Kościół rzymski jest mocarstwem zarazem duchownym i
świeckim. Opiera swe prawa do panowania nad światem na ewangieljach
kanonicznych, na tradycji kościoła pierwotnego, na donacji
Konstantyna, na świętych kanonach i świętych dekretaljach.
Bez względu na to, czy posiada terytorjum, czy też włada jednym
tylko pałacem, kościół rzymski jest państwem. Jest to mocarstwo
świeckie, różniące się od innych, z któremi znajduje się w
stosunkach, tym, że te ostatnie zakreślają granice swemu władztwu,
gdy kościół nie mógłby uznać żadnych dla swego, nie zadając kłamu
swemu pochodzeniu, nie zmieniając swego charakteru, nie zdradzając
i nie wyrzekając się siebie samego. Naprzekór innym mocarstwom,
które, tkwiąc korzeniami w ludzkości, przyjmują warunki, do jakich
je zmuszają człowiek i natura, i naginają swą wolę, odwagę i prawa
do mocy rzeczy, kościół nie może uronić nic ze swej władzy, która,
zgodnie z jego doktryną niezmienną, była mu powierzona, jako skarb
święty, ani wyrzec się praw, które, jak twierdzi, nadało mu Niebo. Instytucja jego, taka, jaką nam wykłada, nadaje mu władzę cywilną
i polityczną nad całym światem. Jest potęgą świecką, albowiem jest
potęgą duchowną. Żąda posłuszeństwa od ciał, aby istotnie były mu
poddane dusze, i faktem jest, że nie da się pomyśleć panowanie nad
duchem bez panowania nad ciałem. Prawdą jest, że wznosi się on
ponad wszystkie rzeczy tego świata; prawdą jest również, że
obejmuje je i przenika. Włada ziemią, lecz jest z tej ziemi. I gdy
nasi mężowie stanu i nasi prawodawcy żądają od niego, by zamknął
się w swej dziedzinie duchownej, i gdy nas zapewniają, że to
niewątpliwie uczyni i że uzna to za dobre, jasnym jest, że kpią z
nas lub z niego, o ile nie są istotnie zbyt naiwni. W epoce
dekretów Artur Ranc, który nie uchodzi za naiwnego i nie kpi nigdy
z Rzeczypospolitej, rozmawiał pewnego dnia przed wielkim kominkiem
pałacu Luksemburskiego z jednym ze swych przyszłych kolegów, duszą
najżarliwszą i twarzą najbardziej otwartą stronnictwa katolickiego,
senatorem Chesnelong'iem. - Zgódź się pan ze mną - powiedział mu Ranc - że religja jest
sprawą prywatną, rzeczą sumienia indywidualnego, a porozumiemy się
z łatwością co do reszty. Na tę propozycję, senator katolicki wyprostował się i odparł
gorąco: - Nigdy! słyszy pan? nigdy! Religja katolicka - sprawą prywatną?
Nie! Jest to sprawa społeczna, mój panie, sprawa społeczna i
państwowa. Stary Chesnelong pod wielkim kominem Luksemburgu mówił zgodnie z
nauką rzymską. I gdy usłyszymy jakiegokolwiek ministra wyznań,
oświadczającego, że biskupi winni są ograniczyć się do wykonywania
swej świętej służby, pomyślimy sobie, że nie wie, co to jest biskup
katolicki, lub, że udaje, iż tego nie wie. Kościół ma pretensje do wskazywania ludzkości jej celów i do
prowadzenia jej ku nim; powołaniem swym czyni zbawienie świata i w
tym celu określił formuły i rytuał szczególny, ustanowił prawidła
życiowe, dotyczące związku płci, używania pokarmów, dni wypoczynku,
świąt, wychowania dzieci, prawa pisania, mówienia, myślenia. Aby
zabezpieczyć wykonywanie takich prawideł, które bynajmniej nie
wszystkie należą do rzędu duchowych, lecz odnoszą się przeważnie do
policji państwowej, potrzeba mu prawa kontroli nad zarządem
wszystkich krajów i miejsca w rządach wszystkich narodów. Biskup z Séez w liście pasterskim w sierpniu roku 1904 doskonale
określił to położenie kościoła, tak wysokie i szczególne: "Kościół posiada prawa nigdy nie przedawnione do człowieka, a
zarówno i do społeczności. Ma je od Boga i nikt nie może mu ich
odebrać... Jest on władzą boską na ziemi, i władza ta powinna
stosować się do dusz, które należą do jego państwa, do ciał - we
wszystkich sprawach, dotyczących sumienia, do wszystkich rzeczy
społecznych, które odnoszą się do dziedziny ducha". Każdemu obowiązkowi odpowiada pewne prawo. Posiadając jedynie
prawdę, bierze na siebie obowiązek rozpowszechniania jej i
zwalczania błędu przeciwnego. Jest to zadanie, którego nie mógłby
spełniać, nie posiłkując się władzami świeckiemi i, że użyjemy jego
sposobu wyrażania się, nie odwołując się do ramienia świeckiego. Nie należy mówić, że niegdyś kościół nakazywał sprawiedliwości
świeckiej spełnianie swych wyroków, lecz że wyrzekł się tego. Nie
wyrzeka się nigdy i niczego. Nie należy mówić, że zmienił się. Nie
zmienia się nigdy. Wszystko się porusza; kościół pozostaje
niewzruszony, i gdy dziwią się temu, odpowiada, że jest cudem.
Dziś, jak i ongi, przypisuje sobie władzę świecką bezpośrednią i
pośrednią, to, co zwie właściwie prawem karania politycznym i
cielesnym. Ciekawym jest poznać, za pomocą kilku tekstów nowszych,
doktrynę jego pod tym względem. Roku 1864 jezuita Gerhard
Schneemann dowodzi w
Civilta Catolica, organie swego zakonu, że odpowiednim i
koniecznym jest dla kościoła zmusić do posłuszeństwa niepokornych,
za pomocą kar dotkliwych, takich, jak kary pieniężne, posty,
więzienie prywatne, biczowanie. "Jeśli kościół, co jest prawdą, -
mówi, - posiada jurysdykcję zewnętrzną, wolno mu jest skazywać na
kary świeckie". I zakonnik ten dowodzi, że kościół nie tylko może,
lecz również powinien to czynić. "W istocie, miłość rzeczy
ziemskich, która obraża ustanowiony przezeń porządek, nie może być
skutecznie wstrzymana w rozwoju i zduszona przez kary czysto
duchowe i przez pozbawienie dóbr duszy, albowiem właśnie kary tego
rodzaju są najmniej skuteczne, gdy chodzi o winowajców
największych, skąd wynika, że jest niezbędnym, aby oblubienica
Jezusowa stosowała kary świeckie i dotkliwe, jeśli ma być
przywrócony porządek wszędzie, gdzie był naruszony, i jeśli ten,
który unurzał się w grzechu, ma odpokutować i cierpieć". Bez tej zewnętrznej władzy przymuszania, kościół, według mniemania
O. Schneemanna, nie dotrwa nigdy do końca świata. Co dotyczy granic
jego jurysdykcji, to on tylko ma prawo je określić, a ktokolwiek mu
tego prawa zaprzecza, jest buntownikiem wobec Boga. Ojciec
Schneemann stwierdza nie bez boleści, że świat współczesny nie
posiada rozumienia dla tych prawd zbawiennych i że jest
niepomiernie daleki od stosowania do nich swego trybu życia.
"Widzimy, powiada, że państwo nie zawsze spełnia swój obowiązek
względem kościoła zgodnie z myślą boską. Złość ludzi stoi mu na
przeszkodzie. To też prawo kościoła do karania winnych i do
posiłkowania się siłą materjalną zostało nędznie sprowadzone do
zera. Zakonnik ten wiernie wyraża myśl przywódców katolicyzmu.
Kościół jeszcze wciąż uważa, że ramię świeckie ma obowiązek palenia
heretyków, i że złość ludzka jest jedynym powodem, iż ono tego
więcej nie czyni. Papieże dzisiejsi myślą o Świętym Officjum
zupełnie to samo, co myśleli o nim ich poprzednicy - Innocenty III
i Paweł III. W połowie wieku XIX (r. 1853) ten sam
Civilta Catolica, organ Bractwa Jezusowego, przedstawiał
Inkwizycję, jako uwieńczenie wszelkiej doskonałości społecznej. I w
tym samym czasie
L'Univers Ludwika Veuillot'a podziwiał jej "wysoką
sprawiedliwość" i sławił ją, jako "cud istotny". Wzywał wszystkiemi
swemi pragnieniami szczęsnego jej wznowienia, stwierdzając w
charakterze dobrego kanonisty prawo papieża do przywrócenia jej w
łonie wszystkich narodów. Z prawa tego kurja rzymska korzystała w
zupełności roku 1862. W konkordacie, zawartym w tym czasie między
papieżem a Rzecząpospolitą Equador, postanowione zostało w ośmiu
artykułach, że władze świeckie są obowiązane spełniać bez prawa
odmowy wszelkie wyroki, wydane przez trybunały kościelne. Niema
wątpliwości, że kościół byłby skłonny do wznowienia inkwizycji
również w państwach europejskich. Lecz, jak powiada dziennik
Veuillot'a, nie są one tego godne. Temu lat dwadzieścia, znajdując się pewnego dnia w pałacu
Burbońskim, usłyszałem przypadkiem, jak pewien deputowany z prawicy
odsłaniał na trybunie skandal publiczny. Ujrzawszy na jakiejś
budzie jarmarcznej napis głoszący
Okropności Inkwizycji, zażądał od ministra, by surowo
skarcił tak jawną obrazę religji katolickiej. Minister odparł, że
wypisując na swym baraku słowa
Okropności Inkwizycji, właściciel budy korzystał z
wolności, zapewnionej przez prawo, i że wolno było innemu hecarzowi
wypisać na innym baraku:
Dobrodziejstwa Inkwizycji. Ministrem tym był
Waldeck-Rousseau. Odpowiedział tonem poważnym, bezczelnym i
lodowatym. Zgromadzenie wybuchło śmiechem. Gdyby nuncjusz był
obecny na posiedzeniu, prawdopodobnie nie uznałby za śmieszne ani
pytania, ani odpowiedzi. Papież jest władcą; królowie, cesarzowie są jego wikarjuszami.
Papież, zgodnie z orzeczeniem Innocentego, jest tym dla cesarza,
czym słońce dla księżyca. Jak kościół myślał temu dziesięć wieków,
tak samo myśli jeszcze dziś. Mówiąc wzorem swego dawnego
poprzednika świętego Leona Wielkiego, Pius IX w encyklice
Quanta Cura powiedział: "Władza została dana cesarstwom
nie tylko dla rządzenia światem, lecz przedewszystkim dlatego, by
niosła pomoc kościołowi. Podziwiać należy stałość, z jaką papieże
zwalczają rządy, które nie okazują im zupełnego posłuszeństwa, i
pozostawiają pewną wolność ludom. Innocenty III potępił wielką
"Kartę" angielską. Innocenty X odmówił sankcji pokojowi
Westfalskiemu, który zapewniał protestantom wolne wyznawanie wiary.
Grzegorz XVI powitał konstytucję belgijską r. 1832 encykliką, w
której oświadczył, że absurdem jest wolność sumienia i zarazą
wolność prasy. Rzym piorunował przeciwko prawom hiszpańskim o
wolności wyznań i nawet przeciwko konstytucji katolickiej Austrji,
którą nazwał obmierzłą -
abominalis, albowiem pozwala protestantom i Izraelitom
otwierać dla siebie uczelnie i zakłady wychowawcze. Rzym potępia
wreszcie wszystkie państwa współczesne Europy - z wyjątkiem Rosji.
Syllabus powiada w § 80: "Pogrążeni są w błędzie występnym ci,
którzy twierdzą, że papież może i powinien pogodzić się i wchodzić
w układy z postępem, liberalizmem i cywilizacją współczesną,
cum progresso, cum liberalismo et cum recenti civilitate se
reconciliare et componere". Wszelka władza, niezależna od papieża, jest władzą bezprawną,
wszelka władza, która mu nie jest posłuszna, jest władzą
zbrodniczą. W walce niedawnej mnichów przeciw Rzeczypospolitej
francuskiej, gdy dominikanin Didon uprzedzał w imieniu kościoła
jenerałów, że władze zbyt pobłażliwe powinny być złożone z urzędu,
gdy groził upadkiem litościwemu Feliksowi Faure'owi i jego
ministrom, winnym pobłażania w stosunku do ludzi nienawistnych,
którzy propagowali ideę sprawiedliwości, mnich ten był w zgodzie z
tradycją kościelną i trzymał się ściśle 23-go artykułu Syllabusa,
który twierdzi, że papieże mogą dziś, jak niegdyś, dowolnie
pozbawiać tronu królów i darować, komu im się podoba, narody i
królestwa. Jak Grzegorz VII, Pius X może i powinien powiedzieć:
"Chrystus dał koronę Piotrowi, a Piotr ją daje Rudolfowi". Ewangielja mówi o grzechu tajemniczym, który nigdy nie będzie
odpuszczony, a teologowie uczą, że tą zbrodnią nieprzebaczalną jest
rozpacz. Kościół strzeże się, by jej nie popełnić: nie rozpacza
nigdy. Nie zmieniając się nigdy i widząc, jak wszystko zmienia się
dokoła niego, czeka cierpliwie, aby dobro nastąpiło po złym, i by
narody, zaćmione przez wiedzę i myśl, znowu zostały oświecone przez
wiarę. Oto jak przemawia ustami Bractwa Jezusowego: "Państwa chrześcijańskie przestały istnieć; społeczeństwo
człowiecze powróciło do pogaństwa i podobne jest do bryły
glinianej, która czeka na tchnienie boskie. Lecz z pomocą bożą
niema nic niemożliwego. Dzięki widzeniu proroczemu Ezechjela wiemy,
że ożywia ono zbielałe kości. Te kości zbielałe to władze
polityczne, parlamenty, głosowanie powszechne, śluby cywilne, rady
miejskie. Co się zaś tyczy uniwersytetów, to nie są to kości
wyschłe; są są to kości gnijące, i wielką jest zaraza, którą dyszy
ich nauczanie, znieprawiające i niosące tchnienie dżumy. Lecz kości
te mogą być powołane do życia, gdy słuchać będą słowa bożego, czyli
gdy poddadzą się prawu boskiemu, głoszonemu przez doktora
najwyższego i nieomylnego, Papieża". Lecz dopóki narody nie poddadzą się, jakie będzie stanowisko
kościoła w stosunku do nich? Jakie mogłoby nastąpić porozumienie
między Rzymem katolickim a państwami współczesnemi? On jest dobro -
one są zło. On jest życie i prawda - one są kłamstwo i śmierć. W
jaki sposób prawda może wchodzić w układy z kłamstwem, życie
podpisywać pakty ze śmiercią, Rzym układać się z Rzecząpospolitą
francuską? Tu właśnie należy rozróżniać. Tu niezbędnemi nam są
nauki kanonistów, by rozważać władzę cywilną w tym, co czyni, i w
tym, czym jest. Władza cywilna, gdy ją sądzimy podług jej czynów,
może być zła, nienawistna, obmierzła. Lecz gdy ją rozważamy samą w
sobie, jest boska. Jest ona z Boga i zawsze z Boga, albowiem wszelka władza od Boga
pochodzi. I Papież Leon XIII w Encyklice swej roku 1892 uznał, że
rząd p. Carnot'a jest pochodzenia boskiego. Źli książęta, zarówno
jak dobrzy, są skutkiem prawa boskiego, i Rzym może dowolnie
wchodzić w układy zarówno z pierwszemi, jak i z drugiemi. To też
widzimy, że dyplomacja jego jest powszechna, jak on sam. Jego doradcy i ministrowie są doświadczeni w sprawach publicznych,
często niezmiernie zręczni i czasem niepozbawieni chytrości. Rzym
nie zawsze im zaleca zupełne odsłanianie myśli, albowiem ludzki
zarazem i boski, pochodzący z nieba i z ziemi, jeśli cele ma
duchowe, posiłkuje się środkami naturalnemi. Kuszeniem Boga jest,
powiadają jego teologje, działanie nieostrożne. Zgodnie ze zdaniem
O.O. Jezuitów, których kilkakrotnie już przytaczałem, powinien on
brać na uwagę fakty dokonane, mieć wzgląd na okoliczności, cierpieć
zło, by uniknąć gorszego. Powie nam to zaraz biskup z Séez: Władzy tej, otrzymanej od Boga,
"gdy okoliczności szczególne (cytuję dosłownie) na to mu pozwalają,
a nawet zobowiązują do ustąpienia pewnych cząstek dla większego
dobra, uczyni to chętnie. Będąc autorytetem najwyższym w sprawach
religijnych i w tych, które przez naturę swą zależą od porządku
moralnego i materjalnego zarazem, wchodzi w układy z władzami
ustanowionemi, jak równy z równym". Lecz nim postaramy się dociec, o ile ma pozostawać wiernym
traktatom, musimy wprzódy rozważyć rodzaj tych traktatów i
przekonać się, czy istotnie są one zawierane tak, jak mocarstwo
zawiera je z mocarstwem, lub też, czy nie są to prędzej ustępstwa,
dające się wciąż odwoływać, jakie władca absolutny czyni swemu
ludowi. Będąc powszechnym, kościół nie może mieć właściwie
stosunków zewnętrznych. Sprawy jego z państwami sprowadzają się do
spraw prowincjonalnych. Oczywiście układa się z władzami ustanowionemi, jak równy z
równym. Lecz jest słaby i nagi, jest ubogi. Z pokorą wytrzymuje
próby najokrutniejsze. Cierpliwie znosi poniżenia. Ustępuje przed
gwałtem. Zawsze będzie miał prawo odwołać ustępstwa, wydarte jego
słabości. Zawsze może powiedzieć, że podpisał pod gwałtem i
przymusem. Wszelka władza, która wchodzi z nim w układy, zadaje mu
gwałt i przymus już przez to samo, że układa się z nim, zamiast go
słuchać, i spiera się ze swą ze wszystkiego odartą królową, gdy
powinna byłaby całować proch jej stóp. Zawsze będzie miał on prawo
wołać, że nie był wolny. Dopóty nie jest wolny, póki nie rozkazuje. Twierdzić będzie, że ustąpił w tym, w czym nie wolno mu było
ustępować, że nie miał prawa wyzbywać się najmniejszej cząstki
swych posiadłości i swej władzy, że dobrze wiedziano o tym i że nie
należało z nim układać się, - co jest prawdą.