1
Pokrętne lekarstwo
Panie Doktorze Yalom, chciałbym prosić o konsultację. Czytałem Pana
powieść "Kiedy Nietzsche szlochał" i byłbym szczęśliwy, gdyby zechciał
Pan przyjąć kolegę pisarza, który cierpi na niemoc twórczą.
Paul Andrews
Bez wątpienia Paul Andrews spodziewał się, że taki mail wzbudzi moje
zainteresowanie. I nie przeliczył się: nigdy w życiu nie spławiłbym
kolegi pisarza. A co do niemocy twórczej - jestem szczęśliwy, że mnie
samego nigdy ona nie nawiedziła, więc tym bardziej pragnąłem pomóc mu
się od niej uwolnić. Dziesięć dni później Paul przyjechał na wizytę.
Zaskoczyła mnie jego aparycja. Z jakiegoś powodu oczekiwałem umęczonego,
ale pełnego życia mężczyzny w średnim wieku, a do mojego gabinetu wszedł
zasuszony staruszek, tak przygarbiony, że wyglądało to, jakby szukał
czegoś na podłodze. Gdy dreptał powoli przez przedpokój, zastanawiałem
się, jak mu się udało wspiąć do mojego domu na szczycie Russian Hill.
Słysząc nieomal, jak skrzypią jego nogi w stawach, przejąłem od niego
solidnie wypchaną teczkę i podtrzymując za ramię, doprowadziłem go do
fotela.
- Dzięki, dzięki, młody człowieku. Ile ma pan lat?
- Osiemdziesiąt - odpowiedziałem.
- Ach, żeby tak mieć znowu osiemdziesiątkę...
- A pan? Ile pan ma lat?
- Osiemdziesiąt cztery. Tak, mówię prawdę, osiemdziesiąt cztery. Wiem,
że trudno panu uwierzyć. Większość ludzi sądzi, że mam trzydzieści parę.
Przyjrzałem się mu uważnie i na moment nasze oczy się spotkały. Urzekło
mnie jego figlarne spojrzenie i ślad uśmiechu na ustach. Gdy tak
siedzieliśmy przez kilka chwil w milczeniu, przypatrując się sobie
wzajemnie, miałem uczucie, że grzejemy się w promieniach dawnego
koleżeństwa, niczym dwóch podróżnych na statku, którzy pewnej chłodnej,
mglistej nocy wdali się w rozmowę, spacerując po pokładzie, i odkrywają,
że wychowali się na tej samej ulicy. Od razu wiedzieliśmy o sobie wiele:
nasi rodzice przeżyli Wielki Kryzys, obaj byliśmy świadkami legendarnych
pojedynków pomiędzy DiMaggio i Tedem Williamsem, pamiętaliśmy kartki na
masło i na paliwo, pamiętaliśmy Dzień Zwycięstwa, czytaliśmy Grona
gniewu Steinbecka i Dzień sądu Farrella. Nie musieliśmy o tym mówić -
wszystko to było naszym wspólnym udziałem i czuliśmy, że mocno nas to
łączy. Ale trzeba się było wziąć do roboty.
- A więc, Paul, jeśli możemy sobie mówić po imieniu...
- Oczywiście - przytaknął.
- Wiem o tobie tylko to, co napisałeś w krótkim mailu. Że też jesteś
pisarzem, że czytałeś moją powieść o Nietzschem i że cierpisz na niemoc
twórczą.
- Tak, i potrzebuję jednorazowej konsultacji, to wszystko. Mam skromne
dochody i na więcej nie mogę sobie pozwolić.
- Zrobię, co będę mógł. Zacznijmy więc od razu i postarajmy się
streszczać. Powiedz mi wszystko, co powinienem wiedzieć o twojej
przypadłości.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pozwolę sobie na trochę osobistych
wspomnień.
- Doskonale.
- Muszę się cofnąć do czasów studenckich. Studiowałem filozofię w Princeton i pisałem pracę doktorską na temat sprzeczności pomiędzy
determinizmem Nietzschego a jego wezwaniem do samodoskonalenia. Nie
mogłem jednak jej ukończyć. Rozpraszały mnie takie sprawy jak rozległa
korespondencja Nietzschego, zwłaszcza listy do przyjaciół i kolegów po
piórze w rodzaju Strindberga. Stopniowo straciłem zupełnie
zainteresowanie jego filozofią i ceniłem go głównie jako artystę. Doszło
do tego, że widziałem w Nietzschem poetę o najdonośniejszym głosie w historii, głosie, którego siła przerosła własne idee. Wkrótce nie
pozostawało mi nic innego, jak zmienić wydział i robić doktorat z literatury, a nie z filozofii. Lata mijały, moje badania posuwały się do
przodu pomyślnie, ale zwyczajnie nie byłem w stanie nic napisać. W końcu
doszedłem do przekonania, że artystę może ukazać światu tylko inny
artysta. Porzuciłem przewód doktorski i postanowiłem w zamian napisać
powieść o Nietzschem. Lecz wszystkie te zmiany kierunku pracy nie
pozwoliły przełamać ani oszukać niemocy twórczej. Pozostawała twarda i niewzruszona niczym granitowa skała. Nie posuwałem się ani o krok do
przodu. I tak to się ciągnie do dzisiaj.
Byłem oszołomiony. Paul miał osiemdziesiąt cztery lata. Pracę nad
doktoratem musiał rozpocząć, mając dwadzieścia kilka lat, sześćdziesiąt
lat temu. Słyszałem nieraz o wiecznych studentach, ale sześćdziesiąt
lat? Jego życie stanęło w miejscu na ponad pół wieku? Nie, miałem
nadzieję, że nie. To niemożliwe.
- Paul, powiedz coś o swoim życiu od czasu studiów.
- Niewiele tu jest do powiedzenia. Oczywiście w końcu władze
uniwersytetu uznały, że moje studia za długo trwają. Odebrali mi status
studenta. Ale książki stały się częścią mojego krwiobiegu i nigdy się
już od nich nie oddalałem. Przyjąłem posadę bibliotekarza na
uniwersytecie stanowym i siedziałem tam aż do emerytury, przez wszystkie
te lata próbując pisać. Bez powodzenia. To wszystko. To całe moje życie.
Kropka.
- Powiedz coś więcej. A twoja rodzina? A ludzie, wśród których się
obracałeś?
Paul wydawał się zniecierpliwiony. Wyrecytował urywanymi zdaniami:
- Żadnego rodzeństwa. Dwa razy się żeniłem. Dwa razy rozwiodłem.
Szczęśliwie były to krótkie małżeństwa. Dzięki Bogu bez dzieci.
"Zaczyna to wyglądać bardzo dziwnie" - pomyślałem. "Taki był przystępny
na początku, a teraz jakby starał się maksymalnie ograniczyć ilość
udzielanych mi informacji. Co się dzieje?"
Naciskałem dalej:
- Planowałeś napisanie powieści o Nietzschem, a w mailu wspomniałeś, że
przeczytałeś moją powieść o nim. Czy mógłbyś to jakoś rozwinąć?
- Nie rozumiem pytania.
- Jakie uczucia wzbudziła w tobie moja książka?
- Na początku akcja rozwija się trochę za wolno, ale potem nabiera
tempa. Pomimo sztywnego języka i sztucznych, pretensjonalnych dialogów
trzeba ogólnie powiedzieć, że to całkiem zajmująca lektura.
- Nie, nie. Chodzi mi o twoją reakcję na fakt, że ukazuje się powieść o Nietzschem, podczas gdy ty sam usiłowałeś taką napisać. Musiało cię to
jakoś poruszyć.
Paul potrząsnął głową, jakby nie życzył sobie, by mu się narzucano z takimi pytaniami. Nie wiedząc, co mógłbym jeszcze zrobić, ciągnąłem
dalej:
- Powiedz, jak do mnie trafiłeś. Czy to moja powieść była powodem, dla
którego wybrałeś właśnie mnie?
- No, jakikolwiek był powód, jestem tu przecież.
"Robi się coraz dziwniej" - pomyślałem. Ale jeśli miałem mu udzielić
wartościowej porady, musiałem koniecznie dowiedzieć się o nim więcej.
Uciekłem się do starego, niezawodnego chwytu, pytania, które zwykle
owocuje bogatą informacją.
- Muszę wiedzieć o tobie więcej, Paul. Jestem pewien, że bardzo by nam
to pomogło w pracy, gdybyś zechciał opisać mi szczegółowo cały jeden
dzień z twojego życia. Weź choćby jakiś dzień z tego tygodnia i zacznij
od momentu, kiedy obudziłeś się rano.
Prawie zawsze zadaję to pytanie podczas sesji, gdyż pozwala zdobyć
bezcenną wiedzę o wielu aspektach życia pacjenta - o jego snach,
sposobie odżywiania, trybie pracy, ale przede wszystkim o ludziach
obecnych w jego życiu.
Wyraźnie nie podzielając mojego badawczego entuzjazmu, Paul znowu tylko
potrząsnął głową, jakby przekreślał moją prośbę.
- Musimy omówić coś ważniejszego. Przez wiele lat prowadziłem
korespondencję z moim dawnym promotorem, profesorem Claude'em Muellerem.
Czytałeś jego pracę?
- Owszem, dobrze znam jego biografię Nietzschego. To świetna rzecz.
- Dobrze, bardzo dobrze. Ogromnie się cieszę, że tak uważasz. - Paul
sięgnął do swojej teczki i wydobył opasły segregator. - No więc
przyniosłem ze sobą tę korespondencję i chciałbym, żebyś ją przeczytał.
- Kiedy? Teraz?
- Tak, nie mamy nic ważniejszego do zrobienia podczas tej sesji.
Zerknąłem na zegarek.
- Ale przecież to ma być tylko jedna sesja, a przeczytanie tego zajmie
godzinę lub dwie. O wiele ważniejsze jest, żebyśmy...
- Doktorze Yalom, proszę mi wierzyć, ja wiem, czego mi potrzeba. Zacznij
czytać. Proszę.
Byłem zdezorientowany. "Co robić? On jest całkowicie zdeterminowany.
Zwróciłem mu uwagę na ograniczenia czasowe i zdaje sobie sprawę, że stać
go tylko na tę jedną sesję. Z drugiej strony może jednak Paul wie, co
robi. Może uważa, że ta korespondencja zawiera wszystkie informacje,
jakich potrzebuję. Tak, tak, gdy się nad tym dłużej zastanawiam, rośnie
we mnie przekonanie, że o to właśnie chodzi".
- Paul, czy dobrze myślę, że twoim zdaniem ta korespondencja zawiera
całą niezbędną wiedzę o tobie?
- Jeśli potrzebujesz tego założenia, by zacząć czytać, to moja odpowiedź
brzmi: tak.
"Niesamowite. Rozmowa o sprawach intymnych to mój zawód, moje własne
terytorium. Zawsze czułem się na tym gruncie pewnie, a jednak tym razem
wszystko idzie na opak, nic nie trzyma się kupy. A poza tym ta godzina
należy do niego. Płaci mi za mój czas". Czułem się nieco skołowany, ale
ustąpiłem i wyciągnąłem rękę po manuskrypt, który mi podsuwał.
Przekazując mi opasły, spięty trzema metalowymi kółkami segregator, Paul
powiedział, że korespondencja trwała ponad czterdzieści pięć lat i urwała się dopiero wraz ze śmiercią profesora Muellera w 2002 roku.
Zacząłem od przerzucania kartek, by wyrobić sobie ogólny pogląd na
sprawę. Rzucała się w oczy wielka staranność. Wyglądało na to, że Paul
zachowywał, opisywał i opatrywał datą wszystko, co przepływało między
nimi, zarówno krótkie, przypadkowe notatki, jak i rozbudowane listy z poważnymi rozważaniami. Pisma profesora Muellera były schludnie pisane
na maszynie i zakończone drobnym, bardzo eleganckim podpisem, listy
Paula natomiast - zarówno starsze, pisane przez kalkę, jak i późniejsze,
odbite na ksero - kończyła po prostu jedna litera P.
- Proszę, zacznij czytać. - Paul kiwnął mi głową.
Przeczytałem kilka pierwszych listów i przekonałem się, że była to
bardzo wykwintna i ujmująca korespondencja. Chociaż profesor Mueller
najwyraźniej miał dla Paula wiele szacunku, strofował go za zbytnie
zamiłowanie do gier słownych. Już w pierwszym liście napisał: "Widzę, że
jest Pan zakochany w słowach, Andrews. Wręcz tańczy Pan z nimi walca.
Ale słowa to tylko nuty. Melodię tworzą myśli. To myśli nadają strukturę
naszemu życiu".
"Przyznaję się do winy" - odpowiadał Paul w kolejnym liście. "Nie
pożeram i nie trawię słów, wolę z nimi tańczyć. I mam szczerą nadzieję,
że zawsze będę popełniał ten grzech". Kilka listów później, nie bacząc
na dzielącą ich różnicę pozycji i półwiekową różnicę w latach, porzucili
formalne tytuły "Pana" oraz "Profesora" i zaczęli zwracać się do siebie
po imieniu: Paul i Claude.
W kolejnym liście moje oko padło na zdanie napisane przez Paula: "Zawsze
jakoś udaje mi się wprawić towarzystwo w zakłopotanie". A więc miał
jakieś towarzystwo. "Przez to - kontynuował Paul - zawsze będę się
cieszył samotnością. Wiem, że popełniam błąd, zakładając, że inni
podzielają moje zamiłowanie do wielkich słów. Wiem, że narzucam im moje
pasje. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak szybko ci wszyscy goście zmywają
się, kiedy próbuję się do nich zbliżyć". "To coś istotnego" -
pomyślałem. ""Cieszyć się samotnością" to zwrot łagodny i poetyczny w tonie, ale w istocie Paul jest chyba bardzo samotnym starym
człowiekiem".
A następnie, jeszcze parę listów później, przyszła chwila olśnienia, gdy
trafiłem na ustęp mogący być kluczem do zrozumienia całej tej
surrealistycznej sytuacji. Paul pisał: "Sam więc widzisz, Claude, że nie
pozostało mi nic innego, jak szukać najżywszego i najszlachetniejszego
umysłu, jaki potrafię znaleźć. Potrzebuję umysłu, który doceni moją
wrażliwość, moją miłość do poezji, umysłu dość ostrego i zuchwałego, by
podjąć ze mną dialog. Czy moje słowa przyprawiają cię o szybsze bicie
serca, Claude? Potrzebuję żwawego partnera do tego tańca. Czy uczynisz
mi ten honor?".
I nagle jakbym doznał olśnienia umysłu. "Teraz wiem, dlaczego Paul tak
się upierał, żebym przeczytał jego korespondencję. To takie oczywiste.
Jak mogłem to przegapić. Profesor Mueller umarł dwadzieścia lat temu, a Paul poluje na nowego partnera do tańca! Oto co ma tutaj do rzeczy moja
powieść o Nietzschem! Nic dziwnego, że byłem zdezorientowany. Zdawało mi
się, że go sonduję, a w rzeczywistości on sondował mnie. Tak, to musi
być to".
Wpatrywałem się w sufit, zastanawiając się, jak wyrazić dokonany właśnie
wgląd, gdy Paul wyrwał mnie z zadumy i wskazując na zegarek,
przypomniał:
- Doktorze Yalom, nasz czas ucieka, proszę czytać dalej.
Posłuchałem go. Listy były urzekające i z przyjemnością zanurzyłem się w nich ponownie.
W kilku pierwszych tuzinach dawała się wyraźnie odczuć relacja między
studentem i jego mistrzem. Claude często podsuwał konkretne zadania, na
przykład: "Paul, chciałbym, żebyś napisał szkic zestawiający mizoginię
Nietzschego z mizoginią Strindberga". Przypuszczałem, że Paul wykonywał
te polecenia, ale w dalszej korespondencji nie było o nich żadnych
wzmianek. Musieli je omawiać w bezpośrednich rozmowach. Stopniowo
jednak, po pół roku, rozróżnienie na role nauczyciela i ucznia zaczęło
się rozmywać. Mniej było napomknięć o zadaniach do wykonania, niekiedy
wręcz trudno byłoby stwierdzić, kto tu jest nauczycielem, a kto uczniem.
Claude załączył kilka swoich własnych wierszy z prośbą o opinię, a odpowiedzi Paula, gdy namawiał Claude'a do wyłączenia umysłu i skupienia
się na wewnętrznej gonitwie emocji, dalekie były od pochlebstwa. Z drugiej strony Claude krytykował poezję Paula, pisząc, że jest wprawdzie
pełna pasji, lecz brak w niej zrozumiałego sensu.
Z każdą wymianą listów ich relacje stawały się coraz bardziej intymne i intensywne. Miałem uczucie, że trzymam w dłoniach popioły wielkiej
miłości, być może jedynej miłości w życiu Paula. "Możliwe, że Paul
cierpi z powodu nigdy nieprzeżytej do końca żałoby. Tak, tak, pewnie o to chodzi. To właśnie próbuje mi powiedzieć, nakłaniając mnie do
czytania tej korespondencji z dawno nieżyjącym człowiekiem".
W miarę upływu czasu tworzyłem kolejne hipotezy, ale żadna nie
tłumaczyła w pełni tego, co widziałem. Im dłużej czytałem, tym bardziej
mnożyły się pytania. Dlaczego Paul zwrócił się do mnie? Deklarował, że
jego głównym problemem jest niemoc twórcza, dlaczego więc nie okazywał
żadnego zainteresowania, gdy próbowałem drążyć to zagadnienie? Dlaczego
nie chciał mi zdradzić szczegółów swojego życia? I dlaczego tak się
upierał, żebyśmy spędzili całą sesję na czytaniu tych dawno
przebrzmiałych listów? Powinniśmy jakoś to uporządkować. Uznałem, że
muszę poruszyć wszystkie te sprawy, zanim się rozstaniemy.
Potem jednak trafiłem na wymianę listów, która dała mi do myślenia.
"Paul, twoja przesadna gloryfikacja czystych doznań prowadzi cię w niebezpiecznym kierunku. Przypominam ci jeszcze raz o Sokratesie, który
przestrzegał, że życie bez refleksji nie zasługuje na to, by je
przeżyć".
"Dobra robota, Claude" - pochwaliłem w myślach. "Sam dokładnie to samo
bym powiedział. W pełni popieram twoje zalecenie, by Paul zastanowił się
nad swoim życiem".
Ale w swoim następnym liście Paul replikował ostro: "Mając wybór między
życiem a rozważaniem życia, zawsze wybiorę to pierwsze. Uniknąłem
choroby szukania uzasadnień i tobie też to zalecam. Pęd do wyjaśniania
wszystkiego jest epidemią współczesnej myśli, a głównymi jej nosicielami
są terapeuci: każdy, z którym się zetknąłem, cierpiał na tę chorobę, a jest ona zaraźliwa i uzależniająca. Uzasadnienia to iluzja, miraż,
sztuczna konstrukcja, usypiająca kołysanka. Uzasadnienie nie jest
realnym bytem. Nazwijmy je tak, jak na to zasługuje: tchórzliwa obrona
przed szarpiącą nerwy i rzucającą na kolana grozą przypadkowości,
nijakości i kapryśności czystej egzystencji". Przeczytałem ten fragment
po raz drugi i trzeci. Byłem zbity z tropu. Po głowie chodziły mi różne
pomysły do wykorzystania, ale zawahałem się. Wiedziałem, że nie ma
żadnych szans na to, by Paul przyjął moje zaproszenie do tańca.
Ilekroć na chwilę podniosłem oczy, chwytałem wbite we mnie spojrzenie
Paula, jasno sygnalizujące, że mam czytać dalej. W końcu jednak, gdy
zobaczyłem, że zostało już tylko dziesięć minut, zamknąłem segregator i zdecydowanie przejąłem inicjatywę:
- Paul, mamy już niewiele czasu, a chciałbym omówić z tobą kilka spraw.
Dobijamy do końca sesji, a ja mam przykre uczucie, że w ogóle nie
zająłem się głównym problemem, który cię do mnie przygnał, twoją niemocą
twórczą.
- Niczego takiego nie mówiłem.
- Ale w mailu napisałeś... o, tutaj, wydrukowałem to sobie... - Otworzyłem
teczkę, ale zanim znalazłem właściwą kartkę, Paul przerwał:
- Pamiętam swoje słowa: "Chciałbym prosić o konsultację. Czytałem pana
powieść Kiedy Nietzsche szlochał i byłbym szczęśliwy, gdyby zechciał
pan przyjąć kolegę pisarza, który cierpi na niemoc twórczą".
Spojrzałem na niego, spodziewając się, że zobaczę uśmiech, ale on był
zupełnie poważny. Rzeczywiście napisał, że cierpi na niemoc twórczą, ale
przecież nie stwierdził jasno, że to jest właśnie powód szukania u mnie
pomocy. To była pułapka słowna i z trudem stłumiłem irytację wywołaną
tym, że dałem się w nią złapać.
- Moim zadaniem jest pomaganie ludziom, którzy mają problemy. Na tym
polega praca terapeuty. Więc chyba nietrudno zrozumieć, dlaczego
wyciągnąłem taki wniosek.
- Doskonale cię rozumiem.
- Dobrze, zacznijmy więc od początku. Powiedz, w jaki sposób mogę być ci
pomocny.
- Co sądzisz o tej korespondencji?
- Czy mógłbyś wyrazić się konkretniej? To by mi pomogło w sformułowaniu
odpowiedzi.
- Jakiekolwiek spostrzeżenia bardzo mi pomogą.
- W porządku. - Otworzyłem notes i zacząłem przerzucać strony. - Jak
wiesz, zdążyłem przeczytać tylko małą część, ale ogólnie jestem tymi
listami zauroczony, Paul. Błyszczą inteligencją i erudycją najwyższej
klasy. Uderzyła mnie w nich zamiana ról. Na początku byłeś uczniem, a on
nauczycielem. Ale byłeś bardzo szczególnym uczniem i już po kilku
miesiącach ten młody student i sławny profesor korespondowali jak równy
z równym. Nie ulega wątpliwości, że niezwykle cenił sobie twoje
komentarze i opinie. Podziwiał twoją prozę, liczył się z twoją krytyką
jego własnych prac. Mogę przypuszczać, że poświęcał ci wielokrotnie
więcej czasu i energii niż przeciętnemu studentowi. I oczywiście, jeśli
wziąć pod uwagę, że korespondencja trwała jeszcze długo po tym, jak
przestałeś być studentem, nie ulega wątpliwości, że staliście się dla
siebie wzajemnie nadzwyczaj ważni.
Zerknąłem na Paula. Siedział nieruchomo z oczami pełnymi łez, łapczywie
chłonąc moje słowa i pożądliwie czekając na więcej. Wreszcie, wreszcie
się spotkaliśmy. Wreszcie mogłem mu coś zaofiarować. Mogłem zaświadczyć
o czymś, co było dla niego nadzwyczaj ważne. Ja - i tylko ja - mogłem
potwierdzić, że sławny człowiek uznał Paula Andrewsa za osobę ważną. Ten
sławny człowiek umarł jednak dawno temu i osobowość Paula stała się zbyt
krucha, by dźwigać ten fakt w pojedynkę. Potrzebował na świadka kogoś
znaczącego i to mnie wybrał do tej roli. Tak, nie miałem już żadnej
wątpliwości. Miało to wytłumaczenie coś z prawdy.
Teraz trzeba było wyrazić te myśli w taki sposób, by miało to wartość
dla Paula. Kiedy wspomniałem wszystkie moje kolejne domysły i uświadomiłem sobie, jak mało czasu nam zostało, zawahałem się, od czego
zacząć, i w końcu zacząłem od sprawy najoczywistszej:
- Paul, w waszej korespondencji najmocniej uderzyła mnie intensywność i subtelność więzi między tobą a profesorem Muellerem. To przypominało
głęboką miłość. Jego śmierć musiała być dla ciebie okropnym przeżyciem.
Zastanawiam się, czy ta bolesna utrata wciąż cię nie drąży i czy nie
dlatego właśnie szukałeś pomocy. Co o tym sądzisz?
Paul nie odpowiedział. Wyciągnął tylko rękę po manuskrypt, więc podałem
mu go. Otworzył teczkę, schował segregator z korespondencją i zaciągnął
zamek błyskawiczny.
- Paul, czy mam rację?
- Prosiłem o konsultację, ponieważ jej potrzebowałem. Odbyliśmy ją i dostałem dokładnie to, o co mi chodziło. Pomogłeś mi, bardzo mi
pomogłeś. Nie mogłem oczekiwać więcej. Dziękuję.
- Jeszcze chwilkę, Paul, zanim wyjdziesz. Zawsze przywiązywałem wagę do
tego, by zrozumieć, co ludziom pomaga. Czy mógłbyś krótko wyjaśnić, co
właściwie ode mnie uzyskałeś? Sądzę, że lepsze sprecyzowanie tego dobrze
ci posłuży w przyszłości, a może się przydać także mnie i innym moim
pacjentom.
- Szkoda, że muszę cię zostawić z tyloma niedopowiedzeniami, ale obawiam
się, że nasz czas się skończył.
Zachwiał się, próbując wstać. Złapałem go za łokieć, by pomóc mu
odzyskać równowagę. Wyprostował się, uścisnął mi dłoń i energicznym
krokiem wymaszerował z gabinetu.
2
Być realnie
Charles, przystojny menedżer, miał solidne podstawy kariery: otrzymał
dobre wykształcenie w Andover, na Harvardzie, wreszcie w Harvard
Business School; jego dziadek i ojciec odnosili sukcesy w bankowości, a matka stała na czele rady nadzorczej doskonałego żeńskiego college'u.
Znakomicie wyglądała też jego bieżąca sytuacja: posiadłość w San
Francisco z rozległym widokiem od mostu Golden Gate po Bay Bridge,
kochająca żona z dobrego domu, sześciocyfrowe zarobki i jaguar XKE
convertible. Wszystko to w wieku trzydziestu siedmiu lat.
Nie najlepiej natomiast było z nim wewnątrz. Pełen zwątpienia w siebie i wyrzutów sumienia, pocił się ze strachu, ilekroć zobaczył na
autostradzie radiowóz policyjny. "Samoistne poczucie winy szukające
sobie odpowiedniego grzechu - to cały ja" - żartował. Co więcej, jego
sny były nieodmiennie bolesne: widział w nich siebie pokrytego wielkimi,
krwawiącymi ranami, uwięzionego w celi lub w jaskini. Był w nich
wyrzutkiem społeczeństwa, prostakiem, przestępcą, oszustem. Nawet jednak
jeśli poniżał samego siebie w snach, jego specyficzne poczucie humoru
przebijało się na wierzch.
- Czekałem w grupie osób starających się o rolę w filmie - opowiadał mi
swój sen podczas jednej z pierwszych sesji. - Kiedy przyszła moja kolej,
odegrałem zadaną partię bez zarzutu. Reżyser wywołał mnie z powrotem z poczekalni i pochwalił. Potem spytał o moje poprzednie role i przyznałem
się, że nigdy wcześniej nie grałem w filmie. Uderzył dłońmi w stół,
wstał i wyszedł z pokoju, wykrzykując: "Nie jest pan żadnym aktorem,
udaje pan tylko aktora!". Ruszyłem za nim, wołając: "Jeśli ktoś umie
udawać aktora, to jest aktorem". On jednak był już daleko. Krzyczałem na
całe gardło: "Aktorzy udają ludzi! To ich zajęcie!". Nic to nie pomogło.
Reżyser zniknął i zostałem sam.
Wyglądało na to, że jego brak pewności siebie jest trwały i żadne oznaki
powodzenia nie mają na niego wpływu. Wszelkie pozytywne sygnały -
osiągnięcia zawodowe, awanse, dowody miłości ze strony żony i dzieci,
życzliwość przyjaciół - spływały po nim jak woda po kaczce. Chociaż
nawiązałem z nim - we własnej ocenie - dobrą relację roboczą, on wciąż
trwał w przekonaniu, że jestem nim znudzony lub zniecierpliwiony.
Pewnego razu stwierdziłem mimochodem, że jest rozrzutny, i ta uwaga tak
go poruszyła, że wielokrotnie nawiązywał do niej podczas kolejnych
sesji. Po wielu godzinach poszukiwania źródeł jego pogardy dla siebie,
po rozpatrzeniu wszystkich typowych ewentualności, takich jak mierne
wyniki w testach IQ i SAT, prześladowanie przez kolegów w szkole
podstawowej, wstydliwy trądzik młodzieńczy, lęk przed tańcem z dziewczyną, przedwczesne ejakulacje, zbyt mały rozmiar penisa,
dotarliśmy wreszcie do pierwotnej przyczyny zła.
- Wszystko to zaczęło się - powiedział mi Charles - pewnego ranka, kiedy
miałem osiem lat. Mój ojciec, żeglarz olimpijczyk, wyruszył w pochmurną,
wietrzną pogodę na codzienny rejsik niewielkim jachtem po Bar Harbor w stanie Maine i już nie wrócił. Ten dzień mocno zapisał się w mojej
pamięci: okropny niepokój rodziny, narastający sztorm, matka nieustannie
krążąca nerwowo po domu, telefony do przyjaciół i straży przybrzeżnej,
wpatrywanie się w telefon na kuchennym stole nakrytym wzorzystym
czerwonym obrusem, coraz większy strach, gdy zbliżał się zmierzch, a wiatr wciąż wył za oknem. A najgorszy ze wszystkiego był szloch mojej
matki, gdy nazajutrz z samego rana zadzwonili ze straży z wiadomością,
że znaleziono jego łódź pływającą do góry dnem. Ciało ojca nigdy nie
zostało odnalezione.
Łzy płynęły strumieniami po policzkach Charlesa, jego głos drżał od
emocji, jakby wypadek zdarzył się wczoraj, a nie dwadzieścia osiem lat
temu.
- To był koniec dobrych czasów, koniec ciepłych, niedźwiedzich objęć
ojca, koniec naszych gier w rzucanie podkową, chińczyka i monopol. Chyba
uświadomiłem sobie wtedy, że nic już nie będzie nigdy takie samo.
Matka Charlesa przeżyła w żałobie resztę życia i nie pojawił się - nawet
na horyzoncie - nikt, kto mógłby zastąpić jego ojca. W pewnym sensie
Charles stał się ojcem dla samego siebie. Owszem, samodzielność ma swoje
dobre strony: autokreacja może bardzo dodawać pewności siebie. Ale wiąże
się też z samotnością, często w środku nocy Charles tęsknił za ciepłem
ogniska domowego, które wygasło tak dawno temu.
Rok wcześniej, podczas imprezy dobroczynnej, Charles poznał Jamesa
Perry'ego, przedsiębiorcę z branży high-tech. Zaprzyjaźnili się i po
kilku spotkaniach James zaproponował mu atrakcyjne stanowisko
kierownicze w nowo tworzonej firmie. Starszy od Charlesa o dwadzieścia
lat, był właścicielem jednego ze złotych jabłek Doliny Krzemowej. I chociaż zgromadził ogromną fortunę, nie potrafił - jak sam mówił - wyjść
z gry, wciąż więc angażował się w nowe przedsięwzięcia. Ich stosunki
były złożone - z jednej strony przyjaciele, z drugiej pracodawca i pracownik, mentor i jego protegowany - Charles i James łączyli to jednak
z wdziękiem. Ich praca wymagała częstych podróży, ale kiedy obaj byli
akurat w mieście, nigdy nie zapominali o wieczornym spotkaniu z drinkami
i długimi rozmowami. Mówili ze sobą o wszystkim: o firmie, konkurencji,
nowych produktach, problemach z personelem, swoich rodzinach,
inwestycjach, nowych filmach, planach wakacyjnych - o wszystkim, co im
chodziło po głowie. Charles uwielbiał te intymne rozmowy.
Charles zwrócił się do mnie właśnie wkrótce po tym, jak poznał Jamesa.
Choć mogło się to wydawać paradoksem, że szuka pomocy terapeuty w tym
błogim okresie, gdy znalazł opiekuna i mentora, wyjaśnienie było jak na
dłoni. Ojcowska opieka, którą zapewnił mu James, przywołała z pamięci
Charlesa wspomnienie śmierci ojca i odświeżyła poczucie utraty.
W czwartym miesiącu terapii Charles zadzwonił do mnie i zażądał
natychmiastowego spotkania. Wszedł do mojego gabinetu blady na twarzy.
Wlokąc się do fotela i siadając, zdołał wykrztusić tylko trzy słowa: "On
nie żyje".
- Charles, co się stało?
- James umarł. Rozległy zawał. Natychmiastowa śmierć. Wdowa powiedziała
mi, że była na obiedzie ze swoim personelem i po powrocie do domu
znalazła go leżącego w fotelu w salonie. Boże, przecież on nigdy nie
chorował! Kto mógł się spodziewać?
- Straszne. To musi być dla ciebie potworny wstrząs.
- Tego się nie da opisać, brakuje mi słów. To był taki porządny
człowiek, taki dobry dla mnie. Takie miałem szczęście, że go poznałem.
Wiedziałem! Wiedziałem, że to wszystko jest zbyt piękne, żeby miało
trwać! Człowieku, jak mi żal jego żony i dzieci!
- A ja współczuję tobie.
W następnych dniach spotykaliśmy się po dwa lub trzy razy w tygodniu.
Charles nie mógł pracować, źle sypiał i często płakał podczas sesji.
Wciąż od nowa wyrażał swój szacunek dla Perry'ego i głęboką wdzięczność
za spędzony z nim czas. Ból dawno poniesionych strat wypłynął na
wierzch, nie tylko z powodu śmierci ojca, lecz także matki, która zmarła
trzy lata i jeden miesiąc wcześniej. Wspominał również Michaela,
przyjaciela z dzieciństwa, który umarł w siódmej klasie, oraz Cliffa,
opiekuna z letniego obozu, którego zabił pęknięty tętniak. Wciąż mówił o szoku.
- Zastanówmy się nad twoim szokiem - zaproponowałem. - Co się składa na
szok?
- Czyjaś śmierć jest zawsze szokiem.
- Pójdź dalej. Opowiedz mi o tym.
- Przecież to oczywiste.
- Ale spróbuj ująć to w słowa.
- Trach - i życie skończone. Tak jak w tym przypadku. Nie ma się gdzie
przed tym schować, nie ma bezpiecznego miejsca. Ulotność... Życie jest
ulotne... wiem o tym... Każdy wie. Ale nigdy o tym wiele nie myślałem. Nie
chciałem o tym myśleć. Dopiero śmierć Jamesa zmusiła mnie do tego.
Zmusza mnie cały czas. Był starszy ode mnie i wiedziałem, że umrze
wcześniej. Po prostu jestem teraz zmuszony stawić czoło tym sprawom.
- Powiedz coś więcej. Jakim sprawom?
- Chodzi o moje własne życie. O to, że ja też umrę. O nieuchronność
śmierci. O to, że będę kiedyś martwy. Ta myśl, że będę kiedyś martwy,
uczepiła się jakoś mojego umysłu. Och, zazdroszczę znajomym, którzy są
katolikami i wierzą w życie pozagrobowe. Gdybym ja mógł to kupić. -
Zrobił głęboki wdech i spojrzał na mnie. - Właśnie o tym ciągle myślę. I oczywiście dochodzi do tego masa pytań o to, co naprawdę jest ważne.
- Opowiedz mi o tym.
- Mam poczucie, że to bez sensu spędzać całe życie w pracy i zarabiać
więcej pieniędzy, niż mi potrzeba. Mam teraz wszystkiego dosyć, a ciągle
zasuwam. Całkiem jak James. Robi mi się smutno, gdy myślę o swoim
minionym życiu. Mogłem być lepszym mężem, lepszym ojcem. Dzięki Bogu mam
jeszcze trochę czasu.
"Dzięki Bogu mam jeszcze trochę czasu". Ucieszyła mnie ta myśl. Znałem
wielu ludzi, którzy potrafili zareagować na żałobę w taki właśnie
pozytywny sposób. Konfrontacja z brutalnymi realiami obudziła ich i posłużyła za katalizator zasadniczych życiowych zmian. Wyglądało na to,
że może się to zdarzyć także z Charlesem, i miałem nadzieję, że pomogę
mu w obraniu tego kierunku.
Jednak jakieś trzy tygodnie po śmierci Jamesa Perry'ego Charles wpadł do
mojego gabinetu w stanie silnego wzburzenia. Oddech miał przyspieszony;
żeby się uspokoić, położył rękę na piersi i zrobił głęboki wydech, po
czym powoli zagłębił się w fotelu.
- Strasznie się cieszę, że mogliśmy się dzisiaj spotkać. Gdybyśmy nie
mieli tej sesji w harmonogramie, pewnie dzwoniłbym wczoraj wieczorem.
Właśnie przeżyłem jeden z najcięższych wstrząsów mojego życia.
- Co się stało?
- Margot Perry, wdowa po Jamesie, zadzwoniła wczoraj i poprosiła, żebym
przyszedł, bo musi o czymś ze mną porozmawiać. Odwiedziłem ją wieczorem
i... No dobrze, przejdę od razu do sedna sprawy. Oto co mi powiedziała:
"Nie chciałam ci tego mówić, Charles, ale już zbyt wiele osób o tym wie
i wolę, żebyś usłyszał to ode mnie, a nie od kogoś postronnego. James
nie umarł na zawał. Popełnił samobójstwo". Wciąż nie mogę dojść do
siebie. Świat stanął na głowie.
- Potworne! Opowiedz mi o wszystkim, co się w tobie dzieje.
- Za wiele tego. Huragan emocji. Trudno to uchwycić.
- Zacznij od czegokolwiek.
- No dobrze. Jedna z pierwszych rzeczy, które przemknęły mi przez głowę,
to było to, że jeśli on popełnił samobójstwo, to równie dobrze ja
mógłbym zrobić to samo. Nie potrafię tego dokładniej wyjaśnić, chyba
tylko w ten sposób, że znałem go tak dobrze, byliśmy sobie tak bliscy,
on był podobny do mnie, a ja do niego i jeśli on mógł się zabić, to ja
też bym mógł. Śmierć, samobójstwo: to już dla mnie nie jest abstrakcja.
To coś realnego. I dlaczego? Dlaczego się zabił? Nigdy tego nie
zrozumiem. Jego żona też nie ma pojęcia albo nie chce powiedzieć.
Powiedziała, że to było dla niej całkowitym zaskoczeniem. Muszę się
pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki