Wprowadzenie
W omawianych już koncepcjach filozoficznych kultury często była mowa o ludzkich potrzebach, o kompensacyjnym charakterze kultury w stosunku do
rozmaitych pragnień, obaw i lęków. W końcu -?jak już się przekonaliśmy
(zapewne kolejny raz, boć nie są to rzadkie poglądy) -?kulturę tworzą
ludzie dla ludzi, a wobec tego ich właściwości psychiczne jako twórców i odbiorców kultury są naprawdę istotne. Wiele też czytaliśmy o wpływie
kultury na psychikę ludzką. Jak miałby się on odbywać? I jakie procesy
wiodą od osobowości do kultury? Ale też ważne jest, jak dokonują się
rzeczy przeciwne, tj. jak i dlaczego ludzie tworzą kulturę i jaką rolę
mają tu zjawiska psychiczne. To ważne pytania, na które próbuję
odpowiedzieć w tym rozdziale. Kultura -?jak już wiemy -?jest
rzeczywistością wieloaspektową i zróżnicowaną, przyjmuje ona różne formy
i treści. Czy istnieją jakieś istotne zależności pomiędzy rodzajem
osobowości i procesów psychicznych w ogóle a rodzajami kultury i procesów kulturowych? To kolejna kwestia zajmująca mnie tutaj.
W tym rozdziale dokonam przeglądu wybranych przeze mnie teorii
psychologicznych sięgających XX w. Kieruje mną ciekawość, czy filozofia
w jakiś sposób wspiera psychologię, ale też czy nie jest odwrotnie, tzn.
czy filozofia odnosi lub mogłaby odnosić pożytki ze studiowania
koncepcji nauk o psychice ludzkiej. Hipotetycznie zakładam, że tak.
Nierzadkie są zresztą przypadki łączenia jednego i drugiego
wykształcenia lub przynajmniej zainteresowań obiema tymi naukami.
W następnym rozdziale zajmę się teoriami socjologicznymi. W ten sposób
spróbuję stworzyć trójnogie rusztowanie intelektualne do rozważań o kulturze i kulturze masowej. Teraz już, gdy będę zagłębiał się w koncepcje psychologiczne, można będzie dostrzec, jak wiele poglądów,
które tu spotkamy, ma wyraźne, uświadamiane sobie przez uczonych lub
nie, zakorzenienie filozoficzne. Nie sądzę, aby istniały poglądy
dotyczące jakiegokolwiek wycinka psychiki człowieka, nie mówiąc już o osobowości w ogóle, za którymi nie stałyby jakieś filozoficzne
przeświadczenia: jawne lub ukryte, uświadomione sobie przez badacza lub
przeciwnie -?nierozpoznane, dopracowane, usystematyzowane,
skonfrontowane z dorobkiem filozofii lub też w postaci niespójnych i raczej intuicyjnych sugestii. Sądzę, że z pożytkiem byłoby, gdyby
badacze ujawniali przed samymi sobą takie filozoficzne poglądy i włączali je jako założenia wstępne do swoich prac badawczych, a także
ujawniali je w publikacjach zdających sprawę z tych badań. Abstrahowanie
od nich nie doprowadzi do szczęśliwego skutku, niezależnie od tego, jak
psychologia będzie starała się udawać, że jest nauką przyrodniczą lub
wręcz medyczną, naturalistyczną (tyleż w swojej treści, co i metodologii), albo na odwrót -?iż jest nauką humanistyczną, w takim
dziwacznym rozumieniu tego pojęcia, iż nic "uczonego" jej nie wiąże: ani
logika, ani ustosunkowanie się do dorobku myśli ludzkiej, ani obowiązek
dowodzenia swoich tez (jakkolwiek byśmy to dowodzenie rozumieli). Ale i w tym ostatnim, jak i poprzednim przypadku, dotyczącym postaw
naturalistycznej, modernistycznej, pozytywistycznej -?jakiekolwiek
źródła poglądy te mają -?lub przeciwnie, humanistycznej,
postmodernistycznej itp., zawsze u podstaw tych konceptów leżą sięgające
nieraz starożytności przekonania ontologiczne, epistemologiczne,
aksjologiczne i estetyczne.
Drugim celem tego rozdziału jest zatem zbadanie, w jakich poglądach
filozoficznych zakorzenione są myśli psychologów -?gdzie są ich źródła,
ale też jakie są ich jawne lub ukryte założenia ontologiczne,
epistemologiczne, aksjologiczne (z etycznymi włącznie) oraz estetyczne.
Nie przeprowadzam tu jednak jakichś głębokich i wszechstronnych badań na
ten temat. Sporządzam raczej szkic do takich rozważań. Powoduję się
mianowicie obawą, aby nie pisać książki w książce (wymagałoby to
osobnych studiów i co najmniej jednotomowej dysertacji). Ostatecznym
bowiem i najważniejszym dla mnie celem jest rozważenie samej kultury i kultury masowej. Buduję zatem niezbędne do tego rusztowanie teoretyczne
i w tym zakresie jedynie zajmuję się w tej książce kwestiami
filozoficznymi, psychologicznymi i socjologicznymi. Nie ukrywam też, że
do głębszej analizy założeń filozoficznych w psychologii zabrakłoby mi
wystarczających kompetencji w obu tych dziedzinach. Bardziej może
czułbym się przygotowany do podobnej egzegezy teorii socjologicznych.
Oprócz orientacji psychologicznych o charakterze wybitnie
naturalistycznym, które jedynie w przyrodzie szukają źródeł psychiki,
istniały i dalej mają się dobrze koncepcje, które ludzką osobowość
rozważają w jej ścisłym związku z tym, co społeczne i kulturowe. Bywają
tutaj teorie zdecydowanie przesocjalizowane albo skrajnie
kulturalistyczne, ale też takie, które zachowują dystans i równowagę.
Ostatecznie jednak nie chodzi o to, czy są one zrównoważone, czy nie, ale czy "trzymają się"
rzeczywistości, czyli są zorientowane realistycznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Jeszcze zdążyłem poinformować "Maggie", że jest gotowa książka, której życzliwie kibicowała i której założenia oraz rozmaite tezy uprzejmie i cierpliwie konsultowała. Kilka dni później syn Maggie poinformował mnie o jej śmierci. [wróć]
S. Blackburn, Oksfordzki słownik filozoficzny, red. J. Woleński, Warszawa 2004, s. 268. [wróć]
Tamże. [wróć]
T. Hofweber, Logic and Ontology [w:] The Stanford Encyclopedia of Philosophy (Summer 2023 Edition), red. E.N. Zalta, U. Nodelman, https://plato.stanford.edu/archives/sum2023/entries/logic-ontology/ [dostęp: 30.06.2023]. Przekład tu i dalej, jeśli nie zaznaczono inaczej, własny, oznaczony [tłum. K.W.]. [wróć]
Tamże. [wróć]
Por. P. Rybicki, Struktura społecznego świata, Warszawa 1979. [wróć]
B. Epstein, Social Ontology [w:] The Stanford Encyclopedia of Philosophy, red. E.N. Zalta, [tłum. K.W.], https://plato.stanford.edu/archives/sum2018/entries/social-ontology/ [dostęp: 30.06.2023]. [wróć]
Tamże. [wróć]
Por. tamże. [wróć]
Platon, Protagoras, tłum. W. Witwicki, Warszawa 1958, 322 C-D, s. 47. [wróć]
Tamże, 322 A-B, s. 46-47. [wróć]
Por. tamże, s. 49-50. [wróć]
Tamże, 323 D -?324 A, s. 49-50. [wróć]
Por. tamże, 322 C, s. 47. [wróć]
E. Paczkowska-Łagowska, Wstęp [w:] W. Dilthey, O istocie filozofii i inne pisma, tłum. E. Paczkowska-Łagowska, Warszawa 1987, s. XI. [wróć]
Por. tamże. [wróć]
W. Dilthey, O istocie filozofii..., s. 55. [wróć]
W. Dilthey, Der Aufbau der Geschichtlichen Welt in den Geisteswissenschaften, Bd. 7, Göttingen-Stuttgart 1958, s. 151 [tłum. K.W.]. [wróć]
Tamże, s. 248. [wróć]
I. Kant, Krytyka czystego rozumu, tłum. i oprac. R. Ingarden, t. I, Warszawa 1957, s. 81. [wróć]
K. Marks, Tezy o Feuerbachu [w:] Marks, Engels, Dzieła wybrane, wyb. J. Kamieniecki i in., Warszawa 1949, s. 384. [wróć]
F. Nietzsche, Wola mocy. Próba przemiany wszystkich wartości, tłum. S. Frycz, K. Drzewiecki, Warszawa 1910-1911, 385, s. 173 [pisownia zgodna z tekstem źródłowym]. [wróć]
A.J. Toynbee, Cywilizacja w czasie próby, tłum. W. Madej, Warszawa 1991, s. 40. [wróć]
Por. G.W.F. Hegel, Fenomenologia ducha, tłum. A. Landman, t. 1-2, Warszawa 1963-1965. [wróć]
S. Houlgate, Hegel's Aesthetics [w:] The Stanford Encyclopedia of Philosophy, red. E.N. Zalta, [tłum. K.W.], https://plato.stanford.edu/archives/spr2020/entries/hegel-aesthetics/ [dostęp: 1.06.2020]. [wróć]
J. Ortega y Gasset, Po co wracamy do filozofii, tłum. E. Burska, M. Iwińska, A. Jancewicz, Warszawa 1992, s. 65. [wróć]
O. Spengler, Zmierzch Zachodu. Zarys morfologii historii uniwersalnej, tłum. J. Marzęcki, Warszawa 2001, s. 48. [wróć]
E. Cassirer, Esej o człowieku. Wstęp do filozofii kultury, tłum. A. Staniewska, Warszawa 1977, s. 400. [wróć]
Por. A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, tłum. J. Garewicz, t. 1, Warszawa 1994, s. 486. [wróć]
Tamże, s. 391. [wróć]
K. Marks, Tezy o Feuerbachu, s. 384. [wróć]
Por. N. Hartmann, Ethik, Berlin-Leipzig 1926, s. 109. [wróć]
Por. tamże, s. 195. [wróć]
Por. tamże, s. 250. [wróć]
J.H. Newman, Logika wiary, tłum. P. Boharczyk, Warszawa 1989, s. 99. [wróć]
W. Jaeger, Paideia, tłum. M. Plezia, t. 1, Warszawa 1962, s. 29-30. [wróć]
Tenże, Paideia, tłum. M. Plezia, t. 2, Warszawa 1964, s. 102. [wróć]
Arystoteles, O duszy, tłum. P. Siwek, Warszawa 1988, ks. II, 1 (412 a 27 -?b 4), s. 74. [wróć]
Tenże, Etyka nikomachejska, tłum. D. Gromska, Warszawa 2012, ks. I, 1 (1094 a), s. 77. [wróć]
Tamże, 1094 b, s. 77-78. [wróć]
Plotyn, Enneady, tłum. A. Krokiewicz, Warszawa 1959, s. 116 i nast. [wróć]
Por. tamże, s. 57. [wróć]
Tamże, s. 60. [wróć]
N. Machiavelli, Książę, tłum. C. Nanke, Kęty 2005, s. 64. [wróć]
B. Russell, Dzieje filozofii Zachodu i jej związki z rzeczywistością polityczno-społeczną od czasów najdawniejszych do dnia dzisiejszego, tłum. T. Baszniak , A. Lipszyc i M. Szczubiałka, Warszawa 2000, s. 582. [wróć]
I. Berlin, Pod prąd. Eseje z historii idei, tłum. T. Bieroń, Poznań 2002, s. 105. [wróć]
P. Natorp, Philosophie. Ihr Problem und ihre Probleme. Einführung in den kritischen Idealismus, Göttingen 1911, s. 82. [wróć]
O. Spengler, Zmierzch Zachodu, s. 160. [wróć]
J.P. Sartre, Byt i nicość. Zarys ontologii fenomenologicznej, tłum. J. Kiełbasa i in., Kraków 2007, s. 73. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
J.P. Sartre, Egzystencjalizm jest humanizmem, tłum. J. Krajewski, Warszawa 1998, s. 28-29. [wróć]
Tamże, s. 30. [wróć]
J.P. Sartre, Byt i nicość, s. 74. [wróć]
Platon, Fajdros, tłum. W. Witwicki, Warszawa 1958, s. 122. [wróć]
W. Witwicki, Objaśnienia tłumacza [w:] Platon, Fajdros, s. 62 (28. Stosunek poezji do prawdy). [wróć]
Platon, Fajdros, XXX, s. 29. [wróć]
Tenże, Państwo, tłum. i oprac. W. Witwicki, Kraków 2023, s. 499. [wróć]
Arystoteles, Poetyka, tłum. S. Siedlecki,Kraków 1887, s. 16. [wróć]
Por. tamże, VI, s. 10-11. [wróć]
Tamże, VI, s. 10. [wróć]
Por. Plotyn, Enneady, s. 101. [wróć]
Tamże, s. 101. [wróć]
Św. Augustyn, Sermo 241, 2, tłum. A. Eckmann, cyt. za: A. Eckmann, Koncepcja sztuki w pismach świętego Augustyna, "Vox Patrum" 53(1)/2008, s. 171. [wróć]
Tenże, Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Warszawa 1987, s. 256-257. [wróć]
Tamże, s. 255. [wróć]
Tamże. [wróć]
Św. Augustyn, O wierze prawdziwej, tłum. J. Ptaszyński [w:] tenże, Dialogi i pisma filozoficzne, tłum. D. Turkowska i in., Warszawa 1954, IV, s. 120. [wróć]
Tamże, IV, s. 119. [wróć]
A. Eckmann, Koncepcja sztuki..., s. 178-179. [wróć]
Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, t. 18: Sprawiedliwość (II-II, q. 57-80), tłum. i oprac. F.W. Bednarski, Londyn 1970, II-II, q. 56, a. 1, s. 14. [wróć]
Tamże, II-II, q. 56, a. 3, s. 16. [wróć]
Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, t. 7: Człowiek (I, q. 85-102), tłum. i oprac. P. Bełch, Londyn 1980, I, q. 85, a. 2, s. 8. [wróć]
Tamże, I, q. 80, a. 2, s. 60. [wróć]
Św. Tomasz z Akwinu, 87. Sent. II, d. 44, q. 1, a. 2, q. 1 c. [wróć]
Tenże, Suma teologiczna, t. 7: Człowiek (I, q. 85-102), I, q. 95, a. 2, s. 95. [wróć]
Tenże, Suma teologiczna, t. 9: Szczęście. Uczynki (I-II, q. 1-21), tłum. i oprac. F.W. Bednarski, Londyn 1963, I-II, q. 21, a. 2, s. 360-361. [wróć]
Św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, t. 22: Umiarkowanie (II-II, q. 141-170), tłum. i oprac. S. Bełch, Londyn 1963, I-II, q. 169, a. 2 ad 4, s. 180-181. [wróć]
Por. św. Tomasz z Akwinu, In Metaphysicam Aristotelis commentaria, ed. M.R. Cathala, Taurini 1835, I, lect. 1, nr 25. [wróć]
Por. tamże, nr 28. [wróć]
Por. W. Tatarkiewicz, Dzieje sześciu pojęć, Warszawa 2006, s. 26. [wróć]
Por. tamże, s. 27-28. [wróć]
Tamże, s. 31. Por. też: P.O. Kristeller, The Modern System of Ideas, "Journal of the History of Ideas" 12(4)/1951, s. 496-527. [wróć]
Por. F. Bacon, De dignitate et augmentis scientiarum, II, 1; IV, 2. [wróć]
W. Tatarkiewicz, Dzieje..., s. 35-36. [wróć]
Tamże, s. 36. [wróć]
I. Kant, Krytyka władzy sądzenia, tłum. J. Gałecki, Warszawa 2004, s. 224. [wróć]
Por. tamże, s. 255. [wróć]
Tamże, s. 225-226. [wróć]
Tamże, s. 64. [wróć]
Por. tamże, s. 64. [wróć]
Tamże, s. 76. [wróć]
Tamże, s. 77-78. [wróć]
Tamże, s. 167. [wróć]
Tamże, s. 303. [wróć]
S. Houlgate, Hegel's Aesthetics [w:] The Stanford Encyclopedia of Philosophy, ed. by E.N. Zalta, [tłum. K.W.], https://plato.stanford.edu/archives/spr2020/entries/hegel-aesthetics/ [dostęp: 1.06.2020]. [wróć]
G.W.F. Hegel, Wykłady o estetyce, tłum. J. Grabowski, A. Landman, t. 1, Warszawa 1964, s. 30. [wróć]
Tamże, s. 14. [wróć]
Tamże, s. 9. [wróć]
Tamże, s. 17. [wróć]
A. Schopenhauer, Świat jako wola..., s. 486. [wróć]
Tamże, s. 391. [wróć]
B. Pascal, Myśli, tłum. T. Żeleński (Boy), wstęp S. Skwarczyńska, Warszawa 1953, II, 131, s. 60. [wróć]
W. Dilthey, Gesammelte Schriften, Bd. 7: Der Aufbau der geschichtlichen Welt in den Geisteswissenschaften, Göttingen-Stuttgart 1958, s. 248, [tłum. K.W.]. [wróć]
W. Dilthey, O istocie filozofii..., s. 57. [wróć]
Tamże, s. 56-57. [wróć]
Tamże. [wróć]
J. Dewey, Art as Experience, New York 1958, s. 3, [tłum. K.W.]. [wróć]
Por. tamże. [wróć]
J. Dewey, Experience and Nature, London 1929, s. VIII-IX, [tłum. K.W.]. [wróć]
Por. H. Cohen, System der Philosophie, 3. Teil: Ästhetic des reinen Gefühls, Bd. 1, Berlin 1912, s. 86. [wróć]
T. Gadacz, Historia filozofii XX wieku, t. 2, Kraków 2009, s. 71. [wróć]
H. Cohen, System der Philosophie, 3. Teil: Ästhetic des reinen Gefühls, Bd. 1. Cyt. za: T. Gadacz, Historia filozofii XX wieku, t. 2, s. 71. [wróć]
Por. P. Natorp, Philosophie. Ihr Problem..., s. 97. [wróć]
Por. tamże. [wróć]
M. Scheler, Pisma z antropologii filozoficznej i teorii wiedzy, tłum. A. Węgrzecki, Warszawa 1987, s. 439. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, s. 437. [wróć]
Tamże, s. 441. [wróć]
M. Scheler, Wolność, miłość, świętość, tłum. G. Sowiński, Kraków 2004, s. 251. [wróć]
Tamże, s. 253. [wróć]
Tamże, s. 443. [wróć]
T. Gadacz, Historia filozofii XX wieku, t. 1, Kraków 2009, s. 180. [wróć]
Por. J. Ortega y Gasset, Dehumanizacja sztuki [w:] tenże, Dehumanizacja sztuki i inne eseje, tłum. P. Niklewicz, Warszawa 1996, s. 278-322. [wróć]
Wprowadzenie
Próba zdefiniowania kultury to dobry plan na nieudane życie. Jeśli Bóg
poplątał języki budowniczym wieży Babel, to znaczy, że pragnął sięgnąć
głębi ich kultur, czyli istoty człowieczeństwa. Bardzo być może, że coś
poplątał też filozofom i socjologom kultury. Wielość perspektyw, punktów
odniesienia, chaos pojęciowy, pluralizm doktryn i inne jeszcze trudności
napotyka ktoś, kto przez ten grząski grunt zamierza przechodzić. Opasłe
tomy sławnych prac przeglądowych z zakresu socjologii kultury wyraziście
nam to unaoczniają, zniechęcają badaczy i odstręczają studentów.
Wydaje mi się, iż takie "czarne dziury", które realny świat i prawdziwe
życie zastawiają nawet na "wielkie karły", są decydującą przeszkodą
nawet dla największych umysłów, tytanów filozofii. Również na gruncie
nauk o człowieku, społeczeństwie i kulturze natrafiamy na trudności
natury podstawowej. Sądzę, że w swej istocie mają one charakter
ontologiczny i epistemologiczny. Przypuszczam, że my socjolodzy w takich
sytuacjach jak niepyszni powinniśmy powrócić do matki filozofii i przemyśleć wszystko od początku, od podstaw. Ale -?jak łacno przekona
się czytelnik I rozdziału pierwszej części tej książki -?filozofowie też
mają z kulturą wielkie, zdawałoby się, nierozwiązywalne problemy. Jeśli
ośmielam się zabierać głos w tej sprawie, to bez ambicji wielkiej
syntezy, lecz z zamiarem usystematyzowania głównych stanowisk. Pozwoli
to przyjrzeć się bacznie mapie poglądowej teorii poświęconych kulturze.
Liczę, iż dzięki temu będzie można dostrzec coś ciekawego, co wniesie
bodaj małą rozjaśniającą smugę do tej wielce trudnej problematyki, a w każdym razie pomoże określić główne rafy i mielizny, jakie czyhają na
nieszczęsnego, który do zrozumienia kultury zmierza. Ostatecznie
redukuję swoje zainteresowania do ontycznego i etycznego statusu
kultury. I to już jest niemało, i wymaga opasłego tomu. Podejrzewam
bowiem, że gdy tylu wybitnych nie umie się porozumieć i każdy mówi co
innego, to przyczyną może być to, iż każdy coś innego ma na myśli oraz
że mówimy różnymi poplątanymi językami.
Potrzebny jest zatem namysł filozoficzny, ale przede wszystkim
ontologiczny i, częściowo, epistemologiczny. Na początek wskazane byłoby
jednak wszczęcie, a następnie uporządkowanie tego chaotycznego dyskursu
ponad czasem i przestrzenią, jaki od dwóch i pół tysiąca lat toczy się w sprawie kultury, i wyczyszczenie przedpola intelektualnego w duchu
orientacji analitycznej, ze szczególnym uwzględnieniem szkoły
warszawsko-lwowskiej. To jest oczywiście zadanie dla bardziej
kompetentnych uczonych, jeśliby dysponowali wieloma latami wolnego czasu
i pragnęli napisać osobny opasły tom lub kilka. Ja mogę sobie pozwolić
tutaj zaledwie na szkic propozycji. Nie unikam także swoistego
spojrzenia fenomenologicznego. Staram się też jak ognia unikać
eklektyzmu. Tym bardziej że jednak głównym moim stanowiskiem
filozoficznym i socjologicznym jest realizm krytyczny, a zwłaszcza
propozycja w tej mierze Margaret S. Archer. Mam nadzieję, iż dzięki temu
omijam pułapki wspomnianego eklektyzmu.
Jest prawdziwym frazesem, iż kultura stanowi wytwór człowieka. Zgodzić
się też trzeba wstępnie, że nie pozostaje ona obojętna dla kształtowania
się człowieka i jego psychiki. Jeśli zatem -?jak twierdzi wielu -?aby
kogoś zrozumieć, trzeba poznać kulturę, w której wychowywał się i żyje,
to również jestem pewny, że poprzez głębsze rozumienie człowieka coś
więcej będziemy potrafili powiedzieć o samej kulturze. Wydaje się, iż
nasze splątanie z kulturą ma ontyczny charakter i dla nas, i dla niej.
Dlatego w moich badaniach będę szukał również jakiegoś klucza w wybranych teoriach psychologicznych.
Książka ta jest przede wszystkim pracą socjologiczną i socjologia
kultury jest głównym polem moich zainteresowań. Nie może zatem dziwić,
iż będę starał się także przyjrzeć uważniej tym teoriom socjologicznym,
które coś istotnego do sprawy kultury mogą wnieść.
Przede wszystkim pragnę przyjrzeć się statusowi ontycznemu kultury. To
stanowi główną oś moich rozważań. Perspektywą teoretyczną, którą
przyjmuję, jest -?jak już stwierdziłem -?realizm krytyczny. Zatem w sposób oczywisty punktem wyjścia do socjologicznych refleksji o kulturze
będzie dla mnie pytanie o charakterze filozoficznym -?czym kultura w swojej istocie jest. To -?jak mam nadzieję -?pozwoli mi postawić w centrum zainteresowania kwestię z pogranicza filozofii i socjologii,
kwestię, którą za wielkim polskim socjologiem Pawłem Rybickim, mógłbym
określić jako pytanie z zakresu ontologii szczegółowej, czyli -?mówiąc
wprost -?ontologii społecznej. Ale równocześnie -?jak mniemam -
absolutnym centrum wszelkiej refleksji o kulturze i społeczeństwie jest
człowiek, osoba ludzka. Jego psychika zaś jest właściwością
najważniejszą, a zarazem niezwykłą osobliwością w całym świecie.
Chciałbym zatem snuć w tej książce dwa równoległe wątki -?człowieka,
jako istoty nie tylko społecznej, ale też psychicznej, oraz kultury -?na
trzech poziomach: filozoficznym, psychologicznym i socjologicznym.
Kluczem do zrozumienia tych zagadnień, a zarazem klamrą spinającą całość
jest zaś podmiotowość -?przede wszystkim indywidualna, ale też związana
z nią ściśle podmiotowość społeczna i kulturowa.
Szukam zatem odpowiedzi na podstawowe pytania. Pierwsze z nich dotyczy
ontycznego charakteru kultury: czy da się coś sensownego na ten temat
powiedzieć. Drugie koncentruje się wokół znaczenia, charakteru i natury
wartości moralnych jako szczególnego wymiaru kultury z jednej strony,
ale swoistego iunctim pomiędzy człowiekiem, kulturą i społeczeństwem z drugiej strony. Po trzecie, chciałbym wiedzieć, czy jest możliwe takie
zdefiniowanie kultury i kultury masowej, aby uwzględniało najważniejszą
dla mnie kwestię podmiotowości indywidualnej i zbiorowej. Czwarte
pytanie jest wynikiem diagnozy, iż znajdujemy się w centrum szczególnego
czasu -?wielkiego kryzysu cywilizacyjnego. Zastanawiam się zatem, czy
fakt ten współcześnie stawia jakoś inaczej kwestię kultury, czy stanowi
jakieś nowe wyzwanie dla teoretyka kultury, człowieka i społeczeństwa. A w szczególności, czy wyznacza jakieś zadania ze względu na podmiotowość
indywidualną i zbiorową. Piąte pytanie dotyczy możliwości, a może też
konieczności redefinicji samej podmiotowości, ale także kultury, w tak
trudnych czasach. Szósta zaś kwestia związana jest z pytaniem o istnienie jakiejś istotnej różnicy wewnątrz świata kultury, a zwłaszcza
czy istnieją jakieś przesłanki wynikające z ontycznego charakteru
człowieka, społeczeństwa i kultury dla wyodrębnienia kultury masowej. Z tym wiążę konieczność redefinicji kultury masowej, która wykraczałaby
zdecydowanie poza trywializm, iż jest emitowana przez środki masowej
komunikacji albo masowo produkowana. Równolegle, w całej części drugiej,
dokonuję próby wykorzystania koncepcji kultury Margaret S. Archer dla
moich celów badawczych. Wydaje mi się, iż koncepcja ta otwiera zupełnie
nowe możliwości uprawiania teorii kultury, zarówno jej filozofii, jak i socjologii. Ale czy i w jakim zakresie mogę ją uczynić konstrukcją nośną
dla tak zakreślonej problematyki badawczej, tego wcześniej nie
wiedziałem.
Stosuję tu metodę wypróbowaną już przeze mnie w dwóch innych książkach,
którą nazywam mapowaniem. Polega ona na tym, iż
analizuję teorie mogące mieć znaczenie dla zrozumienia podejmowanych
przeze mnie zagadnień. Staram się je przedstawiać głównie słowami samych
ich autorów, stąd bardzo wiele cytatów. Chodzi mi o to, by wstępnie
powstrzymać się od głębszych interwencji w cudze myśli i słowa. Dzięki
temu czytelnicy są w podobnej sytuacji do mnie. Mogą operować tym samym
materiałem teoretycznym i wyciągać swoje wnioski. Równocześnie w ten
sposób poddaję się bardziej gruntownej krytyce. Każdy sam może wyrobić
sobie zdanie, czy i ewentualnie w jakim punkcie rozmijam się z wnioskami, do których prowadzi lektura omawianych autorów. Zapraszam
zatem do rozmowy poza czasem i przestrzenią z najwybitniejszymi
myślicielami, którzy zagadnieniom człowieka, społeczeństwa i kultury
poświęcali uwagę. Nie zawsze mi się to udaje, ale staram się na wstępnym
etapie mapowania nie przedstawiać moich zasadniczych poglądów czy ocen.
Natomiast próbuję pokazywać punkty wspólne i sporne, a także
powtarzające się wątki. W ten sposób odnajduję swego rodzaju granice,
limes i centra poruszanych zagadnień.
Nie są to szkice z historii myśli. Po pierwsze bowiem biorę z poglądów
różnych uczonych to tylko, co może być użyteczne dla rozwiązania
problemów, które ja sam stawiam. Tym autorom, od których spodziewam się
dowiedzieć czegoś ważnego, zadaję pytania i daję im rozmawiać między
sobą, ale to są moje pytania, na które wymuszam od nich odpowiedzi za
pomocą ich tekstów. Po drugie zaś z premedytacją, poza wyjątkowymi
sytuacjami, nie powołuję się na komentarze, opracowania krytyczne itp.
Sam też powstrzymuję się od krytyki, poza tymi wątkami, które posłużą
później do budowania mych własnych konceptów.
Oczywiście, dokonuję licznych skrótów (książka i tak przekracza
rozmiary, jakie można uznać za przyjazne czytelnikom). Staram się to
robić możliwie bez szkody dla założeń, które przyjąłem. Gdy chodzi zaś o część filozoficzną, to od razu przechodzę do drugiego kroku mojej
metody, tzn. przedstawiam już gotowe zbiorcze podsumowanie analizy
poglądów. Prezentuję tu także wyniki mapowania, przede wszystkim takie
opinie, które posłużą mi później, a zwłaszcza w drugiej części książki,
do moich własnych rozważań. Na poziomie podjętej przeze mnie pracy
badawczej to były dziesiątki stron poświęconych poszczególnym autorom.
Na tym materiale, ze względów humanitarnych pominiętym w książce,
dokonywałem mapowania. Usiłowałem jednak przedstawić możliwie wiele
cytatów, aby czytelnicy sami mogli ocenić, na ile trafnie prezentuję
stanowiska, choć mimo pewnych moich ambicji w tej mierze nie było to dla
mnie najważniejsze. Część pierwsza książki gromadzi rozmaite tezy, myśli
i sugestie istotne dla mnie jako socjologa, który chce odpowiedzieć
sobie na ważne dla siebie pytania. Podstawą jest zatem ustalenie, czy i do czego zainspirowały mnie one w moim budowaniu konceptu kultury,
człowieka i podmiotowości i do czego mnie doprowadziły. Nie jest to więc
-?powtórzę -?praca z historii myśli i w żaden sposób nie może zastępować
kompetentnych opracowań.
Tam, gdzie to potrzebne, zwłaszcza gdy materiał jest bardzo zawiły albo
chcę wypunktować pewne tezy, piszę swoje podsumowania cząstkowe. Zależy
mi na tym, by czytelnik mógł mi nadal towarzyszyć w mojej pracy
intelektualnej. Jeśli moim zdaniem nie jest to konieczne, nie czynię
takich podsumowań, aby nie nadwyrężać i tak już nieludzko nadużytej
przeze mnie cierpliwości ewentualnego miłosiernego męczennika.
Inaczej postępuję, gdy chodzi o teorie psychologiczne i socjologiczne.
Jest ich mniej -?w końcu te nauki wyrosły z filozofii ledwie dwieście
lat temu. Mogę sobie pozwolić na i tak skrótowe, ale nieco pełniejsze
przedstawienie przywoływanych koncepcji już na pierwszym etapie
mapowania, tak aby było jasne, z jakich ogólniejszych poglądów autora
wynikają te, które bezpośrednio służą moim kwestiom.
W części pierwszej doprowadzam prezentację do około ostatniej ćwierci
wieku XX. Wówczas to zanikają zasadniczo tzw. wielkie teorie, za to
powstają tysiące bardziej epizodycznych propozycji. Dlatego w części
drugiej zmieniam nieco metodę. Nie utrzymuję już względnego porządku
chronologicznego rozwoju myśli w centralnych dla mnie kwestiach, ale
prowadzę samodzielne rozumowanie wokół nich, przywołując takie zdania,
opinie lub koncepty, które coś bezpośrednio wnoszą do mojego toku myśli.
Każdy rozdział kończy się wyraźnymi tezami, te zaś ostatecznie służą
syntezie.
Stosuję też pewien klucz do selekcji teorii, które w ogóle biorę pod
uwagę. Wyjaśniam go szerzej na początku działu III. Chodzi mi o moją
koncepcję rozwarstwienia paradygmatycznego. Zasadniczo trzymam się
teorii, które określam jako należące do grupy paradygmatycznej dialektycznej syntezy. Chyba że tak czy inaczej jakaś
koncepcja może być użyteczna dla moich rozważań, nawet gdy opiera się na
innych założeniach. Wtedy ciąży na mnie obowiązek paradygmatycznej
translacji, czyli dbałości, aby nie wspierać się poglądami, zdaniami czy
ideami, które na moim gruncie znaczą co innego niż wewnątrz paradygmatu
świadomie lub nie gruntującego poglądy ich autora. Czasem też przywołuję
koncepcje z innej formacji paradygmatycznej, aby zarysować ogólną mapę
poglądów w danej sprawie albo dla celów kontrapunktycznych, aby lepiej
uwypuklić sens mego przekonania w danej kwestii.
Część pierwszą otwiera dział I "Wieża Babel konceptów kultury -?wybrane
stanowiska filozoficzne (do czasów współczesnych)". Rozdział 1.
podejmuje wspomnianą kwestię ontologii kultury. Usiłuję w nim ustalić
możliwe odpowiedzi na pytania o to, czym jest kultura, o jej
różnorodność wewnętrzną, relację ze światem wartości. Osobnym wątkiem
jest próba ustalenia głównych poglądów filozoficznych z zakresu
ontologii sztuki. Uwzględniam tu koncepcje filozoficzne od Sokratesa do
ok. trzeciej ćwierci wieku XX. Bezpośrednio przywołuję te tylko, w których znajduję istotne odniesienia do wątku poruszanego w danej części
działu I. Całość kończy podsumowanie, jako zwieńczenie drugiego etapu
mojego mapowania.
Dział II "Kultura w wybranych koncepcjach
psychologicznych" zawiera wątki dotyczące kultury w różnych teoriach,
które wnoszą coś istotnego do mozaiki poglądów o kulturze lub człowieku.
Wspominam tu o poglądach takich uczonych lub całych orientacji
psychologicznych, jak Wilhelm Wundt i introspekcjonizm, behawioryzm,
psychologia postaci, a zwłaszcza Kurt Lewin, Sigmund Freud, Carl Gustav
Jung, Erik Erikson, Karen Horney, Abraham Maslow, Carl Rogers, Viktor
Frankl, Erich Fromm, Antoni Kępiński, Kazimierz Dąbrowski, psychologia
postmodernistyczna. Po omówieniu niezbędnych kwestii ogólnych oraz
szczegółowych, bezpośrednio tyczących się kultury, dokonuję podsumowania
(drugi poziom mapowania).
Dział III "Kultura w wybranych teoriach socjologicznych (do połowy XX
wieku)" koncentruje się przede wszystkim na pracach takich uczonych, jak
Giambattista Vico, Vilfredo Federico Damaso Pareto, Émile Durkheim,
Georg Simmel, Max Weber, Pitirim Sorokin, dyfuzjoniści, Franz Boas i jego uczniowie, Florian Znaniecki, funkcjonalizm (Bronisław Malinowski,
Talcott Parsons). Mniej systematycznie wspominam o poglądach innych
uczonych, jeśli mi to potrzebne do wątku człowieka, społeczeństwa,
podmiotowości lub kultury. Dział ten także kończy podsumowanie, które
rozumiem również jako drugi etap mapowania.
Część druga zaczyna się od działu IV "Koncepty kultury czasów kryzysu
cywilizacyjnego postindustrializmu". Obejmuje zatem okres od około
ostatniej ćwierci wieku XX do dzisiaj. Nie oddzielam w tej części
rozważań teorii filozoficznych, psychologicznych i socjologicznych,
tylko częściowo też uwzględniam klucz chronologiczny. Tutaj staram się
utrzymywać porządek problemowy. Najpierw, w rozdziale 1., wyjaśniam
założenia dotyczące rozwarstwienia paradygmatycznego w naukach
społecznych. W ten sposób uzyskuję klucz doboru teorii, koncepcji czy
poglądów. W zasadzie potem trzymam się założeń realizmu krytycznego, a w szczególności jego wersji stworzonej przez Margaret S. Archer.
Oczywiście nie rezygnuję też z innych teoretyków, jeśli jakaś ich myśl
daje się zastosować do budowania konceptu człowieka, kultury, a częściowo, w miarę potrzeb, społeczeństwa oraz podmiotowości. Po
zaprezentowaniu paradygmatycznym mego własnego konceptu gruntuję go,
odwołując się do nurtów szczególnie ważnych dla mojej problematyki w postindustrialnych naukach społecznych: kolektywistycznym,
indywidualistycznym i podmiotowym (rozdział 2.). Dalej podążam tym
ostatnim tropem.
W dziale V "Kryzys cywilizacyjny postindustrializmu" staram się wstępnie
zdefiniować pojęcia kultury i cywilizacji (rozdział 1.), co pozwoli w rozdziale 2. przedstawić historyczno-cywilizacyjny kontekst -?trzeba go
uwzględnić, aby spełnić główne powołanie socjologa, tj. zająć się
współczesnymi, czyli dotyczącymi postindustrialnego kryzysu
cywilizacyjnego procesami i zjawiskami, poprzez które nauki społeczne w ogóle, a socjologia w szczególe powinny próbować zrozumieć człowieka,
kulturę i podmiotowość indywidualną oraz zbiorową.
Dział VI "Człowiek i podmiotowość w czasach postindustrialnego kryzysu
cywilizacyjnego" przedstawia syntezę na ten temat. W rozdziale 1.
podejmuję próbę ostatecznego zdefiniowania pojęcia i kontekstu
filozoficznego, psychologicznego i -?ostatecznie -?socjologicznego
człowieka, człowieczeństwa i podmiotowości. W kolejnym rozdziale
koncentruję się na osobliwościach podmiotowości w okresie kryzysu
cywilizacyjnego, a w rozdziale 3. podejmuję ostateczną próbę
przedstawienia zarysu konceptu kultury i podmiotowości.
To pozwala mi w dziale VII "Kultura masowa jako źródło cierpień" podjąć
jedno z tytułowych dla tej książki zagadnień -?kultury
masowej. Odróżniam tu zdecydowanie pojęcie kultury masowej od
pojęcia kultury. Odwołuję się do analitycznego
rozróżnienia Margaret S. Archer na system społeczno-kulturowy oraz
system kulturowy, wprowadzam pojęcie antykultury. Staram się tu przedyskutować sposoby
rozumienia kultury masowej obecne w literaturze przedmiotu, a także
przypisywane jej zalety i wady. Ukazuję ją jako antykulturę czasu
kryzysu cywilizacyjnego. Analizuję jej znaczenie dla podmiotowości
indywidualnej i zbiorowej, tożsamości, zdrowia psychicznego, struktury
społecznej i procesów globalizacyjnych. Ostateczne podsumowanie znaleźć
można w "Zakończeniu".
Przyjęcie zasady, iż przywoływani przeze mnie autorzy przemawiają
własnym głosem, jest o tyle kłopotliwe, że często brakuje polskich
przekładów. Dotyczy to nierzadko ważnych tekstów. Nie chciałem cytować z drugiej ręki, bo to zawsze jest ryzykowne. Niekiedy, jak np. w tłumaczeniu Myśli Pascala przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, wprawdzie
pięknym i znakomicie oddającym ducha utworu, brak jakichś fragmentów,
dla mnie akurat koniecznych. Kiedy indziej zaś tłumaczenie zaciemnia
sens tego, co dla mojego wywodu ważne. W takich wypadkach byłem zmuszony
sam podejmować się przekładu. Czasem, nierzadko, gdy czułem się
szczególnie niekompetentny w tłumaczeniu danego języka, korzystałem z wersji w języku angielskim.
Książka ta powstawała wiele lat. Odkąd jestem socjologiem (czyli długo),
interesowała mnie kultura i kultura masowa. Rozumiałem jednak, że w żaden sposób nie jestem przygotowany do pisania o tym. Nie znaczy to, że
nie czytałem i nie myślałem na te tematy. Często wracałem do nich w ramach moich wykładów, wypróbowując bojem ten czy ów wątek. W bardzo
wielu artykułach dzieliłem się tym lub owym przemyśleniem. Ostatecznie
postanowiłem przedstawić czytelnikom efekt mego kilkudziesięcioletniego
zastanawiania się, czytania i próbowania. Cała moja praca naukowa, od
jej początków, była i jest skoncentrowana wokół kilku wątków. Niektóre z nich przez lata doprowadziłem do takiego etapu, iż obecnie nie umiem
niczego do nich dodać. Dopracowałem, jak potrafiłem, zarówno samą myśl,
jak i argumentację. Traktowałem ten materiał jak swego rodzaju
półfabrykat, który -?skoro już gotowy -?pozwala mi zająć się kolejnymi
wątkami najważniejszych dla mnie tematów. Takie, czasowo przynajmniej,
gotowe myśli i argumenty przedstawiałem w rozmaitych publikacjach, aby
poddać je krytyce naukowej i dzięki temu poprawić. Ta książka jest próbą
połączenia wszystkich tych wątków w jedną całość -?zbudowania syntezy,
do której tak długo się szykowałem. Piszę to, aby wytłumaczyć się z nierzadkich przypadków powtórek z dawnych tekstów. Zazwyczaj szukałem
nowych form i treści, ale niekiedy korzystałem z gotowych drobnych
fragmentów z mniejszymi lub większymi korektami, co mogą wychwycić
Czytelnicy, którzy -?być może w ramach pokuty -?poznali coś z tego, co
pisałem wcześniej.
Podziękowania
Nie umiem wymienić wszystkich, którym coś zawdzięczam w związku z tą
książką. Z pewnością są to Florian Znaniecki i Paweł Rybicki, których
lektury ukierunkowały mnie na samym początku mojej socjologicznej drogi.
Nie jestem w stanie wyrazić, jak wiele zawdzięczam licznym rozmowom z Margaret S. Archer i lekturze jej prac. Miały one dla mnie kardynalne
znacznie, a każde "dziękuję" jest za małe, aby oddać, ile zawdzięczam
tej wielkiej uczonej1. Gdy chodzi o moje orientacje
filozoficzne, mistrzem, z którym nie było mi dane spotkać się osobiście,
był Roman Ingarden. Wiele zawdzięczam wykładom Józefa Tischnera,
Władysława Stróżewskiego, Elżbiety Paczkowskiej-Łagowskiej i Władysława
Cichonia, których wysłuchiwałem w czasach studenckich. Fundamentalną
rolę dla moich poglądów z czasów dojrzałości naukowej odegrali -?oprócz
Margaret S. Archer -?Charles Taylor i Roy Bhaskar (niestety, tego
ostatniego już nie zdążyłem poznać osobiście). Na mojej długiej drodze
prowadzącej do tej książki bardzo istotne były kontakty z Jerzym
Szackim, Antoniną Kłoskowską i Zbigniewem Bokszańskim. Gdy chodzi zaś o zainteresowania psychologiczne, to niezwykle wiele zawdzięczam lekturom
Kazimierza Dąbrowskiego i wykładom Marii Przetacznikowej-Gierowskiej
oraz Zbigniewa Nęckiego. Nie sposób przecenić znaczenia moich rozmów z przyjaciółmi: m.in. Douglasem Porporą, Markiem Rembierzem, Andrzejem
Wójtowiczem, Waldemarem Urbanikiem, Henrykiem Skorowskim, Krzysztofem
Wieczorkiem, Rafałem Wiśniewskim i Marcinem Zarzeckim. Jestem im
wdzięczny za poświęcony czas, cierpliwość, inspiracje, podtrzymywanie na
duchu. Dziękuję też Dyrektorowi Instytutu Nauk Socjologicznych UKSW, ks.
prof. Arturowi Wysockiemu, który w okresie finalizowania przeze mnie
książki okazał mi dużo cierpliwości i wsparcia. Wiele ważnych pomysłów
przyszło mi do głowy, a niejeden udoskonaliłem w trakcie wykładów.
Uwaga, wyrozumiałość, pytania, a czasem głosy dyskusyjne były mi bardzo
potrzebne. Dziękuję zatem bardzo studentom, którzy bohatersko, a czasem
twórczo wysłuchiwali moich wykładów. Ostateczny kształt tekstu wiele
zawdzięcza wnikliwej lekturze recenzentów, prof. prof. Leszka
Korporowicza i Piotra Przybysza, ich imponującej erudycji i życzliwym,
acz merytorycznym uwagom.
Winien jestem też wyrazy wdzięczności dla dr Małgorzaty Moś i dra
Wiktora Mosia -?z ich nadzwyczajnej gościnności korzystałem podczas
korekty manuskryptu tej pracy.
Nie ma także słów, które mogłyby oddać moją wdzięczność wszystkim osobom
zaangażowanym w powstawanie tej książki w Wydawnictwie Narodowego
Centrum Kultury.
Jestem również niewypowiedzianie wdzięczny moim dzieciom: Hali, Piotrowi
i Marcie. Umacniali mnie już samą tylko cenną dla mnie obecnością,
zwłaszcza że ja sam obecności miałem dla nich, z powodu pisania tej
książki, nieco mniej.
Na koniec dziękuję tym którzy być może przeczytają choć kilka stron mej
książki. Ci mogą słusznie dopominać się beatyfikacji na mocy swego
męczeństwa. Jeśliby kto jednak przeczytał całość, winien natychmiast
dostąpić kanonizacji, gdyż sprawił prawdziwy cud.
Zalesie, 6 kwietnia 2023 r.
1. Ontologia kultury -?filozoficzne podstawy socjologii kultury
Budowanie filozoficznego rusztowania dla socjologii kultury zacząć by
trzeba od refleksji ontologicznej. Czy pojęcie ontologii kultury ma
jednak jakiś sens? Co by miało ono oznaczać? Jeśli zaufać Simonowi
Blackburnowi, ontologia to gałąź metafizyki "zajmującej się tym, co
istnieje"2. Zatem już w samym tytule zawarte zostało założenie
ontologiczne, iż kultura jest czymś realnym. Czy na pewno? A jeżeli tak,
to czym jest?
Zacznijmy jednak od samej ontologii. Powstawały znakomite teorie
dostarczające pewnych kryteriów orzekania o prawdziwości lub fałszu
twierdzeń o egzystencji tego czy owego, z całym światem włącznie. Ale w tym samym źródle czytamy też: "Filozofowie w znamienny dla siebie sposób
zarzucają sobie nawzajem nieuprawnioną reifikację różnych przedmiotów,
tak że w historii filozofii nie ma takiego rodzaju rzeczy, który
wcześniej czy później nie byłby uznany za urojenie"3.
Czy zatem kultura jest czymś realnym czy urojonym?
W Stanford Encyclopedia of Philosophy Thomas Hofweber pisze, iż "w pierwszym przybliżeniu" ontologia zajmuje się badaniem tego, co
istnieje. Czy zatem może zająć się kulturą? Autor wyjaśnia też, że wiele
kwestii zaprzątających uwagę filozofów ma charakter ontologiczny, w tym:
pytanie, czy istnieje Bóg, czy problem istnienia uniwersaliów itp. To
wszystko są problemy ontologii w tym sensie, że dotyczą tego, czy pewna
rzecz jest, czy nie, a szerzej to ujmując, czy byt istnieje. Ontologia
jest zwykle rozumiana jako obejmująca problemy dotyczące najbardziej
ogólnych cech i relacji istniejących bytów4.
Wiemy zatem, na jakie pytania powinna odpowiedzieć ewentualna ontologia
kultury.
Ontologia jest częścią metafizyki. Jak pisze Hofweber:
Granice są tu trochę rozmyte, ale mamy co najmniej dwie części całego
filozoficznego projektu ontologii w związku z przytoczonym tu pierwszym
przybliżeniem: po pierwsze, mowa jest o tym, co jest, co istnieje, z czego składa się materia rzeczywistości; po drugie, jakie są najbardziej
ogólne cechy i relacje tych rzeczy5.
Mamy zatem wyraźną wskazówkę.
Jednak sprawa nie jest tak łatwa, czym innym jest zastosowanie pojęcia
ontologii do obiektów społecznych, do których,
przypuśćmy to na razie roboczo, należy zaliczyć kulturę. W polskiej
literaturze Paweł Rybicki, znakomity socjolog, wprowadził pojęcie
ontologii społecznej i nadał mu prawo obywatelstwa6. Brian
Epstein pisał zaś: "Ontologia społeczna to nauka o naturze i właściwościach świata społecznego. Zajmuje się analizą różnych bytów na
świecie, które powstają w wyniku interakcji społecznych"7.
Mamy tu pewne założenie, przedstawione nam jako coś oczywistego, iż byty
społeczne mają charakter interakcyjny. Odnotujmy tu ową nader śmiałą
sugestię do czasu, gdy będzie mowa o podstawach socjologicznych teorii
kultury. Do tego rodzaju obiektów Epstein
zalicza m.in. grupy społeczne, instytucje, artefakty, dzieła sztuki,
język i wiele innych. Jak widzimy, kultura jest tu zaliczana do
przedmiotów badań ontologii społecznej. Jak czytamy: "ogólnie rzecz
biorąc, byty badane w ontologii społecznej w dużej mierze pokrywają się
z tymi, nad którymi pracują socjolodzy"8.
Autor ten wymienia takie zasadnicze dla ontologii społecznej problemy,
jak relacja części do całości w obiektach społecznych, określenie natury
tych składowych i całości, wyodrębnienie tego, co społeczne i niespołeczne, konstruowanie lub tworzenie kategorii
społecznych9. Jeśli założenie o społecznej naturze kultury
jest słuszne, uwagi te odnoszą się także do niej samej.
Czym jest kultura
Pisałem już o dość rozpaczliwej sytuacji kogoś, kto chciałby
odpowiedzieć na pytanie o to, czym jest kultura, jakie są jej natura i źródła. Wszelako, jak wynika z lektury koncepcji
filozoficznych od starożytności do czasów współczesnych, bogactwo
pomysłów jest tu imponujące. Dla Platona (ok. 427 -?347 p.n.e.) to,
co ja byłbym skłonny tu nazywać kulturą, jest szczególnym stanem
przyrody. Zatem niekoniecznie, a w każdym razie nie bez zastrzeżeń, jest
zjawiskiem społecznym.
Dyskusja dotyczy w szczególności źródeł kultury. Zdaniem ucznia
Sokratesa, jak dopiero co wspomniałem, kultura jest częścią natury. Ale
osobliwą. Pisał bowiem:
Pyta więc Hermes Zeusa, w jaki by sposób chciał dać ludziom wstyd i poczucie prawa. Czy tak, jak są umiejętności rozdane, tak i te mam
podzielić? A rozdane są tak: jeden, który umiejętność lekarską posiada,
wystarczy na wielu nielekarzy, a podobnie inni fachowcy. Więc i wstyd, i poczucie prawa tak samo mam rozmieścić po ludziach, czy też je
rozdzielić pomiędzy wszystkich? -?Pomiędzy wszystkich -?powiada Zeus -?i niechaj to każdy ma w sobie. Bo nie powstałyby państwa, gdyby tylko
nieliczni z nich tego dostąpili, podobnie jak innych sztuk. I prawo tam
ustanów ode mnie, żeby takiego, który nie potrafi mieć w sobie wstydu i poczucia prawa, zabijano jak parszywą owcę w państwie10.
Nie pada tu wprost pojęcie kultury, które wtedy miało inne zastosowanie.
Ale mowa o wartościach, prawie i wstydzie (wstyd jest zjawiskiem
indywidualnym, psychicznym, lecz bierze się z fenomenu norm społecznych
i "instytucji" taktu). Obecnie większość filozofów (i socjologów też)
zakwalifikowałoby wszystkie te zagadnienia do kultury. Zwróćmy też uwagę
na passus o powszechnym ich charakterze, czyli że są własnością polis,
wspólnoty.
Jak widać, stosuję tu na wstępie bardzo szerokie rozumienie kultury.
Później podejmę próbę może nie ostatecznej syntezy, bo to raczej jest
niemożliwe, ale chociażby bardziej dokładnego sprecyzowania, a przynajmniej uporządkowania głównych stanowisk w tej sprawie.
Zatem poczucie prawa i wstydu traktuję jako odczucia wynikające z podzielanych wartości. Są one, jak utrzymywał Platon, powszechne.
Domyślać się tu można jakiegoś jednolitego i pewnego systemu wartości,
które dane są wszystkim, choć nie wszyscy je przyjmują. Ta jednolitość
ma pochodzenie transcendentne. I to jest wspomniana wyżej osobliwość.
Wartości, a wraz z nimi być może także kultura w ogóle, są naddatkiem w naturze, który pochodzi od Zeusa. Zatem, jak rozumiemy, kultura jest
czymś wcześniej pomyślanym przez siłę transcendentną, ale co -?jak
przecież także czytamy -?ma swe źródło w naturze ludzkiej, specjalnie
wyposażonej we wstyd i poczucie prawa, aby ktoś, kto nie daje ucha
głosowi tego poczucia wstydu i prawa, mógł być uznany za dewianta i zabity "jak parszywa owca", żeby nie psuł kultury.
Owa osobliwość mogłaby też pochodzić z całkiem innego źródła, mianowicie
być wynikiem interwencji bogów, zatem mieć pochodzenie transcendentne,
albo też ten ewidentnie wyższy stopień natury -?według innej opinii
tegoż samego Platona -?zawdzięczamy buntowi przeciwko bogom i konieczności urządzenia się w naszym świecie. Jak czytamy:
Prometeusza zaś potem przez Epimeteusza, jak mówią, kara za kradzież
spotkała. Skoro człowiekowi jakaś cząstka losu boskiego przypadła,
naprzód więc dzięki pokrewieństwu z bogiem, on jeden spośród zwierząt
zaczął w bogów wierzyć i zaczął im ołtarze stawiać i posągi. A potem,
prędko, z pomocą sztuki, rozczłonkował głos swój i porobił słowa, i wynalazł mieszkania, i ubrania, i obuwie, i pościel, i pożywienie z ziemi. Tak tedy wyposażeni ludzie zrazu mieszkali z osobna, tu i tam
rozrzuceni, a miast nie było wcale. I ginęli od dzikich zwierząt, bo ze
wszech miar byli od nich słabsi, a umiejętność rozlicznych robót
pomagała im wprawdzie i wystarczała do tego, żeby się wyżywić, ale żeby
ze zwierzętami dzikimi wojować, nie wystarczała11.
Dowiadujemy się, co ewentualnie do enumeracyjnej definicji kultury
mogłoby należeć. Równie istotne jest, że
człowiek, jak stąd wynika, posiada pewien
boski pierwiastek (darowany lub skradziony), który skłania go ku
transcendencji i powoduje rozwój kultury religijnej i sakralnej,
jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli. Ale dał on równocześnie możność rozwoju
języka i całej związanej z nim kultury. A za tym poszedł rozwój kultury
materialnej, a wraz z nią -?bardzo ważny dla starożytnych Greków -
rozwój miast i całej kultury polis, czyli wspólnot politycznych i obywatelskich. Kult owych miast-państw, czyli wspomnianych polis,
który socjologów powinien interesować szczególnie, bierze się, jak
widzimy, z przekonania, iż są one instrumentem i źródłem
człowieczeństwa, ale darowanego nam przez bogów. To, co odróżnia nas od
zwierząt i daje nam szansę dominacji nad nimi, pomimo iż w większości
jesteśmy słabsi od świata fauny, jest właśnie boskim darem. Dostaliśmy,
jakby może z tego wynikało, jakąś dodatkową, osobliwą w świecie przyrody
siłę, która pozwala nam panować nad przyrodą. Możemy zatem mówić o pewnej kulturze wspólnot ludzkich czy też o kulturze politycznej, na
którą, jak wiemy to od historyków, składał się porządek społeczny z jego
systemem władzy, instytucjami, strukturą społeczną, porządkiem
gospodarczym i układem wzajemnych funkcjonalnych relacji.
Sam Prometeusz, jak pouczają starogreckie mity, był synem tytana
(Japeta) i okeanidy (Klimene lub Azji). Stworzenie człowieka, nadanie mu
duszy i ofiarowanie ognia, które miałoby być pewnie podstawą rozwoju
kultury, było wynikiem gry Prometeusza z bogami, a głównie z Zeusem. To
Prometeusz miał nauczyć ludzi uprawiać ziemię, budować domy, czytać,
pisać itp. Tak czy inaczej, czynnik transcendentny byłby tu decydujący.
Jest też kwestią dyskusyjną, czy zdolność rozwoju, w tym tworzenia
kultury, jest immanentną właściwością człowieka, jaką otrzymał na samym
początku ludzkiego bytu, czy też została mu ona nadana, gdy pozostawał w stanie zwierzęcym.
Pewnie nikt dzisiaj poważnie nie bierze mitologii greckiej. Ale wielcy
starożytni myśliciele, posługując się właściwymi swojej epoce
"rekwizytami", wyrażali za ich pomocą jakieś zasadnicze poglądy. I na
nie powinniśmy tu zwrócić uwagę. Pojawia się zatem wyraziście idea
człowieczeństwa jako czegoś istotowo różnego i wyższego niż świat
przyrody. Ale -?jak pisał Platon w innym miejscu -?to tylko zalążek
wspomnianego człowieczeństwa, który każdy sam musi rozwijać w sobie12. Poziom, jaki osiągamy na tej drodze, jest kwestią naszej
odpowiedzialności. Każdy, na własny rachunek, jest zatem wspominaną
"parszywą owcą", jeśli nie rozwija owego boskiego pierwiastka w sobie.
Ale czytamy też, iż ów transcendentny pierwiastek w człowieku
zobowiązuje nas do czegoś, czyni nas odpowiedzialnymi i zdolnymi do
ponoszenia odpowiedzialności. Również przed samym sobą:
O ile bowiem ludzie widzą u siebie nawzajem jakąś wadę, którą się ma od
natury albo skutkiem zrządzenia losu, nikt się o taką rzecz nie gniewa
ani o nią uwag nie robi, ani nie naucza, ani nie karze takiego, który ją
posiada, aby się zmienił, tylko się nad nim litują. Jak na przykład nad
ludźmi brzydkimi czy małymi, czy słabymi. Któż by był tak dalece z rozumu obrany, żeby się o te rzeczy gniewał czy na kogoś oburzał. Ludzie
wiedzą, uważam, że te wady ludzkie od natury i od losu pochodzą,
podobnie jak i cechy przeciwne. Jeśli jednak uważają, że jakieś zalety
osiąga się pilnością i ćwiczeniem, i nauką, to jeśliby ktoś takich dóbr
nie posiadał, tylko wady im przeciwne, na takich dopiero sypią się
gniewy i kary, i nagany. Jedną z takich wad jest i niesprawiedliwość, i bezbożność, i w ogóle wszystko, co się przeciwstawia dzielności
obywatelskiej.
Oto się każdy na każdego gniewa i gani; jasna rzecz, dlaczego; bo to
można sobie zdobyć pilnością i nauką13.
To poczucie wstydu i prawa14 wiąże się
ściśle z kwestiami dobra i zła. Złe jest -
jak rozumiem -?to, co jest przeciwko wspomnianemu pierwiastkowi,
zobowiązaniu, powinności; dobre, co z tego wynika i co prowadzi do
dobrej kultury, w przeciwieństwie do kultury złej, można by zgoła
powiedzieć: antykultury lub jakiejś "patokultury", przeciwnej światu
zgodnemu z powołaniem człowieka, która zarazem -?jak pamiętamy -?jest
istotą człowieczeństwa. A zatem widzimy, że można mówić o innym jeszcze
wymiarze kultury -?kulturze duchowej, wraz z jej najistotniejszą
składową -?kulturą moralną.
Przypomnijmy też, iż koncepcja człowieczeństwa starożytnych myślicieli
wiąże się z ideą polis, wspólnoty, poza którą jest się "bydlęciem".
Zatem demokratyczna (w sensie greckim lub rzymskim) polis jest jedynym
środowiskiem społecznym, w którym, przyjmując rolę i pozycję obywatela,
wolny człowiek może osiągać prawdziwą głębię człowieczeństwa.
Przyjęcie takiego punktu widzenia sprawić musi, iż trzeba mocno się
zastanowić nad obiegowym przekonaniem, iż kulturą jest to, co nie jest
naturą. Człowieczeństwo, jeśli miałoby być pierwiastkiem boskim w ludziach, czyni z nas kogoś ontycznie odrębnego od przyrody. Ale też w sposób oczywisty nie jesteśmy tożsami ze społeczeństwem i kulturą.
Polis to nie suma jednostek, ale wspólnota wolnych, podmiotowych,
samoistnych w sensie ontycznym bytów, która -?jak się wydaje -?także
stanowi byt charakteryzujący się odrębnością ontyczną. Wartości, jeśliby miały być boskim implantem w nas, jak sugerowało wielu starożytnych, w tym Platon i Sokrates, czynią
z nas i naszych wspólnot coś zasadniczo ekstraordynaryjnego. Co więcej,
ziarno tych wartości -?jak wynika z analizy wielu starożytnych tekstów -
może rozwinąć się tylko w kulturze polis. Kultura jest zatem, jak można chyba wnosić,
swoistą glebą umożliwiającą wzrost boskiego pierwiastka człowieczeństwa,
którego własnością ontyczną są wartości. Zatem zarówno człowiek, jak i wspólnota są specjalnie przez bogów uposażone w wartości, poprzez które
ludzki byt indywidualny łączy się z bytem zbiorowym, tworzą one klamrę
spinającą te rzeczywistości. To ona -?jak zrozumiałem -?umożliwia rozwój
ich nadzwyczajnych i boskich pierwiastków. Tak czy inaczej, widzimy, iż
ten pierwiastek boski jest czymś naturalnym w człowieku. Czy to za
sprawą bogów, czy w opozycji do nich, mamy go w swej naturze
indywidualnie i zbiorowo. Zatem jeśli mitologię starożytnych Greków i przekonania filozoficzne pierwszych filozofów humanistycznych
potraktować jako alegorie, to w świetle ich nauki nie wytrzymuje chyba
krytyki proste stwierdzenie, iż kultura jest tym, co pozostaje ze
świata, gdy odejmiemy naturę.
Na antypodach w stosunku do takich przekonań znajduje się pogląd, iż
kultura, podobnie jak ludzka osobliwość w świecie, są wynikiem słabego
wyposażenia, jakie otrzymał człowiek od sił transcendentnych. Albo też,
iż jesteśmy jednym z najsłabszych ogniw w świecie przyrody i, czy to
dzięki mocom przyrody i szczęśliwemu zbiegowi procesów ewolucyjnych, czy
to za sprawą jakichś nietypowych dla przyrody właściwości, wytwarzamy
obronną sferę kultury. Chroni nas ona przed nieludzkim światem -?czy to
przed złością lub niechęcią boskiej proweniencji, czy też przed wrogą
przyrodą. To jedna z ewentualności, którą -?jak pamiętamy -?uwzględniał
Platon. Ale to także przekonanie Wilhelma Diltheya (1833-1911). Było
ono jednak bardziej złożone i subtelne, ponieważ -?jak mniemał:
życie człowieka przebiega we wrogim środowisku zagrażających mu sił. Aby
sprostać rzeczywistości, aby stawić jej czoła, człowiek dąży do
budowania ośrodków trwałości, wysp, na których mógłby się bezpiecznie
zadomowić. Samo życie poprzez człowieka dąży do utrwalenia i uprzedmiotowienia, zatem człowiek doznaje z jego strony nie tylko
zagrożenia trwałości, ale także oparcia. W świecie bowiem istnieją także
strony sprzyjające zamiarom człowieka i jego celom15.
Pisał Dilthey o oswajaniu życia, o dramatycznym
wysiłku, aby budować oazy ładu w chaosie
świata16. To ważny wątek, przewijający się mniej lub bardziej
dosłownie w historii myśli socjologicznej: teza, iż kultura jest
podmiotową próbą tworzenia świata sprzyjającego człowiekowi, wbrew jego
naturalnej wobec człowieka wrogości. Ale kryje się tu także, jak sądzę,
myśl, iż świat sprzyjający nam musi być
jakkolwiek sensowny. I jednym z wymiarów kultury jest właśnie kreowanie
tego sensu świata i ludzkiego żywota, wbrew ich absurdalności. Być może
przeinterpretowuję tu poglądy Diltheya i innych filozofów, którym
przypisuję tę tezę. Jednak jest ona ważna dla mojego myślenia o kulturze
i jej społecznym znaczeniu.
Jeśli odnotowaliśmy już pogląd o boskim i społecznym pochodzeniu
kultury, to zauważmy, że dla Diltheya jest ona raczej dziełem "pracy
intelektualnej", gdy ta kieruje się "świadomością solidarności i postępu".
Rozwój staje się nieograniczony wskutek ciągłości pokoleń. Bowiem
wytwory każdego rodzaju pracy stanowią trwały grunt dla każdorazowo
nowego pokolenia; praca intelektualna, kierując się świadomością
solidarności i postępu, rozwija się coraz bardziej. W ten sposób
powstaje ciągłość pracy społecznej, wzrasta użyta w niej energia
umysłowa i rośnie zróżnicowanie produktów pracy.
Te racjonalne czynniki, które działają w życiu
społeczeństwa i zostają rozpoznane w psychologii społecznej, podlegają
warunkom, które stanowią wewnętrzną istotę bytu historycznego: rasa,
klimat, stosunki życiowe, rozwój stanowy i polityczny, swoiste cechy
jednostek i ich grup nadają każdemu wytworowi duchowemu jego szczególny
charakter; przy całej tej różnorodności powstają jednak zawsze z tej
samej struktury życia te same struktury celowe, aczkolwiek w różnych
historycznych modyfikacjach; określam je jako systemy kultury17.
Dalej nie wiem, jak tego rodzaju mechanizmy
miałyby działać ani co im daje taką zdolność i siłę. Jeszcze większy
sceptycyzm budzi we mnie sugestia, jakoby te struktury i procesy miały
wpływać, i to w decydującym stopniu, na pojedynczych ludzi i kształtować
ich mentalność. Nie wiem, gdzie tu miejsce na podmiotowość człowieka,
która -?moim zdaniem -?wymaga uwzględnienia, gdyż bywa faktem
nieodpartym. Dilthey kończy odpowiedzi tam, gdzie jest najciekawiej i gdzie socjolog czy też psycholog społeczny chciałby dopiero zacząć
zadawać pytania. Obawiam się, że mamy tu do czynienia z teoretycznym
deus ex machina, którym filozof cudownie ratuje akcję swojej sztuki.
Spróbujmy na ten
fragment spojrzeć bardziej analitycznie, aby wydobyć z niego istotę
poglądu Diltheya. Czytamy tu (pomiędzy innymi) o kulturze, która -?jeśli
dobrze rozumiem -?miałaby być wytworem ludzkim, konkretnie efektem pracy
kolejnych pokoleń. Chodzi tu zwłaszcza o pracę
intelektualną, jeśli ta kieruje się świadomością
solidarności i postępu. Chciałoby się
zapytać: a jeśli nie? Zatem to jakaś optymistyczna wizja świata. Ale
głównie jednak niekonsekwentna. Dopiero co czytaliśmy bowiem o kruchości
i ciemnościach życia. Dość, że te pomyślne wartości miałyby sprawiać, iż
systemy kultury są kumulatywne. Dowiadujemy się
też sporo o samej kulturze, co mnie tu interesuje przede wszystkim. Po
pierwsze, zauważmy, że jest wartościowana pozytywnie, "wzrasta" w niej -
jak czytamy -?"energia umysłowa" i "zróżnicowanie produktów pracy". A dzięki następstwu pokoleń kumuluje się nie tylko w danym czasie, ale i historycznie. Znajdujemy tu też informację o strukturze bytu historycznego. Pamiętamy, tworzą ją: rasa,
klimat, stosunki życiowe, rozwój stanowy i polityczny. Natomiast
porównawczo rzecz ujmując -?są to zawsze te same struktury życia, ale za sprawą "swoistych cech
jednostek i ich grup" w pewnych indywidualnych odmianach i "w różnych
historycznych modyfikacjach". Jak rozumiem, te różne odmiany i modyfikacje jednakich w istocie struktur życia, wytworzone w wyniku
pracy intelektualnej przez kolejne pokolenia w historycznym procesie
rozwoju, to właśnie systemy kultury.
Dilthey widzi zatem nie jeden heglowski monolit ducha czasu, ale płynące
wieloma nurtami życie, w którym:
język, obyczaj, wszelki styl życia są obecne
tak samo, jak rodzina, społeczeństwo obywatelskie, państwo i prawo. W tym właśnie, co Hegel odróżnił od ducha absolutnego: w sztuce, religii i filozofii. Twórcza jednostka ukazuje się jednocześnie jako reprezentacja
społeczna. W tych właśnie swoich potężnych formach duch zostaje
uprzedmiotowiony i rozpoznany. W rzeczywistości ten obiektywny duch
zawiera w sobie strukturę, która sięga od ludzkości do najwęższych
typów. Działa w nim zasada indywiduacji. Na podstawie ogólnego
człowieka i za jego pośrednictwem jednostka zostaje doprowadzona do
zrozumienia, powstaje ponowne doświadczenie wewnętrznego związku, który
prowadzi od ogólnego człowieka do jego indywidualizacji. Postęp ten
ujmuje się w refleksji, a psychologia indywidualna opracowuje teorię
uzasadniającą możliwość indywiduacji18.
Mamy tu zarysowany mechanizm indywiduacji, czyli -?jak może ujęlibyśmy to we
współczesnym języku psychologicznym -?procesu osobotwórczego. Pewnie, z grubsza rzecz biorąc, prawdziwy. Zauważmy znaczenie, jakie przypisuje w nim Dilthey refleksyjności -?po stronie osobowej, i kultury -?po stronie
społecznej. Wyraźne potwierdzenie poglądu na relacje między tym, co
indywidualne, a tym, co historyczne i społeczne, znaleźć można także
w siódmym tomie Gesammelte Schriften
Diltheya, pod tytułem Der Aufbau der Geschichtlichen Welt in den
Geisteswissenschaften, gdzie autor pisał:
Bieg życia
historycznej osobowości jest związkiem przyczynowo-skutkowym, w którym
jednostka podlega wpływom historycznego świata, formuje się wśród nich i następnie zwrotnie wpływa na ten historyczny świat. Jest to ta sama
sfera świata, z której wywodzą się wpływy i która podlega następnym
stymulującym rozwój wpływom jednostki19.
Pamiętamy opinię Diltheya, iż kultura ma boskie i społeczne pochodzenie,
ale równocześnie przekonanie filozofa o znaczeniu dla kultury pracy
intelektualnej zorientowanej na świadomość solidarności i postępu. Tezę
o znaczeniu ludzkiego intelektu dla kultury mógł ten uczony stawiać
twardo, gdyż znajdował tu mocne wsparcie od swego poprzednika
Immanuela Kanta (1724-1804), którego poglądy stały się kluczowe dla
późniejszych rozważań filozofów o kulturze. Jeśli ta jest dziełem
świadomego działania ludzkiego, a tak do dziś utrzymuje wielu, to można,
a nawet należałoby koniecznie, dla jej rozumienia odwołać się do podstaw
aktywności intelektualnej, czyli właściwości umysłu. Boć, jeśli to
prawda, w nim właśnie działanie musi brać swój początek.
Jak zaś twierdził Kant, rozum ludzki
powodowany własną potrzebą, a nie tylko samą próżnością posiadania wielu
wiadomości, zmierza niepowstrzymanie do tego rodzaju pytań, na które nie
można odpowiedzieć przez stosowanie rozumu w obrębie doświadczenia ani
przy pomocy zapożyczonych odeń zasad. Tak też u każdego, w kim tylko
rozum wzniósł się do spekulacji, istniała rzeczywiście zawsze jakaś
metafizyka i zawsze w nim też istnieć będzie20.
Można zatem chyba przypuszczać, iż nie tylko metafizyka, lecz także
wszelkie czynności intelektualne człowieka są powodowane "próżnością
wiedzenia wiele", a także "własną potrzebą" rozumu. Najbardziej ogólnie
i niedokładnie rozumiana kultura byłaby zatem odpowiedzią na potrzeby
człowieka, w tym również o charakterze intelektualnym. Umysł nasz,
którym wszak kierujemy się, gdy tworzymy i kultywujemy kulturę, dokonuje
w tym celu -?zdaniem Kanta -?wielu wielce skomplikowanych czynności.
Karol Marks (1818-1883) był natomiast zdania, że kultura jest
częścią nadbudowy, a zatem artefaktem bazy, czyli ogółu materialnych sił wytwórczych i wynikających z nich stosunków
produkcji, właściwych
danej formacji
społecznej.
Ze względu na rozwarstwienie struktury własności środków produkcji
kształtują się klasy społeczne charakteryzujące się odmiennymi,
wynikającymi z usytuowania klas wobec bazy,
kulturami. Nie jest jasne, jaki w koncepcji Marksa, tego "naukowego
komunisty", jest udział człowieka w tworzeniu kultury. Wszędzie tu
rządzą prawa materializmu historycznego i "koniecznej zgodności sił
wytwórczych ze stosunkami produkcji". Co do samego człowieka sprawy mają
się podobnie. Jak pisał Marks: "istota człowieka to nie abstrakcja
tkwiąca w poszczególnej jednostce. Jest ona w swej rzeczywistości
całokształtem stosunków społecznych"21. To wszakże nie
dotyczy raczej ludzi, których ja znam.
Podobnie o zróżnicowaniu, a raczej rozdwojeniu kultury pisał
Friedrich Nietzsche (1844-1900). Wyróżniał
on kulturę dionizyjską, ekstatyczną, żywiołową, pozbawioną skrupułów
moralnych i obyczajowych, poprzez którą spełniać się miało życie.
Tworzyć by ją mieli ludzie zdolni do zapamiętania się w swojej
zwierzęcości i zapomnienia o kanonach intelektualnych, estetycznych i etycznych. Pisał o tego rodzaju kulturze Nietzsche:
ten mój świat dyonizyjski, sam wiecznie
stwarzający się, sam wiecznie niweczący się, ten świat tajemniczy
podwójnych rozkoszy, to moje "poza dobrem i złem", bez celu, jeśli celem
nie jest szczęście w kole, bez woli, jeśli koło nie jest dobrą wolą
obracania się na własnej starej drodze wkoło siebie i tylko wkoło
siebie: ten mój świat -?kto jest dość jasny na to, żeby weń spojrzeć i nie życzyć sobie przytem ślepoty? Dość silny, żeby z duszą swoją stanąć
przed tem zwierciadłem? Z własnem zwierciadłem przed zwierciadłem
Dyonizosa? Z własnem rozwiązaniem przed zagadką Dyonizosa? A ktoby
zdolen był do tego, czyby nie musiał uczynić jeszcze więcej? Poślubić
siebie samego "pierścieniowi pierścieni"?
Ślubami własnego powrotu? Pierścieniem wiecznego samobłogosławieństwa,
samopotwierdzenia? Wolą chcenia zawsze i jeszcze raz? Do powrotnego
chcenia wszystkich rzeczy, które były kiedykolwiek? Do porywającego się
chcenia ku wszystkiemu, co kiedyś być musi? Wiecież teraz, czem dla mnie
jest świat? I czego ja pragnę, skoro tego świata pragnę?22
Przeciwieństwem miałaby być kultura apollińska, która wobec "śmierci
Boga" -?jak utrzymywał Nietzsche -?miałaby ambicje, aby stworzyć
ersatz ładu i harmonii świata.
Intrygujący pogląd w tej sprawie, choć jakoś
nawiązujący do idei Diltheya, zgłaszał też John Dewey (1859-1952).
Jeśli dobrze rozumiem i interpretuję jego poglądy, kulturę traktował on
jako wytwór społeczny, jaki zawdzięczamy ludzkiej inteligencji, która
porać się musi z naturą. Jego pojęcie doświadczenia pierwotnego odnosi się do realnej
przyrody i oznacza -?chyba można tak powiedzieć -?prawdziwe życie ludzi
przebiegające w bezpośredniej relacji z żywiołem przyrody. Dopiero
wtórnie, jako wynik pracy świadomości i inteligencji człowieka, pojawia
się jego refleksyjne i -?z konieczności -?zdeformowane odbicie. Jest ono
wynikiem doświadczenia pierwotnego, czyli relacji z przyrodą ludzi
nastawionych na realizację swych podstawowych potrzeb.
Zupełnie odwrotny pogląd głosił natomiast Arnold Joseph Toynbee
(1889-1975), który żywił przekonanie, że kultura jest efektem właściwej
człowiekowi aspiracji, aby "wznieść się ponad poziom zwykłego
człowieczeństwa -?ponad człowieczeństwo prymitywne -?ku jakiemuś
wyższemu rodzajowi życia duchowego"23.
Tak bowiem jesteśmy ukształtowani przez naturę. Niestety, nie wszyscy w równej mierze. Stąd fakt, iż społeczeństwo składa się z nielicznych
twórczych elit oraz masy, mniej czy bardziej biernej i wyalienowanej z głównego nurtu cywilizacji.
Istotnym powodzeniem cieszy się pogląd, iż kultura jest efektem ewolucji
przyrody, a w szczególności gatunku homo sapiens. Wspominałem już o koncepcji ewolucjonistycznej. Aliści Georg Wilhelm Friedrich Hegel
(1770-1831) głosił pogląd zgoła przeciwny, iż kultura jest efektem
ewolucji ducha24. Dla tego myśliciela -?przypomnijmy -?prawo,
moralność i państwo to właściwości ducha obiektywnego, sztuka zaś,
religia i filozofia -?ducha absolutnego. Filozof ów mniemał, że poprzez
kulturę właśnie, na drodze dialektyki dziejów, przejawia się, ewoluuje i spełnia się absolut. Nauka Hegla, ujmując byt jako logiczną całość
podlegającą stałej ewolucji zgodnie ze swoiście pojmowaną przezeń
dialektyką, znajdowała osobliwe miejsce dla ludzi, z ich psychiką,
kulturą i organizacją społeczną. Życie zarówno poszczególnych jednostek,
jak i ich zbiorowości musi być zatem rozumiane jako elementy i epizody
dziejowego procesu samoświadomości i samorealizacji ducha. Duch zaś, substancja
absolutna, staje w sprzeczności sam ze sobą, aby wyłonić swoją
przedmiotowość, a następnie pokonać materialny opór świata. Jego efektem
ubocznym niejako jest złudne dążenie jaźni do szczęścia doczesnego,
które w rzeczywistości prowadzi jednak do pomyślnej ewolucji ducha.
Można powiedzieć, że duch realizuje się poprzez ludzi i dzieje ludzkiego
świata. Jak pisał Stephen Houlgate:
Samo życie staje się wyraźniej racjonalne i samookreślające się, gdy
staje się świadome i samoświadome -?to znaczy staje się życiem, które
potrafi wyobrażać sobie, używać języka, myśleć i korzystać z wolności.
Takie świadome życie Hegel nazywa "duchem" (Geist). Rozum, czyli Idea,
staje się więc w pełni samookreślający i racjonalny, gdy przyjmuje
postać samoświadomego ducha. Dzieje się to, zdaniem Hegla, wraz z pojawieniem się człowieka25.
Jeśli jednak wydestylujemy z tej wizji poszczególne fazy wspomnianego
dialektycznego rozwoju, to każda z nich z osobna charakteryzuje się
odrębnym wyrazem duchowym, prasymbolem, a wszystkie podlegają owej
dialektycznej logice ewolucji. Tak przynajmniej utrzymywał Oswald
Spengler (1880-1936). Twierdził też, iż -?podobnie jak organizmy żywe
-?kultury przechodzą przez młodość, dojrzałość i starość. Po tej
ostatniej, schyłkowej fazie, którą określał pojęciem cywilizacji, siły
duchowe kultury wyczerpują się i nastaje jej kres. Podobny pogląd głosił
José Ortega y Gasset (1883-1955). Twierdził mianowicie: "Kultura ma
swój pełen radości moment narodzin, a także pełną powagi godzinę
unicestwienia"26.
Wyludnianie się wsi i koncentrowanie się ludzi w olbrzymich
aglomeracjach, dominacja rozumu nad duszą, słabnięcie narodów i ojczyzn na rzecz
kosmopolityzmu, a także ludu, wypieranego przez masy
społeczne, dyktat pieniądza nad odruchami serca -?to miałoby
charakteryzować tak rozumianą cywilizację. Spengler żywił także
przekonanie, iż to, co gorsze, wypiera w cywilizacji to, co lepsze:
Zamiast świata -?miasto, punkt, w którym skupia się całe życie szerszych
regionów, podczas gdy reszta usycha; zamiast typowego, zrośniętego z ziemią ludu -?nowy nomada, pasożyt, mieszkaniec wielkiego miasta, ów
wyzbyty tradycji, występujący w bezkształtnej płynnej masie człowiek
czystych faktów, areligijny, inteligentny, niepłodny, czujący głęboką
niechęć do chłopstwa (z jego najwyższą formą:
ziemiaństwem)27.
Ten wątek miasta i przeludnienia powróci znowu u Ortegi y Gasseta.
Zdaniem Toynbeego człowiek ma możność i ambicje, aby osiągnąćwyższy poziom życia duchowego, kultura zaś (on pisze
raczej o cywilizacji)poprzez swój duchowy
pierwiastek może być taką najwyższą rzeczywistością duchową, która to umożliwia. Może
jednak także przybrać postać poronioną lub zatrzymaną, a wtedy jest istotną przeszkodą na tej
drodze. Myśliciel ten uważał również, iż społeczeństwa składają się z twórczych elit oraz proletariatu kulturowego. Dla
losów ludzkości i charakteru jej kultury znaczenie ma relacja między
tymi kohortami. Rozstrzyga zdolność do aprobaty przywództwa elit lub
buntu przeciwko nim. I znowu wątek powróci u Ortegi y Gasseta, ale już
jako kwestia buntu mas pojmowanych raczej jako ludzie pewnego stanu
kulturowego niż jako warstwa czy klasa społeczna. Decydujące znaczenie
ma nie tylko skłonność proletariatu, ale też trafne rozumienie wyzwań czasu przez elity i słuszność zaproponowanej
reakcji na te wyzwania, które -?zdaniem Toynbeego -?nie mają głównie
charakteru ekonomicznego lub technicznego, ale przeciwnie,
satysfakcjonująco odpowiadają na pęd ludzi do wyższego porządku
duchowego.
To niewątpliwie dość ekscytująca propozycja teoretyczna. Wskazuje ona na
pewne -?bardzo istotne -?rozstrzygnięcia natury ontologicznej dokonane
przez tego uczonego. My sami, podobnie jak nasze kultury, mielibyśmy być
mianowicie rezultatem pulsowania jakiegoś ponadnaturalnego,
transcendentnego wobec nas porządku rodzenia się i zamierania kultur. W jakiś sposób zobowiązują one ludzi, ale raczej nieliczne elity niż
proletariat kulturowy, profanum vulgus naszego świata, któremu ów
transcendentny impuls nie sprzyja.
Idea oświeconych i ciemnych, a także wyzwań wzrostu duchowego pojawi się
jeszcze u wielu uczonych. Szczególnie interesującą koncepcję przedstawił
wspominany już José Ortega y Gasset. Jego
poglądy na kulturę godziły perspektywę naturalistyczną, neokantowski z ducha kulturalizm i racjonalizm. Jest kwestią do dyskusji, jak dużą
daninę musiał on zatem złożyć eklektyzmowi. Mnie jednak bardziej
interesuje nie tyle spójność poszczególnych poglądów hiszpańskiego
myśliciela, co raczej ich adekwatność do realnego świata. Nie
przesądzając bowiem niczego, przynajmniej na razie, można jednak
założyć, że różnorodny ontycznie byt wymaga sądów, których spójność
sprowadza się do przekonania, że "tak właśnie jest" w jednolitej z naszej czasowej perspektywy rzeczywistości.
W każdym razie, według tego filozofa, na kulturę składają się m.in.
pewne gotowe już idee, z którymi spotkanie ukierunkowuje nas na resztę
życia. Ale przecież nie determinuje. Ortega wyraźnie nawiązywał do nurtu
witalizmu i pomysłów Nietzschego oraz konceptu Hegla realizowania się
absolutu poprzez wcielanie się.Życie, jak zrozumiałem, jest według
Hiszpana ontycznie autonomiczne, charakteryzuje się własną dynamiką i spontanicznością. Ma także taką własność, iż poprzez uosabianie się w ludziach transcenduje do postaci kultury. Zdawałoby się zatem, iż
kultura jest formą istnienia życia. Jednak jest tak, dopóki kultura nie
utraci witalności. Kultura stanowi zatem nie tyle artefakt życia, ile
życie samo, chyba że mu się przeciwstawi. Wtedy obumiera. Jak to można
zrozumieć i pogodzić ze sobą? Nie jest łatwo. Chyba że powrócimy do
koncepcji platońskich idei, a także arystotelesowskich rozważań o formie
i materii. Można by wtedy snuć rozważania o życiu i kulturze. Wszelako
co miałoby być czym w takim wypadku? Życie jako idea czy materia, a kultura jako forma?
Intrygujący był też pogląd na kulturę Jeana-Paula Sartre'a
(1905-1980). To, co ogranicza, determinuje człowieka, jego wolność,
wolę, jest nicością, ułudą, która paraliżuje poprzez trwogę i odbiera
autentyczność. A jeśli, zgodnie ze swoją wolą, przyjął on jakieś
wartości, to musi pamiętać, że tylko akt jego woli je uzasadnia. I stanowczo nic ponadto. Kultura zatem, jak wolno chyba mniemać, jest
ułudą, bo została wytworzona przez zatrwożony nicością umysł. Wartości
nakładają odpowiedzialność, ale człowiek odpowiada jedynie za własną
autentyczność. Dlaczego? Nie sposób wywnioskować z pism uczonego. Swoją
drogą, godne zastanowienia jest, że ten piewca nicości i nieskrępowanej
wolności godził to z afirmacją komunizmu, również w jego radzieckiej
wersji. Paradoksalna może się też wydawać taka koncepcja kultury u wybitnego pisarza i filozofa, znakomicie osadzonego w tradycji i współczesności nauki i literatury. Czy Sartre zatem zanegował kulturę,
jak sądzić chyba można, z samego jej środka, zaprzeczał wszystkiemu, kim
był i czemu zawdzięczał to, kim był, tj. zwątpił w kulturę francuską,
europejską i światową? Myślę, iż raczej po prostu nie dostrzegał głębi
sprzeczności, w jakie popadł.
Warto tu też nawiązać do stanowiska
Gabriela Marcela (1889-1973).
Charakteryzują je rozróżnienia, pary
sprzeczności, pomiędzy którymi rozgrywa się dramat egzystencji. Jedną z nich jest konflikt między byciem a posiadaniem. Wolność człowieka
przejawia się w zdolności przekształcania być w mieć. Skrajnym aktem wyboru posiadania miałoby -
zdaniem Marcela -?być samobójstwo jako ostateczne uprzedmiotowienie i zawłaszczenie, objęcie w panowanie swej egzystencji. Cała kultura materialna, kultura posiadania, skłania nas w tę stronę. Ale, jak się
zdaje, istnieje też inna kultura -?życia (bycia), która jest efektem twórczości i miłości ludzi
i do której mamy dostęp właśnie przez twórczość i miłość. Tym dwóm
formom życia i kultury, jak zrozumiałem, odpowiada natura wyzwań, z którymi musimy sobie radzić. W sferze mieć
natrafiamy na problemy -?są one czymś wymiernym,
co stawia przed nami zadanie ich rozwiązania. Posłużyć się tu trzeba
zdrowym rozsądkiem, rozumem
instrumentalnym lub technicznym, aby użyć
pojęć innego języka filozoficznego. Inaczej jest z wyzwaniami w sferze
być, czyli istnienia. Te nabierają charakteru
tajemnicy, której nie da się rozwikłać, można w niej jedynie uczestniczyć. Tu także potrzebny jest rozum, ale
innego rodzaju, nie taki, który zamyka, uprzedmiatawia, ale który
otwiera, pozwala wykraczać poza pułapki posiadania. Wydaje się, że
ośrodkami kultury sfery posiadania są problemy, a sfery istnienia -
tajemnice.
W sprawach dla nas zewnętrznych, wymiernych,
w których nie mamy może pełnej wiedzy, ale też nie pragniemy jej mieć,
kierujemy się -?zdaniem Marcela -?opiniami. Są
one sądami niepogłębionymi, pobieżnymi, naskórkowymi, powierzchownymi.
Przeciwnie jest z wiarą, która jest efektem
głębokiego wewnętrznego zaangażowania -?zawierzenia właśnie. To jeszcze jedna właściwość
kultury istnienia (bycia), obok miłości wyrażającej się w zaangażowaniu
oraz w uczestnictwie w tajemnicy. Gdy to następuje -?jak twierdził
Marcel -?towarzyszy nam niepokój, który odróżniał on od ciekawości, właściwej sytuacji problemu. Kiedy jednak
niepokój budzi sama tajemnica istnienia, jest on tak wielki, iż otwiera
na ludzi, wspólnotę i komunię, tak, jak ją Marcel rozumiał, czyli
szczególny stan relacji. Niepokój ten angażuje w tajemnicę
transcendencji, sensu świata i własnego życia. Jak powiadał francuski
myśliciel, niepokój stawia człowieka w sytuacji próby, z której wyjdzie
on z nadzieją albo z rozpaczą.
Jak się wydaje, problemy w koncepcji Marcela wyzwalają ambicje w porządku posiadania, tajemnice -?w porządku istnienia. Zwłaszcza te
najistotniejsze tajemnice, prowadzące do rozpaczy lub nadziei, są
wyzwaniami natury wewnętrznej (można by powiedzieć duchowej?), ale
zwróconymi w kierunku Transcendencji. Nadzieja
wymaga twórczości, która jest możliwa w wyniku
doświadczenia Transcendensu i jest wynikiem
nawiązania relacji z Transcendentem. Wynikiem rozpaczy bywa -?twierdził
ten wybitny myśliciel -?nihilizm. Widać tu pewną
polemikę z Sartre'em, wraz z jego koncepcją nicości i absurdu -?jak
przypuszczam. Bowiem nihilizm -?zdaniem Marcela -?jest przekonaniem o nicości właśnie, które degraduje nie tylko wartości, ale również samego
człowieka i sens jego życia. Przeciwnie rzecz się ma z nadzieją. Ta
jednak -?jak dopiero co była o tym mowa -?opiera się na wierze w doświadczenie Transcendensu. Jest wynikiem spełnienia (a więc
uczestnictwa w tajemnicy, zaangażowania) wymogu
ontologicznego, pragnienia sensu i prawdy.
Tak zatem to, co -?na razie i w trybie przypuszczającym -?rozumielibyśmy
jako kulturę, może mieć dwojaki charakter. Przede wszystkim może to być
kultura nadziei, sensu i miłości, oparta na relacji z Transcendensem,
ale może to być też kultura nihilizmu, rozpaczy, nicości. Ośrodkiem tych
rozróżnień jest porządek być lub mieć. Tu mamy klucz do zrozumienia
fragmentaryzacji świata i człowieka. Stał się on przyczyną tego, co
Marcel pisał o biurokratyzacji kultury, depersonalizacji człowieka,
zepsutym świecie egoizmu, instrumentalizacji
relacji między ludźmi, zapamiętaniu się w chciwości.
Max Scheler (1874-1928), z kolei, uważał, że poprzez kulturę i cywilizację człowiek dźwiga się z pozycji drapieżnej
małpy, która "zachorowała na manię wielkości", do godności osoby w człowieku, będącej -
jak twierdził filozof -?indywidualną, niepowtarzalną samokoncentracją boskiego ducha. A jest to możliwe na
drodze miłości do Boga, która skłania do wysiłku, aby właśnie poprzez
kulturę świat wznosić ku Bożym
ideom i idealizować ku Bożym wartościom. Istotnym elementem kultury, dzięki
któremu taki postęp człowieka i świata staje się możliwy, jest tradycja.
Dokonywać on by się miał dzięki dialektyce trwania i rozpadu tradycji.
Jest to idea kultury jako czynnika rozwoju człowieczeństwa, procesu
realizowania potencjału ludzkiego w pojedynczym człowieku. Ale nie
tylko, gdyż na drożdżach tak rozumianej kultury miałby następować
również wzrost świata. O tym pisał także rówieśnik Schelera -?Ernst
Cassirer (1874-1945), kiedy rozwijał swoją koncepcję utopii.
Wielość stanowisk filozoficznych na temat kultury rodzi wątpliwość, czy
aby ta mnogość nie jest rezultatem różnorodności samej kultury. Inaczej
mówiąc, pojawić się może sugestia o charakterze ontologicznym, iż
kultura jest czymś ze swej istoty niejednorodnym. Czytaliśmy o kulturze
materialnej, duchowej, moralnej, politycznej. Teksty Platona nasuwały
przypuszczenie, że jest ona całokształtem ludzkich dzieł, jakie powstają
w odpowiedzi na wyzwania etyczne. Dzięki Diltheyowi wyróżniliśmy kilka
rodzajów kultury. Jeden z nich wynikał z wartości życiowych tworzących
fundament struktur kulturowych, życia gospodarczego, prawa i techniki.
Ale jest też kultura, która zmniejsza napięcie
woli, a nastawiona jest na przyjemność, relaks i rozrywkę. Ta -
zdaniem uczonego -?pełni pozytywną funkcję, chyba że przyjmuje formę
kiczu albo w inny sposób neguje czwarty rodzaj kultury, tej, która wznosi się ponad wszelkie schematy, stawia czoła
wszechobecnym siłom, wykracza poza wszelkie historyczne ograniczenia ku
temu, co bezczasowe. Dla filozofów życia, a zwłaszcza dla Nietzschego -?jak pamiętamy -?kultura ma służyć
nieskrępowanej ekspresji abstrakcyjnej siły witalnej przyrody. Tę
niemiecki filozof określał jako dionizyjską. Ale jest też inna,
apollińska, o czym już wspominałem, która więzi siły życia, aby wobec
śmierci Boga ratować złudzenie ładu, harmonii i sensu. To przekonanie o rozdwojeniu kultury pojawiało się nieraz w historii filozofii. S?ren
Kierkegaard (1813-1855) pisał o tym, jak fakt nędznego i dramatycznego
położenia człowieka stawia go wobec konieczności wyboru. Jedną z możliwych dróg miałaby być ucieczka w rozrywkę, oszołomienie, zabawę.
Już Blaise Pascal wypowiadał się o tym sposobie nader sceptycznie.
Podążając jego śladem, duński myśliciel zalecał bardziej wymagające
rozwiązanie: drogę ku Bogu. Ale i ta może być czymś w rodzaju
Schopenhauerowskiego paliatywu, swego rodzaju kataplazmem sentymentalnej
religijności. Możliwa jest też trudna, dramatyczna, pełna wyzwań droga
unikająca skrótów. Te trzy wybory opierają się na trzech zupełnie
odmiennych rodzajach kultury i równocześnie przyczyniają się do ich
krzepnięcia. Można by tu nawiązać do koncepcji poronionych kultur
(cywilizacji) Toynbeego, których głównym felerem był brak pierwiastka
duchowego. Tu pewnie dałoby się zakwalifikować przytaczaną koncepcję
kultury Arthura Schopenhauera (1788-1860) jako źródła ulgi w męce życia.
Również w wielu innych omawianych koncepcjach kultura pełni jakąś
funkcję. Nie jest więc po prostu różnorodnym zbiorem artefaktów. Ale też
niekoniecznie jest czymś celowym i zamierzonym (przez kogo? Boga, ludzi,
przyrodę?), a więc czymś ontologicznie wtórnym. Dla wielu filozofów
kultura (lub to, co ja -?na razie bardzo wstępnie i intuicyjnie -
rozumiem pod tym pojęciem) jest bytem samoistnym, czymś substancjalnym,
lecz niekoniecznie materialnym, co pozaintencjonalnie, jako efekt
uboczny, spełnia pewne funkcje. Dla Paula
Natorpa (1854-1924), jak i dla wielu neokantystów, ważną kategorią
filozoficzną była powinność. Mamy zatem do
czynienia z wartościami, które dość powszechnie wlicza się do kultury
jako jej składową. Otóż ich rolą -?zdaniem wspomnianego uczonego -
miałaby być regulacja napięć między wolą indywidualną a wolą
wspólnotową. Hermann Cohen (1842-1918) pisał o wspólnotowej woli etycznej, która objawiać by się
miała w prawie, państwie i ekonomii. Według Heinricha Rickerta
(1863-1936) zaś trzy najistotniejsze sfery kultury: nauka, sztuka i moralność koncentrują się wokół trzech głównych wartości -?ta pierwsza
wokół prawdy, twórczość artystyczna wokół piękna, a życie moralne wokół
cnoty. Neokantyści żywili często przekonanie, iż kierując się
wartościami, człowiek tworzy i urzeczywistnia
kulturę, dzięki czemu odnajduje sens ludzkiego życia.
Zdaniem Henri Bergsona (1859-1941)
natomiast człowiek jest istotą dualną, w której wyróżnić można jaźń powierzchowną oraz przeciwną do niej jaźń głęboką. Z tej pierwszej pochodzą wartości i normy, wynikające z wychowania i akulturacji. Są one wytworem kultury, a więc -?jak uważał -?dziełem społecznym. Mają ogromne praktyczne
znaczenie, a mianowicie chronią społeczeństwo przed złymi postępkami
ludzi. Z jaźni głębokiej zaś bierze się moralność wyższa, przekazywana
przez dobry przykład bliźnich. To właśnie owe dwie jaźnie spełniają
funkcję pobudzania do rozwoju indywidualnego oraz zbiorowego. Pierwsza
pomaga ludziom i społeczeństwu trwać, a druga -?wzrastać. Ale można też
chyba powiedzieć, że Bergson rozróżniał dwie kultury. Podobnie jak dwa
rodzaje religijności, o których pisali wspominani już Pascal i Kierkegaard.
Różnorodność wewnętrzna kultury
Sądzę, iż kultury doświadczamy jako czegoś niejednorodnego zjawiskowo.
To z pewnością jest jeden z ważnych powodów, dla których tak trudno ją
zdefiniować i orzec o niej coś pewnego i kompletnego. Ale choć ujawnia
się nam jako zróżnicowana fenomenologicznie, to przecież jednak
odczuwamy ją również jako coś integralnego w jej istocie. Ta binarność,
a także wewnętrzne splątanie i sprzeczności bardzo utrudniają orzekanie
o niej czegoś sensownego. Co bowiem w jakimś wymiarze jest prawdą, może
być fałszem w innym. Również studia wybranych, a ważnych dla tej
problematyki stanowisk filozoficznych wydają się potwierdzać tę
fenomenologiczną intuicję. Ale nie chodzi mi tu o epistemiczną naturę
kultury, a właśnie o jej ontyczny charakter.
W pismach wielkich filozofów czytamy o różnych wymiarach lub rodzajach
kultury, a jeszcze częściej jest tak, iż ci myśliciele nie stosują nawet
samego jej pojęcia, ale ich teksty wskazują na różnorodność tego, co oni
sami ostatecznie rozumieją jako kulturę albo co my zwyczajowo bądź po
analizie treści określilibyśmy tym terminem.
Starożytni Grecy wskazywali zatem wprost albo domyślnie na kulturę
religijną, duchową i moralną, a także polityczną (w sensie polis),
pisali o wspólnotowej lub/i materialnej kulturze. I tu od razu pojawia
się problem, czy zatem jest ona jakąś całością, czy też różne jej
rodzaje lub typy to coś ontycznie osobnego. Od Platona dowiadujemy się
raczej, że chodzi o pewną całość wytworów ludzkich, które są odpowiedzią
na etyczne powinności człowieka. W rozważaniach tego myśliciela, dla
przykładu, kultura religijna jest nie do oddzielenia od kultury
duchowej, ta zaś od moralnej. Kultura religijna i materialna łączą się w kulturze sakralnej itp. A znowu dla Wilhelma Diltheya kluczowe znaczenie
miało pojęcie światopoglądu. Zdaniem uczonego
może on przybrać formę filozoficzną, poetycką lub religijną. Jest zatem
chyba kategorią najściślej dotyczącą kultury. Składają się nań obraz
świata, doświadczenie życia oraz ideał życia. Pojęcie to miało, według
intencji myśliciela, umożliwić znalezienie punktu równowagi między
naturalistycznie ujmowanym światem a rzeczywistością subiektywnych
odczuć człowieka.
Skrupulatna lektura pozwala -?jak sądzę -
wyróżnić w tekstach Diltheya, o czym już nieco wspominałem, aż trzy
rodzaje kultury:
1) związaną z wartościami życiowymi, które -?w jego przekonaniu -?są podstawą struktur kulturowych życia gospodarczego,
prawa i techniki;
2) taką, która redukuje napięcie woli, szuka
przyjemności, oferuje odpoczynek;
3) taką, która wznosi się ponad wszelkie schematy, stawia czoła wszechobecnym siłom, wykracza poza wszelkie historyczne ograniczenia ku
temu, co bezczasowe.
Dilthey poświęcał także wiele uwagi takim dziedzinom rzeczywistości, jak
sztuka, filozofia i myśl religijna.
Friedrich Nietzsche -?jak pamiętamy -?wyróżniał kulturę dionizyjską,
którą miałaby być wszelka ludzka ekspresja siły woli, energii
przyrodniczej wyrażającej się w człowieku. A także zupełnie przeciwną
jej -?apollińską. Ten wątek rozdwojenia występował też w myśli
Schopenhauera. Ale u Kierkegaarda odnajdujemy już mocny ślad istotnego
roztrojenia kultury. Ogłaszał on nędzę ludzkiego położenia, za sprawą
której stoimy wobec nieuniknioności wyboru (albo-albo). W rezultacie
jedni z nas skłaniają się do łatwej wiary w Boga wyobrażanego jak kojący
kataplazm. Inni zaś przedkładają nad to ucieczkę w rozrywkę,
kontrolowaną amnezję, oszołomienie. Paliatywy nawet bardziej kiepskie
niż te proponowane przez Schopenhauera. Zdaniem Pascala, który
oczywiście pisał o wiele wcześniej niż Kierkegaard, ale również
wspominał o podobnej drodze zapominania się w rozrywkach, nie przynoszą
one chwały człowiekowi, a na dodatek ich kojący skutek jest pozorny i krótkotrwały. W końcu niektórzy szukają trudnej, rzadko tylko łagodzącej
ból egzystencji, ale godnej drogi ku Bogu. Czyż duński filozof nie
wskazywał przy okazji na trzy odmiany kultury, jakże różne od siebie?
Z pewnością też lektura tekstów Ernsta
Cassirera prowadzi nas do stwierdzenia podobnej wielorakości kultury.
Jak czytamy: "Człowiek nie może dokonać nic więcej w dziedzinie języka,
religii, sztuki, nauki, jak zbudować swój własny, symboliczny świat -
który pozwala mu zrozumieć i interpretować, formułować i organizować,
syntetyzować i uniwersalizować jego ludzkie
doświadczenie"28. Czy to wszystko, co myśliciel wymienił,
to wymiary, odmiany, wytwory, dziedziny jednolitej kultury?
Wspominany już Toynbee pisał -?jak pamiętamy -?o kulturach
(cywilizacjach) poronionych i zatrzymanych. Ich istotę, a zarazem to, co je odróżnia
od innych, stanowi pierwiastek duchowy. Jest on -?zdaniem tego uczonego
-?skutkiem natury ludzkiej. A zatem z jednej natury wypływają dwie
zupełnie różne odmiany kultury? W sposób nieunikniony prowadzi nas to do
ponowienia konstatacji o wielowątkowości kultury i -?w związku z tym -
trudnej rozpoznawalności sensów, ingrediencji i funkcji, co odbija się
na poziomie trudności definicyjnych. Łatwiej o opis lub enumerację, ale
kultura sama w sobie (o ile da się orzec, iż jest sama w sobie)
ontycznie pozostaje wielce niejednoznaczna.
Ortega y Gasset mniemał, iż człowiek jest
zasadniczo istotą wolną. Stąd wynika kwestia odpowiedzialności nie tylko
za to, co czyni, ale też za to, kim jest i kim się staje. W szczególności jesteśmy odpowiedzialni za spełnianie naszego
indywidualnego powołania, transcendentnego nakazu. Nasza wolność polega
na tym, iż to my decydujemy, czy i jak na nie odpowiemy. To istota
koncepcji imperatywu autentyczności Ortegi. Jest powinnością moralną,
aby być autentycznym, czyli podążać za powołaniem. Można zatem pewnie
mówić o kulturze autentyczności, czyli takiej, która sprzyja
autentyczności indywidualnej. Nie wiem bowiem, czy hiszpański myśliciel
uznałby przypuszczenie o transcendentnym powołaniu całych społeczności.
Jednak można -?jak sądzę -?założyć istnienie pewnego zakresu wspólnego
autentyczności wszystkich ludzi, a także ludzi tworzących osobne byty
społeczne i tym samym kultury. Może też kultura autentyczna wzywałaby do
autentyczności indywidualnej i zbiorowej, z przynajmniej do takiej
zachęcała i "wychowywała". Oczywiście, jeśli można mówić o kulturze
autentyczności, to zapewne trzeba też założyć kulturę nieautentyczności.
W rzeczywistości każda kultura raczej zawierałaby obie ingrediencje,
choć w różnych proporcjach. Może to byłaby jakaś jej funkcja lub cel.
Karl Jaspers (1883-1969) z kolei wyznawał pogląd, iż potrzebny jest
głębszy namysł nad sensem świata, człowieka, jego życia. A nade wszystko
trzeba pojąć unikatowy charakter jednostki ludzkiej i jej dramatyczne
położenie w świecie. Jest ona mianowicie rozdarta w wyniku sprzeczności
pomiędzy pragnieniem sensu świata i własnego istnienia, zachowania życia
i zdrowia, a także szczęścia oraz absolutnych wartości a niemożnością
osiągnięcia tego z powodu rzeczywistej natury świata i życia. I znowu,
jak w przypadku kilku wcześniej wspominanych myślicieli, można by chyba
sądzić, iż z tego przekonania Jaspersa wynika koncepcja dwóch różnych
kultur: takiej, która sprzyja zrozumieniu tej trudnej sytuacji
człowieka, a może nawet wspiera w poszukiwaniu owego sensu i wartości,
oraz -?przeciwnej, utwierdzającej go w mniemaniu, iż nie jest to
jakkolwiek celowe. Zapewne występuje też trzecia, która odwraca uwagę od
tych problemów i dramatycznego położenia człowieka. Jest też możliwe, iż
istnieje jedna kultura z różnymi ideami. Być może w pewnym czasie i miejscu przeważa jedna z tych opcji. Zauważmy także, iż w zasadzie
Jaspers powtarza tu pewną figurę Kierkegaarda, znaną nam z Albo-albo.
Lektura tekstów filozoficznych może też skłonić do tego, aby snuć wątek
społecznych zadań kultury, choć nie rozstrzygnęliśmy jeszcze kwestii jej
źródeł, czy jest pochodzenia boskiego lub przyrodniczego, jak u Platona,
czy też stanowi wytwór ludzi, społeczny lub indywidualny. Schopenhauer -
jak wiemy -?był zdania, iż szczęście jest możliwe wyłącznie jako
chwilowa ulga od cierpienia29. Każdy człowiek jest sam wobec
innych, zatem ludzie walczą ze sobą. W skali społecznej państwo pełni
funkcję jakiegoś środka zaradczego na wzajemną wrogość. Tu powraca idea
Thomasa Hobbesa. W skali indywidualnej możliwe są jednak tylko
paliatywy: kontemplacja i współczucie -?wszystko, co bodaj chwilowo
odwróci uwagę od własnego cierpienia i uśpi wolę życia. A taką rolę
spełnia kontemplacja estetyczna, dzięki
której czasowo możemy być "czystym, bezwolnym podmiotem poznania, który
nie poszukuje już racji w zgodzie z regułą racji dostatecznej, lecz
pogrążony w kontemplacji nastręczających się przedmiotów leży poza
związkiem z jakimikolwiek przedmiotami"30.
Jak pamiętamy, dla Marksa siłą sprawczą świata są interesy klasowe,
które naruszają równowagę między poziomem sił wytwórczych a stosunkami
produkcji. Tę sferę, razem z gospodarką, niemiecki filozof nazywał bazą. Kultura zaś miałaby być fragmentem nadbudowy, która pełni niejako funkcje usługowe
względem bazy. Człowiek -?jak Marks mniemał -?znajduje się w centrum
tego świata produkcji i procesów ekonomicznych. I to nie tylko jako
konsument, którego materialne potrzeby były i są siłą napędową procesów
wytwarzania. Te natomiast -?zdaniem myśliciela -?są z kolei sprężyną
dialektycznej dynamiki rozwojowej świata (bazy oraz nadbudowy), a także,
zwrotnie, samych ludzi. Marks przedstawia człowieka jako rezultat
usytuowania jednostki w konkretnej klasie społecznej wobec środków
produkcji. Czytamy: "istota człowieka to nie abstrakcja tkwiąca w poszczególnej jednostce. Jest ona w swej rzeczywistości całokształtem
stosunków społecznych"31. Kultura, jak się wydaje, została
tu sprowadzona do ideologicznych funkcji, czegoś użytecznego w walce
klas społecznych o swoje interesy.
Wspomnijmy jeszcze o koncepcji Nicolaia Hartmanna (1882-1950), który
wartości pojmował jako kategorie idealne32. Ale jednocześnie są
one swego rodzaju imperatywami, cechują się powinnościowością (Seinsollen). Wszelako nie
realizujemy ich poprzez działanie nastawione na same wartości moralne,
czyli na to, co idealne, ale poprzez działanie
nakierowane na rzeczywistość realną i nasze prywatne
wartości33. Istnieją więc rozmaite wartości, a wraz z niepoliczalnością ludzkich potrzeb niepoliczalne stają się one same.
Wśród nich można wyróżnić wartości
fundamentalne, które określają stany rzeczy i są zewnętrzne,
ponad wartościami realnymi. A zatem możemy mówić
o pewnej hierarchii wartości: o tych niższych i tych wyższych. Jednak to
dotyczy nie wszystkich wartości, ale tylko jednego ich wymiaru, który
można rozumieć jako wartości w sensie, jakim tu się
zajmujemy34. Do tej myśli jeszcze powrócimy.
2. Kultura i wartości
Nader często, wprost bądź domyślnie, do składowych kultury zalicza się
wartości, w szczególności wartości moralne. Chyba że -?jak u Sokratesa -
są one, można tak chyba powiedzieć, zadane człowiekowi przez bogów.
Areté, cnota, to wezwanie daimónionu, czyli jest pochodzenia
boskiego. Bogowie mieliby wzywać do cnoty poprzez sumienie. Ta
sokratejska idea powracała w historii filozofii niejednokrotnie.
Przypomnijmy bodaj kardynała Johna Henry'ego Newmana (1801-1890),
który pisał:
Jeżeli odczuwamy odpowiedzialność, wstyd, strach przy przekroczeniu
głosu sumienia, to wynika z tego, iż jest ktoś, przed kim jesteśmy
odpowiedzialni, kogo wstydzimy się, kogo wymagań wobec nas boimy się.
[...] Te nasze uczucia są tego rodzaju, że wymagają jako swej przyczyny
sprawczej istoty rozumnej35.
Idea, iż charakter kultury polega na tym, że wiąże ona to, co
indywidualne, z tym, co zbiorowe, to, co materialne, z tym, co duchowe,
a syntezy tego wszystkiego szuka się w tym, co społeczne, znajdowała
uznanie w całej filozofii starożytnej Grecji. Jak czytamy w Paidei
Wernera Jaegera (1888-1961):
humanizm, czyli "ludzkość" łączyła się dla Greków zawsze i jak
najbardziej istotnie z politycznym charakterem człowieka. Jest to
znamieniem ścisłego związku pomiędzy twórczością kulturalną a społeczeństwem, że najwybitniejsi twórcy greccy zawsze uważali się za
stojących w służbie tego ostatniego. [...] [U] Greków cała kultura aż
daleko w głąb czwartego wieku jest wyrazem ducha
społeczeństwa36.
Mamy tu zatem sugestię związku kultury z duchem
społeczeństwa.
Pojęcie powinności, cnoty i moralności wstępnie też zaliczam do
składowych kultury. A jeszcze wcześniej, bo u Ksenofonta, a szczególnie
w myśli Sokratesa, pojawia się ideał powinności, która łączyłaby nakaz
własnego rozwoju duchowego z dobrem publicznym. Kluczem miałaby być
wolna wola sprawiająca, że człowiek kieruje się ku temu ideałowi. Jak
pisał Jaeger:
Panowanie nad sobą nie jest jakąś osobną cnotą, lecz, jak to słusznie
powiada Ksenofont, "podstawą wszelkiej cnoty", gdyż niesie ze sobą
wyzwolenie rozumu spod tyranii zwierzęcej natury człowieka i umocnienie
prawowitego panowania ducha nad popędami. Ponieważ jednak duch jest dla
Sokratesa prawdziwym "ja" każdego człowieka, można pojęcie enkráteia
oddać przez urobiony na wzór tego greckiego wyrazu zwrot: "panowanie nad
sobą", nie modernizując przez to jego treści. W gruncie rzeczy w pojęciu
tym tkwi już zapowiedź Państwa Platona i zasadniczego w tym dziele,
czysto wewnętrznego pojęcia sprawiedliwości, rozumianej jako zgodność
czynów człowieka z prawem, jakie odnajduje on sam w sobie37.
Człowiek cierpiałby zatem "tyranię" swej "zwierzęcej natury", gdyby nie
owa kardynalna cnota, dzięki której możliwe jest w nas "prawowite
panowanie ducha" nad popędami. Cnota panowania nad sobą, wespół z tak
zasadniczo ważną dla Arystotelesa (384-322 p.n.e.) cnotą
sprawiedliwości, bierze się -?jak wynikałoby z przytoczonego tekstu -?z boskiego bądź naturalnego (lub dzięki bogom naturalnego właśnie)
pierwiastka w człowieku. Zauważmy też, iż zdaniem Arystotelesa człowiek
posiada duszę, która sprawia, iż jest podmiotowy w znaczeniu
samodzielnego kierowania swoimi czynnościami. Możemy zaś wyróżnić trzy
jej rodzaje: roślinną, zwierzęcą i rozumną -?właściwą jedynie
ludziom38. Filozof pisał: "Wszelka sztuka i wszelkie badanie, a podobnie też wszelkie zarówno działanie, jak i postanowienie, zdają się
zdążać do jakiegoś dobra i dlatego trafnie określono dobro jako cel
wszelkiego działania"39.
A dobrem tym jest eudaimonía, czyli doskonałość, przez tego myśliciela
pojmowana jako stan równowagi. Dlatego też cnotą jest umiejętność
zachowania miary pomiędzy rozmaitymi namiętnościami i potrzebami -?dla
każdego innej. Jeśli mowa tu o dobru najwyższym, to jednak nie w sensie
obiektywnym i absolutnym, jak u Platona. Arystoteles miał na myśli to,
co jako dobro przyjmuje konkretny człowiek, być może też w konkretnym
czasie i określonej sytuacji. Jest to więc etyka zrelatywizowana do
pragnień indywidualnych, ale zrównoważonych i nieprzekraczających miary.
Była już mowa o znaczeniu dla Greków polis. To interesujący, zwłaszcza
dla socjologa lub filozofa społecznego, wątek. Otóż -?zdaniem Platona -
tak długo wolno nam uznawać cele indywidualne, jak długo nie wchodzą one
w konflikt z państwowymi. Wyższość tych drugich wynika z dwóch
przesłanek: etyczno-estetycznej i boskiej: "dobro państwa zdaje się być
czymś większym i doskonalszym [...]; i dla jednostki bowiem miłą jest
rzeczą dopięcie celu, ale piękniejszą i bardziej boską -?dla narodu i dla państwa"40.
Bardzo ciekawy z naszego punktu widzenia był pogląd Plotyna (ok.
204-270). Jak dowiadujemy się z Ennead, wszelkie "dobra są emanacją
dobra pierwszego"41. Trzeba nam dla ich uzyskania starać się
zbliżyć do tego, co wyższe, a więc bardziej boże42. A co jest
bliżej Boga? "Dusza jest bliżej niż ciało i jest bardziej boża, więc też
udział ma większy, tak iż nawet łudzi, wzięta za boga, że jest to Bóg
wszystek!"43. Rzeczywista wartość wartości -?jeśli wolno tak
powiedzieć -?zależy od struktury dóbr, które są mniej lub bardziej boże.
Dotyczy to cnót, czyli wartości moralnych i obywatelskich, a także
wartości estetycznych.
* * *
Problematyka wartości w historii filozofii jest tak bogata, iż trzeba by
osobnej książki, aby bodaj skromnie ją zarysować. Oczywiście, tego wątku
będziemy szukali u św. Augustyna, a potem u św. Tomasza z Akwinu. Ale
też u dwudziestowiecznych mędrców, jak np. Marcel i cała plejada innych.
W myśli filozoficznej obecna jest też koncepcja człowieka, który kieruje
się jedynie swym egoizmem. U jej podstaw leży wizja ludzi niewiele
różniących się od zwierząt, a właściwie będących "jako wilcy". Na
przykład u Thomasa Hobbesa (1588-1679) wartości moralne nie mają
pochodzenia boskiego ani nawet społecznego, ale są wynikiem egoistycznej
kalkulacji. To ona powoduje, że mimo braku zmysłu społecznego zawieramy
umowę społeczną, aby ograniczyć swoją wolność na rzecz państwa. Motywem
jest pragnienie własnego bezpieczeństwa i spokoju, który -?zdaniem tego
filozofa -?tylko takiej umowie zawdzięczać możemy.
Ciekawe stanowisko zajmował w tej sprawie Niccol? Machiavelli
(1469-1527). Nie głosił szkodliwości wartości chrześcijańskich, a nawet
-?jak uważał -?kiedy można, należy ich przestrzegać. Wszelako, jak pisał
w Księciu: "człowiek, który pragnie zawsze i wszędzie wytrwać w dobrem, paść koniecznie musi między tylu ludźmi, którzy nie są
dobrymi"44. Dlatego też księciu zalecał pragmatyzm. Ale trzeba
oczywiście pamiętać, iż Machiavelli nie miał ambicji, żeby stworzyć
dzieła o wartościach jako takich, ale -?jak pisał Bertrand Russell -
kierował się zamiarem doradzenia władcy "na podstawie dziejów minionych
i wydarzeń współczesnych, jak zdobywa się i utrzymuje władzę w księstwie
i w jaki sposób można ją utracić"45. Inna rzecz, że ten
florencki myśliciel nie miał zbyt solennego stosunku do religii
katolickiej i jej wartości. Isaiah Berlin twierdził, iż zdaniem
Machiavellego: "nie ma potrzeby, aby religia spoczywała na fundamentach
prawdy, wystarczy, że będzie skuteczna ze społecznego punktu
widzenia"46.
Jak wspominaliśmy, Natorp uznał za kategorię podstawową dla wartości
powinność. Podobnie jak Cohen, pisał o wspólnotowej woli etycznej47. Przytaczałem
także pogląd w tej sprawie Rickerta. Ciekawą koncepcję przedstawił
Toynbee, o którym również była już mowa. Uważał on -?jak pamiętamy -?że
kultura (cywilizacja) trwa tak długo, jak długo jej elity potrafią
znajdować właściwe odpowiedzi na wyzwania swoich
czasów. Nie kierował się przekonaniami marksistów wynikającymi z ich
materializmu, które nakazywały im wszędzie tropić wątki ekonomiczne.
Przeciwnie -?miał na myśli przede wszystkim kwestie duchowe i zdolność
do rozwoju w kierunku wyższej duchowości, wzrostu ku Bogu.
Pamiętamy też dualistyczne stanowisko w sprawie człowieka -?Bergsona.
Był on przekonany, iż szczególnie wartości kultury, na drodze wychowania
i akulturacji, trafiają do jaźni powierzchownej.
Służą one ochronie społeczeństwa. Zupełnie inne wartości natomiast biorą
początek z jaźni głębokiej. Można zatem
powiedzieć, że mamy dwa rodzaje wartości.
Spengler natomiast mniemał, iż kultury przechodzą przez pewne fazy, od
niższej do coraz wyższej, aż w końcu do swego wysycenia i upadku. O tym
była już mowa. Poszczególnym fazom odpowiadają też inne typy człowieka
oraz różne wartości. Jak pisał, wartości "istnieją tylko w odniesieniu
do określonego rodzaju człowieczeństwa"48.
W każdym razie wartości ściśle zależą od kultury, ona zaś równocześnie
decyduje o tym, jacy są ludzie. Martin
Heidegger (1889-1976) przeciwstawiał ludziom i ich autentyczności
społeczeństwo, które chce decydować, jak należy żyć, myśleć, czuć, w co
wierzyć, jakie mieć autorytety, jak się zachowywać. Kultura z jej
wartościami byłyby w jakimś sensie instrumentami opresji społecznej.
Podobne stanowisko zajmował -?jak pamiętamy -?Sartre. Uznawał też, że
ludzie przyjmują jakieś wartości samodzielnie, lecz nie ma dla tego
żadnego uzasadnienia. Pisał, że: "moja wolność? jest jedyna? podstawa?
wartości i że nic, absolutnie nic nie uzasadnia ani nie usprawiedliwia
tego, że przyjąłem taka? czy inna? hierarchie? wartości. Jako byt, za
sprawa? którego istnieją wartości, nie mam żadnego
usprawiedliwienia"49.
Ale równocześnie:
Moja wolnos?c? trwoz?y się tym, z?e jest nieopartym na z?adnej podstawie
fundamentem wartos?ci. A poza tym trwoz?y się z tego powodu, z?e
wartos?ci -?choc?by dlatego, iż ze swej istoty odsłaniaja? się włas?nie
przed wolnos?cia? -?nie mogą odsłaniać się inaczej, jak tylko tak, z?e
równoczes?nie sa? "kwestionowane", ponieważ moz?liwos?c? odwrócenia czy
tez? obalenia hierarchii wartos?ci jawi mi się komplementarnie i równie
prawdziwie jako moja moz?liwos?c?. Trwoga wobec wartos?ci jest
uznaniem ich idealnos?ci50.
Pojawia się tu zatem kwestia odpowiedzialności. Ale chyba jedynie przed
trybunałem własnej wolności. Czy z tego wynika, że społeczeństwo ze
swoimi wartościami, a więc z kulturą, nie istnieje? Że są one ułudą?
Skąd wziętą? Dlaczego tak sugestywną? Byłabyż to wszystko sprawka
trwogi? Bo w końcu jednak filozof uznaje:
faktycznie jestem zaangażowany w świat wartości. Naznaczone trwoga?
postrzeganie wartości jako podtrzymywanych w bycie przez moja? wolnos?c?
to zjawisko póz?niejsze i zapośredniczone. To, co dane bezpos?rednio, to
s?wiat wraz z cała? jego natarczywos?cia?. W tym s?wiecie, w który się
angaz?uje?, moje działania sprawiaja?, z?e wartos?ci wyłaniaja? się
niczym wypłoszone z kryjówek kuropatwy51.
Później wszakże Sartre podjął próbę wyjścia z tej jawnej sprzeczności i nieprzystawalności swych idei do najbardziej oczywistego odczucia
rzeczywistości. W swojej książce Egzystencjalizm jest humanizmem
przedstawił już inną propozycję. Twierdził tam: "mówiąc, że człowiek
jest odpowiedzialny za siebie, chcemy powiedzieć, że jest on
odpowiedzialny za swą własną indywidualność, ale również za wszystkich
innych ludzi"52. A potem dodał: "to co jest dobre dla nas, musi
być także dobre dla wszystkich"53.
Mimo tych wyjaśnień Sartre pozostał zasadniczo przy koncepcji człowieka
egotycznego, konkurującego z innymi, samotnego w absurdalnym świecie,
pozbawionego obiektywnego sensu, zasad i wartości. Jak pisał: "Wartos?ci
sa? rozsiane na mojej drodze w postaci tysie?cy drobnych, choć
rzeczywistych wymagan? i powinnos?ci, przypominaja?cych tabliczki z napisami zabraniaja?cymi deptania trawników"54.
Z kolei według Marcela wartości pochodzą od Boga, wszelako ludzie mają
wolność ich praktykowania lub nie. Zdaniem francuskiego filozofa
współczesny (jemu) stan kultury depersonalizuje ludzi i sprawia, iż żyją
w zepsutym świecie egoizmu.
3. Kultura i sztuka
Warto także zwrócić uwagę na szczególny rodzaj kultury, jakim jest
sztuka. Platon gardził nią, a to z powodu, iż -?jak mniemał -?jest
mimetyczna, czyli naśladowcza. Szczególnie miał jej za złe, że naśladuje
to, co mniej ważne, tj. nie świat idei, ale ten doświadczalny zmysłowo.
Artystów miał za ludzi szkodliwych i uważał, że trzeba ich wygnać z jego
idealnego państwa. W Fajdrosie włożył następujące słowa w usta
Sokratesa:
Coś strasznie dziwnego ma do siebie pismo, Fajdrosie, a prawdę rzekłszy,
to i sztuka malarska. Toż i jej płody stoją przed tobą jak żywe, a gdy
ich zapytasz o co -?wtedy bardzo uroczyście milczą. A tak samo słowa
pisane. Zdaje ci się nieraz, że one myślą i mówią. A jeśli ich zapytasz
o coś z tego, o czym mowa, bo się chcesz nauczyć, one wciąż tylko jedno
wskazują; zawsze jedno i to samo. A kiedy się mowę raz napisze, wtedy
się ta pisana mowa toczyć zaczyna na wszystkie strony i wpada w ręce
zarówno tym, którzy ją rozumieją, jak i tym, którym nigdy w ręce wpaść
nie powinna, i nie wie, do kogo warto mówić, a do kogo nie55.
Natomiast sztuka -?jego zdaniem -?jest szkodliwa dlatego również, iż
bałamuci obywateli. Tymczasem
dusza ludzka, której nie bałamucą literaturą i innym kłamstwem, ale ją
przyzwyczajają do sumiennego liczenia się w poznaniu z rzeczywistością,
nabiera przez to coraz silniejszego popędu do pracy poznawczej i staje
się lepsza, piękniejsza. Obrazy, przenośnie, prawdopodobieństwa
wystarczają tylko duszy "zepsutej". Największym nieszczęściem duszy
ludzkiej jest słaby rozsądek. Gdy go braknie, namiętności i afekty
człowieka opanowują i obniżają go duchowo. Różne typy ludzkie w różnym
zostają stosunku do rzeczywistości: do dobra i piękna. Najbliżej i najbardziej bezpośrednio obcuje z nimi filozof; najmniej wspólnego z pięknem, dobrem i prawdą ma tyran, typ butny, rozpasany, a ciemny.
Pomiędzy nimi stoją najpierw zawody praktyczne, wymagające pracy
umysłowej, a po nich idą kolejno te, które nie wymagają wiedzy, tylko
fantazji, a bliskie bywają kłamstwa, pozoru, złudzenia lub zostają w związku z coraz niższymi stronami człowieka56.
Niechęć tego ucznia Sokratesa do sztuki ma też ontologiczne,
epistemologiczne i etyczne przyczyny. Wierzył on, że sztuka jest
niearealną rzeczywistością czy też raczej -?nierzeczywistością. Nie ma
realnego odniesienia do świata zmysłowego, a tym bardziej do świata
idei, ku któremu szczególnie powinna się kierować uwaga człowieka. A przecież -?jak twierdził -?"wartości duchowe nie mają swych odblasków w podobiznach ziemskich; przeto z trudem tylko, i to nieliczni ludzie,
patrząc, jak przez zapocone szkła, na ich wizerunki, tutaj umieją
dojrzeć rodzaj przedmiotów odbitych"57.
To było dla Platona kluczowe. Nie da się naśladować tego, co jest prawdą
rzeczywiście istotną. Związek między światem idei a artystycznymi ich
przedstawieniami wydaje się nieistotny, a wręcz mylący. Pisał:
Więc sztuka naśladująca jest daleka od prawdy i zdaje się dlatego
odrabia wszystko, że w każdym wypadku mało prawdy dotyka, a jeżeli już -
to widziadła tylko. Na przykład malarz, powiemy, wymaluje nam i szewca,
i cieślę, i innych rzemieślników, a nie rozumie się na żadnej z tych
umiejętności. A jednak dzieci i głupszych ludzi potrafi w błąd
wprowadzać, jeżeli będzie dobrym malarzem; bo gdy wymaluje cieślę,
pokaże to z daleka i będzie się wydawało, że to cieśla
prawdziwy58.
Uczeń Platona, Arystoteles, miał zgoła przeciwne zdanie w tej sprawie i w naśladownictwie nie widział nic zdrożnego, jeśli służy nie tyle
odwzorowaniu szczegółów, ile właśnie istoty tego, co ogólne,
uniwersalne. Pisał:
zadaniem poety nie jest opowiadanie zdarzeń, jakie zaszły, ale zdarzeń,
jakie by zajść były mogły i jakie są możliwe, czy to z prawdopodobieństwa, czy z konieczności. Historyk bowiem i poeta nie tym
różnią się między sobą, że w wierszach opowiadają albo nie w wierszach, gdyż dzieło Herodota
wierszami ułożyć by można i historia pozostałaby nie mniej historią, czy
to w wierszach, czy bez nich -?ale różnica zachodzi w tym, że jeden
opowiada zdarzenia, jak zaszły, a drugi, jakby zajść były mogły. I dlatego to jest poezja bardziej filozoficzna i głębsza niż historia,
poezja bowiem ogół raczej ujmuje, a historia szczegóły
opowiada59.
Opowiadanie zdarzeń, które "zajść były mogły", w sposób, który "ogół
raczej ujmuje", to zaleta poezji mająca ją upodabniać do filozofii i tym
samym dawać przewagę nad historią. Oczywiście, uwaga ta dotyczy jedynie
literatury pięknej. Arystoteles cenił także muzykę, podobnie jak w ogóle
te dzieła sztuki, które wyróżniają się równowagą, rytmem, harmonią i doskonałymi proporcjami60.
W sztuce cenił Arystoteles także ukojenie
(kátharsis). Pisał:
Jest zatem tragedya naśladowaniem czynności poważniejszej i w sobie
skończonej, mającej pewną rozciągłość, z użyciem mowy ozdobnej,
właściwej ustępom obu dla siebie rodzajów, przez wprowadzenie osób
działających, a nie przez opowiadanie, dokonywająca zaś przez obudzenie
litości i trwogi ukojenia i zrównoważenia uczuć tego rodzaju61.
Spokój wewnętrzny miałby być -?zdaniem tego antycznego myśliciela -
doskonałym stanem duszy.
Wspominałem, iż Plotyn odnosił do sztuki to, co mniemał o cnotach i dobru oraz jego strukturze jako hierarchicznej
emanacji doskonałego Boga62. Mamy zdolność
rozpoznawania wartości i jednego, i drugiego rodzaju dzięki odczuciu, czyli intuicyjnie. Piękno jest bowiem
obiektywne. Ono istnieje w świecie, czy potrafimy je rozpoznać, czy nie.
Plotyn stał -?jak widać -?na gruncie realizmu etycznego i estetycznego.
Co do hierarchiczności zaś dóbr, to tak pisał myśliciel o pięknie:
Piękno jest w dziedzinie wzroku i jest go tu bardzo wiele. Jest także w dziedzinie słuchu, w składnych wypowiedziach i we wszelkiej muzyce, bo
przecież i melodie, i rytmy są piękne. A jeśli iść w górę od świata
zmysłów, to są także piękne zajęcia i czyny, i przysposobienia, i umiejętności, i jest wreszcie piękno cnót63.
A przed nimi jest jeszcze wyższe piękno, boć
wszak jest ono emanacją piękna doskonałego, czyli boskiej Jedni.
Piękno i dobro to jej przymioty.
W przekonaniu św. Augustyna (354-430) piękno pochodzi od Boga, jest
jego wyznaniem własnej istoty. Temu świętemu i myślicielowi zawdzięczamy jedne z najpiękniejszych w literaturze zdań o pięknie:
Zapytaj piękno ziemi, zapytaj morza, zapytaj powietrza, które
rozprzestrzenia się i rozprasza; zapytaj piękno nieba, zapytaj porządek
gwiazd, zapytaj słońce dzień swym blaskiem rozświetlające, zapytaj
księżyc łagodzący blaskiem ciemności nocy bezpośrednio następującej,
zapytaj zwierzęta [...], zapytaj wszystko, co istnieje. Wszystko ci
odpowie: Spójrz i zauważ, jakie to piękne. Piękno tego, co istnieje,
jest jego wyznaniem (confessio). Kto uczynił całe to piękno poddane
zmianom, jeśli nie Piękny (pulcher), nie podlegający żadnej
zmianie?64
Zdaniem Augustyna rozkoszowanie się pięknem jest jedną z zalet sztuki. W Wyznaniach pisał on, jak to "oplątały i ujarzmiły" go "przyjemności
uszu", a co do "przyjemności oczu", to:
Oczy lubują się w pięknych różnorakich kształtach, w świetlistych i powabnych barwach. [...] Sama bowiem królowa barw, jasność dzienna,
nasycając sobą wszystko, co dostrzegamy -?zawsze, gdziekolwiek za dnia
się znajdę, przymila się do mnie coraz to innym układem swych promieni
nawet wtedy, gdy zajęty czymś innym nie zwracam na nią uwagi. Tak
przemożnie mną owłada, że jeśli nagle jej zabraknie, pragnę, aby
powróciła; a jeśli długo jej nie ma, ogarnia mnie smutek65.
Piękno sztuki ma zatem zniewalającą moc. Ale sztuka może być tworzona i odbierana na różnych poziomach. I choć Augustyn podkreślał niższość
ulegania samemu pięknu, a zdecydowanie wyżej cenił sztukę prowadzącą do
zrozumienia i odczucia tego, co boskie, to -?nie bez wahania -?również
ową mniej cenną uznawał za pożyteczną i godną akceptacji. Pisał:
Kiedy jednak przypominam sobie łzy, jakie wylewałem, słuchając śpiewów
Twego Kościoła w pierwszym okresie po odzyskaniu przeze mnie wiary -?a teraz wzruszam się już nie śpiewem, lecz rzeczami, o których się śpiewa,
gdy czystym głosem są śpiewane na najbardziej odpowiednią melodię -
znowu przyznaję temu obyczajowi wielką pożyteczność66.
Zatem lepiej jest, gdy sztuka kieruje myśli ludzi do Boga i służy
rozpamiętywaniu tego, co boskie. Ale przecież samo piękno naśladuje
harmonię, regularność i powab dzieł bożych i już przez to samo nie jest
niczym złym, zwłaszcza kiedy jak sztuka sakralna służy dobru (chyba że
akurat służy złu). Czytamy: "Coraz bardziej jednak skłaniam się do
pochwalenia tego obyczaju, że śpiewa się w kościele, aby poprzez
przyjemność uszu mogła słabsza dusza wznosić się do stanu
pobożności"67.
Św. Augustyn w wielu swych dziełach wypowiadał się o tym, co nadaje
dziełu sztuki wartość. Szedł tu w dużej mierze śladami Arystotelesa.
Odnajdował wewnętrzne właściwości, chwaląc jedność w wielości (czyli
harmonię), regularność i powtarzalność pewnych elementów, symetryczność
-?różne zalety, które oddać można czasem za pomocą matematyki. Ale
postawił też pytanie o ontyczną naturę piękna: czy jest ono kategorią
obiektywną, czy subiektywną, zależną od indywidualnego odbioru.
Ostatecznie dokonał on niezwykle wyraźnego i znaczącego rozstrzygnięcia
kwestii, "czy dlatego coś jest piękne, że się podoba, czy też dlatego
się podoba, że jest piękne": "Bez wątpienia otrzymam odpowiedź, że
dlatego podoba się, ponieważ jest piękne"68.
Piękno dzięki wspomnianym przymiotom harmonizuje
z naszą naturą i pozostaje w zgodzie z naszym rozumem. Augustyn i w tym podążał za
Arystotelesem, iż wyżej cenił sztukę głębszą, "nie tę sztukę,
umiejętność lub naukę, która gromadzi doświadczenie, lecz tę, która
rozumem docieka"69. Zatem istnieją różne rodzaje sztuki. Jak
pisał ks. Augustyn Eckmann:
Pojęciowe zróżnicowanie między "ars", "disciplina" i "sapientia" nie
jest wyraźnie określone. Uczony Afrykańczyk pisze, że życie rozumne jest
o tyle lepsze, o ile dokładniej opanuje jakąś sztukę, umiejętność lub
mądrość. Człowiek napotyka ślady mądrości Bożej w pięknie zewnętrznym. W ten sposób Bóg pociąga człowieka do jego własnego wnętrza, gdzie odkryje
zasady piękna. "Ars" ma swe źródło w nieśmiertelnej duszy ludzkiej, w której artysta obecne liczby i idee odtworzone stawia naprzeciwko
przemijalnego dzieła. [...] "Ars humana" jest przez Boga stworzona,
stanowi część Bożego stworzenia. Bóg pozwolił duchowi człowieka przez
siebie stworzonemu nauczyć się różnych umiejętności70.
Św. Tomasz (ok. 1225-1274) nie napisał osobnego dzieła, które byłoby
poświęcone sztuce, ale w wielu miejscach znaleźć możemy dość, aby jakiś
obraz jego poglądów w tej sprawie posiąść. Zacznijmy wszakże od tego, iż
według filozofa postępowanie winno być dobre, czyli moralne. Ponadto:
"aby jakaś czynność w jakiejkolwiek materii mogła być cnotliwą, musi być
dobrowolną, a także stałą i niewzruszoną"71. Musi też być
czynnością rozumną: "Postępowanie bowiem człowieka staje się dobre, gdy
jest zgodne z zasadami rozumu kierującego w sposób należny działaniem
ludzkim"72.
Tu już możemy odnieść się do poglądu Akwinaty w sprawie sztuki, a przynajmniej procesu jej tworzenia. Pisał o dwóch rodzajach
postępowania: wewnętrznym (actio immanens) i zewnętrznym (actio
transiens). Tworzenie to actio transiens, a przeto, jako nastawione
na to, co zewnętrzne w stosunku do duszy, jest czymś niższym niż
nastawione na własną doskonałość jako cel życia postępowanie moralne. To
pierwsze jest skoncentrowane na zewnętrznym obiekcie -?dziele. Jest też
najpierw czynnością rozumu, który musi wstępnie posiadać jakiś obraz lub
ideę. A może to wymaga zdolności wyobrażania sobie "rzeczy nieobecnej
lub nawet nigdy niewidzianej"73?
Nawiązując do Arystotelesa, Akwinata rozróżniał materię i formę. Żywił
jednak pewność, iż jeden "Bóg -?choć jest całkowicie niematerialny -
jest tym jedynym, który swoją mocą może powołać do bytu materię drogą
stwarzania. Stąd też Jemu tylko przysługuje tworzenie formy w materii,
nie opierając się na uprzedniej formie materialnej"74.
Pojęcie sztuki rozumiał św. Tomasz bardzo szeroko -?jako intelektualną
możność tworzenia. A efekty tego twórczego potencjału (dzieła) również
należą do sztuki. Tym samym wiele może być jej wytworów, zarówno tych
które są wynikiem pracy rzemieślników, jak i przedmiotów technicznych.
Należą tutaj także interesujące nas dzieła artystyczne.
Jak już wiemy, człowiek powinien dążyć do doskonałości, a "nie może być
doskonały, jeżeli wszystkich zdolności, które w duszy swej posiada,
poprzez ciało na zewnątrz nie przejawi"75. Problem polega
jednak na tym, iż "ciało do czego innego dąży niż duch z tego powodu, że
uczucia wierzgają przeciw rozumowi. Ale w stanie niewinności to nie
zachodziło"76.
Skoro, jak już się powiedziało, postępowanie człowieka jest dobre, jeśli
pozostaje w zgodzie z rozumem, to:
Inny jest stosunek rozumu do dzieł sztuki, a inny do uczynków moralnych.
W dziedzinie sztuki bowiem sam rozum wymyśla sobie jakiś cel jednostkowy
i jemu podporządkowuje swą umiejętność. Natomiast w dziedzinie
moralności rozum zmierza do ostatecznego celu całego życia ludzkiego.
Otóż cel jednostkowy ma być podporządkowany celowi ostatecznemu. Skoro
zaś grzech to odstępstwo od stosunku do celu, w zakresie sztuki dwojaki
może być grzech: albo na skutek odstępstwa od jednostkowego celu,
zamierzonego przez artystę, i wówczas tego rodzaju grzech będzie swoisty
dla sztuki, np. gdy artysta zamierzając zrobić dobre dzieło, dokonał
dzieła złego, albo zamierzając dokonać złego dzieła, zrobił dzieło
dobre; albo przez odstępstwo od ogólnego celu życia ludzkiego, i w ten
sposób grzeszy, gdy zamierza uczynić i faktycznie tworzy dzieło złe, by
zgorszyć bliźniego. Ale tego rodzaju grzech nie jest swoisty dla artysty
jako dla artysty; gdyż popełnia go jako człowiek, a nie jako artysta. W pierwszym wypadku artysta grzeszy jako artysta, a w drugim jako
człowiek. Natomiast w zakresie moralności, gdzie w rachubę wchodzi
stosunek rozumu do ogólnego celu życia ludzkiego, grzech i zło zawsze
polega na odstępstwie od porządku rozumu w stosunku do ogólnego celu
życia ludzkiego. Dlatego za taki grzech człowiek ponosi winę jako
człowiek i jako jednostka moralna77.
Św. Tomasz dokładnie omówił kwestię warunków dopuszczalności wytworów
artystycznych oraz odpowiedzialności za nie (pamiętajmy, iż sztukę
Akwinata rozumiał szerzej, niż to się dzisiaj najczęściej pojmuje).
Pisał:
Jeżeli jakaś umiejętność (ars) służy wytwarzaniu rzeczy, której nie
można użyć bez grzechu, wytwórcy takiego towaru grzeszą dawaniem ludziom
bezpośredniej sposobności do grzechu; zachodzi to np. w wypadku
wyrabiania posążków bożków dla celów bałwochwalczych. Jeśli natomiast
umiejętność dotyczy przedmiotów, których ludzie mogą użyć dobrze lub
źle, np. broń itp., praktykowanie takiej umiejętności nie jest grzechem.
I tylko takie mogą być uważane za umiejętności, co wyraża Chryzostom:
"Prawdziwymi umiejętnościami (artes) są tylko te, które konstruktywnie
przyczyniają się do zaspokojenia potrzeb życia". Jeśliby jednak
większość ludzi używała wytworów jakiejś umiejętności dla złych celów,
według nauki Platona, rząd powinien zakazać tych umiejętności, pomimo że
same w sobie są dozwolone78.
Zatem artysta odpowiada nie tylko za siebie i swe dzieło, ale także za
doskonałość moralną odbiorców. Oczywiście tylko
w zakresie, w jakim jego wytwór ma wpływ na nich. Gdy bowiem ktoś do
złego używa wytworu sztuki, który ani nie został z intencją czynienia
zła wykonany, ani nie skłania do tego niezależnie od woli wykonawcy
(zatem odbiorca sam kieruje się własnym, niewłaściwym moralnie
zamiarem), odpowiedzialności takiej nie ponosi.
Zdolności twórcze, tak jak je rozumiał św. Tomasz z Akwinu,
charakteryzują każdego człowieka. Wszelako różne stopnie uzdolnień
ludzie posiadają. Są experti, czyli doświadczeni w jakiejś
specjalności. Wyżej utalentowani, architekci,
cieszą się znawstwem wszelkich praw natury, rozumieją ich fizyczne
przyczyny. Usposabia ich to do samodzielnej, a nawet kierowniczej roli.
Jednakże dopiero artyści, prawdziwi twórcy,
opanowali taką wiedzę, iż mogą samodzielnie tworzyć, czyli wykorzystywać wspomniane prawa, aby
realizować własne projekty79. Jest tu istotna różnica pomiędzy
umiejętnością naśladownictwa (manu artifices), którą Arystoteles
przypisywał rzemieślnikom i tak nisko cenił, a twórczością80.
Dopiero w renesansie artyści, zwłaszcza działający na niwie sztuk
pięknych, poczęli dążyć do wyraźnego odróżnienia ich od innych
rzemieślników. Aspiracje takie mogły mieć jakieś szanse w związku z wyraźnym wzrostem zainteresowania sztuką i znacznie większym szacunkiem,
jakim darzono jej twórców. Zapewne we Włoszech stało się tak za sprawą
kryzysu ekonomicznego, w związku z którym lokaty w dzieła sztuki okazały
się najbardziej korzystne. Podniosło to zasobność samych artystów i prestiż ich dzieł81.
Właściwie dopiero w wieku XVI pojawiło się pojęcie sztuk plastycznych,
ale niezbyt powszechnie używane. Częściej mówiono o sztukach
rysunkowych. Dopiero w XVIII stuleciu wykształciło się pojęcie sztuki
obejmujące już nie tylko dzieła plastyczne czy architektoniczne, ale
także muzykę, poezję i teatr82. Jak pisał Władysław Tatarkiewicz:
od XV wieku żywe było poczucie, iż malarstwo, rzeźba, architektura,
muzyka, poezja, teatr, taniec tworzą oddzielną grupę sztuk, różną od
rzemiosł i umiejętności, z którymi od wieków nosiły wspólną nazwę
"sztuk". Nie było jasne, co grupę tę łączy i jaka wskutek tego należy
się im nazwa: sztuk umysłowych, muzycznych, szlachetnych, pamięciowych,
obrazowych czy poetyckich. Jeszcze w 1774 roku Giambattista Vico
proponował dla nich nazwę sztuk "przyjemnych", a w tym samym roku James
Harris -?sztuk wytwornych (elegant arts). W trzy lata później, w 1947
roku Charles Batteau nazwał je sztukami "pięknymi". Nazwa ta występowała
w tytule jego poczytnej książki -?i przyjęła się. A wraz z nią ustaliło
się pojęcie83.
W tym to czasie Francis Bacon (1561-1626) znalazł dla sztuki osobne
miejsce wśród innych umiejętności. Odróżnił ją od nauki, której podstawą
jest rozum, i od historii -?dla niej niezbędna jest pamięć. A sztuka -
twierdził -?może istnieć dzięki wyobraźni. Ale przywilejem tym cieszyć
się może wyłącznie poezja. Inne sztuki służą przyjemności zmysłów
(artes voluptuariae) -?każda innym84. Potem, zwłaszcza od XIX
w., pojęcie to nabrało znaczenie czegoś szlachetnego, istotnego i poważnego. Wspominany już Tatarkiewicz, kiedy rozważał kwestię
charakteru, funkcji i celów sztuki w historii, zauważył:
Czy sprzętarstwo jest sztuką? I ta sprawa wydawała się sporna; w tradycyjnym systemie sztuk nie figuruje ono, jednakże piękne sprzęty są
umieszczane w muzeach sztuki. Podobnie ceramika, szkło, tkaniny, broń;
podobnie prace drukarzy i introligatorów. Przeciw zaliczaniu ich do
sztuk wysuwano w XIX wieku argument, że nie mają dość pierwiastka
intelektualnego, duchowego, aby być dziełami sztuki. [...] Zapewne, w serwisie porcelanowym trudno odnaleźć tę głębię myśli, co w dramacie, i tę pełnię wyrazu, co w symfonii, ale jeśli to miało przemawiać przeciw
przynależności serwisu do sztuki, to znaczyłoby, że sprawdzianem
przynależności jest nie tylko piękno, ale też inne względy, jak myśl
i wyraz85.
Można wymienić wiele innych jeszcze wymagań, jakie wiązały ze sztuką
ambicje części artystów, krytyków, uczonych i zwykłych odbiorców.
Tatarkiewicz pisał:
choć pojęcie sztuki zdawało się ustalone, w rzeczywistości nim nie było;
sprawdzian przynależności do sztuki był wieloraki i chwiejny; w teorii
sprawdzianem tym było piękno, ale w praktyce także udział myśli i ekspresji, poziom powagi i moralności, robota indywidualna, cel
niekomercyjny. [...] Można sądzić, że powszechny był pogląd taki: sztuka
służy pięknu, urodzie życia; ale jeśli doraźnie, praktycznie czy
społecznie, jest użyteczna, to tym lepiej86.
Osiemnastowieczne poszukiwania miejsca dla sztuki oraz dociekania jej
charakteru, znaczenia i celów zwieńczył Immanuel Kant. Najpierw więc
rozstrzygnął kwestię relacji między sztuką a przyrodą. Czytamy:
Sztukę odróżnia się od przyrody tak samo, jak robienie czegoś (facere)
odróżnia się od działania czy czynności w ogóle (agere). A wytwór lub
następstwo pierwszej jako dzieło (opus) od [wytworu] drugiej jako
skutku (effectus). Ściśle biorąc, należałoby nazywać sztuką tylko
wytwarzanie przez wolność, tj. przez akt woli (Willkür), który u podstaw swych czynności kładzie rozum87.
Aby orzec, iż coś jest dziełem sztuki, konieczny jest ktoś; co więcej,
ten ktoś musi uprzednio owo dzieło zamierzyć w swoim rozumie, wyobrazić
je sobie.
Niemiecki filozof uznał sztuki piękne za
osobną kategorię, jednak na tej podstawie, iż przede wszystkim
wyodrębnił sztuki mechaniczne od estetycznych, a w estetycznych
oddzielnie potraktował przyjemne i piękne właśnie88. Zwróćmy
uwagę na te, istotne dla nas, rozgraniczenia Kanta. Pisał on:
Sztukę jako zręczność człowieka odróżnia się też od nauki (umiejętność
od wiedzy) jako zdolność praktyczną od teoretycznej, jako technikę od
teorii.[...] Do sztuki należy coś o tyle, o ile mimo jego
najdokładniejszej znajomości nie posiada jeszcze przez to od razu
umiejętności wykonania. [...] Sztukę oddziela się też od rzemiosła;
pierwsza nosi nazwę wolnej, rzemiosło natomiast może nazywać się sztuką
zarobkową89.
Różnica między tym, co przyjemne, a tym, co
piękne, jest istotna. Kant pisał: "Przyjemne
jest to, co podoba się zmysłom w czuciu"90. Upodobanie zaś w tym,
co przyjemne, wynika z interesów -?twierdził dalej91. Dla nas
znaczenie ma to, iż -?jak pisał:
Jeśli chodzi o to, co przyjemne, każdy poprzestaje na tym, że jego sąd,
który opiera się na osobistym uczuciu i za którego pomocą wypowiada o pewnym przedmiocie, że mu się podoba, ogranicza się jedynie do jego
osoby. [...] [W] zakresie tego, co przyjemne, obowiązuje więc zasada:
każdy ma swój własny smak (zmysłów)92.
Wszelako bywa, iż występuje zgodność sądów dotyczących przyjemności i że
ze względu na nią
jednym odmawia się smaku, innym zaś się go przyznaje [...]. Ale tutaj
powszechność rozumiana jest tylko w sensie porównawczym; toteż mamy tu
tylko prawidła generalne (takimi bowiem są wszystkie prawa empiryczne),
a nie uniwersalne, tzn. nie takie, jakie sąd smaku podejmuje się
[ustanowić]w stosunku do piękna, lub do których rości sobie
pretensje93.
Przy czym słowo generalnie określa u Kanta
kwestię powszechności, co nie zmienia faktu subiektywizmu smaku.
Teraz możemy przejść do niezwykle istotnej dla nas kwestii różnicy
między przyjemnością i pięknem, a zatem do istoty i znaczenia dwóch
różnych rodzajów sztuki. Pisał bowiem Kant, iż gdy wydajemy sąd o znaczeniu przyjemności dla umysłu człowieka:
idzie tylko o mnogość podniet (równoczesnych i sukcesywnych) i niejako
tylko o masę przyjemnego czucia; tej zaś nie można uczynić zrozumiałą
inaczej, jak tylko przez ilość. Przyjemność nie rozwija dlatego kultury
i jest sprawą tylko rozkoszowania się. -?Piękno natomiast wymaga
wyobrażenia pewnej jakości przedmiotu, która daje się też uczynić
zrozumiałą i sprowadzić do pojęć (choć w sądzie estetycznym nie zostaje
do nich sprowadzona); rozwija też kulturę, gdyż zarazem uczy zwracać
uwagę w uczuciu rozkoszy na celowość94.
Zdaniem Kanta piękno, w przeciwieństwie do przyjemności, podoba się
bezinteresownie. Sąd orzekający piękno, jakbyśmy to powiedzieli dziś -
sąd estetyczny, może mieć charakter prawdy, która posiada takie
właściwości jak prawdy poznania i działania, czyli powszechność i konieczność. Tym jednak tego typu estetyczna
prawda różni się od prawdy moralnej, iż pierwsza może się odnosić do
samego wyobrażenia tego, co piękne. Prawda moralna, aby mogła się
podobać, wymaga spełnienia. Ale -?zdaniem myśliciela -?istnieje też
ważny związek między pięknem sztuki a dobrem moralnym. Pisał on:
Otóż powiadam: piękno jest symbolem tego, co etycznie dobre, i tylko z tego też względu (ze względu na stosunek, który dla każdego człowieka
jest czymś naturalnym i który każdy imputuje innym jako obowiązkowy)
podoba się ono, roszcząc sobie pretensje do tego, by aprobował je każdy
inny: umysł zaś świadomy jest przy tym zarazem pewnego uszlachetnienia i wzniesienia się ponad samą tylko zdolność doznawania rozkoszy za
pośrednictwem wrażeń zmysłowych i ocenia wartość innych [umysłów]
także na podstawie podobnej maksymy ich władzy sądzenia. Jest to owa
sfera inteligibilna, ku której [...] spogląda smak, z czym zresztą
harmonizują nasze władze poznawcze95.
Zatem przedmiot piękny podoba się naszemu rozumowi. Ale -?jak pamiętamy
-?choć podoba się w sposób konieczny i powszechny, to jednak nie podlega
powszechnym regułom. Nie daje się takich ustalić. Każdy taki przedmiot
jest oceniany z osobna, a nie na podstawie spełniania przezeń jakichś
reguł. I każdy podmiot z osobna i subiektywnie dokonuje podobnych sądów.
Przedmiot sztuki (piękno) podoba się także naszym zmysłom i jest spójny
z poczuciem dobra moralnego.
Warto też zwrócić uwagę na poglądy na temat sztuki Georga Wilhelma
Friedricha Hegla. Były one, rzecz jasna, pochodną jego koncepcji
filozoficznej i historiozoficznej w ogóle, a w szczególności wizji
samorealizującego się ducha. Jak pisał Stephen
Houlgate:
Sztuka, dla Hegla, daje również wyraz
pojmowaniu samego siebie przez ducha. Różni się jednak od filozofii i religii tym, że wyraża samozrozumienie ducha nie w czystych pojęciach
lub w obrazach wiary, ale w przedmiotach i poprzez przedmioty, które
zostały specjalnie stworzone w tym celu przez istoty ludzkie. Takie
przedmioty -?wyczarowane z kamienia, drewna, koloru, dźwięku lub słów -
sprawiają, że wolność ducha jest widoczna lub słyszalna dla
publiczności. Według Hegla ten zmysłowy wyraz wolnego ducha stanowi
piękno. Celem sztuki jest więc dla Hegla tworzenie pięknych
przedmiotów, w których prawdziwy charakter wolności zostaje nadany
zmysłowo96.
Wymiary estetyczny i instytucjonalno-historyczny -?zdaniem niemieckiego
filozofa -?spotykają się ze sobą w każdym dziele sztuki, a także w odrębnych i całościowych ich nurtach, orientacjach, prądach itp. Jak
pisał Hegel: "Każde dzieło sztuki należy do pewnej określonej epoki, do
pewnego narodu, do pewnego środowiska i zależne jest od szczególnych
historycznych lub innych wyobrażeń i celów"97.
Choć zatem sztuka jest historycznie i społecznie zakotwiczona, to jednak pozwala nam, obok religii i filozofii, "uświadomić i wyrazić najgłębsze i najogólniejsze prawdy
ducha"98. I to pomimo fikcji, jaka jest jej nieuniknionym
przeznaczeniem. "Albowiem piękno żyje pozorem i ułudą"99.
Paradoksalnie, jak pisał niemiecki filozof: "w porównaniu ze zwyczajną
rzeczywistością należy zjawiskom sztuki, które przynajmniej nie są samym
tylko pozorem, przypisać wyższą realność i bardziej prawdziwe
istnienie"100.
Pamiętamy, iż zdaniem Schopenhauera: "Szczęście jest możliwe wyłącznie
jako chwilowa ulga od cierpienia"101. Wśród paliatywów, jakie
niemiecki uczony dostrzegał, łagodzącymi mękę istnienia były też
kontemplacja i współczucie, to, co koncentruje uwagę na czymś
zewnętrznym i daje wytchnienie od rozważania siebie samego i swego
położenia. Zachwyt nad dziełem sztuki lub wzruszenie i współczucie
związane z losem bohaterów powieści, wiersza, dramatu czy nawet rzeźby
albo obrazu może spełniać taką funkcję. Odbiorca sztuki staje się
wówczas "czystym, bezwolnym podmiotem
poznania, który nie poszukuje już racji w zgodzie z regułą racji
dostatecznej, lecz pogrążony w kontemplacji nastręczających się
przedmiotów leży poza związkiem z jakimikolwiek
przedmiotami"102.
Innym niebezpieczeństwem spotkania się z samym sobą i z bezsensem oraz
męką życia jest bezczynność i pochodząca stąd nuda. Sztuka zatem może
odwodzić od nieprzyjemnych myśli, wzruszając nas, zachwycając albo
zabawiając. Podobnie, choć ironicznie, znacznie wcześniej pisał też
Pascal:
Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego
spoczynku, bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje
wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc,
próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z głębi jego duszy nuda, melancholia,
smutek, troska, żal, rozpacz103.
Na usługi zgnębionego w ten sposób człowieka bieży sztuka, a przynajmniej pewien jej rodzaj. Tak rozumował Kierkegaard, wskazując, że
jedną z możliwych postaw jest rozpacz, a drugą ucieczka od
rzeczywistości właśnie w rozrywkę.
Zatem za Schopenhauerem można mówić o sztuce ucieczkowej, która jest jak
kataplazm na zbolałą egzystencję ludzką. I taka oczywiście powstawała i powstaje do dzisiaj. Ale była ona też oceniana przez filozofów bardzo
krytycznie. Pascal i Kierkegaard wskazywali, iż jest ona swego rodzaju
oszustwem, że degraduje człowieka i społeczeństwo. Podobne opinie
znajdziemy u późniejszych myślicieli, o których będzie osobno mowa.
Nie mniej poważnie traktował sztukę Wilhelm Dilthey. Utrzymywał on, iż
nauki humanistyczne, które opierają się na ogólnych teoriach oraz
procedurach porównywania ich ustaleń, doprowadzają do prawd ogólnych. W szczególności takie prawdy dotyczą życia moralnego i sztuki (poezji). A dzięki temu stają się:
podstawą wglądu w różnorodność ideału moralnego lub działalności
poetyckiej. I w tym obiektywnym duchu przeszłość, w której powstały
wielkie siły historii, jest teraz obecna. Jako nosiciel i przedstawiciel
splotu wspólnot jednostka cieszy się i pojmuje historię, w której duch
ten się pojawił104.
Oprócz satysfakcji estetycznej sztuka stanowi zatem sposób poznania
siebie w kontekście historycznym. Ale dostarcza innej wiedzy niż
rozumowa, choć jest bliższa życia, jakiego doświadczamy w rzeczywistości. Jak czytamy: "Jest ona na swoim miejscu w przestrzeni
swobodnej gry, gdzie zarazem staje się widoczne znaczenie
życia"105.
Sztuka wraz z religią i filozofią wspierają człowieka w jego samotności
wobec tajemnicy bytu świata i własnego życia, uwikłania w relacje
historyczne i społeczne. Jak pisał Dilthey:
Poezja, religia i filozofia stoją bowiem przed tą samą zagadką świata i życia; podobny stosunek do społeczno-historycznego kontekstu ich sfer
życiowych obecny jest w umysłowości religijnej, u poety i filozofa.
Tkwiąc w niej, są oni jednak samotni; ich dzieło wznosi się ponad
wszelkie schematy ku dziedzinie, w której, całkowicie samotni, stawiają
czoła wszechobecnym siłom rzeczy -?ponad wszelkie historyczne
ograniczenia ku bezczasowemu obcowaniu z tym, co zawsze i wszędzie
oddziałuje na życie106.
Sztuka wespół z religią i filozofią -?zdaniem Diltheya -?korzysta z wolności, która pozwala rozumieć to, co ważniejsze, ponadczasowe. Za ich
sprawą i wspomnianej ich swobody, wydobywa się prawdziwe znaczenie
człowieka, jego podmiotowość -?rzekłbym. Co jest zakryte przed
zinstytucjonalizowaną nauką i innymi zinstytucjonalizowanymi bytami
społecznymi. Jak pisze uczony o ludziach sztuki, religii i filozofii:
Lękają się oni pęt, którymi przeszłość i ustalone porządki chcą
ograniczyć ich twórczość. Nienawidzą oni niszczenia osobowości przez
wspólnoty, które godność i znaczenie swoich członków mierzą odpowiednio
do swoich potrzeb. Dlatego zachodzi głęboka różnica między więzami
zespalającymi zewnętrzne organizacje, celowe systemy wiedzy czy systemy
zewnętrznego działania a tymi, które obejmują współdziałania w ramach
kulturowych powiązań religii, poezji i filozofii107.
Inny zupełnie pogląd na sztukę znajdujemy w pismach Johna Deweya, który
najpełniej wyraził go w Art as Experience. Pisał tam, iż dzieła sztuki
"są produktami, które istnieją zewnętrznie i fizycznie"108.
Jednak to tylko jeden z aspektów. Bowiem istota prawdziwego dzieła sztuki polega na efekcie, jaki
wywołuje ono w człowieku. Czy, aby powiedzieć to w języku Deweya: jakie
wywołuje doświadczenie. Doskonałość takiego
wytworu talentu artysty, zwłaszcza gdy zainspiruje innych twórców, a szczególnie kiedy wywoła długą falę naśladowców, tworzy konwencję109. Uczony, zgodnie z przyjętą
przez niego orientacją pragmatystyczną, wiązał wartość sztuki z jej
użytecznością. A jej istotę rozumiał w duchu naturalistycznym jako
wysoce przetworzoną przyrodę i wynik procesów przyrodniczych.
Najwyższe, bo najpełniejsze wcielenie działań i sił natury w doświadczenie, znajdujemy w sztuce. Sztuka to proces produkcyjny, w którym materia przyrodnicza jest przekształcana w projekcje,
dopełniające przez regulację ciągów zdarzeń zdarzenia zastane, które na
niższych poziomach natury zachodzą w mniej uregulowany sposób. Sztuka
jest "dobra" w stopniu, w jakim cele, końcowe rezultaty procesów
naturalnych, są wyraziście satysfakcjonujące. Cała sztuka jest
instrumentalna w sensie używania technik i narzędzi. Wykazano, że
normalne doświadczenie artystyczne prowadzi do lepszej równowagi niż
występująca gdziekolwiek indziej w naturze [...]. Sztuka reprezentuje
zatem kulminacyjne wydarzenie natury, a także punkt kulminacyjny
doświadczenia110.
Z kolei zdaniem Hermanna Cohena sztuka jest częścią kultury. Stanowi
zatem część systemu, który wymaga jedności. Nie istnieją jednak żadne
niekwestionowane kanony estetyczne111. O ile dla etyki
zakresem krytycznych badań byłoby prawo, to sztuka miałaby z kolei
całkiem inną naturę. Jak pisał Tadeusz Gadacz, Cohen: "Uznawszy sztukę
za fakt centralny dla kultury, poddał ją analizie krytycznej za pomocą
prawowitości (Gesetzlichkeit), które odróżnił od pojęcia prawa
(Gesetz)"112.
I tu znalazł kryterium pozwalające dokonać krytyki, która mogłaby
doprowadzić do zobiektywizowania pojęcia geniuszu. Czytamy: "Nie prawo
czyni artystę geniuszem, lecz prawowitość, z której wyłania się to, co
prawowite, z której pochodzi prawo w tym odniesieniu"113.
W centrum sztuki uczony umieścił człowieka i jego czyste czucie -?towarzyszy ono wysiłkowi
twórczemu i jest miłością człowieka. Ona stanowi
właśnie źródło twórczości i medium jej odbioru. W wybitnym dziele sztuki
ta miłość natury człowieka się ujawnia.
Kultura była dla neokantystów ważna. Paul Natorp sądził nawet, że w istocie to ona jest rzeczywistym przedmiotem i rdzeniem filozofii, którą
pojmował, czerpiąc z idei Platona: prawdy, którą zajmować by się miała
logika, dobra, badanego przez etykę, i piękna, przedmiotu estetyki.
Co do sztuki zaś, to dla tego myśliciela stanowiła ona zwieńczenie
kultury. Byt i wspomniana powinność jednoczą się w tworzonym przez
sztukę trzecim świecie114. W sztuce
właśnie, dostępnej dzięki dobrze pojętej estetyce, ujawnia się prawdziwa
powinność. I to jest najistotniejsze kryterium oceny twórczości. Osiąga
ona najwyższy pułap, gdy odsłania w swym
indywidualnym kształcie powinność, czyli to, co najbardziej pożądane:
jedność bytu i powinności. Czy dzieło jest wybitne, poznamy po jego
fantazji twórczej, ale też po tym, jak ono samo wzbudza w odbiorcy taką
fantazję115. Sztuka ma zatem cel: ukazywać ową powinność jako
naturalną dla naszego bytu.
W koncepcji Maxa Schelera zaś obecny jest jeszcze jeden, niezwykle
ważny, wspominany już czynnik -?duch epoki. Może
on przemawiać przez człowieka, a zwłaszcza filozofa lub artystę, i to
niezależnie od niego samego:
Tam, gdzie owe powiązania sensu metafizycznego i artystycznego są
najbardziej interesujące, zapładniające i najgłębsze, tam właśnie nie są
one zapośredniczone przez subiektywne oddziaływanie już to poety na
filozofa, już to, przeciwnie, filozofa na poetę, lecz przez jednorodną,
obiektywną, ustrukturalizowaną postać ducha epoki116.
Obiektywny duch epoki sprawia, iż rola samego
twórcy nie jest decydująca. On niejako wydobywa tę duchową
rzeczywistości z rzeczywistości materialnej. Jak pisał filozof o sztuce
akurat: "Sztuka zaś to poiein, tworzenie, "wydobywanie" tworu
sensownego z pewnego materiału; tworu, który w żadnej mierze nie może
być oceniany ze względu na zgodność z "przypadkową realnością"
świata"117.
Realność świata nie ma tu -?jak czytamy -?nic do rzeczy. Tu chodzi o realność, ale innego rodzaju, innej rzeczywistości, a co warto, żeby
zostało uchwycone i przedstawione: "Sztuka to tworzenie czegoś, czego
oto nie ma, co jednak byłoby "godne" czy też "zasługiwałoby" na to, by
istnieć zgodnie z pewnymi estetycznymi ideami wartości"118.
Intrygująca jest ontyczna natura sztuki rozumiana przez tego filozofa,
czyli tego, czego nie ma, a co byłoby godne być. A nawet jest, gdy
twórca powoła to do istnienia. Jak czytamy: "Sztuka jest w pełni i bez
reszty niezależna od tego, co przypadkowo rzeczywiste, i w ogóle od
rzeczywistości"119. Sztuka jest więc jakąś
rzeczywistością, ale inną niż ta, od której jest wolna. Raczej -?jeśli
wolno przypuszczać -?dotyczy to kultury duchowej
w ogóle, a nie tylko sztuki. Uczony pisał bowiem: "duch epoki w znacznie
większej mierze przesłania, niż ukazuje i demonstruje pełną treść
istniejącej kultury duchowej"120.
Istnieją zatem dwie rzeczywistości, z których ta duchowa przejawia się w tej nieduchowej poprzez dzieła wielkich artystów. Może także wybitnych
filozofów. Nie wykluczałbym zresztą, iż każdy człowiek w mniejszym lub
większym stopniu odczuwa i wyraża ów porządek duchowy, choć niekiedy w stopniu znacznie większym i bardziej wyraziście.
Szczególna rola przypada wspomnianym wielkim twórcom, których myśliciel
określa jako geniuszy. Powiązanie ich wytworu z owym duchem epoki jest przyczyną, iż "dzieło geniusza z samej istoty zawiera w sobie zarówno rzeczowy wymóg, jak i rzeczową
gwarancję nieskończonego trwania w czasie"121.
Stąd też sztuka (ale może filozofia też?) używa innego języka. Jak pisał
Scheler:
Artysta, ów mały bóg, tworzy później pewien świat [...]. Czyni to w akcie aktywnego formowania realnego materiału, w języku znaków
odpowiadających jakościom różnych zmysłów i wedle praw owego języka
znaków, odmiennych dla każdej sztuki122.
Dla José Ortegi y Gasseta sztuka była szczególnym przypadkiem kultury.
Jest ona wysiłkiem ekspresji przekraczania życia przez nie samo. Jak
przedstawił ideę sztuki hiszpańskiego filozofa Tadeusz Gadacz:
Sztuka jest szlachetnym zmysłem, dzięki któremu człowiek może wyrazić
to, czego w inny sposób nie można wyrazić. W sztuce życie ukazuje się
samemu sobie jako wciąż siebie przerastające. Sztuka uskrzydla
wyobraźnię i nadaje sens powszedniości. Powinna zatem wyrastać z wielkich niepokojów ludzkości i rzeczywistości odwiecznej, inaczej
bowiem jest pusta i bezprzedmiotowa. A ponieważ istotą rzeczywistości
jest cierpienie, sztuka może być, według Ortegi, tylko
tragiczna123.
Uczony krytykował rozmaite aberracje sztuki XX w., twierdząc, iż ulega
ona dehumanizacji124.
Karl Jaspers był natomiast zdania, iż potrzeba sensu i tęsknota za nim
to jeden z najważniejszych motywów nie tylko filozofii, lecz także
kultury w ogóle, zwłaszcza literatury, teatru, filmu, w jakimś stopniu
też może sztuk plastycznych i muzyki, czyli -?kultury artystycznej.
Muzyka, dla przykładu, o ile nie ma tzw. charakteru programowego, jest
zupełnie abstrakcyjna. Wszelako dobrze zbudowane, o głębokiej
strukturze, zróżnicowanych przebiegach artystycznych, intrygujące
formalnie i artystycznie utwory mogą dawać odczucie absolutu lub
pobudzać do refleksji o harmonii bądź dysharmonii świata, cierpieniu i radości w ludzkim życiu, a w związku z tym o jego sensie. W każdym razie
-?jak sądzę -?warto tę myśl Jaspersa, wybitnego psychiatry, psychologa i filozofa, zapamiętać, gdy rozważamy, czym jest sztuka.
Podsumowanie
Zauważmy najpierw, iż pozostając na wysokim stopniu ogólności, gdy
podsumowujemy tak abstrakcyjne poglądy i idee, to, co powiedzieć możemy
o kulturze w ogóle, odnosi się z reguły także do sztuki. Pewnie dlatego,
iż jedna jest częścią drugiej. Tutaj zatem nie będę osobno podsumowywał
obu wątków, ale omówię je razem. Różnice, jakie jednak się zaznaczają,
mają znaczenie. Powrócimy do nich, gdy będzie mowa o kulturze masowej.
Na razie są jednak nieistotne.
Tak czy inaczej określana kultura, tak jak ją dzisiaj rozumiemy, już od
początków dziejów filozofii była przedmiotem rozważań. Od początku też
zarysowały się rozbieżności w jej pojmowaniu. Najczęściej ujmowano ją
jako dzieło człowieka. Ale czy zawdzięczamy ją rozwojowi ludzkiej
inteligencji na przestrzeni dziejów, czy też była darem bogów lub Boga?
Inne wątpliwości budziło to, czy zdolności intelektualne człowieka,
jeśli nie pochodzą ze źródeł transcendentnych, nie są wynikiem
konieczności sprostania wymogom przyrody. A może jednak uzdolnieni
intelektualnie przez Boga lub bóstwa (w zależności od religii filozofów)
zawdzięczamy kulturę poraniu się ze światem przyrody. Przypuszczano, iż
człowiek wyposażony jest w pewien pierwiastek boski, który prowadzi go
do tworzenia dzieł kultury. Niektórzy sugerowali, że -?być może -
kultura jest odpowiedzią na oczekiwania siły transcendentnej, która
należycie nas jednak wyposażyła umysłowo, abyśmy przy własnym staraniu
mogli tym boskim wyzwaniom sprostać. Pojawiła się też idea, iż kultura
jest środkiem walki z bogami, efektem buntu przeciwko nim. Pamiętamy
wszakże, iż podstawy kultury (jak np. umiejętność wzniecania ognia)
zawdzięczać mielibyśmy jednak Prometeuszowi, a więc jednemu z bogów,
tyle że zbuntowanemu przeciwko Zeusowi.
Później pojawiały się idee jakiejś transcendentnej siły, m.in. Heglowska
filozofia ducha, który wcielając się, postępuje w dialektycznym procesie
dziejowym samourzeczywistniania się, tj. samouświadamiania, poprzez
kolejne fazy osiągania jedni rozumnej i przedmiotowej strony świata.
Pojawiał się też wątek kultury jako odpowiedzi na powinności człowieka
nie tylko wobec Boga lub bóstw (o czym wspominałem), ale także wobec
ludzi, kultury właśnie i jej wartości, czy w końcu -?wobec natury, w tym
swojej własnej. W związku z tym pisano o aspektach moralnych kultury.
Jej złu, gdy się owym powinnościom sprzeniewierza, i dobru, kiedy się je
spełnia.
Innym tropem w rozumieniu kultury, jaki pojawił się już w bardzo
wczesnym okresie filozofii greckiej, było znaczenie dla kultury polis,
czyli wspólnoty państwa-miasta. Społeczność taka zdawała się Grekom
wielkim osiągnięciem. To za sprawą polis ludzie -?wierzono -?wyszli z bydlęcego stanu i tej właśnie formie zinstytucjonalizowanego ładu
społecznego Grecy zawdzięczają przewagę moralną, intelektualną i społeczną nad barbarzyńcami. Odnotujmy i tę ich myśl, iż kultura jest
też sposobem zorganizowania spraw publicznych i społecznego regulowania
relacji między obywatelami oraz między obywatelami a państwem.
Historia myśli filozoficznej poświęconej kulturze jest niezwykle
wielowątkowa. Zapewne przyczyną jest ogromna wieloaspektowość samej
kultury. Śledziliśmy, co do niej zaliczali różni myśliciele lub co można
by zaliczyć, gdyby włączyć te wszystkie koncepcje, które wprost pojęciem
kultury nie posługiwały się, ale dzisiaj z pewnością możemy je
uwzględnić. Mielibyśmy tu i moralność z jej wartościami, i urządzenia
społeczne, jak instytucje, rodzina, państwo, i porządek społeczny, a także prawo, całość kultury materialnej, sztukę, style życia, jak też
wiedzę i naukę w ogóle, edukację. Wymienić tu można także -?użyjmy
współczesnych pojęć -?kulturę i sztukę rozrywkową, masową, oraz wyższą,
poważną, czy jakiego jeszcze określenia tu się nie używało i nie używa.
Bardzo silną orientacją w filozofii -?jak już stwierdziliśmy -?było
identyfikowanie z kulturą wartości. Pochodzenie tych wartości, a także
całej kultury, mogło być -?jak wspominałem -?natury transcendentnej
(pierwiastek boski implantowany w człowieka), społecznej (dobro
wspólnoty czegoś wymaga), kulturowej (jako późniejszy i bardziej
zaawansowany wytwór kultury wcześniejszej) i przyrodniczej (warunki
przyrodnicze wymagają pewnych form i treści kultury jako formy
przystosowawczej). W rezultacie możemy odnotować zarówno optymistyczne
wizje kultury jako czegoś dobrego, co też prowadzi do dobra; jak i pesymistyczne, a w każdym razie uwzględniające ów zaczyn zła w kulturze
i przyznające złu większe lub mniejsze znaczenie.
Interesującym tropem w historii myśli filozoficznej o kulturze jest teza
o integracyjnej funkcji kultury. Kultura -?jak utrzymują niektórzy
myśliciele-?sama jest zintegrowana i ma tę moc, aby przez wspólne
wartości, wierzenia, język i w ogóle cały dorobek jednoczyć społeczność,
czyniąc z niej wspólnotę. Jak będzie o tym mowa, idea ta spotkała się w XX i w XXI w. z silną opozycją -?szczególnie ze strony Margaret S.
Archer.
Pewną odmianą tego poglądu było przekonanie głoszone przez Diltheya, a przytaczane już przeze mnie, iż zadaniem czy raczej funkcją kultury jest
dawanie człowiekowi oparcia w zmiennych i niepewnych okolicznościach
tego świata. Życie stwarza zatem nie tylko zagrożenia, ale także środki
wsparcia dla człowieka. Kultura dostarcza takie punkty pewne i bezpieczne wobec niepewności i zagrożeń. Według niektórych myślicieli
kultura wspiera ludzi w poszukiwaniu przez nich koniecznego im poczucia
sensu świata i własnej egzystencji. Zdaniem wielu (np.
egzystencjalistów) -?egzystencji absurdalnej. Ale w przekonaniu innych
(np. egzystencjalistów religijnych) świat i ludzkie życie nie są
absurdalne, a przeciwnie -?są sensowne. Rzecz jedynie w tym, aby ten
sens odnaleźć i zrozumieć. I tu kultura, ze sztuką włącznie, może
oddawać pożyteczne usługi.
Wart uwagi jest pogląd o ewolucyjnym charakterze świata, ludzkości,
względnie też (albo osobno) człowieka. Pisano również o otrzymanym od
matki natury lub Boga potencjale, który ludzie poprzez swój wysiłek mogą
zrealizować. W ten sposób mają możność wspiąć się na wyższy poziom
człowieczeństwa, a świat wydźwignąć wyżej, niż był on dotychczas na tej
możliwej do pokonania drabinie (przy czym ów potencjał można zmarnować i człowieczeństwa nie udoskonalić). Niekiedy przekonanie takie wiązane
jest z myślą o jakimś możliwym postępie ludzkości, cywilizacji lub/i świata.
Nierzadką ideą w filozofii kultury jest też założenie, iż kultura może
wpływać jakoś na człowieka i przemieniać go na lepsze lub gorsze -
kształtować. W różnych koncepcjach zakłada się też rozmaite stopnie
uległości wobec kultury, a zatem także stopnie jej skuteczności. Wśród
zwolenników tego typu poglądów nie ma zgody co do tego, jak i jakie
mechanizmy miałyby to sprawiać. Nie ma też jednego poglądu na temat
zdolności człowieka do stawiania oporu takim wpływom oraz -?ewentualnie
-?współpracowania z nimi. Jest to naturalnie pytanie o determinizm
kulturowy człowieka.
Raczej częsty bywa też pogląd o kumulatywnym
charakterze kultury jako dzieła i dziedzictwa pokoleń. Niekiedy w związku z tym przyznaje się jej zdolność rozwoju (postępu), kiedy
indziej mowa jest o jej degradacji lub zaniku. Kultura miałaby być też
pewnym zasobem, który bywa wzbogacany bądź trwoniony przez kolejne
pokolenia lub społeczności. Czasem bywa ona traktowana jako siła
pozytywna, ale niekiedy przeciwnie, miałaby powodować zastój, rutynę i rytualizację.
Ciekawy, a przeto wart wspomnienia w podsumowaniu, jest także pogląd
Kanta o istnieniu potrzeb kultury i jej rozwoju. Pisał on co prawda o wiedzy (potrzebie wiedzenia wiele), ale myślę,
iż dotyczyć to może także niektórych innych wymiarów kultury. Tym
bardziej, iż ów niemiecki myśliciel mówił też o potrzebie metafizyki,
jaka miałaby istnieć w każdym człowieku, gdy jego "rozum wzniesie się do
spekulacji". Jeśli dobrze zrozumiałem, dążność taka nie jest wynikiem
działania praw przyrody w człowieku, a raczej pewnej ingrediencji
metafizycznej obecnej w ludziach, która "pozostanie w nich na zawsze".
Jeśliby kto pragnął nadal pozostać przy kategorii potrzeb, to trzeba by
zauważyć, iż mają one charakter nie tylko przyrodniczy, ale także
metafizyczny, intelektualny i kulturalny właśnie.
Kultura może być też odpowiedzią na inne jeszcze potrzeby. Wspominałem
poglądy Pascala, Schopenhauera i Kierkegaarda, którzy z aprobatą lub bez
niej pisali o łatwej, przyjemnej i odwracającej uwagę od trudnych
aspektów bycia człowiekiem kulturze (w tym sztuce) rozrywkowej (tak ją
skrótowo nazwijmy). Ma ona być swoistym placebo (paliatywem) łagodzącym
mękę życia, nudę, drżenie oraz trwogę lub/i absurdalność egzystencji. Zapewne tutaj trzeba by umieścić motywy
kultury o charakterze neurotycznym, tzn. mającej związek z potrzebami
bezpieczeństwa. Ale ludzie mogą odczuwać inne jeszcze potrzeby, np.
wzniosłości, transcendencji, sensu świata lub
życia, znaczenia własnego bytowania, piękna, dobra, moralności itp.
W myśli o kulturze jest też obecny watek materialistyczny, zwłaszcza
identyfikowany z Marksem. Jego zwolennicy traktują kulturę jako artefakt
dialektycznego rozwoju materii w historii, wynik procesów produkcji i rozwoju sił wytwórczych. Klasy społeczne, zdaniem tych teoretyków,
bywają w różnych relacjach w stosunku do własności środków produkcji
(albo je posiadają, albo nie), co określa ich interesy. Te zaś powodują
tworzenie różnych odmian kultury, głównie jako ideologii uzasadniających
posiadanie lub wyższą konieczność posiadania. Naturalizm i materializm
Marksa i jego zwolenników znajdował mniejsze lub większe poparcie
orientacji pragmatystycznej. Mimo licznych różnic w poglądach tych
ostatnich wielu zgodziłoby się, iż kultura jest czymś, co ma jedynie
(lub zasadniczo) sens funkcjonalny, czyli odpowiada na realne potrzeby i interesy ludzi. Prawda, że czasem uwzględniano potrzeby bardziej
wyrafinowane niż wyłącznie biologiczne i ekonomiczne.
Platoński koncept realnego świata idei i Demiurga, pojmowanego jako
bezosobowa przyczyna sprawcza, powracał wielokrotnie w historii myśli
filozoficznej, zwłaszcza wyraźnie u Hegla i Diltheya. Intrygującą postać
przybrał on w dziełach Nietzschego, który pozostawał pod wpływem kultu
siły życia jako takiego. Cenił on sobie więc kulturę emanującą żywiołowo
i bez skrupułów wolą życia (dionizyjską), a w pogardzie miał kulturę
skrępowaną kanonami, szukającą ładu, piękna i harmonii (apollińską).
Podobnie uważał za cenne wartości przyzwalające na przemoc,
bezwzględność i arogancję w imię ekspresji siły, brzydził się natomiast
miłosierdziem, współczuciem, łagodnością, skromnością, wszelkimi
wartościami, które miałyby uzasadniać słabość. Jak więc widać, kultura
(wraz ze sztuką) mogła służyć jednej lub drugiej orientacji, zatem
zasługiwać na zachwyt lub nienawiść. W pewnej mierze do podobnej
orientacji można by zaliczyć pogląd na kulturę Ortegi y Gasseta. On
także traktował życie jako coś autonomicznego, co ma swoją niezależną
dynamikę, a co poprzez wcielenie w ludzi transcenduje i staje się
kulturą. Ważnym i niezwykle interesującym additio jest tu też pogląd
Marcela, który kulturze posiadania, kulturze
mieć przeciwstawiał kulturę być. Rozdwojenie człowieka między ludzką egzystencją
nastawioną na wartości wyższe a posiadaniem znajduje wsparcie w podobnie
zorientowanych kulturach. Ta jej szlachetniejsza wersja powstaje dzięki
ludzkiej miłości i zdolnościom twórczym. Jest ona zorientowana -
gramatycznie to ujmując -?na my, a nie na on (ona, ono). Jeśli nastawienie na posiadanie i adekwatna do
niego kultura wymagają rozumu instrumentalnego, który raczej zamyka
człowieka i go uprzedmiatawia, to kultura być
otwiera, pozwala wykraczać poza pułapki posiadania.