[1] D. Acemoglu, J.A. Robinson, Dlaczego narody przegrywają, tłum. J. Łoziński, Zysk i S-ka, Poznań 2024.
[2] Homer, Iliada, e-book, wolnelektury.pl/katalog/lektura/homer-iliada, s. 58, tekst opracowany na podstawie: Homer, Iliada, tłum. Franciszek Ksawery Dmochowski, oprac. Tadeusz Sinko, nakł. Krakowskiej Spółki Wydawniczej, Kraków 1930.
[3] D.H. Meadows, D.L. Meadows, J. Randers, W.W. Behrens III, The Limits to Growth. A Report for The Club Of Rome's Project on the Predicament of Mankind, Universe Books, New York 1972, s. 23, collections.dartmouth.edu/xcdas-derivative/meadows/pdf/meadows_ltg-001.pdf?disposition=inline,dostęp: 11.02.2025.
[4] D. Carrington, Want to Fight Climate Change? Have Fewer Children, "The Guardian", 12 lipca 2017, www.theguardian.com/environment/2017/jul/12/want-to-fight-climate-change-have-fewer-children, dostęp: 20.05.2025.
[5] Po dokładnym przyjrzeniu się metodologii, która stała za tymi wyliczeniami, okazało się, że jest tam wiele manipulacji. Przykładowo jako ślad węglowy człowieka policzono średnią dla dla mieszkańców Australii, USA oraz UE, czyli grupy, która konsumuje zdecydowanie więcej niż przeciętny mieszkaniec naszego globu. Innym rażącym przykładem jest policzenie śladu węglowego nie tylko dla tej jednej konkretnej osoby, ale też dla jej potomków kilka pokoleń do przodu.
[6] M. ter Horst, W. Panders, A. Oczko, Palmy na biegunie północnym: wielka opowieść o zmianie klimatu, tłum. A. Oczko, Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.
[7] Za: www.ourworldindata.org.
[8] A. Landry, Les trois théories principales de la population, "Scientia" 1909.
[9] W.S. Thompson, Population, "American Journal of Sociology", 34, 1929, s. 959-975.
[10] J. Balicki, E. Frątczak, C.B. Nam, Przemiany ludnościowe. Fakty-Interpretacje-Opinie, Wydawnictwo UKSW, Warszawa 2007, s. 53.
[11] Nie oznacza to oczywiście, że nie było osób dożywających sędziwego wieku. Ale ponieważ wiele osób umierało wcześniej, to średnia długość życia była zdecydowanie krótsza niż dzisiaj.
[12] J.Z. Holzer, Demografia, PWE, Warszawa 1999.
[13] Tamże.
[14] Tamże.
[15] D. Dorling, S. Gietel-Basten, Why Demography Matters, Polity Press, United Kingdom 2018, s. 82-88.
[16] J. Kuciel-Frydryszak, Chłopki. Opowieść o naszych babkach, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2023.
[17] J.Z. Holzer, Demografia...
[18] Zob. D.J. van de Kaa, The Idea of a Second Demographic Transition in Industrialized Countries, Paper presented at the Sixth Welfare Policy Seminar of the National Institute of Population and Social Security, Tokyo, Japan, 29 January 2002, www.researchgate.net/publication/253714045_The_Idea_of_a_Second_Demographic_Transition_in_Industrialized_Countries, dostęp: 11.02.2025; R. Lesthaeghe, D.J. van de Kaa, Twee demografische transities?, www.researchgate.net/publication/348836476_Scan_20210128_R_Lesthaeghe_en_DJ_van_de_Kaa_Twee_demografische_transities_original_published_as_lead_article_in_Mens_en_Maatschappij_book_volume_Bevolking_Groei_en_Krimp_Van_Loghum_Slaterus_Deventer_N, dostęp: 16.05.2025.
[19] Spadek przeciętnej długości trwania życia w latach 2020-2022 wynika z nadmiarowych zgonów spowodowanych zarażeniami COVID-19 i brakiem wydolności służby zdrowia w czasie pandemii. Jest to jednorazowe zjawisko i od roku 2023 znowu średnia długość życia rośnie w większości krajów świata.
[20] Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju - organizacja międzynarodowa o profilu ekonomicznym skupiająca 38 wysoko rozwiniętych i demokratycznych państw, m.in. Polskę.
[21] Więcej o przyczynach czeskiego sukcesu zob. raport Instytutu Pokolenia, Czeski sukces demograficzny, Warszawa 2022.
Rozdział 1 Dlaczego powstała ta książka
Lata osiemdziesiąte XX w. Podwórka i ulice na rzeszowskiej Baranówce oraz warszawskim Zaciszu. Te miejsca, w naszych wspomnieniach z tamtych czasów, pełne są dzieci. A gdy ktoś z kolegów lub koleżanek nie miał rodzeństwa, wzbudzał duże zainteresowanie.
- Jak to? To nie masz brata ani siostry?
To są nasze, autorów, doświadczenia z dzieciństwa, pewnie też i milionów Polaków, którzy urodzili się w tzw. echu wyżu powojennego, tj. w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
Dziś takich podwórek jest coraz mniej. Nie tylko dlatego, że postanowiliśmy mieszkać na tzw. zamkniętych osiedlach - co często jest marketingowym zabiegiem stosowanym przez deweloperów, zachęcającym do kupna nieruchomości - ale także dlatego, że coraz mniej jest... dzieci. Może to właśnie z tych podwórek i ulic pełnych różnych socjologicznych wydarzeń - konfliktów, współpracy, mediacji, sądów, arbitrażu, zasad itd. - których wtedy nie byliśmy jeszcze świadomi - pochodzi nasze zainteresowanie tematem demografii? A może to inne wspólne doświadczenie? Razem studiowaliśmy na Uniwersytecie Warszawskim, socjologię właśnie, ale - razem też - uzupełnialiśmy to wykształcenie w świecie liczb i analiz, Michał - studiując matematykę, a Bartosz - ekonomię. Łączy nas też to, że każdy z nas ma po pięcioro dzieci, co akurat w przypadku pisania o demografii trudno jest pominąć. Doświadczenie ich wychowania bardzo wzbogaca refleksję. Jest też coś jeszcze, co nas upodabnia do siebie. To działalność publiczna. Michał - ekspert Fundacji Republikańskiej, dyrektor Instytutu Pokolenia, zajmujący się demografią nie tylko z pasji, ale i profesjonalnie. Podobnie Bartosz - ekspert Instytutu Sobieskiego i Związku Dużych Rodzin 3+, współautor pierwszego, powstałego w latach 2006-2007 rządowego Programu Polityki Rodzinnej, a potem wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej, odpowiedzialny m.in. za wdrożenie programu "Rodzina 500+", "Dobry Start" czy rozwój w kwestii miejsc opieki nad małymi dziećmi. Nieprzypadkowo więc zajęliśmy się tym tematem.
Te nasze doświadczenia - zarówno osobiste, jak i zawodowe - prowadzą do określonych wniosków, którymi chcemy podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Piszemy o sobie nie dlatego, żeby zanudzać Was naszymi osiągnięciami, ale byście wiedzieli, że to, co przeczytacie w niniejszej publikacji, to efekt nie tylko lektury niezliczonych książek, raportów czy analizy danych, ale także nasze własne doświadczenia jako ojców czy mężów. A także przedstawicieli pokolenia, które doznało skrajnie różnych sytuacji: zarówno życia w PRL, jak i obecności w Unii Europejskiej oraz NATO, bezrobocia na poziomie 21% i 5%, cenzury i eksplozji wolnych mediów, stanu wojennego i demokracji, wielkiej emigracji i takiej samej imigracji, półlegalnych saksów w Niemczech oraz w pełni otwartego rynku pracy w 27 krajach Europy. To właśnie pozwala szerzej spoglądać na procesy społeczne i demograficzne. Co więcej, umożliwia ucieczkę od determinizmu: nie, nie wszystko jest przesądzone, a cuda się zdarzają.
Po co powstała ta książka?
Po pierwsze sądzimy, że demografia jest jednym z kluczowych obszarów, który będzie determinować przyszłość Polski. Zarówno pod względem rozwoju ekonomicznego, bezpieczeństwa, czy wręcz fizycznego przetrwania (geopolityka), jak i jakości życia. Nie zgadzamy się z głosami, które wskazują, że liczba ludzi nie ma znaczenia, albo wręcz postulują ograniczenie liczby obywateli ze względu np. na kwestie ekologiczne. Dla wszystkich bowiem starczy miejsca, a to, ile nas jest, ma ogromne znaczenie. Ponadto im więcej jest nas nad Wisłą, tym lepiej. Polska spokojnie może pomieścić 60-70 mln ludzi, a wtedy bylibyśmy państwem zdecydowanie silniejszym i żaden Putin nie mógłby nam bezkarnie grozić. O najeździe nawet nie wspominając. To ludzie są największą wartością, a z perspektywy państwa to najlepszy zasób, jakim ono dysponuje. Można oczywiście powtarzać narracje, że im mniej obywateli, tym wyższe PKB na głowę albo mniej zanieczyszczeń. Tyle że to ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. O sile, rozwoju, przyszłości i podmiotowości państwa decydują liczba obywateli oraz ich kompetencje. Wystarczy spojrzeć na mapę świata, by się o tym przekonać. Na każdym kontynencie ta sama żelazna korelacja - najludniejsze państwo znaczy najwięcej. USA, Brazylia, Niemcy, Chiny, Indonezja, Nigeria - to w długim okresie hegemonii lub przyszli hegemoni regionu. Bez ludzi nie ma też silnej gospodarki.
Jest też jeszcze jeden ważny aspekt dotyczący liczebności. Perspektywa mikro. Założenie rodziny i bycie rodzicem to najważniejsze, długofalowe marzenie zdecydowanej większości Polaków, a także ludzi na całym świecie. Co więcej, prowadzone przez lata badania wykazują, że osoby, którym udało się je zrealizować, są szczęśliwsze i częściej odnoszą sukcesy w innych dziedzinach życia. Chcemy zatem, by jak najwięcej osób mogło te aspiracje rodzicielskie urzeczywistnić.
Nie zgadzamy się tym samym z fatalistycznymi wskazaniami, że w sprawie liczby ludności nic nie da się zrobić. Trzeba coś robić, a nie wyłącznie przygotować się na dramatyczne zmniejszenie populacji i zmianę struktury ludności w wyniku procesu starzenia. Wierzymy, że mądra polityka państwa może przynieść poprawę w tej kwestii, choć wymaga głębokiej refleksji, wielu narzędzi, długiego marszu oraz zaangażowania wielu podmiotów i finansów. Nie popadamy zatem w - zarażający wielu - fatalizm. Doświadczenia międzynarodowe, zdrowy rozsądek, analiza rzeczywistości podpowiadają, że da się prowadzić taką politykę, która procentuje wzrostem wskaźnika dzietności. Nie da się go zapewne podnieść w najbliższej przyszłości do poziomu 2,1, ale można i trzeba w tym kierunku zmierzać. Na łamach tej książki przedstawimy więc receptę na to, co zrobić, by to osiągnąć.
Uważamy również, że do odwrócenia trendów demograficznych powinniśmy podejść holistycznie. Najważniejsze, zwłaszcza długoterminowo, jest oczywiście podniesienie wskaźnika dzietności, gdyż determinuje on na stałe sytuację demograficzną i buduje solidną podstawę ludnościową. I także tu szukamy całościowych recept. Jedni mówią: tylko kultura determinuje dzietność; a inni: nie, to brak mieszkań i żłobków. Racji nie mają albo mają ją po części jedni i drudzy. Tylko myślenie o dzietności jako zbiorze determinujących ją zmiennych może przynieść efekty. Dla jednego będą się liczyć praca i mieszkanie, dla drugiego myślenie o ojczyźnie, dla trzeciego poszukiwanie życiowego sensu, wiara w Boga i spełnienie się w roli rodzica. To wszystko są motywacje, które determinują posiadanie potomstwa, i choć są tak różne, to każda jest ważna. Aby mogły zostać zrealizowane, musi nastąpić sekwencja zdarzeń i to w większości przypadków w dokładnie określonej kolejności. Najpierw powinna się pojawić chęć stania się rodzicem (potrzeby, aspiracje rodzicielskie, kultura). Potem partnerzy, którzy tworzą trwały związek, dochodzą do przekonania, że chcieliby się widzieć w roli matki/ojca własnych dzieci (relacje). Następnie muszą być jeszcze zapewnione podstawy materialne (pieniądze, godne warunki życia) opisane przez nas w niniejszej książce jako tzw. złoty kwadrat.
Istotne jest także - oprócz dzietności - myślenie o przyciągnięciu do Polski jak największej liczby rodaków, którzy wyjechali z kraju w ostatnich latach, lecz wciąż odczuwają żywe więzi z ojczyzną. Powinniśmy też mądrze podejść do imigracji osób mających polskie korzenie. Postulujemy tutaj zatem model Repatriacji 2.0.
Potrzebujemy rozsądnej polityki imigracyjnej, składającej się z dwóch podstawowych elementów: ściągania do kraju imigrantów z krajów bliskich nam kulturowo i umiejętnego ich integrowania oraz ograniczonego procesu imigracji wybranych specjalistów z dalszych kierunków.
A zatem mamy "trójpak" - najważniejsza jest dzietność, ale liczy się także zagranica - diaspora i imigracja.
Wróćmy jednak na podwórko. Ale tym razem na podwórko polityków i osób odpowiedzialnych za prowadzenie spraw publicznych. Chcemy przedstawić im receptę na zapobieżenie demograficznej katastrofie, dlatego nasza książka nie jest wyłącznie:
obrazkiem diagnozy, jak będzie źle (takich opracowań jest bez liku); przeglądem międzynarodowych badań na temat demografii, które często się uzupełniają, ale też przedstawiają odmienny obraz rzeczywistości, co może wprowadzać chaos i zamęt oraz prowadzić do wniosków o beznadziejności starań. Oczywiście znajdziecie tu całe morze badań, ale podchodzimy do nich krytycznie i dajemy też jasne rekomendacje, co tak naprawdę dla polityk publicznych z nich wynika; opisowym zestawem narzędzi polityki rodzinnej w Polsce; publicystyką opartą na naszych intuicjach i tkwiących w nas przekonaniach - taka opowieść nie byłaby wiarygodna, bazując tylko na dowodach anegdotycznych, a nie badaniach.
Czym zatem jest niniejsza książka?
Mamy ambicję, by była - przedstawiając diagnozę, trendy demograficzne, literaturę, badania, przegląd narzędzi i programów, a to wszystko "zatopione" w naszych doświadczeniach i niezliczonych rozmowach o demografii z różnymi ekspertami i zwykłymi ludźmi - spójną receptą na demograficzne wyzwania i - co ważne - z gotowymi rekomendacjami zmian.
Po to, aby podwórka znowu były pełne dzieci.
Rozdział 2 Jakie wartości porządkują politykę rodzinną
Gdy wdrażaliśmy program "Rodzina 500+" w 2016 r., wielokrotnie słyszeliśmy: "nie wolno dać ludziom pieniędzy do ręki", "zmarnują, przepiją, wydadzą na głupoty". A najbardziej "oryginalna" propozycja brzmiała: "dajmy ludziom te pieniądze w specjalnych kartach, żeby móc tam zakodować, co mogą, a czego nie mogą kupować". Naprawdę, taki pomysł został zgłoszony. Odpowiadaliśmy wtedy, że to rodzice są najlepszymi przyjaciółmi swoich dzieci i oni, a nie urzędnicy, wiedzą najlepiej, na co wydać pieniądze. Oczywiście nie można zapominać o patologiach, ale są one marginalne i nie należy przez pryzmat takich zachowań oceniać wszystkich rodzin w Polsce.
Dlaczego o tym wspominamy? Chodzi tu bowiem o wartości. Nie da się zaprogramować właściwie żadnej polityki publicznej bez aksjologii. To wartości porządkują narzędzia, recepty i determinują cel. Wartości są kotwicą, porządkują myślenie. Tak samo, a może przede wszystkim, jest w demografii. Jeśli ktoś uznaje, na przykład, że naczelną wartością jest walka z ociepleniem klimatu i ochrona zagrożonych gatunków zwierząt, to będzie dobierał cele, narzędzia i recepty całkiem inaczej niż ten, kto wierzy, że głównym problemem współczesności jest kryzys demograficzny.
My zaliczamy się do tej drugiej grupy i, jak pisaliśmy, dlatego właśnie powstała niniejsza książka. Pragniemy zatem Tobie, Czytelniku pozwolić zrozumieć, na jakich podstawach aksjologicznych przeprowadzony jest wywód, który ma nas doprowadzić do odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jak uniknąć demograficznej katastrofy?
Najpierw opiszemy zatem, jak rozumiemy świat wartości, który powinien determinować podejście do rodzin, a potem przedstawimy, jak operacyjnie powinien on przenikać polityki publiczne.
Nasza refleksja opiera się na czterech kotwicach aksjologicznych podejścia do rodzin - ich podmiotowości, godności, wolności wyboru oraz ich wartości.
Rodzina jest podmiotem, a nie przedmiotem polityki. Nie powinna być obiektem wyobrażonych czy wyśnionych w głowach polityków lub aktywistów eksperymentów. Państwo ma wobec niej rolę służebną. Rodzina, podobnie jak człowiek, ma przypisaną godność. Ta konstatacja porządkuje podejście do niej. Tak jak szanujemy z tego powodu prawa jednostki, tak też powinniśmy szanować prawa rodzin. Wolny wybór, który podejmują rodziny, jest wartością, a państwo powinno go szanować i stwarzać warunki, by rodziny mogły z wolności korzystać. Odrzucamy zatem paternalizm. Rodzina jest autoteliczną wartością, a szacunek i zaufanie państwa wobec niej oraz jej wspieranie najzwyczajniej w świecie państwu się opłaca. Sformalizowany związek kobiety i mężczyzny, z licznym potomstwem to najbardziej intratna inwestycja, jaką można sobie wyobrazić. I nie chodzi tu o kwestie ideologiczne, ale po prostu o zwykły układ. Jeśli chcemy uniknąć, także jako gatunek, wymierania - trzeba postawić na rodzinę.
Co z tego wynika? Na wstępie niniejszej książki postanowiliśmy uporządkować w dziesięciu punktach nasze podejście do polityki na rzecz rodzin, wynikające z tych wartości. A zatem polityka rodzinna:
Nie oznacza nakłaniania do rodzenia dzieci tych osób, które nie chcą ich mieć, ale usuwanie barier przed tymi, którzy potomstwa pragną. Nikogo nie wolno zmuszać do bycia rodzicem (lub też tego zabraniać), ale państwo, mając żywotny interes w tym, by dzieci przychodziły na świat, powinno identyfikować przeszkody, które do tego zniechęcają, i je eliminować. Powinno też stwarzać zachęty dla tych rodzin, które chcą mieć potomstwo, ale trudno jest im podjąć decyzję. Powinna być neutralna ze względu na wybór sposobu wychowania. Tak jak pisaliśmy, to rodzice są przyjaciółmi swoich dzieci i to oni lepiej wiedzą, co jest dla ich potomstwa najlepsze. Narzucanie przez państwo własnej ideologii może się skończyć jak w orwellowskim Roku 1984 albo huxleyowskim Nowym wspaniałym świecie, słynnych antyutopiach XX w. Oczywiście nie oznacza to, że państwo nie może określać pewnych ram, w tym dbania o to, by prawa słabszych członków rodziny nie były naruszane przez silniejszych, i wspierać określonych zachowań lub prowadzić odpowiedniej edukacji. Ale wolność rodzin jest wartością samą w sobie. Powinna być progresywna, tj. bardziej wspierać rodziny wielodzietne. Uznajemy, że naczelnym aksjomatem przyznawania specjalnych praw czy przywilejów obywatelom jest... transakcyjność. Czyli należy je nadawać za jakieś zasługi wobec wspólnoty, a nie dlatego, że wywalczyła je dobrze reprezentowana lub silna grupa zawodowa bądź społeczna. Dzieci są dla wspólnoty wielką wartością, trzeba więc "wynagradzać" tych, którzy mają ich więcej. Stąd wniosek: im więcej dzieci, tym więcej praw i przywilejów. Łącznie ze specjalnymi głosami w wyborach! Powinna być nastawiona przede wszystkim na szczęście i dobrobyt rodzin, a nie na sam wskaźnik dzietności. To ważne zastrzeżenie. Nie chodzi o to, by "zagnać" teraz wszystkich do "produkcji" dzieci. Liczy się tutaj nie tylko ilość, ale także jakość - czy mają szanse na bycie szczęśliwymi jako dzieci i dorośli. Choć brzmi to strasznie technicznie, to jest to jednak ważny element myślenia o polityce na rzecz rodzin. Determinuje bowiem narzędzia oraz wprowadza do refleksji myślenie długoterminowe i horyzontalne. Przecież nie chodzi o to, by powołać do życia mnóstwo dzieci, a potem zostawić rodziny same sobie. Musimy budować system, w którym będą one mogły realizować swoje wybory i aspiracje, a nie będą skazane na emigrację czy marginalizację. To nie socjal. Trzeba zerwać z przekonaniem, że polityka rodzinna jest równoznaczna z polityką socjalną, a pieniądze na nią wydane to tylko strata. Jest bowiem inaczej - to inwestycja. To fundamentalne stwierdzenie - jeśli inwestujemy w ludzi, budujemy silne państwo - potwierdza nie tylko intuicja, lecz także liczne badania. Międzynarodowe doświadczenia podpowiadają: jeśli wydajemy pieniądze na rodziny, poprawia się jakość ich życia i wówczas może się rodzić więcej dzieci. Rodzina spełnia wiele funkcji społecznych, a bez niej państwo musiałoby je wziąć na siebie, wydając przy tym kilkukrotnie więcej pieniędzy. Polityka rodzinna powinna być długofalowa. Zdecydowanie się na zostanie rodzicem jest decyzją bardzo mocno wpływającą na byt człowieka, gdyż rodzicem jest się do końca życia. Nie może zatem być tak, że otoczenie jego wychowania zmienia się co cztery lata wraz ze zmianą rządu. Aby ludzie uwierzyli, że jest ona "na poważnie", muszą widzieć tutaj zakotwiczenie i kontynuację. Musi zawierać cały zestaw narzędzi. Ten aspekt często jest pomijany w debatach, a to rzecz niezwykle istotna, ale i trudna. Polityka na rzecz rodzin rozpoczyna się w kulturze i relacjach w domu rodzinnym, a kończy... na CPK. Na decyzje o potomstwie wpływa bowiem olbrzymia liczba czynników. Rozwiniemy to zagadnienie w książce, ale na wstępie zaznaczmy: nie ma jednej, prostej, cudownej recepty na dzietność i odwrócenie populacyjnych trendów. To ogromnie trudny do zbudowania zestaw narzędzi. Powinna być dostosowana do wartości i oczekiwań danej wspólnoty. A zatem nie ma tutaj uniwersalnych rozwiązań. To, co zadziała w Polsce, niekoniecznie będzie funkcjonować we Francji i odwrotnie. Oczywiście warto podpatrywać międzynarodowe rozwiązania, ale trzeba odnaleźć własny model. Sceptycznie zatem podchodzimy do ingerencji Unii Europejskiej w tę dziedzinę polityki. Uważamy, że powinno to pozostać w gestii państw narodowych. Powinna wspierać się na ogólnym dobrobycie danej wspólnoty. Można wdrażać wysublimowane narzędzia, ale jeśli ludzie nie mają pewności, że żyją w rozwijającym się kraju, w którym mogą realizować swoje wolności, ambicje i aspiracje, to nic nie zdziałamy. Istotne jest zatem zapewnienie ludziom wolności gospodarowania oraz rozwijania swoich biznesów i pasji. Ważne są także stabilne i gwarantujące wolność jednostki instytucje. Powinna angażować wielu aktorów. To nie jest tylko domena rządu, ale także samorządów, organizacji pozarządowych, systemu edukacji, kościołów i stowarzyszeń. Im więcej jest aktorów przeświadczonych, że rodzina i dzieci to wartość, tym lepiej.
Ten oto zestaw dziesięciu wskazań (nie chcemy powiedzieć, że dziesięciu przykazań) jest punktem wyjścia do naszych recept i narzędzi w kwestii wyzwania demograficznego.
Rozdział 3 Recepta - demograficzny PEGAZ i równanie rodzinne
Pegaz. Mityczne stworzenie, skrzydlaty koń, symbol mocy, piękna i wolności. Narodzony nieoczekiwanie w trakcie, wydawać by się mogło, beznadziejnej misji Perseusza, który miał przynieść tyranowi Polidektesowi głowę Meduzy. Tej, której wzrok zmieniał każdego w kamień. Perseusz, wysłany na pewną śmierć, zostaje jednak wyposażony przez Bogów (w końcu jest synem Zeusa) w nadzwyczajne dary, m.in. skrzydlate sandały i zakrzywiony miecz harpe. Tym właśnie adamantowym mieczem ścina głowę Meduzie, a z jej krwi wyłania się Pegaz. Stworzenie symbolizujące siłę, moc wyobraźni, ambicję i dążenie do wyższych celów, nawet pozornie nieosiągalnych.
Postanowiliśmy zatem powołać do życia naszego demograficznego PEGAZ-a.
To dobry symbol naszego myślenia o polskiej demografii. Choć wielu uważa, że podobnie jak Perseusz jesteśmy w tym skazani na porażkę, to się nie poddajemy. Sądzimy, że możemy stworzyć taki system, który pozwoli zapobiec demograficznej katastrofie i odwrócić przygnębiający trend wymierania Polski.
A jaki to cel?
Chcielibyśmy, aby Polska w 2060 r. liczyła ok. 40 mln obywateli, a nie jak przewidują prognozy ok. 30 mln. Ponadto struktura populacji nie powinna przypominać struktury demograficznej domu starców, ale być jak najbardziej zrównoważona.
Ilustracja 3.1. Perseusz z głową Meduzy - rzeźba Benvenuto Celliniego (1545)
Źródło: ? Marie-Lan Nguyen / Wikimedia Commons.
Ten moment fascynuje artystów od stuleci. Najsłynniejsza chyba rzeźba, przedstawiająca scenę ścięcia głowy Meduzy przez Perseusza, stoi we Florencji na jednym z najważniejszych placów tego pięknego miasta, Piazza della Signoria, obok Palazzo Vecchio (ratusza). Stoi w nie byle jakim towarzystwie, m.in. obok Porwania Sabinek czy Herkulesa walczącego z centaurem.
- A cóż to takiego, ten wasz PEGAZ? - zapyta zniecierpliwiony Czytelnik. Śpieszymy z wyjaśnieniem. Na łamach niniejszej książki postaramy się znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie, jakie stawiają sobie obecnie demografowie, politycy, eksperci i ci, którzy są zatroskani pogarszającą się kondycją demograficzną naszej wspólnoty. Co zrobić, byśmy nie wymarli. A wręcz: co zrobić, by było nas nad Wisłą więcej. To właśnie ta refleksja doprowadziła nas do naszego PEGAZ-a, czyli spójnej koncepcji, w której poszczególne litery oznaczają obszary wymagające interwencji, aby poprawić naszą sytuację. Rozszyfrujmy je zatem.
Demograficzny PEGAZ to:
P - Potrzeby, czyli jakie mamy aspiracje dotyczące dzietności, jakie jest otoczenie i wizerunek rodzin oraz jak się to przekłada na dążenia i plany Polaków; wszystko bowiem zaczyna się w głowach i sercach ludzi, dlatego tak ważny jest family mainstreaming, czyli włączenie interesu rodzin do głównego nurtu polityk publicznych; kultura, która zachęca, a nie zniechęca do posiadania potomstwa.
E - Emocje, a z nich rodzące się relacje i związki, czyli: co zrobić, by one powstawały i się nie rozpadały, jak afirmować małżeństwa i chronić je przed ideologią braku szacunku.
G - Godność i godne życie, czyli jak materialnie zabezpieczyć rodziny.
A- Atrakcyjność Polski, która powinna przyciągać do kraju Polaków i ich potomków.
Z- Zagranica, czyli racjonalne sięganie po imigrantów.
Do tego trzeba dodać ambitny, włączający wzrost gospodarczy kraju i koncepcję Polski jako dobrego miejsca do życia, ze szczególnym uwzględnieniem równomiernego rozwoju całego kraju oraz lokalnych tożsamości jako części polskiej tożsamości. Uważamy, że na te właśnie obszary mamy wpływ. Polityki publiczne powinny więc zrobić wszystko, by na nich skoncentrować uwagę. Żaden obszar nie może być pominięty. Co z tego, jeśli będziemy mieć mocno prorodzinną kulturę i silny family mainstreaming, ale rodziny nie będą mieć za co żyć. Lub będziemy mieć całkiem przyzwoity wskaźnik dzietności, ale relacje będą w kryzysie, związki będą się rozpadać, a w następnym pokoleniu dzieci tak doświadczone rodzin już nie założą. A zatem trzeba tu "grać na wszystkich fortepianach" równocześnie. Ponadto w każdym z tych obszarów znajduje się nieskończenie duża liczba zmiennych, które należy badać, naprawiać, dostosować i usprawniać. Istotne jest również, aby reagować na bieżąco na zmieniającą się rzeczywistość.
Proponujemy też drugą koncepcję - tym razem już konkretnego Narzędzia - do realizacji polityki naszego PEGAZ-a - tj. równanie rodzinne (zob. ilustracja 3.3). W każdym z pięciu obszarów, o którym mówimy - Potrzeby, Emocje, Godność, Atrakcyjność i Zagranica - powinniśmy dokonać przeglądu już wdrożonych rozwiązań albo rozważanych propozycji. Jak bardzo służą one rodzinom i celowi demograficznemu, czy są one prawidłowe, czy wręcz szkodliwe. Co więcej, każde uchwalane w Polsce prawo lub wdrażany program na każdym szczeblu (od centralnego po samorządowy) przed implementacją powinny zostać poddane takiej próbie przy użyciu równania rodzinnego. I jeśli wynik pochodzący z sumy mniejszych rozwiązań jest dodatni - można to wdrażać. Jeśli jest ujemny - powinna zaświecić się czerwona lampka, a co więcej: takie rozwiązania należy usuwać z przestrzeni publicznej.
Ilustracja 3.2. Bellerofont na Pegazie - fresk Giovanniego B. Tiepolo (poł. XVIII w.)
Źródło: domena publiczna.
Malowidło to znajduje się w weneckim, barokowym Palazzo Labia. Grecki bohater, jak widać, trzyma jeszcze w ręku włócznię, którą zabił Chimerę.
Oto przykład: smartfony w szkołach i obszar emocji/relacji. Powinniśmy przeanalizować, czy te urządzenia, których używają dzieci, wspierają umiejętność komunikacji, nawiązywania przyjaźni, relacji, rozwiązywania konfliktów, wspólnego spędzania czasu z rówieśnikami, czy też nie. Jeśli w równaniu wychodzi nam więcej minusów - warto rozważyć interwencję ustawową albo przynajmniej akcję edukacyjną i informacyjną wraz z dostarczeniem do szkół gotowych rozwiązań na ich poziomie (np. gotowych regulaminów i dobrych praktyk stosowanych w innych miejscach), które pomogą uporać się z tym problemem.
Każdy obszar powinniśmy analizować punkt po punkcie, nawet taki, który może pozornie nie mieć nic wspólnego z rodziną. Na przykład budowa CPK. Czy wesprze rodziny i politykę na ich rzecz, czy nie? Z perspektywy naszego równania - wspomoże, gdyż będzie dawać impuls do rozwoju, w tym i lokalnego, oraz może wstrzymać emigrację za granicę i do wielkich miast. A zatem żaden obszar nie jest tu wykluczony. Co więcej, osoby rządzące na szczeblu centralnym i samorządowym powinny się tego nauczyć i zapamiętać to równanie, aby mieć je zawsze przed oczami, gdy wdrażane jest nowe prawo albo rozwiązania. Ciągle mieć na uwadze, czy sprzyjają one rodzinom we wszystkich pięciu obszarach, czy też nie.
Ilustracja 3.3. Równanie rodzinne
Plusy
Minusy
Bilans
POTRZEBY, czyli włączenie interesu rodzin do głównego nurtu polityk publicznych
kody, promocja, edukacja, wzory, rozwiązania wspierające kulturę rodzinną, myślenie wspólnotowe tj. rodzina w centrum uwagi, jako wartość, family mainstreaming, "moda na rodzinę", dbanie jednostek także o dobro wspólnoty (od lokalnej po ojczyznę)
rozwiązania osłabiające kulturę rodzinną i wartość rodzin, wspólnotę, wartości wspólnotowe, afirmujące indywidualizm i brak odpowiedzialności, tworzące silne konflikty społeczne
+/-
EMOCJE, czyli przygotowanie do nawiązywania i utrzymania relacji
edukacja, narzędzia, wychowanie, wzory, autorytety, instytucje wspierające umiejętność nawiązywania relacji, ich utrzymania i afirmujące małżeństwa, związki kobiet i mężczyzn, które wychowują liczne potomstwo
rozwiązania osłabiające powstawanie i utrzymanie relacji oraz związków
+/-
GODNOŚĆ, czyli kondycja materialna rodzin
rozwiązania wspierające samodzielność ekonomiczną rodzin oraz ich kondycję materialną, ułatwiające im decyzje o potomstwie i jego wychowaniu, pozwalające łączyć pracę z obowiązkami rodzinnymi
rozwiązania to utrudniające
+/-
ATRAKCYJNOŚĆ, czyli praca z diasporą i osobami o polskich korzeniach oraz repatriacja
działania mające zachęcać Polaków (zwłaszcza emigrację poakcesyjną) i ich dzieci do powrotów (nawet czasowych na studia) do kraju oraz mądra polityka ściągania do Polski osób z polskimi korzeniami (Repatriacja 2.0); utrzymywanie relacji i polskości w diasporze
działania zniechęcające albo zaniedbujące ten obszar
+/-
ZAGRANICA, czyli mądra polityka imigracyjna
działania, które długoterminowo pozwolą na kontrolowane i zaplanowane uzupełnianie zasobu ludnościowego Polski, z zachowaniem spójności społecznej i kulturowej
działania albo blokujące ten proces, albo pozostawiające go poza kontrolą państwa
+/-
SUMA
liczba plusów
+ + + + + + + +
liczba minusów
- - - - - - - - - - -
wynik = co przeważa, jeśli plusy, to wynik wspierający politykę rodzinną, jeśli minusy, to odwrotnie
Źródło: opracowanie własne.
Podsumowując, warto raz jeszcze podkreślić znaczenie rozwoju ekonomicznego i idei dobrego miejsca do życia.
Choć ekonomiści używają skomplikowanej terminologii przy opisywaniu świata wzrostu gospodarczego czy budowania dobrobytu, to jednak podstawowe mechanizmy gospodarcze są stosunkowo proste. PKB, czyli z grubsza nasz rozwój i dobrobyt, jest równy sumie wzrostu zasobów siły roboczej oraz produktywności. Co to oznacza? O sile danej gospodarki, a zatem także danego państwa i jego przyszłości demograficznej, decyduje liczba ludzi oraz to, jak wykorzystujemy ich pracę (tutaj ekonomiści często używają magicznych słów: produktywność czy innowacje). Tak naprawdę w długiej perspektywie liczą się dwie rzeczy - kapitał ludzki oraz sposób jego zagospodarowania/wykorzystania.
To zasadniczy argument, by zauważyć sprzężenie zwrotne pomiędzy kondycją gospodarki a demografią. Bez dobrej demografii trudno o wzrost gospodarczy, a z kolei bez włączającego, efektywnego i realizującego ambicje ludzi wzrostu gospodarczego - trudno o dobrą sytuację demograficzną, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych jak Polska. Musimy zatem pamiętać, że dbanie o wolność jednostek w obszarze gospodarczym, przestrzeganie praw własności, sprawne i włączające instytucje (o czym świetnie pisze noblista Doran Acemoglu[1]), dbanie o dobrą edukację i szkolnictwo wyższe, sprawny system sądowniczy, innowacyjne technologie, własne marki, ograniczenia biurokratycznych regulacji, ułatwienia w zakładaniu i prowadzeniu firm to także elementy polityki demograficznej. Ludzie będą bardziej skłonni do zakładania rodzin i wychowania dzieci, a także do powrotów z zagranicy czy osiedlania się w Polsce, jeśli nasza gospodarka będzie się szybko rozwijać, dając obywatelom szanse realizacji ich aspiracji. Bez właściwej gospodarki nasze wysiłki na polu polityk rodzinnych mogą spalić na panewce.
Równie ważny jest też kierunek, w którym zmierzamy. Jeśli mamy głębokie przekonanie, że nasz poziom życia się podnosi i tak będzie przez najbliższe lata, a może dekady, to przyszłość będziemy widzieć optymistycznie, a to ułatwia podejmowanie ryzykownych przecież decyzji o staniu się rodzicem. Jeśli natomiast aktualny poziom dobrobytu jest wysoki, ale sytuacja w długiej perspektywie będzie się pogarszać, to decyzje te mogą być odwlekane aż do momentu, kiedy to biologia za nas zadecyduje.
Podobnie jest z budową ogólnego klimatu w politykach publicznych, który określamy "Polska. Dobre miejsce do życia". Tutaj musimy tworzyć nasz soft power - zarówno do wewnątrz, jak i na zewnątrz. Chodzi tu o całościowe podejście do otaczającej nas rzeczywistości, ze szczególnym uwzględnieniem lokalności. Czym jest dobre miejsce do życia? Można je określić czterema słowami: tożsamość, więzi, bezpieczeństwo, spójność.
Po pierwsze musimy być z niego dumni. Co to oznacza? Zamiast podawać encyklopedyczną definicję, posłużymy się powiedzeniem używanym na podwórkach, najczęściej przez kibiców piłki nożnej: "Nie mówię szeptem, gdy mówię, skąd jestem". Jeśli tak myślimy o swojej okolicy, to możemy być pewni, że to miejsce ma dobrą tożsamość.
Drugim warunkiem są więzi społeczne - trwałe i pozytywne. Jeśli lubimy ludzi, którzy nas otaczają, i mamy poczucie, że oni również nas szanują, to w tym miejscu czujemy się komfortowo.
Po trzecie istotne jest poczucie bezpieczeństwa zarówno tego wewnętrznego (brak zagrożenia katastrofą naturalną czy na ulicach naszych miast), jak i zewnętrznego (np. inwazja wrogiej armii). Po czwarte wreszcie musimy być pewni, że nasza (lokalna i ponadlokalna, tj. krajowa) wspólnota ma spójne cele i potrafi - nawet mimo różnic - je realizować, współdziałając dla wspólnego dobra. W tym kontekście silna polaryzacja i spory polityczne, jakie istnieją w Polsce (i nie tylko), działają przeciwskutecznie. Możemy się nawet spierać, ale z zachowaniem cywilizowanych zasad i z umiejętnością wzniesienia się ponad to, co dzieli, kiedy wymaga tego interes wspólnoty.
Zacznijmy zatem przygodę wiodącą Ciebie, Czytelniku przez wszystkie zarysowane tu obszary. W niniejszej książce przejdziemy najpierw przez zarysowanie światowej i krajowej diagnozy sytuacji demograficznej, potem zaprezentujemy wszystkie determinanty dzietności (dzieląc je na trzy główne kategorie), by wyjść poza Polskę i odnieść się do kwestii repatriacji, a następnie imigracji. Każdy z tych obszarów - oprócz diagnozy sytuacji i wyjaśnienia, dlaczego jest ważny - będzie też zawierał rekomendacje zmian. Książkę zakończymy generalnymi wnioskami.
Na koniec jedno zastrzeżenie dotyczące terminologii. W niniejszej książce wielokrotnie używamy pojęcia demografia. I chociaż wiemy, że jest to "dyscyplina naukowa, która podejmuje badania zjawisk ludnościowych, zmierzające do wykrycia prawidłowości, którym te zjawiska podlegają", to najczęściej używamy tego pojęcia w znaczeniu potocznym jako opis zjawisk ludnościowych. Przykładowo pisząc, że demografia się zmienia, nie mamy na myśli zmian w dyscyplinie naukowej, ale raczej, że: "społeczeństwo się starzeje (więcej starszych ludzi), rodzi się mniej dzieci, ludzie migrują za granicę i wewnątrz kraju itp.".
Startujmy! Podobnie jak Bellerofont ujarzmił Pegaza i dzięki temu pokonał Chimerę, tak my, razem z Tobą, Czytelniku, chcemy oswoić demograficzną katastrofę. Choć przypomina ona starożytnego wroga Bellerofonta, którą Homer w Iliadzie opisuje tak:
"Z przodu lew, koza w środku, kręty smok od spodu
A z paszczy ognistymi buchała potoki"[2],
to nie ulegajmy lękom. Możemy przecież coś z tym zrobić!
Rozdział 4 Wskaźnik dzietności i liczba ludności na świecie
Wydany w 1972 r. przez tzw. Klub Rzymski raport Granice wzrostu, mówiący o groźbie przeludnienia na Ziemi, trafił ze swoimi przewidywaniami... kulą w płot. Podobnie jak opublikowana dwie dekady później książka Koniec historii Francisa Fukuyamy. Nad Wisłą bowiem i w regionie boleśnie doświadczamy właśnie tego, że historia się jednak nie skończyła.
Jednak wróćmy do demografii. "Jeśli obecne trendy wzrostowe światowej populacji, industrializacji, zanieczyszczenia, produkcji żywności i zużycia zasobów się utrzymają, to w ciągu najbliższych 100 lat osiągnięte zostaną granice wzrostu tej planety" - czytamy w Granicach wzrostu[3]. Niektórzy nawet wciąż w to wierzą, argumentując, że ludzi na świecie jest za dużo i wytwarzają oni tzw. ślad węglowy, a najlepsze, co można zrobić dla ludzkości, to... nie mieć dzieci (ciekawe, jak wtedy mamy przetrwać?).
Spójrzmy na mapę świata (ilustracja 4.2), gdzie na czerwono zaznaczone są kraje ze wskaźnikiem dzietności poniżej 2,1, czyli takim, który zapewnia równowagę ludnościową, a na zielono te, które do tego poziomu nie schodzą. Obraz ten sprowadza nas bardziej do morza czerwieni niż zielonej puszczy. Właściwie już tylko nieliczne wyspy w Azji Środkowej czy Izrael i Afryka Subsaharyjska wciąż się zielenią.
Rozpocznijmy zatem naszą przygodę z demograficznymi wyzwaniami i weźmy się za bary z demograficzną Chimerą. Przedstawmy klika obrazków związanych z tym, jak jest na świecie, jeśli chodzi o liczbę ludności, płodność czy starzenie się społeczeństw. Zobaczmy też, co się dzieje w Polsce.
4.1. Dla wszystkich starczy miejsca... Koniec mitu przeludnienia
Klub Rzymski nie jest wyjątkiem. Przez ostatnie 200 lat, od czasów oświecenia wielokrotnie snuto katastroficzne wizje i ostrzegano przed przeludnieniem. Pierwszy raz taką prognozę przedstawił w 1798 r. angielski ekonomista i duchowny Thomas Maltus. Zgodnie z jego teorią liczba ludności miała rosnąć w tempie geometrycznym, a zasoby potrzebne do przeżycia w tempie arytmetycznym, co nieuchronnie doprowadzi do stanu, gdy na Ziemi zabraknie zasobów, aby wyżywić zwiększającą się wciąż liczbę ludzi. Od tego czasu podobne tezy były formułowane raz po raz. Według wspomnianego już raportu Klubu Rzymskiego możliwości zapewnienia żywności dla ludzkości miałyby się wyczerpać w połowie obecnego wieku, czyli już za 25 lat. Receptą ma być ograniczanie liczby urodzeń i promowanie modelu rodziny z maksymalnie dwojgiem dzieci.
Echa tego kierunku myślenia spotykamy do dzisiaj w wielu naukowych i publicystycznych publikacjach. Kilka lat temu szeroką dyskusję wywołał artykuł opublikowany w "The Guardian" pod tytułem Want to Fight Climate Change? Have Fewer Children[4], w którym zaproponowano, iż wśród działań, jakie można podjąć, by zmniejszyć negatywny wpływ ludzi na środowisko naturalne, najbardziej istotnym jest: "miej o jedno dziecko mniej". Zdaniem autorów pozytywny efekt zastosowania tej rady będzie wielokrotnie większy niż wszystkich pozostałych typu: "zrezygnuj z samochodu, z dalekiego lotu samolotem, kupuj zieloną energię, segreguj śmieci"[5]. Z kolei w Polsce wiele dyskusji zawrzało po wydaniu w 2020 r. książki dla dzieci Palmy na biegunie północnym[6], w której wśród wielu rad dla młodych czytelników, dotyczących tego, jak mogą przyczynić się do zatrzymania niekorzystnych zmian klimatu, znalazło się stwierdzenie: "Miej mało dzieci (albo wcale)".
Czy jednak te alarmujące prognozy znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości? Czy one się sprawdzają?
Według danych ONZ[7] pod koniec roku 2023 na Ziemi żyło 8,09 mld ludzi. Od 1950 r., kiedy było ich 2,5 mld, jest nas trzykrotnie więcej. Kolejne miliardy są przekraczane co kilkanaście lat. Granica 8 mld została osiągnięta w drugiej połowie 2022 r., a poprzednia (7 mld) w roku 2010 (12 lat różnicy). Gdyby takie tempo przyrostu zostało utrzymane, to na koniec tego stulecia byłoby nas ponad 14 mld.
Ilustracja 4.1. Prognoza liczby ludności według ONZ (dane w mld)
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych ONZ.
Jednak tak się nie stanie, gdyż rodzi się coraz mniej dzieci. Jak zatem szacuje ONZ, maksimum populacji świata zostanie osiągnięte w okolicach roku 2085 i będzie wynosić "jedynie" 10,29 mld osób. Od tego czasu liczba ludności będzie spadać, by na koniec 2100 r. osiągnąć poziom 10,18 mld, a w wariancie pesymistycznym tylko 6,99 mld (ponad miliard mniej niż dzisiaj!). Biorąc pod uwagę, że każda kolejna wersja prognoz ONZ jest korygowana w dół (jeszcze w 2015 r. prognozowano, że w 2050 r. będzie nas 9,7 mld, a w 2100 r. 11,2 mld), możemy się spodziewać, że realne wartości będą zbliżać się raczej do opcji pesymistycznej. Tak czy inaczej, wszystkie projekcje wskazują, że w przeciągu najbliższych 30-50 lat liczba mieszkańców świata osiągnie maksimum (ok. 10 mld) i wtedy zacznie już tylko spadać.
W publicystyce i popularnej dyskusji często pojawiają się stwierdzenia, że owszem w społeczeństwach Europy, Ameryki Północnej czy wschodniej Azji rzeczywiście dzietność spada, ale za to w Afryce i w krajach arabskich jest ona na tyle wysoka, że rekompensuje ubytki w pozostałych częściach świata. Okazuje się jednak, że wskaźnik dzietności, tzw. TFR (zob. ramka, s. 34), spada i według prognoz będzie on spadać we wszystkich regionach świata. Dzietność w Afryce w ciągu ostatniego półwiecza zmalała z poziomu 6,8 do 4,5 i do połowy tego stulecia będzie niewiele wyższa niż 2,1. Również w krajach arabskich średni wskaźnik dzietności wynosi jedynie 3,1 (2022 r.), mimo że jeszcze nieco ponad pół wieku temu był na poziomie ponad 7. Dzisiaj wysoki wskaźnik (powyżej 4) notują już tylko kraje środkowej Afryki i Afganistan. Poza nimi w większości krajów, zwłaszcza w państwach rozwiniętych, dzietność jest niższa niż 2,1, a w niektórych mocno rozwiniętych krajach jest już nawet poniżej 1 (Korea Południowa = 0,78; Hongkong = 0,71).
Dlaczego wskaźnik dzietności powinien wynosić 2,1?
Jako umowną granicę "poziomu zastępowalności pokoleń", czyli tego, kiedy dane społeczeństwo rozwija się demograficznie, a kiedy przeciwnie - kurczy, przyjmujemy wskaźnik dzietności (TFR, z ang. total fertility rate) na poziomie 2,1. Taka wartość oznacza, że przeciętna kobieta w czasie swojego życia (w tzw. wieku rozrodczym 15-49 lat) rodzi średnio 2,1 dziecka. Dlaczego akurat tyle? Średnio w populacji na 100 dziewczynek rodzi się 106 chłopców. Dziewczynki stanowią więc 48,5% urodzonych dzieci. Dodatkowo, mimo bardzo dużego spadku umieralności niemowląt (w 2023 r. w Polsce było 3,9 zgonów na 1000 urodzonych dzieci - jedna z najniższych wartości na świecie), cały czas takie zjawisko występuje, a oprócz tego mamy też pewien niewielki poziom zgonów ludzi przed osiągnięciem wieku rozrodczego. Oznacza to, że jeśli przeciętna kobieta urodzi 2,1 dziecka, to liczba kobiet w wieku rozrodczym w pokoleniu ich córek będzie zbliżona do liczby kobiet w pokoleniu matek.
Jeśli mamy do czynienia - tak jak obecnie w Polsce - ze wskaźnikiem dzietności na poziomie 1,2, to przeciętna kobieta rodzi 1,2 dziecka, czyli na 100 osób w pokoleniu rodziców przypada ok. 60 dziewczynek (120 dzieci/2 = 60), a w kolejnym pokoleniu jest ich już jedynie ok. 30!
Jeśli wskaźnik dzietności wynosi tyle, ile w Korei Południowej, czyli 0,8, to na 100 osób w pokoleniu rodziców mamy 40 dziewczynek w pokoleniu dzieci, a w kolejnym pokoleniu tylko ok. 20!
Podsumowując, można powiedzieć, że na Ziemi nie nastąpi żadne przeludnienie, a wręcz przeciwnie, w perspektywie 50 lat możemy się spodziewać stopniowego wyludniania planety. W niektórych regionach - takich jak Europa czy Azja Południowo-Wschodnia - ten proces może przyjąć wręcz katastrofalne rozmiary. Będziemy zatem świadkami wprowadzania programów pronatalistycznych, zamiast zachęt do nieposiadania dzieci, oraz "wojny o ludzi". Najlepiej rozwinięte gospodarki świata będą potrzebować pracowników i konkurować o nich na światowym rynku.
Ilustracja 4.2. Wskaźnik dzietności (TFR) w różnych krajach świata
Źródło: opracowanie własne na podstawie databank.worldbank.org; dane za 2023 r.
4.2. Przejście demograficzne - od kilkanaściorga dzieci do "psiecka"
W celu wyjaśnienia, z czego wynika tak nagła zmiana - od alarmistycznych głosów przestrzegających przed przeludnieniem do wizji o zagrożeniu wyludnieniem - odwołamy się do powszechnie głoszonej teorii tzw. przejścia demograficznego. Korzeniami sięga ona początków XX w. i nawiązuje do prac francuskiego demografa Adolpha Landry'ego (1909)[8] oraz amerykańskiego socjologa Warrena S. Thompsona (1929)[9]. Analizując europejskie zmiany w procesach dzietności i umieralności, wskazali oni cztery fazy rozwoju demograficznego społeczeństw, które następują wraz z ich rozwojem społeczno-gospodarczym. I chociaż: "przez ostatnie pięćdziesiąt lat krytycy klasycznej definicji przejścia demograficznego wskazywali na niedociągnięcia w jej podstawowych założeniach"[10], proponując różne modyfikacje dotyczące liczby faz czy konkretnych wartości wskaźników decydujących o przejściu do kolejnej fazy, to koncepcja ta dobrze wyjaśnia zmiany ludnościowe, które zaszły w ciągu ostatnich 200 lat na świecie.
Najbardziej popularną czterofazową wersję teorii przejścia demograficznego przedstawia ilustracja 4.3.
Ilustracja 4.3. Czterofazowy model przejścia demograficznego
Źródło: J.Z. Holzer, Demografia, PWE, Warszawa 1999.
W fazie 1, czyli startowej, z którą mieliśmy do czynienia przez ponad 99% czasu istnienia ludzkości, funkcjonują społeczeństwa charakteryzujące się wysokim poziomem umieralności (zarówno noworodków, jak i dorosłych) i wysokim natężeniem liczby urodzeń (brak mechanizmów ich kontroli). Rodzi się zatem dużo dzieci, ale mnóstwo z nich umiera, a statystyczne życie człowieka jest krótkie[11] ze względu na choroby czy urazy. Jest to faza charakterystyczna dla społeczeństw żyjących na niskim poziomie rozwoju technologicznego i gospodarczego. Jak wskazuje Jerzy Zdzisław Holzer (1999): "Według demografów ONZ, współczynnik dzietności w tej fazie jest większy niż 6 dzieci na kobietę w wieku rozrodczym, a przeciętna długość trwania życia nie przekracza 45 lat [podkr. autorzy]"[12]. W tej fazie "opłacało" się mieć bardzo dużo dzieci, gdyż bardzo wcześnie zaczynały one pracować w rodzinnym gospodarstwie czy warsztacie - stawały się zasobem, który przyczyniał się do poprawy sytuacji materialnej rodziny. Nie istniały wówczas systemy emerytalne, więc to właśnie dzieci dawały zabezpieczenie na starość, kiedy stan zdrowia nie pozwalał na samodzielne utrzymywanie się. Również ze względu na wysoką śmiertelność w czasie dorastania, aby mieć pewność pomocy i opieki na starość, niezbędne było posiadanie licznej gromadki dzieci.
Ile dzieci urodziła Bona Sforza, a ile Maria Teresa Habsburg
Kojarzycie Państwo na pewno obraz Jana Matejki Hołd pruski. Jest on równocześnie "żywym" dowodem tego, jak wyglądała tzw. pierwsza faza demograficzna.
Klika słów przypomnienia tej świetnej karty naszej historii: hołd pruski odbywa się 10 kwietnia 1525 r. Wielki mistrz krzyżacki Albrecht Hohenzollern klęka wtedy przed naszym królem Zygmuntem Starym. Prusy Zachodnie zostają przekształcone w Księstwo Pruskie i lenno Polski.
A teraz ważne pytanie: kogo namalował malarz na tym obrazie? Dla nas - w naszych demograficznych rozważaniach - najważniejsza jest żona Zygmunta Starego pochodząca z Włoch - Bona Sforza (nota bene do dzisiaj pęczek warzyw do przygotowania zupy nazywa się "włoszczyzną", gdyż to jej przypisuje się sprowadzenie tych warzyw do Polski). Królowa jest umieszczona na obrazie Matejki po lewej stronie Albrechta, na skraju podium.
Dlaczego zajmujemy się Boną? Gdyż dobrze obrazuje ona ówczesne współczynniki dzietności i śmiertelności niemowląt. Z królem miała sześcioro dzieci, z czego do dorosłości dożyło czworo. Choć dzisiaj wydaje się nam, że dwójka zmarłych dzieci to bardzo dużo, to wtedy akurat nikogo to nie dziwiło, a wręcz wyróżniało się "na plus", gdyż świadczyło o tym, że na dworze królewskim panowały lepsze warunki sanitarne i opieka medyczna niż przeciętnie, przez co przeżywalność dzieci była większa. Te dzieci to:
Zygmunt II August (1520-1572) - późniejszy król Polski, wielki książę litewski, który doprowadził do Unii Realnej z Litwą na trzy lata przed swoją śmiercią. Sportretowany na obrazie jako mały chłopczyk w czerwieni po prawej stronie Króla Zygmunta, miał wtedy pięć lat. Anna (1523-1596) - córka.
Reszta dzieci jest urodzona po 1525 r.:
Katarzyna (1526-1587) - kolejna córka. Barbara (1528-1551) - córka, która zmarła stosunkowo młodo. Sigismund (1532-1534) zmarł w niemowlęctwie. Bona urodziła jeszcze jedną córkę, która przyszła na świat martwa. Ilustracja 4.4. Jan Matejko, Hołd pruski
Źródło: Muzeum Narodowe w Krakowie/domena publiczna.
Światowym przykładem, choć nieco bardziej ekstremalnym, demograficznych zjawisk pierwszej fazy demograficznej jest Maria Teresa Habsburg (1717-1780). Zamykamy zatem tymi dwoma omawianymi przypadkami niejako klamrą historię naszej ojczyzny - od jej świetności do upadku. Maria Teresa była wówczas jedną z najważniejszych władczyń Europy, a jej potomstwo stanowiło trzon potęgi dynastii Habsburgów przez kolejne lata. Z małżeństwa z Franciszkiem I miała aż 16 dzieci, z czego przeżyło 11. Największą rolę odegrały:
Józef II (1741-1790) - najstarszy syn, który został cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Leopold II (1747-1792) - drugi syn, też został cesarzem. Maria Antonina (1755-1793) - wyszła za mąż za Ludwika XVI, króla Francji. Została w okrutny sposób stracona podczas wielkiej rewolucji francuskiej. Ilustracja 4.5. Egzekucja Marii Antoniny, autor nieznany
Źródło: domena publiczna.
Pozostałe potomstwo Marii Teresy, choć mniej znane, także odgrywało istotną rolę w polityce europejskiej. Ich małżeństwa z przedstawicielami innych znanych rodów arystokratycznych i królewskich (np. w Niemczech czy na Węgrzech) skutecznie pomagały budować sojusze i umacniały pozycję Habsburgów.
Ilustracja 4.6. Europa w lipcu 1772 r., angielska grafika o I rozbiorze Polski
Źródło: domena publiczna.
W fazie 2 dzięki rozwojowi medycyny oraz opieki zdrowotnej zaczynamy obserwować spadek umieralności (ludzie żyją dłużej), przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiej dzietności, gdyż dzieci wciąż umiera bardzo dużo. Oznacza to wzrost liczebności populacji. "W fazie tej współczynnik dzietności wynosi 4,5-6,0 dziecka na kobietę, a przeciętna długość trwania życia zawiera się w granicach 45-65 lat"[13].
Faza 3 charakteryzuje się dalszym spadkiem zarówno wskaźnika umieralności, jak i dzietności, ale ten drugi maleje szybciej. Przełom fazy 2 i 3 to moment, w którym przyrost naturalny osiąga najwyższy poziom. "Faza trzecia charakteryzuje się dzietnością wynoszącą 3,0-4,5 dziecka na kobietę i przeciętną długością życia 55-65 lat"[14]. To wtedy następuje tzw. eksplozja demograficzna - czyli nadzwyczaj szybki przyrost liczby ludności. Dzieje się tak dlatego, że ludzie żyją już zdecydowanie dłużej, dzieci wciąż dużo się rodzi, ale umierają znacznie później. Czyli na dole piramidy ludnościowej przybywa nam wielu nowych ludzi, a na górze zdecydowanie mniej ich ubywa. Jak zauważają Danny Dorling i Stuart Gietel-Basten w swojej książce Why Demography Matters, by osiągnąć pierwszy miliard, ludzkość potrzebowała blisko 1800 lat. "W 1. roku naszej ery na świecie żyło 300 mln ludzi, dopiero w 1800 r. ich liczba zbliżyła się do 1 mld. Potem proces ten ekstremalnie przyspieszył - 2 mld mieszkańców Ziemi było już w 1930 r., by w 2000 r. osiągnąć - 6 mld"[15].
II Rzeczpospolita demograficznie podzielona
Jak pisze Joanna Kuciel-Frydryszak w swoim książkowym bestsellerze Chłopki. Opowieść o naszych babkach:
Według szacunków z lat trzydziestych (w Polsce w XX w. - dopisek autorów), choć poziom higieny wzrasta i śmiertelność spada, wciąż blisko jedna czwarta wszystkich zgonów to noworodki. Najwięcej niemowląt umiera na wsiach lub w rodzinach z nizin społecznych. [...] W Polsce, w kraju o najwyższym przyroście naturalnym w Europie, co roku przybywa pół miliona osób [...] Co piąte dziecko w Polsce nie dożywa roku[16].
W dwudziestoleciu międzywojennym społeczeństwo polskie było niejako w dwóch fazach naraz. Warstwy bogatsze i obszary bardziej rozwinięte (głównie w miastach) były już w fazie 3, podczas gdy chłopi (70% populacji Polski) w biedniejszej (wschodniej) części kraju znajdowali się jeszcze na przełomie faz 1 i 2 rozwoju demograficznego.
Dochodzimy do fazy 4, czyli obecnych czasów w większości krajów świata, gdzie dzietność i umieralność zbliżają się do siebie, stabilizując się na niskich poziomach. "Demografowie ONZ charakteryzują tę fazę dzietnością poniżej 3 dzieci na 1 kobietę i przeciętną długością trwania życia wyższą niż 65 lat"[17]. W fazie 4 w przeciwieństwie do pierwszej, w której posiadanie dzieci zaczynało się rekompensować już w wieku 12-13 lat, czas utrzymywania potomstwa bardzo się wydłuża (powszechna edukacja, regulacje ograniczające możliwość pracy dzieci), a jednocześnie zabezpieczenie bytu na starość przejmuje państwo przez systemy emerytalne. Zatem wychowanie potomstwa staje się dużo droższe niż wcześniej. Koszty te są ponoszone przez rodziców do momentu usamodzielnienia się dzieci - obecnie następuje to najczęściej w wieku ok. 20 lat, kiedy dorosły młody człowiek zaczyna pracować, płacić podatki, czyli przynosić korzyści całemu społeczeństwu i państwu. Innymi słowy, koszty wychowania dziecka są wydatkami w dużej mierze prywatnymi, a korzyści są w większości publiczne.
Drugie przejście. Nowi "królowie" - samorealizacja, indywidualizm, prestiż
Cztery fazy przejścia demograficznego można określić klasycznymi. W literaturze przedmiotu pojawia się jednak także teoria tzw. drugiego przejścia demograficznego. Najczęściej w tym kontekście wymienia się prace holenderskiego badacza Dirka J. van de Kaa[18].
To drugie przejście opisuje zjawiska demograficzne w krajach wysoko rozwiniętych w drugiej połowie XX w., które różnią się od pierwszego klasycznego przejścia. Liczą się tutaj bardziej psychologia jednostek oraz kwestie społeczno-kulturowe niż te wiążące się z przetrwaniem i fizycznością. Zmiany te wynikają z modernizacji, globalizacji i przemian kulturowych, które redefiniują tradycyjne modele rodzinne oraz podejście jednostek do życia.
To, co się dzieje w społeczeństwach wchodzących w ten okres, to:
Wzrost indywidualizmu: ludzie zmieniają swoje priorytety życiowe. Samorealizacja, kariera zawodowa i rozwój osobisty stają się ważniejsze niż tradycyjne role rodzinne. Zmiany w strukturze społecznej i roli płci: następuje równouprawnienie, zdecydowany wzrost aktywności zawodowej kobiet, zmiana oczekiwań społecznych wobec tradycyjnych ról płciowych, co wpływa na model życia rodzinnego. Opóźnienie decyzji o małżeństwie i rodzicielstwie: ludzie o wiele później zawierają małżeństwa i zakładają rodziny. Spadek dzietności: wiele krajów doświadcza trwałego obniżenia liczby urodzeń poniżej poziomu zapewniającego stabilny rozmiar populacji. Zwiększenie liczby związków nieformalnych: popularność zyskują konkubinaty, związki partnerskie czy życie w pojedynkę bez formalnego zawierania małżeństwa. Dużo jest także urodzeń pozamałżeńskich.
Wszystko to prowadzi do głębokich przeobrażeń w strukturze demograficznej, co ma wpływ nie tylko na dzietność czy liczbę małżeństw, ale także na funkcjonowanie społeczeństwa i systemów opieki społecznej. W efekcie tych zmian liczba urodzeń spada do drastycznych poziomów nawet poniżej liczby zgonów, czyli przyrost naturalny jest ujemny.
4.3.Wskaźniki lecą w dół
Gdy przyjrzymy się bliżej wskaźnikowi dzietności i przeciętnej długości trwania życia (zob. ilustracje 4.2, 4.7 i 4.8), zauważymy, że wszystkie regiony poza Afryką Subsaharyjską są już co najmniej w czwartej fazie przejścia. Cztery najbardziej rozwinięte regiony świata (Europa i Azja Centralna, Ameryka Łacińska, Ameryka Północna oraz Azja Wschodnia i Pacyfik) znajdują się już poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, czyli po drugim przejściu. Jedynie Afryka Subsaharyjska z TFR na poziomie 4,52 i przeciętną długością trwania życia wynoszącą 60,8 lat jest na granicy faz 2 i 3. Pod względem przeciętnej długości trwania życia mieści się w fazie 3 (> 55 lat), a pod względem TFR tuż nad progiem umownie klasyfikującego do fazy 3, czyli w momencie maksymalnego przyrostu naturalnego.
Możemy się spodziewać, że w kolejnych latach ten przyrost będzie coraz mniejszy, stąd biorą się prognozy o spadku ludności świata pod koniec stulecia. To tym bardziej prawdopodobne, że przechodzenie między poszczególnymi fazami bardzo przyspiesza. O ile w Europie procesy te trwały dziesiątki, a nawet setki lat, o tyle obecnie w innych częściach świata przebiegają one błyskawicznie. Na przykład Korea Południowa jeszcze w latach sześćdziesiątych XX w. miała wskaźnik dzietności na poziomie 6, pod koniec zaś wieku - czyli w ciągu 40 lat - spadł on już do poziomu 1,7, a 10 lat później do 1,2. Obecnie oscyluje wokół zastraszającego poziomu 0,8 (zob. ilustracja 4.11).
Ilustracja 4.7. Wskaźnik dzietności (TFR) w różnych regionach świata a fazy przejścia demograficznego w latach 1960-2023
Źródło: opracowanie własne na podstawie databank.worldbank.org.
Ilustracja 4.8. Przeciętna długość trwania życia w poszczególnych regionach świata a fazy przejścia demograficznego[19] w latach 1960-2023
Źródło: obliczenia własne na podstawie danych databank.worldbank.org.
W ostatnich latach spośród rozwiniętych krajów cywilizacji zachodniej jedynym państwem, które zachowuje poziom zastępowalności pokoleń, jest Izrael (o przyczynach wysokiej dzietności w Izraelu zob. w dalszej części). W pozostałych krajach od lat znajduje się on już poniżej tego poziomu. Spośród krajów UE najwyższy wskaźnik od wielu lat notuje Francja. W latach 2022 i 2023 wyniósł on 1,79. W państwach należących do OECD[20] wskaźnik dzietności w 2022 r. opiewał na średnio 1,5, podczas gdy jeszcze w 1960 r. było to 3,3 (wtedy do OECD należało 17 państw, dziś jest ich 38).
Ilustracja 4.9. Wskaźnik dzietności (TFR) w państwach Europy
Źródło: opracowanie własne na podstawie databank.worldbank.org.
Ilustracja 4.10. Wskaźnik dzietności (TFR) w krajach OECD w latach 1960-2023
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych databank.worldbank.org.
Wskaźniki dzietności na całym świecie lecą w dół. Nawet w krajach, które tradycyjnie określilibyśmy jako płodne. Na przykład w najludniejszym kraju świata - w Indiach - wynosi on już poniżej 2. W Iranie zaś 1,62, Wietnamie - 1,92, Brazylii - 1,48, na Sri Lance - 1,40, a na Filipinach - 1,55. Prawie na całym świecie maleje dzietność, jeszcze pozytywnie wyróżniają się kraje Azji Środkowej, Mongolia, Izrael i Egipt. Europa, Ameryka Północna i Południowa znajdują się obecnie poniżej wskaźnika 2.
Świat "ucieka" od dzieci.
4.4. Nie jesteśmy skazani na wymarcie
Przyglądając się tym tendencjom, można odnieść wrażenie, że spadek dzietności jest immanentnym zjawiskiem towarzyszącym bogaceniu się i rozwojowi. Jednak rzeczywistość na szczęście jest bardziej skomplikowana. Możemy znaleźć przykłady krajów rozwiniętych, bogacących się czy należących do klubu najbogatszych, w których w ostatnich 30 latach spadek dzietności się zatrzymał, a w niektórych nawet udało się tę tendencję odwrócić. Najbardziej spektakularnym, ale jednocześnie nietypowym wzorem odwrócenia spadku dzietności jest Izrael (o którym piszemy poniżej). Także we Francji, będącej jednym z najbogatszych i najpotężniejszych krajów świata (należącej do tzw. grupy G7), udaje się utrzymać w długim okresie wysoki TFR. W 1974 r. przekraczał on tam nieznacznie poziom zastępowalności pokoleń (2,18), a od tego czasu jest powyżej średniej dla UE i nie spada poniżej 1,8.
Jeszcze inne zależności możemy zaobserwować w przypadku krajów będących przed 1989 r. częścią bloku wschodniego, które w 2004 r. stały się częścią UE. Na szczególną uwagę zasługują tutaj Czechy i Węgry, gdzie zaraz po upadku komunizmu w okresie transformacji ustrojowej poziom dzietności szybko spadał, ale w ostatnich latach wraz z poprawą sytuacji ekonomicznej ten trend się odwrócił.
W Czechach[21] dzietność malała stale od połowy lat siedemdziesiątych XX w. aż do roku 1999, kiedy to zanotowano dramatycznie niski poziom 1,13! Od początku XXI w. nasi południowi sąsiedzi zaczęli odbudowywać dzietność, by w 2021 r. osiągnąć poziom lidera UE ex aequo z Francją ze wskaźnikiem 1,83. Niestety w ostatnich latach znów zaczął on mocna spadać.
Podobną ścieżką podążały Węgry, gdzie TFR między latami 1974 a 2011 zmalał z poziomu 2,27 do 1,23. W 2010 r. węgierska partia Fidesz, która wtedy przejęła władzę, uczyniła politykę rodzinną jednym z priorytetów i od 2012 r. notujemy nieznaczny, ale systematyczny wzrost dzietności. W 2022 r. nastąpił lekki spadek po raz pierwszy od dziesięciu lat, do poziomu 1,5.
Ilustracja 4.11. Spadek dzietności (TFR) w wybranych krajach OECD w latach 1974-2022
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych databank.worldbank.org.
Przytoczone przykłady pokazują, że pomimo generalnej zależności polegającej na tym, że wraz z rozwojem i bogaceniem się społeczeństw spada dzietność (tak jak opisaliśmy to w fazach przejść demograficznych), można znaleźć przykłady krajów o różnych doświadczeniach historycznych (Izrael, Francja, Czechy, Węgry, ale także i USA), w których rozwój łączy się jednak ze wzrostem lub stabilizacją wskaźnika dzietności. Podobnie jak w przypadku wielu zjawisk społecznych nie ma tutaj determinizmu. O tych najnowszych trendach dotyczących tego, że bogactwo, wyższe dochody rodzin i większa aktywność zawodowa nie muszą oznaczać spadku dzietności, piszemy w rozdziale 8, gdzie przedstawiamy najnowsze badania dokumentujące tę tezę.
Mimo że dzietność maleje na całym świecie w zastraszającym tempie, najbardziej spektakularnie - in minus - w krajach Azji Południowo-Wschodniej, to są również kraje, które nieźle sobie radzą z malejącym poziomem dzietności. Historia uczy nas, by nie popadać w determinizm. To, że dzisiaj mamy taki trend, nie oznacza, że będzie on trwał wiecznie i że nie warto podejmować wysiłku, by go odwrócić. Ludzie - co do zasady - wciąż chcą mieć dzieci, ale z różnych przyczyn ich nie mają. Tak jest w Korei, tak też dzieje się w Polsce, o czym więcej piszemy w podrozdziale 4.5.