JEDEN
Larry Lytle, 1972
W ludzkim życiu
Trafia się morski prąd, który żeglarza
Niesie ku wielkim zyskom; prąd przegapić -
To utkwić dziobem na resztę żywota
W mieliznach nędzy.
William Shakespeare, Julius Caesar, przeł. Stanisław Barańczak
Plan A zakładał, że kiedy powódź zagrozi stabilności ich domu, Robert i Helen Vanderbeekowie w zacinającym deszczu popędzą z dwójką swoich dzieci do samochodu i uciekną z Waverley Street w Rapid City w stanie Dakota Południowa. Jednak nie zdążyli nawet wsiąść do pojazdu, gdy zobaczyli, jak ciemne, wzburzone wody zmywają inne wozy.
Dlatego błyskawicznie stworzyli plan B i natychmiast przystąpili do jego realizacji. Robert upewnił się, że przyczepa z łodzią jest solidnie uwiązana do grubego, krzepkiego drzewa rosnącego przed domem. Helen wspięła się na pokład z dwójką chłopców - czternastoletnim Markiem, uczniem gimnazjum West Junior High School, i dwunastoletnim Mattem, członkiem bejsbolowej Małej Ligi Trzeciej Dzielnicy.
Krucha łupina nie zdołałaby żeglować po wzburzonych wodach, lecz nie o to chodziło. Była przycumowana do wielkiego drzewa, a wielkie drzewo nigdzie się nie wybierało. Podobnie jak Vanderbeekowie. W ciemności podskakiwali na falach.
Powódź była ewenementem. Najwyższy odnotowany w Rapid Creek przepływ wynosił sześć miliardów litrów na dobę. Jednak tamtej nocy wiatr z bolesną powolnością zepchnął nad okolicę olbrzymie chmury deszczowe; wylało się z nich aż pół metra deszczu, rzeka wypełniona siedemdziesięcioma dwoma miliardami litrów wystąpiła z brzegów i runęła przez Rapid City z przerażającą siłą.
Drzewo wybrane przez Vanderbeeków tkwiło solidnie w gruncie. Lecz wyżej w całej dolinie inne drzewa zostały wydarte z korzeniami i porwane wraz z innymi szczątkami - jak ciężarówki, zbiorniki z propanem, płonące mieszkalne przyczepy z uszkodzonymi instalacjami gazowymi - niczym spłoszone stado gnu szarżujące w panice wąskim kanionem. Nikt nie wie, co dokładnie uderzyło w Vanderbeeków, zresztą koniec końców nie miało to znaczenia. Coś dużego i ciężkiego strzaskało kadłub łodzi; wszyscy czworo zostali ciśnięci w czarne, skłębione fale, a planu C nie było.
*
Treningi Małej Ligi Matta Vanderbeeka prowadził trzydziestosiedmioletni trener Larry Lytle, wysoki, wysportowany dentysta, któremu dodawały autorytetu opadające brwi i prosta jak kij sylwetka.
Trener Lytle urodził się w 1935 roku w pokrytym darnią domu z glinianą podłogą w mieścinie Wasta (około stu pięćdziesięciu mieszkańców plus poczta) w Dakocie Południowej i tam się wychował z szóstką rodzeństwa. Jego rodzina toczyła boje z pożerającą zbiory szarańczą, której chmary zaciemniały niebo. Pewnego roku wskutek niekończącej się suszy zwiędła trawa i musieli zastrzelić stado złożone z setki wygłodzonych sztuk bydła. Lytle wyjechał, by studiować stomatologię na Uniwersytecie Nebraski, a potem założył stanowy oddział Amerykańskiego Stowarzyszenia Stomatologicznego [American Dental Association].
Gdy fala powodziowa napłynęła z Black Hills, Lytle ze swoją żoną Normą byli na wieczornym koncercie muzyki poważnej w Stevens High School. Koncert skrócono; porucznik policji Rapid City oznajmił zebranym, że powinni się ukryć w domach albo natychmiast się ewakuować.
Lytle znał funkcjonariusza; był nie tylko trenerem i dentystą, lecz także przewodniczącym rady miejskiej i radnym Trzeciej Dzielnicy, leżącej tuż pod tamą Canyon Lake. Podczas tego rodzaju kryzysów miał określone obowiązki.
Najpierw jednak musiał zadbać o ludzi - trójkę swoich dzieci, Kima, Kipa i Kelly, żonę Normę oraz rodzinę z Niemiec, którą gościł w ramach wymiany. Próbował ich zawieźć do domu 32 Ulicą, lecz wiadukt, po którym biegła, znalazł się już pod wodą, dlatego pognał przez Bacon Park i pokonał rzekę w tamtym miejscu, właśnie gdy woda zaczynała się przelewać przez most.
Piwnica jego domu przy Frontier Place, tuż na południe od pola golfowego Meadowbrook, była już kompletnie zalana. Kiedy padły telefony i elektryczność, przenieśli się na piętro. Dom znajdował się na wysokości piątej bieżni pola golfowego. Ponad greenami w zacinającym deszczu Lytle dojrzał czerwone światło - zapewne był to wóz jakiejś służby ratowniczej. Nie wiedząc, że najgorszy kryzys dotknął jego Trzecią Dzielnicę, postanowił się tam udać i włączyć się w działania służb miejskich.
Wkrótce wraz z jedenastoletnim synem Kipem (kolegą z drużyny Matta Vanderbeeka) przedzierali się przez zalane pole golfowe. Błyskawice - gigantyczne, niekontrolowane wyładowania energii nad ich głowami - ukazywały otoczenie w pojedynczych, stroboskopowych obrazach. Nie mieli pojęcia, że kiedy się zbliżali do samochodu (który okazał się wozem straży pożarnej), woda podążała ukradkiem w ślad za nimi, zatapiając pole golfowe i odcinając im drogę ucieczki.
Także most na 38 Ulicy, którym Lytle dotarłby do wozu strażackiego, znajdował się obecnie pod wodą i był nieprzejezdny. Trener podszedł najbliżej, jak się ośmielił, i zawołał, lecz nikt go nie usłyszał. Zawrócił, lecz poziom wody na polu golfowym szybko się podnosił. Mierzący metr osiemdziesiąt pięć mężczyzna chwycił swego syna i poniósł go przez fale, które lizały mu nogi, grożąc, że porwą ich obu.
W innych punktach tysiące mieszkańców walczyły z wodą sięgającą trzech metrów. Na West Chicago Street kierownik oddziału Searsa zginął porażony prądem we własnym domu. Pewien kowboj siedział w samochodzie, kiedy zmiotła go ściana wody. Pewien cieśla uciekał z rodziną i przyjaciółmi na wyżej położone tereny; zawrócił odebrać telefon: oni przeżyli, lecz on nie.
Lytle nie znał jeszcze żadnej z tych historii, lecz kiedy zdyszany pokonał pole golfowe z synem w ramionach, zrozumiał, że jest źle. Ojciec goszczonej przez niego niemieckiej rodziny był policjantem. Lytle przekazał mu na migi, że jeśli będą zmuszeni opuścić dom, udadzą się na wyżej położone pobliskie wzgórza. Najpierw jednak muszą uratować niepełnosprawnego sąsiada i zabrać go ze sobą.
Chwilę po północy Lytle zajął stanowisko obserwacyjne na leżaku na tylnym tarasie, by monitorować poziom wód. Nieustanny głuchy ryk otępiał zmysły, Larry starał się jednak pozostać czujny, na wypadek gdyby tama pękła.
- Nasłuchiwałem czegoś, co mnie ostrzeże o nadciągającej katastrofie większej od tej, którą już mieliśmy - wspominał później.
Było to samotne czuwanie. Każda błyskawica na mgnienie ukazywała mu wodę; za każdym razem fala była bliżej ich krańca pola golfowego. Potem zagarnęła podwórko na tyłach. Lecz Lytle nie zdołał pokonać zmęczenia. Zasnął.
Zbudził się zdezorientowany - nic nie widział, nic nie słyszał prócz ulewnego deszczu i rwącej wody. Lecz kolejny błysk pokazał, że wody się cofają. Dom miał ocaleć.
Gdy niebo zaczęło się rozjaśniać, Lytle usłyszał krzyki. Zbiegowie wracali do dzielnicy. Wielu zastało swoje siedziby w ruinie lub nie znalazło ich wcale; niektóre zniknęły wraz z mieszkańcami. Ocaleńcy w oszołomieniu snuli się po ulicach. A byli to ci mieszkańcy Trzeciej Dzielnicy, którzy mieli szczęście. Spoglądając nad polem golfowym, Lytle widział błoto, szczątki i ciała - jedno częściowo wypatroszone przez przerażającą siłę żywiołu.
- Więc to była... to była noc grozy - opowiada.
*
Kiedy późnym rankiem deszcz ustał, Lytle odpalił stary samochód i ruszył do ratusza. Jechał wzdłuż linii kolejowej z jednym kołem na torach.
Przemierzał okolicę pogrążoną w chaosie; donoszono o grabieżach i strzałach w nocy; w szpitalu ranni leżeli na materacach rozłożonych na korytarzu. Uszkodzenia linii gazowych i elektrycznych skutkowały wybuchami i pożarami. Niektórzy obwiniali za powódź niedawne eksperymenty z zasiewaniem chmur prowadzone w Instytucie Nauk o Atmosferze pobliskiej uczelni górniczo-technicznej.
Lytle pomagał koordynować trwające przez dziesięć dni całodobowe działania ratownicze, polegające głównie na rozbieraniu zrujnowanych domów w wilgotnym upale w poszukiwaniu ocalałych - oraz ciał.
Pośród horroru krążyły opowieści o indywidualnej odwadze. Pewien pracownik kolejowy, odnaleziony przez śmigłowiec na dachu swojego domu z jakąś kobietą, poprosił, by zabrano ją pierwszą; kiedy po niego wrócono, zniknął. Inny mężczyzna, Russ Haley, podsadził na dach żonę i córkę, lecz stwierdził, że sam nie zdoła się wspiąć za nimi. Przywiązał się paskiem do gałęzi i przez siedem godzin tkwił w lodowatej, rwącej wodzie niczym figura dziobowa statku. Zostawił pasek na drzewie, jak to ujął, w charakterze "pretekstu do towarzyskiej konwersacji".
Akcja ratownicza przyniosła kolejne przykłady odwagi i niezależnych decyzji. Dziesiątki miejscowych budowlańców oddawało do dyspozycji swoje wywrotki, koparki i ciężarówki, gdy tylko widziało taką potrzebę - nieważne, czy im za to płacono.
Lytle pracował nad tym, by listę pięciu i pół tysiąca zaginionych zredukować do potwierdzonych przypadków osób żywych lub zmarłych. Salę gimnastyczną Meadowbrook School uprzątnięto z błota i zaadaptowano na bazę operacyjną. W ciągu pierwszych paru dni znaleziono ponad dwieście ciał, lecz zdołano ustalić tożsamość tylko osiemdziesięciu siedmiu ofiar. Składano je przed gimnazjum, wiele pokiereszowanych nie do poznania. Lytle skontaktował się z innymi dentystami z Rapid City i zebrał dokumentację stomatologiczną, by zidentyfikować zwłoki.
Niektórzy z zaginionych byli jego znajomymi - pacjentami jego gabinetu lub kolegami z klasy jego dzieci. Dowiedział się, że zginęło trzech członków drużyny Małej Ligi Kipa.
Ostatecznie naliczono dwustu trzydziestu ośmiu zmarłych, w tym dwie osoby zamieszkałe poza granicami Rapid City.
Najstarszą ofiarą był dziewięćdziesięcioczteroletni James Atkins, farmer, który przekwalifikował się na cieślę, ojciec sześciorga dzieci.
Najmłodszą - czteromiesięczna Jenifer Traversie. Zginęła wraz ze swoim dwuletnim bratem.
- Zatem mieliśmy w Trzeciej Dzielnicy dość ciężki czas - mówi Lytle.
Wśród tych, którzy nie trafili na listę zmarłych, był młody Matt Vanderbeek. Wraz z bliskimi schronił się na łodzi, która została strzaskana w drzazgi. Ciśnięty w fale, wynurzył się i zdołał się utrzymać na powierzchni.
- Wyłowili go kilka godzin później... jak chwytał ostatnie hausty powietrza - wspomina Lytle.
Burza uczyniła chłopca sierotą.
Lytle i inni ratownicy znaleźli małżeństwo Vanderbeeków, Roberta i Helen, leżących ramię w ramię około dwudziestu metrów od domu.
Ochotnicy zorganizowali dyżury na mostach w dole rzeki, niedaleko Cheyenne, i przepatrywali nurt w poszukiwaniu uczepionych szczątków ocaleńców.
Ciał pięciu ofiar, w tym Marka Vanderbeeka, brata Matta, nigdy nie znaleziono.
*
Lytle przez rok działał intensywnie przy odbudowie Rapid City - za służbę na rzecz miasta podczas powodzi i po niej otrzymał nagrodę - potem jednak poczuł, że dał z siebie wystarczająco dużo, i wycofał się ze służby publicznej.
- Uznałem, że rodzina zasługuje na trochę mojego czasu - tłumaczy.
Wykształcenie medyczne, które tak bardzo mu się przydało przy identyfikacji ciał i innych staraniach na rzecz przywrócenia normalności, było zdobyczą batalii stoczonej w latach czterdziestych XIX wieku, kiedy to społeczność paryskich lekarzy dowiodła, jak wielkie zalety dla ich branży mają obiektywne dane. To, co wydaje się dziś oczywiste: że praktyki medyczne powinny się odbywać pod dyktando metody naukowej - początkowo napotykało zacięty opór członków medycznej wspólnoty, niezamierzających rezygnować ze swojego autorytetu i osądu na rzecz informacji skompilowanej przez gromadę bujających w obłokach maniaków statystyk. Jednak do lat sześćdziesiątych tamtego wieku podejście oparte na dowodach okazało się tak skuteczne w leczeniu pacjentów, że dosłownie wszystkie akademie medyczne zaczęły uczyć swoich studentów podążania za nauką.
Okres kształtowania się osobowości Lytle'a i jego studia stomatologiczne przypadły na okres od lat trzydziestych do sześćdziesiątych XX wieku, kiedy szacunek dla instytucjonalnej opieki zdrowotnej osiągnął najwyższy poziom w dziejach. Nauka zwyciężała śmierć i chorobę na wciąż nowych polach - w tym okresie wynaleziono szczepionkę na polio, znieczulenie, penicylinę, histaminy, radioterapię i chemoterapię, zbudowano urządzenia medyczne, takie jak żelazne płuco (respirator Drinkera) oraz sztuczne zastawki serca. Każdy dzień przynosił nadzieję na jeszcze bardziej zdumiewające postępy medycyny opartej na nauce, armia badaczy zaś analizowała coraz subtelniejsze i precyzyjniej zlokalizowane przyczyny chorób.
Dlatego tak bardzo zaskakuje, że Lytle stopniowo dochodził do przekonania, iż w rzeczywistości istnieje jedno systemowe wyjaśnienie wszelkich przypadłości, kompletnie przeoczone przez medyczne elity.
Jak opowiadał później, pierwszy raz doznał tego przeczucia jako chłopak z farmy, kiedy bez pozwolenia wziął najlepszy nóż ojca i zaczął coś strugać. Ręka omsknęła mu się i ostra klinga głęboko rozcięła nogę. Nic nie mówiąc rodzicom, przemywał ranę słonawą wodą studzienną, tak silnie zasadową, że rodzina dostawała po niej biegunki.
"Często się zastanawiałem, czemu tamta rana wygoiła się niemal z dnia na dzień. Teraz wiem - pisał wiele lat później. - Sprawiła to energia".
Lytle wstąpił na Uniwersytet Nebraski w 1960 roku i ukończył stomatologię w 1964 roku, po czym przeniósł się do Rapid City, akurat kiedy pierwsze pokolenie lewicowych hipisów zaszczepiło Ameryce podejrzliwość wobec instytucji - także medycznych. Szukając innych rozwiązań, wskrzesili martwe od dawna teorie New Age, dotyczące między innymi uzdrawiającej energii, kryształów, piramid i astrologii. Rozwijając swoją praktykę stomatologiczną, Lytle doszedł do wniosku, że żywe istoty przenika wszechogarniające uzdrawiające światło; zaburzenia tej energii - zwanej qi przez pradawnych chińskich uzdrowicieli - leżą u podstaw wszelkich niedomagań.
Lytle uwierzył, że owa uniwersalna energia kontroluje wszystko: od spontanicznych wyleczeń po różdżki radiestetów. Zaczął pracować nad zbudowaniem medycznego urządzenia, które pozwoliłoby okiełznać i skupić tę prastarą siłę, tak aby ludzkość mogła się cieszyć lepszym zdrowiem.
Dla Larry'ego Lytle'a - trenera, który został dentystą, który został liderem społeczności - uzdrawiające światło było uniwersalnym remedium.