece jest niedużo. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak gargantuiczne rozmiary osiągnie Lena w trakcie wiosennych roztopów.
Widok z wysokości na niezmierzone przestrzenie Syberii i ogrom tamtejszych rzek uzmysławia postronnemu obserwatorowi także przyczynę, dla której łagry pełne więźniów w okresie stalinowskich represji czy wcześniej, w okresie zsyłek carskich po polskich powstaniach, nie miały żadnych zabezpieczeń, murów czy drutów kolczastych. Były one całkowicie zbędne, to przestrzeń stanowiła najlepszy mur, a przyroda była najokrutniejszym strażnikiem. Przebycie niezliczonych rzek, które przecinają te niezmierzone tereny, często o szerokości przekraczającej średnicę dużych europejskich miast i potężnym nurcie, było w trakcie ciepłej pory roku wręcz niemożliwe. A zimą, gdy ekstremalnie niskie temperatury ścinały grubą pokrywą lodu wodę rzek i jezior, z taką samą mocą ścinały krew w żyłach nieszczęsnych uciekinierów. Paradoksalnie - to właśnie niezliczone obozy pracy, budowane na tej bezlitosnej ziemi, by wydobyć skarby tej ziemi, a przy tym zgładzić jak największą liczbę osób, stanowiły jednocześnie jedyną ich szansę na przetrwanie niewyobrażalnych mrozów, paraliżujących przez większą część roku życie syberyjskiej tajgi.
Opuszczając samolot, przeżyłem kolejny wstrząs. Choć umysł karmiony wspomnieniami z syberyjskiej zimy przygotował ciało na uderzenie zimna, to w miejsce paraliżujących oddech powiewów mroźnego wiatru owiało mnie suche i upalne powietrze. W Jakucku panowała piękna pogoda, słońce mocno grzało, a termometry w terminalu przylotów wskazywały na temperaturę przekraczającą trzydzieści stopni Celsjusza. Ciało nie tylko szybko zaakceptowało nieprzystającą do wspomnień sytuację, ale wręcz przyjęło ją z ulgą i radością. Tym większą, że nie tylko my dotarliśmy o czasie i w dobrym stanie fizycznym, ale zrobiły to także nasze niezwykle ważne i oklejone taśmą plecaki.
W hali odlotów czekała Swietłana. Bez niej nie byłoby nas w Jakucku. Swietłana jest niezastąpionym przewodnikiem po niekończącej się Jakucji i tak naprawdę cała logistyka i organizacja naszych wypraw spoczywa w jej gestii. Po serdecznym przywitaniu nasze plecaki trafiły do bagażnika uaza, my na siedzenia pasażerów i wkrótce dotarliśmy z lotniska do akademika. Po wielu godzinach podróży akademik w Jakucku jawił się nam niczym pięciogwiazdkowy hotel. Zresztą w gruncie rzeczy nim właśnie jest w świecie syberyjskich standardów. Toaleta, prysznic, czyściutkie pokoje i wygodne łóżka - to o niebo więcej niż to, co czekało nas w kolejnych dniach. Różnica między pokojem w akademiku a realnym życiem w małych miejscowościach na trasie podróży urosła w naszych głowach do rozmiarów wprost proporcjonalnych do pokonywanych odległości. Im dalej od Jakucka, tym częściej nasze myśli powracały do pokoju w akademiku i jego wyrafinowanego komfortu. Nie da się ukryć, że spartańskie warunki życia na Syberii, a w naszym wypadku także podróży przez te niemal niezamieszkane tereny, powodują, że nawet najzwyklejsze udogodnienia, z którymi podróżny ma na co dzień do czynienia w krajach zachodniej Europy, tu urastają do rozmiarów legendy.
W trakcie jazdy z lotniska do miasteczka studenckiego uaktualniliśmy naszą wiedzę o zmianach, które nastąpiły od naszego ostatniego pobytu w Jakucku. Wiedza Swietłany o Syberii i jej mieszkańcach zawsze wzbudzała mój głęboki podziw. Z bezgraniczną cierpliwością znosiła liczne pytania i bez najmniejszego wahania prostowała nasze pogmatwane ścieżki wiedzy o Syberii. Mimo że Jakuck zza okien samochodu wyglądał jak zupełnie inne miasto w porównaniu z tym, które opuszczaliśmy w marcu poprzedniego roku, to zmian wielu nie było. Chociaż nie, zmiany były widoczne i oczywiste. To przede wszystkim widok nagiej skóry wyłaniającej się spod letnich ubiorów. Zimą nie widać nic poza bardzo grubymi futrami i czapkami uszatkami. Zważając na temperatury, to oczywistość, ale mimo to mieszkańcy Jakucka w środku zimy przypominają osoby nie z tego świata. Odwrotnie niż latem. Ponieważ latem widać znacznie więcej i można bez najmniejszej wątpliwości powiedzieć, że mieszkańcy Jakucka, szczególnie Jakutki, to osoby o ponadprzeciętnej urodzie. W okresie letnim jakuckie kobiety, wystrojone w stylizacyjne rezultaty pracy projektantów ubrań znanych marek i ze starannym makijażem, przyciągają wzrok przechodniów. Nie da się ukryć, że wygląd znaczy tu bardzo dużo, a choć wszyscy wiedzą, że nie szata zdobi człowieka, to jednak mieszkańcy Jakucka wkładają bardzo dużo wysiłku, by prezentować się w odpowiedni sposób.
Samo miasto w letnim słońcu także przyciągało wzrok nieortodoksyjnym wyglądem - raz nowoczesnym, raz tradycyjnym. Charakteryzuje się bowiem bardzo specyficzną zabudową. Swoją różnorodnością przypomina odrobinę tort przygotowany na urodziny siedmiolatka. Nowoczesne budynki z aluminium i ze szkła przetkane są warstwą socjalistycznych bloków z wielkiej płyty, a gdzieniegdzie pozostały jeszcze, niczym kawałki czekolady w słodkiej masie, pamiętające XIX wiek drewniane jednopiętrowe chatki. Każda z warstw architektury miasta znajduje się w innym stadium przemijania. Szklane biurowce i budynki mieszkalne dumnie prężą pierś i popisują się nowoczesnością i tężyzną, niczym młodzieńcy na dyskotece. Bloki z wielkiej płyty starają się ukryć swój wiek i problemy ze zdrowiem niczym starsze panie z koła gospodyń wiejskich, a drewniane domy zapadają się w grząski grunt, wiedząc, tak jak wiedzą to mieszkańcy domów spokojnej starości, że szansy na drugie życie już nie będzie. Ciężki syberyjski żywot oznacza ostatecznie ten sam los i prędzej czy później wszystkie budowle skończą w ten sam sposób - zapadną się w błoto powstałe w wyniku topnienia wiecznej zmarzliny.
W trakcie naszej nieobecności ukończono kilka nowych budynków, których szkielety widzieliśmy zimą. Część z nich nie uzyskała odpowiednich pozwoleń i w rezultacie statusu do zamieszkania, a właściciele firm budowlanych zyskali jedynie rozliczne problemy z prawem. Jak sądziliśmy, budowy zostały zaczęte bez pozwoleń, a ich właściciele liczyli na rozwiązanie sporów prawnych za pomocą koperty i akceptacji przez włodarzy miasta obecnego stanu. Najwyraźniej nie zawsze się to udawało - być może koperta była za cienka, być może przekroczenie prawa za duże, a być może deweloper grał w karty nie z tymi ludźmi co trzeba. W rezultacie funkcjonujący w dużym stopniu w szarej strefie rynek nieruchomości w Jakucku nie jest w stanie ograniczyć niedoboru podaży na rynku mieszkań, tym samym duża część przybywających do miasta osób z odleglejszych części Dalekiego Wschodu ma kłopoty z zakwaterowaniem. Do Jakucka wciąż napływa pokaźna fala przybyszów, a koszty zakupu mieszkań lub ich wynajmu są horrendalne, porównywalne, a czasami przekraczające analogiczne wydatki w wielu stołecznych miastach zachodniej Europy.
Szczególnie ciekawie budownictwo w Jakucku prezentuje się zimą. Miasto wygląda bardzo industrialnie, wręcz surrealistycznie. Przez całą metropolię biegną dziesiątki, jeśli nie setki kilometrów rur dostarczających gorącą wodę i gaz do licznych bloków i budynków użyteczności publicznej. Ze względu na wieczną zmarzlinę nie są one prowadzone pod ziemią, tylko wiszą w powietrzu. Z uwagi na bardzo niską temperaturę powietrza rozgrzane rury otoczone są parującą mgłą. Wystarczy niewielki promyk światła, by nadać przemysłowej zabudowie tajemniczego, wręcz bajkowego charakteru. Tymczasem w lecie, gdy brak jest warstwy maskującej, jaką tworzy śnieg, na pierwszy plan wysuwają się olbrzymie betonowe pale, na których posadowione są budynki. I choć syberyjska roślinność, wykorzystując każdą ciepłą sekundę lata, stara się zakryć betonową twarz Jakucka zielonym listkiem figowym, to jednak nie jest w stanie ukryć ciągnących się kilometrami rur ciepłowniczych.
Problem wiecznej zmarzliny w syberyjskim budownictwie jest niezwykle ważny, co więcej - z każdą chwilą zwiększa się jego ranga. A właściwie jest to problem nie tyle z wieczną zmarzliną, ile raczej z jej zanikaniem. Rosnące temperatury, będące skutkiem globalnego ocieplenia, wywołują wiele całkowicie niespodziewanych i bardzo niepokojących konsekwencji. Niektóre mają zasięg jedynie lokalny i wpływają tylko na tryb życia miejscowych mieszkańców, niektóre zaś mają wręcz wymiar globalny i prawdopodobnie w najbliższym czasie znaczą wpływać na życie każdego z nas. Prognozy muszą być na tyle poważne, że skłoniły Kreml do złożenia deklaracji o ratyfikowaniu podpisanego kilka lat temu porozumienia klimatycznego w Paryżu. A warto pamiętać, że Federacja Rosyjska jest czwartym największym globalnym konsumentem energii ze źródeł pierwotnych i równocześnie czwartym emitentem dwutlenku węgla (wykresy 1-2).
Wykres 1. Całkowite zużycie energii pierwotnej według państw (udział procentowy w 2020 roku)
Źródło: BP Statistical Review of World Energy 2021, 70th edition, London 2021.
Wykres 2. Roczna emisja dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych według państw (udział procentowy w 2020 roku)
Źródło: BP Statistical Review of World Energy 2021, 70th edition, London 2021.
Wypada jednak zacząć od krótkiego wyjaśnienia, czym jest wieczna zmarzlina. Otóż jest to zamarznięta ziemia, która w takim stanie znajduje się przez co najmniej dwa ostatnie lata. Zazwyczaj składa się ze skał, gleby, różnych osadów i lodu, które łączą się ze sobą w trwałą strukturę. Pokrywa ona mniej więcej piętnaście procent powierzchni lądowej Ziemi. Powstaje tam, gdzie klimat jest suchy i bardzo zimny. Podłoże w regionach, w których istnieje zjawisko wiecznej zmarzliny, pozostaje trwale zamarznięte przez okrągły roku. Sytuacja taka występuje na około osiemdziesięciu procentach powierzchni Alaski, większości północnej Kanady i na dwóch trzecich terytorium Syberii. Można ją także spotkać w innych rejonach Ziemi, na przykład w Skandynawii czy na Grenlandii. Na większości tych obszarów podłoże jest zamarznięte od tysięcy lat, a we wschodniej Syberii sięga ona nawet półtora kilometra w głąb ziemi. Jako ciekawostkę warto podać, że wieczna zmarzlina znajduje się również w północno-wschodniej Polsce, w okolicy Suwałk - blisko trzysta sześćdziesiąt metrów poniżej poziomu gruntu7.
Oprócz odwiedzenia muzeum wiecznej zmarzliny, które znajduje się na przykład w Jakucku, Irkucku albo w Tomtorze, gdzie można także zagłębić się w zbocze góry i od wewnątrz zobaczyć zamarznięty grunt i skałę, można także doświadczyć całkiem niespodziewanego i zaskakującego kontaktu z tym zjawiskiem w najmniej spodziewanych miejscach. W samym centrum Jakucka, gdzieś między ulicami Belińskiego i Ojuńskiego, znajdowała się (chyba nadal tak jest) porośnięta wysoką trawą niezabudowana przestrzeń. Dlaczego niezabudowana, tego się nie dowiedziałem, ale nadawała się ona znakomicie do skrócenia drogi przez miasto. Połać ziemi niczyjej była położona nieco poniżej powierzchni ulicy. Kiedy w upale lata zagłębiłem się w tę łąkę, nagle ogarnęło mnie przedziwne i zaskakujące doznanie. Od pasa w górę było mi gorąco, prawidłowo odczuwałem plus trzydzieści stopni Celsjusza, mocno prażące słońce, czyli syberyjskie lato w pełni. Od pasa w dół zaś znalazłem się w lodówce. Pod cienką warstwą ziemi znajdowała się wieczna zmarzlina, gwałtownie chłodząca atmosferę wśród przechodniów skracających sobie tędy drogę przez miasto. Zestawienie chłodu zamarzniętej ziemi z gorącym powietrzem syberyjskiego lata, nagrzanym słońcem i ciepłym wiatrem, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie.
W połowie zmarznięty, w połowie przypieczony, nie delektowałem się tym uczuciem nadmiernie długo. Liczne komary, które korzystając z chłodu ziemi i cienia zapewnianego przez wysokie trawy, polowały na nadmiernie marudzących przechodniów, błyskawicznie pokonały moje zdumienie i zmusiły do natychmiastowego przejścia w galop, mający mnie wydostać się ze sprytnej zasadzki zastawionej w tym miejscu przez skrzydlaty świat Syberii.
Wracając do głównego problemu - wpływu kurczenia się wiecznej zmarzliny na dzisiejsze uwarunkowania życia mieszkańców Republiki Sacha i jutrzejszą sytuację całej globalnej populacji - można bez wahania stwierdzić, że jest ona krytyczna. I niezależnie od tego, czy wierzymy w przemożny wpływ antropogenicznej emisji gazów cieplarnianych na globalne ocieplenie, czy uważamy, że to naturalny proces, wzmacniany przez nas jedynie w niewielkim stopniu, to i tak jego skutki są bardzo widoczne. W skali mikro przyspieszony proces topnienia i zanikania wiecznej zmarzliny stawia nowe problemy przed mieszkańcami. W pierwszej kolejności budowane kilka dekad wstecz budynki zapadają się w topniejącym gruncie, tracąc stabilne fundamenty8. Dotychczas stosowane techniki są obecnie niewystarczające. Jak wspomniałem wcześniej, budynki tradycyjnie stawiane są na wbitych w wieczną zmarzlinę słupach. Na pierwszy rzut oka nie za bardzo wiadomo, do czego te słupy są potrzebne, przecież stawianie bezpośrednio na zamarzniętym w kamień gruncie jest prostsze i tańsze. Ale odpowiedź, którą dostałem na miejscu, rozwiała wszelkie wątpliwości. Dwa najważniejsze powody wznoszenia budynków na palach wynikają z nietrwałości pierwszej warstwy gruntu. Topnieje ona w okresie letnim i zamarza zimą, co wywołuje oczywiście jej odkształcenia. Filary wbite w trwałą dotychczas zmarzlinę na głębokość kilku metrów pozwalały na uniknięcie kłopotów związanych z letnimi roztopami. Drugi powód jest bardziej zaskakujący dla postronnego obserwatora. Otóż ogrzewane od środka budynki same z siebie podnosiłyby temperaturę gruntu znajdującego się bezpośrednio pod nimi, stąd postawienie budynków na palach pozwala na cyrkulację powietrza, a wiatr chłodzi ciepło, które emituje sam budynek. Tyle że dziś wierzchnia warstwa gruntu rozmarza na większą głębokość niż jeszcze kilka dekad wstecz. W rezultacie okazuje się, że filary, na których stoją budynki, zostały wbite na niewystarczającą głębokość, a całe konstrukcje pękają i zapadają się w ziemię. Problem dotyczy nie tylko budownictwa mieszkaniowego, ale także olbrzymich inwestycji infrastrukturalnych - między innymi elektrowni atomowych, rurociągów, dróg i linii kolejowych.
Za kołem polarnym część rurociągów transportujących ropę czy gaz budowana była na obszarach wiecznej zmarzliny i także zapada się i niszczeje, a to może się przełożyć na wzrost cen oraz przerwy w dostawach. Rosjan czeka poniesienie wysokich kosztów związanych z ewentualnym wzmocnieniem albo wręcz odbudową wielu odcinków rurociągów oraz ich częstszym serwisem. Szacunki strat finansowych, które skłoniły byłego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa do ratyfikacji traktatów paryskich, informują o miliardach dolarów rocznie, które traci Rosja na skutek rosnących globalnych temperatur. Patrząc strategicznie, przez pryzmat znaczenia przemysłu wydobywczego i jego położenia w Federacji Rosyjskiej, będzie to miało niewątpliwy wpływ na jej dochody budżetowe i stabilność gospodarki zależnej od wydobycia i eksportu surowców energetycznych. Dziś temperatury w okresie tamtejszego polarnego lata przekraczają czasami nawet dwadzieścia stopni Celsjusza, a grunt rozmarza szybciej i na większą głębokość.
Problem wzrostu średniorocznych temperatur oczywiście dotyczy także zabudowy w syberyjskich miastach. Postawione przed kilkudziesięciu laty budynki niszczeją w zdecydowanie większym tempie. W wielu z nich na ścianach pojawiają się bardzo głębokie i systematycznie powiększające się rysy czy szczeliny i głębokie pęknięcia. Mieszkające lub pracujące w nich osoby naklejają na taką szczelinę cienką kartkę papieru, obserwując, co się z nią dzieje. Łatwo wówczas zaobserwować, czy szczelina się powiększa, ponieważ wraz z większym pęknięciem ściany również kartka papieru się rozrywa, a prawdy o stanie budynku nie będzie łatwo ukryć. W Jakucku w ważnych budynkach użyteczności publicznej stosowane są inne metody. Próbą wzmocnienia budowli są systemy rurek - wymienników ciepła, które dzięki zastosowaniu odpowiedniej cieczy chłodzącej, na przykład azotu czy helu, mają powstrzymać rozmarzanie gruntu pod budynkiem, gdy jest bardzo ciepło9. Jest to jednak doraźne działanie, w dodatku niezwykle kosztowne.
Kłopoty z cofającą się, topniejącą i zanikającą wieczną zmarzliną to nie tylko kwestia niedopasowania konstrukcyjnego budynków. To problem zdecydowanie większy, dotyczący w zasadzie całej infrastruktury technicznej i transportowej Dalekiego Wschodu Rosji, szczególnie tej związanej z przesyłem surowców energetycznych - ropy i gazu.
Duża część tych problemów nawiązuje do nieodległej przeszłości, a dokładnie drugiej połowy XX wieku. Zachodzące wówczas przemiany na rynkach paliw były jednym z ważniejszych czynników, które rozkruszyły od wewnątrz system kontroli Związku Radzieckiego nad państwami zza żelaznej kurtyny i zadecydowały o upadku muru berlińskiego. Być może także dziś próbę powrotu Rosji do potęgi z lat Związku Radzieckiego powstrzymają przemiany dokonujące się zarówno na globalnych rynkach surowców energetycznych, jak i w krajowym rozkładzie systemu ich przesyłu. Otóż w wyniku kryzysów paliwowych z lat siedemdziesiątych XX wieku Stany Zjednoczone i gospodarki zachodnioeuropejskie musiały przygotować się do wahań podaży i cen na rynku naftowym. Wymuszona przez wysokie ceny paliw i rosnące koszty produkcji transformacja gospodarcza dała wręcz impuls do dalszego rozwoju i rosnącej dominacji w skali globalnej państw zachodnich, w tym przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Można nawet stwierdzić, że choć kryzysy paliwowe zapewniły w krótkiej perspektywie pewną przewagę państwom zza żelaznej kurtyny, ze względu na dostęp do tanich zasobów surowcowych, to w długiej perspektywie przyczyniły się do upadku Związku Radzieckiego i rozpoczęcia przemian wolnościowych w Europie Środkowej i Wschodniej - ze względu na kosztowny, energochłonny i skrajnie nieefektywny proces produkcji w wielu ważnych sektorach socjalistycznej gospodarki. W czasie gdy państwa zachodniej Europy i Stany Zjednoczone dynamicznie zmierzały w kierunku wzrostu efektywności i technologicznie zaawansowanego systemu gospodarczego, nieprzymuszone sytuacją do zmian technologicznych państwa za żelazną kurtyną zmierzały do katastrofy gospodarczej i społecznej, która stała się faktem już w kolejnej dekadzie XX wieku.
Myśląc o problemach z infrastrukturą naruszaną przez zmiany klimatyczne, trudno nie wspomnieć o sekretnych miejscach na mapie Rosji, związanych z produkcją energii atomowej i składowaniem radioaktywnych odpadów. Interesującym obiektem, wartym przywołania w tym miejscu, jest elektrownia atomowa, która od połowy lat siedemdziesiątych produkuje energię za kołem podbiegunowym nieopodal miejscowości Bilibino na Półwyspie Czukockim. Jest ona najdalej na północ położoną elektrownią atomową na kuli ziemskiej. Dostarcza energię do licznych kopalni złota, ołowiu i rtęci oraz dla położonych tam ludzkich osiedli. Co prawda w 2016 roku zapowiedziano jej rychłe zamknięcie, ale wydaje się, że ono jednak nie nastąpiło i elektrownia dalej funkcjonuje. W produkcji energii na tym obszarze ma ją zastąpić pierwsza na świecie pływająca elektrownia atomowa "Akademik Łomonosow". Choć termin "pływająca" nie do końca jest chyba trafiony, ponieważ ona nie tyle sama płynie, ile raczej jest holowana, ale jak przekonują mnie rosyjscy dyskutanci, jest to konstrukcja przełomowa, godna zachwytów i okrzyków podziwu. W odpowiedzi na moje pytanie dowiedziałem się także, że dzięki "Akademikowi Łomonosowowi" po raz pierwszy w dowolnym miejscu mórz i oceanów można zakotwiczyć źródło taniej i dostępnej energii elektrycznej dla miast, zakładów przemysłowych i platform wiertniczych. Dwa reaktory atomowe pełniące wachtę na pokładzie mogą dostarczyć energię potrzebną do funkcjonowania stutysięcznego miasta. Wszystko pięknie, gdy elektrownia funkcjonuje jak należy, ale co w sytuacji, gdy pojawią się problemy techniczne? Podobny pogląd prezentują liczne ruchy ekologiczne, określające elektrownię atomową "Akademik Łomonosow" jednoznacznie się kojarzącą mieszkańcom Europy Środkowej i Wschodniej nazwą "Pływający Czarnobyl". Zmiany w wiecznej zmarzlinie, na której jest położona elektrownia atomowa Bilibino, są jednak na tyle poważne, a zarazem wiek i zużycie reaktorów atomowych są na tyle duże, że w momencie, gdy próbowaliśmy zasnąć w trakcie polarnego dnia, "Akademik Łomonosow" przepływał właśnie po Oceanie Arktycznym, kierując się na Półwysep Czukocki. Tam w nieodległej przyszłości ma w pełni zastąpić przestarzałe technologicznie elektrownie działające na tym obszarze - Bilibino (atomową) i Chaun (węglową)10.
Topnienie wiecznej zmarzliny zagraża także zlokalizowanym za kołem polarnym licznym lotniskom oraz utajnionym podziemnym magazynom, w których znajdują się między innymi zasoby nafty lotniczej albo - co jeszcze bardziej niebezpieczne i rozpalające wyobraźnię - składowane są radioaktywne odpady. A przynajmniej zachodzą uzasadnione wątpliwości co do jakości zabezpieczeń stosowanych przy utylizacji najniebezpieczniejszych odpadów z procesu produkcji energii atomowej w byłym Związku Radzieckim, ale także w dzisiejszej Federacji Rosyjskiej.
W bardzo szybkim tempie niszczeją także drogi i nieliczne torowiska łączące pojedyncze i rozproszone miejscowości na mapie Syberii. Poza Jakuckiem właściwie nie ma możliwości skorzystania z dróg pokrytych asfaltem, ponieważ takich odcinków jest niewiele. Większość dróg ma charakter zdecydowanie nietrwały, a konstrukcja opiera się na utwardzonej nawierzchni, czasami wysypanej żwirem. Lokalne legendy głoszą, że w trakcie wiosennych roztopów z błota pod drogą Jakuck-Magadan wypływają kości zesłańców pochowanych tam w trakcie jej budowy w latach czterdziestych XX wieku. Jest to słynna "droga na kościach", zwana również "autostradą Stalina". W nomenklaturze drogowej nosiła kiedyś znany w całym Związku Radzieckim numer M56. Ile osób tam zmarło, a może raczej zostało zamordowanych w trakcie pracy ponad siły w kilkudziesięciostopniowym mrozie, nikt dziś dokładnie powiedzieć nie może i pewnie nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie.
Do historii tej drogi i komfortu przemieszczania się po niej jeszcze wrócę w trakcie opowieści o podróży do miejscowości Ust Tatti. Tu wspomnę tylko, że dwieście, trzysta kilometrów szosy pokonuje się w tajdze kilka razy dłużej w porównaniu z przejazdem po podobnym odcinku drogi asfaltowej w Europie. Wskutek zamarzania i rozmarzania wierzchniej warstwy gruntu pojawiają się lodowe pagórki - liczące nawet kilkadziesiąt metrów wysokości - znane jako pingo, oraz małe stożki zwane palsa. Wraz ze wzrostem temperatury wypiętrzona ziemia potrafi się gwałtownie zapaść, tworząc niewielkie jeziorka. Jeżeli proces ten przebiega pod szlakiem infrastrukturalnym - drogą albo torami kolejowymi - oznacza to tylko jedno: olbrzymi problem dla kierowcy z przejechaniem takiego miejsca i dotarciem do ostatecznego celu wyprawy.
Jeżeli nawet pingo i palsa nie występują na danym terenie, to rosnące temperatury doprowadzają do powstania błotnistej mazi także na głównych drogach Republiki Sacha. Wiosną i jesienią, gdy dodatkowo pojawiają się większe opady, jazda samochodem staje się koszmarem. I nawet przy założeniu, że stan infrastruktury transportowej ulega systematycznej poprawie, przemieszczanie się po tych obszarach jest nadal olbrzymim wyzwaniem dla podróżnych. Paradoksalnie - system transportu kołowego funkcjonuje zdecydowanie lepiej w okresie zimowym, który zwykle trwa tutaj ponad pół roku. Zimą zamarzają mokradła i jeziora, a rzeki zamieniają się w najszersze na świecie autostrady. I jak to bywa na wschód od gór Uralu, wszystko tu dzieje się dokładnie odwrotnie niż w Europie. Zima na Syberii, mimo swojej srogości, ma jeden niepodważalny atut. Polega on na tym, że to jest właśnie ten czas, w którym nawet najbardziej odcięte wsie w centralnej Jakucji stają się dużo bardziej dostępne i wreszcie mogą nawiązać lądowy kontakt z innymi częściami Republiki Sacha. Niemniej jednak także i na tę formę transportu i możliwości kontaktu z innymi częściami Jakucji wpływają zmiany klimatyczne.
W Jakucji wraz z nadejściem dużych mrozów rozpoczyna się pracowity sezon dla kierowców wszelakiego koloru, wieku i stanu urali, kamazów, a nawet leciwych ziłów. Olbrzymia część z nich bowiem zaliczyła wcześniej służbę wojskową, a teraz, na emeryturze, pokonują olbrzymie syberyjskie przestrzenie, wioząc w miejsce wojska i sprzętu do zabijania mleko, jaja, mąkę i wszystko to, co jest potrzebne do życia w odległych częściach Republiki Sacha. I można byłoby powiedzieć, że to dobrze, że zima jest taka długa, ale okazuje się, że ryzyko związane z wykorzystywaniem zamarzniętych rzek systematycznie rośnie, a sezon transportu ciężkich pojazdów rzeką z roku na rok staje się krótszy.
Coraz częściej pojawiają się na skutych lodem rzekach pułapki, w które zapadają się ciężkie pojazdy. Ich powstanie przebiega w następujący sposób: pod koniec zimy woda potrafi wydostać się spod tafli lodu i płynie wartkim nurtem po jego powierzchni, następnie w nocy zamarza, tworząc cienką warstwę lodu na wierzchu, a między nią i grubą podstawową warstwą lodu jest woda. Z kabiny kamaza nie da się odróżnić grubej tafli lodu od takiej przeźroczystej pułapki, a gdy kamaz przełamie cienką górną warstwę, nie jest w stanie odzyskać przyczepności i wrócić na lodową autostradę. Dlatego każdy pojazd poruszający się po tamtejszych drogach ma nie jeden, ale dwa wielkie baki z paliwem, przy czym jeden służy do napędzania pojazdu, a drugi jest rezerwą na nieprzewidziane sytuacje i konieczność postoju w głuchej tajdze w ekstremalnie niskich temperaturach w oczekiwaniu na przejeżdżającego tym samym szlakiem wybawcę - kierowcę innej ciężarówki. Wystarczy jednak nieco wykorzystać fantazję, by wyobrazić sobie, co stanie się z kierowcą, gdy sprzęt przestanie działać, a pomoc nie nadejdzie wystarczająco szybko.
Topniejąca wieczna zmarzlina to w skali lokalnej także problem epidemiologiczny. Choć prawdę powiedziawszy, stwierdzenie "w skali lokalnej" przestaje już działać w naszym zglobalizowanym świecie, a znajdujące się w zamarzniętej ziemi liczne zamrożone truchła zwierząt, w tym głównie reniferów, z których część zdechła po zakażeniu laseczką wąglika wiele dekad temu, mogą szybko przerodzić się w problem nie tyle syberyjski, ile nawet światowy.
Rosnące temperatury powodują rozmrażanie zwierzęcych tusz, wywołując niebezpieczeństwo ponownego zarażenia zarówno przez zwierzęta, jak i przez ludzi przebywających w pobliżu. Padłe od wąglika renifery można liczyć w tysiącach, a ponieważ autochtoni spożywają surowe mięso tych zwierząt i piją ich krew, wąglik trafia także do ich organizmów. Sytuacja stała się na tyle poważna, że rząd Federacji Rosyjskiej wysłał kilka lat temu do Jakucji zespół biologów, którego zadaniem było odizolowanie ogarniętych chorobą terenów, dezynfekcja i utylizacja padłych reniferów.
Laseczki wąglika to nie jedyna niespodzianka, która czeka w zamarzniętej syberyjskiej ziemi. Dla przykładu przez wieki grzebano w wiecznej zmarzlinie, na brzegach syberyjskich rzek, osoby zmarłe w wyniku epidemii czarnej ospy. Dzisiaj topnienie wiecznej zmarzliny nie tylko odkrywa szczątki mamutów, ale także może przywrócić do życia wirusa ospy właściwej, wywołując epidemię. Choć prawdopodobieństwo jest niewielkie, to jednak od samej wiedzy o tym robi się człowiekowi trochę miękko w kolanach. Nie jest to, niestety, fikcja literacka, nie jest to także scenariusz katastroficznego horroru, w którym powłóczące nogami zombie w tempie ślimaka gonią za niedobitkami homo sapiens, tylko realny problem na tych obszarach. Do zakażeń laseczkami wąglika dochodzi bowiem coraz częściej, a w kolejnych latach sytuacja zapewne będzie się tylko pogłębiać. O epidemii czarnej ospy nic na szczęście nie słychać, ale to nie znaczy, że nam ona nie grozi. Nikt tak do końca nie jest w stanie powiedzieć, co ostatecznie kryją w swoim wnętrzu obszary wiecznej zmarzliny i z czym będziemy musieli się zmierzyć, gdy dzisiejsza zmarzlina zamieni się w błoto. Czy nie okaże się, że na ziemię powrócą w formie rozmrożonej wirusy, które wcale w nie tak odległej przeszłości skracały życie człowieka neandertalskiego?
Wymienione powyżej problemy, choć po części szokujące, mają zazwyczaj charakter lokalny, ale topnienie i zmniejszanie się powierzchni wiecznej zmarzliny ma także wymiar globalny, który wpłynie na życie każdego z nas. Otóż na nasze nieszczęście wieczna zmarzlina stanowi jeden z największych zbiorników węgla organicznego na świecie. Kiedy zaczyna się topić, a to właśnie się dzieje, drobnoustroje znajdujące się w glebie mogą przekształcić materię organiczną w dwutlenek węgla i metan, które następnie trafią do atmosfery11. W tej sytuacji ogromne ilości metanu, które mogłyby zostać uwolnione w wyniku zaniku wiecznej zmarzliny, traktuje się jako tykającą i potencjalnie bardzo niebezpieczną bombę zegarową. A szacunki i naukowe wyliczenia wskazują, że bomba ta ma wielkość odpowiadającą nawet tysiącu sześciuset miliardom ton węgla organicznego12. To znacznie więcej, niż człowiek zdołał wyemitować do atmosfery od połowy XIX wieku, czyli od chwili, gdy rewolucja przemysłowa była już rozgrzana do czerwoności.
Rosnące temperatury nie powodują jedynie bezpośrednich zmian w wiecznej zmarzlinie. Otóż ostatnie lata były wyjątkowe także dlatego, że skala pożarów syberyjskiej tajgi osiągnęła niespotykane dotychczas rozmiary. Stojąc na głównej ulicy Jakucka w środku sierpnia, jedynie z trudem można oddychać, i to nie ze względu na smog powodowany ruchem ulicznym. Niebo jest nieustannie zamglone, a widoczność słaba ze względu na dym unoszący się w powietrzu w konsekwencji pożarów syberyjskich lasów. W trakcie lata 2019 roku w samej Jakucji płonęło niemal półtora miliona hektarów tajgi i torfowisk w jakuckiej tundrze. Jak wynikało z rozmów z mieszkańcami Tiksi, płonące torfowiska zdecydowanie trudniej jest ugasić niż płonący las, dlatego potrafią tlić się miesiącami. A zresztą i tak nikt w Rosji takiej decyzji nie podejmie ze względu na koszty i mizerne rezultaty. Swoją drogą świat patrzy z zaniepokojeniem, a jednocześnie mało się angażuje w zniszczenia dokonywane przez ogień na olbrzymich połaciach Syberii, Amazonii czy lasów deszczowych w pasie równikowej Afryki. Przyczyn takiej zachowawczej postawy jest wiele: niechęć do mieszania się w wewnętrzne decyzje poszczególnych rządów i brak ponadnarodowych narzędzi wsparcia, globalne interesy korporacji poszukujących kolejnych obszarów pod uprawę soi, palm olejowych i wypasu bydła, niechęć do wydawania pieniędzy podatników. Niewielka, choć rosnąca w ostatnich latach, jest świadomość, jakie mogą być długofalowe skutki powtarzających się co roku pożarów dla globalnych zmian klimatycznych, w rezultacie których ucierpią nie tylko kraje umownego Trzeciego Świata, ale także zachodnie społeczeństwa.
Liczba pożarów na obszarach zlokalizowanych na Dalekim Wschodzie Rosji, ale także w Kanadzie czy na Alasce, systematycznie rośnie w ostatnich latach. Ma to oczywiście związek, jak wiele innych kataklizmów, ze zmianami klimatu. Gdy jest bardziej sucho, ogień łatwiej się przenosi, a kiedy jeszcze pojawi się wiatr, często jest on w stanie pokonać nawet olbrzymie syberyjskie rzeki. Te z kolei nie są już tak szerokie, ponieważ w okresie suchym także i one wysychają. Ponadto częściej występują zjawiska wyładowań atmosferycznych, z czym wiąże się większe ryzyko zaprószenia ognia. I wreszcie grunt jest suchy, co szczególnie sprzyja tleniu się torfowisk. Oburzenie światowej opinii publicznej wywoływał brak reakcji władz rosyjskich na zaistniały kryzys, ale będąc tam na miejscu, trudno jest sobie wyobrazić, jak miałaby wyglądać akcja gaszenia pożarów na tym niewyobrażalnie olbrzymim obszarze. Szacunki wskazują, że latem 2019 roku łącznie płonęły ponad trzy miliony hektarów tajgi i tundry na Dalekim Wschodzie Rosji, co oznacza, że ze względów organizacyjnych i ekonomicznych walka z pożarami wykroczyła poza możliwości tego państwa. I ostatecznie, podobnie jak w latach wcześniejszych, gaszenie pożarów pozostawiono naturze.
Wykres 3. Wpływ pożarów syberyjskiej tajgi na proces zmniejszania się obszaru wiecznej zmarzliny i wzrostu efektu cieplarnianego
Źródło: opracowanie własne.
Niepokojące jest wszakże to, że problem ten będzie tylko narastał wraz z postępującym procesem globalnego ocieplenia klimatu i wzrostu temperatury także na Syberii, co pokazały kolejne lata. Ten zamknięty cykl w dużym uproszczeniu pokazuje wykres 3. Pożary tajgi prowadzą do olbrzymiej emisji wszelkiego rodzaju pyłów i sadzy, podobnej do emisji pyłów w trakcie erupcji wulkanów. Te osiadają na śniegu, który stając się bardziej szary, w mniejszym stopniu odbija promienie słoneczne. Większa absorpcja ciepła oznacza szybsze jego topnienie i automatycznie znika warstwa izolująca grunt i wieczną zmarzlinę od bezpośrednich promieni słonecznych. A przecież ciemna ziemia wchłania jeszcze większą dawkę ciepła w porównaniu z białym śniegiem. Dodatkowo same płomienie i tlenie się torfowisk powodują szybsze topnienie wiecznej zmarzliny. Rośnie więc emisja CO2 i metanu, co przyspiesza proces wzrostu temperatur, wysuszania wierzchnich powierzchni gruntu, częstszych wyładowań atmosferycznych, a w rezultacie pożary tajgi i tundry stają się częstsze i groźniejsze, a Syberia wchodzi w kolejny niebezpieczny cykl wzrostu temperatury.
Na szczęście jest i druga strona medalu, a nawet niewielka iskierka nadziei. Podobno stopniowy proces rozmarzania ziemi jest już uwzględniany w wielu modelach zmian klimatycznych i raczej uważa się, że ma niewielki wpływ na globalne ocieplenie, ponieważ rozmrożone podłoże i zachodzące tam procesy gnilne stymulują również wzrost roślin, które równoważą i neutralizują węgiel uwalniany do atmosfery, zużywając go podczas fotosyntezy. Pytaniem pierwszym i najważniejszym pozostaje to, jakie tempo tych zmian pozwala zachować równowagę między procesami przemiany materii organicznej w metan a procesami wzrostu roślin i fotosyntezy. Pytanie drugie dotyczy toczących się naukowych dysput o to, kto ma rację, czy ci, którzy wieszczą globalny kataklizm na miarę biblijnego potopu, czy ci, którzy uważają, że człowiek ma jedynie niewielki wpływ na całokształt cyklicznych procesów chłodzenia i ogrzewania ziemskiego klimatu i w związku z tym nie należy się za bardzo denerwować, przecież "co zrobisz, jak nic nie zrobisz".
W ekonomii pojawiło się w ostatnich dekadach pojęcie rozwoju (wzrostu) zrównoważonego. Żeby nie zagłębiać się nadmiernie w ten umiarkowanie interesujący, choć ważki skądinąd problem, napiszę tylko, że koncepcja ta sięga korzeniami do lat osiemdziesiątych XX wieku i pojawiła się na sesji Światowej Komisji do spraw Środowiska i Rozwoju Narodów Zjednoczonych w sporządzonym wówczas dokumencie, zwanym - od nazwiska przewodniczącej Gro Harlem Brundtland - Raportem Brundtland13. W pierwszym akapicie wspomnianego Raportu znalazła się definicja, czy może raczej ogólna koncepcja, czym jest rozwój zrównoważony. Okazuje się, że jest to taki rozwój, w ramach którego "obecne potrzeby powinny być zaspokajane bez ograniczenia szans kolejnych pokoleń na zaspokojenie przyszłych potrzeb"14.
Patrząc na współczesną cywilizację i jej rozwój, możemy wyróżnić trzy podstawowe obszary, w których zachodzą niezwykle istotne zmiany z punktu widzenia gatunku homo sapiens. To gospodarka i zwiększający się poziom życia, środowisko naturalne i rosnący wysiłek, by je chronić, oraz społeczeństwo. Rozważania o wzroście zrównoważonym z punktu widzenia tych trzech obszarów prowadzą nas do konkluzji, że żaden z nich nie powinien dominować nad pozostałymi ani pozostawać poza głównym nurtem zmian. Na przykład rozwój gospodarczy nie powinien odbywać się kosztem degradacji środowiska naturalnego albo ograniczania praw pracowników do sprawiedliwego zatrudnienia i godziwego wynagrodzenia. Oczywiście nawet najlepsza wygłoszona teoria i światłe postulaty to jedynie jedna strona medalu, często funkcjonująca właśnie w formie teoretycznej, a rzeczywistość jest jej drugą, ciemniejszą stroną. Ewidentnie widać, że ta druga strona medalu nie jest tak błyszcząca, jak byśmy chcieli, i nie nadąża za oświeconymi wizjami zachodniego świata. Najlepiej rozwinięte gospodarki osiągnęły dziś taki poziom zamożności, że walkę o lepsze życie i stabilną przyszłość zastąpiono postulatami walki z globalnym ociepleniem klimatu i podkreślaniem roli ochrony środowiska we wzroście zrównoważonym. Jednak państwa, umownie i niesprawiedliwie nazywane Trzecim Światem, nie są w stanie przestawić się na tory wzrostu zrównoważonego, godząc z jednej strony konieczność wzrostu standardów życia swoich obywateli z ochroną środowiska i walką o sprawiedliwość społeczną z drugiej. I to właśnie tam pojawiają się istotne zagrożenia dla bezpieczeństwa naszego globu i długofalowego rozwoju cywilizacyjnego.
Tymczasem wraz z osiągnięciem wysokiego poziomu rozwoju i płynącej z niego zmiany postawy państw Zachodu pojawiły się coraz silniejsze naciski na kraje słabiej rozwinięte, by te partycypowały w realizowanych politykach i stawiały na pierwszym miejscu kwestie środowiskowe i problem walki z globalnym ociepleniem. I choć niektóre z krajów słabiej rozwiniętych już dziś muszą walczą ze skutkami zmian klimatycznych (na przykład podnoszeniem się poziomu wód oceanicznych), to jednak zmiana postaw względem roli środowiska i wykorzystania zasobów nieodnawialnych w światowej gospodarce związana jest z jednej strony z olbrzymimi wydatkami, ale z drugiej - z wymagającą czasu zmianą mentalności. Jak łatwo sobie wyobrazić, naciski płynące ze strony bogatych zachodnich gospodarek nie wzbudzają entuzjazmu wśród większości państw w słabiej rozwiniętych częściach świata, które nie mają wystarczających funduszy, by zapewnić swoim obywatelom nawet podstawowe usługi publiczne, takie jak opieka zdrowotna, bezpieczeństwo wewnętrzne czy system emerytalny. Jednocześnie to one w dużym stopniu odpowiadają za obecny poziom emisji gazów cieplarnianych, ponieważ dopiero niedawno wstąpiły na ścieżkę przyspieszonego tempa rozwoju, i to one właśnie - w ostatnich latach - potrzebują olbrzymich ilości taniej energii.
W krajach tych, zlokalizowanych głównie na południowej półkuli, narasta bunt przeciwko nowej formie dominacji zachodniego świata - w sferze ideałów i koncepcji rozwoju oraz wizji przyszłości - całkowicie nieadekwatnej do ich sytuacji. Wbrew pozorom, społeczeństwa państw Trzeciego Świata rozumieją to całkiem logicznie argumentując, że kiedyś to ich zasoby determinowały rozwój państw Europy, a kiedy wreszcie mogą je wykorzystać do budowy fundamentów własnego dobrobytu, ponownie te same europejskie kraje starają się im to uniemożliwić. I nic w tej sytuacji nie da powtarzanie niczym mantry, że to nasza wspólna przyszłość, nasza wspólna Błękitna Planeta, że wszyscy oddychamy tym samym powietrzem, pijemy tę samą wodę, a rośliny wyrastają z tej samej gleby - i że musimy o to wszystko wspólnie dbać. Te argumenty nie mają większych szans na wysłuchanie i akceptację, dopóki sam Zachód nie podejmie decyzji, by ponieść pełne koszty tej zmiany, wydając na nią część swojego olbrzymiego bogactwa, które zdobył dzięki wielowiekowej eksploatacji słabszych społeczeństw. Debata o charakterze i zasięgu redystrybucji dochodów jest punktem wyjścia stworzenia realnej strategii przeciwdziałania antropogenicznym zmianom klimatu i być może jedyną szansą, aby znaleźć rozwiązanie dające szansę na końcowy sukces zarówno w bogatych, jak i w ubogich częściach świata.
Szansa na taką zmianę optyki jest jednak minimalna i nie trzeba być wielkim pesymistą, by zobaczyć całkiem czarny obraz przyszłości naszej planety. Jeśli dodatkowo nałożymy na obecne propozycje ograniczania globalnej emisji CO2 przez inwestycje w odnawialne źródła energii uzasadnione podejrzenia związane z ekspansją międzynarodowych korporacji i ich odwieczną chęć wykorzystania sytuacji kryzysowych dla własnych korzyści, to się okaże, że nic zrobić nie możemy15.
Niechęć krajów Trzeciego Świata do narzucanej przez bogatych kolejnej doktryny, tym razem dbania o środowisko naturalne kosztem dążenia do zaspokojenia ich podstawowych potrzeb ekonomicznych i społecznych, jest znowu dominująca. Jednocześnie, łącząc tę wyraźną niechęć z podejrzeniami wobec globalnych korporacji czy wreszcie z palącą potrzebą wyzwolenia się z nędzy i podążania w kierunku wyższego poziomu jakości życia, otrzymamy kombinację ważnych argumentów przeciw koncepcji wzrostu zrównoważonego. Trudno jest jej przeciwstawić argumenty o niepewnej przyszłości, wymieraniu krytycznie zagrożonych gatunków czy wycince lasów tropikalnych, a nawet jeżeli tak zrobimy, to na koniec uzmysłowimy sobie, że to nic nie da. I obiektywnie na to patrząc, trudno się dziwić. Dla nas, sytych i zadowolonych z życia Europejczyków, nie do wyobrażenia jest nędza, w jakiej żyje olbrzymia część populacji homo sapiens, a za niskim poziomem empatii podąża natychmiast brak zrozumienia i nieodparte poczucie posiadania tak doniosłej wiedzy, która daje nam prawo do narzucania naszych poglądów innym, również wbrew ich woli. To znakomity przepis na ostateczną klęskę w nawet najbardziej pilnych i ważnych kwestiach.
Być może warto w tym miejscu przytoczyć dane liczbowe, którymi posługują się alterglobaliści. Według nowego raportu - opublikowanego przez Oxfam - rosnąca koncentracja bogactwa na świecie oznacza, że obecnie dwudziestu sześciu najbogatszych miliarderów posiada majątek równy majątkowi trzech miliardów ośmiuset milionów ludzi, którzy stanowią najbiedniejszą część populacji naszej planety16. A przecież rok wcześniej było ich niemal dwukrotnie więcej, bo "aż" czterdzieści trzy osoby. Nierówności majątkowe w skali globalnej zwiększyły się w 2018 roku, gdyż miliarderzy zwiększali swoje fortuny o dwa i pół miliarda dolarów dziennie. Wśród najbiedniejszej części ludzkości majątek zmalał o jedenaście procent, podczas gdy majątek miliarderów wzrósł o dwanaście procent. Publikowane od lat raporty fundacji Oxfam pokazują, że przepaść między bogatymi a biednymi jest znacznie większa, niż może się nam wydawać, a dodatkowo systematycznie rośnie. Raporty te wskazują także na mało etyczne sposoby działania grup biznesowych i najbogatszych osób, które są właścicielami globalnych przedsiębiorstw. Z premedytacją i wyrachowaniem unikają one płacenia podatków, obniżając do absolutnego minimum płace zatrudnionych i wykorzystując swoją finansową potęgę oraz możliwości, które ona daje, aby wywierać wpływ na politykę, a często także korumpować przedstawicieli władz publicznych w krajach, w których pozycja państwa i reprezentującej go administracji nie jest wysoka. I to właśnie ten świat, w którym dominuje i rządzi kapitał, dyktuje, tak jak przez ostatnie stulecia, preferowany kierunek rozwoju i nakreśla światopogląd krajom najsłabiej rozwiniętym, proponując im w zamian za finansowe i legislacyjne ustępstwa zakup ekologicznych technologii po "preferencyjnych" stawkach i na kredyt. Warto zauważyć, że ofiarami w tej sytuacji stają się nie tyle kraje najsłabiej rozwinięte, ile raczej te, które osiągnęły już pewien poziom rozwoju gospodarczego. To one bowiem mają już zasoby, które pozwalają sfinansować zakup i wdrażania technologii związanych z produkcją energii ze źródeł odnawialnych. Ostateczny koszt transformacji energetycznej w kierunku zielonej energii opłacać będą ze swoich oszczędności obywatele, zmuszeni do tego kilkukrotnym wzrostem cen energii.
Z taką sytuacją mamy do czynienia w państwach Europy Centralnej, które od blisko dwóch dekad związały swój rozwój z Unią Europejską. Z jednej strony oskarżane są one o istotny wpływ na przyspieszanie procesu globalnego ocieplania klimatu przez spalanie węgla i zmuszane są do zakupu nowoczesnych technologii, a równocześnie do tych państw wysyłane są niebezpieczne pozostałości po procesach produkcyjnych realizowanych w najsilniejszych gospodarkach zachodniej Europy.
Z tego punktu widzenia warto pochylić się nad sytuacją Federacji Rosyjskiej. Mówimy bowiem o państwie, które zajmuje największą powierzchnię i dysponuje olbrzymimi zasobami wszelkich surowców naturalnych, zlokalizowanych głównie na jej Dalekim Wschodzie. Rosyjska gospodarka ma bardzo duży potencjał rozwojowy i teoretycznie mogłaby także osiągać znakomite wyniki gospodarcze. Tych jednak brak, a przynajmniej nie są takie, na jakie wskazywałyby możliwości związane z posiadaniem największych na świecie zasobów surowców naturalnych, w tym drewna, metali szlachetnych, a przede wszystkim paliw płynnych i surowców energetycznych (ropy naftowej, gazu ziemnego, węgla kamiennego i brunatnego) oraz czwartej część światowych zasobów wody słodkiej, która w przyszłości stać się może strategicznie najcenniejszym zasobem.
Ponieważ Rosja nie należy do OPEC, to zarówno ropa naftowa, jak i gaz ziemny mogą być w Rosji wydobywane bez restrykcji (kwot produkcyjnych) nakładanych przez organizację na swoich członków17. W ostatnich latach produkcja ropy naftowej oraz polityka związana z transportem pozyskiwanych surowców energetycznych stała się nie tylko głównym źródłem wzrostu gospodarki, ale także środkiem geostrategicznego nacisku na rządy niektórych państw w Europie i Azji. Dodatkowym czynnikiem rzutującym na możliwości Rosji prowadzenia w tym sektorze aktywnej polityki jest uzależnienie części państw, które jeszcze do niedawna stanowiły części składowe Związku Radzieckiego, a dzisiaj nie mają zbyt wielu możliwości na dywersyfikację importu paliw poza rosyjskimi zasobami surowcowymi, w tym przede wszystkim ropy naftowej i gazu. W 2019 roku Rosja wydobywała nieco mniej niż jedenaście milionów baryłek ropy dziennie, co dawało jej drugie, po Stanach Zjednoczonych, miejsce na świecie18.
Mimo tak olbrzymich zasobów i nieograniczonych możliwości wykorzystania dochodów płynących z eksportu surowców Federacja Rosyjska raczej nie jawi się w wyobraźni przeciętnego mieszkańca zachodniej Europy jako najbardziej atrakcyjne miejsce do życia. Trudno jest znaleźć kogokolwiek, kto na poważnie rozważałby zamieszkanie w tym największym kraju naszego globu. Jedyne osoby, które przychodzą mi do głowy, to wspomniany we wstępie do tej książki Gerard Depardieu oraz Edward Snowden19. Przy czym pierwszy uciekł do Rosji przed francuskim systemem podatkowym, a drugi przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. Być może jednak klucz do zmiany poglądów w tej sprawie nie znajduje się w dużych miastach Federacji Rosyjskiej, a w sielskiej jakuckiej wsi?
Aby zweryfikować tak postawioną tezę, postanowiłem wyjechać z całkiem światowego Jakucka, zamieszkać choć przez chwilę w syberyjskiej wsi i poczuć bijącą tam witalność syberyjskiej tajgi. Z wielką radością skorzystałem z zaproszenia studiującej w Krakowie Uljany i udałem się wraz z Piotrem w podróż do odległej o trzysta kilometrów od Jakucka miejscowości Ust Tatta, nad niezwykle malowniczym dopływem Leny - Ałdanem.
1 W wypadku krótszych wyjazdów sytuacja wygląda obecnie nieco lepiej. Jeszcze w 2020 roku premier Federacji Rosyjskiej Michaił Miszustin podpisał dekret wprowadzający na obszarze Federacji e-wizy. W myśl nowych przepisów o e-wizę można aplikować online już od 1 stycznia 2021 roku. Jest ona wydawana w celach biznesowych, turystycznych, udziału w wydarzeniach naukowych, kulturalnych, społeczno-politycznych. Termin ważności wizy wynosi sześćdziesiąt dni od dnia wydania i pozwala na pobyt w Rosji do szesnastu dni od dnia wjazdu, włączając dzień wjazdu i wyjazdu.
2 Republika Sacha to oficjalna nazwa obszaru, który nazywamy potocznie Jakucją. Obie te nazwy geograficzne będą pojawiać się naprzemiennie w książce.
3 Новости Якутии, 702 иностранных туриста посетили Якутию в прошлом году, https://news.ykt.ru/article/79390.
4 Prawa Murphy'ego to przekazywane w formie żartobliwej powiedzonka na różne tematy, sprowadzające się jednak do tego, że jeżeli coś ma pójść źle, to na pewno właśnie tak będzie.
5 M. Książek, Jakuck. Słownik miejsca, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
6 A. Kuczyński, Polskie zainteresowania etnografią Syberii i Kaukazu w XVIII wieku, "Lud" 1979, t. 63, s. 159-186.
7 Państwowy Instytut Geologiczny - Państwowy Instytut Badawczy, Odkryto wieczną zmarzlinę w Polsce, https://www.pgi.gov.pl/oferta-inst/ochrona-srodowiska/8-ikar/2723-odkryto-wiecznp-zmarzlin-polsce.html.
8 N. Shiklomanov, D. Streletskiy, T. Swales, V. Kokorev, Climate Change and Stability of Urban Infrastructure in Russian Permafrost Regions: Prognostic Assessment based on GCM Climate Projections, "Geographical Review", The American Geographical Society of New York, 2016, s. 1-18.
9 A. Pabiś, A. Koszut, Rurki ciepła - budowa i zasada działania, "Chemia" 2012, R. 109, z. 17, s. 149-161.
10 Jak donosi koncern Rosenergoatom, 19 grudnia 2019 roku o godzinie jedenastej czasu moskiewskiego w mieście Pewek pływająca elektrownia jądrowa dostarczyła pierwszą porcję energii elektrycznej do sieci przesyłowej węzła Chaun-Bilibino w regionie autonomicznym Czukotka (Концерн Росэнергоатом, Плавучая атомная теплоэлектростанция выдала первую электроэнергию в сеть Чукотки, https://www.rosenergoatom.ru/zhurnalistam/main-news/33737/).
11 J. Strauss et al., The Deep Permafrost Carbon Pool of the Yedoma Region in Siberia and Alaska, "Geophysical Research Letters" 2013, t. 40, s. 6165-6170.
12 Więcej na ten temat - zob. E.A.G. Schuur et al., Vulnerability of Permafrost Carbon to Climate Change: Implications for the Global Carbon Cycle, "BioScience" 2008, t. 58, nr 8, s. 701-714.
13 United Nations Report of the World Commission on Environment and Development, Our Common Future, Transmitted to the General Assembly as an Annex to document A/42/427 - Development and International Co-operation: Environment, Oxford University Press, Oxford 1987.
14 "Sustainable development is development that meets the needs of the present without compromising the ability of future generations to meet their own needs".
15 Por. N. Klein, Doktryna szoku: jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne, tłum. H. Jankowska, K. Makaruk, T. Krzyżanowski, M. Penkala, Muza, Warszawa 2016.
16 OXFAM International, Public good or private wealth?, styczeń 2019 roku.
17 Obecnie do Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową należy trzynaście państw, głównie z Afryki i Bliskiego Wschodu, ale także Ameryki Południowej: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Iran, Irak, Kuwejt, Wenezuela, Nigeria, Gabon, Angola, Algieria, Kongo, Gujana Równikowa oraz Libia. Por. Organization of the Petroleum Exporting Countries, 2020 Annual Report, Wograndl Druck GmbH, Mattersburg 2021, s. 5-35.
18 Na liście największych producentów ropy naftowej wśród państw OPEC w 2019 roku Arabia Saudyjska znajdowała się na pierwszym miejscu (w lutym 2019 roku produkcja wyniosła 10,087 miliona baryłek dziennie), Irak na miejscu drugim (produkcja 4,633 miliona baryłek dziennie), Zjednoczone Emiraty Arabskie na miejscu trzecim (produkcja 3,072 miliona baryłek dziennie), Iran na miejscu czwartym (produkcja 2,743 miliona baryłek dziennie), Kuwejt na miejscu piątym (produkcja 2,709 miliona baryłek dziennie), Nigeria na miejscu szóstym (produkcja 1,741 miliona baryłek dziennie), Angola na miejscu siódmym (produkcja 1,457 miliona baryłek dziennie), Algieria na miejscu ósmym (produkcja 1,026 miliona baryłek dziennie), Wenezuela na miejscu dziewiątym (produkcja 1,008 miliona baryłek dziennie), Libia na miejscu dziesiątym (produkcja 906 tysięcy baryłek dziennie), Ekwador na miejscu jedenastym (produkcja 522 tyś baryłek dziennie), Kongo na miejscu dwunastym (produkcja 316 tysięcy baryłek dziennie), Gabon na miejscu trzynastym (produkcja 197 tysięcy baryłek dziennie), Gwinea Równikowa na miejscu czternastym (produkcja 126 tysięcy baryłek dziennie). Obecnie pierwsze miejsce wśród największych producentów ropy naftowej zajmują Stany Zjednoczone - produkcja osiągnęła tam w styczniu 2019 roku poziom bliski 12 milionom baryłek dziennie. Por. U.S. Energy Information Administration, International Energy Outlook 2021 with projections to 2050, U.S. Department of Energy, Washington 2019, s. 4-40.
19 Edward Joseph Snowden - były pracownik CIA. Ujawnił w 2013 roku kilkaset tysięcy poufnych, tajnych i ściśle tajnych dokumentów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (National Security Agency, NSA), co zostało uznane przez amerykańską prasę jako największy wyciek danych informacji w historii tego kraju. Poszukiwany przez władze Stanów Zjednoczonych pod zarzutem ujawnienia tajemnic państwowych i szpiegostwa, Edward Snowden otrzymał azyl tymczasowy w Rosji. Por. R. Sagar, Against Moral Absolutism: Surveillance and Disclosure After Snowden, "Ethics & International Affairs" 2015, t. 29, nr 2, s. 145-159.