Inwestycje Wilka. Jak zarobić fortunę na Wall Street - Jordan Belfort

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Historia Gordity i Fernanda

1

HISTO­RIA GOR­DITY I FER­NANDA

Nie­wia­ry­godne! - pomy­śla­łem. - Mój szwa­gier Fer­nando ma dotyk Midasa... tyle że na opak! Cze­go­kol­wiek się tknie - każda obli­ga­cja, akcja, moneta, token czy pie­przony uni­ka­towy token NTF, wszystko - prze­mie­nia się w gówno!

Był wie­czór, krótko po dzie­wią­tej. Sie­dzia­łem w jadalni w jego szpa­ner­skim apar­ta­men­cie w Buenos Aires, prze­glą­da­jąc wyciągi z rachun­ków makler­skich, gdy w gło­wie zaświ­tała mi ta smutna kon­sta­ta­cja. Mówiąc wprost, port­fel inwe­sty­cyjny Fer­nanda oka­zał się kata­strofą.

Za sprawą nie­tra­fio­nych inwe­sty­cji Fer­nando stra­cił w ciągu poprzed­nich dwóch mie­sięcy 97% kapi­tału, a saldo jego konta wyno­siło teraz marne 3000 dola­rów. Reszta, tro­chę ponad 97 000, roz­pły­nęła się jak pierd na wie­trze. Co gor­sza, do strat tych doszło w warun­kach rela­tyw­nego spo­koju i sta­bil­no­ści na gieł­dzie oraz na rynku kryp­to­wa­lut, gdzie Fer­nando głów­nie loko­wał pie­nią­dze. Wnio­ski, jakie można z tego wysnuć, były nie­za­prze­czalne i oczy­wi­ste: szwa­gier mógł za to winić wyłącz­nie sie­bie.

Rzecz jasna można by to oce­niać ina­czej, gdyby rynki, na któ­rych inwe­sto­wał, ule­gły zała­ma­niu lub znacz­nemu osła­bie­niu tuż po doko­na­nych przez niego inwe­sty­cjach. Byłoby to uspra­wie­dli­wie­nie przy­naj­mniej dla czę­ści strat.

Na Wall Street poku­tuje stare powie­dze­nie odno­śnie do tego typu sytu­acji: "Przy­pływ unosi wszyst­kie łodzie". Innymi słowy, kiedy noto­wa­nia gieł­dowe rosną, rosną rów­nież ceny wszyst­kich akcji, nato­miast gdy spa­dają, ceny akcji także lecą w dół. Oczy­wi­ście to samo doty­czy innych ryn­ków - choćby rynku obli­ga­cji, towa­rów, kryp­to­wa­lut, nie­ru­cho­mo­ści, sztuki czy ubez­pie­czeń.

Wnio­sek z tego pły­nie taki, że gdy jakiś rynek notuje duże wzro­sty, można śmiało weń zain­we­sto­wać i liczyć na zysk. Nie potrzeba do tego geniu­szu, szó­stego zmy­słu ani spe­cja­li­stycz­nego szko­le­nia. Rynek wykona za nas 99% roboty.

Pro­ste zało­że­nie, nie­praw­daż?

Pro­blem polega na tym, że doty­czy to zwy­kłych cza­sów, za to mocno się kom­pli­kuje pod­czas wydłu­ża­ją­cego się boomu. W takich chwi­lach nad­mier­nie rado­snego pod­nie­ce­nia - gdy cha­tro­omy jesz­cze bar­dziej się roz­ga­dują, eks­perci pom­pują atmos­ferę, a twe­ety wiesz­czą, że nie widać końca tej hossy - do gry wkra­cza ludzka natura.

Nagle inwe­sto­rzy ama­to­rzy, któ­rzy wie­dzą o inwe­sto­wa­niu w akcje tyle co o hodowli bydła, uznają się za spe­ców i zaczy­nają obra­cać nimi ze wście­kłym zapa­mię­ta­niem. Nie­sieni niczym nie­zmą­coną wiarą, że ich świeży suk­ces to wynik wro­dzo­nej bły­sko­tli­wo­ści, z każ­dym dniem nabie­rają coraz więk­szej pew­no­ści sie­bie.

Tym­cza­sem ich inwe­sty­cyjne stra­te­gie są nie­mal w cało­ści krót­ko­ter­mi­nowe.

Kiedy posta­wią na wła­ści­wego konia, szybko reali­zują zyski, a przy­jemny przy­pływ dopa­miny wzmac­nia ich dotych­cza­sowe zacho­wa­nia. (Fakt, że akcje dalej zyski­wały na war­to­ści, jest dla nich bez zna­cze­nia. "Zysk to zysk - powta­rzają. - Zysku­jąc, jesz­cze nikt nie splaj­to­wał"). A gdy inwe­sty­cja się nie powie­dzie, po pro­stu uśred­niają zyski lub kupują tanie­jące akcje, cze­ka­jąc, aż wzro­sty cen wyba­wią ich z kło­potu. Czemu nie? Prze­cież tłum na Twit­te­rze wła­śnie tak im radzi! Zresztą w prze­szło­ści zawsze się to spraw­dzało. Hossa zawsze wraca.

Otóż... nie­zu­peł­nie.

Rynki rze­czy­wi­ście prze­ży­wają hossy i bessy, a gdy się zała­mują - mówię tu o praw­dzi­wym zała­ma­niu, jak choćby w przy­padku pęk­nię­cia bańki akcji spółek IT w 1999 roku czy bańki źle zabez­pie­czo­nych kre­dy­tów miesz­ka­nio­wych w 2008 roku - dzieje się to dużo szyb­ciej i gwał­tow­niej niż w przy­padku wzro­stów. Spy­taj­cie zawo­do­wych inwe­sto­rów z więk­szym niż kil­ku­let­nie doświad­cze­niem - bez wąt­pie­nia wła­śnie to wam powie­dzą.

Ale wróćmy do histo­rii Fer­nanda, który nie mógł winić rynku za spu­sto­sze­nie swo­jego port­fela inwe­sty­cyj­nego - przy­naj­mniej nie na pierw­szy rzut oka.

Przyj­rzyjmy się szcze­gó­łom:

Przez sześć­dzie­siąt dni, gdy odno­to­wy­wał straty - od 8 lutego do 8 kwiet­nia 2022 roku - dwa rynki, na któ­rych zain­we­sto­wał Fer­nando, pozo­sta­wały w zasa­dzie pła­skie, co w żar­go­nie Wall Street ozna­cza, że nie zano­to­wano na nich zna­czą­cych wzro­stów ani spad­ków.

Indeks S&P 500, słu­żący za punkt odnie­sie­nia dla ogółu ame­ry­kań­skich akcji, 8 lutego wyno­sił 4,521.54, a 8 kwiet­nia 4,488.28, zmniej­sza­jąc się o skromne 0,7%, zaś indeks bit­coin, będący punk­tem odnie­sie­nia dla rynku kryp­to­wa­lut, 8 lutego wyno­sił 44,340 USD oraz 42,715 USD 8 kwiet­nia; to wciąż nie­wielka zniżka o led­wie 3,7%, zwłasz­cza w odnie­sie­niu do 97-pro­cen­to­wej straty, jaką odno­to­wał Fer­nando.

By oddać spra­wie­dli­wość szwa­growi, patrze­nie wyłącz­nie na pierw­szy i sześć­dzie­siąty dzień tego okresu może być bar­dzo mylące. Gdyby Fer­nando posta­wił na dłu­go­ter­mi­nową stra­te­gię kup-i-trzy­maj (czyli zacho­wał zaku­pione akcje co naj­mniej przez sześć­dzie­siąt dni), liczby te zobra­zo­wa­łyby wier­nie to, co się w tym cza­sie zda­rzyło. W tym wypadku tak jed­nak nie było.

Nawet przy pobież­nym oglą­dzie dopa­trzy­łem się dzie­sią­tek zle­ceń sprze­daży akcji, zaśmie­ca­ją­cych wyciągi z jego rachun­ków, pod­czas gdy stra­te­gia kup-i-trzy­maj zakłada zacho­wa­nie akty­wów przez dłuż­szy okres bez względu na waha­nia cen akcji w celu uzy­ska­nia zysku z dłu­go­ter­mi­no­wego poten­cjału wzro­stu sta­ran­nie prze­my­śla­nej inwe­sty­cji.

By zoba­czyć pre­cy­zyjny obraz tego, co się zda­rzyło, nie można patrzeć wyłącz­nie na dni pierw­szy i sześć­dzie­siąty, lecz także na to, co działo się w mię­dzy­cza­sie.

Rynek kryp­to­wa­lut jest dużo mniej sta­bilny niż ame­ry­kań­ska giełda, choć i na rynku akcji docho­dzi do zawi­ro­wań, zwłasz­cza w cza­sach poważ­nego zagro­że­nia lub nie­pew­no­ści, czy też w obli­czu zda­rze­nia okre­śla­nego mia­nem "czar­nego łabę­dzia"1. A zatem w zależ­no­ści od tego, jak agre­syw­nie inwe­sto­wał Fer­nando, jego straty mogły wyni­kać ze znacz­nych dzien­nych prze­war­to­ścio­wań cen akcji w połą­cze­niu z wyjąt­kowo nie w porę doko­ny­wa­nymi trans­ak­cjami.

Innymi słowy, zamiast trzy­mać się odwiecz­nej mak­symy "kup, kiedy tanieją, sprze­daj, kiedy dro­żeją", mój chwi­lowo przy­ci­śnięty do muru szwa­gier kupo­wał, kiedy akcje dro­żały, i sprze­da­wał, kiedy taniały. Robił to wie­lo­krot­nie, aż w końcu stra­cił pra­wie wszyst­kie pie­nią­dze.

Mając to na uwa­dze, przyj­rzyjmy się dwóm wyżej wymie­nio­nym indek­som przez pry­zmat dzien­nych wahań kur­sów. Może to wyja­śni ogromne straty Fer­nanda w okre­sie, który - wyda­wa­łoby się - cecho­wała sta­bil­ność.

Oto wykres dzien­nych wahań kur­sów oby­dwu indek­sów, od 8 lutego do 8 kwiet­nia 2022 roku.

Dzienne kursy zamknię­cia

08.02.22-08.04.22

Wykres poka­zuje, że bit­coin osią­gnął naj­niż­szy poziom - 37,023 USD - 16 marca, a naj­wyż­szy - 47,078 - 30 marca; róż­nica w ciągu tych sześć­dzie­się­ciu dni wynio­sła 21%. Indeks S&P, zwy­kle dużo sta­bil­niej­szy, zszedł do naj­niż­szego poziomu 4,170 punktu 8 marca, a naj­wyż­szy poziom - 4,631 - uzy­skał 30 marca; tu róż­nica wyno­siła led­wie 11%.

W świe­tle tych danych rodzi się pyta­nie za 97 000 dola­rów: Czy uwzględ­nie­nie dzien­nych wahań kur­sów, które należy brać pod uwagę w tym rów­na­niu, wska­zuje, że sta­bil­ność rynku w dniach pierw­szym i sześć­dzie­sią­tym była jedy­nie pozorna i Fer­nando był nie­winną ofiarą gwał­tow­nej fali, która zato­piła wszyst­kie port­fele w por­cie, w tym jego?

Była to inte­re­su­jąca hipo­teza, ale intu­icja pod­po­wie­działa mi, że nie. Gdyby tak było, Fer­nando musiałby ryzy­ko­wać kro­cie w każ­dej trans­ak­cji i mieć naj­gor­sze wyczu­cie timingu od czasu, gdy Napo­leon ruszył zimą na Rosję.

Prze­glą­da­jąc wyciągi jego rachun­ków w poszu­ki­wa­niu tro­pów, czu­łem się jak śled­czy z wydziału zabójstw, lustru­jący miej­sce zbrodni. Jedyna róż­nica pole­gała na tym, że zamiast bro­dzić w morzu krwi i wnętrz­no­ści, prze­dzie­ra­łem się przez morze doku­men­tów i roz­pa­czy.

Oprócz kilku uda­nych trans­ak­cji doko­na­nych w pierw­szym tygo­dniu - Fer­nando kupił wtedy bit­co­iny za 41 000 USD, które sprze­dał po czte­rech dniach za 45 000; kupił Ethe­reum za 2900 USD, które sprze­dał po tygo­dniu za 3350; kupił akcje i opcje Tesli i odsprze­dał je kilka dni póź­niej z zyskiem ponad 20 000 USD - wszystko, czego się tknął, natych­miast prze­mie­niało się w szajs. Co gor­sza, codzien­nie zwięk­szał swoją aktyw­ność na gieł­dzie do tego stop­nia, że pod koniec trze­ciego tygo­dnia naj­wy­raź­niej miał się już za day tra­dera2.

Co typowe, począt­kowe suk­cesy roz­bu­chały jego pew­ność sie­bie i zachę­ciły do inwe­sto­wa­nia więk­szych kwot z więk­szą czę­sto­tli­wo­ścią. I tak doszło do rzezi. Już w poło­wie dru­giego tygo­dnia nie poja­wił się żaden zysk. Widzia­łem kolejne nie­tra­fione trans­ak­cje i rosnące straty.

Na początku trze­ciego tygo­dnia jego dotyk Midasa na opak obja­wił się ponow­nie; wszyst­kie znaki na nie­bie i ziemi wie­ściły kata­strofę. Gdy kapi­tał Fer­nanda stop­niał do kwoty poni­żej 50 000, dostrze­głem jego despe­ra­cję widoczną w zbyt dużych inwe­sty­cjach w spe­ku­la­cyjne akcje śmie­ciowe oraz bez­war­to­ściowe shit­co­ins (kryp­to­wa­lu­towy odpo­wied­nik akcji śmie­cio­wych).

Pod koniec szó­stego tygo­dnia było po zaba­wie. Fer­nando od ponad mie­siąca nie zyskał ani centa, a saldo na jego rachunku zeszło poni­żej 10 000 USD, by wkrótce osią­gnąć poziom 3000.

Dzi­wi­łem się, jak ktoś mógł się tak kon­se­kwent­nie mylić.

To wła­ściwe pyta­nie, pomy­śla­łem, zwłasz­cza jeśli wziąć pod uwagę, jakim face­tem jest Fer­nando. To uoso­bie­nie suk­cesu, także finan­so­wego. Dopiero co prze­kro­czył czter­dziestkę, jest bystry, pra­co­wity, wykształ­cony, towa­rzy­ski, przed­się­bior­czy i dodat­kowo nie­na­gan­nie ubrany. Jego firma wytwa­rza pro­dukty meta­lowe w dużej fabryce na przed­mie­ściach Buenos Aires.

Fer­nando nie­dawno się oże­nił. On, jego młoda żona Gor­dita i ich nie­ziem­sko słodki dwu­letni synek Vit­to­rio miesz­kają w nie­ska­zi­tel­nie urzą­dzo­nym apar­ta­men­cie z trzema sypial­niami zaj­mu­ją­cym całe trzy­dzie­ste trze­cie pię­tro lustrza­nej wieży wzno­szą­cej się na wyso­kość czter­dzie­stu sze­ściu kon­dy­gna­cji nad jedną z naj­lep­szych i naj­bez­piecz­niej­szych dziel­nic Buenos Aires.

Tam­tego wie­czoru zafra­so­wana Gor­dita w bia­łym lnia­nym topie sie­działa po mojej lewej stro­nie. Bie­daczka nie była w sta­nie ogar­nąć opła­ka­nych inwe­sty­cji męża. Szcze­rze jej współ­czu­łem, lecz nawet w tych peł­nych napię­cia chwi­lach ledwo się powstrzy­ma­łem, by nie spoj­rzeć jej w oczy, nie wypo­wie­dzieć jej imie­nia i się nie roze­śmiać. Bo gor­dita ozna­cza dokład­nie tyle co "pul­pe­cik" - a ona jest prze­cud­nej urody blon­dynką, która ma nieco ponad metr sześć­dzie­siąt wzro­stu i waży pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów.

Wciąż pozo­staje dla mnie zagadką, dla­czego nazy­wają ją Gor­dita, choć sły­sza­łem, że Argen­tyń­czycy uznają okre­śle­nie "pul­pe­cik" za piesz­czo­tliwe. Oczy­wi­ście od razu poja­wiają się inne sko­ja­rze­nia - "Hej, Gor­dita, co sły­chać, oprócz tego, że tyjesz? Bra­łaś ostat­nio udział w kon­kur­sie jedze­nia hot dogów? - mimo że obo­wią­zuje nie­pi­sana zasada, by nie uży­wać tego ter­minu wobec dziew­czyny, która rze­czy­wi­ście jest... gor­dita.

W każ­dym razie moja szwa­gierka jest żywym zaprze­cze­niem dosłow­nego zna­cze­nia tego słowa. Jej praw­dzi­wego imie­nia Ornella nikt nie używa. Dla wszyst­kich jest Gor­ditą - nawet dla star­szej sio­stry Cri­stiny, mojej czwar­tej żony (ale kto by tam liczył?), z którą łączy ją nie­by­wałe podo­bień­stwo.

Gor­dita sie­działa pochy­lona na krze­śle niczym uoso­bie­nie kon­ster­na­cji. Jej dło­nie pod­trzy­my­wały głowę, łok­cie spo­czy­wały na bla­cie stołu, a krę­go­słup zgiął się pod kątem czter­dzie­stu pię­ciu stopni. Powoli potrzą­sała głową, jakby pytała: "Kiedy ten kosz­mar się skoń­czy?".

Cał­kiem sto­sowne pyta­nie, pomy­śla­łem. Osta­tecz­nie była jedy­nie nie­znacz­nie zaan­ga­żo­wana w inwe­sty­cje gieł­dowe Fer­nanda; uczest­ni­czyła w nich dopiero po fak­cie, wspie­ra­jąc go, jak to żona. Wła­śnie takiego wspar­cia mógł spo­dzie­wać się od niej mąż, kiedy zero­wał ich wspólny rachu­nek makler­ski. Pytań typu: "Kurwa, co jest z tobą nie tak, Fer­nando? Do cna ci odbiło? Trzy­maj się tego, na czym się znasz, zamknij ten cho­lerny rachu­nek Robin Hooda i skup się na swo­jej głu­piej fabryce wyro­bów meta­lo­wych! Przy­naj­mniej nie wylą­du­jemy w przy­tułku!". Sprawę jesz­cze bar­dziej kom­pli­ko­wał fakt, że Gor­dita to kobieta w typie asy­stentki ide­al­nej, nad wyraz upo­rząd­ko­wana i dro­bia­zgowa, do tego stop­nia, że zna na pamięć ter­miny waż­no­ści praw jazdy i pasz­por­tów wszyst­kich człon­ków rodziny, także moich oraz Cri­stiny. Krótko mówiąc, nikt jej nie wykiwa.

A jed­nak tam­tego wie­czoru sprawy miały się ina­czej. Był to jeden z tych rzad­kich przy­pad­ków, kiedy Gor­dita zdała się na pomoc sio­stry - kon­kret­nie w roli tłu­maczki. Cri­stina zasia­dła więc po mojej pra­wej, vis-a-vis Fer­nanda i Gor­dity. Cze­kało ją nie lada wyzwa­nie z uwagi na nie­do­rzecz­nie szyb­kie tempo, w jakim wypo­wiada się jej sio­stra. Gdy Gor­dita zaczyna mówić, jej słowa brzmią jak seria z kar­ta­czow­nicy Gatlinga pro­duk­cji hisz­pań­skiej - a to tylko, kiedy jest spo­kojna. Wtedy z pew­no­ścią nie była.

- No entiendo! - wypa­liła. - Como per­dio nuestro dinero tan rapido? Es una locura! (Nie rozu­miem! Jak mógł tak szybko stra­cić nasze pie­nią­dze? To jakieś sza­leń­stwo!) El mer­cado de valo­res ni siqu­iera bajo! Lo volvi a revi­sar esta ma?ana! Mira! (Ceny na gieł­dzie nawet nie spa­dły! Spraw­dzi­łam jesz­cze raz rano. Spójrz!) - Wska­zała na ekran swo­jego iPhone'a z otwartą apli­ka­cją gieł­dową. - Lo tengo aqui. Mira! De hecho esta mas alto desde que el empezó! Y no nos queda nada! Como es possi­ble? No puede ser! No debería pasar! (Spójrz! Są wyż­sze, niż kiedy zaczy­nał. I nic nam nie zostało! Jak to w ogóle moż­liwe? Nie powinno tak być, to niemoż­liwe!).

Mimo że cał­kiem nie­źle znam hisz­pań­ski, zdo­ła­łem wyła­pać jedy­nie kilka pierw­szych słów jej wypo­wie­dzi, spro­wa­dza­ją­cych się do oznaj­mie­nia, że nie rozu­mie. Reszta prze­le­ciała obok niczym podmuch wichru. Spoj­rza­łem na Cri­stinę i unio­słem dło­nie oraz brwi, jak­bym mówił: "Teraz już wiesz, o co cho­dzi? Nikt nie rozu­mie two­jej sio­stry! To nie­do­rzeczne".

Cri­stina wzru­szyła ramio­nami.

- Mówi, że jest sfru­stro­wana.

- Tyle to i ja wiem. Wyła­pa­łem tam gdzieś słowo "nie­moż­liwe".

Spoj­rza­łem na Gor­ditę i spy­ta­łem powoli po angiel­sku:

- Powie­dzia­łaś... "nie­moż­liwe", tak?

- Tak, nie­moż­liwe - przy­tak­nęła z moc­nym hisz­pań­skim akcen­tem. - Ale Fer­nando jed­nak to zro­bił.

Ubrany w świe­żutką koszulkę polo szwa­gier sie­dzący na lewo od Gor­dity spo­glą­dał z cie­niem krzy­wego uśmie­chu na skse­ro­wane wyciągi z konta i powoli krę­cił głową, jakby dawał do zro­zu­mie­nia: "Fak­tycz­nie, spie­przy­łem to, ale wciąż jestem bogaty, więc to nie koniec świata, zga­dza się?". Był to rodzaj uśmie­chu, który każdy mąż w tej sytu­acji roz­pacz­li­wie pró­buje w sobie zdu­sić, gdyż wie, że jego żona w końcu powie: "Z czego się, kurwa, cie­szysz? Wiesz, ile tore­bek od Cha­nel mogła­bym kupić za pie­nią­dze, które prze­bim­ba­łeś?".

Zer­k­ną­łem na Cri­stinę i spy­ta­łem:

- Co jesz­cze powie­działa?

- Nie rozu­mie, dla­czego tak szybko stra­cili pie­nią­dze. To dla niej bez sensu. Ścią­gnęła apli­ka­cję na tele­fon, która ją prze­ko­nuje, że powinni zaro­bić, bo ceny akcji idą w górę. Nie rozu­mie, jak to moż­liwe. - Następ­nie obró­ciła się do Gor­dity i Fer­nanda i powtó­rzyła po hisz­pań­sku to, co mi przed chwilą powie­działa.

- Exacto! - wykrzyk­nęła Gor­dita. - To bez sensu!

- Co bez sensu? - prych­nął Fer­nando. - Mnó­stwo ludzi traci pie­nią­dze na gieł­dzie! Teraz jestem jed­nym z nich, ale to nie koniec świata!

Gor­dita prze­szyła go lodo­wa­tym wzro­kiem, led­wie na niego patrząc. Wszel­kie słowa były tu zbędne.

- Co? Powie­dzia­łem coś nie tak? - zagaił nie­win­nie Fer­nando, po czym spoj­rzał na mnie i dorzu­cił swoją naj­lep­szą angielsz­czy­zną: - Nie mylę się! Wszy­scy tracą forsę na gieł­dzie, tak? Zna­czy, nie ty. Mówię o nor­mal­nych ludziach. Rozu­miesz?

- Tak, rozu­miem dosko­nale. Słowa "ja" i "nor­malny" rzadko spo­tyka się w jed­nym zda­niu, więc masz cał­ko­witą rację.

- On nie w tym sen­sie - pośpie­szyła z wyja­śnie­niem tłu­maczka. - Fer­nando cię kocha.

- Wiem - odpar­łem przy­jaź­nie. - Tylko żar­to­wa­łem. Tak czy owak, tłu­macz na bie­żąco, bo trudno tak prze­ry­wać i zaczy­nać od nowa.

- Dobra, mów - zarzą­dziła moja żona. - Jestem gotowa.

Wziąw­szy głę­boki oddech, powie­dzia­łem:

- No, dobrze. To prawda, Fer­nando, że więk­szość ludzi traci pie­nią­dze na gieł­dzie i wielu z nich kom­plet­nie się spłu­kuje, tak jak ty. Ale - i to jest bar­dzo duże "ale" - nie wszy­scy tracą. I nie mam tu na myśli wyłącz­nie pro­fe­sjo­na­li­stów, lecz także inwe­sto­rów ama­to­rów. Mogę cię jed­nak zapew­nić, że nie inwe­stują tak jak ty, czyli jak osza­lała szy­szy­mora.

- Kto?

- Szy­szy­mora.

- A co to takiego?

- Coś jak... osza­lały India­nin, który wrzesz­czy i strzela na oślep z łuku. To takie nasze powie­dze­nie. Cho­dzi mi o to, że inwe­stor ama­tor zwy­czaj­nie nie jest w sta­nie zaro­bić na gieł­dzie, jeśli bez­u­stan­nie kupuje i sprze­daje. W końcu się spłu­cze, to tylko kwe­stia czasu. Doty­czy to zarówno rynku akcji, jak i kryp­to­wa­lut, choć w przy­padku tych dru­gich zwy­kle dzieje się to szyb­ciej, bo marże są wyż­sze i docho­dzi tam do mnó­stwa prze­krę­tów. Jeśli nie wiesz dokład­nie, jak poru­szać się w tym świe­cie, prę­dzej czy póź­niej nastą­pisz na minę i wyle­cisz w powie­trze. To pew­nik, czy­sta mate­ma­tyka. - Na chwilę zawie­si­łem głos.

Cri­stina ski­nęła głową i prze­tłu­ma­czyła moje słowa.

Tym­cza­sem ponow­nie zaczą­łem wer­to­wać wyciągi w poszu­ki­wa­niu kolej­nych tro­pów. Wciąż mia­łem wra­że­nie, że coś mi umyka, coś oczy­wi­stego, co w pełni wyja­śni­łoby, w jaki spo­sób Fer­nando zdo­łał stra­cić nie­mal wszyst­kie pie­nią­dze w ciągu dwóch mie­sięcy, gdy rynek zacho­wy­wał się sto­sun­kowo sta­bil­nie.

Rzecz jasna naj­bar­dziej oczy­wi­ste wyja­śnie­nie już padło: Fer­nando był począt­ku­ją­cym inwe­sto­rem, u któ­rego pierw­sze suk­cesy roz­pa­liły pło­mie­nie chci­wo­ści; w ich żarze jego zwy­kle racjo­nalny pro­ces podej­mo­wa­nia decy­zji wyda­wał się oso­bliwy i prze­sta­rzały w kon­fron­ta­cji z dużymi sumami, które mógł zaro­bić, sto­su­jąc bar­dziej agre­sywne metody inwe­sto­wa­nia.

Ale może dałoby się zna­leźć coś wię­cej, jakiś nama­calny dowód?

I wtedy Cri­stina spoj­rzała na mnie i powie­działa:

- Oni to wszystko rozu­mieją i chcą zacząć jesz­cze raz, jak należy. Pytają, co twoim zda­niem powinni kupić. Mają inwe­sto­wać w akcje czy w kryp­to­wa­luty? - A po chwili dorzu­ciła: - W jakie? Gor­dita chce poznać kon­kretne zale­ce­nia.

- W odpo­wie­dzi na pierw­sze pyta­nie: w ich wieku zde­cy­do­wa­nie powinni inwe­sto­wać więk­szość pie­nię­dzy na gieł­dzie, bo to tam w uję­ciu histo­rycz­nym osiąga się na dłuż­szą metę naj­więk­sze zyski. Z uwagi na to, że ponie­śli­ście naj­więk­sze straty na kryp­to­wa­lu­tach, zacznijmy wła­śnie od tego, gdyż pomoże wam to zro­zu­mieć, co poszło nie tak. - Tu skie­ro­wa­łem wzrok na tłu­maczkę. - W świe­cie kryp­to­wa­lut ist­nieją w zasa­dzie dwa spo­soby, by począt­ku­jący inwe­sto­rzy zaro­bili mnó­stwo pie­nię­dzy bez podej­mo­wa­nia więk­szego ryzyka. Pierw­szy to zakup i zatrzy­ma­nie bit­co­inów. "Zatrzy­ma­nie" na dłu­żej, bez względu na krót­ko­ter­mi­nowe wzro­sty lub spadki cen. Gor­dita i Fer­nando powinni kom­plet­nie je igno­ro­wać, bo to jedy­nie nie­istotny szum. Niech je kupią i trzy­mają przez co naj­mniej pięć lat - to abso­lutne mini­mum. Przez sie­dem lat byłoby jesz­cze lepiej, a przez dzie­sięć wręcz super. Jeśli to zro­bią, podą­ża­jąc za tą pro­stą radą, ist­nieje szansa, że na tym zaro­bią, zwłasz­cza jeżeli wytrwają przez te pięć-sie­dem lat - choć klu­czowe zna­cze­nie ma tu słowo "szansa". Z całą pew­no­ścią nie mówimy o gwa­ran­cji, bo tych nie ma na żad­nym rynku, ani akcji, ani kryp­to­wa­lut. Gdy jed­nak cho­dzi o kryp­to­wa­luty, myślę, że zakup i zatrzy­ma­nie na dłuż­szy czas bit­co­inów to zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza opcja. - Wska­za­łem na iPhone Gor­dity. - Powiedz jej, żeby to sobie zapi­sała.

- Jasne - przy­tak­nęła Cri­stina i prze­tłu­ma­czyła moją radę.

- I dodaj: Żad­nych inwe­sty­cji na krótką metę! Zde­cy­do­wany zakaz. Wyłącz­nie "kup i trzy­maj".

Po kilku sekun­dach Gor­dita wzięła tele­fon i zapi­sała moje zale­ce­nia, stu­ka­jąc w kla­wia­turę z pręd­ko­ścią roz­pę­dzo­nego zająca. Następ­nie posłała mi wdzięczny uśmiech i powie­działa:

- Gra­cias, Jor­die. Con­ti­nuar, por favor.

- No pro­blema - odpar­łem i zwró­ci­łem się do Cri­stiny: - Dys­ku­sję co do tego, ile bit­co­inów powinni kupić, odłóżmy na póź­niej, póki nie omó­wię róż­nych stra­te­gii, które chcę im zapre­zen­to­wać, a zwłasz­cza jed­nej doty­czą­cej giełdy, gdzie final­nie powinna tra­fić więk­szość inwe­sto­wa­nych przez nich środ­ków. Kryp­to­wa­luty powinny sta­no­wić tu co naj­wy­żej 5% port­fela. Zde­cy­do­wa­nie odra­dzam więk­sze inwe­sty­cje na tym rynku.

O tym, ile w sumie zain­we­stują, mogą zade­cy­do­wać póź­niej. Wtedy sku­pimy się na naj­lep­szych spo­so­bach podziału tych fun­du­szy na różne rodzaje inwe­sty­cji, by zmak­sy­ma­li­zo­wać zyski i zmi­ni­ma­li­zo­wać ewen­tu­alne straty.

Chwi­lowo skon­cen­trujmy się na zaku­pie i trzy­ma­niu przez dłuż­szy czas bit­co­inów. Klu­czowa prze­słanka dla rela­tyw­nej pew­no­ści, że sto­su­jąc tę stra­te­gię, Gor­dita i Fer­nando zaro­bią, wypływa z faktu, że to inwe­sty­cja dłu­go­ter­mi­nowa. W tym kryje się cała moc.

Z dru­giej strony, gdyby mnie spy­tali, co będzie się działo z bit­co­inem w ciągu kilku naj­bliż­szych tygo­dni lub naj­bliż­szego roku, skła­mał­bym, gdy­bym powie­dział, że umiem to prze­wi­dzieć. Nie umiem. Nikt nie umie, w każ­dym razie z więk­szą dozą pew­no­ści, a ten, kto twier­dzi ina­czej, opo­wiada kom­pletne bred­nie.

W dłuż­szej per­spek­ty­wie - i mam tu na myśli naprawdę długą per­spek­tywę - uwa­żam jed­nak, że bit­coin zyska na war­to­ści. Ist­nieje ku temu pewien powód.

Otóż na krótką metę różne przy­pad­kowe zda­rze­nia mogą wpły­nąć na jego kurs i szcze­rze mówiąc, nie jestem w sta­nie prze­wi­dzieć żad­nego z nich. Mówię tu o takich rze­czach jak ta, że Elon Musk wsta­nie z łóżka lewą nogą i nagle znie­na­wi­dzi bit­co­ina, pre­zy­dent Chin Xi posta­nowi zawie­sić trans­ak­cje w bit­co­inie, bo nie będzie to już słu­żyć jego poli­tycz­nym pla­nom, grupa gru­bych ryb zacznie wyprze­da­wać bit­co­ina, żeby obni­żyć jego cenę, po czym po kilku dniach znów w niego zain­we­stuje, żeby zgar­nąć jesz­cze wię­cej, lub Bank Rezerwy Fede­ral­nej pod­nie­sie stopy pro­cen­towe bądź ogra­ni­czy dopływ pie­nią­dza, żeby zwal­czyć infla­cję - która, nota­bene, znów zaczęła rosnąć.

Wiem, że jeste­ście przy­zwy­cza­jeni do dwu­cy­fro­wej infla­cji w Argen­ty­nie, ale w Sta­nach Bank Rezerwy Fede­ral­nej w życiu do niej nie dopu­ści. Będą musieli coś zro­bić, żeby ją okieł­znać, a to nie posłuży bit­co­inowi ani gieł­dzie, przy­naj­mniej na krótką metę. Ogól­nie cho­dzi mi o to, że o ile tego typu przy­pad­kowe zda­rze­nia krót­ko­ter­mi­nowo mogą mieć duży wpływ na kurs bit­co­ina, to nie mają w zasa­dzie żad­nego na jego cenę w dłuż­szej per­spek­ty­wie. A jako że nie mogę w żaden spo­sób prze­wi­dzieć takich zda­rzeń, krót­ko­ter­mi­nowe inwe­sty­cje w bit­co­ina są bar­dzo ryzy­kowne.

Z dru­giej strony dłu­go­ter­mi­nowe inwe­sty­cje w bit­co­ina to cał­ko­wi­cie odmienna sprawa, bo w grę wcho­dzą tu fun­da­menty. Może­cie się bli­żej przyj­rzeć wszyst­kim jego cechom, które spra­wiają, że staje się poten­cjal­nie cenny - jego ogra­ni­czo­nej podaży, pro­ble­mom, które roz­wią­zuje, i temu, w jakim tem­pie coraz wię­cej osób zaczyna się nim posłu­gi­wać - by pod­jąć świa­domą decy­zję co do tego, ile jest naprawdę wart w porów­na­niu z jego obecną ceną ryn­kową.

Następ­nie zadaj­cie sobie pyta­nie, czy jest nie­do­war­to­ścio­wany, czy prze­war­to­ścio­wany. Jeśli uzna­cie, że jest nie­do­war­to­ścio­wany, będzie­cie chcieli go kupić - nie­praw­daż? - gdyż nabędzie­cie go po rela­tyw­nie niskiej cenie. Jeżeli zaś uzna­cie, że jest prze­war­to­ścio­wany, pew­nie zade­cy­du­je­cie dokład­nie na odwrót, bo po co za coś prze­pła­cać? (W temat "wyceny" zagłę­bię się w kolej­nych roz­dzia­łach, więc czy­taj­cie dalej).

Może jestem nie­nor­malny, ale moim zda­niem dużo mądrzej jest podejść do inwe­sto­wa­nia waszych ciężko zaro­bio­nych pie­nię­dzy w ten spo­sób, niż pró­bo­wać oce­niać rynek na krótką metę i zasta­na­wiać się, w jakim nastroju jest Elon Musk albo co pre­zy­dent Xi zjadł dziś na śnia­da­nie. Kapu­je­cie? Ten pierw­szy spo­sób to inwe­sto­wa­nie; ten drugi to spe­ku­lo­wa­nie bądź hazard.

Mając na uwa­dze powyż­sze, gdyby Fer­nando miał mi powie­dzieć, dla­czego myśli, że posia­dam bit­co­iny, bez trudu zna­la­złby odpo­wiedź: bo uwa­żam, że są nie­do­war­to­ścio­wane w odnie­sie­niu do obec­nej ceny i w dłu­giej per­spek­ty­wie cza­so­wej muszą podro­żeć.

Gdyby z kolei spy­tać Gor­ditę, kiedy - jej zda­niem - sprze­dam swoje bit­co­iny, pew­nie udzie­li­łaby odpo­wie­dzi rów­nie szybko: Nie­prędko. Inwe­stuję dłu­go­ter­mi­nowo, co naj­mniej na pięć lat, a najpew­niej na dłu­żej.

Czy bit­coin może znacz­nie stra­cić na war­to­ści w ciągu naj­bliż­szego roku? Oczy­wi­ście. Jeśli jego kurs histo­ryczny może być tu jakąś wska­zówką, w pew­nym momen­cie pew­nie tak się sta­nie. Kurs bit­coina prze­żywa ostre spadki w cza­sie tzw. zim kryp­to­wa­lut. Ale kom­plet­nie się tym nie przej­muję. To tylko szum. Zain­we­sto­wa­łem w bit­coiny na bar­dzo długo i będę trzy­mał się tej stra­te­gii.

- Czy to wszystko ma dla cie­bie sens? - spy­ta­łem Cri­stiny. - Możesz im to wyja­śnić?

- Oczy­wi­ście. Brzmi to cał­ko­wi­cie sen­sow­nie.

Po czym moja żona płyn­nie, z gra­cją i godną uwagi swo­bodą - zwa­żyw­szy że jesz­cze dwa lata wcze­śniej w ogóle nie mówiła po angiel­sku - wyłusz­czyła moje rady Gor­di­cie i Fer­nan­dowi. Całość była logiczna i zgodna ze spraw­dzo­nymi regu­łami inwe­sto­wa­nia w odróż­nie­niu od kursu kami­ka­dze, jaki wcze­śniej obrali.

Ale to był dopiero począ­tek. Dotąd omó­wi­li­śmy tylko jedną pod­sta­wową stra­te­gię inwe­sto­wa­nia w bit­co­ina, nawet nie wspo­mniaw­szy o gieł­dzie, na któ­rej zain­we­sto­wali więk­szość środ­ków. A mia­łem im tu do przed­sta­wie­nia kon­kretną stra­te­gię, tak sku­teczną i łatwą do opa­no­wa­nia, że po jej krót­kim omó­wie­niu Gor­dita i Fer­nando uzy­skają całą nie­zbędną wie­dzę pozwa­la­jącą im już na zawsze prze­ści­gnąć 99% naj­lep­szych inwe­sto­rów na świe­cie.

To odmieni ich życie.

W tam­ten wie­czór prze­ka­za­łem Gor­di­cie i Fer­nan­dowi szcze­gó­łową receptę na zbu­do­wa­nie pierw­szo­rzęd­nego, mini­ma­li­zu­ją­cego ryzyko i mak­sy­ma­li­zu­ją­cego zyski port­fela inwe­sty­cyj­nego, co uchroni ich oszczęd­no­ści przed argen­tyń­ską hydrą hiper­in­fla­cji i lawi­no­wej dewa­lu­acji tam­tej­szej waluty.

Poru­szy­łem dosłow­nie wszyst­kie tematy - od tego, jak naj­szyb­ciej wska­zać naj­lep­sze akcje na nowo­jor­skiej gieł­dzie i roko­wa­nia indeksu spółek tech­no­lo­gicz­nych NASDAQ, po ten, w jaki spo­sób bez wysiłku ule­pić z nich port­fel świa­to­wej klasy, który zak­tu­ali­zuje się auto­ma­tycz­nie w momen­cie, gdy noto­wa­nia któ­rejś ze spółek zaczną spa­dać.

Zapo­znali się z wie­dzą fachowca, która pozo­sta­wała dla nich nie­znana i któ­rej nie zyskali, czy­ta­jąc różne mate­riały na temat inwe­sto­wa­nia. Krótko mówiąc, poka­za­łem im nie tylko, jak robią to zawo­dowcy z Wall Street, ale też to, jak w pro­sty spo­sób unik­nąć wyso­kich marż, sowi­tych opłat za pro­wa­dze­nie rachunku i bez­czel­nie wygó­ro­wa­nych pre­mii, na które nacią­gani są nie­obe­znani inwe­sto­rzy - i które w osta­tecz­nym roz­ra­chunku poże­rają ich zyski i okra­dają ze zgro­ma­dzo­nych zaso­bów.

Z upły­wem czasu czu­łem się tam­tego wie­czoru jak eme­ry­to­wany cza­ro­dziej łamiący naj­waż­niej­szą z zasad swo­jej daw­nej branży: Ni­gdy nie zdra­dzaj taj­ni­ków naszych naj­cen­niej­szych sztu­czek. A wła­śnie to robi­łem. Roz­su­wa­łem zasłony skry­wa­jące cały sek­tor usług finan­so­wych, dema­sku­jąc naj­więk­szą z owych sztu­czek, a mia­no­wi­cie: spo­sób, w jaki wyko­rzy­stuje on moc dez­in­for­ma­cji, by prze­sło­nić brzydką, acz nie­za­prze­czalną prawdę, że naj­sku­tecz­niej­sze stra­te­gie inwe­sty­cyjne są tak łatwe do opa­no­wa­nia i sto­so­wa­nia, że samo ist­nie­nie Wall Street - a co za tym idzie ist­nie­nie opłat, pro­wi­zji i nie­do­rzecz­nych pre­mii makler­skich - jest zwy­czaj­nie zbędne. Wystar­czy wam jedy­nie odszy­fro­wana wer­sja "instruk­tażu" sek­tora usług finan­so­wych.

I wła­śnie to ofe­ruję wam w tej książce - odszy­fro­waną wer­sję wewnętrz­nego "instruk­tażu", którą Wall Street skrywa przed inwe­sto­rami od sześć­dzie­się­ciu lat. Zna­łem ją nie­mal przez całe doro­słe życie i nie­cnie wyko­rzy­sty­wa­łem we wcze­snych latach kariery na Wall Street. Słu­żyła mi do zara­bia­nia dużych sum dla sie­bie i pozba­wia­nia pie­nię­dzy innych. Nie jestem z tego dumny i od lat sta­ram się za to zre­ha­bi­li­to­wać, poma­ga­jąc milio­nom ludzi z całego świata wieść szczę­śliw­sze, zasob­niej­sze i finan­sowo sta­bilne życie poprzez wpa­ja­nie im sztuki sprze­daży i per­swa­zji, a także sku­tecz­niej­szych metod przed­się­bior­czo­ści.

Książka ta prze­nosi ich na cał­kiem nowy poziom. Jest jak klucz do budo­wa­nia wła­snego finan­so­wego kró­le­stwa - i to podany na srebr­nej tacy. Rów­nież dla­tego, że pisa­nie o tych dogłęb­nie mi zna­nych stra­te­giach trwało ponad trzy lata, gdy powinno trwać tydzień. Sęk w tym, że poru­szana tu tema­tyka więk­szość ludzi usy­pia, dla­tego musia­łem zna­leźć spo­sób na poko­na­nie nudy, pisząc tę książkę tak, żeby­ście z zain­te­re­so­wa­niem prze­czy­tali ją do końca. Wie­dzia­łem, że w prze­ciw­nym razie wyświad­czę wam niedź­wie­dzią przy­sługę.

Tak oto roz­po­czą­łem żmudny pro­ces odszy­fro­wy­wa­nia "instruk­tażu" Wall Street, który stałby się miłą i łatwą lek­turą, w dodatku jesz­cze łatwiej­szą do zasto­so­wa­nia, pozwa­la­jącą nie­kiedy także mnie wybuch­nąć gło­śnym śmie­chem i mruk­nąć pod nosem: "Nie wie­rzę, że to napi­sa­łem!".

Ta książka odmieni życie wszyst­kich aktyw­nych bądź poten­cjal­nych inwe­sto­rów ama­to­rów. Pokaże, w jaki spo­sób bez­piecz­nie i cał­ko­wi­cie świa­do­mie ulo­ko­wać ciężko zaro­bione pie­nią­dze, umoż­li­wia­jąc szyb­kie stwo­rze­nie pierw­szo­rzęd­nego port­fela, który prze­bije 95% stra­te­gii topo­wych fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych i hed­gin­go­wych na świe­cie.

Dla wytraw­nych inwe­sto­rów odno­szą­cych udo­ku­men­to­wane suk­cesy pozy­cja ta rów­nież okaże się cenna. Dowie­cie się z niej, dla­czego wasze dotych­cza­sowe stra­te­gie inwe­sty­cyjne są tra­fione, ale będzie ona też przy­po­mnie­niem, by nie zba­czać z obra­nego kursu i nie dać się sku­sić cyn­kom od sta­rego przy­ja­ciela, naga­nia­cza ze sta­cji tele­wi­zyj­nej CNBC, nie­świa­do­mego kolegi z pracy wysta­ją­cego pod biu­ro­wym dys­try­bu­to­rem wody lub jed­nego z tysięcy mają­cych na oku jedy­nie wła­sny inte­res szar­la­ta­nów z Tik­Toka bądź Insta­grama.

Co wię­cej, mimo suk­ce­sów, które odnie­śli­ście na rynku, ist­nieje duża szansa, że - zależ­nie od tego, kto wam dora­dza - sporą część waszych zysków zże­rają opłaty, pro­wi­zje oraz roz­dęte pre­mie makler­skie. Pokażę wam, w jaki spo­sób pozbyć się więk­szo­ści z nich, co sprawi, że zyski tra­fią do waszych kie­szeni, a nie na Wall Street.

I na koniec - jeśli jeste­ście ultra­kon­ser­wa­ty­stami, któ­rzy nie inwe­stują na gieł­dzie (być może dla­tego, że gar­dzi­cie Wall Street i pazer­nymi dra­niami, któ­rzy tam pra­cują), ta książka też będzie dla was war­to­ściowa. Przede wszyst­kim dla­tego, że napi­sa­łem ją, by poka­zać, jak poko­nać Wall Street na jej wła­snym podwórku, pozy­sku­jąc sporą część majątku, który gene­ruje sek­tor finan­sowy, i jed­no­cze­śnie nie pozwa­la­jąc mu się na koniec okra­dać z więk­szo­ści waszych zysków.

W isto­cie Wall Street służy żywot­nym inte­re­som zwią­za­nym z pra­wi­dło­wym funk­cjo­no­wa­niem świa­to­wej gospo­darki, przy­czy­nia­jąc się do two­rze­nia ogrom­nego majątku. Jedyny pro­blem polega na tym, że po cichu umie­ściła ona na szczy­cie glo­bal­nego sys­temu finan­so­wego gigan­tycz­nego potwora krwio­pijcę, który zgar­nia nad­mierne opłaty i pro­wi­zje i wywo­łuje zamie­sza­nie na ryn­kach. Ukuty przeze mnie ter­min "potwór krwio­pijca" to Machina Opłat Wall Street, którą opi­szę szcze­gó­łowo w kolej­nych roz­dzia­łach, wska­zu­jąc pro­stą i bar­dzo sku­teczną metodę poru­sza­nia się w jej zawi­ło­ściach.

Chwi­lowo jed­nak naj­waż­niej­szy prze­kaz brzmi: nie­ważne, gdzie miesz­ka­cie, ile macie lat, ile zara­bia­cie, czym się zaj­mu­je­cie ani ile macie pie­nię­dzy na kon­cie lub pod mate­ra­cem. Jed­nym z naj­waż­niej­szych ele­men­tów nie­za­leż­no­ści finan­so­wej jest to, by móc wziąć swoje oszczęd­no­ści, odło­żone dzięki pra­co­wi­to­ści i gospo­dar­no­ści, i w bez­pieczny spo­sób nimi obra­cać, żeby zabez­pie­czyć się przy­naj­mniej przed skut­kami infla­cji i dewa­lu­acji, a także ostroż­nie je mno­żyć.

Książka ta otwiera drogę do zbu­do­wa­nia zrów­no­wa­żo­nego port­fela, który umoż­liwi wam we wła­ści­wym cza­sie przej­ście na godną eme­ry­turę i da finan­sową swo­bodę, dzięki czemu będzie­cie robić, co będzie­cie chcieli, kiedy tylko będzie­cie chcieli, z kim­kol­wiek będzie­cie chcieli i tak długo, jak będzie­cie chcieli. A tego wam wła­śnie życzę.

Rozdział 2. Szekspir inaczej

2

SZEK­SPIR INA­CZEJ

Póź­niej Fer­nando zadał mi nie­zwy­kle ważne pyta­nie, choć wtedy jesz­cze nie zda­wał sobie z tego sprawy. Dla niego było to jedno z dłu­giej listy zapy­tań o radę, gdyż sku­piał się nie­mal wyłącz­nie na tym, co on i Gor­dita powinni robić w przy­szło­ści, i kom­plet­nie nie zwra­cał uwagi na popeł­niane wcze­śniej błędy. Motywy, jakie się za tym kryły, były dla mnie cał­ko­wi­cie oczy­wi­ste - to natu­ralne, że sta­ramy się uni­kać cier­pień i kon­cen­tru­jemy się na przy­jem­no­ściach - lecz byłem prze­ko­nany, że takie podej­ście mu nie służy, bo w końcu nie pierw­szy raz udzie­la­łem tego typu wska­zó­wek.

Od trzy­dzie­stu lat ludzie zwra­cają się do mnie o radę w spra­wach giełdy, co bole­śnie mnie nauczyło na pod­sta­wie licz­nych prób i błę­dów, że dora­dza­nie w tej dzie­dzi­nie bez wyja­śnie­nia przy­czyn porażki to dzia­ła­nie cał­ko­wi­cie jałowe. Doko­na­nie rze­czy­wi­stej, czyli trwa­łej zmiany wymaga głęb­szego zro­zu­mie­nia istoty rze­czy. Innymi słowy, ludzie muszą rozu­mieć, dla­czego jakaś inwe­sty­cja ma sens, a inna nie. W prze­ciw­nym razie powrócą do tych samych destruk­cyj­nych wzor­ców - do agre­syw­nych zaku­pów akcji na krótką metę, dal­szego brnię­cia w złe inwe­sty­cje bądź do słu­cha­nia rad mają­cych na oku jedy­nie wła­sny inte­res szar­la­ta­nów - i skoń­czą jak Fer­nando, sfru­stro­wany wła­ści­ciel zde­mo­lo­wa­nego port­fela zło­żo­nego z samych wpa­dek, z któ­rego należy się jesz­cze roz­li­czyć z urzę­dem skar­bo­wym.

Wła­śnie taki finał spra­wił, że jego pyta­nie stało się nie­zwy­kle ważne, tra­fia­jąc w sedno jed­nego z naj­częst­szych i naj­bo­le­śniej­szych błę­dów popeł­nia­nych przez inwe­sto­rów ama­to­rów, a mia­no­wi­cie: dopusz­cza­nie, by cena począt­kowa, za jaką kupili akcje, wpły­wała na ich decy­zję doty­czącą ter­minu ich sprze­daży.

Choć w przy­padku Fer­nanda więk­szość inwe­sty­cji war­tej 100 000 USD wypa­ro­wała, kilka pozy­cji wciąż mu pozo­stało, a dokład­nie akcje warte nie­spełna 3000 USD trzech gów­nia­nych spółek, cztery wyjąt­kowo gów­niane shit­co­iny oraz dwa nie­mal bez­war­to­ściowe NFT3 prac arty­stycz­nych tak jaw­nie nie­uda­nych, że musia­łem gryźć się w język, by nie spy­tać Fer­nanda, czy to chwi­lowa nie­po­czy­tal­ność skło­niła go do zakupu owych dwóch arcy­dzieł spra­wia­ją­cych wra­że­nie, jakby małpa i kom­pu­ter połą­czyły siły, by stwo­rzyć wyce­nioną na 10 000 dola­rów za sztukę kolek­cję cyfro­wych wymio­cin. Wydały mi się wyjąt­kowo odpy­cha­jące, nawet jak na NFT.

Jeśli zasta­na­wia was, dla­czego ktoś tak bystry, wykształ­cony i wyra­fi­no­wany jak Fer­nando posta­no­wił kupić tak oczy­wi­sty szajs, odpo­wiedź jest krótka: zapew­niam was, że w cza­sie, gdy doko­ny­wał każ­dej z tych inwe­sty­cji - od pierw­szego zakupu akcji Tesli po zabawy kryp­to­wa­lu­tami oraz wszyst­kiego, co pomię­dzy - czy to za radą zna­jo­mego, na pod­sta­wie infor­ma­cji z inter­netu, czy też wła­snego prze­czu­cia, w chwili, kiedy to robił, wie­rzył, że zyskają one na war­to­ści.

Tak czy owak, w port­felu Fer­nanda pozo­stało dzie­więć pozy­cji o łącz­nej war­to­ści ryn­ko­wej wyno­szą­cej nie­spełna 3000 dola­rów. Ile zapła­cił wcze­śniej za te skarby? Około 49 000. Na czym z tej dzie­wiątki stra­cił naj­wię­cej? Na tysiącu akcji kupio­nych po kur­sie 18 dola­rów, które teraz kosz­to­wały 35 cen­tów za sztukę. Na czym stra­cił naj­mniej? Na tysiącu shit­co­inów, które kupił po 1 dola­rze, a które teraz cho­dziły po 40 cen­tów. Co z pozo­stałą sió­demką? Pla­so­wała się gdzieś pośrodku - ale żaden z kur­sów nie zbli­żył się do ceny, jaką wcze­śniej zapła­cił Fer­nando.

Teraz on i Gor­dita sta­nęli przed decy­zją: Sprze­dać czy nie sprze­da­wać - oto jest pyta­nie!

Sęk w tym, że nie umieli osią­gnąć poro­zu­mie­nia.

- A zatem... - zaga­iła pojed­naw­czym tonem tłu­maczka. - Co, twoim zda­niem, powinni zro­bić? Fer­nando nie chce niczego sprze­dać, bo wszystko zapi­ko­wało. Uważa, że powinni prze­cze­kać. Powie­dział, że to jest tylko na...

- Papie­rze - dokoń­czył za nią Fer­nando.

- Wła­śnie to chcia­łam powie­dzieć - przy­tak­nęła Cri­stina. - Teraz straty są tylko na papie­rze, a gdyby sprze­dali, sprawa będzie przy­pie­czę­to­wana i już nie odzy­skają pie­nię­dzy. - Wzru­szyła ramio­nami, jakby sama nie mogła w to uwie­rzyć, po czym już bar­dziej opty­mi­stycz­nym tonem dorzu­ciła: - Za to Gor­dita uważa...

Tu Gor­dita gwał­tow­nie obró­ciła głowę, zmru­żyła oczy i prze­szyła mnie wzro­kiem, jakby mówiła: "Jeśli wiesz, co jest dla cie­bie dobre, lepiej trzy­maj ze mną! Powin­ni­śmy wszystko sprze­dać i zacząć od zera. Jak to się mówi po angiel­sku...? Zamknijmy ten roz­dział. Jak myślisz?". To chciała mi powie­dzieć.

Przez chwilę się zasta­no­wi­łem, nim jej odpo­wie­dzia­łem. To cie­kawe, pomy­śla­łem, ta jej prze­można chęć sprze­daży bez względu na cenę, żeby mogli puścić ten kosz­mar w nie­pa­mięć i zacząć jesz­cze raz. Prze­bi­jało z niej dobrze mi znane despe­rac­kie pra­gnie­nie, by poże­gnać się z bole­snym zda­rze­niem i pozbyć pesy­mi­zmu oraz wszel­kich nega­tyw­nych emo­cji, które mu towa­rzy­szą.

Doświad­czy­łem go przed laty na ponu­rym eta­pie życia po tym, jak mnie aresz­to­wali. To uczu­cie dusz­no­ści, jak­bym umie­rał w stop-klatce, odzie­rany z życia powoli i bole­śnie, gdy kawa­łek po kawałku tra­ci­łem swój stan posia­da­nia. Odpo­wied­nik umie­ra­nia od tysiąca ran będą­cych wyni­kiem zacięć papie­rem.

Pomy­śla­łem wtedy, że byłoby lepiej, gdyby zro­bili to od razu, zabrali mi za jed­nym zama­chem wszystko, co mam, wtrą­cili do wię­zie­nia i pozwo­lili odsie­dzieć swoje. Czu­łem, że dopiero gdy zosta­nie ode­brany ostatni szczą­tek nie­do­brego doświad­cze­nia - auta, domy, jachty, ubra­nia, pie­nią­dze, żony, zegarki, biżu­te­ria, a w przy­padku Gor­dity i Fer­nanda gów­niane akcje, shit­co­iny i warte tyle co wymio­ciny NFT, ich rachunki makler­skie i port­fele kryp­to­wa­lut - będzie można wresz­cie wziąć głę­boki oddech, wypro­sto­wać się i ruszyć krok za kro­kiem w nowe życie. W tym sen­sie Gor­dita miała cał­ko­witą rację.

Z dru­giej strony rozu­mia­łem też argu­menty Fer­nanda. Jego zda­niem bar­dziej prag­ma­tyczne i logiczne podej­ście przy­słu­ży­łoby się ich inte­re­som na dłuż­szą metę w dużo więk­szym stop­niu niż pod­da­nie się emo­cjo­nal­nej potrze­bie zamknię­cia tematu. I tak stra­cili już mnó­stwo pie­nię­dzy, więc po co sprze­da­wać resztę? Prze­cież odzy­ska­nie trzech tysięcy w żaden spo­sób nie zła­go­dzi tego ciosu. Taka suma nie wpły­nie jakoś zna­cząco na ich sytu­ację finan­sową. Po co więc sprze­da­wać, pomy­ślał Fer­nando. Po co zamie­niać papie­rową stratę na realną i pozba­wiać się wszel­kich szans na odzy­ska­nie pie­nię­dzy?

Tak wła­śnie brzmi to ważne, choć pozor­nie pro­ste, pyta­nie: Kiedy należy sprze­dać aktywa i czym się kie­ro­wać przy tej decy­zji? Wyso­ko­ścią zysków? Roz­mia­rami strat? Ceną zakupu?

Jak już wspo­mnia­łem, to z pozoru nie­winne pyta­nie tra­fia w sedno jed­nego z naj­częst­szych i naj­bo­le­śniej­szych błę­dów popeł­nia­nych przez inwe­sto­rów ama­to­rów. Oto przy­kład. Powiedzmy, że kupi­li­ście tysiąc akcji po 40 USD za sztukę i po kilku mie­sią­cach ich cena spa­dła do 10 USD. Ile stra­ci­li­ście? Oczy­wi­sta odpo­wiedź brzmi: 30 000 USD.

Policzmy: kupi­li­ście tysiąc akcji, a obec­nie każda z nich jest warta 30 USD mniej niż na początku. Żeby wyli­czyć stratę, po pro­stu mno­ży­cie liczbę zaku­pio­nych akcji, czyli 1000, przez kwotę, którą stra­ci­li­ście na każ­dej z nich, czyli 30 USD, co daje wynik 30 000 USD. Z mate­ma­tyką się nie dys­ku­tuje, prawda? Moż­liwe, ale czy ta kwota naprawdę ma sens? Czy naprawdę stra­ci­li­ście 30 000 USD? Oczy­wi­ście na rachunku jest o 30 000 USD mniej, nie spo­sób temu zaprze­czyć, ale tak jak pomy­ślał Fer­nando, jeśli nie sprze­da­li­ście jesz­cze tych akcji, tylko zawie­si­li­ście wszel­kie dzia­ła­nia, to czy na pewno stra­ci­li­ście te pie­nią­dze? Czy - jak to się mówi - nie jeste­ście do tyłu tylko "na papie­rze"? Prze­my­śl­cie to, tak jak zro­bił to Fer­nando.

Dopóki nie sprze­da­cie akcji, zawsze jest szansa, że zyskają na war­to­ści i odzy­ska­cie przy­naj­mniej część pie­nię­dzy. A nawet jesz­cze lepiej: jeśli uzbro­icie się w cier­pli­wość i pocze­ka­cie, aż kurs wróci do punktu wyj­ścia, wyj­dzie­cie na zero, nie odno­to­wu­jąc żad­nej straty. Prze­ko­na­łem was?

Pójdźmy o krok dalej. Wyobraź­cie sobie, że przez ostat­nie dwa lata byli­ście wła­ści­cie­lami port­fela sto­su­ją­cymi tę stra­te­gię. Innymi słowy, jeśli wasze akcje taniały, nie sprze­da­wa­li­ście ich. Podob­nie jak Fer­nando wstrzy­my­wa­li­ście się przed jaki­mi­kol­wiek dzia­ła­niami, byli­ście wyjąt­kowo cier­pliwi i cze­ka­li­ście, aż ich kurs wzro­śnie. Z dru­giej strony, gdy kurs rósł, sprze­da­wa­li­ście akcje. Ina­czej mówiąc, znów podą­ży­li­ście za przy­kła­dem Fer­nanda (pod­czas pierw­szych dwóch tygo­dni gieł­do­wej aktyw­no­ści, gdy jego suk­cesy zda­wały się nie mieć końca), sprze­da­wa­li­ście aktywa, zgar­nia­li­ście zysk i doko­ny­wa­li­ście kolej­nych trans­ak­cji.

Oczy­wi­ście musie­li­ście zapła­cić poda­tek od zysków, ale na to nie będzie­cie się uskar­żać. W końcu sam Ben Fran­klin mawiał: "Tylko dwie rze­czy na tym świe­cie są pewne: śmierć i podatki". W połą­cze­niu z ulu­bioną mak­symą makle­rów: "Zysku­jąc, ni­gdy nie zban­kru­tu­jesz" stra­te­gia ta wydaje się pew­nia­kiem i receptą na dłu­go­trwały suk­ces. Ale czy na pewno?

Zasta­nówmy się nad tym przez chwilę. Czy stra­te­gia pole­ga­jąca na sprze­daży wszyst­kich akcji, któ­rych kurs wzrósł, zgar­nia­niu zysków i trzy­ma­niu akcji tra­cą­cych na war­to­ści w celu unik­nię­cia zaksię­go­wa­nia strat jest rze­czy­wi­ście sen­sowna? Żeby odpo­wie­dzieć na to pyta­nie bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, przyj­rzyjmy się naszemu dwu­let­niemu port­fe­lowi i prze­ko­najmy, czy obrana stra­te­gia zdała egza­min.

Jakiego typu akcje zgro­ma­dzi­li­śmy? Z czego składa się nasz pakiet? Odpo­wiedź jest pro­sta. Nasze inwe­sty­cje były nie­tra­fione, co do jed­nej. Tak jak w port­felu Fer­nanda. Mamy co do tego mate­ma­tyczną pew­ność.

Stra­te­gia ta ma bowiem dwie fatalne wady:

Zasa­dza się na samo­oszu­ki­wa­niu. Nie odnosi się do naj­waż­niej­szego czyn­nika, jaki musimy brać pod uwagę, decy­du­jąc, czy sprze­daż ma sens - tego, czy jeste­śmy na plu­sie, czy na minu­sie.

Na czym polega to samo­oszu­ki­wa­nie? Mówiąc bez ogró­dek, zacho­wu­je­cie się jak ostryga wci­ska­jąca głowę w pia­sek w prze­ko­na­niu, że dopóki nie rozej­rzy­cie się wokół, by oce­nić sytu­ację, nic wam nie grozi. A prze­kła­da­jąc to na język gieł­dowy, dopóki nie sprze­da­cie akcji, które pota­niały, nie jeste­ście na minu­sie.

No to coś wam powiem, i to tak, że zapa­mię­ta­cie: Jeste­ście. Kurwa. Na. Minu­sie. Fakt, że nie sprze­da­li­ście akcji i wycze­ku­je­cie, nie ozna­cza, że nie stra­ci­li­ście pie­nię­dzy. Bo je stra­ci­li­ście, ich nie ma. Roz­pły­nęły się, kurwa mać, jak Elvis. A jeśli macie co do tego wąt­pli­wo­ści, jedno spoj­rze­nie na branżę usług finan­so­wych powinno na zawsze je roz­wiać. Otóż pośród dosłow­nie tysięcy pro­duk­tów ofe­ro­wa­nych indy­wi­du­al­nym inwe­sto­rom na Wall Street fun­du­sze inwe­sty­cyjne pod­le­gają naj­ści­ślej­szym regu­la­cjom zwłasz­cza w sfe­rze księ­go­wo­ści, gdzie stan­dar­dowa metoda księ­go­wa­nia zwana "rachun­ko­wo­ścią według war­to­ści ryn­ko­wej" sta­nowi prawny wymóg wobec wszyst­kich tego typu pod­mio­tów.

Oto jak działa ten mecha­nizm.

Po zamknię­ciu codzien­nej sesji fun­dusz inwe­sty­cyjny doko­nuje prze­glądu wszyst­kich akty­wów w swoim port­felu i mnoży ich aktu­alny kurs - war­tość ryn­kową - przez liczbę posia­da­nych akcji, by okre­ślić ich aktu­alną war­tość na pod­sta­wie kursu dnia. Po zakoń­cze­niu tych wyli­czeń w obrę­bie całego port­fela war­to­ści te są sumo­wane wraz z gotówką pozo­sta­jącą w posia­da­niu firmy, by okre­ślić cał­ko­witą war­tość jej akty­wów.

Dzienna zmiana kursu

By osza­co­wać war­tość każ­dej akcji fun­du­szu, od cał­ko­wi­tej sumy akty­wów odej­muje się cał­ko­witą sumę zobo­wią­zań finan­so­wych (kre­dy­tów na depo­zyt zabez­pie­cza­jący, marż, opłat makler­skich, pen­sji, kosz­tów mar­ke­tingu itp.), po czym dzieli się róż­nicę przez łączną liczbę wyemi­to­wa­nych akcji fun­du­szu - i tak oto otrzy­mu­jemy "war­tość akty­wów netto", w skró­cie NAV, odno­szącą się do war­to­ści każ­dej akcji fun­du­szu na zamknię­cie sesji giełdy.

Ogół aktu­al­nych akty­wów fun­du­szu = gotówka + $(kurs ryn­kowy x liczba ogółu akcji) War­tość akty­wów netto (NAV) = (ogół akty­wów fun­du­szu - ogół zobo­wią­zań) / liczba wyemi­to­wa­nych akcji

Po co wam to wszystko opi­suję? Pro­sto rzecz ujmu­jąc, nawet SEC, przy całej swej nie­udol­no­ści, zabra­nia fun­du­szom inwe­sty­cyj­nym wyko­rzy­sty­wa­nia pier­wot­nej ceny zakupu akcji do okre­śla­nia war­to­ści ich akty­wów netto. Dla­czego? Bo byłaby to jawna nie­do­rzecz­ność i wście­kłe oszu­stwo. A oto wnio­sek: bez okre­śle­nia aktu­al­nej ceny ryn­ko­wej każ­dej akcji z port­fela fun­du­szu inwe­stor nie jest w sta­nie oce­nić, czy aby nie nabę­dzie akty­wów fun­du­szu w stu pro­cen­tach tra­cą­cych na war­to­ści, które po pro­stu nie zostały jesz­cze sprze­dane.

Oczy­wi­ście to samo odnosi się do akty­wów w naszym port­felu. Fakt, że nie sprze­da­li­ście akcji, któ­rych kurs spadł, nie ozna­cza, że nie ponie­śli­ście strat. Ponie­śli­ście. Pie­nią­dze znik­nęły. Czy bez­pow­rot­nie, to już zupeł­nie inna histo­ria, co pro­wa­dzi nas do dru­giej olbrzy­miej wady zwią­za­nej z bra­kiem codzien­nej wyceny war­to­ści ryn­ko­wej akcji. Nie uwzględ­nia bowiem naj­waż­niej­szego czyn­nika zwią­za­nego z decy­zją co do sen­sow­no­ści sprze­daży akcji - nie odpo­wiada na pyta­nie: Dla­czego?

Ina­czej mówiąc, dla­czego ich cena spa­dła? I w drugą stronę - dla­czego ich kurs wzrósł? Co było tego powo­dem?

Powiedzmy, że kurs akcji, które naby­li­ście za 40 USD za sztukę, wynosi obec­nie 70 USD, i zasta­na­wia­cie się, czy warto je sprze­dać. Moje pyta­nie brzmi: Dla­czego kupi­li­ście je po 40 USD? Jaki był tego powód? Wasza odpo­wiedź - chyba że nie lubi­cie zara­biać pie­nię­dzy - byłaby nastę­pu­jąca: Liczy­li­śmy, że akcje zdro­żeją. W prze­ciw­nym razie po co je kupo­wać? Prze­cież nie dla­tego, że pota­nieją, to byłoby nie­do­rzeczne.

Pły­nie z tego oczy­wi­sty wnio­sek: Powo­dem, dla któ­rego inwe­stor nabywa akcje, jest to, że liczy na zysk - co rodzi kolejne oczy­wi­ste pyta­nie: Dla­czego sądzi­li­ście, że akcje podro­żeją? Jaka była tego przy­czyna?

Otóż wbrew powszech­nym opi­niom kursy akcji nie zwyż­kują i nie spa­dają za sprawą cza­rów, wudu czy innych mistycz­nych dzia­łań. Ist­nieją okre­ślone powody ich wahań. Przyj­rzyjmy się im, roz­po­czy­na­jąc od naj­bar­dziej oczy­wi­stego: Ceny akcji dro­żeją lub spa­dają zgod­nie z zasadą podaży i popytu.

Jeśli popyt prze­wyż­sza podaż, czyli jest wię­cej kupu­ją­cych niż sprze­da­ją­cych, cena akcji zwy­kle rośnie, a gdy jest na odwrót, czyli jest wię­cej sprze­da­ją­cych niż kupu­ją­cych, ich cena zwy­kle spada. To logiczne, nie­praw­daż? Pew­nie sły­sze­li­ście już o tym wcze­śniej. Sęk w tym, że jest to zbyt­nie uprosz­cze­nie. Dla­czego? Bo final­nie podaż i popyt same w sobie nie sta­no­wią przy­czyny, a są efek­tem wcze­śniejszych oko­licz­no­ści.

Pro­sta kon­sta­ta­cja, że kurs wzrósł z powodu zwięk­szo­nego popytu na akcje, w żaden spo­sób nie wyja­śnia, co się w isto­cie wyda­rzyło. By zdo­być tę wie­dzę, należy wejść w temat głę­biej i naj­pierw zro­zu­mieć, co wywo­łało wzrost popytu, a gdy już to ogar­niemy, możemy zacząć podej­mo­wać świa­dome decy­zje inwe­sty­cyjne. Na przy­kład, odno­śnie do akcji kupio­nych po 40 USD, któ­rych obecny kurs wynosi 70 USD, co do któ­rych zasta­na­wia­cie się, co z nimi zro­bić. Sprze­dać i zgar­nąć zysk czy się wstrzy­mać i cze­kać, aż jesz­cze bar­dziej podro­żeją.

I tu znów wra­camy do Szek­spira i odwiecz­nego dyle­matu: Sprze­dać czy nie sprze­da­wać - oto jest pyta­nie!

Żeby udzie­lić wła­ści­wej rady, naj­pierw muszę się dowie­dzieć, z jakiego powodu kupi­li­ście te akcje. Na jaką doce­lową cenę liczy­li­ście? I, co jesz­cze waż­niej­sze, co spo­wo­do­wało wzrost kursu? Ina­czej mówiąc, jaka była przy­czyna zwięk­szo­nego popytu? Co za tym stało?

Ogól­nie ist­nieją cztery powody zwięk­sze­nia popytu na akcje:

Po pierwszeInwestorzy uważają, że spółka jest niedowartościowana

Jeśli uznaje się, że akcje jakiejś spółki są nie­do­war­to­ścio­wane, skła­nia to inwe­sto­rów do ich zakupu po kur­sie, który uznają za wyjąt­kowo oka­zyjny. W żar­go­nie Wall Street nazywa się ich value inve­stors, a naj­bar­dziej pro­mi­nent­nym przed­sta­wi­cie­lem tej grupy jest War­ren Buf­fett, sławna Wyrocz­nia z Omaha. Buf­fett sto­suje tę stra­te­gię już od połowy lat 60., co spra­wiło, że został jed­nym z naj­bo­gat­szych i odno­szą­cym naj­więk­sze suk­cesy inwe­sto­rem w dzie­jach, gro­ma­dząc oso­bi­sty mają­tek wart ponad 200 miliar­dów USD netto i zara­bia­jąc przy oka­zji setki miliar­dów dla innych osób, które nabyły akcje jego spółki gieł­do­wej Berk­shire Hatha­way.

By zobra­zo­wać roz­miar jego suk­cesu, powiem tylko, że gdy­by­ście wy, wasi rodzice lub nawet dziad­ko­wie (tak, War­ren Buf­fett jest sędziwy jak bór, lecz wciąż ostry jak żyletka) mieli wizję, by zain­we­sto­wać 10 000 USD w Berk­shire Hatha­way, gdy Buf­fett prze­jął kon­trolę nad tą spółką w 1964 roku, wasza inwe­sty­cja warta byłaby teraz 410 milio­nów USD. Stopa zysku jest rze­czy­wi­ście zawrotna.

Zało­że­nie kry­jące się za inwe­sto­wa­niem w nie­do­war­to­ścio­wane aktywa jest cał­kiem pro­ste. Tacy inwe­sto­rzy podej­mują decy­zje o zaku­pie na pod­sta­wie war­to­ści wewnętrz­nej spółki - wyso­ko­ści sprze­daży, przy­cho­dów, akty­wów, zadłu­że­nia, bilan­sów itp. - w odnie­sie­niu do aktu­al­nego kursu jej akcji. Jeśli ten kurs jest niż­szy od wewnętrz­nej war­to­ści spółki, uznają ją za niedowar­to­ściowaną i doko­nują zakupu. Nato­miast jeśli kurs prze­wyż­sza wewnętrzną war­tość spółki, uznają ją za przewar­to­ściowaną i nie kupią jej akcji. Sen­sowne, nie­praw­daż?

A teraz pyta­nie za milion dola­rów: Jak osza­co­wać wewnętrzną war­tość spółki? Ist­nieją dwa cał­ko­wi­cie odmienne spo­soby - skom­pli­ko­wany i pro­sty. Zacznijmy od pro­stego, gdyż jest tak absur­dal­nie pro­sty, że - jak tylko go wyłusz­czę - stra­ci­cie zain­te­re­so­wa­nie dla tej dru­giej, skom­pli­ko­wa­nej metody.

Pro­sty spo­sób polega na... spraw­dze­niu. A spraw­dze­nie wewnętrz­nej war­to­ści spółki jest wyjąt­kowo łatwe. Bez trudu wyszu­kamy raport któ­rejś z topo­wych firm ana­li­tycz­nych z Wall Street, zatrud­nia­ją­cych armie ana­li­ty­ków finan­so­wych, któ­rzy spe­cja­li­zują się w prze­cze­sy­wa­niu bilan­sów, modeli prze­pły­wów środ­ków pie­nięż­nych, komu­ni­ka­tów pra­so­wych i rapor­tów o przy­cho­dach, by na koniec przed­sta­wić bar­dzo trafne sza­cunki na temat wewnętrz­nej war­to­ści spółek. Korzy­sta­jąc z metody zwa­nej "ana­lizą zdys­kon­to­wa­nych prze­pły­wów pie­nięż­nych", w skró­cie DCF, ana­li­tycy sza­cują wewnętrzną war­tość akcji, uwzględ­nia­jąc różne czyn­niki, w tym aktu­alną sytu­ację finan­sową spółki, pro­gnozy roz­woju, bie­żący i śred­nio­ter­mi­nowy pro­fil ryzyka oraz war­tość pie­nią­dza w cza­sie, jako że zyski z pla­no­wa­nego wzro­stu należy zdys­kon­to­wać do ich dzi­siej­szej war­to­ści.

Jeśli cho­dzi o wybór firmy ana­li­tycz­nej, to są ich dzie­siątki. Poni­żej podaję nazwy czte­rech naj­lep­szych i naj­bar­dziej reno­mo­wa­nych:

Valu­eLine (www.valu­eline.com). Od 1931 roku spo­rzą­dza wyczer­pu­jące raporty i ana­lizy na temat sze­ro­kiego wachla­rza akcji, obli­ga­cji, opcji oraz fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych, w tym spra­woz­da­nia finan­sowe, raporty i pro­gnozy przy­cho­dów, sza­cunki war­to­ści wewnętrz­nej oraz ana­lizy tech­niczne. Obec­nie dostar­cza dane na temat ponad 1700 spółek gieł­do­wych. Moody's (www.moodys.com). Zało­żona w 1909 roku firma Moody's stała się jedną z naj­więk­szych i naj­bar­dziej sza­no­wa­nych agen­cji ratin­go­wych na świe­cie. Bazuje na lite­ro­wym sys­te­mie ratin­go­wym, gdzie ocena Aaa przy­słu­guje naj­bar­dziej god­nym zaufa­nia kre­dy­to­bior­com, a C odnosi się do tych naj­bar­dziej gów­nia­nych. Z jej ratin­gów korzy­stają inwe­sto­rzy, insty­tu­cje finan­sowe i kon­cerny z całego świata. CFRA (www.cfra­re­se­arch.com). Znana wcze­śniej pod nazwą S&P Glo­bal Mar­ket Intel­li­gence to nie­za­leżna firma ana­li­tyczna dostar­cza­jąca raporty i dane na temat sze­ro­kiego spek­trum papie­rów war­to­ścio­wych, w tym akcji, obli­ga­cji oraz innych instru­men­tów finan­so­wych. Sły­nąca ze swo­ich autor­skich badań CFRA chlubi się umie­jęt­no­ścią iden­ty­fi­ko­wa­nia nie­do­war­to­ścio­wa­nych akcji i naj­bar­dziej atrak­cyj­nych oka­zji inwe­sty­cyj­nych. Mor­ning­star (www.mor­ning­star.com). Zało­żona w 1984 roku nie­za­leżna firma ana­li­tyczna dostar­cza­jąca dane i ana­lizy finan­sowe doty­czące sze­ro­kiego wachla­rza papie­rów war­to­ścio­wych, w tym akcji, obli­ga­cji, fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych oraz fun­du­szy noto­wa­nych na gieł­dzie (ETF). Firma sto­suje wła­sny, oparty na gwiazd­kach sys­tem ratin­gowy przy oce­nie fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych oraz fun­du­szy ETF na pod­sta­wie ich dotych­cza­so­wej wydaj­no­ści i poziomu ryzyka.

Każda z powyż­szych firm udo­stęp­nia sze­roką ofertę sub­skryp­cji i por­tali online, udzie­la­jąc także nie­od­płat­nych odpo­wie­dzi na pod­sta­wowe zapy­ta­nia, mię­dzy innymi o wewnętrzną war­tość spółek. Infor­ma­cje te można rów­nież pozy­skać wyryw­kowo, wczy­tu­jąc się w ana­lizy naj­więk­szych ban­ków i biur makler­skich, choćby Gold­man Sachs, Mor­gan Stan­ley czy JPMor­gan Chase, dys­po­nu­ją­cych mocną bazą ana­li­tyczną, sku­pia­jącą się na danych z róż­nych branż (stąd koniecz­ność wyryw­ko­wego pozy­ski­wa­nia infor­ma­cji).

Gdy - bez względu na źró­dło - zdo­bę­dziemy już wie­dzę na temat wewnętrz­nej war­to­ści akcji, reszta jest pro­sta. Porów­nu­jemy ich aktu­alny kurs do bie­żą­cej war­to­ści wewnętrz­nej i na tej pod­sta­wie podej­mu­jemy decy­zję doty­czącą zakupu. Tylko czy rze­czy­wi­ście jest to takie pro­ste? Posłużmy się przy­kła­dem firmy Apple.

Sto­su­jąc metodę zdys­kon­to­wa­nych prze­pły­wów pie­nięż­nych, jej war­tość wewnętrzną sza­cuje się na około 135,13 USD za sztukę przy aktu­al­nym kur­sie akcji 141,86 USD. Co to ozna­cza? Na pierw­szy rzut oka, że kurs akcji Apple jest nieco prze­war­to­ścio­wany, dokład­nie o 4,9%.

Bar­dzo cie­kawe. A wie­cie, co ja na to? Gówno prawda, przez duże G! No, bez żar­tów! Naprawdę wie­rzy­cie, że w przy­padku kon­cernu o takich zaso­bach, doko­na­niach i doświad­cze­niu w zarzą­dza­niu jak Apple wystar­czy posłu­żyć się jego war­to­ścią wewnętrzną, by roz­sąd­nie osza­co­wać, jak będzie się zacho­wy­wał kurs akcji w ciągu naj­bliż­szych pię­ciu lat? Dla mnie jest to cał­ko­wi­cie absur­dalne i już wyja­śniam dla­czego.

Po pierw­sze, domnie­mana war­tość wewnętrzna wyno­sząca 135,13 USD to jedy­nie śred­nia róż­nych war­to­ści wewnętrz­nych, które topowe agen­cje ratin­gowe przy­pi­sują fir­mie Apple, opie­ra­jąc się na wła­snych mode­lach wyceny. W zależ­no­ści od źró­dła, jakim się posłu­żymy, sza­cunki wahają się od 99 USD po aż 235 USD za akcję, co ozna­cza, że nie ist­nieje kon­sen­sus co do war­to­ści wewnętrz­nej Apple. Dla­czego?

Po pro­stu zbyt wiele zmien­nych i pry­wat­nych ocen ana­li­ty­ków spra­wia, że trudno wycią­gnąć z tego jed­no­znaczne wnio­ski. W efek­cie wyniki oka­zują się bar­dziej subiek­tywne niż obiek­tywne, a zatem nie­przy­datne dla inwe­sto­rów pra­gną­cych pod­jąć świa­domą decy­zję doty­czącą zakupu.

To samo odnosi się do śred­niej war­to­ści wewnętrz­nej wielu dużych spółek gieł­do­wych, zwłasz­cza tych wie­lo­bran­żo­wych i pro­wa­dzą­cych agre­sywną poli­tykę wpro­wa­dza­nia na rynek nowych pro­duk­tów, z któ­rych poten­cjal­nie każdy może rady­kal­nie wpły­nąć na wyniki firmy. Choćby z tego powodu bar­dzo trudno dokład­nie osza­co­wać war­tość wewnętrzną tego typu pod­mio­tów, by z dużą dozą pew­no­ści wyko­rzy­stać ją jako pod­stawę do pod­ję­cia świa­do­mej decy­zji inwe­sty­cyj­nej.

Jed­nak w przy­padku innych, mniej zło­żo­nych firm może być odwrot­nie. Gdy ist­nieje pro­sty model biz­ne­sowy i prze­wi­dy­walne per­spek­tywy wzro­stu, znacz­nie łatwiej jest uzy­skać dokładny odczyt war­to­ści wewnętrz­nej firmy i na tej pod­sta­wie pod­jąć decy­zję inwe­sty­cyjną.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki