Przedmowa
Najmilsi czytelnicy!
Po raz pierwszy piszę książkę, która ma charakter listu czy dialogu,
przeznaczoną jedynie dla tych spośród was, którzy znają treść
poprzedniej, pisali mi o niej i oczekują dalszego ciągu. Temu
pisarskiemu eksperymentowi towarzyszy dziwne, pełne entuzjazmu, ale też
onieśmielające wrażenie: z jednej strony mam wam do przekazania wiele
rzeczy i liczę, że okażą się przydatne, jednak z drugiej wiem, jak
wielkie są wasze oczekiwania, jak nienasycona ciekawość i jak daleko
idąca dociekliwość. Będziecie skanowali wszystkie rozwiązania, które
zaproponuję. Mam nadzieję, że ta nowa książka przede wszystkim zaspokoi
waszą potrzebę rozumienia, a w drugiej kolejności wywoła lawinę jeszcze
bardziej wnikliwych pytań. Wiem również, że do głosu dojdzie wasza
uczuciowość. A to nie lada wyzwanie!
Wydanie drukiem Jak mniej myśleć to była (i wciąż jest) niesamowita
przygoda: nigdy wcześniej nie otrzymałam tylu elektronicznych i papierowych listów, postów i SMS-ów dotyczących jakiejkolwiek mojej
książki. Od chwili publikacji dostaję przeciętnie dziesięć wiadomości
tygodniowo. Wasze odpowiedzi, opinie i pytania już zajmują więcej
miejsca niż sam tekst książki! Również za to wyrażam wdzięczność:
dziękuję, że poświęciliście tyle czasu, by dzielić się ze mną waszymi
odczuciami. Pragnę też przeprosić, że nie odpowiedziałam na tę całą
korespondencję. Przyznaję, że przytłoczyła mnie ona: nachodzące maile
spychały poprzednie na dalsze strony, coraz to dalej i dalej... Do tej
pory nie opracowałam metody optymalnego zarządzania skrzynką odbiorczą.
Przepraszam zatem wszystkich, którym nie odpowiedziałam. Napisałam inne
książki, które także budzą żywy oddźwięk. Wprawdzie czytam każdy
nadchodzący list, jednak nie mogę reagować na tasiemcową korespondencję.
Jest to bardzo frustrujące i dla was, i dla mnie!
W swoich listach składaliście mi gorące, żarliwe, także czułe
podziękowania: niektórzy zwracali się do mnie "droga Christel", ściskali
mnie, całowali... Wielu zwierzało mi się z doznawanych cierpień: "Po tylu
latach udręki wreszcie dowiaduję się, kim jestem". Wstrząsnęły mną
niektóre maile, zwłaszcza tchnące rozpaczą; ich treść często sprowadzała
się do konkluzji: "Ocaliła mnie Pani przed samobójstwem". Dzieliliście
się ze mną swoimi życiowymi doświadczeniami, swoimi przypuszczeniami,
relacjonowaliście (nieraz na kilku stronach) swoje mentalne wędrówki,
wreszcie zasypywaliście mnie pytaniami...
Podczas konsultacji w gabinecie mogliśmy razem znajdować oparcie w treści Jak mniej myśleć i korzystając ze zgromadzonej przez każdego
wiedzy o sobie samym, czynić postępy w odkrywaniu waszych psychicznych
mechanizmów. Mogliśmy stawiać hipotezy, a następnie potwierdzać je bądź
odrzucać. A że wasza kreatywność jest niespożyta, zaskakiwaliście mnie,
niekiedy nawet wprawiając w podziw, konstruktywnym sposobem, w jaki
czyniliście użytek ze zdobytej wiedzy o waszej osobowości. Krótko
mówiąc, muszę wyznać, że praca z wami i dalsze wspólne dociekanie, jak
funkcjonują wasze umysły, sprawiają mi ogromną przyjemność!
Niektórzy spośród was pytali, jakie są moje kompetencje do zajmowania
się tematem nadwydajności. Spodziewali się, że po przeprowadzeniu wielu
sekcji mózgu wyizolowałam neuron, gen czy sekwencję DNA odpowiedzialne
za tę cechę. Domagali się niezawodnego testu, który wykazałby
bezapelacyjnie, że są nadwydajni. Niekiedy traktowali mnie podejrzliwie:
skąd po jednej rozmowie, a nawet po kilku zdaniach, mogę wiedzieć, że
nie są normalnie myślący? Niełatwo wyjaśnić, że małpio zwinna myśl,
skacząca od jednego pomysłu do drugiego i odbijająca się od nich jak
piłeczka pingpongowa, ujawnia się z reguły w pierwszym zdaniu! Często
czułam się jak botanik z żołędziem w dłoni, stojący naprzeciw
podejrzliwej osoby, której trzeba udowodnić, że spadł on z dębu.
Tak więc: jakie są moje kompetencje do zajmowania się tym tematem? Nie
łamcie sobie głowy: żadne! I dzięki temu mogłam podejść do tych spraw w sposób nietuzinkowy. Moja specjalność to komunikacja międzyludzka i rozwój osobisty. Mogłam prowadzić swoje badania tylko w interakcji z wami, bez jakiegokolwiek "patologizowania". W trakcie pracy, jaką
wykonuję, w pierwszej kolejności słucha się, obserwuje i dokumentuje,
następnie segreguje dane i zestawia je ze sobą, by wreszcie przejść do
syntezy. Takie rozmowy, w których gromadzi się informacje, nie sugerując
odpowiedzi, socjologowie określają mianem wywiadów jakościowych. Okazuje
się, że już od dwudziestu lat całymi dniami robię tylko i wyłącznie
wywiady jakościowe! Tak naprawdę to wy napisaliście Jak mniej myśleć i właśnie dlatego w tej książce od pierwszej do ostatniej strony
rozpoznawaliście samych siebie.
Tym razem również słuchałam was, obserwowałam, wypytywałam. Na ile to
było możliwe, zapoznałam się z waszą jakże obfitą korespondencją,
starałam się zrozumieć, co was nurtuje, co niepokoi, i wraz z wami
szukałam możliwych rozwiązań. Oczywiście zebrałam obszerną dokumentację.
Książka, którą obecnie czytacie, jest w znacznej mierze waszym dziełem,
gdyż powstała we współpracy z wami, dzięki waszej aktywności i zapałowi.
Wszystkim serdecznie dziękuję za wydatne wzbogacenie tej publikacji.
Paradoksalnie, mimo że składa się ona w zasadzie z dostarczonych przez
was treści, mam nadzieję, że nieraz was zaskoczę, przedstawiając
nowatorskie sposoby rozumowania. Postanowiłam poprowadzić was ścieżkami
innymi niż wskazywane przez autorów znanych mi książek i artykułów o nieprzeciętnych zdolnościach. Oferuję wam eksplorację wielokierunkową:
autyzm, utraconego bliźniaka, szamanizm, fizykę kwantową, szympansy...
Radzę wam przeczytać książki wymienione w mojej bibliografii:
znajdziecie w nich następne wskazówki i pogłębicie wiedzę o proponowanych przeze mnie sposobach postępowania. Ze swojej strony
odpowiem na niektóre z zadawanych mi pytań: o hiperemocjonalność, o stosunki ze światem pracy, o miłość... a także na takie, które zapominacie
zadać sami sobie: o pieniądze, o nieuniknione obowiązki
społeczno-towarzyskie, o wzajemność niezbędną w kontaktach między
ludźmi... Zgodnie ze swoim zwyczajem opracowałam, strona po stronie,
spójną metodę rozumowania, proszę więc, byście podążali za mną krok po
kroku. Choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy z was zdecydują się na
wyrywkowe czytanie tych stronic!
Przede wszystkim jednak jeszcze raz chciałabym z całego serca
podziękować za okazywane mi zaufanie wszystkim tym, którzy trzymają w rękach tę nową książkę. Tak wiele mam wam do powiedzenia, nie traćmy
więc czasu. W drogę!
Rozdział 1. Analiza waszej korespondencji
Rozdział 1
Analiza waszej korespondencji
Szanowna Pani,
pisać do Pani osobiście to dla mnie zaszczyt. Przypuszczałam, że do Pani
trudno dotrzeć, ale w trakcie swoich poszukiwań z przyjemnością
stwierdziłam, że wcale tak nie jest.
Latem 2012 roku za namową znanej księgarni wysyłkowej zajrzałam do
rozprowadzanego przez nią katalogu, gdzie zauważyłam Jak mniej myśleć Pani autorstwa. Mam dwadzieścia
cztery lata i już od wczesnego dzieciństwa nieustannie słyszę to zdanie:
"Za dużo myślisz"1, które za każdym razem potęguje we mnie
poczucie niezrozumienia, a także wątpliwość, czy jestem przy zdrowych
zmysłach.
Pani książkę, którą kupiłam raczej dla rozrywki, zaciekawiona jej
tematyką, pochłonęłam w tydzień! Dla mnie to była rewelacja... Czytając na
kolejnych stronach analizy psychiki Pani pacjentów, stopniowo nabierałam
przekonania, że te wszystkie słowa są skierowane do mnie. Nie do wiary.
Rozreklamowałam dzieło w swoim otoczeniu, szczęśliwa, że temu
"analizowaniu bez końca" można wreszcie przypisać używane przez Panią
pojęcie: "nadwydajność mentalna". Moja kampania czytelnicza wśród
bliskich odniosła wielki sukces w przypadku osób, których umysł ma
skłonność do autoanalizy, czyli uprawiających self thinking,
natomiast odpowiedź tych bardziej przyziemnych była z reguły taka sama:
"Takie książki są jak horoskopy. Ich treść jest tak sformułowana, żebyś
mogła się z nią identyfikować i od razu poczuć zrozumiana. Jesteś pewna,
że nie stoi za tym jakaś sekta?". Wyobrażam sobie, jaki uśmiech wywołuje
to na Pani twarzy...
Tak więc całymi miesiącami mówiłam sobie, że to jest to. W końcu mogłam
jakoś zaszufladkować tę cechę charakteru, którą od pewnego czasu
usiłowałam tłumić, zwłaszcza stwierdziwszy znikomą reakcję na moją
odmienność tych, z którymi się stykałam. Teraz miałam wrażenie, że
naprawdę jestem z innej planety i że właśnie znalazłam bratnią duszę.
Jednak oceniając to z dzisiejszej perspektywy, zastanawiam się, czy
trochę nie przebrałam miary. Gdy o tym mówię, niektórzy mi odpowiadają:
"Och, tak, ja też bez przerwy myślę. Czasem tak bardzo pragnę, żeby to
się skończyło!".
W takich przypadkach skłaniam się ku trzem hipotezom:
- źle wyjaśniłam swoją teorię,
- ci ludzie są rzeczywiście nadwydajni mentalnie (w co jednak wątpię, bo
w takim razie byłoby ich na świecie mnóstwo...),
- a może ja wcale nie jestem nadwydajna i tylko wskutek złej
interpretacji rozpoznałam siebie w Pani książce...
Chciałabym jeszcze napisać o czymś innym. Odkąd uznałam siebie za
nadwydajną mentalnie, najpierw odczułam ulgę, że wreszcie ktoś mnie
rozumie i że w tej sytuacji nie jestem sama, a następnie zaczęłam
przeceniać swoje zdolności intelektualne, co mnie naraża na niemiłe
niespodzianki. I tak, mam lekką skłonność do traktowania ludzi z góry,
więc codziennie pracuję nad zmianą tej postawy (choć odkrycie mojej
nadwydajności nie skłoniło mnie do większej rozwagi). Niech Pani jednak
nie myśli, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. Przeciwnie, jestem osobą
hojną, altruistką, troszczącą się (może nawet zbytnio?) o szczęście
innych. Ale skoro napomykam o wywyższaniu się, ta wada przejawia się
wykluczaniem z mojego życia osób nieinteligentnych. Otaczam się
wyłącznie ludźmi o żywym umyśle (niezależnie od poziomu wykształcenia).
Podtrzymywanie przyjaźni z pozostałymi to, moim zdaniem, strata czasu,
bo oni nigdy nie zrozumieją tego, co chciałabym im przekazać (proszę mi
uwierzyć: próbowałam!). Zresztą świat roi się od ludzi interesujących i mających jakąś pasję, jest tyle spraw, którymi można się dzielić...
A moi rozumujący po kartezjańsku bliscy na samo napomknienie, że
zamierzam nawiązać z Panią kontakt, stwierdzają: "Ojojoj! Chyba ci
odbiło. Pewnie jako nastolatka za dużo imprezowałaś. Ta twoja teoria
jest jakaś hipisowska. Aleś się zagalopowała!".
Dziękuję, kochani!
Czyli uznali mnie za wariatkę, a ja powoli zamykałam się jak ostryga,
święcie przekonana, że mają rację. Ale tak było, zanim przeczytałam Pani
książkę. Teraz czuję, że wyprzedzam zwykłych zjadaczy chleba o kilka
długości.
Mówiła Pani, co to znaczy być nadzwyczajnie uzdolnionym, mieć wysokie
IQ. Właściwie to chciałabym zrobić sobie ten test. Bo odkąd byłam małą
dziewczynką, niektóre osoby mówiły, że jestem "specyficzna", "bardzo
inteligentna" i że to się wyczuwa. Zresztą któregoś dnia zajrzałam do
kwestionariusza IQ, ale szybko się zniechęciłam: jakbym waliła głową o mur. Byłam pewna, że nie dam sobie z tym rady!
Jak Pani doskonale wie, test składa się z logicznych, kartezjańskich
pytań, jak ja to nazywam - z różnych "zadań z matmy"! A na mnie logika,
rozumowanie, liczby działają jak płachta na byka, do tego stopnia, że
jeszcze dziś mam trudności w życiu codziennym: po prostu nie potrafię
liczyć. Widząc, na czym polega ten renomowany test IQ, natychmiast
pomyślałam sobie: "A więc to jest definicja człowieka inteligentnego???
No to ja na pewno nim nie jestem...".
Poczułam się sfrustrowana, bo w głębi ducha zawsze wiedziałam, że mam w sobie coś szczególnego.
Za tym, że należę do opisanej przez Panią kategorii ludzi, przemawiają
następujące argumenty:
- Naprawdę myślę bez przerwy, za dużo. Jednocześnie zadaję sobie pytania
o różnego rodzaju sprawy, od rana do wieczora. Tak, jakbym w tym samym
czasie miała otwartych kilka niepowiązanych ze sobą stron internetowych.
Bywa, że upajam się tymi myślami.
- Odczuwam głęboką empatię wobec innych. Kiedy ktoś opowiada mi o swoich
nieszczęściach, natychmiast czuję ucisk w dołku, jakby to był mój
problem. Czasem po powrocie do domu godzinami rozmyślam, jak go
rozwiązać. Co gorsza, niekiedy on obchodzi bardziej mnie niż tego, kto
się nim ze mną podzielił. Wtedy zyskuję pewność, że ja, i tylko ja, mogę
znaleźć rozwiązanie. A jeśli nawet nie spróbuję pomóc tej osobie, wpadnę
w zły nastrój, będę miała poczucie winy. Skrajny egocentryzm?
- Gdy pierwszy raz (a często i później) kogoś spotykam, lustruję go od
stóp do głów: przechodzę w tryb skanowania i pytam sama siebie o głupstwa, na przykład: "Proszę, choć jest opalona, ma jasną obwódkę
wokół palca: gdzie była na wakacjach? Teraz jednak jest marzec, za
wcześnie na opalanie! Pewnie może sobie pozwolić na wyjazd do ciepłych
krajów... A może ma w firmie operatywną radę zakładową? Poza tym skąd ten
ślad po pierścionku? Czemu już go nie nosi? To był pierścionek noszony
dla ozdoby czy obrączka? Jeśli to ostatnie, dlaczego się rozwiodła?
Zresztą może owdowiała... Ale jeśli nie, to kto porzucił kogo? I dlaczego?
Jak ona przeżyła to rozstanie?". I to wszystko trwa minutę, gdy
przedstawiając się, uprzejmie ściskam wyciągniętą dłoń.
Rzecz jasna, to jest tylko jeden z wielu przykładów. Czasami te
analityczne pytania tak mnie przytłaczają, że mam ochotę krzyknąć do
swojego drugiego ja, żeby przestało, że dość już tego, że jestem tym
wykończona! Odkąd przeczytałam Pani książkę, poczyniłam spore postępy!
Udaje mi się częściowo kanalizować swoje emocje; inaczej całkiem bym
zwariowała.
(...)
Szanowna Pani, jestem ogromnie wdzięczna, że przeczytała Pani moją
opowieść. Miałam okazję się wywnętrzyć przed kimś, kto potrafi mi pomóc,
a to przyniosło mi szaloną ulgę. Życzę powodzenia i jeszcze raz dziękuję
za poświęcenie mi czasu.
Serdecznie pozdrawiam
Amélie
Ten mail Amélie, reprezentatywny dla całej waszej korespondencji, w zasadzie streszcza wszystko, z czego mi się zwierzacie. Przecież każdy z was mógłby napisać to samo. Także objętość tekstu nie wykracza poza
średnią waszych listów. Może teraz zrozumiecie, że trudno mi było
nadążyć za nadchodzącą pocztą! Czasem piszecie z całą naiwnością: Zdaje
sobie Pani sprawę, że przy tak poważnym temacie nie mogę się ograniczyć
do pięciu linijek albo: Zamiast mniej myśleć, więcej mówię...
Tysiąckrotnie przepraszam, założyłam sobie, że nie będę się rozpisywać,
bo wiem, że i tak musi Pani tyle czytać... więc na tym poprzestanę. Ale
zdarzają się maile kilkunastostronicowe i wtedy naprawdę to już lekka
przesada, zwłaszcza gdy autor kończy słowami: Nie wiem, czy Pani na ten
mail odpowie ani czy go Pani nawet przeczyta, ale tak przyjemnie było
ubrać w słowa swoje odczucia.
Niejednokrotnie mnie wkurzaliście: na przykład wtedy, gdy z niepohamowanym zapałem pisaliście do mnie już po przeczytaniu pierwszych
stron, zadając mnóstwo pytań, na które odpowiadam w dalszej części
książki. Rekord należy tu do Sébastiena: po godzinnej lekturze przysłał
mi swoje uwagi i zapowiedział następne na końcowym etapie czytania!
Wydaje mi się, że niektórzy przeczytali książkę za szybko,
prawdopodobnie na wyrywki, jak to macie w zwyczaju, mimo mojej usilnej
prośby o podążanie krok po kroku ścieżką rozumowania, którą dla was
wytyczyłam. Może o tym świadczyć choćby niepełne rozumienie pojęcia
"nadwydajność". Odkryłam też u niektórych, zwłaszcza przy okazji
kontaktów na Facebooku, pewne cechy osobowości paranoicznej. Doszło
nawet do zgrzytów, które dziś by mnie rozśmieszyły, gdybym nie
wiedziała, jaką przykrość wam sprawiły przy waszej ogromnej wrażliwości.
Byli i tacy, którzy najpierw mnie idealizowali, by potem w oszałamiającym tempie znienawidzić! W sumie jednak uważam nasze stosunki
za serdeczne i konstruktywne. Jakaż to przyjemność czytać, co piszecie,
słuchać was, poznawać was na spotkaniach autorskich! Dziękuję za okazaną
mi uprzejmość, hojność, za waszą pogodę ducha i radość życia. To
szczęście mieć takich czytelników!
Dobrą syntezę waszych odczuć po przeczytaniu Jak mniej myśleć stanowi
poniższy SMS:
Christel, mam nadzieję, że u Pani wszystko w porządku. Chciałabym
zacytować SMS, który właśnie otrzymałam: "Bardzo Ci jestem wdzięczny i...
jednocześnie na Ciebie wściekły [!] za to, że poradziłaś mi przeczytać
Jak mniej myśleć. Właśnie dotarłem do końca;
to doświadczenie okazało się zarazem cenne i wstrząsające: przy wielu
fragmentach łzy napływały mi do oczu. W sumie bilans jednak jest
pozytywny, a więc DZIĘKUJĘ ?". Życzę Pani
przyjemnego lata!
Alexandra
Przeważnie trafialiście na moją książkę z dwóch powodów:
- ktoś ją wam polecił bądź podarował w geście przyjaźni;
- wpadła wam w ręce zupełnie przypadkowo, w sytuacji, którą mi potem
długo i szczegółowo opisywaliście, a ten dziwny zbieg okoliczności
następował akurat wtedy, gdy lektura okazywała się dla was szczególnie
pożyteczna. Przepadam za tego rodzaju synchronizacją!
Od pewnego czasu piszecie, że to lekarz lub terapeuta doradził czy nawet
polecił wam przeczytanie mojej książki. Chciałabym podziękować tym
profesjonalistom za otwartość umysłu i okazane mi zaufanie. Jestem
szczęśliwa i dumna z tego, że moje dziełko uważa się za jedno z narzędzi
terapeutycznych.
Poza tym, podobnie jak przyjaciel Alexandry, twierdzicie, że książka
zrobiła na was ogromne wrażenie. Wszyscy często śmialiście się i płakaliście, cierpienie mieszało się z uczuciem ulgi, a radość z gniewem. Dla wielu ta lektura była wstrząsem, na szczęście pozytywnym;
dla niektórych kołem ratunkowym, złapanym w chwili, gdy już mieli iść na
dno. Pewne osoby pisały nawet, że uratowałam im życie czy ocaliłam przed
popadnięciem w obłęd. Jakie to szczęście, że można w ten sposób komuś
pomóc! Wasza wdzięczność wzrusza mnie do głębi. Większość z was
rozpoznawała w mojej książce siebie, od pierwszej do ostatniej linijki.
Ta prawidłowość jest zaskakująca. Albo to, co piszę, podoba się wam,
albo nie. Piszecie, że jeszcze nigdy żaden autor tak was nie zrozumiał,
nie scharakteryzował. Niektórych krępowało to, że zostali tak dogłębnie
prześwietleni, większość jednak doceniła, że nareszcie ktoś wyszedł im
naprzeciw. Czasem jakaś osoba z zażenowaniem przyznaje, że rozpoznała u siebie pewne opisywane cechy, ale nie wszystkie... Wtedy ja, udając
zdziwienie, pytam: "Ach tak? A których pan(i) u siebie nie
rozpoznał(a)?". Odpowiedź jest zawsze taka sama i niezmiennie mnie bawi:
osoba ta rozpoznała u siebie właściwie wszystkie cechy opisane w przeczytanej od deski do deski książce, oprócz inteligencji! Widocznie
fragment dotyczący tego tematu stwarza jakiś problem. Będziemy zatem
musieli nieco pogłębić ten aspekt nadwydajności.
Wykorzystując przestrzeń swobodnej wymiany myśli, z ogromnym wyczuciem
relacjonowaliście swoje doświadczenia ponadzmysłowe. Podobnie jak wielu
z was, Carole pisze:
Chciałabym zwrócić uwagę, że na stronie 502 pisze Pani o doświadczeniach mistycznych, zaznaczając, że nie chciałaby zbytnio się
na ten temat rozwodzić, ja jednak zapewniam, że jestem tym żywo
zainteresowana: jasnowidztwo, jedność z naturą, przeczucia, postrzeganie
aury, energetyczność powietrza (przy szarym czy błękitnym niebie),
fizyczne odczuwanie czyjejś obecności, wspominanie poprzednich
egzystencji (zwłaszcza w związku z Egiptem i mumifikacją). Dziękuję więc
za to, że Pani te kwestie przynajmniej poruszyła. Ja w znacznej mierze
żyję nimi: składają się na moją rzeczywistość. Pomogły mi osoby
mediumiczne, podczas gdy psychologowie i psychiatrzy tłumaczyli, że mam
halucynacje albo osobowość narcystyczną. Dla mnie wszystko to jest
zależne od funkcjonowania mózgu. (Wcześniej zapoznałam się z treścią
prelekcji Jill Bolte Taylor).
Oczywiście zareagowała pani spontanicznie na hiperestezję, opowiadając,
jak różnorodnie przejawia się w pani życiu. Dzięki pozytywnemu
nastawieniu wspaniale wyraziła pani swoją wrażliwość, zmysłowość,
zdolność doznawania przyjemności. Negatywne aspekty hiperestezji
przysparzają wam wszystkim stresu i pogarszają samopoczucie, czego nie
może zrozumieć otoczenie, które sądzi, że po prostu marudzicie.
Opisywaliście mi w poetycki sposób swoją synestezję. Niektórzy mówili o zdolności do wykrywania w powietrzu elektryczności statycznej i o uldze,
jaką odczuwają, gdy po deszczu koncentrują się w atmosferze jony ujemne.
Kilka osób pytało mnie, czy hiperestezja może być przyczyną
nadwrażliwości na pole czy fale elektromagnetyczne, na Wi-Fi albo na
telefony komórkowe. Sądzę, że tak, ale nie potrafię tego uzasadnić,
używając naukowych argumentów.
W dalszej części książki bardziej szczegółowo zajmiemy się waszym
brakiem poczucia własnej wartości, trudnościami, jakie musicie pokonywać
w miłości, w pracy, w społeczeństwie. Zadaliście mi wiele pytań, a ja
mogę zaproponować odpowiedzi przynajmniej na niektóre.
W waszych reakcjach wśród tylu pozytywów można zauważyć dwa mroczne
obszary: odnoszenie się do was normalnie myślących i stosunki z manipulatorami.
Co do tych pierwszych, wielu z was wyraziło zadowolenie, że nareszcie
mogą zrozumieć, jak funkcjonują te osoby. To bardzo ułatwiło wam relację
z nimi. Niektórzy stwierdzili, że są zaszokowani, bo w sposobie, w jaki
przedstawiam normalnie myślących, dopatrzyli się próby ich
dyskredytowania. Dziwi mnie to. Nie miałam najmniejszego zamiaru
kogokolwiek zdyskredytować. Mianem "normalnie myślących" określam po
prostu ludzi, którzy myślą normalnie, a więc standardowo. Takie osoby
specjaliści od autyzmu nazywają "neurotypowymi". Jeżeli termin "ludzie
normalnie myślący" wydaje się wam pejoratywny, używajcie innego: "ludzie
neurotypowi". Dla mnie obydwa określenia się uzupełniają. Dałam wam
klucze do zrozumienia samych siebie oraz normalnie myślących. Sądziłam,
że i oni ucieszą się z otrzymanego schematu interpretacji ludzi
nadwydajnych. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu tak się jednak nie
stało.
Amélie pisze: Moja kampania czytelnicza wśród bliskich odniosła wielki
sukces w przypadku osób, których umysł ma skłonność do autoanalizy,
czyli uprawiających self thinking, natomiast odpowiedź tych bardziej
przyziemnych była w zasadzie taka sama: "Nie, takie książki są jak
horoskopy. Ich treść jest tak sformułowana, żebyś się mogła z nią
identyfikować i od razu poczuć zrozumiana. Jesteś pewna, że nie stoi za
tym jakaś sekta?". Wyobrażam sobie, jaki uśmiech wywołuje to na Pani
twarzy... Nie, Amélie, nie uśmiechnęłam się! Podobnie jak ta
korespondentka, Xavier zauważa, jak bardzo rozczarowało go przyjęcie
książki przez normalnie myślących: Od razu wiem, kiedy mam z kimś takim
do czynienia. Wystarczy, że coś komuś powiem o Pani książce. Jeśli to
nadwydajny, zasypuje mnie pytaniami. Widać, że temat go pasjonuje. Jeśli
normalnie myślący, najpierw zapada lodowate milczenie, a potem rozmówca
pod byle pretekstem zmienia temat. Niektóre spośród matek i żon,
przyznających się do przeczytania książki, w jej treści rozpoznały swoje
dzieci lub mężów. Prosiły, abym doradziła, jak z nimi postępować.
Lektura sprawiła natomiast przykrość dwom normalnie myślącym mężom
zakochanym w swoich nadwydajnych żonach. Każdy, zachwycony aparycją,
uprzejmością, żywiołowością i inteligencją swojej małżonki, po stoicku
znosił jej wysoką emocjonalność, wątpliwości, wahania nastrojów.
Dowiedziawszy się z mojej książki, że osoba nadwydajna naraża się na
nudę, żyjąc z normalnie myślącym partnerem, popadli w przygnębienie.
Zasmuciło mnie, że moje stwierdzenie okazało się dla nich krzywdzące.
Wysiłek, jaki uczynili, czytając Jak mniej myśleć, by lepiej rozumieć
swoje nadwydajne panie, dowodzi, że odznaczają się otwartością umysłu.
Ich uczucia są jednak tak wysokiej próby, że jak sądzę, ich normalność
powinna dla partnerek stanowić raczej źródło stabilizacji i ukojenia,
niż wywoływać nudę. Mam nadzieję, że konstruktywna dyskusja po tej
lekturze przyczyni się do poprawy relacji, a nie do ich zerwania!
Podsumowując, z waszych opisów reakcji normalnie myślących wynika, że
niewielu z nich przeczytało moją książkę. Bardzo nieliczni przyznali, że
znaleźli w niej klucz do zrozumienia nadwydajności bliskiej im osoby.
Większość jednak okazuje obojętność lub lekceważenie. Horoskop, sekta,
demagogia, wreszcie miażdżący argument: moda. Równocześnie coraz
częściej stawiane są diagnozy: choroba dwubiegunowa, hiperaktywność,
zaburzenia uwagi. Gdy jednak termin "nadwydajność" jest nadużywany, bo
odmienia się go przez wszystkie przypadki, może z niego wyparować treść.
O ludziach nieprzeciętnie zdolnych, nadwrażliwych, wysoko emocjonalnych
mnożą się nafaszerowane banałami artykuły, których autorzy, wyważając
otwarte drzwi, wywołują u czytelników przesyt i niesmak.
Temat jest już na tyle niewygodny, że się go dyskredytuje: po prostu
byłby przejawem mody. Jeśli chodzi o funkcjonowanie mózgu, podobno
neurologicznie niczego nie udowodniono, a pojęcia lewej i prawej półkuli
uznaje się za anachroniczne. Tymczasem między osobami "dys-" (np.
dyslektykami), autystykami a ludźmi o ponadprzeciętnych zdolnościach
nadal istnieje pewne niedookreślone terytorium, a nadwydajni nie mogą
uzyskać spójnego obrazu tego, kim są. Przeciwnie: wciąż przybywa
określeń patologizujących. Co gorsza, w obszernych pojęciach w rodzaju
"ADHD" czy "dwubiegunowość" mieszczą się zarówno niezrozumiani
nadwydajni, jak i oportunistyczni manipulatorzy, którzy dzięki
zaliczeniu ich do jednej z tych kategorii znajdują nowe pole do
bezkarnego uprawiania swojej dręczycielskiej działalności. Tak więc znów
stoicie przed popękanym lustrem, w którym widzicie swoje kalejdoskopowe
odbicie. Na zwierciadło ukazujące was w całości jeszcze przyjdzie czas!
Na tym polega główny problem skrajnej specjalizacji lewej półkuli mózgu
w dziedzinach naukowych.
Najbardziej dramatyczny aspekt waszej korespondencji zawiera jeszcze
nieprzytoczony fragment listu Amélie:
Wobec powyższego sądzę, że na ten temat można by dyskutować całymi
godzinami, tak wiele jest możliwych niuansów i specyficznych cech.
Najbardziej wstrząsnęły mną fragmenty książki dotyczące narcystycznych
dręczycieli. Uparcie twierdzi Pani i powtarza, że są oni z gruntu źli i nie rokują nadziei na poprawę. Odnoszę wrażenie, że rozpętała Pani istne
polowanie na czarownice, nie rozumiem jednak tak gorliwego piętnowania
tych ludzi. Wszyscy jesteśmy przecież skonstruowani według tego samego
wzoru, a - jak mówi Jill Bolte Taylor - w każdej chwili może w nas zajść
jakaś zmiana, radykalnie modyfikująca nasze postrzeganie świata i zwyczaje. Nie pojmuję, dlaczego te osoby miałyby być z natury okrutne i niebezpieczne. Mogłabym zrozumieć, że rozkoszują się poczuciem
wszechmocy i że okazywanie wyższości sprawia im radość, ale nie sądzę,
by w tym stanie były szczęśliwe czy choćby świadome tego, co robią. Moim
zdaniem więc żadna istota nie stała się zła dlatego, że tak sobie
postanowiła. Codziennie spotykam ludzi, których postępowanie martwi
mnie, przygnębia, frustruje... Ale należałoby uwzględnić tak wiele, wręcz
miliardy parametrów (w tym takie, o których nie mamy najmniejszego
pojęcia): wykształcenie, kulturę, przeżyte traumy (!!!), genetykę,
żywione obawy, percepcję rzeczywistości, relacje z innymi i stosunek do
siebie, zakres niewiedzy, odczuwane pragnienia, postrzeganie spraw
złożonych i nieznanych, więc nie widzę możliwości takich uogólnień!
Mówię z całą odpowiedzialnością: to Pani jest "zła" (daję cudzysłów, bo
naprawdę nie mogę w to uwierzyć), skoro sugeruje, że istnieją ludzie aż
tak źli; szczególnie trudno mi zrozumieć, jak można tak pochopnie
oceniać innych i okazywać im tak mało wyrozumiałości. Używam tu,
przyznaję, dość ostrych słów, ale czuję się zupełnie bezradna wobec
uproszczeń oraz infantylizującego tonu przybieranego przez Panią choćby
w zdaniach: "Nadwydajny byłby ogromnie nieszczęśliwy, gdyby musiał stać
się człowiekiem złym, ale nawet będąc bardzo nieszczęśliwym, złym nigdy
by nie został. Natomiast manipulatorzy są źli, a nawet okrutni, ale
cieszy ich to i wcale nie są z tego powodu
nieszczęśliwi"3. Tak więc, rekapitulując, nadwydajni to
miłe kruche istotki, które należy chronić przed napadami niegodziwych
narcystycznych dręczycieli? Nie podzielam tego sposobu rozumowania, a Pani argumenty zupełnie wytrącają mnie z równowagi. Sama nieraz uważam
siebie za "złą", oschłą i opryskliwą. Doskonale potrafię zmierzać po
trupach do celu, ale szybko zdaję sobie sprawę ze swojego postępowania i gorzko go żałuję. Dzięki temu zrozumiałam, że to tylko sposób obrony,
coś w rodzaju tarczy. Nie wydaje mi się jednak, żeby wszyscy umieli tak
jak ja analizować swoje zachowanie...
I to by było na tyle. Niemniej jednak dziękuję Pani za całą pracę, jaką
Pani wykonuje.
Serdecznie pozdrawiam...
Jak już napisałam, moją specjalnością jest komunikacja międzyludzka.
Dlatego też w odróżnieniu od naukowców, w tym psychologów zajmujących
się zazwyczaj poszczególnymi osobami, mogłam badać interakcje między
nimi. I właśnie we wzajemnym oddziaływaniu ujawnia się tak wyraźnie
profil nadwydajnych, skonfrontowanych z manipulatorami: tyle
życzliwości, uprzejmości, chęci zrozumienia, wytrwałości... na takie
przymioty nie trafia się często! Ale jeśli przy tych wszystkich cechach
umysł wykazuje takie ograniczenia, cóż powiedzieć? Moja korespondentka
jest jeszcze młoda: ma dwadzieścia cztery lata i na tyle długie życie
przed sobą, by zorientować się, która z nas ma rację. Droga Amélie,
jeśli tak "łatwo" potępiam manipulatorów, to dlatego, że od dwudziestu
lat (prawie od tylu, ile Pani sobie liczy) pracuję na rzecz ich ofiar.
Znam prześladowców jak zły szeląg. I proszę, znów trzymam w ręce żołądź,
Amélie zaś twierdzi, że jestem złośliwa, skoro mówię, że spadł z dębu.
Nie zareagowałam na to, bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć, ale prawdę
mówiąc, martwię się o nią. Ma wszelkie dane, by stać się ofiarą jednego
z tych drapieżców, jeśli nie kilku naraz.
Na szczęście żadne mankamenty nie przesłonią waszych zalet. Drodzy
czytelnicy, wasza radość, uprzejmość i entuzjazm towarzyszyły Jak mniej
myśleć od momentu publikacji. Wasze tak liczne maile skłoniły mnie, by
kontynuować badania, więc książka, którą trzymacie w rękach, wiele
zawdzięcza waszej inteligencji i kreatywności. Dziękuję wam za to, kim
jesteście. Przyjrzyjmy się wspólnie rozwiązaniom, które mogę wam
zaproponować.
Książka Jak mniej myśleć (przeł. Krystyna Arustowicz, Feeria, Łódź 2019) nosi w oryginale tytuł Je pense trop (Za dużo myślę) (przyp. tłum.). [wróć]
Jak mniej myśleć, s. 50. [wróć]
Tamże, s. 138. [wróć]