2
- Jesteśmy na miejscu? - zapytała Teresa, opuszczając rękę na podłogę i dotykając palcami dywanika samochodowego. Czuła się jak lód roztapiający się na słońcu.
- Powiedziałem, że już niedaleko - westchnął jej tata.
- Ale ja zapytałam, czy jesteśmy na miejscu, a nie czy już niedaleko - odparła, powstrzymując uśmiech.
- Terry, czyżbyś zamierzała od razu wymknąć się do sosnowego lasu i wrócić cała w igłach i zadrapaniach już pierwszego dnia? - zapytała mama, patrząc na nią w lusterku wstecznym.
- Właśnie tak - odpowiedziała Teresa i położyła się na tylnym siedzeniu, bardzo z siebie zadowolona.
Gdy tylko przybędą na miejsce, podczas gdy rodzice zajmą się całkowicie drugorzędnymi sprawami, takimi jak zakupy i sprzątanie domu od góry do dołu, ona wybierze się prosto do swojej sekretnej bazy, by zobaczyć, w jakim jest stanie.
Wyciągnęła nogi i oparła czubki starych conversów o szybę. Szyba była opuszczona tylko odrobinę, ponieważ mamie przeszkadzał huk powietrza na autostradzie. Czując wibrującą pod stopami szybę, zaczęła się wpatrywać w brudny sufit samochodu. Od czasu ostatniej podróży nad jej głową powstały nowe tajemnicze plamy. Jedna przypominała lekko zdeformowany księżyc, druga wyglądała prawie jak rower. Może rower górski. Pomyślała o swoim, który stał za domkiem nad morzem, przykryty zieloną plandeką, chroniącą go w czasie zimy.
Oprócz sprawdzenia warunków panujących w sekretnej bazie miała jeszcze długą listę rzeczy, którymi się zajmie, a ponieważ uwielbiała układać listy, zaczęła wyliczać:
- poszuka Tommasa;
- przywita się ze wszystkimi znajomymi z Wioski;
- opcha się ciasteczkami z kremem cytrynowym, które sprzedają w miejscowej piekarni;
- kilka razy obejdzie dookoła ogród, tupiąc przy tym głośno, żeby przepędzić żmije;
- pójdzie postrzelać z łuku na plaży o zachodzie słońca (lubiła udawać, że jest Legolasem, elfem z Władcy Pierścieni).
- Panienko, zabieraj buty z szyby! - krzyknął nagle tata.
Teresa westchnęła cicho, opuszczając nogi. Spojrzała na swoje conversy, po czym postawiła stopy na podłodze i usiadła. Podeszwy były szarawe i brudne, sznurówki postrzępione w wielu miejscach, a czerwony materiał wytarty. Właśnie ze względu na ten sfatygowany wygląd były jej ulubionymi. Raz uratowała je nawet ze śmietnika, gdzie wyrzuciła je mama. Teresa dała wtedy jasno do zrozumienia, żeby nikt nie ważył się ponownie targnąć na ich życie.
Potem podniosła głowę i oto nagle... zobaczyła morze.
W czasie podróży co roku nadchodził taki moment, kiedy naprawdę zaczynała się nudzić, i właśnie wtedy w oddali pojawiało się morze, bezkres błękitu wzdłuż połyskującego horyzontu. Przypominało jej to pełną cyrkonii bluzkę, którą często nosiła jej nauczycielka matematyki, pani Archetti. Jej matka nie cierpiała brokatu i za każdym razem, gdy Teresa pokazywała jej w sklepie jakąś błyszczącą bluzkę, ona zaciskała usta i kręciła głową, co oznaczało: "nie przymierzaj tego". Ale Teresa lubiła cyrkonie.
Opuściła szybę i wychyliła się, pozwalając, żeby powietrze owiewało jej twarz i odebrało dech.
- Zasuń - usłyszała.
Kiedy podniosła szybę, wnętrze pojazdu wypełniła sonata Mozarta, którą włączyła jej mama.
- Kiedy będę mogła wybrać muzykę?
- Kiedy będziesz miała prawo jazdy i własny samochód - odpowiedział tata i parsknął głośnym śmiechem.
- Ha, ha, ha. Bardzo zabawne - prychnęła Teresa, potrząsając ciemnymi kręconymi włosami, które starała się okiełznać grubą gumką w kolorze fluorescencyjnej pomarańczy. Jej koleżanki z klasy nosiły je na nadgarstkach jak bransoletki, ale ona uważała, że to głupie. A poza tym potrzebowała gumek, żeby trzymać w ryzach swoje niesforne włosy.
Trudno, słuchała muzyki klasycznej, zresztą byli już niedaleko, bo kiedy docierali do wybrzeża, znaczną część podróży mieli już za sobą. Pokonali ostatni odcinek autostrady, a potem stary fiat wjechał na znajome drogi, między żółtymi polami i trawą wypaloną od słońca. Gdy zeszłego lata jechali wzdłuż jednego z takich pól, ojciec pozwolił, żeby usiadła mu na kolanach i trzymała kierownicę. To była jej pierwsza lekcja jazdy. I wtedy mogła całkiem odsunąć szybę.
Wreszcie wjechali do Wioski i Teresa przykleiła nos do szyby. Przed jej oczami przesuwały się domy z ogrodami oraz idealnie przystrzyżonymi żywopłotami.
Gdy tylko zaparkowali przed swoim, Teresa otworzyła szeroko drzwi samochodu i wystawiła nogi, wdychając zapach świeżo skoszonej trawy.
Jakiś rower zahamował gwałtownie przed jej conversami.
To był Tommaso, nos i ramiona miał już spalone od słońca. Kiedy zsiadł z roweru, żeby ją uścisnąć, Teresa zdała sobie sprawę z druzgocącej porażki: znów był od niej wyższy.