Rozdział 1. Historia Gordity i Fernanda
1
HISTORIA GORDITY I FERNANDA
Niewiarygodne! - pomyślałem. - Mój szwagier Fernando ma dotyk Midasa...
tyle że na opak! Czegokolwiek się tknie - każda obligacja, akcja,
moneta, token czy pieprzony unikatowy token NTF, wszystko - przemienia
się w gówno!
Był wieczór, krótko po dziewiątej. Siedziałem w jadalni w jego
szpanerskim apartamencie w Buenos Aires, przeglądając wyciągi z rachunków maklerskich, gdy w głowie zaświtała mi ta smutna konstatacja.
Mówiąc wprost, portfel inwestycyjny Fernanda okazał się katastrofą.
Za sprawą nietrafionych inwestycji Fernando stracił w ciągu poprzednich
dwóch miesięcy 97% kapitału, a saldo jego konta wynosiło teraz marne
3000 dolarów. Reszta, trochę ponad 97 000, rozpłynęła się jak pierd na
wietrze. Co gorsza, do strat tych doszło w warunkach relatywnego spokoju
i stabilności na giełdzie oraz na rynku kryptowalut, gdzie Fernando
głównie lokował pieniądze. Wnioski, jakie można z tego wysnuć, były
niezaprzeczalne i oczywiste: szwagier mógł za to winić wyłącznie siebie.
Rzecz jasna można by to oceniać inaczej, gdyby rynki, na których
inwestował, uległy załamaniu lub znacznemu osłabieniu tuż po dokonanych
przez niego inwestycjach. Byłoby to usprawiedliwienie przynajmniej dla
części strat.
Na Wall Street pokutuje stare powiedzenie odnośnie do tego typu
sytuacji: "Przypływ unosi wszystkie łodzie". Innymi słowy, kiedy
notowania giełdowe rosną, rosną również ceny wszystkich akcji, natomiast
gdy spadają, ceny akcji także lecą w dół. Oczywiście to samo dotyczy
innych rynków - choćby rynku obligacji, towarów, kryptowalut,
nieruchomości, sztuki czy ubezpieczeń.
Wniosek z tego płynie taki, że gdy jakiś rynek notuje duże wzrosty,
można śmiało weń zainwestować i liczyć na zysk. Nie potrzeba do tego
geniuszu, szóstego zmysłu ani specjalistycznego szkolenia. Rynek wykona
za nas 99% roboty.
Proste założenie, nieprawdaż?
Problem polega na tym, że dotyczy to zwykłych czasów, za to mocno się
komplikuje podczas wydłużającego się boomu. W takich chwilach nadmiernie
radosnego podniecenia - gdy chatroomy jeszcze bardziej się rozgadują,
eksperci pompują atmosferę, a tweety wieszczą, że nie widać końca tej
hossy - do gry wkracza ludzka natura.
Nagle inwestorzy amatorzy, którzy wiedzą o inwestowaniu w akcje tyle co
o hodowli bydła, uznają się za speców i zaczynają obracać nimi ze
wściekłym zapamiętaniem. Niesieni niczym niezmąconą wiarą, że ich świeży
sukces to wynik wrodzonej błyskotliwości, z każdym dniem nabierają coraz
większej pewności siebie.
Tymczasem ich inwestycyjne strategie są niemal w całości
krótkoterminowe.
Kiedy postawią na właściwego konia, szybko realizują zyski, a przyjemny
przypływ dopaminy wzmacnia ich dotychczasowe zachowania. (Fakt, że akcje
dalej zyskiwały na wartości, jest dla nich bez znaczenia. "Zysk to zysk
- powtarzają. - Zyskując, jeszcze nikt nie splajtował"). A gdy
inwestycja się nie powiedzie, po prostu uśredniają zyski lub kupują
taniejące akcje, czekając, aż wzrosty cen wybawią ich z kłopotu. Czemu
nie? Przecież tłum na Twitterze właśnie tak im radzi! Zresztą w przeszłości zawsze się to sprawdzało. Hossa zawsze wraca.
Otóż... niezupełnie.
Rynki rzeczywiście przeżywają hossy i bessy, a gdy się załamują - mówię
tu o prawdziwym załamaniu, jak choćby w przypadku pęknięcia bańki akcji
spółek IT w 1999 roku czy bańki źle zabezpieczonych kredytów
mieszkaniowych w 2008 roku - dzieje się to dużo szybciej i gwałtowniej
niż w przypadku wzrostów. Spytajcie zawodowych inwestorów z większym niż
kilkuletnie doświadczeniem - bez wątpienia właśnie to wam powiedzą.
Ale wróćmy do historii Fernanda, który nie mógł winić rynku za
spustoszenie swojego portfela inwestycyjnego - przynajmniej nie na
pierwszy rzut oka.
Przyjrzyjmy się szczegółom:
Przez sześćdziesiąt dni, gdy odnotowywał straty - od 8 lutego do 8
kwietnia 2022 roku - dwa rynki, na których zainwestował Fernando,
pozostawały w zasadzie płaskie, co w żargonie Wall Street oznacza, że
nie zanotowano na nich znaczących wzrostów ani spadków.
Indeks S&P 500, służący za punkt odniesienia dla ogółu amerykańskich
akcji, 8 lutego wynosił 4,521.54, a 8 kwietnia 4,488.28, zmniejszając
się o skromne 0,7%, zaś indeks bitcoin, będący punktem odniesienia dla
rynku kryptowalut, 8 lutego wynosił 44,340 USD oraz 42,715 USD 8
kwietnia; to wciąż niewielka zniżka o ledwie 3,7%, zwłaszcza w odniesieniu do 97-procentowej straty, jaką odnotował Fernando.
By oddać sprawiedliwość szwagrowi, patrzenie wyłącznie na pierwszy i sześćdziesiąty dzień tego okresu może być bardzo mylące. Gdyby Fernando
postawił na długoterminową strategię kup-i-trzymaj (czyli zachował
zakupione akcje co najmniej przez sześćdziesiąt dni), liczby te
zobrazowałyby wiernie to, co się w tym czasie zdarzyło. W tym wypadku
tak jednak nie było.
Nawet przy pobieżnym oglądzie dopatrzyłem się dziesiątek zleceń
sprzedaży akcji, zaśmiecających wyciągi z jego rachunków, podczas gdy
strategia kup-i-trzymaj zakłada zachowanie aktywów przez dłuższy okres
bez względu na wahania cen akcji w celu uzyskania zysku z długoterminowego potencjału wzrostu starannie przemyślanej inwestycji.
By zobaczyć precyzyjny obraz tego, co się zdarzyło, nie można patrzeć
wyłącznie na dni pierwszy i sześćdziesiąty, lecz także na to, co działo
się w międzyczasie.
Rynek kryptowalut jest dużo mniej stabilny niż amerykańska giełda, choć
i na rynku akcji dochodzi do zawirowań, zwłaszcza w czasach poważnego
zagrożenia lub niepewności, czy też w obliczu zdarzenia określanego
mianem "czarnego łabędzia"1. A zatem w zależności od tego, jak
agresywnie inwestował Fernando, jego straty mogły wynikać ze znacznych
dziennych przewartościowań cen akcji w połączeniu z wyjątkowo nie w porę
dokonywanymi transakcjami.
Innymi słowy, zamiast trzymać się odwiecznej maksymy "kup, kiedy
tanieją, sprzedaj, kiedy drożeją", mój chwilowo przyciśnięty do muru
szwagier kupował, kiedy akcje drożały, i sprzedawał, kiedy taniały.
Robił to wielokrotnie, aż w końcu stracił prawie wszystkie pieniądze.
Mając to na uwadze, przyjrzyjmy się dwóm wyżej wymienionym indeksom
przez pryzmat dziennych wahań kursów. Może to wyjaśni ogromne straty
Fernanda w okresie, który - wydawałoby się - cechowała stabilność.
Oto wykres dziennych wahań kursów obydwu indeksów, od 8 lutego do 8
kwietnia 2022 roku.
Dzienne kursy zamknięcia
08.02.22-08.04.22
Wykres pokazuje, że bitcoin osiągnął najniższy poziom - 37,023 USD - 16
marca, a najwyższy - 47,078 - 30 marca; różnica w ciągu tych
sześćdziesięciu dni wyniosła 21%. Indeks S&P, zwykle dużo
stabilniejszy, zszedł do najniższego poziomu 4,170 punktu 8 marca, a najwyższy poziom - 4,631 - uzyskał 30 marca; tu różnica wynosiła ledwie
11%.
W świetle tych danych rodzi się pytanie za 97 000 dolarów: Czy
uwzględnienie dziennych wahań kursów, które należy brać pod uwagę w tym
równaniu, wskazuje, że stabilność rynku w dniach pierwszym i sześćdziesiątym była jedynie pozorna i Fernando był niewinną ofiarą
gwałtownej fali, która zatopiła wszystkie portfele w porcie, w tym jego?
Była to interesująca hipoteza, ale intuicja podpowiedziała mi, że nie.
Gdyby tak było, Fernando musiałby ryzykować krocie w każdej transakcji i mieć najgorsze wyczucie timingu od czasu, gdy Napoleon ruszył zimą na
Rosję.
Przeglądając wyciągi jego rachunków w poszukiwaniu tropów, czułem się
jak śledczy z wydziału zabójstw, lustrujący miejsce zbrodni. Jedyna
różnica polegała na tym, że zamiast brodzić w morzu krwi i wnętrzności,
przedzierałem się przez morze dokumentów i rozpaczy.
Oprócz kilku udanych transakcji dokonanych w pierwszym tygodniu -
Fernando kupił wtedy bitcoiny za 41 000 USD, które sprzedał po czterech
dniach za 45 000; kupił Ethereum za 2900 USD, które sprzedał po tygodniu
za 3350; kupił akcje i opcje Tesli i odsprzedał je kilka dni później z zyskiem ponad 20 000 USD - wszystko, czego się tknął, natychmiast
przemieniało się w szajs. Co gorsza, codziennie zwiększał swoją
aktywność na giełdzie do tego stopnia, że pod koniec trzeciego tygodnia
najwyraźniej miał się już za day tradera2.
Co typowe, początkowe sukcesy rozbuchały jego pewność siebie i zachęciły
do inwestowania większych kwot z większą częstotliwością. I tak doszło
do rzezi. Już w połowie drugiego tygodnia nie pojawił się żaden zysk.
Widziałem kolejne nietrafione transakcje i rosnące straty.
Na początku trzeciego tygodnia jego dotyk Midasa na opak objawił się
ponownie; wszystkie znaki na niebie i ziemi wieściły katastrofę. Gdy
kapitał Fernanda stopniał do kwoty poniżej 50 000, dostrzegłem jego
desperację widoczną w zbyt dużych inwestycjach w spekulacyjne akcje
śmieciowe oraz bezwartościowe shitcoins (kryptowalutowy odpowiednik
akcji śmieciowych).
Pod koniec szóstego tygodnia było po zabawie. Fernando od ponad miesiąca
nie zyskał ani centa, a saldo na jego rachunku zeszło poniżej 10 000
USD, by wkrótce osiągnąć poziom 3000.
Dziwiłem się, jak ktoś mógł się tak konsekwentnie mylić.
To właściwe pytanie, pomyślałem, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, jakim
facetem jest Fernando. To uosobienie sukcesu, także finansowego. Dopiero
co przekroczył czterdziestkę, jest bystry, pracowity, wykształcony,
towarzyski, przedsiębiorczy i dodatkowo nienagannie ubrany. Jego firma
wytwarza produkty metalowe w dużej fabryce na przedmieściach Buenos
Aires.
Fernando niedawno się ożenił. On, jego młoda żona Gordita i ich
nieziemsko słodki dwuletni synek Vittorio mieszkają w nieskazitelnie
urządzonym apartamencie z trzema sypialniami zajmującym całe trzydzieste
trzecie piętro lustrzanej wieży wznoszącej się na wysokość czterdziestu
sześciu kondygnacji nad jedną z najlepszych i najbezpieczniejszych
dzielnic Buenos Aires.
Tamtego wieczoru zafrasowana Gordita w białym lnianym topie siedziała po
mojej lewej stronie. Biedaczka nie była w stanie ogarnąć opłakanych
inwestycji męża. Szczerze jej współczułem, lecz nawet w tych pełnych
napięcia chwilach ledwo się powstrzymałem, by nie spojrzeć jej w oczy,
nie wypowiedzieć jej imienia i się nie roześmiać. Bo gordita oznacza
dokładnie tyle co "pulpecik" - a ona jest przecudnej urody blondynką,
która ma nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu i waży pięćdziesiąt
kilogramów.
Wciąż pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego nazywają ją Gordita, choć
słyszałem, że Argentyńczycy uznają określenie "pulpecik" za
pieszczotliwe. Oczywiście od razu pojawiają się inne skojarzenia - "Hej,
Gordita, co słychać, oprócz tego, że tyjesz? Brałaś ostatnio udział w konkursie jedzenia hot dogów? - mimo że obowiązuje niepisana zasada, by
nie używać tego terminu wobec dziewczyny, która rzeczywiście jest...
gordita.
W każdym razie moja szwagierka jest żywym zaprzeczeniem dosłownego
znaczenia tego słowa. Jej prawdziwego imienia Ornella nikt nie używa.
Dla wszystkich jest Gorditą - nawet dla starszej siostry Cristiny, mojej
czwartej żony (ale kto by tam liczył?), z którą łączy ją niebywałe
podobieństwo.
Gordita siedziała pochylona na krześle niczym uosobienie konsternacji.
Jej dłonie podtrzymywały głowę, łokcie spoczywały na blacie stołu, a kręgosłup zgiął się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Powoli
potrząsała głową, jakby pytała: "Kiedy ten koszmar się skończy?".
Całkiem stosowne pytanie, pomyślałem. Ostatecznie była jedynie
nieznacznie zaangażowana w inwestycje giełdowe Fernanda; uczestniczyła w nich dopiero po fakcie, wspierając go, jak to żona. Właśnie takiego
wsparcia mógł spodziewać się od niej mąż, kiedy zerował ich wspólny
rachunek maklerski. Pytań typu: "Kurwa, co jest z tobą nie tak,
Fernando? Do cna ci odbiło? Trzymaj się tego, na czym się znasz, zamknij
ten cholerny rachunek Robin Hooda i skup się na swojej głupiej fabryce
wyrobów metalowych! Przynajmniej nie wylądujemy w przytułku!". Sprawę
jeszcze bardziej komplikował fakt, że Gordita to kobieta w typie
asystentki idealnej, nad wyraz uporządkowana i drobiazgowa, do tego
stopnia, że zna na pamięć terminy ważności praw jazdy i paszportów
wszystkich członków rodziny, także moich oraz Cristiny. Krótko mówiąc,
nikt jej nie wykiwa.
A jednak tamtego wieczoru sprawy miały się inaczej. Był to jeden z tych
rzadkich przypadków, kiedy Gordita zdała się na pomoc siostry -
konkretnie w roli tłumaczki. Cristina zasiadła więc po mojej prawej,
vis-a-vis Fernanda i Gordity. Czekało ją nie lada wyzwanie z uwagi na
niedorzecznie szybkie tempo, w jakim wypowiada się jej siostra. Gdy
Gordita zaczyna mówić, jej słowa brzmią jak seria z kartaczownicy
Gatlinga produkcji hiszpańskiej - a to tylko, kiedy jest spokojna. Wtedy
z pewnością nie była.
- No entiendo! - wypaliła. - Como perdio nuestro dinero tan rapido?
Es una locura! (Nie rozumiem! Jak mógł tak szybko stracić nasze
pieniądze? To jakieś szaleństwo!) El mercado de valores ni siquiera
bajo! Lo volvi a revisar esta ma?ana! Mira! (Ceny na giełdzie nawet nie
spadły! Sprawdziłam jeszcze raz rano. Spójrz!) - Wskazała na ekran
swojego iPhone'a z otwartą aplikacją giełdową. - Lo tengo aqui. Mira!
De hecho esta mas alto desde que el empezó! Y no nos queda nada! Como es
possible? No puede ser! No debería pasar! (Spójrz! Są wyższe, niż kiedy
zaczynał. I nic nam nie zostało! Jak to w ogóle możliwe? Nie powinno tak
być, to niemożliwe!).
Mimo że całkiem nieźle znam hiszpański, zdołałem wyłapać jedynie kilka
pierwszych słów jej wypowiedzi, sprowadzających się do oznajmienia, że
nie rozumie. Reszta przeleciała obok niczym podmuch wichru. Spojrzałem
na Cristinę i uniosłem dłonie oraz brwi, jakbym mówił: "Teraz już wiesz,
o co chodzi? Nikt nie rozumie twojej siostry! To niedorzeczne".
Cristina wzruszyła ramionami.
- Mówi, że jest sfrustrowana.
- Tyle to i ja wiem. Wyłapałem tam gdzieś słowo "niemożliwe".
Spojrzałem na Gorditę i spytałem powoli po angielsku:
- Powiedziałaś... "niemożliwe", tak?
- Tak, niemożliwe - przytaknęła z mocnym hiszpańskim akcentem. - Ale
Fernando jednak to zrobił.
Ubrany w świeżutką koszulkę polo szwagier siedzący na lewo od Gordity
spoglądał z cieniem krzywego uśmiechu na skserowane wyciągi z konta i powoli kręcił głową, jakby dawał do zrozumienia: "Faktycznie,
spieprzyłem to, ale wciąż jestem bogaty, więc to nie koniec świata,
zgadza się?". Był to rodzaj uśmiechu, który każdy mąż w tej sytuacji
rozpaczliwie próbuje w sobie zdusić, gdyż wie, że jego żona w końcu
powie: "Z czego się, kurwa, cieszysz? Wiesz, ile torebek od Chanel
mogłabym kupić za pieniądze, które przebimbałeś?".
Zerknąłem na Cristinę i spytałem:
- Co jeszcze powiedziała?
- Nie rozumie, dlaczego tak szybko stracili pieniądze. To dla niej bez
sensu. Ściągnęła aplikację na telefon, która ją przekonuje, że powinni
zarobić, bo ceny akcji idą w górę. Nie rozumie, jak to możliwe. -
Następnie obróciła się do Gordity i Fernanda i powtórzyła po hiszpańsku
to, co mi przed chwilą powiedziała.
- Exacto! - wykrzyknęła Gordita. - To bez sensu!
- Co bez sensu? - prychnął Fernando. - Mnóstwo ludzi traci pieniądze na
giełdzie! Teraz jestem jednym z nich, ale to nie koniec świata!
Gordita przeszyła go lodowatym wzrokiem, ledwie na niego patrząc.
Wszelkie słowa były tu zbędne.
- Co? Powiedziałem coś nie tak? - zagaił niewinnie Fernando, po czym
spojrzał na mnie i dorzucił swoją najlepszą angielszczyzną: - Nie mylę
się! Wszyscy tracą forsę na giełdzie, tak? Znaczy, nie ty. Mówię o normalnych ludziach. Rozumiesz?
- Tak, rozumiem doskonale. Słowa "ja" i "normalny" rzadko spotyka się w jednym zdaniu, więc masz całkowitą rację.
- On nie w tym sensie - pośpieszyła z wyjaśnieniem tłumaczka. - Fernando
cię kocha.
- Wiem - odparłem przyjaźnie. - Tylko żartowałem. Tak czy owak, tłumacz
na bieżąco, bo trudno tak przerywać i zaczynać od nowa.
- Dobra, mów - zarządziła moja żona. - Jestem gotowa.
Wziąwszy głęboki oddech, powiedziałem:
- No, dobrze. To prawda, Fernando, że większość ludzi traci pieniądze na
giełdzie i wielu z nich kompletnie się spłukuje, tak jak ty. Ale - i to
jest bardzo duże "ale" - nie wszyscy tracą. I nie mam tu na myśli
wyłącznie profesjonalistów, lecz także inwestorów amatorów. Mogę cię
jednak zapewnić, że nie inwestują tak jak ty, czyli jak oszalała
szyszymora.
- Kto?
- Szyszymora.
- A co to takiego?
- Coś jak... oszalały Indianin, który wrzeszczy i strzela na oślep z łuku.
To takie nasze powiedzenie. Chodzi mi o to, że inwestor amator
zwyczajnie nie jest w stanie zarobić na giełdzie, jeśli bezustannie
kupuje i sprzedaje. W końcu się spłucze, to tylko kwestia czasu. Dotyczy
to zarówno rynku akcji, jak i kryptowalut, choć w przypadku tych drugich
zwykle dzieje się to szybciej, bo marże są wyższe i dochodzi tam do
mnóstwa przekrętów. Jeśli nie wiesz dokładnie, jak poruszać się w tym
świecie, prędzej czy później nastąpisz na minę i wylecisz w powietrze.
To pewnik, czysta matematyka. - Na chwilę zawiesiłem głos.
Cristina skinęła głową i przetłumaczyła moje słowa.
Tymczasem ponownie zacząłem wertować wyciągi w poszukiwaniu kolejnych
tropów. Wciąż miałem wrażenie, że coś mi umyka, coś oczywistego, co w pełni wyjaśniłoby, w jaki sposób Fernando zdołał stracić niemal
wszystkie pieniądze w ciągu dwóch miesięcy, gdy rynek zachowywał się
stosunkowo stabilnie.
Rzecz jasna najbardziej oczywiste wyjaśnienie już padło: Fernando był
początkującym inwestorem, u którego pierwsze sukcesy rozpaliły płomienie
chciwości; w ich żarze jego zwykle racjonalny proces podejmowania
decyzji wydawał się osobliwy i przestarzały w konfrontacji z dużymi
sumami, które mógł zarobić, stosując bardziej agresywne metody
inwestowania.
Ale może dałoby się znaleźć coś więcej, jakiś namacalny dowód?
I wtedy Cristina spojrzała na mnie i powiedziała:
- Oni to wszystko rozumieją i chcą zacząć jeszcze raz, jak należy.
Pytają, co twoim zdaniem powinni kupić. Mają inwestować w akcje czy w kryptowaluty? - A po chwili dorzuciła: - W jakie? Gordita chce poznać
konkretne zalecenia.
- W odpowiedzi na pierwsze pytanie: w ich wieku zdecydowanie powinni
inwestować większość pieniędzy na giełdzie, bo to tam w ujęciu
historycznym osiąga się na dłuższą metę największe zyski. Z uwagi na to,
że ponieśliście największe straty na kryptowalutach, zacznijmy właśnie
od tego, gdyż pomoże wam to zrozumieć, co poszło nie tak. - Tu
skierowałem wzrok na tłumaczkę. - W świecie kryptowalut istnieją w zasadzie dwa sposoby, by początkujący inwestorzy zarobili mnóstwo
pieniędzy bez podejmowania większego ryzyka. Pierwszy to zakup i zatrzymanie bitcoinów. "Zatrzymanie" na dłużej, bez względu na
krótkoterminowe wzrosty lub spadki cen. Gordita i Fernando powinni
kompletnie je ignorować, bo to jedynie nieistotny szum. Niech je kupią i trzymają przez co najmniej pięć lat - to absolutne minimum. Przez siedem
lat byłoby jeszcze lepiej, a przez dziesięć wręcz super. Jeśli to
zrobią, podążając za tą prostą radą, istnieje szansa, że na tym zarobią,
zwłaszcza jeżeli wytrwają przez te pięć-siedem lat - choć kluczowe
znaczenie ma tu słowo "szansa". Z całą pewnością nie mówimy o gwarancji,
bo tych nie ma na żadnym rynku, ani akcji, ani kryptowalut. Gdy jednak
chodzi o kryptowaluty, myślę, że zakup i zatrzymanie na dłuższy czas
bitcoinów to zdecydowanie najlepsza opcja. - Wskazałem na iPhone
Gordity. - Powiedz jej, żeby to sobie zapisała.
- Jasne - przytaknęła Cristina i przetłumaczyła moją radę.
- I dodaj: Żadnych inwestycji na krótką metę! Zdecydowany zakaz.
Wyłącznie "kup i trzymaj".
Po kilku sekundach Gordita wzięła telefon i zapisała moje zalecenia,
stukając w klawiaturę z prędkością rozpędzonego zająca. Następnie
posłała mi wdzięczny uśmiech i powiedziała:
- Gracias, Jordie. Continuar, por favor.
- No problema - odparłem i zwróciłem się do Cristiny: - Dyskusję co do
tego, ile bitcoinów powinni kupić, odłóżmy na później, póki nie omówię
różnych strategii, które chcę im zaprezentować, a zwłaszcza jednej
dotyczącej giełdy, gdzie finalnie powinna trafić większość inwestowanych
przez nich środków. Kryptowaluty powinny stanowić tu co najwyżej 5%
portfela. Zdecydowanie odradzam większe inwestycje na tym rynku.
O tym, ile w sumie zainwestują, mogą zadecydować później. Wtedy skupimy
się na najlepszych sposobach podziału tych funduszy na różne rodzaje
inwestycji, by zmaksymalizować zyski i zminimalizować ewentualne straty.
Chwilowo skoncentrujmy się na zakupie i trzymaniu przez dłuższy czas
bitcoinów. Kluczowa przesłanka dla relatywnej pewności, że stosując tę
strategię, Gordita i Fernando zarobią, wypływa z faktu, że to inwestycja
długoterminowa. W tym kryje się cała moc.
Z drugiej strony, gdyby mnie spytali, co będzie się działo z bitcoinem w ciągu kilku najbliższych tygodni lub najbliższego roku, skłamałbym,
gdybym powiedział, że umiem to przewidzieć. Nie umiem. Nikt nie umie, w każdym razie z większą dozą pewności, a ten, kto twierdzi inaczej,
opowiada kompletne brednie.
W dłuższej perspektywie - i mam tu na myśli naprawdę długą perspektywę -
uważam jednak, że bitcoin zyska na wartości. Istnieje ku temu pewien
powód.
Otóż na krótką metę różne przypadkowe zdarzenia mogą wpłynąć na jego
kurs i szczerze mówiąc, nie jestem w stanie przewidzieć żadnego z nich.
Mówię tu o takich rzeczach jak ta, że Elon Musk wstanie z łóżka lewą
nogą i nagle znienawidzi bitcoina, prezydent Chin Xi postanowi zawiesić
transakcje w bitcoinie, bo nie będzie to już służyć jego politycznym
planom, grupa grubych ryb zacznie wyprzedawać bitcoina, żeby obniżyć
jego cenę, po czym po kilku dniach znów w niego zainwestuje, żeby
zgarnąć jeszcze więcej, lub Bank Rezerwy Federalnej podniesie stopy
procentowe bądź ograniczy dopływ pieniądza, żeby zwalczyć inflację -
która, notabene, znów zaczęła rosnąć.
Wiem, że jesteście przyzwyczajeni do dwucyfrowej inflacji w Argentynie,
ale w Stanach Bank Rezerwy Federalnej w życiu do niej nie dopuści. Będą
musieli coś zrobić, żeby ją okiełznać, a to nie posłuży bitcoinowi ani
giełdzie, przynajmniej na krótką metę. Ogólnie chodzi mi o to, że o ile
tego typu przypadkowe zdarzenia krótkoterminowo mogą mieć duży wpływ na
kurs bitcoina, to nie mają w zasadzie żadnego na jego cenę w dłuższej
perspektywie. A jako że nie mogę w żaden sposób przewidzieć takich
zdarzeń, krótkoterminowe inwestycje w bitcoina są bardzo ryzykowne.
Z drugiej strony długoterminowe inwestycje w bitcoina to całkowicie
odmienna sprawa, bo w grę wchodzą tu fundamenty. Możecie się bliżej
przyjrzeć wszystkim jego cechom, które sprawiają, że staje się
potencjalnie cenny - jego ograniczonej podaży, problemom, które
rozwiązuje, i temu, w jakim tempie coraz więcej osób zaczyna się nim
posługiwać - by podjąć świadomą decyzję co do tego, ile jest naprawdę
wart w porównaniu z jego obecną ceną rynkową.
Następnie zadajcie sobie pytanie, czy jest niedowartościowany, czy
przewartościowany. Jeśli uznacie, że jest niedowartościowany, będziecie
chcieli go kupić - nieprawdaż? - gdyż nabędziecie go po relatywnie
niskiej cenie. Jeżeli zaś uznacie, że jest przewartościowany, pewnie
zadecydujecie dokładnie na odwrót, bo po co za coś przepłacać? (W temat
"wyceny" zagłębię się w kolejnych rozdziałach, więc czytajcie dalej).
Może jestem nienormalny, ale moim zdaniem dużo mądrzej jest podejść do
inwestowania waszych ciężko zarobionych pieniędzy w ten sposób, niż
próbować oceniać rynek na krótką metę i zastanawiać się, w jakim
nastroju jest Elon Musk albo co prezydent Xi zjadł dziś na śniadanie.
Kapujecie? Ten pierwszy sposób to inwestowanie; ten drugi to
spekulowanie bądź hazard.
Mając na uwadze powyższe, gdyby Fernando miał mi powiedzieć, dlaczego
myśli, że posiadam bitcoiny, bez trudu znalazłby odpowiedź: bo uważam,
że są niedowartościowane w odniesieniu do obecnej ceny i w długiej
perspektywie czasowej muszą podrożeć.
Gdyby z kolei spytać Gorditę, kiedy - jej zdaniem - sprzedam swoje
bitcoiny, pewnie udzieliłaby odpowiedzi równie szybko: Nieprędko.
Inwestuję długoterminowo, co najmniej na pięć lat, a najpewniej na
dłużej.
Czy bitcoin może znacznie stracić na wartości w ciągu najbliższego roku?
Oczywiście. Jeśli jego kurs historyczny może być tu jakąś wskazówką, w pewnym momencie pewnie tak się stanie. Kurs bitcoina przeżywa ostre
spadki w czasie tzw. zim kryptowalut. Ale kompletnie się tym nie
przejmuję. To tylko szum. Zainwestowałem w bitcoiny na bardzo długo i będę trzymał się tej strategii.
- Czy to wszystko ma dla ciebie sens? - spytałem Cristiny. - Możesz im
to wyjaśnić?
- Oczywiście. Brzmi to całkowicie sensownie.
Po czym moja żona płynnie, z gracją i godną uwagi swobodą - zważywszy że
jeszcze dwa lata wcześniej w ogóle nie mówiła po angielsku - wyłuszczyła
moje rady Gordicie i Fernandowi. Całość była logiczna i zgodna ze
sprawdzonymi regułami inwestowania w odróżnieniu od kursu kamikadze,
jaki wcześniej obrali.
Ale to był dopiero początek. Dotąd omówiliśmy tylko jedną podstawową
strategię inwestowania w bitcoina, nawet nie wspomniawszy o giełdzie, na
której zainwestowali większość środków. A miałem im tu do przedstawienia
konkretną strategię, tak skuteczną i łatwą do opanowania, że po jej
krótkim omówieniu Gordita i Fernando uzyskają całą niezbędną wiedzę
pozwalającą im już na zawsze prześcignąć 99% najlepszych inwestorów na
świecie.
To odmieni ich życie.
W tamten wieczór przekazałem Gordicie i Fernandowi szczegółową receptę
na zbudowanie pierwszorzędnego, minimalizującego ryzyko i maksymalizującego zyski portfela inwestycyjnego, co uchroni ich
oszczędności przed argentyńską hydrą hiperinflacji i lawinowej
dewaluacji tamtejszej waluty.
Poruszyłem dosłownie wszystkie tematy - od tego, jak najszybciej wskazać
najlepsze akcje na nowojorskiej giełdzie i rokowania indeksu spółek
technologicznych NASDAQ, po ten, w jaki sposób bez wysiłku ulepić z nich
portfel światowej klasy, który zaktualizuje się automatycznie w momencie, gdy notowania którejś ze spółek zaczną spadać.
Zapoznali się z wiedzą fachowca, która pozostawała dla nich nieznana i której nie zyskali, czytając różne materiały na temat inwestowania.
Krótko mówiąc, pokazałem im nie tylko, jak robią to zawodowcy z Wall
Street, ale też to, jak w prosty sposób uniknąć wysokich marż, sowitych
opłat za prowadzenie rachunku i bezczelnie wygórowanych premii, na które
naciągani są nieobeznani inwestorzy - i które w ostatecznym rozrachunku
pożerają ich zyski i okradają ze zgromadzonych zasobów.
Z upływem czasu czułem się tamtego wieczoru jak emerytowany czarodziej
łamiący najważniejszą z zasad swojej dawnej branży: Nigdy nie zdradzaj
tajników naszych najcenniejszych sztuczek. A właśnie to robiłem.
Rozsuwałem zasłony skrywające cały sektor usług finansowych, demaskując
największą z owych sztuczek, a mianowicie: sposób, w jaki wykorzystuje
on moc dezinformacji, by przesłonić brzydką, acz niezaprzeczalną prawdę,
że najskuteczniejsze strategie inwestycyjne są tak łatwe do opanowania i stosowania, że samo istnienie Wall Street - a co za tym idzie istnienie
opłat, prowizji i niedorzecznych premii maklerskich - jest zwyczajnie
zbędne. Wystarczy wam jedynie odszyfrowana wersja "instruktażu" sektora
usług finansowych.
I właśnie to oferuję wam w tej książce - odszyfrowaną wersję
wewnętrznego "instruktażu", którą Wall Street skrywa przed inwestorami
od sześćdziesięciu lat. Znałem ją niemal przez całe dorosłe życie i niecnie wykorzystywałem we wczesnych latach kariery na Wall Street.
Służyła mi do zarabiania dużych sum dla siebie i pozbawiania pieniędzy
innych. Nie jestem z tego dumny i od lat staram się za to
zrehabilitować, pomagając milionom ludzi z całego świata wieść
szczęśliwsze, zasobniejsze i finansowo stabilne życie poprzez wpajanie
im sztuki sprzedaży i perswazji, a także skuteczniejszych metod
przedsiębiorczości.
Książka ta przenosi ich na całkiem nowy poziom. Jest jak klucz do
budowania własnego finansowego królestwa - i to podany na srebrnej tacy.
Również dlatego, że pisanie o tych dogłębnie mi znanych strategiach
trwało ponad trzy lata, gdy powinno trwać tydzień. Sęk w tym, że
poruszana tu tematyka większość ludzi usypia, dlatego musiałem znaleźć
sposób na pokonanie nudy, pisząc tę książkę tak, żebyście z zainteresowaniem przeczytali ją do końca. Wiedziałem, że w przeciwnym
razie wyświadczę wam niedźwiedzią przysługę.
Tak oto rozpocząłem żmudny proces odszyfrowywania "instruktażu" Wall
Street, który stałby się miłą i łatwą lekturą, w dodatku jeszcze
łatwiejszą do zastosowania, pozwalającą niekiedy także mnie wybuchnąć
głośnym śmiechem i mruknąć pod nosem: "Nie wierzę, że to napisałem!".
Ta książka odmieni życie wszystkich aktywnych bądź potencjalnych
inwestorów amatorów. Pokaże, w jaki sposób bezpiecznie i całkowicie
świadomie ulokować ciężko zarobione pieniądze, umożliwiając szybkie
stworzenie pierwszorzędnego portfela, który przebije 95% strategii
topowych funduszy inwestycyjnych i hedgingowych na świecie.
Dla wytrawnych inwestorów odnoszących udokumentowane sukcesy pozycja ta
również okaże się cenna. Dowiecie się z niej, dlaczego wasze
dotychczasowe strategie inwestycyjne są trafione, ale będzie ona też
przypomnieniem, by nie zbaczać z obranego kursu i nie dać się skusić
cynkom od starego przyjaciela, naganiacza ze stacji telewizyjnej CNBC,
nieświadomego kolegi z pracy wystającego pod biurowym dystrybutorem wody
lub jednego z tysięcy mających na oku jedynie własny interes szarlatanów
z TikToka bądź Instagrama.
Co więcej, mimo sukcesów, które odnieśliście na rynku, istnieje duża
szansa, że - zależnie od tego, kto wam doradza - sporą część waszych
zysków zżerają opłaty, prowizje oraz rozdęte premie maklerskie. Pokażę
wam, w jaki sposób pozbyć się większości z nich, co sprawi, że zyski
trafią do waszych kieszeni, a nie na Wall Street.
I na koniec - jeśli jesteście ultrakonserwatystami, którzy nie inwestują
na giełdzie (być może dlatego, że gardzicie Wall Street i pazernymi
draniami, którzy tam pracują), ta książka też będzie dla was
wartościowa. Przede wszystkim dlatego, że napisałem ją, by pokazać, jak
pokonać Wall Street na jej własnym podwórku, pozyskując sporą część
majątku, który generuje sektor finansowy, i jednocześnie nie pozwalając
mu się na koniec okradać z większości waszych zysków.
W istocie Wall Street służy żywotnym interesom związanym z prawidłowym
funkcjonowaniem światowej gospodarki, przyczyniając się do tworzenia
ogromnego majątku. Jedyny problem polega na tym, że po cichu umieściła
ona na szczycie globalnego systemu finansowego gigantycznego potwora
krwiopijcę, który zgarnia nadmierne opłaty i prowizje i wywołuje
zamieszanie na rynkach. Ukuty przeze mnie termin "potwór krwiopijca" to
Machina Opłat Wall Street, którą opiszę szczegółowo w kolejnych
rozdziałach, wskazując prostą i bardzo skuteczną metodę poruszania się w jej zawiłościach.
Chwilowo jednak najważniejszy przekaz brzmi: nieważne, gdzie mieszkacie,
ile macie lat, ile zarabiacie, czym się zajmujecie ani ile macie
pieniędzy na koncie lub pod materacem. Jednym z najważniejszych
elementów niezależności finansowej jest to, by móc wziąć swoje
oszczędności, odłożone dzięki pracowitości i gospodarności, i w bezpieczny sposób nimi obracać, żeby zabezpieczyć się przynajmniej przed
skutkami inflacji i dewaluacji, a także ostrożnie je mnożyć.
Książka ta otwiera drogę do zbudowania zrównoważonego portfela, który
umożliwi wam we właściwym czasie przejście na godną emeryturę i da
finansową swobodę, dzięki czemu będziecie robić, co będziecie chcieli,
kiedy tylko będziecie chcieli, z kimkolwiek będziecie chcieli i tak
długo, jak będziecie chcieli. A tego wam właśnie życzę.
Rozdział 2. Szekspir inaczej
2
SZEKSPIR INACZEJ
Później Fernando zadał mi niezwykle ważne pytanie, choć wtedy jeszcze
nie zdawał sobie z tego sprawy. Dla niego było to jedno z długiej listy
zapytań o radę, gdyż skupiał się niemal wyłącznie na tym, co on i Gordita powinni robić w przyszłości, i kompletnie nie zwracał uwagi na
popełniane wcześniej błędy. Motywy, jakie się za tym kryły, były dla
mnie całkowicie oczywiste - to naturalne, że staramy się unikać cierpień
i koncentrujemy się na przyjemnościach - lecz byłem przekonany, że takie
podejście mu nie służy, bo w końcu nie pierwszy raz udzielałem tego typu
wskazówek.
Od trzydziestu lat ludzie zwracają się do mnie o radę w sprawach giełdy,
co boleśnie mnie nauczyło na podstawie licznych prób i błędów, że
doradzanie w tej dziedzinie bez wyjaśnienia przyczyn porażki to
działanie całkowicie jałowe. Dokonanie rzeczywistej, czyli trwałej
zmiany wymaga głębszego zrozumienia istoty rzeczy. Innymi słowy, ludzie
muszą rozumieć, dlaczego jakaś inwestycja ma sens, a inna nie. W przeciwnym razie powrócą do tych samych destrukcyjnych wzorców - do
agresywnych zakupów akcji na krótką metę, dalszego brnięcia w złe
inwestycje bądź do słuchania rad mających na oku jedynie własny interes
szarlatanów - i skończą jak Fernando, sfrustrowany właściciel
zdemolowanego portfela złożonego z samych wpadek, z którego należy się
jeszcze rozliczyć z urzędem skarbowym.
Właśnie taki finał sprawił, że jego pytanie stało się niezwykle ważne,
trafiając w sedno jednego z najczęstszych i najboleśniejszych błędów
popełnianych przez inwestorów amatorów, a mianowicie: dopuszczanie, by
cena początkowa, za jaką kupili akcje, wpływała na ich decyzję dotyczącą
terminu ich sprzedaży.
Choć w przypadku Fernanda większość inwestycji wartej 100 000 USD
wyparowała, kilka pozycji wciąż mu pozostało, a dokładnie akcje warte
niespełna 3000 USD trzech gównianych spółek, cztery wyjątkowo gówniane
shitcoiny oraz dwa niemal bezwartościowe NFT3 prac artystycznych
tak jawnie nieudanych, że musiałem gryźć się w język, by nie spytać
Fernanda, czy to chwilowa niepoczytalność skłoniła go do zakupu owych
dwóch arcydzieł sprawiających wrażenie, jakby małpa i komputer połączyły
siły, by stworzyć wycenioną na 10 000 dolarów za sztukę kolekcję
cyfrowych wymiocin. Wydały mi się wyjątkowo odpychające, nawet jak na
NFT.
Jeśli zastanawia was, dlaczego ktoś tak bystry, wykształcony i wyrafinowany jak Fernando postanowił kupić tak oczywisty szajs,
odpowiedź jest krótka: zapewniam was, że w czasie, gdy dokonywał każdej
z tych inwestycji - od pierwszego zakupu akcji Tesli po zabawy
kryptowalutami oraz wszystkiego, co pomiędzy - czy to za radą znajomego,
na podstawie informacji z internetu, czy też własnego przeczucia, w chwili, kiedy to robił, wierzył, że zyskają one na wartości.
Tak czy owak, w portfelu Fernanda pozostało dziewięć pozycji o łącznej
wartości rynkowej wynoszącej niespełna 3000 dolarów. Ile zapłacił
wcześniej za te skarby? Około 49 000. Na czym z tej dziewiątki stracił
najwięcej? Na tysiącu akcji kupionych po kursie 18 dolarów, które teraz
kosztowały 35 centów za sztukę. Na czym stracił najmniej? Na tysiącu
shitcoinów, które kupił po 1 dolarze, a które teraz chodziły po 40
centów. Co z pozostałą siódemką? Plasowała się gdzieś pośrodku - ale
żaden z kursów nie zbliżył się do ceny, jaką wcześniej zapłacił
Fernando.
Teraz on i Gordita stanęli przed decyzją: Sprzedać czy nie sprzedawać -
oto jest pytanie!
Sęk w tym, że nie umieli osiągnąć porozumienia.
- A zatem... - zagaiła pojednawczym tonem tłumaczka. - Co, twoim zdaniem,
powinni zrobić? Fernando nie chce niczego sprzedać, bo wszystko
zapikowało. Uważa, że powinni przeczekać. Powiedział, że to jest tylko
na...
- Papierze - dokończył za nią Fernando.
- Właśnie to chciałam powiedzieć - przytaknęła Cristina. - Teraz straty
są tylko na papierze, a gdyby sprzedali, sprawa będzie przypieczętowana
i już nie odzyskają pieniędzy. - Wzruszyła ramionami, jakby sama nie
mogła w to uwierzyć, po czym już bardziej optymistycznym tonem
dorzuciła: - Za to Gordita uważa...
Tu Gordita gwałtownie obróciła głowę, zmrużyła oczy i przeszyła mnie
wzrokiem, jakby mówiła: "Jeśli wiesz, co jest dla ciebie dobre, lepiej
trzymaj ze mną! Powinniśmy wszystko sprzedać i zacząć od zera. Jak to
się mówi po angielsku...? Zamknijmy ten rozdział. Jak myślisz?". To
chciała mi powiedzieć.
Przez chwilę się zastanowiłem, nim jej odpowiedziałem. To ciekawe,
pomyślałem, ta jej przemożna chęć sprzedaży bez względu na cenę, żeby
mogli puścić ten koszmar w niepamięć i zacząć jeszcze raz. Przebijało z niej dobrze mi znane desperackie pragnienie, by pożegnać się z bolesnym
zdarzeniem i pozbyć pesymizmu oraz wszelkich negatywnych emocji, które
mu towarzyszą.
Doświadczyłem go przed laty na ponurym etapie życia po tym, jak mnie
aresztowali. To uczucie duszności, jakbym umierał w stop-klatce,
odzierany z życia powoli i boleśnie, gdy kawałek po kawałku traciłem
swój stan posiadania. Odpowiednik umierania od tysiąca ran będących
wynikiem zacięć papierem.
Pomyślałem wtedy, że byłoby lepiej, gdyby zrobili to od razu, zabrali mi
za jednym zamachem wszystko, co mam, wtrącili do więzienia i pozwolili
odsiedzieć swoje. Czułem, że dopiero gdy zostanie odebrany ostatni
szczątek niedobrego doświadczenia - auta, domy, jachty, ubrania,
pieniądze, żony, zegarki, biżuteria, a w przypadku Gordity i Fernanda
gówniane akcje, shitcoiny i warte tyle co wymiociny NFT, ich rachunki
maklerskie i portfele kryptowalut - będzie można wreszcie wziąć głęboki
oddech, wyprostować się i ruszyć krok za krokiem w nowe życie. W tym
sensie Gordita miała całkowitą rację.
Z drugiej strony rozumiałem też argumenty Fernanda. Jego zdaniem
bardziej pragmatyczne i logiczne podejście przysłużyłoby się ich
interesom na dłuższą metę w dużo większym stopniu niż poddanie się
emocjonalnej potrzebie zamknięcia tematu. I tak stracili już mnóstwo
pieniędzy, więc po co sprzedawać resztę? Przecież odzyskanie trzech
tysięcy w żaden sposób nie złagodzi tego ciosu. Taka suma nie wpłynie
jakoś znacząco na ich sytuację finansową. Po co więc sprzedawać,
pomyślał Fernando. Po co zamieniać papierową stratę na realną i pozbawiać się wszelkich szans na odzyskanie pieniędzy?
Tak właśnie brzmi to ważne, choć pozornie proste, pytanie: Kiedy należy
sprzedać aktywa i czym się kierować przy tej decyzji? Wysokością zysków?
Rozmiarami strat? Ceną zakupu?
Jak już wspomniałem, to z pozoru niewinne pytanie trafia w sedno jednego
z najczęstszych i najboleśniejszych błędów popełnianych przez inwestorów
amatorów. Oto przykład. Powiedzmy, że kupiliście tysiąc akcji po 40 USD
za sztukę i po kilku miesiącach ich cena spadła do 10 USD. Ile
straciliście? Oczywista odpowiedź brzmi: 30 000 USD.
Policzmy: kupiliście tysiąc akcji, a obecnie każda z nich jest warta 30
USD mniej niż na początku. Żeby wyliczyć stratę, po prostu mnożycie
liczbę zakupionych akcji, czyli 1000, przez kwotę, którą straciliście na
każdej z nich, czyli 30 USD, co daje wynik 30 000 USD. Z matematyką się
nie dyskutuje, prawda? Możliwe, ale czy ta kwota naprawdę ma sens? Czy
naprawdę straciliście 30 000 USD? Oczywiście na rachunku jest o 30 000
USD mniej, nie sposób temu zaprzeczyć, ale tak jak pomyślał Fernando,
jeśli nie sprzedaliście jeszcze tych akcji, tylko zawiesiliście wszelkie
działania, to czy na pewno straciliście te pieniądze? Czy - jak to się
mówi - nie jesteście do tyłu tylko "na papierze"? Przemyślcie to, tak
jak zrobił to Fernando.
Dopóki nie sprzedacie akcji, zawsze jest szansa, że zyskają na wartości
i odzyskacie przynajmniej część pieniędzy. A nawet jeszcze lepiej: jeśli
uzbroicie się w cierpliwość i poczekacie, aż kurs wróci do punktu
wyjścia, wyjdziecie na zero, nie odnotowując żadnej straty. Przekonałem
was?
Pójdźmy o krok dalej. Wyobraźcie sobie, że przez ostatnie dwa lata
byliście właścicielami portfela stosującymi tę strategię. Innymi słowy,
jeśli wasze akcje taniały, nie sprzedawaliście ich. Podobnie jak
Fernando wstrzymywaliście się przed jakimikolwiek działaniami, byliście
wyjątkowo cierpliwi i czekaliście, aż ich kurs wzrośnie. Z drugiej
strony, gdy kurs rósł, sprzedawaliście akcje. Inaczej mówiąc, znów
podążyliście za przykładem Fernanda (podczas pierwszych dwóch tygodni
giełdowej aktywności, gdy jego sukcesy zdawały się nie mieć końca),
sprzedawaliście aktywa, zgarnialiście zysk i dokonywaliście kolejnych
transakcji.
Oczywiście musieliście zapłacić podatek od zysków, ale na to nie
będziecie się uskarżać. W końcu sam Ben Franklin mawiał: "Tylko dwie
rzeczy na tym świecie są pewne: śmierć i podatki". W połączeniu z ulubioną maksymą maklerów: "Zyskując, nigdy nie zbankrutujesz" strategia
ta wydaje się pewniakiem i receptą na długotrwały sukces. Ale czy na
pewno?
Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Czy strategia polegająca na
sprzedaży wszystkich akcji, których kurs wzrósł, zgarnianiu zysków i trzymaniu akcji tracących na wartości w celu uniknięcia zaksięgowania
strat jest rzeczywiście sensowna? Żeby odpowiedzieć na to pytanie bez
cienia wątpliwości, przyjrzyjmy się naszemu dwuletniemu portfelowi i przekonajmy, czy obrana strategia zdała egzamin.
Jakiego typu akcje zgromadziliśmy? Z czego składa się nasz pakiet?
Odpowiedź jest prosta. Nasze inwestycje były nietrafione, co do jednej.
Tak jak w portfelu Fernanda. Mamy co do tego matematyczną pewność.
Strategia ta ma bowiem dwie fatalne wady:
Zasadza się na samooszukiwaniu.
Nie odnosi się do najważniejszego czynnika, jaki musimy brać pod
uwagę, decydując, czy sprzedaż ma sens - tego, czy jesteśmy na plusie,
czy na minusie.
Na czym polega to samooszukiwanie? Mówiąc bez ogródek, zachowujecie się
jak ostryga wciskająca głowę w piasek w przekonaniu, że dopóki nie
rozejrzycie się wokół, by ocenić sytuację, nic wam nie grozi. A przekładając to na język giełdowy, dopóki nie sprzedacie akcji, które
potaniały, nie jesteście na minusie.
No to coś wam powiem, i to tak, że zapamiętacie: Jesteście. Kurwa. Na.
Minusie. Fakt, że nie sprzedaliście akcji i wyczekujecie, nie oznacza,
że nie straciliście pieniędzy. Bo je straciliście, ich nie ma.
Rozpłynęły się, kurwa mać, jak Elvis. A jeśli macie co do tego
wątpliwości, jedno spojrzenie na branżę usług finansowych powinno na
zawsze je rozwiać. Otóż pośród dosłownie tysięcy produktów oferowanych
indywidualnym inwestorom na Wall Street fundusze inwestycyjne podlegają
najściślejszym regulacjom zwłaszcza w sferze księgowości, gdzie
standardowa metoda księgowania zwana "rachunkowością według wartości
rynkowej" stanowi prawny wymóg wobec wszystkich tego typu podmiotów.
Oto jak działa ten mechanizm.
Po zamknięciu codziennej sesji fundusz inwestycyjny dokonuje przeglądu
wszystkich aktywów w swoim portfelu i mnoży ich aktualny kurs - wartość
rynkową - przez liczbę posiadanych akcji, by określić ich aktualną
wartość na podstawie kursu dnia. Po zakończeniu tych wyliczeń w obrębie
całego portfela wartości te są sumowane wraz z gotówką pozostającą w posiadaniu firmy, by określić całkowitą wartość jej aktywów.
Dzienna zmiana kursu
By oszacować wartość każdej akcji funduszu, od całkowitej sumy aktywów
odejmuje się całkowitą sumę zobowiązań finansowych (kredytów na depozyt
zabezpieczający, marż, opłat maklerskich, pensji, kosztów marketingu
itp.), po czym dzieli się różnicę przez łączną liczbę wyemitowanych
akcji funduszu - i tak oto otrzymujemy "wartość aktywów netto", w skrócie NAV, odnoszącą się do wartości każdej akcji funduszu na
zamknięcie sesji giełdy.
Ogół aktualnych aktywów funduszu = gotówka + $(kurs rynkowy x liczba
ogółu akcji)
Wartość aktywów netto (NAV) = (ogół aktywów funduszu - ogół
zobowiązań) / liczba wyemitowanych akcji
Po co wam to wszystko opisuję? Prosto rzecz ujmując, nawet SEC, przy
całej swej nieudolności, zabrania funduszom inwestycyjnym
wykorzystywania pierwotnej ceny zakupu akcji do określania wartości ich
aktywów netto. Dlaczego? Bo byłaby to jawna niedorzeczność i wściekłe
oszustwo. A oto wniosek: bez określenia aktualnej ceny rynkowej każdej
akcji z portfela funduszu inwestor nie jest w stanie ocenić, czy aby nie
nabędzie aktywów funduszu w stu procentach tracących na wartości, które
po prostu nie zostały jeszcze sprzedane.
Oczywiście to samo odnosi się do aktywów w naszym portfelu. Fakt, że nie
sprzedaliście akcji, których kurs spadł, nie oznacza, że nie
ponieśliście strat. Ponieśliście. Pieniądze zniknęły. Czy bezpowrotnie,
to już zupełnie inna historia, co prowadzi nas do drugiej olbrzymiej
wady związanej z brakiem codziennej wyceny wartości rynkowej akcji. Nie
uwzględnia bowiem najważniejszego czynnika związanego z decyzją co do
sensowności sprzedaży akcji - nie odpowiada na pytanie: Dlaczego?
Inaczej mówiąc, dlaczego ich cena spadła? I w drugą stronę - dlaczego
ich kurs wzrósł? Co było tego powodem?
Powiedzmy, że kurs akcji, które nabyliście za 40 USD za sztukę, wynosi
obecnie 70 USD, i zastanawiacie się, czy warto je sprzedać. Moje pytanie
brzmi: Dlaczego kupiliście je po 40 USD? Jaki był tego powód? Wasza
odpowiedź - chyba że nie lubicie zarabiać pieniędzy - byłaby
następująca: Liczyliśmy, że akcje zdrożeją. W przeciwnym razie po co je
kupować? Przecież nie dlatego, że potanieją, to byłoby niedorzeczne.
Płynie z tego oczywisty wniosek: Powodem, dla którego inwestor nabywa
akcje, jest to, że liczy na zysk - co rodzi kolejne oczywiste pytanie:
Dlaczego sądziliście, że akcje podrożeją? Jaka była tego przyczyna?
Otóż wbrew powszechnym opiniom kursy akcji nie zwyżkują i nie spadają za
sprawą czarów, wudu czy innych mistycznych działań. Istnieją określone
powody ich wahań. Przyjrzyjmy się im, rozpoczynając od najbardziej
oczywistego: Ceny akcji drożeją lub spadają zgodnie z zasadą podaży i popytu.
Jeśli popyt przewyższa podaż, czyli jest więcej kupujących niż
sprzedających, cena akcji zwykle rośnie, a gdy jest na odwrót, czyli
jest więcej sprzedających niż kupujących, ich cena zwykle spada. To
logiczne, nieprawdaż? Pewnie słyszeliście już o tym wcześniej. Sęk w tym, że jest to zbytnie uproszczenie. Dlaczego? Bo finalnie podaż i popyt same w sobie nie stanowią przyczyny, a są efektem wcześniejszych
okoliczności.
Prosta konstatacja, że kurs wzrósł z powodu zwiększonego popytu na
akcje, w żaden sposób nie wyjaśnia, co się w istocie wydarzyło. By
zdobyć tę wiedzę, należy wejść w temat głębiej i najpierw zrozumieć, co
wywołało wzrost popytu, a gdy już to ogarniemy, możemy zacząć podejmować
świadome decyzje inwestycyjne. Na przykład, odnośnie do akcji kupionych
po 40 USD, których obecny kurs wynosi 70 USD, co do których
zastanawiacie się, co z nimi zrobić. Sprzedać i zgarnąć zysk czy się
wstrzymać i czekać, aż jeszcze bardziej podrożeją.
I tu znów wracamy do Szekspira i odwiecznego dylematu: Sprzedać czy nie
sprzedawać - oto jest pytanie!
Żeby udzielić właściwej rady, najpierw muszę się dowiedzieć, z jakiego
powodu kupiliście te akcje. Na jaką docelową cenę liczyliście? I, co
jeszcze ważniejsze, co spowodowało wzrost kursu? Inaczej mówiąc, jaka
była przyczyna zwiększonego popytu? Co za tym stało?
Ogólnie istnieją cztery powody zwiększenia popytu na akcje:
Po pierwszeInwestorzy uważają, że spółka jest niedowartościowana
Jeśli uznaje się, że akcje jakiejś spółki są niedowartościowane, skłania
to inwestorów do ich zakupu po kursie, który uznają za wyjątkowo
okazyjny. W żargonie Wall Street nazywa się ich value investors, a najbardziej prominentnym przedstawicielem tej grupy jest Warren Buffett,
sławna Wyrocznia z Omaha. Buffett stosuje tę strategię już od połowy lat
60., co sprawiło, że został jednym z najbogatszych i odnoszącym
największe sukcesy inwestorem w dziejach, gromadząc osobisty majątek
wart ponad 200 miliardów USD netto i zarabiając przy okazji setki
miliardów dla innych osób, które nabyły akcje jego spółki giełdowej
Berkshire Hathaway.
By zobrazować rozmiar jego sukcesu, powiem tylko, że gdybyście wy, wasi
rodzice lub nawet dziadkowie (tak, Warren Buffett jest sędziwy jak bór,
lecz wciąż ostry jak żyletka) mieli wizję, by zainwestować 10 000 USD w Berkshire Hathaway, gdy Buffett przejął kontrolę nad tą spółką w 1964
roku, wasza inwestycja warta byłaby teraz 410 milionów USD. Stopa zysku
jest rzeczywiście zawrotna.
Założenie kryjące się za inwestowaniem w niedowartościowane aktywa jest
całkiem proste. Tacy inwestorzy podejmują decyzje o zakupie na podstawie
wartości wewnętrznej spółki - wysokości sprzedaży, przychodów, aktywów,
zadłużenia, bilansów itp. - w odniesieniu do aktualnego kursu jej akcji.
Jeśli ten kurs jest niższy od wewnętrznej wartości spółki, uznają ją za
niedowartościowaną i dokonują zakupu. Natomiast jeśli kurs przewyższa
wewnętrzną wartość spółki, uznają ją za przewartościowaną i nie kupią
jej akcji. Sensowne, nieprawdaż?
A teraz pytanie za milion dolarów: Jak oszacować wewnętrzną wartość
spółki? Istnieją dwa całkowicie odmienne sposoby - skomplikowany i prosty. Zacznijmy od prostego, gdyż jest tak absurdalnie prosty, że -
jak tylko go wyłuszczę - stracicie zainteresowanie dla tej drugiej,
skomplikowanej metody.
Prosty sposób polega na... sprawdzeniu. A sprawdzenie wewnętrznej wartości
spółki jest wyjątkowo łatwe. Bez trudu wyszukamy raport którejś z topowych firm analitycznych z Wall Street, zatrudniających armie
analityków finansowych, którzy specjalizują się w przeczesywaniu
bilansów, modeli przepływów środków pieniężnych, komunikatów prasowych i raportów o przychodach, by na koniec przedstawić bardzo trafne szacunki
na temat wewnętrznej wartości spółek. Korzystając z metody zwanej
"analizą zdyskontowanych przepływów pieniężnych", w skrócie DCF,
analitycy szacują wewnętrzną wartość akcji, uwzględniając różne
czynniki, w tym aktualną sytuację finansową spółki, prognozy rozwoju,
bieżący i średnioterminowy profil ryzyka oraz wartość pieniądza w czasie, jako że zyski z planowanego wzrostu należy zdyskontować do ich
dzisiejszej wartości.
Jeśli chodzi o wybór firmy analitycznej, to są ich dziesiątki. Poniżej
podaję nazwy czterech najlepszych i najbardziej renomowanych:
ValueLine (www.valueline.com). Od 1931 roku sporządza wyczerpujące
raporty i analizy na temat szerokiego wachlarza akcji, obligacji, opcji
oraz funduszy inwestycyjnych, w tym sprawozdania finansowe, raporty i prognozy przychodów, szacunki wartości wewnętrznej oraz analizy
techniczne. Obecnie dostarcza dane na temat ponad 1700 spółek
giełdowych.
Moody's (www.moodys.com). Założona w 1909 roku firma Moody's stała
się jedną z największych i najbardziej szanowanych agencji ratingowych
na świecie. Bazuje na literowym systemie ratingowym, gdzie ocena Aaa
przysługuje najbardziej godnym zaufania kredytobiorcom, a C odnosi się
do tych najbardziej gównianych. Z jej ratingów korzystają inwestorzy,
instytucje finansowe i koncerny z całego świata.
CFRA (www.cfraresearch.com). Znana wcześniej pod nazwą S&P
Global Market Intelligence to niezależna firma analityczna dostarczająca
raporty i dane na temat szerokiego spektrum papierów wartościowych, w tym akcji, obligacji oraz innych instrumentów finansowych. Słynąca ze
swoich autorskich badań CFRA chlubi się umiejętnością identyfikowania
niedowartościowanych akcji i najbardziej atrakcyjnych okazji
inwestycyjnych.
Morningstar (www.morningstar.com). Założona w 1984 roku niezależna
firma analityczna dostarczająca dane i analizy finansowe dotyczące
szerokiego wachlarza papierów wartościowych, w tym akcji, obligacji,
funduszy inwestycyjnych oraz funduszy notowanych na giełdzie (ETF).
Firma stosuje własny, oparty na gwiazdkach system ratingowy przy ocenie
funduszy inwestycyjnych oraz funduszy ETF na podstawie ich
dotychczasowej wydajności i poziomu ryzyka.
Każda z powyższych firm udostępnia szeroką ofertę subskrypcji i portali
online, udzielając także nieodpłatnych odpowiedzi na podstawowe
zapytania, między innymi o wewnętrzną wartość spółek. Informacje te
można również pozyskać wyrywkowo, wczytując się w analizy największych
banków i biur maklerskich, choćby Goldman Sachs, Morgan Stanley czy
JPMorgan Chase, dysponujących mocną bazą analityczną, skupiającą się na
danych z różnych branż (stąd konieczność wyrywkowego pozyskiwania
informacji).
Gdy - bez względu na źródło - zdobędziemy już wiedzę na temat
wewnętrznej wartości akcji, reszta jest prosta. Porównujemy ich aktualny
kurs do bieżącej wartości wewnętrznej i na tej podstawie podejmujemy
decyzję dotyczącą zakupu. Tylko czy rzeczywiście jest to takie proste?
Posłużmy się przykładem firmy Apple.
Stosując metodę zdyskontowanych przepływów pieniężnych, jej wartość
wewnętrzną szacuje się na około 135,13 USD za sztukę przy aktualnym
kursie akcji 141,86 USD. Co to oznacza? Na pierwszy rzut oka, że kurs
akcji Apple jest nieco przewartościowany, dokładnie o 4,9%.
Bardzo ciekawe. A wiecie, co ja na to? Gówno prawda, przez duże G! No,
bez żartów! Naprawdę wierzycie, że w przypadku koncernu o takich
zasobach, dokonaniach i doświadczeniu w zarządzaniu jak Apple wystarczy
posłużyć się jego wartością wewnętrzną, by rozsądnie oszacować, jak
będzie się zachowywał kurs akcji w ciągu najbliższych pięciu lat? Dla
mnie jest to całkowicie absurdalne i już wyjaśniam dlaczego.
Po pierwsze, domniemana wartość wewnętrzna wynosząca 135,13 USD to
jedynie średnia różnych wartości wewnętrznych, które topowe agencje
ratingowe przypisują firmie Apple, opierając się na własnych modelach
wyceny. W zależności od źródła, jakim się posłużymy, szacunki wahają się
od 99 USD po aż 235 USD za akcję, co oznacza, że nie istnieje konsensus
co do wartości wewnętrznej Apple. Dlaczego?
Po prostu zbyt wiele zmiennych i prywatnych ocen analityków sprawia, że
trudno wyciągnąć z tego jednoznaczne wnioski. W efekcie wyniki okazują
się bardziej subiektywne niż obiektywne, a zatem nieprzydatne dla
inwestorów pragnących podjąć świadomą decyzję dotyczącą zakupu.
To samo odnosi się do średniej wartości wewnętrznej wielu dużych spółek
giełdowych, zwłaszcza tych wielobranżowych i prowadzących agresywną
politykę wprowadzania na rynek nowych produktów, z których potencjalnie
każdy może radykalnie wpłynąć na wyniki firmy. Choćby z tego powodu
bardzo trudno dokładnie oszacować wartość wewnętrzną tego typu
podmiotów, by z dużą dozą pewności wykorzystać ją jako podstawę do
podjęcia świadomej decyzji inwestycyjnej.
Jednak w przypadku innych, mniej złożonych firm może być odwrotnie. Gdy
istnieje prosty model biznesowy i przewidywalne perspektywy wzrostu,
znacznie łatwiej jest uzyskać dokładny odczyt wartości wewnętrznej firmy
i na tej podstawie podjąć decyzję inwestycyjną.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki