Przedmowa. Choroby przewlekłe
Przedmowa
Choroby przewlekłe
Aby dokonać postępów w rozwoju medycyny,
musieliśmy przestać traktować wiedzę jak monolit. Przed Kartezjuszem
twierdzono, że cierpienie może pochodzić z dwóch źródeł. Mogło nadejść z nieba, jako kara boska za grzechy, lub mieć przyczynę całkiem przyziemną
- choćby nieprzyjaciela zatruwającego naszą wodę tajemniczym proszkiem.
Kiedy Kartezjusz opublikował Rozprawę o metodzie, otworzyliśmy się na
eksperymenty myślowe i zrozumieliśmy, że w obliczu problemu najpierw
należy poszukać jego bezpośredniej przyczyny, a dopiero później włączyć
ją w wyobrażenie o całości. Dziś tkwimy w pułapce tego postępu. Kiedy
próbujemy stosować myślenie systemowe, zgodnie z którym na dany skutek
składa się kilka przyczyn, odkrywamy, że źródłem naszego bólu może być
presja środowiska, jakiej doświadczyliśmy w przeszłości, a nawet jedynie
nasze przekonania na jej temat.
W okresie, gdy mózg dziecka rozwija się z zawrotną prędkością, jak gąbka
przesiąka ono specyfiką swojego środowiska. Jeśli środowisko jest
harmonijne, dziecko znajduje w nim wszystko, czego potrzebuje do
niezakłóconego rozwoju. Czasem mówi się o "łatwych" dzieciach, ale
dzięki teorii przywiązania wiemy już, że są takie za sprawą swojego
otoczenia.
Patrząc z tej ewolucyjnej perspektywy, odkrywamy, że nieprawidłowo
ukształtowane środowisko odciska na rozwijającym się mózgu wczesne
piętno, które po latach może się objawić w postaci przewlekłej choroby.
Dobrą ilustracją tego zjawiska jest głód, który panował w 1943 roku w Leningradzie. Wojsko nazistowskie otoczyło miasto w trakcie morderczo
ostrej zimy. Temperatura spadła poniżej pięćdziesięciu stopni Celsjusza
i ucieczka drogą morską stała się niemożliwa. W ciągu jednego roku
śmierć poniosło osiemset tysięcy osób. Mimo to osiemdziesiąt kobiet
wydało na świat osiemdziesięcioro dzieci. Do miasta powróciło życie, a dzieci dorosły, jednak okazało się, że w wieku osiemnastu lat wszystkie
cierpią na zaburzenia poznawcze i chorują na cukrzycę.
Jeśli zastosujemy do tego problemu linearne rozumienie
przyczynowo-skutkowe, rozwiązanie jest proste: aby u dzieci nie
rozwinęły się zaburzenia, ciężarne kobiety muszą się prawidłowo
odżywiać. Jest to niezbędne, ale zarazem niewystarczające, ponieważ nie
ma życia, które byłoby całkiem wolne od cierpienia. Nawet "dobrze"
urodzone dziecko może doświadczać później zakłóceń niszy
sensorycznej1 spowodowanych problemami rodziców: śmiercią
lub chorobą jednego z nich, konfliktem małżeńskim, zaburzeniami
nerwicowymi ojca lub matki nabytymi w dzieciństwie, a także ubóstwem,
które sprawia, że codzienność jest stresująca: "Lodówka jest pusta, każą
nam się wyprowadzić, nikt nam nie pomaga...". Cierpienie rodziców, którzy
sami nie czują się bezpiecznie, a więc nie dają poczucia bezpieczeństwa
dziecku, zaburza jego rozwój. Około trzeciego roku życia dziecko wkracza
w świat słów i rozwija się w otoczeniu werbalnym własnej rodziny,
sąsiedztwa i kultury. Jeśli rodzice nie mieli możliwości zdobyć
wykształcenia, będzie ono żyło w świecie ubogim w słowa. Rozpocznie
edukację przedszkolną z zasobem dwustu wyrazów, podczas gdy dziecko z rodziny kultywującej tradycje i posługującej się bogatym słownictwem
będzie znało ich tysiąc. Zgadnijcie, które z nich będzie się lepiej
uczyło. Grupa dysponująca dwustu słowami nie będzie rozumiała poleceń.
Upokorzone i nieszczęśliwe dzieci zaczną odbierać edukację jako
nieustającą przemoc. Przewlekły stres powoduje wydzielanie kortyzolu,
który zaburza działanie układu limbicznego, odpowiadającego za pamięć i emocje, oraz nadmiar katecholamin, co prowadzi do chorób układu
sercowo-naczyniowego, takich jak arytmia czy nadciśnienie. Wspomniane
wyżej chroniczne dysfunkcje są wynikiem problemów w rozwoju afektywnym i społecznym. Kiedy około szóstego roku życia dziecko wkracza w świat
opowieści, docinki i dewaluujące uwagi wpływają negatywnie zarówno na
jego mózg, jak i na krążenie.
Poza tymi przewlekłymi problemami, które wpływają negatywnie na ciało,
zdarzają się traumatyczne przeżycia rozdzierające duszę, takie jak
gwałt, odrzucenie czy zawstydzanie. Nie mogąc uzewnętrznić związanych z nimi uczuć, człowiek rozpada się na dwie części: jedna usiłuje udawać
"normalną", a druga cierpi w ukryciu.
Cyril Tarquinio pisze o tych - widocznych gołym okiem lub
niedostrzegalnych - sytuacjach, które nękając ciało i duszę, prowadzą do
zaburzeń organicznych lub psychicznych, których źródło tkwi w doświadczeniach z przeszłości. Na szczęście oprócz ewolucjonistycznych
rozważań oferuje czytelnikowi również towarzyszenie w zdrowieniu.
Zdolność do ponownego podjęcia rozwoju po jego traumatycznym przerwaniu
jest nazywana rezyliencją. To prawdziwie banalne wyjaśnienie tego
pojęcia, ale osoby doświadczające poznawczej opozycji ciała do duszy i społeczeństwa, często potrzebują takiego uogólniającego rozumowania.
Wiedzę można uszczegółowić w laboratorium albo w publikacji naukowej,
takiej jak praca dyplomowa czy specjalistyczny artykuł, co jest
chwalebne, należy jednak również upowszechniać informacje, które mogą
być użyteczne dla praktyków - jak robi to Tarquinio w ramach wykładów na
Uniwersytecie Lotaryńskim w Metzu oraz w Centre Pierre Janet.
Wszystko, co żyje, rozwija się: klimat, rośliny, zwierzęta i kondycja
ludzka. Wszystko więc, co piszemy, to prawdy chwilowe. Kiedy
pozostawiamy porzucone lub maltretowane dziecko samo z jego problemami,
jest ono skazane na powtarzanie traumatycznych doświadczeń, ale kiedy
się nim zaopiekujemy, wraca na ścieżkę rozwoju i nie musi już tego
robić. Musimy jednak pamiętać, że mózg, który we wczesnym dzieciństwie
jest niewiarygodnie plastyczny, z wiekiem przestaje taki być. Decydenci
polityczni powinni więc umożliwić nam wczesną interwencję. To dobre
również dla kraju, ponieważ na osobę, która cierpi z powodu zaburzeń
psychicznych lub chorób przewlekłych, wydaje się dużo publicznych
pieniędzy - a człowiek, który rozkwita, rozsiewa wokół siebie szczęście.
Cyril Tarquinio w prostych słowach dzieli się z nami swoją humanistyczną
wiedzą: możemy dzięki niej oddziaływać na otoczenie, które oddziałuje na
nas.
dr Boris Cyrulnik
styczeń 2022
Wprowadzenie
Wprowadzenie
Pomimo istniejących od dawna dowodów świat
nauki długo zwlekał z potwierdzeniem hipotezy o niemal oczywistym
wpływie negatywnych czy traumatycznych zdarzeń na nasze zdrowie. Badacze
zainteresowali się tą problematyką dopiero niedawno. Od kilkunastu lat
powstaje coraz więcej publikacji dotyczących tego, że trudne
doświadczenia przeżyte w dzieciństwie i okresie dojrzewania (od
urodzenia - a z pewnością nawet wcześniej - do osiemnastego roku życia)
prawdopodobnie nie pozostają bez wpływu na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne w wieku dorosłym.
O tym, że istnieje związek między minionymi przeżyciami a problemami
psychicznymi w późniejszym życiu, powszechnie wiadomo od końca XIX
wieku, czyli od początku rozwoju współczesnej psychologii. O wiele
bardziej zaskakujący jest fakt, że między trudną przeszłością a chorobami przewlekłymi, takimi jak schorzenia układu
sercowo-naczyniowego, nowotwory, chroniczne bóle, cukrzyca, otyłość i wszelkiego rodzaju uzależnienia, również może istnieć zależność
przyczynowo-skutkowa. Z ubolewaniem stwierdzam, że współczesna medycyna
niezbyt się tym interesuje - co oburza tym bardziej, że cierpią na tym
pacjenci. Co gorsza, wygląda na to, że trudne doświadczenia i zmaganie
się z problemami mogą zmniejszać nasze szanse na długie życie. Cierpimy
więc podwójnie! Znęcanie się, brak uwagi, przemoc słowna, przemoc
seksualna (bądź narażenie na nią), porzucenie lub życie w lęku przed
porzuceniem, przemoc w szkole, ale także rozwody, konflikty między
rodzicami, choroba jednego z nich, żałoba - to zbyt często lekceważone
problemy, które odbijają się na zdrowiu fizycznym w dorosłości.
Kiedy jednak idziemy do lekarza, nie dostrzega on żadnego związku między
dolegliwościami, które nas do niego sprowadziły, a naszymi
doświadczeniami z przeszłości. A przecież choroby chyba nie spadają z nieba! I to wszystko dzieje się w czasach, gdy dominującą ideologią jest
kult zdrowia i dobrostanu! W czasach, gdy nawet stół traktujemy jak
aptekę: nie jemy już dla przyjemności, ale dla zdrowia! W czasach wysypu
ezoterycznych sposobów troski o swój dobrostan, takich jak medytacje,
spacery, przytulanie drzew i post! W czasach, gdy wreszcie zdaliśmy
sobie sprawę z prozdrowotnego działania oddechu (by przekonać się o słuszności tego rewolucyjnego pomysłu, wstrzymajcie oddech na dziesięć
minut w obecności najlepszej przyjaciółki czy najlepszego przyjaciela,
którzy następnie potwierdzą życiodajne właściwości oddychania, ponieważ
wy najprawdopodobniej nie będziecie mogli tego zrobić osobiście!). W czasach, gdy w trosce o zdrowie fizyczne i psychiczne interesujemy się
wszystkim, co znajduje się poza nami, może należałoby zainteresować się
również tym, co nosimy w sobie: w naszej pamięci, a także w DNA.
Nasza przeszłość oraz mniejsze czy większe trudności, z którymi
musieliśmy się zmierzyć, mają duży wpływ na naszą zdolność do zdrowego
życia, a także na jego przewidywaną długość.
Ale czy jako dorośli mamy na to wpływ? Owszem, ponosimy odpowiedzialność
za nasze czyny wobec przyszłych pokoleń. W mediach wiele się mówi o klimacie i stanie, w jakim zostawimy Ziemię naszym dzieciom.
Niewątpliwie należałoby z równym przejęciem zastanawiać się nad kondycją
psychiczną i zdrowotną przyszłych pokoleń, zwłaszcza w świetle
wychowania, które im zaoferujemy, i sposobu, w jaki przeżyją dziecięce i młodzieńcze lata. Nie wolno nam się zwalniać od odpowiedzialności, którą
ponosimy jako rodzice i wychowawcy. Agresja, zaniedbania, rozstania,
zaburzenia przywiązania, przemoc seksualna wciąż zbyt rzadko trafiają na
pierwsze strony gazet.
Jakie przyszłe pokolenia kształtujemy? Jaki kapitał gromadzimy lub
trwonimy w kontekście zdrowia fizycznego i psychicznego naszych wnuków?
Czy jest to bagaż, który może mieć wpływ na ich mózg, a nawet genetykę?
Czy wszystko jest z góry zapisane, czy też każdy z nas dysponuje -
choćby ich u siebie nie podejrzewał - zasobami, dzięki którym może wyjść
z trudnych doświadczeń mniej pokiereszowany, niż można by się
spodziewać? Czy po wyjściu z piekła możemy mieć nadzieję na uzdrowienie?
W tej książce staram się odpowiedzieć na wszystkie powyższe pytania.
Zapraszam was na intelektualną wędrówkę, dzięki której będziecie mogli
lepiej zrozumieć psychologię człowieka i uświadomić sobie, na jakim
poziomie jest obecnie dziedzina nauki, która ma nam tak wiele do
zaoferowania. Książka ta, w której wyniki badań przeplatają się z osobistymi refleksjami, stwarza również okazję do zastanowienia nad tym,
jak ukształtowały nas życie, wychowanie i nasi rodzice. Będę się jednak
starał wprawić was także w dobry humor, a kto wie, może nawet
rozśmieszyć anegdotami ilustrującymi - czasem uszczypliwie, ale też z czułością i humorem - niektóre z poruszanych zagadnień. Nie można bowiem
brać życia zbyt serio, zwłaszcza że ono nas nie oszczędza!
1. Niedole okresu dzieciństwa: drobne bolączki i wielkie dramaty
1.
Niedole okresu dzieciństwa: drobne bolączki i wielkie dramaty
Kto może z czystym sumieniem powiedzieć, że
jego życie było jak długa, spokojna rzeka? Beztroskie, pełne miłości,
współczucia, życzliwości i uśmiechu? Z pewnością nikt na tej planecie.
To pytanie nikogo nie pozostawia obojętnym: przywołuje bowiem
przeszłość, utkaną z dobrych, ale również złych wspomnień.
Po ponad dwudziestu latach pracy psychoterapeutycznej mogę powiedzieć,
że nasz mózg ma niesamowite zdolności i zupełnie nieoczekiwane zasoby,
które czasem mobilizuje, żeby uciec pamięcią od negatywnych wspomnień
albo przeprojektować je w taki sposób, by były dla nas akceptowalne.
Kasowanie albo zmienianie wspomnień z momentów zwątpienia i cierpienia z lat dzieciństwa, a może nawet wcześniejszych, to szalenie ciekawe, a zarazem jakże ludzkie zjawisko.
Wypieranie własnej historii, odcinanie się od siebie
Dlaczego niektórym osobom tak trudno po prostu przyznać, że ich
dzieciństwo było w najlepszym razie skomplikowane, a w najgorszym
stanowiło ciąg powtarzających się traum? Czy jako dorośli mielibyśmy być
z tego powodu negatywnie oceniani? Czy moglibyśmy mieć problemy lub
odczuwać dyskomfort w relacjach z rodzicami z powodu sposobu, w jaki ich
postrzegamy albo chcielibyśmy postrzegać? A może wywołałoby to w nas
wewnętrzny konflikt, bo chcemy pozostać wobec nich lojalni? Kiedy
omawiamy cierpienia z dzieciństwa, w sposób nieunikniony identyfikujemy
również ich sprawców lub osoby za nie odpowiedzialne; trzeba przyznać,
że bardzo często są nimi nasi rodzice czy bliscy. Oczywiście okres
dzieciństwa to nie tylko rodzina: to również szkoła, grupy koleżeńskie,
a ostatnio także media społecznościowe; kontekstów, w których mogą
powstać urazy, jest wiele. Niektórym okres ten upłynął spokojnie: bez
przeszkód, nękania ze strony rówieśników w szkole lub poza nią, bez
marginalizacji czy przemocy. Ale w przypadku wielu ludzi było zupełnie
inaczej. I lata później, już jako dorosłych, wciąż ich to dotyka i niszczy, mimo wysiłków, które podjęli, by uciec od ponurych wspomnień, a także związanych z nimi osób i miejsc.
Wielu ludzi jednak uważa, że przeszłością nie warto się zajmować. Po co
wracać do czegoś, czego i tak nie można już zmienić? Jesteśmy dorośli,
nie ma potrzeby zadręczać się przeszłością, która nijak nie tłumaczy ani
tego, kim jesteśmy, ani tego, kim będziemy jutro. Tacy ludzie sądzą
więc, że aby żyć w wolności, wystarczy zamknąć oczy na własną historię,
nie ma bowiem żadnego poważnego związku przyczynowo-skutkowego, który
miałby wpływ na to, jakimi ludźmi są dzisiaj.
Zgodnie z tą koncepcją mielibyśmy również całkowitą kontrolę nad naszym
życiem i nad tym, jacy jesteśmy. Zawsze racjonalni, mielibyśmy się
kierować wyłącznie logiką, a szczęśliwe czy nieszczęśliwe doświadczenia,
którymi naznaczona jest nasza przeszłość, nijak by na nas nie wpływały.
I nawet gdyby psychologowie przez przypadek mieli trochę racji,
twierdząc, że traumatyczne zdarzenia z dzieciństwa mają jakieś
znaczenie, wszystko i tak byłoby kwestią woli i siły charakteru. Zapewne
każdy z nas ma wśród swoich krewnych czy znajomych jedną lub więcej
osób, które często oświadczają wszem i wobec, że "nie wierzą w psychologię", że "całe to gadanie o dzieciństwie to głupoty, które nie
trzymają się kupy", albo że "dopóki się wie, czego się chce, można o to
zawalczyć i to osiągnąć". Czyżby więc wystarczyła odrobina chęci i siły
charakteru, by poradzić sobie w życiu i dostać to, co najlepszego
oferuje nam społeczeństwo? Co w takim razie powiedzieć o tych, którzy
tego nie osiągają? Czy są słabymi jednostkami, podmężczyznami i podkobietami? Oznaczałoby to, że każdy z nas jest wolny i całkowicie
odpowiedzialny za to, co robi i kim jest. Zapewne - jednak psychologia
od dawna wskazuje, że ta kwestia jest nieco bardziej skomplikowana, niż
się wydaje.
Ludzka psychika bynajmniej nie jest racjonalna
Przyjrzyjmy się powyższemu stwierdzeniu. Gdyby nasza psychika była
racjonalna, psychologowie byliby potrzebni tylko "wariatom" i ludziom
"słabym". Wyrazy najgłębszego podziwu dla osób mających taką wizję
świata. Jest ona do tego stopnia pozbawiona niuansów oraz tak żałośnie
prostacka, śmieszna i stygmatyzująca, że aż fascynująca! Zgodnie z nią
ludzka psychika i społeczeństwo byłyby niczym oparte na systemie
zero-jedynkowym komputery. Ludzie dzieliliby się na dobrych i złych,
silnych i słabych, ładnych i brzydkich, bardziej i mniej inteligentnych.
Och, gdyby tylko ludzka psychika rządziła się tak prostymi i logicznymi
prawami! Psychologowie potraciliby pracę i cała profesja mogłaby odejść
do lamusa.
Historia ludzkości pokazuje jednak, jak bardzo nasze zachowania są
nieracjonalne, nieprzewidywalne i często determinowane siłami i procesami, które całkowicie wymykają się naszej kontroli i wszelkim
założeniom. Jak na przykład przewidzieć zachowanie męża, który z dnia na
dzień, choć nic na to nie wskazywało, postanawia zgwałcić, a następnie
zadźgać własną żonę? Kilka lat temu prowadziłem terapię mężczyzny (46
lat, stanowisko kierownicze w luksemburskiej firmie), który nie potrafił
sobie poradzić z uzależnieniem od gier, co z czasem zaczęło zagrażać
równowadze finansowej jego patchworkowej rodziny i nieuchronnie
zaburzało spokój w związku. Mężczyzna nie wykazywał żadnych cech
psychopatologicznych i nigdy nie prezentował szczególnie agresywnych
zachowań, zwłaszcza wobec swojej żony. Ale pewnego dnia kobieta
oświadczyła mu, że odchodzi, że związała się z kimś innym i że uczucie,
którym darzyła męża, wygasło przez ciągłe kłótnie. Kilka dni po tym
strasznym obwieszczeniu w rubryce kryminalnej lokalnej gazety pojawiła
się wzmianka o morderstwie z użyciem noża, po której przeczytaniu mój
pacjent zabił własną żonę w okolicznościach rodem z horroru.
Powiecie, że to wyjątkowa sytuacja? Że ten człowiek od początku był
szaleńcem i potencjalnym mordercą? Oczywiście musimy szukać podobnych
wytłumaczeń, bo inaczej musielibyśmy w głębi serca uznać, że my również
jesteśmy zdolni do takich czynów oraz że wbrew pozorom wystarczyłby
drobiazg, by uczynić z nas potencjalnych zabójców. W psychologii
zjawisko rozpoznawania w drugiej osobie jakiegoś aspektu siebie nazywa
się identyfikacją. Proces identyfikacji może być pozytywny,
dowartościowujący i bardzo stymulujący: kiedy utożsamiamy się z charyzmatycznymi liderami, wybitnymi sportowcami czy bohaterami. Może
być też jednak wysoce destabilizujący, jeśli odnosi się do morderców,
pedofilów czy sprawców przemocy seksualnej. Dlatego nasz mózg szybko
wyszukuje cechy, które uniemożliwią nam utożsamienie się z tymi osobami.
W ten sposób działa mechanizm obronny, dzięki któremu myślimy, że nie
jesteśmy w żadnym wypadku zdolni do takich nikczemności. Myślimy więc,
że tamten pacjent musiał mieć jakieś problemy psychiczne - pewnie pił
albo sam doświadczył przemocy w dzieciństwie. Musimy się chronić i, na
ile to możliwe, utwierdzać w przekonaniu o przyzwoitości naszej
konstrukcji psychicznej oraz o tym, że w przeciwieństwie do sprawców
jesteśmy dobrymi ludźmi poza wszelkimi podejrzeniami.
Jeśli jednak takie sytuacje dotyczą tylko jednostek zaburzonych
psychicznie, to jak wyjaśnić Holokaust i inne masakry na przestrzeni
całej historii - także te współczesne - które doprowadziły do
eksterminacji całych grup etnicznych i innych społeczności? Czy
rzeczywiście przyczyną są wyłącznie zaburzone jednostki, czy są to
efekty jakiegoś zaraźliwego obłędu? Odpowiedź wcale nie jest taka
oczywista. A co jeśli wszyscy jesteśmy spadkobiercami okropności, jakich
dotychczas dopuściła się ludzkość? Co, gdyby się okazało, że potrzeba
niewiele, by każdy z nas przeszedł na ciemną stronę mocy? Przypomnijmy
sobie prace słynnego amerykańskiego psychologa Stanleya
Milgrama2 (we Francji stał się on znany za sprawą filmu
Henriego Verneuila Tysiąc miliardów dolarów z 1982 roku z Patrickiem
Dewaere), który po drugiej wojnie światowej wykazał, że tak naprawdę
każdy z nas potrafi z zimną krwią zabić niewinną istotę, jeśli tylko
dostanie rozkaz i kilka dolarów. Celem zrealizowanego przez niego w latach 1961-1963 eksperymentu było sprawdzenie, czy człowiek jest w stanie wykonywać rozkazy sprzeczne z własną moralnością. Uczestnicy
sądzili, że biorą udział w badaniach na temat nauki i pamięci. Zostali
poproszeni o zadawanie pytań obcej osobie. Kiedy ta nie znała odpowiedzi
na pytanie, mieli ją ukarać impulsem elektrycznym w zakresie od 15 do
450 woltów, zwiększanym za każdym razem o 15 woltów. Kiedy zadający
pytania zwlekał z zaaplikowaniem impulsu elektrycznego, włączał się
nadzorujący badanie (reprezentujący autorytet), który kierował do niego
proste uwagi w stylu "eksperyment wymaga, żebyś to zrobił", nie stosując
żadnej innej presji. Siedzący naprzeciw przepytywany udawał - ponieważ
tak naprawdę nie raził go oczywiście żaden prąd - że krzyczy z bólu, i błagał o przerwanie doświadczenia. Powstawał dylemat: oszczędzić
"ucznia" i okazać nieposłuszeństwo czy wykonać polecenie, ryzykując, że
się go zabije. Wyniki były tyleż nieoczekiwane, co przerażające: prawie
65% badanych posunęło się do zaaplikowania śmiertelnego impulsu 450
woltów. Przed eksperymentem psychiatrzy zakładali, że tak wysoki impuls
zastosuje jeden na tysiąc uczestników. Badani, którzy posunęli się do
zastosowania impulsu elektrycznego o śmiertelnym napięciu, niczym się od
nas nie różnili. Jak stwierdziła Hannah Arendt po zakończeniu drugiej
wojny światowej, sprawcy nazistowskich zbrodni nie byli bardziej
szaleni, bardziej żądni krwi czy okrutniejsi od innych ludzi. Tak
naprawdę bowiem nie jesteśmy do końca panami własnych zachowań, a spora
część ludzkiej natury wymyka się logicznemu rozumowaniu. Osobom, które
mają wrażenie, że kontrolują własne życie, oczywiście trudno to
zaakceptować. To przekonanie jest jednak iluzją, nawet jeśli wciąż mocno
się nas trzyma.
Idealni rodzice
Nasi rodzice - a także rodzice, którymi stali się niektórzy z nas -
postępowali ze swoimi dziećmi najlepiej, jak potrafili, wkładając w to
całe serce. Taka jest prawda, w zasadzie dość straszna, co wykażemy na
dalszych stronach tej książki. Bo nawet jeśli rodzicom daleko do
doskonałości, jeśli ich metody wychowawcze pozostawiają wiele do
życzenia, jeśli są źli - to są źli całym sercem i mimo całej swojej
miłości. Dowodem tej oczywistej tragedii jest fakt, że gabinety
psychologiczne są dziś oblegane jak nigdy dotąd. Wciąż wypełniają się
cierpiącymi pacjentami, którzy przychodzą, by opowiadać o sobie i swoich
problemach oraz o dramatach, jakich doświadczyli w dzieciństwie i okresie dojrzewania. Wielu osobom trudno jednak przyjść na psychoterapię
i opowiadać o tych przykrych doświadczeniach. Mają poczucie, że
postępując w ten sposób, zdradzają własnych rodziców. Ojca, matkę,
dziadka, babcię, brata czy siostrę, którzy przecież zdawali się ich
kochać. Ale trzeba sobie uświadomić, jak było naprawdę. Od dawna nie
wszystko działa prawidłowo, od dawna coś im przeszkadza żyć pełnią
dorosłego życia czy po prostu być szczęśliwymi. I to właśnie każe nam
wrócić do tej z pozoru zamkniętej przeszłości.
Bardzo niewiele osób może się pochwalić tym, że w swoim dzieciństwie
zaznało wyłącznie radości, szczęścia i obfitości. Prawdopodobnie
natomiast wszyscy marzyliśmy o takim dzieciństwie, spędzonym pod opieką
troskliwych rodziców, którzy nigdy nie popełniają błędów: ani jednego
niepotrzebnego słowa, totalna dyspozycyjność, niezawodna życzliwość,
stabilny nastrój, uśmiech zawsze na twarzy i kochające otwarte ramiona,
zawsze gotowe przyjąć i uścisnąć swoje latorośle. Oznaczałoby to nie
tylko zaspokojenie wszystkich naszych potrzeb, ale wręcz ich
przewidywanie. Doskonałe wyżywienie, doskonała higiena, doskonały dom
dla doskonałych, czystych i oczywiście inteligentnych dzieci. Dzieci,
którym podczas zabaw w ogrodzie do butów nie lepiłaby się ziemia i których spodnie by się nie brudziły. Nie mówiąc o lśniących blond
włosach, zawsze nienagannie ułożonych mimo wiatru i zajęć sportowych.
Takie "perfekcyjne wychowanie" wbrew wszelkim oczekiwaniom mogłoby się
jednak okazać szkodliwe. Jeżeli idealni rodzice potrafią wszystko
przewidzieć i zapobiec wszelkim trudnościom, dzieci nie mają potrzeby
mobilizować żadnych własnych zasobów adaptacyjnych, a co za tym idzie,
radzić sobie z niedogodnościami, frustracjami czy małymi i dużymi
wyzwaniami, jakie życie stawia przed każdym z nas. W dodatku w tym
perfekcyjnym świecie wszystko musiałoby być nieskazitelnie czyste, a dom
byłby wolny od wszelkich wirusów i bakterii. Byłby to świat idealny,
który tak naprawdę nie istnieje.
Bo pewnego dnia te dorosłe już dzieci muszą, jak każe obyczaj, opuścić
swoje rodziny, choćby po to, by zacząć studia... oczywiście na renomowanej
uczelni. I tutaj zacząłby się dramat. Biedni idealni młodzi dorośli
wyruszyliby na podbój świata... i ich życie zakończyłoby się tuż za
rogiem, gdzie znaleziono by ich idealne zwłoki. Polegliby o kilka metrów
oddaleni od swojego ideału, pozbawieni szans na przeżycie w otoczeniu,
które można posądzać o wszystko, tylko nie o doskonałość. Zginęliby
przede wszystkim z przyczyn biologicznych, ponieważ ich układ
odpornościowy nigdy nie byłby wcześniej stymulowany do obrony. Organizm,
który chroniono przed wszystkim, nie byłby w stanie zaadaptować się do
funkcjonowania w otoczeniu wirusów i bakterii. I tak, nie domknąwszy
jeszcze walizek, z którymi mieli opuścić rodziców i swoje idealne życie,
poumieraliby, ponieważ ich ciała nie potrafiłyby walczyć z patogenami. A gdyby dziwnym trafem oparli się atakom wirusów i chorób, polegliby na
planie psychologicznym. Te nieszczęsne dzieci musiałyby się wreszcie
zmierzyć z otoczeniem społecznym i uruchomić swoje zasoby
psychologiczne, zarządzać interakcjami z innymi: konfliktami,
odrzuceniem, przemocą, frustracją, wszystkim tym, co w gruncie rzeczy
charakteryzuje stosunki międzyludzkie, z czym jednak one nigdy się nie
konfrontowały. Jeśli więc nie zabrałyby ich z tego świata wirusy i choroby, czekałyby je izolacja, depresja, a w końcu samobójstwo.
Idealni rodzice to tak naprawdę koszmar, którego nie należy życzyć
nikomu, ponieważ ich działania stanowią antytezę całego procesu
adaptacyjnego. Tymczasem procesy przystosowawcze są nieodłączną częścią
człowieczeństwa, ponieważ nasz organizm, ciało i mózg od zamierzchłych
czasów zorientowane są na jeden cel, a jest nim właśnie adaptacja.
Dotyczy to zarówno całego gatunku, jak i wyjątkowych jednostek, którymi
jesteśmy. Jeśli otoczenie przesadnie dostosowuje się do nas, następuje
swego rodzaju regres naszych kompetencji psychologicznych i w efekcie
możemy nie być w stanie podołać wyzwaniom, jakie życie nieuchronnie
przed nami stawia albo postawi w przyszłości. Oczywiście odwrotna
sytuacja - zbyt wymagające środowisko najeżone trudnościami i przeszkodami, którymi musimy nieustannie stawiać czoła - również nie
jest dla nas dobre. Można jednak powiedzieć, że - poza wyjątkowymi
przypadkami - zbyt duże dostosowanie do nas otoczenia zaburza nasze
zdolności adaptacyjne i najczęściej prowadzi do nieszczęścia.
Kompleks Harry'ego Pottera albo jak ukryć przemoc
Nawet wytwórnia Disneya nigdy nie odważyła się wyprodukować filmu
opartego na historii o idealnej rodzinie. Królewna Śnieżka, Mała
Syrenka, Śpiąca Królewna i wiele innych produkcji są wszak opowieściami
o bohaterach, których życie nie oszczędzało. By sięgnąć do nowszych
postaci - Harry Potter, bohater Joan K. Rowling, również słono zapłacił
za swoją sławę. Przypomnijmy, że pokój, w którym chłopca często zamykano
na klucz, był tak naprawdę pełnym pająków schowkiem pod schodami z okratowanym przez wujka okienkiem i klapką w drzwiach służącą do
podawania posiłków. A do tego był ujmujący kuzyn Dudley, który traktował
Harry'ego jak worek treningowy. Chłopca uznano za bezwartościowego i po
prostu odmawiano mu prawa do istnienia. A kiedy Dursleyów odwiedzali
"ważni goście", miał pozostawać w swoim "pokoju" i udawać, że go nie ma.
Przypomnijmy, że rodzina nazywała go "mizernym", "karłowatym",
"nieznośnym kłamczuchem" i "ciężarem".
Bohater cyklu Rowling raczej nie miał dobrego startu w życie. Oczywiście
Harry Potter jest tak naprawdę czarodziejem, który przeżywa niezwykłe
przygody w fantastycznym świecie, ale czy ten bohaterski chłopiec nie
jest w gruncie rzeczy po prostu straumatyzowanym dzieckiem, którego
życie nie oszczędzało? Najważniejszym elementem tej "traumatycznej
bajki" jest zapewne fakt, iż nasz młody bohater jako niemowlę w strasznych okolicznościach stracił rodziców i został umieszczony w niechętnej mu rodzinie zastępczej. To właśnie ten kontekst ostatecznie
doprowadził do fantasmagorii: stworzenia wyobrażonego świata, dzięki
któremu chłopiec mógł poradzić sobie z niemożliwą do zaakceptowania
rzeczywistością. Prawdziwa sytuacja Harry'ego została zastąpiona
zaczarowanym, baśniowym uniwersum, ukrywającym przed czytelnikami, jak i przed samymi bohaterami, okrutną, brutalną rzeczywistość, w której
dzieci są dręczone i doświadczają traum.
Harry'ego Pottera nikt nie postrzega jako maltretowanego dziecka. Wręcz
przeciwnie. Świadczą o tym całe pokolenia czytelników, którzy się z nim
utożsamiają; którzy chcą być jak on i należeć do Gryffindoru,
najszacowniejszego skrzydła dziecięcego szpitala psychiatrycznego o nazwie Hogwart. To dość dobrze potwierdza naszą zdolność do
przekształcania i upiększania rzeczywistości, którą trudno nam
zaakceptować. Bardzo chcielibyśmy mieć takie moce jak Harry i tak jak on
umieć uciekać od brutalności i cierpień, które spotykają nas w życiu.
Powszechna sympatia czytelników do tej postaci ukazuje, jak wielką mamy
skłonność do fantazjowania na temat naszego dzieciństwa. Kiedy
opowiadamy sobie własną historię, kiedy wracamy do niej myślami, to tak
naprawdę fantazjujemy. Często te nasze fantazje są jak bajki na
dobranoc: różnią się całkowicie od tego, co przeżyliśmy naprawdę. Żeby
nasza historia miała ręce i nogi, zapominamy, zmieniamy, uzupełniamy,
ukrywamy i wymyślamy jej różne aspekty. To, co mówimy o naszym
dzieciństwie, jest więc stworzoną przez nas opowieścią, dzięki której
staje się ono możliwe do zniesienia.
Na Harry'ego Pottera można by więc patrzeć jako na straumatyzowanego
chłopca zamkniętego w swoich urojeniach, w świecie wyobraźni, co
sugerowałoby skłonność do paranoi i dysocjacji. Ale nic z tych rzeczy. W świadomości zbiorowej jest on i pozostanie współczesnym bohaterem,
zdolnym przeciwstawić się złu i posiadającym magiczne moce, których
wszyscy mu zazdroszczą. Skoro potrafimy przeinaczyć prawdę o rzeczywistości Harry'ego, by zrobić z niego superbohatera, to równie
łatwo zastosujemy podobną strategię w stosunku do siebie, by nasze życie
było dla nas łatwiejsze do zniesienia. Wszyscy postępujemy z bohaterem
Rowling tak, jak z własnym życiem. Było ono, nawet dla tych najmniej
doświadczonych spośród nas, pełne trudnych czy wręcz traumatycznych
chwil. Innymi słowy, nie oszczędzało nas. Jednych tylko trochę pohuśtało
na wertepach, inni przeżyli trzęsienie ziemi. Oczywiście nie można
porównywać tych dwóch sytuacji, ale co ciekawe, obie one mają pewne
cechy wspólne.
Uznanie traumy psychicznej wciąż wzbudza opory
Jedną z licznych zasług Sigmunda Freuda jest to, że jako pierwszy
ustalił związek zaburzeń psychicznych swoich pacjentek z traumatycznymi
zdarzeniami w ich życiu. Już w okresie pisania swoich pierwszych prac
Freud spotkał się z problematyką traumy seksualnej i twierdził - chwała
mu za to - że może być ona wynikiem procesów czysto psychicznych.
Doświadczenie przemocy, a zwłaszcza przemocy seksualnej, miało być
głównym powodem pojawienia się w wieku dorosłym nerwicy
histerycznej3: zaburzenia "modnego" pod koniec XIX wieku.
Co istotne, w 1897 roku Freud całkowicie zrewidował to stanowisko,
uznając, że opowieści pacjentek to tylko wytwory ich fantazji, uznał
bowiem, że przytaczane przez nie sceny wykorzystania seksualnego w dzieciństwie nie mogą być prawdziwe. Austriacki mistrz był przekonany,
że są one produktem ich wyobraźni; od tego czasu również jego następcy
psychoanalitycy przestali wierzyć wyznaniom pacjentów. W całym XX wieku
odgrywano więc smutną komedię: dzieci, młodzież i dorośli zwierzali się
ze swoich nieszczęść i doświadczonych w dzieciństwie nadużyć seksualnych
profesjonalistom, którzy całkiem jawnie stwierdzali, że są to tylko
wytwory ich wyobraźni, w najlepszym wypadku fantazje, których źródło
należy zbadać - ale wiadomo, że leży ono w nieświadomych pragnieniach
pacjentów. Ofiary cierpiały więc podwójnie: nie tylko znęcano się nad
nimi w dzieciństwie, ale w dodatku w lecznicach, w których miały zostać
wysłuchane i otrzymać pomoc, nikt nie wierzył ich słowom. Możemy sobie
wyobrazić, jak bardzo tą głupią, godną potępienia teorią psychoanaliza
przyczyniła się do utrzymywania w nieświadomości ogromnych szkód, jakie
wyrządza przemoc seksualna, zwłaszcza gdy ma ona miejsce w dzieciństwie.
Alice Miller w swojej książce Zniewolone dzieciństwo wytknęła ten błąd
najwybitniejszym psychoanalitykom i dowiodła, że taki pogląd nie może
pomóc osobom, które w dzieciństwie doznały traumy seksualnej i fizycznej. "Czy lęki pacjenta, nad którym znęcano się we wczesnych
latach życia, można tłumaczyć stłumionym popędem, nie interesując się
tym, jak w rzeczywistości wyglądało jego dzieciństwo?"4.
Miller zarzuciła psychoanalizie bycie "przeszkodą" zamykającą ofierze
dostęp do odczuwanych emocji - przerażenia, nienawiści, poczucia
bezradności - związanych z traumatycznymi wydarzeniami w jej życiu. Ale
dwa najcelniejsze i najpoważniejsze zarzuty autorki wobec
psychoanalityków dotyczą ich bycia współwinnymi "czarnej pedagogiki",
polegającej na podporządkowaniu - siłą, jeśli trzeba - dziecka woli
dorosłego oraz na zmowie milczenia, która jeszcze niedawno otaczała
temat maltretowania i wykorzystywania seksualnego dzieci: "Dopóki
analityk broni teorii, które ukrywają oczywiste nadużycia i im
zaprzeczają, dopóty uniemożliwia on uświadomienie sobie tych nadużyć
zarówno swoim pacjentom, jak i społeczeństwu. Przyczynia się do
zbiorowego wyparcia zjawiska, którego skutki dotykają bezpośrednio
każdego z nas".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki