Co to jest świadome macierzyństwo?
Dnia 25 października r. 1931 otwarto przy ulicy Leszno 53 w
Warszawie pierwszą w Polsce
poradnię świadomego macierzyństwa. Data ta będzie miała z
pewnością swoje znaczenie. Ponieważ idea - u nas przynajmniej -
jest nowa, pragnę w paru słowach objaśnić jej istotę. To jest... czy ja się dobrze wyraziłem, że idea jest nowa?
Raczej jest dość stara. Czy zauważył kto mianowicie, aby żona
dyrektora fabryki czy banku, aby pani doktorowa lub pani
profesorowa miała tuzin a nawet pół tuzina dzieci, aby rodziła
piętnaście razy, jak się to zdarza często w domu robotnika lub
chłopa? - Nie. - Więc co? Czyżby fizjologja u tych pań była inna,
czyżby natura odmieniła dla nich swoje prawa? - Też chyba nie.
Poprostu, te uprzywilejowane istoty posiadły oddawna sekret
regulacji urodzeń czyli
świadomego macierzyństwa; mają przeważnie dzieci kiedy
chcą, ile chcą, nie przekraczają cyfry czasem aż nazbyt niskiej.
Stąd, widzimy taki obraz: w obszernem mieszkaniu na pierwszem
piętrze bawi się dwoje zdrowych dzieci; w suterenach, w jednej
izbie, gniecie się ich, choruje i często mrze ośmioro...
To, co pani robi codzień...
Zatem, świadome macierzyństwo jest oddawna faktem w
sferach t. zw. wyższych.
- Co to jest regulacja urodzeń? - pytała mnie jedna
paniusia.
-
To jest, łaskawa pani, to, co pani robi codzień. Chodzi o to, aby dobrodziejstw
świadomego macierzyństwa, będących dotąd monopolem
uprzywilejowanych, dostarczyć tym, którzy najbardziej ich
potrzebują. Temu celowi służy nowa poradnia. Ma ona uświadomić
kobiety, że ustrzec się ciąży można i nieraz trzeba; ma im
dostarczyć taniej i dobrej rady lekarskiej oraz najlepszych środków
zapobiegawczych po cenie kosztu. Nie jest to instytucja
dobroczynna, ale instytucja społeczna. - A jeżeli bezpłodna kobieta chce mieć dzieci?
- W takim razie lekarz udzieli jej wszelkiej rady potemu.
Już obecnie przychodzą takie pacjentki. Nie chodzi o to, aby
bezwzględnie ograniczać liczbę urodzeń; chodzi o to, aby mieli
dzieci ci, którzy je mogą wyżywić i wychować. To wyraża sama nazwa:
"świadome macierzyństwo".
Nowość nie nowa
Oczywiście jednak, główną klientelą poradni będą kobiety
pragnące ustrzec się ciąży. Nie przerwać ją, ale ustrzec się jej.
O ile idea ta nie jest nowa w stosunku do praktyki klas
uprzywilejowanych, nie jest również nowa, jeżeli spojrzeć na to co
się dzieje na szerokim świecie, nie zacieśniając się do naszego
podwórka. Takie poradnie istnieją i funkcjonują w wielu krajach
Europy. W Holandji są - bodaj od czterdziestu lat - uznane za
instytucje użyteczności publicznej. W Anglji popierane są
przez rząd. Pełno ich w Skandynawji, coraz więcej w Niemczech.
Istnieje
Światowa Liga regulacji urodzeń, która urządza doroczne
kongresy i w której znajdują się przedstawiciele wszystkich krajów,
z wyjątkiem, jak dotąd, Polski.
Nie bez walki
Rzecz prosta, że nie obyło się to bez walki. Idea
regulacji urodzeń urażała zbyt wiele zabobonów, zbyt wiele
zastarzałych narowów myślenia, zbyt wiele interesów wreszcie, aby
mogła sobie tak łatwo utorować drogę. Długi czas nie wolno było o
niej swobodnie pisać, nie mówiąc już o działaniu. Najpoważniejsze
publikacje w tym duchu konfiskowano np. w Niemczech pod zarzutem...
pornografji! Anglja, Ameryka, nie chciały słyszeć o tem. Idea
świadomego macierzyństwa miała swoich męczenników, którzy
pokutowali za nią po więzieniach. Ida Cradvoch, pierwsza pionierka
regulacji urodzeń
(birth-control) w Ameryce, skończyła samobójstwem,
zaszczuta przez obłudę społeczną. Kilka dziesiątków lat trwało,
zanim idea
świadomego macierzyństwa odniosła pełne zwycięstwo.
Nazywam je
pełnem, ponieważ nastąpiło ono w najbardziej
konserwatywnym kraju, w najbardziej konserwatywnej instytucji. Dnia
28 kwietnia 1928, angielska Izba Lordów wezwała rząd do usunięcia
zakazu, który wprzód zabraniał instytucjom społecznym uświadamiania
kobiet o metodach chronienia się od ciąży. Widocznie cyfry
rosnącego bezrobocia wymowniejsze były dla angielskich mózgów niż
wszystkie argumenty odwołujące się do rozumu i ludzkości.
Co mówi Mussolini?
Dwa są jeszcze kraje, w których propaganda
świadomego macierzyństwa oraz dostarczanie środków
zapobiegania ciąży karane są grzywnami i więzieniem: Francja i
Włochy. Trzeba wytłumaczyć czemu. Francja jest, można powiedzieć, ojczyzną
świadomego macierzyństwa; jeżeli nie jego teorji, to
praktyki. Oddawna, bez haseł i programów, z instynktu - można
powiedzieć - zaczęto tam ograniczać przyrost rodzin. Różne czynniki
się na to złożyły: francuski zdrowy rozum, i instynkt posiadania,
pęd do wyższej stopy życia i wzniesienia się na drabinie
społecznej, i zmysł samoobrony kobiety, która nie chce rezygnować z
kobiecości i nie chce być tylko maszyną do rodzenia dzieci. Nie
żadne "wyczerpanie rasy", ale poprostu świadome ograniczenie było
przyczyną zmniejszenia liczby urodzeń. Oddawna utrwalił się tam
słynny
system dwojga dzieci, który stworzył zamożność Francji. Po
przegranej wojnie r. 1870, stagnacja przyrostu ludności
zaniepokoiła rząd, przedewszystkiem z punktu militarnej przewagi
szybciej mnożących się Niemiec. Rząd wywiera tedy presje w duchu
populacyjnym, właśnie dlatego, że kraj oddawna uprawia
regulację; i ludność uprawia ją wciąż, mimo wszelkich
represyj, tyle tylko, że stosuje ją zapewne gorzej pod względem
higjeny niżby to było możliwe przy zupełnej swobodzie. Akcja
przeciw
świadomemu macierzyństwu trąci tu zresztą - jak wszędzie -
pocieszną obłudą: minister nagradza krzyżem Legji z trudem
wynalezionego biedaka, który ma ośmioro dzieci, ale sam pan
minister ma... jedno dziecko lub dwoje. Bądź co bądź, dzięki
ograniczeniu urodzeń, Francja jest krajem, który prawie niema
bezrobotnych. I zamiast by Francja nadążyła płodności Niemiec,
przeciwnie, dzisiejsze Niemcy w drodze
regulacji zniżyły swój przyrost niemal do skali Francji. We Włoszech panujący obecnie
przymus płodności jest w ścisłym związku z imperjalizmem
Mussoliniego. Dyktator chce mieć nadmiar ludności, niby przegrzany
kocioł parowy, potrzebny mu w jego dążeniach do
ekspansji. Ale, mimo forsownej akcji w tym duchu, mimo
nadawania szlachectwa bohaterowi, który wyprodukuje sześcioro
dzieci, przyrost ludności jest słaby. To, że nieograniczona
rozrodczość jest na rękę imperjalizmowi, to chyba nie będzie dla
nas argumentem. A dzisiejszemu stanowisku Mussoliniego można
przeciwstawić własne jego słowa, gdy, w odpowiedzi na ankietę
turyńskiego pisma
Wychowanie płciowe, oświadczył w r. 1913, że
"uznaje regulację urodzeń jako akt rozumu i odpowiedzialności u
wszystkich ludzi, którzy roszczą sobie pretensje do miana myślących
istot. Uważa ograniczenie urodzeń za święty osobisty i społeczny
obowiązek i nie przyznaje sądom żadnych praw w tej kwestji, o ile
nie chcemy wrócić do średniowiecza". Bardzo rozsądnie powiedziane. Brawo, Mussolini.
A u nas?...
Podczas gdy od dziesiątków lat walczono o te sprawy w
starym i nowym świecie, Polska, można powiedzieć, przespała te
walki. Ucisk problemów bytu narodowego, bierność i niskie
uświadomienie mas, supremacja kleru, - wszystko składało się na to,
że nawet echa tych haseł nie bardzo dochodziły do nas. Brzmiałyby
zresztą niepopularnie. Byliśmy w fazie ciągłego liczenia się:
pocieszano się, że, skoro nas jest tylu a tylu, a przybywa nas
jeszcze ciągle, wrogowie "nie strawią nas tak łatwo". Banoby się,
że gdyby nas było mniej, wcisnęłyby się w miejsce tego ubytku
obce żywioły etc. Słowem, nie bardzo zastanawiano się nad
zagadnieniem populacyjnem, napozór mniej palącem w kraju o
przewadze ludności rolniczej a nie robotniczej. Emigranci ciągnęli
za morze, na Saksy... Kiedy, w zaraniu naszego nowego bytu, nastręczyło się to
zagadnienie, uczeni nasi - ekonomiści, socjologowie - oświadczyli
się stanowczo za ograniczeniem płodności, widząc w niej źródło
pauperyzacji kraju, materjalnej i duchowej. Ustawy nasze są w tej
mierze neutralne, tem samem niema żadnych przeszkód do akcji w
duchu
świadomego macierzyństwa. Mimo to, brak odwagi mówienia
głośno o pewnych sprawach, pruderja obyczajowa, były powodem, że
akcji tej nie podejmowano dotąd, podtrzymując bezmyślnie w
pojęciach ogółu fetysza płodności. Wyrosła ona, siłą rzeczy, z okazji głośnej dyskusji o
karalności przerywania ciąży. Mimo że, w nowym projekcie
kodeksu karnego, nasza Komisja kodyfikacyjna, zrozumiawszy wreszcie
ile krzywdy i ile niedoli kryło się w dotychczasowych paragrafach,
posunęła się bardzo daleko w ich złagodzeniu, nie jest to jeszcze
rozwiązaniem kwestji. Jedynie
zapobieganie ciąży, tam gdzie ona jest niepożądana i gdzie
mogłaby pchnąć do sztucznego jej przerwania, może być radykalnym
lekiem na plagę poronień. Powrócimy jeszcze do tego. Dość, że jako
konkluzja sprawy o spędzenie płodu wyłoniła się akcja
świadomego macierzyństwa. Teraz, kiedy akcja się rozpoczęła, trzeba być
przygotowanym, że będzie z różnych stron zwalczana. Pragniemy
przeto, na użytek publiczności, która będzie aż do znudzenia
karmiona pewnemi argumentami, przedstawić zawczasu nieco
kontrargumentów.
Przywilej biedaków...
Jak wspomniałem, nieograniczona płodność jest smutnym
przywilejem biedaków. Jakie katastrofy niesie z sobą, nad tem nie
potrzeba się długo rozwodzić. Przedewszystkiem nędzę, i wszystko co
się z nią łączy. Z ciemnoty powstaje i ciemnotę pogłębia. Niszczy
zdrowie kobiety, łącząc wysiłek ciąży, rodzenia i karmienia z
narastającym wciąż wysiłkiem pracy, aby sprostać potrzebom tej
wciąż pomnażającej się rodziny. Udaremnia wszelki duchowy rozwój,
niszczy radość życia, sprowadza egzystencję człowieka do poziomu
bydląt. Popycha nieraz kobiety do rozpaczliwych czynów, do
samobójstwa, do dzieciobójstw, z których tylko drobna cząstka
dochodzi do wiadomości. Zadaje ciężką krzywdę dzieciom, robiąc z
nich niekochanych, zaniedbanych parjasów. Dzieci, w miarę jak
przychodzą na świat, kradną tym, które już są w domu, powietrze do
oddychania, odejmują kawałek chleba od ust: to niemal walka o byt,
w której jedne giną, a te które zostają przy życiu rozwijają się
tem nędzniej, im większa jest nędza tej nazbyt licznej rodziny.
Osobny rozdział stanowiłyby katastrofy, jakie
nieumiejętność zapobieżenia ciąży powoduje u kobiet niezamężnych,
oraz los jaki oczekuje ich dzieci, o ile ujrzą światło dzienne...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.