WSTĘP
czyli jak działa ta książka, czyli sto dziewiąty koralik
Kiedy jest się w Indiach - szczególnie w miejscach świętych i aśramach -
spotyka się mnóstwo ludzi z zawieszonymi na szyi koralikami. Na starych
fotografiach można zobaczyć nagich, wychudzonych i srogich joginów (a czasami pulchnych, sympatycznych i promiennych joginów) także z paciorkami na szyi. Taki sznur koralików nazywają dźapamala. Używa się
ich w Indiach od stuleci - pobożnym hinduistom i buddystom pomagają się
skupić podczas modlitewnej medytacji. Naszyjnik trzyma się w jednej ręce
i w kółko przesuwa paciorki palcami - jeden na każde powtórzenie mantry.
Kiedy święte wojny przywiodły średniowiecznych krzyżowców na Wschód,
rycerze zobaczyli wyznawców tamtejszych religii obracających przy
modlitwie koraliki. Spodobał im się ten pomysł i tak oto w Europie
pojawił się różaniec.
Tradycyjny sznur dźapamala ma sto osiem paciorków. W co bardziej
ezoterycznych kręgach wschodnich filozofów liczbę 108 uważa się za
niezwykle pomyślną, jest ona bowiem trzycyfrową wielokrotnością trzech,
której składniki dają w sumie dziewięć, czyli trzy razy trzy. A trójka
reprezentuje oczywiście najwyższą równowagę, o czym doskonale wie każdy,
kto kiedykolwiek pomyślał o Trójcy Świętej czy choćby zwykłym stołku
barowym. Jako że cała ta książka poświęcona jest poszukiwaniu równowagi,
postanowiłam nadać jej formę dźapamali, dzieląc narrację na sto osiem
opowieści, czyli koralików. Ten sznur opowieści dzieli się nadto na trzy
części, poświęcone kolejno Italii, Indiom i Indonezji - tym trzem
krajom, które odwiedziłam podczas dwunastu miesięcy poszukiwania samej
siebie. Oznacza to, że każda część zawiera trzydzieści sześć opowieści,
co ma dla mnie osobiście szczególne znaczenie, ponieważ piszę to
wszystko w trzydziestym szóstym roku życia.
Zamiast rozgadywać się o numerologii, jak nie przymierzając Louis
Farrakhan, dodam tylko, że ułożenie tych opowieści na wzór dźapamali
podoba mi się również dlatego, że jest to takie... składne. Szczere
duchowe dociekania wymagają, i zawsze wymagały, metodyczności i dyscypliny. Szukanie Prawdy nie jest jakimś niezdarnym działaniem na
chybił trafił, nawet teraz, w tych czasach niezdarnych działań na chybił
trafił. Zarówno jako osoba poszukująca, jak i pisarka mocno się trzymam
tych paciorków, co pomaga mi się skupić na tym, czego próbuję dokonać.
Każda dźapamala posiada szczególny, dodatkowy sto dziewiąty koralik,
który niczym wisiorek dynda poza tym zrównoważonym kręgiem stu ośmiu.
Myślałam kiedyś, że to paciorek zapasowy, na wszelki wypadek,
spełniający taką rolę jak zapasowy guzik przy drogim swetrze czy
najmłodszy syn w rodzinie królewskiej. Najwyraźniej jednak służy on
wyższym celom. Kiedy podczas modlitwy twoje palce docierają do niego,
oznacza to, że masz przerwać i podziękować nauczycielom. Zatem tutaj,
przy własnym sto dziewiątym koraliku, robię przerwę, nim jeszcze na
dobre rozpoczęłam. Składam podziękowania wszystkim moim nauczycielom,
którzy tego roku wyłonili się przede mną pod tak wieloma osobliwymi
postaciami.
Z całego serca dziękuję mojej guru, która jest siłą napędową empatii i wspaniałomyślnie pozwoliła mi zdobywać wiedzę w swojej indyjskiej
aśramie. Jest to także stosowna chwila, bym wyjaśniła, że piszę o swoich
przeżyciach w Indiach z czysto osobistego punktu widzenia, a nie jako
uczony teolog ani czyjś oficjalny rzecznik. Dlatego też w tej książce
nie będę używać imienia mojej guru... jako że nie mogę wypowiadać się w jej imieniu. Jej nauczanie mówi samo za siebie. Nie ujawnię też, gdzie
się znajduje jej aśrama, by oszczędzić tej wspaniałej placówce rozgłosu,
który mógłby się okazać zbędny i niemożliwy do udźwignięcia.
Pragnę wyrazić swoją wdzięczność jeszcze jednej osobie. Różne są powody,
dla których pojawiający się tu czy tam w książce ludzie nie noszą swoich
prawdziwych imion ani nazwisk. Jeśli chodzi o Hindusów i ludzi Zachodu,
których spotkałam we wspomnianej aśramie, sama postanowiłam nie ujawniać
żadnych autentycznych imion. Uznałam bowiem, że większość osób nie po to
wyrusza na duchową pielgrzymkę, by pojawić się potem jako bohater
książki. (Chyba że to jestem ja). Zdecydowałam się na jeden tylko
wyjątek od tej narzuconej sobie reguły. Richard z Teksasu naprawdę ma na
imię Richard i naprawdę jest z Teksasu. Chciałam użyć jego prawdziwego
imienia, bo podczas pobytu w Indiach był dla mnie kimś szczególnie
ważnym.
I jeszcze jedno... kiedy spytałam Richarda, czy nie ma nic przeciwko temu,
bym wspomniała w swojej książce, że był kiedyś ćpunem i pijakiem,
powiedział, że zupełnie mu to nie przeszkadza. "I tak już od dawna
kombinuję, jak się do tego przyznać", oświadczył.
Najpierw jednak - Italia...
1
Chciałabym, żeby Giovanni mnie pocałował.
No tak, ale z wielu powodów jest to fatalny pomysł. Giovanni jest o dziesięć lat młodszy ode mnie i - jak większość Włochów przed
trzydziestką - wciąż jeszcze mieszka z matką. To wystarczy, żeby był
niezbyt odpowiednim kandydatem na romantyczną znajomość. Dodajmy, że
jestem niezależną Amerykanką wolnego zawodu, po trzydziestce; moje
małżeństwo okazało się fiaskiem, niedawno zakończone, ciągnące się w nieskończoność korowody rozwodowe były druzgocące, a przeżyty zaraz
potem namiętny romans przyniósł bolesne rozczarowanie. Te następujące
jedna po drugiej porażki spowodowały, że byłam przygaszona, rozbita i czułam się, jakbym miała z siedem tysięcy lat. Dla zasady nie wypadało
narzucać mojego żałosnego, poobijanego ja uroczemu Giovanniemu bez
skazy. Dodam jeszcze, że właśnie osiągnęłam wiek, w którym kobieta
zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście najlepszym lekiem na
zabliźnianie rany po utracie jednego pięknego ciemnookiego młodzieńca
jest bezzwłoczne zaproszenie do łóżka innego. Dlatego od paru miesięcy
jestem sama. Ba, właśnie dlatego postanowiłam spędzić cały rok w celibacie.
Co usłyszawszy, znający się na rzeczy obserwator mógłby zapytać: "To po
co w takim razie przyjechałaś do Italii?".
Na co mogłabym odpowiedzieć jedynie - szczególnie teraz, kiedy patrzę na
siedzącego po drugiej stronie stołu przystojnego Giovanniego -
"Doskonałe pytanie".
Giovanni jest moim partnerem w "dwustronnej wymianie". Może brzmi to
nieco aluzyjnie, ale niestety, nic z tych rzeczy. Oznacza to tylko tyle,
że spotykamy się wieczorami, kilka razy w tygodniu, żeby każde z nas
mogło sobie poćwiczyć język ojczysty tego drugiego. Najpierw rozmawiamy
po włosku i on okazuje mi wielką cierpliwość; potem mówimy po angielsku
i wtedy ja okazuję mu wielką cierpliwość. Odkryłam Giovanniego kilka
tygodni po przyjeździe do Rzymu dzięki tej wielkiej kawiarence
internetowej na piazza Barberini, po przeciwległej stronie od fontanny z rzeźbą przedstawiającą seksownego trytona wydmuchującego przez muszlę
strumień wody. Onże (to znaczy Giovanni, nie ten tryton) umieścił na
tablicy ogłoszeniowej informację o tym, że rodowity Włoch szuka osoby
będącej rodzimym użytkownikiem angielskiego, w celach konwersacyjnych.
Tuż obok jego ogłoszenia wisiało drugie, identyczne, nawet wypisane taką
samą czcionką. Jedyną różnicą była informacja dotycząca sposobu
kontaktowania się. Na jednej kartce widniał adres e-mailowy kogoś o imieniu Giovanni, na drugiej kogoś o imieniu Dario. Ale numer domowego
telefonu był taki sam.
Wiedziona moją genialną intuicją wysłałam e-maila do obydwu mężczyzn
jednocześnie, pytając ich po włosku: "Czy nie jesteście przypadkiem
braćmi?".
Tym, który zareagował odpowiedzią bardzo provocativo, był Giovanni:
"Jeszcze lepiej. Bliźniakami".
Tak... dużo lepiej. Okazali się wysokimi, śniadymi, przystojnymi,
jednojajowymi dwudziestopięcioletnimi bliźniakami, obdarzonymi tymi
ogromnymi, ciemnymi włoskimi oczyma, których spojrzenie powoduje, że
rozpadam się na kawałki. Kiedy ich zobaczyłam, natychmiast przyszło mi
do głowy, żeby nieco zmodyfikować reguły dotyczące całorocznego
celibatu. Na przykład mogłabym żyć w całkowitej wstrzemięźliwości, nie
licząc pary identycznych dwudziestopięcioletnich włoskich
przystojniaków. Coś mi to przypominało... jedną z moich przyjaciółek
stosującą całkowicie wegetariańską dietę, nie licząc bekonu, niemniej...
już w głowie układałam list do "Penthouse'a".
W półmroku rzymskiej kawiarni, ledwie rozjaśnianym migotliwym światłem
świec, trudno było odgadnąć, czyje dłonie pieści...
Jednak nie.
Nie i jeszcze raz nie.
Przecięłam to fantazjowanie w pół słowa. Nie była to odpowiednia chwila,
by szukać romansu i niechybnie jeszcze bardziej skomplikować sobie już i tak wystarczająco pokręcone życie. Chwila była odpowiednia, by szukać
uzdrowienia i pokoju, jaki może dać wyłącznie samotność.
W każdym razie w połowie listopada nieśmiały, pilny Giovanni i ja
zakolegowaliśmy się. Jeśli zaś chodzi o Daria - przedstawiłam tego
bardziej rozrywkowego z braci mojej rozkosznej szwedzkiej
przyjaciółeczce Sofie i ich rzymskie wieczory "dwustronnej wymiany"
potoczyły się zupełnie inaczej. Giovanni i ja niestety tylko rozmawiamy.
A ściślej, jemy i rozmawiamy. Już od wielu tygodni spędzamy miło czas,
posilając się i gawędząc. Dzielimy się pizzą i taktownymi uwagami
dotyczącymi błędów gramatycznych. Dzisiejszy wieczór nie odbiegał w niczym od normy: urocze chwile, wypełnione nowymi idiomami i świeżą
mozzarellą.
Dochodzi północ, miasto spowija mgła. Giovanni odprowadza mnie do mojego
mieszkania bocznymi rzymskimi uliczkami, które wiją się wokół
starożytnych budowli naturalnie niczym strumienie opływające kępy
cyprysów. Dochodzimy do moich drzwi. Odwracamy się do siebie przodem. On
ściska mnie serdecznie. Jest to już jakiś postęp; przez kilka pierwszych
tygodni ściskał tylko moją dłoń. Myślę, że gdybym została we Włoszech na
następne trzy lata, zebrałby dość odwagi, żeby mnie pocałować. A przecież mógłby mnie pocałować już teraz, tego wieczoru, pod moimi
drzwiami... wciąż jest na to jakaś szansa... ostatecznie nasze ciała
przylegają do siebie dość ściśle, w górze świeci księżyc... i oczywiście
byłby to okropny błąd... ale to taka cudowna możliwość, że zaraz to
zrobi... że po prostu się pochyli... i... i...
Nic z tego. Koniec uścisku.
- Dobranoc, moja droga Liz - mówi.
- Buona notte, caro mio - odpowiadam.
Wspinam się po schodach do mojego mieszkania na trzecim piętrze, całkiem
sama. Wchodzę do maleńkiej kawalerki, całkiem sama. Zamykam za sobą
drzwi. Kolejna samotna noc w Rzymie. Przede mną jeszcze jeden długi sen...
a w łóżku tylko włoskie rozmówki i słowniki - nikogo i niczego więcej.
Jestem sama, całkiem sama, zupełnie sama.
Kiedy ten fakt w pełni do mnie dociera, upuszczam torebkę, padam na
kolana i przyciskam czoło do podłogi. W tej pozycji zanoszę
wszechświatowi żarliwą modlitwę dziękczynną.
Najpierw po angielsku.
Potem po włosku.
A potem - na wszelki wypadek - w sanskrycie.
2
Skoro już tkwię na podłodze w tej pokornej pozie suplikantki, pozwólcie,
że tam pozostanę i cofnę się w czasie o trzy lata, do chwili, w której
zaczęła się ta cała historia - kiedy znajdowałam się dokładnie w takiej
samej pozie: na kolanach, na podłodze, pogrążona w modlitwie.
Wszystko poza tym w tamtej scenie sprzed trzech lat było inne. Wtedy
znajdowałam się nie w Rzymie, ale na przedmieściach Nowego Jorku w łazience na piętrze dużego domu, który kupiłam nieco wcześniej z mężem.
Był zimny listopad, około trzeciej nad ranem. Mąż spał w naszym wspólnym
łóżku. Ja kryłam się w łazience już chyba czterdziestą siódmą z kolei
noc i - jak w te wszystkie poprzednie noce - zanosiłam się płaczem. W rzeczy samej, łkałam tak zawzięcie, że na kafelkach rozlało się wielkie
jezioro łez i smarków, prawdziwie Jezioro Dolne (powiedzmy) mojego
wstydu i lęku, i zakłopotania, i żalu.
Nie chcę już tego małżeństwa.
Tak bardzo się starałam, żeby tego nie wiedzieć, ale prawda narzucała mi
się siłą.
Nie chcę już tego małżeństwa. Nie chcę mieszkać w tym dużym domu. Nie
chcę mieć dziecka.
Ale przecież powinnam chcieć dziecka. Kończyłam trzydzieści jeden lat.
Mój mąż i ja - byliśmy ze sobą osiem lat, sześć jako małżeństwo -
zbudowaliśmy całe nasze życie wokół tej oczywistości, że kiedy osiągnę
już stateczny wiek lat trzydziestu, zechcę osiąść gdzieś na stałe i rodzić dzieci. Oboje spodziewaliśmy się, że do tego czasu znudzą mi się
już podróże i będę marzyć o życiu w dużym, wypełnionym gwarem
dziecięcych głosów domu z ogrodem, ręcznie robionymi narzutami na
łóżkach i smakowitym gulaszem bulgoczącym na kuchence. (Fakt, że był to
dość dokładny obraz mojej matki, wskazuje wyraźnie, jaką trudność
sprawiało mi kiedyś odróżnienie siebie od tej silnej kobiety, która mnie
wychowała.) Tymczasem odkryłam z przerażeniem, że nie chcę żadnej z tych
rzeczy. Lata mijały i niczym termin wykonania kary śmierci zbliżała się
TRZYDZIESTKA, a ja stwierdziłam, że wcale nie mam ochoty zajść w ciążę.
Czekałam i czekałam na to, żeby chcieć dziecka, ale nic z tego. A wierzcie mi, ja wiem, jak to jest, kiedy się czegoś chce. Znam uczucie
pragnienia. Nie było go tam. Co więcej, nie mogłam przestać myśleć o tym, co kiedyś powiedziała mi moja siostra, karmiąc piersią swoje
pierworodne: "Posiadanie dziecka jest jak tatuaż na twarzy. Trzeba być
całkowicie pewnym, nim się podejmie ostateczną decyzję".
Jak miałam się teraz wycofać? Wszystko już było na swoim miejscu. To
miał być właśnie ten rok. Prawdę mówiąc, już od kilku miesięcy
staraliśmy się zajść w ciążę. Bezskutecznie (pomijając fakt, że z nerwów
dopadły mnie jej złośliwe objawy - co rano miałam nudności i zwracałam
śniadanie). I co miesiąc, kiedy dostawałam miesiączkę, szeptałam
ukradkiem w łazience: Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki za jeszcze jeden
miesiąc życia...
Próbowałam przekonać samą siebie, że to normalne. Doszłam do wniosku, że
wszystkie kobiety, kiedy chcą zajść w ciążę, muszą się czuć jak ja
teraz. ("Ambiwalentnie" było tym słowem, którego używałam, unikając
bardziej precyzyjnej frazy: "Owładnięta strachem"). Wmawiałam sobie, że
moje odczucia są całkiem zwyczajne, pomimo wszystkich dowodów
świadczących o tym, że jest inaczej... takich jak na przykład rozmowa ze
znajomą, na którą wpadłam przypadkiem tydzień wcześniej, a która właśnie
odkryła, że po dwóch latach wysiłków i fortunie wydanej na leczenie
niepłodności jest wreszcie w ciąży. Była uszczęśliwiona. Od zawsze
marzyła o dziecku, oświadczyła. Wyznała, że od lat kupowała po kryjomu
ciuszki dziecięce i chowała przed mężem pod łóżkiem. Widziałam radość na
jej twarzy i wyglądało to bardzo znajomo. Taką samą radością
promieniałam poprzedniej wiosny, kiedy dowiedziałam się, że czasopismo,
dla którego pracowałam, zamierza wysłać mnie do Nowej Zelandii, żebym
napisała artykuł o poszukiwaniach kałamarnicy olbrzymiej. I pomyślałam
sobie: "Dopóki nie będę odczuwała takiego uniesienia na myśl o posiadaniu dziecka, jakie odczuwałam na myśl o podróży do Nowej Zelandii
i kałamarnicy olbrzymiej, to dziecka mieć nie mogę".
Nie chcę już tego małżeństwa.
Za dnia nie dopuszczałam do siebie tej myśli, ale nocą zżerał mnie
straszliwy niepokój. To przecież katastrofa. Jaką trzeba być wredną
małpą, żeby zabrnąć tak daleko w małżeństwo po to tylko, by z niego
zrezygnować? Zaledwie rok temu kupiliśmy ten dom. Czyż nie chciałam mieć
ładnego domu? Czy nie byłam nim zachwycona? Więc dlaczego snuję się
nocami po jego korytarzach, wyjąc niczym Medea? Czy nie byłam dumna z wszystkiego, czego się dorobiliśmy - okazałego domu, położonego w prestiżowej Hudson Valley, mieszkania na Manhattanie, ośmiu linii
telefonicznych, czy nie lubiłam naszych przyjaciół i pikników, i przyjęć? A co z tymi weekendami spędzonymi na wędrówkach pomiędzy
regałami pudełkowatego supermarketu, który sobie wybraliśmy, żeby kupić
jeszcze więcej artykułów gospodarstwa domowego na kredyt? Uczestniczyłam
aktywnie w każdym momencie tworzenia tego życia... dlaczego zatem czułam,
że nie ma tu nic ze mnie? Dlaczego byłam taka przytłoczona obowiązkami,
znużona rolą głównej żywicielki, gospodyni domowej i koordynatorki życia
towarzyskiego, opiekunki psa, misją żony i przyszłej matki, i - gdzieś
pomiędzy tym wszystkim - pisarki...?
Nie chcę już tego małżeństwa.
Mój mąż spał w pokoju obok, w naszym łóżku. Jednakowo kochałam go i nie
znosiłam. Nie mogłam go obudzić, by się podzielić własną udręką... bo niby
po co? Już od miesięcy patrzył, jak popadam w przygnębienie, widział, że
zachowuję się jak wariatka (oboje zgodziliśmy się, że to odpowiednie
słowo), teraz zaś jedynie go nużyłam. Oboje wiedzieliśmy, że coś jest ze
mną nie w porządku, a on zaczynał tracić dla tego czegoś cierpliwość.
Kłóciliśmy się i wrzeszczeliśmy; byliśmy już zmęczeni w sposób typowy
dla pary, której małżeństwo się rozpada. Mieliśmy spojrzenia
uciekinierów.
Rozliczne powody, dla których nie chciałam już dłużej być żoną tego
człowieka, są nazbyt osobiste i zbyt przykre, bym się tu nimi dzieliła.
W dużej części związane one były z moimi problemami, ale w znaczącym
stopniu nasze trudności wzięły się również z jego problemów. Jest to
zresztą całkiem naturalne; ostatecznie każde małżeństwo to dwie
osobowości - dwa głosy, dwie opinie, dwa sprzeczne zestawy decyzji,
pragnień i ograniczeń. Nie uważam jednak, bym miała prawo roztrząsać
jego kłopoty w swojej książce. Nie wmawiałabym też czytelnikom, że
jestem zdolna przekazać obiektywny obraz naszego związku, i dlatego
historia tego nieudanego małżeństwa nie zostanie tutaj przedstawiona.
Nie będę też omawiać tych powodów, dla których nadal chciałam być jego
żoną, wszystkich jego wspaniałych cech, ani nie powiem, dlaczego go
kochałam i dlaczego za niego wyszłam, i dlaczego nie wyobrażałam sobie
życia bez niego. Wystarczy powiedzieć, że tamtej nocy on ciągle był dla
mnie w równym stopniu drogowskazem jak kulą u nogi. Jedyną rzeczą
bardziej niewyobrażalną od odejścia było pozostanie; jedyną bardziej
niemożliwą od pozostania - odejście. Nie chciałam niszczyć niczego ani
nikogo. Chciałam po prostu wymknąć się cichutko tylnymi drzwiami, nie
powodując żadnego zamieszania ani konsekwencji, i zatrzymać się dopiero
na Grenlandii.
To nie jest przyjemny fragment mojej opowieści, wiem o tym. Dzielę się
nim jednak w tym miejscu, ponieważ wtedy właśnie, na podłodze łazienki,
miało zajść coś, co na zawsze zmieniło bieg mojego życia... coś jak te
nadzwyczajne astronomiczne wydarzenia, kiedy to planeta bez
najmniejszego powodu wywija nagle kozła w kosmosie, jej płynne jądro się
przelewa, bieguny przestawiają, a ona zmienia kształt z kulistego w jajowaty. Coś w tym sensie.
A wydarzyło się to, że zaczęłam się modlić.
No wiecie... do Boga.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki