NA DOBRY POCZĄTEK
Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w przeznaczenie. Nie uważam jednak, że wszystko, co wydarza się w moim
życiu, jest zależne wyłącznie od zdarzeń zewnętrznych, losu czy wpływu
innych ludzi. Wręcz przeciwnie. Przeznaczenie, w moim rozumieniu, to
zbiór wielu współistniejących czynników. To połączenie moich
wewnętrznych potrzeb, zainteresowań, moich interakcji społecznych z oczekiwaniami innych osób, potrzebami środowiska, trendami i panującą
kulturą wraz z tym nieuchwytnym, nieuświadomionym działaniem potęgi
energii pola czy naszej duchowej łączności na metapoziomie.
Dlaczego zaczynam od przeznaczenia? Moim pacjentom wciąż powtarzam, że
wszystko dzieje się PO COŚ! I właśnie to PO COŚ staje się naszym
drogowskazem i nadającym kierunek sensem, staje się kompasem życia.
Warto zatem stawać się bacznym obserwatorem swojego przeznaczenia,
analizować te połączenia i interakcje, które pulsują w naszej życiowej
przestrzeni powiązanych serc, umysłów i istnień. Uważam, że to wielka
moc i tajemnica wspólnoty wszystkich bytów, łączącej siłę i energię na
rzecz wspólnego dobra i wspólnego wysiłku.
Przeznaczenie stoi za tym, że moja pierwsza książka, którą właśnie
trzymasz w ręku, jest o naszych lękach, coraz silniejszych, coraz
większych i zagarniających coraz więcej naszej wewnętrznej przestrzeni.
Kiedy podejmowałam decyzję, aby zmierzyć się z tą tematyką, nie
przypuszczałam, że wkrótce czekają nas nowe, straszne wyzwania, które po
raz kolejny zmienią nasze losy, a my staniemy w obliczu potężnego
strachu, jaki niesie ze sobą wojna. Tak więc przeznaczenie zdecydowało
ukierunkować moją uwagę na obszar niezwykle ważny, który powinniśmy
zgłębić, by móc sobie radzić z trudami sytuacji, w jakiej obecnie się
znajdujemy. Wszystko jest PO COŚ.
Od 13 lat prowadzę praktykę psychoterapeutyczną, pracując z pacjentami w nurcie terapii integracyjnej. W trakcie terapii indywidualnej oraz
terapii par zaobserwowałam u pacjentów stale rosnący poziom lęku i coraz
niższy poziom tolerancji na kolejne przeciwności.
Próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje, musimy
zrozumieć, że w trakcie kolejnych etapów życia każdy człowiek przechodzi
kryzysy rozwojowe i wewnętrzne konflikty, a ich pozytywne rozwiązanie
pozwala na uzyskanie integracji. Ten proces rozwojowy mieści się w wymiarze "od i do". Stale podlegamy konfliktom między potrzebą wolności
a potrzebą przynależności, między autonomią a bliskością, między
kreatywnością a stagnacją. To naturalne etapy rozwoju, a sposób, w jaki
przez nie przejdziemy, stanowi o jakości naszego życia. Każdy etap
oznacza kryzys i wewnętrzne rozdarcie. Poradzenie sobie z nimi jest
wielkim wyzwaniem i wymaga zrozumienia, że życie polega na nieustannym
rozwiązywaniu nowych konfliktów i że rozwiązując je, możemy świadomie
włączać i integrować w sobie nowe umiejętności. Kryzysy rozwojowe są
wyzwaniami, a świadomość kryzysów bywa przytłaczająca. To nieustanne
bycie między chaosem a integracją. Nasz indywidualny rozwój
psychospołeczny musi łączyć osobiste potrzeby z oczekiwaniami
społecznymi, wypełnianiem ról adekwatnych do poszczególnych etapów. Ale
to jeszcze nie wszystko. Rozwijając się, stale jesteśmy poddawani presji
zmieniających się trendów społeczno-kulturowych i zmieniającej się
technologii. Pacjenci skarżą się na brak czasu, na życie w biegu. Z czego to wynika? Przecież od pokoleń zegary odmierzają czas w tym samym
tempie, wyznaczając nam wszystkim 24-godzinny rytm dobowy. Czas to
jednak pojęcie względne i jego doświadczanie uległo zmianie - teraz
opiera się na strategii "uciekaj od czegoś i/lub goń za czymś". Właśnie
takie doświadczanie czasu stało się wyznacznikiem jakości życia i zmieniło się w prawdziwy wyścig. Zaczęliśmy żyć w kolejnym wymiarze,
który podobnie jak kryzysy rozwojowe mieści się w "od i do". Na
marginesie, pomysłodawca nazwy sieci sklepów "ODiDO" chyba dobrze
wyczuwa trendy ;).
Za teorią rozwoju psychospołecznego stoi Erik Erikson, który wskazał
jego poszczególne etapy jako wyzwanie dla jednostki zawieszonej między
regresem a rozwojem, będącej stale w swojej zmianie, gdzieś między
wyborami i wyzwaniami "od i do". Za strategią "uciekaj od i goń za"
kryją się polski kult amerykańskiego dobrobytu, potrzeba indywidualności
oraz kultura zachodniego stylu życia, narzucające wartości oparte na
wszechogarniającym konsumpcjonizmie, marketingu potrzeb, merchandisingu
usług, podsycane przez wizje korporacyjnych wzrostów, zdobywania i podnoszenia wskaźników efektywności, stale rosnącego rynku zbytu. Do
tego kotła dorzucić należy niespełnione oczekiwania pokoleń czasów
socjalizmu, które w potomkach upatrują możliwości swojego spełnienia.
Kolejne pokolenia mają za zadanie utrzymywać stały wzrost gospodarczy,
spełniać marzenia rodziców o wysokich zarobkach, wyjazdach
zagranicznych, posiadaniu domu i luksusowego samochodu. Do tego bardzo
ważne jest zdobycie wykształcenia, które zapewni godną pozazdroszczenia
lukratywną posadę. Jakoś w to trzeba jeszcze upchnąć oczekiwania
społeczne w zakresie posiadania rodziny jak z obrazka. Najlepiej 2+2,
cudnie, jeśli będzie syn i córka... Oczywiście piękni, zdolni i bogaci...
Wszystko to w atmosferze cyfryzacji i nowych technologii, które mają
odciążać, ale też przysparzają dodatkowych wyzwań. Trzeba nadążać za
nowymi aplikacjami, smartgadżetami, komunikatorami, mobilnymi
płatnościami. Nigdy dotąd nasz mózg nie był bombardowany taką ilością
informacji, impulsów, danych, obrazków, bulletów. A przecież każdy w tym
gąszczu informacyjnym i szumie medialnym chce nas pozyskać, zatrzymać,
zainteresować, mieć dla siebie, uwieść na jeden klik. I tak napędzani
lękiem, uciekamy przed słabością, bylejakością i biedą, bojąc się, że
nie zdążymy się nażyć, nakarmić, nacieszyć, naodpoczywać kiedyś tam na
emeryturze, gonimy za lepszym życiem, za ideałami, za marzeniami. Nic
nie chcemy stracić, a tak dużo zdobyć. Porzucamy dzieci na rzecz pracy,
myśląc, że one już nie będą musiały pracować tak jak my, będą miały
lepiej, bo przecież damy im to lepsze życie. Rozdarci w dążeniach,
zalęknieni w rodzicielstwie, w nadziei, że to ma sens.
Ten szalony pęd został w ostatnim czasie dwa razy boleśnie zatrzymany!
Pierwszy raz w marcu 2020 roku, kiedy ogłoszono pandemię i poznaliśmy
lockdown. Pojawiały się wtedy "płonne nadzieje", że trwoga zwróci nas ku
nowym wartościom i staniemy się lepsi - w domyśle: będziemy celebrować
chwile, pokochamy siebie na nowo, zbliżymy się do partnerów i dzieci,
odwiedzimy rodziców, znajdziemy czas dla znajomych i przyjaciół. Czy to
było możliwe? I tak, i nie. Świat się zatrzymał. Zamknięci w domach, nie
bardzo wiedząc, co w nich robić i jak się odnaleźć w osaczającej
bliskości domowników, nerwowo śledziliśmy rozwój sytuacji. Te wyzwania
wywoływały opór, niepewność, zwątpienie, dużo złości, którą nierzadko
wylewaliśmy na najbliższych. Czas pandemii obudził w nas nieuświadamiane
wcześniej lęki przed chorobą, stratą, rozstaniem, śmiercią. Ograniczenie
wolności zaburzyło naturalną potrzebę autonomii i samostanowienia.
Odczuwaliśmy niepokój, buntowaliśmy się wobec przymusowej utraty
wolności. Doświadczaliśmy kryzysu wymuszającego adaptację do nowych
warunków. A wszystko to w atmosferze zagrożenia. Kiedy oswoiliśmy się z wirusem, pogodziliśmy z ograniczeniami, nastąpił moment rozprężenia i pojawiła się nadzieja, że wszystko wróci do normy, a my na nowo
wpadniemy w swój codzienny tryb, może bogatsi o doświadczenia, ale z uporem maniaka będziemy mogli trwać w znanych i powtarzalnych
schematach, kurczowo trzymając się swoich przyzwyczajeń.
Jednak powrót do czasów sprzed lockdownu nie był możliwy. Doświadczenia
pandemii wymusiły duże globalne zmiany w stosunkach i normach
społecznych. Nastąpiło przekształcenie pracy stacjonarnej w zdalną i w konsekwencji przeniesienie kontaktów społecznych do sfery internetowej.
Wprowadzenie obsługi klienta online z jednej strony ułatwiło szybkie
załatwianie spraw, ale z drugiej spowodowało kolejne ograniczenie
społecznych interakcji, skutkujące poczuciem izolacji i osamotnienia;
dla wielu grup pojawiło się zagrożenie związane z wykluczeniem
technologicznym. Wszystko to budziło i nadal budzi niepewność wobec
dotąd nieznanych, nowych rozwiązań, które musimy bardzo szybko sobie
przyswajać. I wydawać by się mogło, że to już wystarczająco dużo
niepokojących zmian, trudnych w adaptacji, gdy nastał pamiętny 24 lutego
2022 i przyszło nam się zmierzyć z kolejnym tragicznym w skutkach
doświadczeniem. To historyczna data agresywnego ataku Rosji na Ukrainę.
Nastała wojna.
Czwartkowy poranek nigdy nie trwał tak długo. Z trudem wychodziliśmy do
pracy, z trudem wykonywaliśmy swoje zadania. To był dzień intensywnego
śledzenia wiadomości, rozmów z bliskimi i ogólnej paniki, podsycanej
przekazywanymi sobie emocjami. Mimo że kolejne dni pozwalały złapać
dystans i nabrać lepszej orientacji, a czas zaczął być naszym
sprzymierzeńcem, od tego pamiętnego czwartku żyjemy z nieustającą myślą
o zagrożeniu. Czas, jego niezmienne trwanie, pozwala nam codziennie
adaptować się do zmian i przyswajać nową wiedzę - w ten sposób uczymy
się radzenia sobie w zmieniającym się środowisku społecznym.
Czy zatem dziwi nas fakt rosnącej fali zaburzeń lękowych? Żyjemy w szybko zmieniającym się świecie, z trudnością nadążamy z absorpcją
zachodzących każdego dnia wydarzeń. Media wciąż nas bombardują smutnymi
informacjami, epatują zagrożeniem - im większym, tym lepiej, bo na
dłużej zatrzymają naszą uwagę. Ale to ma swoją cenę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki