ROZDZIAŁ 1
Przeciwieństwo spokoju
Dopiero od kilku lat uważam spokój za coś, do czego warto dążyć. Zwykle, kiedy czułem się spokojny, działo się to przypadkiem: gdy relaksowałem się na plaży gdzieś w Dominikanie po zakończeniu pracy; w otoczeniu najbliższych podczas wakacji; nie mając żadnych planów lub zobowiązań na początku długiego weekendu.
Z wyjątkiem takich szczęśliwych przypadków spokój nie był czymś, czego szukałem, zabieganie o co uważałbym za atrakcyjne, czemu poświęcałbym uwagę. Do czasu, gdy doznałem jego całkowitego braku.
Niestety dla mnie mogę podać dokładną datę (i godzinę!), kiedy stało się jasne, że z mojego życia zniknął wszelki ślad spokoju; uświadomienie sobie tego spadło na mnie gwałtownie niczym żeliwna wanna spadająca z zarwanego sufitu w starym budynku.
Jak wspomniałem we wstępie, stało się to na podium.
Lęk, owo przeciwieństwo spokoju, każdego dotyka inaczej. U jednych jest stałym towarzyszem, u innych pojawia się rzadko. Ja zawsze słyszałem jego niski pomruk. Tego konkretnego dnia ów pomruk, nasilający się od kilku lat wraz z akumulacją stresu związanego z podróżowaniem, eksplodował w postaci ataku paniki na scenie na oczach liczącej kilkaset osób publiki.
Na chwilę przed wystąpieniem, kiedy czekałem, by wejść na mównicę, poczułem... że mnie wyłączyło. W głowie miałem większy zamęt niż zwykle. Odnosiłem wrażenie, że mogę się w każdej chwili przechylić i pozwolić wciągnąć wirowi.
Na szczęście otrząsnąłem się, usłyszawszy swoje nazwisko.
Wszedłem po schodach i chwyciłem pilota do zmiany slajdów. Zacząłem mówić. Po upływie minuty lub dwóch czułem się dość dobrze, zawroty głowy ustały. I wtedy to się stało: wszechogarniające uczucie pochłonęło mój umysł i ciało, gdy runąłem w otchłań zdenerwowania.
Miałem wrażenie, że ktoś wstrzyknął mi do mózgu całą fiolkę strachu w płynie. Dukałem każde słowo - równie dobrze mógłbym mieć w ustach z tuzin kulek - kropelki potu wystąpiły mi na karku. Tętno przyspieszyło i myślałem, że zemdleję; wir sprzed wejścia na mównicę zaatakował mnie ponownie.
Parłem naprzód, potykając się, na autopilocie. Chwyciłem kurczowo mównicę, by się nie przewrócić, i przeprosiłem zebranych. Winę za pocenie się i jąkanie zrzuciłem na ostry przypadek grypy, a publiczność to chyba kupiła (na szczęście). Wyobrażałem też sobie, że wzbudzam wystarczająco dużo współczucia, by dobrnąć do końca wystąpienia, chociaż miałem ochotę się poddać, zejść ze sceny i nie oglądać się za siebie. Na zakończenie nagrodzono mnie pozbawionymi entuzjazmu brawami.
Uznałem to za zwycięstwo.
Natychmiast po wygłoszeniu mowy ze spuszczoną głową poszedłem do windy, a potem do swojego pokoju hotelowego, gdzie padłem na wielkie łóżko. Z nieco spokojniejszym umysłem odtworzyłem w głowie wydarzenia minionego dnia. Wszystko spowijała mgła, całą serię wypadków mglistych i posklejanych w stopniu niepozwalającym na oddzielenie jednych od drugich. Pięści same mi się zacisnęły, kiedy z całych sił usiłowałem przeżyć na nowo swoją słabość na mównicy; wzdrygnąłem się na to wspomnienie.
Wróciłem również myślami do poprzedniego wieczoru, gdy dotarłem do hotelu.
Wszedłem do pokoju po długim dniu podróży - jednym z wielu tak spędzanych - wykąpałem się, co stanowiło jeden z moich ulubionych sposobów na relaks w drodze (podobnie jak spora ilość jedzenia na wynos). Jeżeli mam dość czasu, by przenocować gdzieś przed wygłoszeniem mowy, niemal zawsze moczę się w wannie i słucham jakichś głupich podcastów, czując ulgę, że dotarłem do celu na czas.
W wieczór przed tym konkretnym wystąpieniem siedziałem w wannie, oddając się zadumie, a woda wokół mnie stygła. Przesuwałem wzrokiem po suszarce do włosów leżącej na półce pod umywalką, roztaczających kwiatową woń flakonikach z szamponem i odżywką do włosów, aż wreszcie zatrzymałem się na okrągłej metalowej osłonie przelewu umieszczonej w połowie odległości między odpływem a kranem.
Ujrzałem na niej odbicie własnej twarzy zniekształcone przez wypukłość metalu. Jeśli zdarzyło ci się przez przypadek uruchomić funkcję selfie w aparacie fotograficznym telefonu komórkowego, prawdopodobnie przypominasz sobie szok, jaki wywołał w tobie widok własnej twarzy. Zareagowałem tak samo na widok siebie na metalowej płytce. Wyglądałem żałośnie: na zmęczonego, a przede wszystkim całkowicie wykończonego.
Pamiętam, jak pomyślałem, że naprawdę nie jestem w szczytowej formie.
Przez lata prowadzące do tego momentu produktywność - temat, na jaki przemawiałem ze sceny - była moją obsesją. Zbudowałem na niej karierę i w dużej części całe swoje życie. I nawet teraz, kiedy piszę te słowa, przebywszy podróż, której efektem jest ta książka, produktywność nadal jest moją pasją; pasją, która przeszła ewolucję po tym, jak zdefiniowałem miejsce, na jakie zasługuje w moim życiu.
W tamtej chwili coś jeszcze stało się dla mnie jasne. Mimo wagi, jaką miało dla mnie to wiecznie obecne w moim życiu zainteresowanie, i mimo że zgłębianie go mnie wciągnęło, nie wytyczyłem granic swojego dążenia do wydajności. Czułem lęk, wypalenie, pustkę, jak wielu innych biorących na siebie zbyt dużo - być może i ty się kiedyś tak czułeś.
Stres w moim życiu narastał i nie znajdował ujścia.
Wyrwałem się z rozmyślań o dniu poprzedzającym wystąpienie, powoli zwlokłem się z łóżka, spakowałem walizkę, zmieniłem białą koszulę na bluzę z kapturem, włożyłem w uszy słuchawki i, prawdopodobnie nieco nachmurzony, udałem się na dworzec kolejowy, by wyruszyć w podróż powrotną do domu.
W pociągu miałem sposobność cofnąć się w czasie jeszcze bardziej.
Analizowanie przeszłości
Gdy zacząłem rozkładać swoją sytuację na czynniki pierwsze, jedno nie dawało mi spokoju. Od zawsze uważałem, że jakieś wydarzenie, na przykład atak paniki na scenie, przytrafi mi się, jeżeli nie będę inwestował w dbanie o siebie.
Tyle że ja o siebie dbałem. Uważałem wręcz, że robię to bardzo dobrze!
Istnieje nieprzyzwoicie dużo porad na temat tego, jak ciężko pracujący ludzie mogą o siebie dbać. Przed atakiem paniki na scenie praktykowałem niektóre techniki i między innymi codziennie medytowałem (zwykle przez trzydzieści minut dziennie), raz lub dwa razy w roku uczestniczyłem w wyjazdach medytacyjnych; kilka razy w tygodniu chodziłem na siłownię, korzystałem z masaży, od czasu do czasu odwiedzałem z żoną spa, a także czytałem książki, słuchałem podcastów, a nawet urządzałem sobie kąpiele na wyjazdach, często po objedzeniu się jakimiś pysznymi indyjskimi potrawami. Inwestowanie w troszczenie się o siebie równoważyło moją namiętność do produktywności, która sprowadza się głównie do optymalizacji korzyści i nakładów w pracy.
Sądziłem, że to wszystko wystarczy - a nawet więcej, uważałem, że mam szczęście, mogąc robić to wszystko. Nie każdy przecież cieszy się luksusem bądź przywilejem możliwości zrobienia sobie tygodniowych wakacji i odcięcia się od świata w ośrodku medytacyjnym albo budżetem pozwalającym na kilka sesji masażu w miesiącu. Zważywszy na całą tę troskę o siebie, w jaką inwestowałem cenny czas i pieniądze, zdziwiłem się, że niski poziom lęku miał szansę rozrosnąć się do rozmiarów pełnoprawnego napadu lęku.
Uświadomiłem sobie, że muszę wejść głębiej, by znaleźć spokój. I to naprowadziło mnie na drogę, której owocem stała się ta książka.
Pod koniec każdego roku, zwykle w okolicy świąt Bożego Narodzenia, chętnie oddaję się rozmyślaniom o przyszłym roku i o tym, co będę chciał osiągnąć, zanim się skończy. (Takie szybkie mentalne przewijanie do przodu sprawia mi frajdę i pomaga wyobrażać sobie przyszłość, jakiej jeszcze nie powołałem do istnienia). Każdego roku ustalam trzy cele związane z pracą - projekty, które chcę zrealizować, elementy biznesu, które chcę rozwinąć, i inne kamienie milowe, jakie chcę osiągnąć. W podobny sposób myślę o życiu osobistym i zastanawiam się, jakie trzy cele chcę zrealizować przed końcem kolejnego roku.
Owego konkretnego roku określenie trzech zamiarów zawodowych przyszło mi z łatwością, ponieważ były to projekty, którymi już się zajmowałem: napisać audiobook poświęcony medytacji i produktywności (z określonym terminem ukończenia pracy); zadbać o to, by wygłaszane przeze mnie mowy były zabawne i pomocne (wszystkie terminy były już ustalone); rozpocząć nadawanie cieszącego się powodzeniem podcastu (no bo kto w tych czasach nie prowadzi podcastu?).
I chociaż zazwyczaj ustalam sobie trzy cele w życiu osobistym, przeżywszy atak paniki w najbardziej niestosownym momencie, ograniczyłem się w tej sferze do jednego: wymyślić, jak się należycie o siebie zatroszczyć. Aby to osiągnąć, skupiłem się na poszukiwaniu odpowiedzi na proste pytanie: "Co musiałbym zrobić dla siebie, żeby doświadczyć spokoju i utrzymać ten stan?".
Szybki ogląd sytuacji
Na początku podróży chciałem jedynie zapanować nad zamieszaniem w mózgu. Jednakże w miarę postępów nieoczekiwanie zacząłem postrzegać produktywność i spokój - jak też wiele powiązanych z nimi idei - zupełnie inaczej niż wcześniej. Kilka lekcji, które odebrałem, a z którymi zapoznam cię w kolejnych rozdziałach, to pokrótce:
Spokój jest biegunem przeciwnym do lęku. Nasze ciągłe dążenie do osiągnięć może, jak na ironię, osłabić naszą efektywność, ponieważ naraża nas na doświadczanie chronicznego stresu, wypalenia i lęku. Większość z nas nie nie odpowiada osobiście za swoje wypalenie, poza tym istnieją naukowo sprawdzone sposoby na pokonanie wypalenia. Dysponujemy również metodami analizy wypalenia pozwalającymi lepiej zrozumieć sytuację, a polegającymi na przykład na sprawdzeniu, jak wypadasz w sześciu czynnikach wypalenia i jak pilnujesz swojego progu wypalenia. Istnieje powszechny wróg spokoju, z którym musimy się mierzyć we współczesności: głód dopaminy, substancji neurochemicznej w mózgu, która skłania nas do nadmiernej stymulacji. Obniżenie górnego poziomu stymulacji - określanego przez to, po jak wiele bodźców powodujących produkcję dopaminy sięgamy regularnie - przybliża nas do spokoju. Wiele źródeł stresu w naszym życiu jest przed nami ukrytych, ale korzystnie jest je osłabiać poprzez detoks stymulacyjny, zwany też niekiedy detoksem dopaminowym. Zresetowanie tolerancji mózgu na stymulację nasila w nas spokój, osłabia lęk i poczucie wypalenia. Niemal wszystkie nawyki, które prowadzą nas do spokoju, istnieją w jednym miejscu: świecie analogowym. Im więcej czasu spędzamy w nim, a nie w świecie cyfrowym, tym spokojniejsi jesteśmy. To w świecie analogowym relaksujemy się najlepiej i funkcjonujemy zgodnie z tym, jak jest skonstruowany nasz prastary mózg. Możemy równocześnie inwestować w spokój i produktywność. Stajemy się o wiele wydajniejsi, gdy pracujemy w skupieniu i uważnie, a nie gdy niespokojny mózg jest ciągany w rozmaite strony. Są nawet sposoby na wyliczanie, ile czasu zyskujemy wskutek inwestowania w spokój.
Jedna z najważniejszych zmian nastawienia, jakie we mnie zaszły, stojąca ponad każdą z tych lekcji z osobna, dotyczyła produktywności. Żyjąc w tym pełnym niepokoju świecie, uwierzyłem w końcu, że droga ku większej efektywności prowadzi bezpośrednio przez spokój.
Zanim dokończyłem własną przemianę, natknąłem się na niezliczone taktyki, idee i pomysły na zmiany nastawienia umysłu, które każdy z nas może wypróbować, by znaleźć w życiu spokój - nawet podczas najbardziej gorączkowych dni.
Dzielenie się zdobytą wiedzą zacznę od analizy dwóch głównych źródeł współczesnego stresu, a są to nastawienie na więcej i tendencja do stawania się ofiarą superbodźców - wysoce przetworzonych, przesadzonych wersji tego, co z natury sprawia nam przyjemność. Zastanowimy się, jak te czynniki wpływają na nas poprzez konstruowanie naszego życia na bazie dopaminy i wywoływanie patologicznie silnego chronicznego stresu. Tam, gdzie wydaje mi się to pomocne, podzielę się z tobą opowieściami z własnej podróży, ideami z ciekawych badań, na które się natknąłem, i - rzecz jasna - praktycznymi wskazówkami, które pomagają radzić sobie z impulsami.
Po przeanalizowaniu czynników odciągających nas od spokoju przyjrzymy się jeszcze uważniej temu, jak napełniać dni spokojem, omówimy mechanizm działania stresu i powiemy o tym, jakie są powszechne lękowe drogi ucieczki oraz dlaczego nie powinniśmy mieć poczucia winy w związku z inwestowaniem w spokój, scharakteryzujemy też konkretne strategie, które możemy zastosować, by pokonać lęk. W całej książce będę się też dzielił tym, czego się dowiedziałem z eksperymentów przeprowadzonych we własnym życiu, między innymi opowiem o: podziale na kategorie, w chwilach i sytuacjach, w których zależało mi na efektywności; miesięcznym poście dopaminowym odbytym w celu ograniczenia stymulacji mózgu w sposób najbardziej ekstremalny z możliwych; zresetowaniu tolerancji na kofeinę.
Zacznijmy ten skok ku spokojowi od zajęcia się bliskim mi tematem, z którym musiałem wypracować zdrowszą relację, by móc znaleźć spokój. Jak się domyślasz, tematem tym jest produktywność.
Bez względu na to, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, świat, w którym żyjemy, skłania nas do myślenia o tym, jak wiele osiągnęliśmy. Jak się przekonałem na własnej skórze, dążenie do większej efektywności i znaczniejszych osiągnięć może sprawić, że uwierzymy w niesamowitą liczbę historii na swój temat - nieważne, czy prawdziwych - równocześnie przyjmując na siebie chroniczny stres.
Jeśli jesteś gotowy, rzućmy się prosto na głębinę i dowiedzmy, co uznałem za nastawienie na osiągnięcia.