Idiota - Fiodor Dostojewski

Kup ebooka

99.90 zł
82.92 zł (69,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

W końcu listo­pada, w odwilż, o godzi­nie dzie­wią­tej rano, pociąg drogi peters­bur­sko-war­szaw­skiej całą siłą pary zbli­żał się do sto­licy. Była taka wil­goć i mgła, że z trud­no­ścią świ­tało; o dzie­sięć kro­ków na prawo i na lewo od toru kole­jo­wego nie spo­sób było cokol­wiek doj­rzeć z okien wagonu. Mię­dzy pasa­że­rami tra­fiło się paru powra­ca­ją­cych z zagra­nicy; prze­działy klasy III były jak zawsze naj­bar­dziej zapchane ludem pro­stym, trud­nią­cym się inte­re­sami, z pobli­skich oko­lic. Wszy­scy, jak zwy­kle, pomę­czeni, ze znu­żo­nymi przez noc oczyma, zzięb­nięci. Twa­rze przy­brały we mgle kolor bla­do­żółty.

W jed­nym z wago­nów III klasy od świtu sie­dzieli naprze­ciw sie­bie koło okna dwaj pasa­że­ro­wie, obaj ludzie mło­dzi, obaj nie­zbyt ele­gancko, tro­chę może za lekko ubrani, obaj o dość nie­po­spo­li­tych twa­rzach i obaj skłonni do nawią­za­nia roz­mowy. Gdyby wie­dzieli jeden o dru­gim, przez co w danej chwili są godni uwagi, zdzi­wi­liby się, rzecz pro­sta, że przy­pa­dek tak dziw­nie umie­ścił ich naprze­ciw sie­bie w wago­nie klasy III peters­bur­sko-war­szaw­skiej drogi żela­znej. Jeden z nich, nie­wiel­kiego wzro­stu, wyglą­dał na lat 27, kędzie­rzawy, pra­wie bru­net, o malut­kich, sza­rych, ale ogni­stych oczach, nos sze­roki i spłasz­czony, twarz pocią­gła, cien­kie wargi ukła­dały mu się bez ustanku do jakie­goś zuchwa­łego, drwią­cego, a nawet złego uśmie­chu; za to wyso­kie, pięk­nie zary­so­wane czoło zdo­biło pro­staczą dolną część twa­rzy. Szcze­gól­nie zwra­cała uwagę jej tru­pia bla­dość, nada­jąca całej fizjo­no­mii mło­dego czło­wieka zna­mię wycień­cze­nia, nie­li­cu­ją­cego z dość silną budową ciała, było też jed­nak coś nad wyraz namięt­nego, aż do bólu, coś, co na tej twa­rzy nie lico­wało z aro­ganc­kim i ordy­nar­nym uśmie­chem, z szorst­kim, zado­wo­lo­nym z sie­bie spoj­rze­niem. Ubrany był w sze­roki, baran­kowy, czarny kożuch; dzięki temu nie marzł w nocy, jak jego sąsiad, który, dygo­cąc na całym ciele, odczuł naj­zu­peł­niej sło­dycz rosyj­skiej, wil­got­nej, listo­pa­do­wej nocy, do któ­rej widocz­nie nie był przy­go­to­wany, mając na sobie dość gruby płaszcz bez ręka­wów, z olbrzy­mim kap­tu­rem, jota w jotę taki sam, jakiego uży­wają czę­sto podróżni zimową porą gdzieś za gra­nicą, na przy­kład w Szwaj­ca­rii, albo w pół­noc­nych Wło­szech, nie prze­wi­du­jąc, rzecz pro­sta, takich celów podróży, jak Ejd­kuny albo Peters­burg. Co jed­nak dosta­teczne i odpo­wied­nie było w Szwaj­ca­rii, to oka­zało się cał­kiem nieodpo­wied­nie w Rosji. Wła­ści­ciel płasz­cza z kap­tu­rem był czło­wie­kiem mło­dym, liczył rów­nież nie wię­cej jak lat 27, był wię­cej niż śred­niego wzro­stu, bar­dzo jasny blon­dyn, o buj­nym zaro­ście, zapa­dłych policz­kach, z deli­katną, pra­wie zupeł­nie białą bródką. Oczy duże, nie­bie­skie, zapa­trzone w dal: w wyra­zie ich było coś cichego, lecz i przy­gnę­bia­ją­cego, coś, po czym nie­któ­rzy na pierw­szy rzut oka poznają epi­lep­tyka. Poza tym twarz mło­dego czło­wieka była dość przy­jemna, deli­katna, sucha, bez kolo­rów, a w danej chwili nawet sina ze zzięb­nię­cia. W rękach huś­tał mu się mizerny tobo­łek ze sta­rego, wypło­wia­łego fularu, cały praw­do­po­dob­nie podróżny mają­tek. Obu­wie ze sztyl­pami, o gru­bych pode­szwach... nic a nic rosyj­skiego.

Ciem­no­włosy sąsiad w kożu­chu zdą­żył to wszystko już zaob­ser­wo­wać z braku lep­szego zaję­cia. Naresz­cie, uśmie­cha­jąc się nie­zbyt deli­kat­nie, w ten spo­sób, w jaki wyraża się cza­sem bez cere­mo­nii, nie­dbale, ludz­kie zado­wo­le­nie z nie­po­wo­dzeń bliź­niego... zdo­był się na pyta­nie:

- Zimno?

I wzru­szył ramio­nami.

- Bar­dzo - odrzekł sąsiad z nad­zwy­czajną uprzej­mo­ścią - i niech pan zwróci uwagę, że takie zimno w odwilż. Co by to było pod­czas mrozu? Nawet mi na myśl nie przy­szło, że u nas tak chłodno. Odzwy­cza­iłem się.

- Widocz­nie z zagra­nicy?

- Tak, ze Szwaj­ca­rii.

- A niech­że... pana!...

Ciem­no­włosy aż zaświ­stał i zachi­cho­tał.

Wsz­częła się roz­mowa. Goto­wość do dawa­nia odpo­wie­dzi na wszel­kie, choćby naj­bar­dziej nie­dbałe, nie na miej­scu i próżne pyta­nia, sta­wiane przez sąsiada-bru­neta, ocho­czość wyka­zana przez jasno­wło­sego, mło­dego czło­wieka, była zadzi­wia­jąca i nie­zdra­dza­jąca ani cie­nia nie­uf­no­ści. Mówił, że istot­nie dawno już nie był w Rosji, prze­szło cztery lata, że wysłany był za gra­nicę z powodu cho­roby ner­wo­wej, dziw­nej jakiejś cho­roby, cze­goś w rodzaju epi­lep­sji, czy też cho­roby św. Wita, jakichś drga­wek i kon­wul­sji. Słu­cha­jąc tych słów, bru­net się uśmie­chał, a naj­bar­dziej zaśmiał się, kiedy na pyta­nie "i cóż, wyle­czyli pana?"... blon­dyn odrzekł: "nie, nie wyle­czyli".

- He! Pie­nię­dzy pewno pan wyrzu­cił sporo i na próżno... A my im wciąż jesz­cze wie­rzymy.

- Naj­święt­sza prawda! - wtrą­cił się do roz­mowy sie­dzący obok, czter­dzie­sto­letni jego­mość, kiep­sko ubrany, wyglą­da­jący na urzęd­nika zatę­chłego w kan­ce­la­riach, jego­mość z czer­wo­nym nosem, sil­nej budowy i z wągro­watą twa­rzą - naj­święt­sza prawda, oni tylko rosyj­skie pie­nią­dze za nic potra­fią do sie­bie ścią­gać!

- O, jeżeli cho­dzi o mnie, to pan jesteś w błę­dzie - pośpie­szył z odpo­wie­dzią szwaj­car­ski pacjent cichym i pojed­naw­czym gło­sem - wpraw­dzie spie­rać się nie mogę, bo nie wiem o wszyst­kim, ale mój dok­tor oddał mi na drogę ostatni grosz, a prócz tego dwa lata pra­wie utrzy­my­wał mnie na swój koszt.

- Pła­cić nie miał kto? Czy jak? - spy­tał bru­net.

- Tak, pan Paw­lisz­czew, który na mnie łożył, umarł dwa lata temu; potem pisa­łem do mojej dale­kiej kuzynki, gene­ra­ło­wej Jepan­czyn, ale nie otrzy­ma­łem żad­nej odpo­wie­dzi. Przy­je­cha­łem tutaj bez jej pomocy.

- To jest dokąd... tutaj?

- Chce pan spy­tać, gdzie się zatrzy­mam? Jesz­cze nie wiem, doprawdy... tak jakoś...

- Nie zde­cy­do­wał się pan jesz­cze?

I obaj słu­cha­cze par­sk­nęli gło­śnym śmie­chem.

- Oho! A cały mają­tek to pewno w tym woreczku? - zapy­tał bru­net.

- Zało­żył­bym się, że nie ina­czej - pod­chwy­cił z nie­zmier­nie zado­wo­loną miną czer­wo­no­nosy urzęd­nik - i że w wago­nie baga­żo­wym też nic nie ma; stwierdźmy jed­nak, że bieda nie hańbi.

Oka­zało się, że i tym razem było nie ina­czej, młody blon­dyn natych­miast, w spo­sób nie­zwy­kle uprze­dza­jący, nie omiesz­kał przy­znać się do tego.

- Zawi­niątko pań­skie, bądź co bądź, ma pewne zna­cze­nie - cią­gnął urzęd­nik, uśmiaw­szy się do syta (rzecz cie­kawa, że i wła­ści­ciel zawi­niątka zaczął się śmiać, patrząc na nich, co jesz­cze bar­dziej zwięk­szało ich weso­łość) - i cho­ciaż można się zało­żyć, że nie zawiera ono w sobie zagra­nicz­nych zło­tych rulo­nów z luido­rami, na co wska­zują choćby sztylpy opi­na­jące zagra­niczne obu­wie pań­skie, to jed­nak, gdy się oprócz zawi­niątka przyj­mie pod uwagę na ten przy­kład taką gene­ra­łową Jepan­czyn, niby krewną sza­now­nego pana, to i zawi­niątko nabie­rze nieco innego zna­cze­nia, ma się rozu­mieć, wtedy tylko, jeśli gene­ra­łowa Jepan­czyn jest rze­czy­wi­ście krewną pań­ską i jeżeli się pan przez roz­tar­gnie­nie nie pomy­lił, co zresztą bar­dzo a bar­dzo... jest wła­ściwe czło­wie­kowi... z nad­miaru wyobraźni cho­ciażby...

- Ach tak, znowu pan zgadł - pośpie­szył młody blon­dyn - doprawdy, omalże się nie pomy­li­łem, w isto­cie, pra­wie że nie krewna; tak dalece, że nie dzi­wiło mnie to nawet wtedy, iż nie otrzy­ma­łem żad­nej odpo­wie­dzi. Byłem na to przy­go­to­wany.

- Wyda­tek nie­po­trzebny na marki. Hm... no, ale przy­naj­mniej pro­stota i szcze­rość... Chwali się to! Hm... Co do gene­rała Jepan­czyna, to mam przy­jem­ność... ponie­waż oso­bi­stość powszech­nie znana. A pana Paw­lisz­czewa, co to w Szwaj­ca­rii łożył na utrzy­ma­nie pań­skie, mia­łem przy­jem­ność rów­nież... o ile był to Miko­łaj Andre­je­wicz Paw­lisz­czew, bo jest dwóch cio­tecz­nych braci. Drugi dotych­czas na Kry­mie; nie­bosz­czyk Miko­łaj Andre­je­wicz był osobą sza­nowną, usto­sun­ko­waną i w swoim cza­sie posia­da­czem czte­rech tysięcy dusz.

- Tak, tak. Nazwi­sko jego Miko­łaj Andre­je­wicz Paw­lisz­czew - odpo­wie­dziaw­szy, przyj­rzał się młody czło­wiek uważ­nie i badaw­czo wszyst­ko­wie­dzą­cemu panu, takich wszech­wie­dzą­cych panów można nie­kiedy spo­tkać, nawet dosyć czę­sto, w pew­nych sfe­rach towa­rzy­skich. Wie­dzą oni o wszyst­kim, badaw­czość nie­po­skro­miona ich umy­słu i zdol­no­ści skie­ro­wane są bez ustanku w jed­nym kie­runku... w braku, rzecz pro­sta, o wiele waż­niej­szych poglą­dów i zagad­nień życio­wych, jakby powie­dział myśli­ciel współ­cze­sny. Przez słowa: "wie­dzą oni o wszyst­kim"... rozu­mieć należy dzie­dzinę zresztą dosyć zamkniętą: w jakiej insty­tu­cji pra­cuje, kogo zna, jaki ma mają­tek, gdzie był guber­na­to­rem, z kim oże­niony, co wziął za żoną, kto jest jego cio­tecz­nym bra­tem, kto kuzy­nem itd., itd. w tym rodzaju. Zazwy­czaj ci wszystkowie­dzący mają dziury na łok­ciach i pobie­rają 17 rubli pen­sji mie­sięcz­nej. Ludzie, o któ­rych wie­dzą oni naj­do­kład­niej­sze szcze­góły, nie byliby w sta­nie, rzecz pro­sta, wska­zać, co za wyra­cho­wa­nie kie­ruje nimi, a tym­cza­sem wielu z nich osiąga dzięki tej wie­dzy, rów­na­ją­cej się całej nauce, radość naj­zu­peł­niej­szą, docho­dzą do samo­sza­cunku, a nawet wyż­szego zado­wo­le­nia ducho­wego. Pocią­ga­jąca nauka! Widzia­łem uczo­nych, lite­ra­tów, poetów, dzia­ła­czy poli­tycz­nych, któ­rzy szu­kali i zna­leźli w tej nauce swe naj­wyż­sze zado­wo­le­nia i cele... i nawet na tym jedy­nie zro­bili karierę.

W ciągu całej tej roz­mowy młody bru­net zie­wał, patrzył bez­myśl­nie w okno i z nie­cier­pli­wo­ścią wyglą­dał końca podróży. Roz­tar­gniony, może nawet zanadto roz­tar­gniony, omalże nie­str­wo­żony, sta­wał się cza­sem aż dzi­waczny; to słu­chał i nie słu­chał, to patrzył i nie patrzył, to znów śmiał się, nie wie­dząc z czego.

- Prze­pra­szam, a z kim mam zaszczyt... - ni stąd, ni zowąd zagad­nął wągro­waty jego­mość mło­dego blon­dyna z zawi­niąt­kiem.

- Książę Leon Miko­ła­je­wicz Mysz­kin - odpo­wie­dział z całą uprzej­mo­ścią młody czło­wiek.

- Książę Mysz­kin? Leon Miko­ła­je­wicz? Nie mam przy­jem­no­ści. Nie zda­rzało mi się nawet spo­tkać... - odpo­wie­dział w zamy­śle­niu urzęd­nik - chcia­łem powie­dzieć... to jest nie mia­łem na myśli nazwi­ska. Nazwi­sko histo­ryczne. W histo­rii Karam­zina można i powinno się z nim spo­tkać... a ja o osóbce... coś... jakoś tych ksią­żąt Mysz­kinów się nie spo­tyka. Ani sły­chu, ani dychu o czymś podob­nym.

- Ma się rozu­mieć - natych­miast odrzekł książę. - Ksią­żąt Mysz­ki­nów zupeł­nie już obec­nie nie ma, wyjąw­szy mnie; zdaje mi się, iż jestem ostatni. Co się tyczy ojców i dzia­dów, to nie­któ­rzy z nich pra­co­wali i na roli: szlachta zago­nowa!... Ojciec wpraw­dzie był pod­po­rucz­ni­kiem w armii... z jun­krów. Ot, gene­ra­łowa Jepan­czyn też z ksią­żąt Mysz­ki­nów. Nie wiem nawet jakim cudem. Też ostat­nia w swoim rodzaju.

- Ostatni w swoim rodzaju, he, he, to się panu udało - zachi­cho­tał urzęd­nik.

Uśmiech­nął się rów­nież i bru­net.

Blon­dyn zdzi­wił się nieco, że mu się udał zresztą dość marny kalam­bur.

- Niech pan sobie wyobrazi, mnie to tak od nie­chce­nia... - powie­dzia­łem zupeł­nie bez myśli... - obja­śniał zdzi­wiony.

- No, tak, tak, rozu­mie się - wesoło pota­ki­wał urzęd­nik.

- Czy książę tam może się cze­goś uczył u tego pro­fe­sora? - zapy­tał nagle bru­net.

- Tak... stu­dio­wa­łem...

- A ja ni­gdy się niczego nie uczy­łem.

- No, ja też prze­cież cokol­wiek, tak, aby... - dodał książę, jakby na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. - Uznali za nie­moż­liwe z powodu cho­roby uczyć mnie cze­go­kol­wiek sys­te­ma­tycz­nie.

- Rogo­ży­nów pan zna? - spy­tał szybko bru­net.

- Nie, nie mam przy­jem­no­ści. Ja w Rosji prze­cież mało kogo znam. A czy pan jest Rogo­żyn?

- Tak, Rogo­żyn, Par­fen.

- Par­fen? Czy to aby nie z tych samych Rogo­ży­nów... - roz­po­czął z uda­waną powagą urzęd­nik.

- Z tych samych, z tych samych - prze­rwał mu szybko z nie­cier­pli­wo­ścią i nie­grzecz­nie bru­net, który ani razu zresztą nie zwra­cał się do wągro­wa­tego urzęd­nika, a od samego początku zwra­cał się tylko do księ­cia.

- A więc jakże to? - zdę­biał urzęd­nik, oczy o mało mu na wierzch nie wyla­zły i twarz poczęła się w mgnie­niu oka ukła­dać w jakiś wyraz pokory i słu­żal­stwa, a nawet prze­stra­chu - więc to tego samego Sie­miona Par­fe­no­wi­cza Rogo­żyna, który zmarł z mie­siąc temu, tego samego dzie­dzicz­nego szlach­cica hono­ro­wego, co zosta­wił po sobie dwa i pół miliona kapi­tału?

- A ty skąd o tym wiesz, że zosta­wił dwa i pół miliona czy­stego kapi­tału? - prze­rwał mu bru­net, nie darząc go i tym razem spoj­rze­niem - widzisz go... - mru­gnął do księ­cia, wska­zu­jąc urzęd­nika - i co mu z tego przyj­dzie, że się cze­pia jak rzep psiego ogona... A to, że ojciec mój umarł... to prawda. A ja dopiero po mie­siącu, omalże bez butów pędzę z Pskowa do domu. Ani brat szu­bra­wiec, ani nawet matka pie­nię­dzy ni zawia­do­mie­nia nie przy­słali. Nic, nic. Jak z psem. Przez cały mie­siąc trzą­słem się w gorączce w Psko­wie.

- A teraz za jed­nym zama­chem cały milio­nik się sprząt­nie... i to co naj­mniej, o Boże - kla­snął w ręce urzęd­nik.

- Czego on, no niech pan powie? - ze zło­ścią i nie­chę­cią kiw­nął na niego znów Rogo­żyn - prze­cież ani gro­sza nie dosta­niesz, choć­byś tu przede mną na łbie sta­wał.

- I będę, będę sta­wał.

- To ci dopiero nie dam, nie dam, choć­byś ty tu cały tydzień tań­co­wał.

- Nie dawaj. Nic mi się nie należy, nie dawaj! Ale tań­czyć będę. Żonę i małe dzieci rzucę, a przed tobą tań­czyć będę. Pochwal tylko!...

- Tfu!... - splu­nął bru­net. - Pięć tygo­dni temu ja tak, jak i pan - zwró­cił się do księ­cia - z jed­nym zawi­niąt­kiem tylko, ucie­kłem od ojca do Pskowa, do ciotki, tam gorączka zwa­liła mnie z nóg, a on tym­cza­sem beze mnie umarł. Ospa go zdu­siła. Niech mu zie­mia lekką będzie, ale o mały włos byłby mnie na śmierć zatłukł. Czy książę uwie­rzy? Dali­bóg! Żebym nie uciekł, byłby mnie zatłukł.

- Czy go pan czym obra­ził? - ode­zwał się książę z pewną jemu wła­ściwą cie­ka­wo­ścią, przy­pa­tru­jąc się milio­ne­rowi w kożu­chu. I jak­kol­wiek i w milio­nie, i w dzie­dzi­cze­niu spadku mogło być coś god­nego uwagi, to jed­nak księ­cia inte­re­so­wało jesz­cze coś innego; zresztą i Rogo­żyn upa­trzył sobie z jakie­goś powodu w księ­ciu swego powier­nika, jak­kol­wiek powier­nik był mu potrzebny raczej mecha­nicz­nie niż moral­nie, bar­dziej przez roz­tar­gnie­nie niż przez pro­sto­dusz­ność; z trwogi, ze wzru­sze­nia, aby móc patrzeć na kogo­kol­wiek i mleć o czym bądź języ­kiem. Zda­wało się, że dotych­czas ma on jesz­cze gorączkę, a co naj­mniej febrę.

Tym­cza­sem urzęd­nik zawisł nie­mal nad Rogo­ży­nem, nie śmiał zła­pać tchu, chwy­tał i ważył każde słowo, jakby poszu­ki­wał bry­lantu.

- Że się roz­gnie­wał, to roz­gnie­wał, było może i o co - odpo­wia­dał Rogo­żyn - ale brat dopiekł mi naj­bar­dziej. O matce nie ma co mówić, kobieta stara, Czeti Minei czyta, z babami sie­dzi, a co bra­ci­szek Sienka powie, tak być musi. Cze­muż to on nie dał mi znać na czas? Wiemy, o co cho­dzi! I to prawda, że byłem wtedy bez przy­tom­no­ści. Mówią, że depe­szo­wali. Ale depe­sza do ciotki przy­szła. Trzy­dzie­ści lat, jak jest wdową, od rana do nocy sie­dzi z bigot­kami, o zba­wie­niu duszy myślą­cymi. Mniszka nie mniszka, albo jesz­cze co gor­szego. Depe­szy się zlę­kła i nie­roz­pie­czę­to­waną oddała na poli­cję, leżała tam aż dotąd. Tylko Koniew Wasyl Wasy­le­wicz wydo­był mnie z kło­potu... opi­sał wszystko. Z całunu zło­to­gło­wego na gro­bie ojca bra­ci­szek frędzle zło­to­lite poobrzy­nał, niby że, patrz­cie, jakie pie­nią­dze kosz­tują. Za to jedno może pójść na Sybir, niech tylko zechcę, ot prze­cież świę­to­kradz­two. Hej, ty czu­pi­ra­dło - zwró­cił się do urzęd­nika. - Co, według prawa, świę­to­kradz­two?...

- Tak, tak, świę­to­kradz­two! - powta­rzał urzęd­nik.

- Za to na Sybir?

- Na Sybir, na Sybir! Od razu na Sybir!

- Oni myślą wszy­scy, że ja jesz­cze chory - cią­gnął dalej Rogo­żyn, zwra­ca­jąc się do księ­cia - a ja, nic nie mówiąc, cichutko, jesz­cze nie­zdrów, do wagonu... i jazda; otwie­raj wrota, bra­cie, bra­cie Sie­mio­nie Sie­mio­ny­czu! On mnie przed ojcem obga­dy­wał, wiem. A że istot­nie przez Nasta­zję Fili­pownę wtedy ojca roz­gnie­wa­łem, to prawda. Tu rze­czy­wi­ście moja tylko wina. Stra­ci­łem rozum.

- Przez Nasta­zję Fili­pownę? - nie­wol­ni­czo wtrą­cił urzęd­nik, coś kom­bi­nu­jąc.

- Toć nie wiesz prze­cież, o kim mowa! - krzyk­nął na niego znie­cier­pli­wiony Rogo­żyn.

- A wła­śnie, że wiem! - zwy­cię­sko odrzekł urzęd­nik.

- Patrz­cie go! Toć mało Nasta­zji Fili­po­wien! I jakie z cie­bie natrętne bydlę. Czuła moja dusza, że uczepi się mnie, ot taki bydlak! - zwró­cił się do księ­cia.

- Wie­dzieć może i wiem - naprzy­krzał się urzęd­nik. - Lebie­diew wie! Jaśnie oświe­cony raczy mi robić wyrzuty, a co, jeśli dowiodę? Ta wła­śnie Nasta­zja Fili­powna, za którą ojciec o mało pana nie wyłoił kali­no­wym kijem, nazywa się Barasz­kowa i jest, że tak powiem, wielką damą i też księżną w swoim rodzaju, a zna się z jed­nym tylko, z pew­nym Ata­na­zym Iwa­no­wi­czem Toc­kim, z oby­wa­te­lem i kapi­ta­li­stą wiel­kim, człon­kiem, akcjo­na­riu­szem wielu towa­rzystw i z tego powodu przy­ja­cie­lem gene­rała Jepan­czyna.

- He, he, patrz no, jak on to wszystko... - zdzi­wił się osta­tecz­nie Rogo­żyn - tfu, niech go dia­bli, toć naprawdę wie.

- O wszyst­kim wie. Lebie­diew wie o wszyst­kim! Ja, Jaśnie oświe­cony, i z Ole­siem Licha­czo­wym jeź­dzi­łem dwa mie­siące i też po śmierci ojca, i wszyst­kie kąty i zakątki znam, i doszło nawet do tego, że bez Lebie­diewa ani kroku. Pra­cuję w kan­ce­la­rii dłuż­ni­ków, gdzie miało się spo­sob­ność poznać i Arman­sównę, i Kora­lię, i księżnę Packą, i Nasta­zję Fili­pownę, i kogo w ogóle nie miało się spo­sob­no­ści poznać!

- Nasta­zję Fili­pownę? Jak to, czyż ona z Licha­czo­wem... - Rogo­żyn spoj­rzał na niego wrogo, wargi mu zsi­niały i drgnęły.

- Nic a nic! Ani troszkę! - spo­strzegł się i dodał pośpiesz­nie urzęd­nik. - Za żadne skarby nie udało się Licha­czo­wowi! O nie, to nie Arman­sówna. Tu jeden tylko Tocki. Wie­czo­rem w Wiel­kim albo Fran­cu­skim sie­dzi we wła­snej loży. Ofi­ce­ro­wie, co to mię­dzy sobą Bóg wie o czym gadają, a tu niczego nie mogą dowieść, nic powie­dzieć: "oto wła­śnie ta Nasta­zja Fili­powna"... i tyle; poza tym nic, bo i nie ma nic poza tym.

- To wszystko tak - ponuro i spode łba przy­ta­ki­wał Rogo­żyn - to samo mówił mi Zale­żew. Bie­głem raz w trzy­let­nim ojcow­skim kasz­kie­cie po New­skim, a ona wycho­dzi ze sklepu i siada do karety. Jakby mnie kto obu­chem. Spo­ty­kam Zale­żewa; ani mi się umy­wać do niego, cho­dzi jak fry­zjer, szkło w oko... a my tym­cza­sem u ojca w butach wyszu­wak­so­wa­nych i na nie­okra­szo­nym barsz­czu para­do­wa­li­śmy. Powiada: nie dla cie­bie para, to księżna, zwie się Nasta­zja Fili­powna Barasz­kowa, żyje z Toc­kim. Tocki nie wie, jak odcze­pić się od niej, bo już cał­kiem... to jest pięć­dzie­siątka stuk­nęła i żenić się chce z naj­pierw­szą pięk­no­ścią w całym Peters­burgu. Jed­no­cze­śnie powiada, że mogę ją spo­tkać dziś w Teatrze Wiel­kim na bale­cie, w loży. Niech oby który z nas u ojca spró­bo­wał pójść na balet: awan­tura, zabiłby. Ja jed­nak po kry­jomu wyrwa­łem się na godzinkę i znów zoba­czy­łem Nasta­zję Fili­powną: całą noc nie spa­łem. Rano daje mi ojciec dwa papiery pro­cen­towe, po pięć tysięcy każdy, idź, powiada, i sprze­daj: sie­dem tysięcy pięć­set zanie­siesz do Andre­je­wych do kan­toru, a resztę przy­nie­siesz tu, ni­gdzie nie zacho­dząc, i oddasz mnie. Będę na cie­bie cze­kał. Papiery sprze­da­łem, ale do Andre­je­wych już nie cho­dziłem, posze­dłem, nie zwra­ca­jąc na nic uwagi, do angiel­skiego jubi­lera i za wszystko, co mia­łem, spra­wi­łem dwa kol­czyki, po bry­lan­ciku jak orzech w każ­dym. Czte­ry­sta rubli zosta­łem jesz­cze dłużny. Wymie­ni­łem nazwi­sko. Uwie­rzyli. Z kol­czy­kami do Zale­żewa. Mówię: tak i tak, chodź do Nasta­zji Fili­powny. Co pod nogami, co przede mną, co z boku, nic nie wiem, nie pamię­tam. Weszli­śmy wprost do salonu, wyszła sama do nas. Nie powie­dzia­łem nawet jakoś wtedy, że to ja sam, a że "od Par­fena Rogo­żyna na pamiątkę wczo­raj­szego spo­tka­nia - powiada Zale­żew - zechce pani łaska­wie przy­jąć". Otwo­rzyła, spoj­rzała, uśmiech­nęła się. "Niech pan podzię­kuje przy­ja­cie­lowi swemu, panu Rogo­żynowi, za jego uprzej­mość". Kiw­nęła głową i wyszła. Ach, cze­muż ja tam wtedy nie umarł na miej­scu. Posze­dłem wtedy, bo myśla­łem: "Wszystko jedno, już nie wrócę żywy!". A naj­bar­dziej dotknęło mnie to, że ta bestia Zale­żew przy­własz­czył wszystko sobie. Mały, ubrany jak andrus, stoję, mil­czę, oczy na nią wyba­łu­szam, bo mi wstyd, a on mod­nie ubrany, wypo­ma­do­wany, ufry­zo­wany, rumiany, kra­wat w kratkę... cho­lewki smali, sza­sta się, prze­gina się... na pewno wzięła go za mnie! Jake­śmy wyszli, powia­dam: "A ty nie waż mi się nawet myśli do głowy dopusz­czać, rozu­miesz!". Roze­śmiał się. "Cie­kawe, jak to ty teraz będziesz ojcu zda­wał sprawę?". Wolał­bym wtedy, co prawda, od razu do wody, ale myślę sobie, co tam, wszystko jedno... i wró­ci­łem do domu jak opę­tany.

- Ech! Uch! - stę­kał urzęd­nik, czu­jąc lekki dresz­czyk po skó­rze - a trzeba wie­dzieć, że nie­bosz­czyk nie za dzie­sięć tysięcy, ale za dzie­sięć rube­lian­sów dopro­wa­dzać umiał ludzi do świa­tło­ści wie­ku­istej - rzu­cił księ­ciu.

Książę z cie­ka­wo­ścią przy­glą­dał się Rogo­ży­nowi; zda­wało się, że był on jesz­cze bled­szy w tej chwili.

- Ale, do świa­tło­ści wie­ku­istej! - wymó­wił Rogo­żyn - a ty skąd wiesz? I natych­miast - mówił dalej do księ­cia - o wszyst­kim się dowie­dział, zresztą i Zale­żew każ­demu, kto się nawi­nął, o wszyst­kim plótł. Zamknął mnie ojciec na górze i całą godzinę pra­wił: "Teraz cię tylko tak przy­go­tuję, a na dobra­noc przyjdę jesz­cze poże­gnać się z tobą". Wyobraź­cie sobie! Poje­chał stary do Nasta­zji Fili­pow­nej; kła­niał się do ziemi, bła­gał i pła­kał; wynio­sła mu pudełko, sko­czyła i powiada: "Masz, stary pryku, swoje kol­czyki, teraz stały mi się one dzie­sięć razy droż­sze, kiedy z takim stra­chem doby­wał je Par­fen. Kła­niaj się - powiada - i podzię­kuj ode mnie Par­fenowi Sie­mio­ny­czowi". Ja tym­cza­sem z bło­go­sła­wień­stwem matki dosta­łem dwa­dzie­ścia rubli od Sie­riożki Pro­tu­szyna i jazda pocią­giem do Pskowa. Przy­je­cha­łem z febrą; baby zaczęły tam zama­wiać cho­robę różań­cem, ja sie­dzę pijany, potem za resztę, co mi została, włó­czy­łem się po szyn­kach i bez zmy­słów tarza­łem się gdzieś w rynsz­toku. Nad ranem już gorączka, a tym­cza­sem w nocy psy mnie w dodatku obgry­zły. Ledwo do sie­bie przy­sze­dłem.

- No, no, ale teraz to zaśpiewa Nasta­zja Fili­powna - zacie­ra­jąc ręce, chi­cho­tał urzęd­nik - co tam kol­czyki! Teraz się sprawi takie kol­czyki!

- Słu­chaj, jeżeli ty mi raz jesz­cze słowo o Nasta­zji Fili­pow­nie powiesz, to Bóg mi świad­kiem, że cię spiorę, pomimo to, żeś z Licha­czo­wem jeź­dził! - krzyk­nął Rogo­żyn, chwy­ta­jąc go mocno za rękę.

- A jak spie­rzesz, to tym samym nie odrzu­cisz! Bij! Spie­rzesz i tym samym zatwier­dzisz!... Otóż przy­je­cha­li­śmy!

Rze­czy­wi­ście wjeż­dżano na dwo­rzec. Cho­ciaż Rogo­żyn mówił, że wyje­chał po cichutku, cze­kało już na niego parę osób. Krzy­czeli i machali czap­kami.

- Patrz­cie, jest i Zale­żew! - mru­czał Rogo­żyn, patrząc na nich z trium­fu­ją­cym i nawet jakby złym uśmie­chem; nagle odwró­cił się do księ­cia. - Książę, nie wiem, za com cię polu­bił. Może dla­tego, że cię w takiej chwili spo­tka­łem, ale prze­cież i jego spo­tka­łem (wska­zał na Lebie­diewa), a nie poko­cha­łem. Zajdź do mnie, książę. Zdej­miemy z cie­bie te kamaszki, ubiorę cię w futro z kuny, w naj­lep­sze jakie mam; frak ci spra­wię naj­przed­niej­szy, kami­zelkę białą, albo i jaką chcesz, pie­nię­dzy napcham ci pełne kie­sze­nie i... poje­dziemy do Nasta­zji Fili­powny. Przyj­dziesz czy nie?

- Uwa­żaj, książę Leonie Miko­ła­je­wi­czu! - poważ­nie i z namasz­cze­niem pod­chwy­cił Lebie­diew. - Nie wypusz­czaj spo­sob­no­ści!...

Książę Mysz­kin wstał, podał uprzej­mie rękę Rogo­ży­nowi i powie­dział jak najuprzej­miej:

- Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią przyjdę i bar­dzo jestem panu wdzięczny za to, że mnie pan poko­chał. Może nawet dziś zajdę, jeśli zdążę. Powiem panu szcze­rze, że i pan bar­dzo mi się spodo­bał, a szcze­gól­nie, jak pan opo­wia­dał o tych bry­lan­to­wych kol­czy­kach. Nawet i przed kol­czy­kami mi się pan podo­bał, cho­ciaż ma pan twarz ponurą. Dzię­kuję panu za obie­cane futro i ubra­nie, nie­za­długo mi się przy­da­dzą. A i pie­nię­dzy w chwili obec­nej nie mam ani gro­sza pra­wie.

- Pie­nią­dze będą, do wie­czora będą, przyjdź tylko!

- Będą, będą - wtrą­cił urzęd­nik - jesz­cze przed wie­czo­rem, przed zacho­dem słońca!

- A płci pięk­nej jesteś książę ama­to­rem? Mów od razu!

- Ja n...n...nie! Ja prze­cież... Pan pewno nie wie, że ja z powodu cho­roby zupeł­nie kobiet nie znam.

- Kiedy tak - krzyk­nął Rogo­żyn - wycho­dzi na to, że jesteś, książę, pomy­lony, a takich Bóg kocha.

- Tak, takich Bóg miłuje - wtrą­cił urzęd­nik.

- A ty, pie­nia­czu, chodź ze mną - zwró­cił się Rogo­żyn do Lebie­diewa i wszy­scy wyszli z wagonu.

Skoń­czyło się na tym, że Lebie­diew dopiął swego. Wkrótce hała­śliwa banda skie­ro­wała się w stronę Woznie­sień­skiego. Książę musiał zawró­cić na Litiejną. Wil­gotno było i mokro; książę wyba­dy­wał prze­chod­niów; oka­zało się, że ma ze trzy wior­sty drogi. Posta­no­wił jechać dorożką.

II

Gene­rał Jepan­czyn miesz­kał we wła­snym domu, nieco w bok od Litiej­nej w stronę kościoła Prze­mie­nie­nia Pań­skiego. Oprócz tego (wspa­nia­łego) domu, któ­rego pięć szó­stych odnaj­mo­wał, miał gene­rał Jepan­czyn inny olbrzymi dom, przy­no­szący mu rów­nież nad­zwy­czajny dochód. Poza tymi dwiema nie­ru­cho­mo­ściami miał pod samym Peters­bur­giem duży i wygodny mają­tek ziem­ski, a w peters­bur­skim powie­cie... fabrykę. Przed­tem, jak wszyst­kim wia­domo, gene­rał Jepan­czyn brał udział w dzier­ża­wie mono­polu wód­cza­nego. Teraz uczest­ni­czył i był bar­dzo wpły­wo­wym człon­kiem w pew­nych solid­nych akcyj­nych towa­rzy­stwach, sły­nął jako czło­wiek z wiel­kim mająt­kiem, z wiel­kimi zaję­ciami i z wiel­kimi sto­sun­kami. Na nie­któ­rych sta­no­wi­skach potra­fił się stać nie­zbędny, mię­dzy innymi i w swoim urzę­dzie. A tym­cza­sem wszy­scy wie­dzieli, że Jan Teo­do­ro­wicz Jepan­czyn był synem pro­stego żoł­nie­rza i nie otrzy­mał żad­nego wykształ­ce­nia. To ostat­nie mogło bez wąt­pie­nia przy­no­sić mu tylko zaszczyt, ale gene­rał, choć mądry, miał też swoje maleń­kie, łatwe do prze­ba­cze­nia sła­bostki i nie lubił pew­nych przy­ty­ków. Ale mądrym i zręcz­nym był bez zaprze­cze­nia. Miał, na przy­kład, zwy­czaj nie­wy­su­wa­nia się naprzód tam, gdzie wypa­dało nie zwra­cać na sie­bie uwagi i wielu ceniło go wła­śnie za jego pro­stotę, wła­śnie za to, że był zawsze na swoim miej­scu. Gdyby jed­nak ci sędzio­wie wie­dzieli, co się nie­raz działo w duszy Jana Teo­do­ro­wicza, tak zręcz­nie umie­ją­cego zawsze być na swoim miej­scu! Cho­ciaż rze­czy­wi­ście miał i prak­tykę, i doświad­cze­nie w spra­wach życio­wych, i pewne, bar­dzo nawet duże zdol­no­ści, lubił jed­nakże przede wszyst­kim poda­wać się za wyko­nawcę cudzych pomy­słów raczej niż za czło­wieka samo­dziel­nego, za czło­wieka "odda­nego bez pochleb­stwa" i... cóż to za czasy nade­szły... nawet za ser­decz­nego i praw­dzi­wego Rosja­nina. W tym wzglę­dzie zda­rzyło się z nim parę zabaw­nych przy­pad­ków, ale gene­rał ni­gdy nie tra­cił dobrej miny, nawet przy naj­za­baw­niej­szych przy­pad­kach; przy tym wio­dło mu się i w grze w karty, a grał nie­zwy­kle wysoko, nie tylko nie chciał ukry­wać swej małej sła­bostki do kar­ciąt, tak istot­nie i w wielu przy­pad­kach mu doga­dza­ją­cej, lecz popi­sy­wał się nią. Bywał w towa­rzy­stwie mie­sza­nym, ale zawsze, ma się rozu­mieć, tylko w towa­rzy­stwie gru­bych ryb. Wszystko wszakże nale­żało do przy­szło­ści, czas był cier­pliwy, czas był bar­dzo cier­pliwy i wszystko musiało przyjść w swoim cza­sie i we wła­ści­wym porządku. I co do wieku był gene­rał Jepan­czyn, jak się to mówi, w kwie­cie lat, miał ich bowiem pięć­dzie­siąt sześć i ani dnia wię­cej, co w każ­dym razie sta­nowi wiek męski, wiek, w któ­rym istot­nie roz­po­czyna się praw­dziwe życie. Zdro­wie, cera, silne, cho­ciaż czarne zęby, krępa i silna budowa ciała, fizjo­no­mia w biu­rze pod­czas dni zaafe­ro­wana, wie­czo­rem zaś przy kar­tach u jego eks­ce­len­cji pro­mienna... wszystko dopo­ma­gało do obec­nych i póź­niej­szych powo­dzeń i wyście­łało różami życie dygni­ta­rza.

Rodzinka gene­ral­ska kwi­tła. Acz­kol­wiek nie sta­no­wiły jej same róże, ale też było dużo i cze­goś takiego, na czym od dawna już zaczęły się sku­piać poważ­nie i ser­decz­nie naj­więk­sze nadzieje i plany jego eks­ce­len­cji. I rze­czy­wi­ście, jakiż może być w życiu rodzi­ców cel święt­szy i waż­niej­szy? Do czego się przy­wią­zać, jeśli nie do rodziny? Rodzina gene­rała skła­dała się z żony i trzech doro­słych córek. Oże­nił się gene­rał wcze­śnie, jesz­cze jako porucz­nik, z panną mniej wię­cej tego samego co i on wieku, nie­po­sia­da­jącą ani urody, ani wykształ­ce­nia, za którą wziął wszyst­kiego tylko pięć­dzie­siąt dusz... prawda, że to posłu­żyło jako pod­stawa jego póź­niej­szego majątku. Jed­nakże gene­rał ni­gdy nie bia­dał na swój wcze­sny oże­nek, ni­gdy go nie trak­to­wał jako wybryk nie­roz­waż­nej mło­do­ści, a żonę do tego stop­nia cenił i tak się jej nie­raz lękał, że nawet ją kochał. Gene­ra­łowa pocho­dziła z ksią­żę­cego rodu Mysz­ki­nów, rodziny nie bar­dzo świet­nej, ale nie­sły­cha­nie sta­ro­żyt­nej i ogrom­nie ceniła to swoje pocho­dze­nie. Ktoś z ówcze­snych wpły­wo­wych osób, jeden z tych opie­ku­nów, któ­rych nota­bene opieka nic nie kosz­tuje, zgo­dził się zain­te­re­so­wać mał­żeń­stwem mło­dej księż­niczki. Otwo­rzył furtkę mło­demu ofi­ce­rowi i pchnął go w odpo­wied­nim kie­runku; tam nie potrze­bo­wał on już dal­szego pchnię­cia, dosyć było spoj­rzeć... nie zgi­nąłby mar­nie. Z małymi wyjąt­kami mał­żon­ko­wie prze­żyli cały długi czas do srebr­nego wesela zgod­nie. Jesz­cze będąc młodą, gene­rałowa jako z pocho­dze­nia księż­niczka i ostat­nia z rodu, a może i wsku­tek oso­bi­stych zalet, umiała zna­leźć bar­dzo wyso­kich opie­ku­nów. Póź­niej, kiedy wzra­stała zamoż­ność i sta­no­wi­sko męża, zaczęła się z tym wyż­szym towa­rzy­stwem tro­chę oswa­jać.

W ostat­nich latach pod­ro­sły i doj­rzały trzy córki gene­rała, Alek­san­dra, Ade­lajda i Agłaja. Prawda, że były to tylko Jepan­czy­nówny, ale po matce z rodu ksią­żę­cego, z nie­ma­łym posa­giem, córki czło­wieka ubie­ga­ją­cego się, być może póź­niej, o bar­dzo wyso­kie sta­no­wi­ska i co rów­nież dosyć ważne... wszyst­kie trzy bar­dzo przy­stojne, nie wyłą­cza­jąc naj­star­szej Alek­san­dry, która miała dwa­dzie­ścia pięć lat. Śred­nia miała dwa­dzie­ścia trzy lata, a naj­młod­sza, Agłaja, skoń­czyła wła­śnie dwu­dzie­sty rok życia. Z naj­młod­szej była nawet skoń­czona pięk­ność i w świe­cie zaczy­nała już zwra­cać na sie­bie ogólną uwagę. Ale i to jesz­cze nie wszystko, wszyst­kie trzy były wykształ­cone, inte­li­gentne i uta­len­to­wane. Każdy też wie­dział, do jakiego stop­nia się mię­dzy sobą kochają i jak jedna drugą zawsze brała w obronę. Mówiono nawet o pew­nych jakoby ofia­rach, które ponio­sły dwie star­sze sio­stry na rzecz młod­szej... bóstwa całego domu. W towa­rzy­stwie nie tylko nie lubiły wysu­wać się naprzód, ale nawet były zbyt skromne. Nikt nie mógł im zarzu­cić pychy i zapal­czy­wo­ści, a tym­cza­sem wszy­scy wie­dzieli, że są dumne i war­tość swoją znają. Naj­star­sza była bar­dzo muzy­kalna, artystka, śred­nia zaś zna­ko­mita malarka, ale o tym nikt nic przez dłu­gie lata nie wie­dział i wyszło na jaw dopiero w ostat­nich cza­sach i to przy­pad­kiem. Jed­nym sło­wem mówiono o nich nie­zwy­kle pochleb­nie. Byli jed­nak i nie­życz­liwi. Z prze­ra­że­niem szep­tano o tym, ile ksią­żek prze­czy­tały. Wyjść za mąż nie było im pilno i cho­ciaż dbały o bywa­nie w pew­nej sfe­rze towa­rzy­skiej, ale też nie za bar­dzo. Było to tym dziw­niej­sze, że wszy­scy znali kie­ru­nek, cha­rak­ter, zamiary i pra­gnie­nia rodzi­ców.

Było już około godziny jede­na­stej, gdy książę zadzwo­nił do miesz­ka­nia gene­rała. Gene­rał miesz­kał na dru­gim pię­trze i zaj­mo­wał lokal moż­li­wie skromny, cho­ciaż odpo­wiedni do jego sta­no­wi­ska. Otwo­rzył księ­ciu lokaj w libe­rii i długo musiał książę tłu­ma­czyć się przed tym czło­wie­kiem, podejrz­li­wie przy­glą­da­ją­cym się od samego początku jemu i jego toboł­kowi. W końcu, po nie­jed­no­krot­nym i dokład­nym obja­śnie­niu, że jest rze­czy­wi­ście księ­ciem Mysz­ki­nem i że bez­wa­run­kowo musi się widzieć z gene­ra­łem w spra­wie nie­cier­pią­cej zwłoki, zdzi­wiony sługa zapro­wa­dził go obok do maleń­kiego przed­po­koju, przed samą pocze­kal­nią koło gabi­netu oddał go w ręce dru­giego słu­żą­cego, który dyżu­ro­wał tam co rano i mel­do­wał gene­ra­łowi gości. Ów drugi był we fraku, miał prze­szło czter­dzie­ści lat i zamy­ślony wyraz twa­rzy; był to spe­cjalny sługa i prawa ręka jego eks­ce­len­cji, wsku­tek czego znał swoją war­tość.

- Niech pan się zatrzyma w pocze­kalni, a zawi­niątko pro­szę tu zosta­wić - rzekł bez pośpie­chu, sia­da­jąc z god­no­ścią na swoim krze­śle i patrząc z suro­wym zdzi­wie­niem na księ­cia, który usiadł obok niego na krze­śle ze swoim toboł­kiem w ręku.

- Jeżeli można - odpo­wie­dział książę - ja bym wolał tutaj razem z panem, bo tam jakoś samemu...

- W przed­po­koju nie wypada cze­kać. Inte­re­sant to prze­cież tak, jak gość. Do samego gene­rała?

Nie mógł się widocz­nie lokaj zgo­dzić z myślą wpusz­cze­nia takiego gościa i posta­no­wił raz jesz­cze go wyba­dać.

- Tak, mam inte­res... - zaczął książę.

- Nie pytam, jaki mia­no­wi­cie pan ma inte­res, moja rzecz mel­do­wać, a bez sekre­ta­rza, jak już powie­dzia­łem, mel­do­wać pana nie pójdę.

Podejrz­li­wość tego czło­wieka naj­wi­docz­niej coraz bar­dziej wzra­stała; bo też książę zbyt już był nie­po­dobny do codzien­nych gości i cho­ciaż gene­rał dosyć czę­sto, nie­mal codzien­nie, o pew­nej godzi­nie, musiał przyj­mo­wać, zwłasz­cza w inte­re­sie, nie­raz nawet bar­dzo róż­nych ludzi, jed­nak pomimo zwy­czaju i instruk­cji dosyć szcze­gó­ło­wej kamer­dy­ner miał poważne wąt­pli­wo­ści; pośred­nic­two sekre­ta­rza w zamel­do­wa­niu było tutaj nie­zbędne.

- Pan naprawdę... z zagra­nicy? - zapy­tał w końcu jakby nie­umyśl­nie i stro­pił się; chciał może zapy­tać: "czy pan rze­czy­wi­ście książę Mysz­kin?".

- Tak, wprost z wagonu. Zdaje mi się, że chciał pan zapy­tać, czy rze­czy­wi­ście jestem księ­ciem Mysz­ki­nem i tylko przez grzecz­ność pan nie zapy­tał.

- Hm... - mruk­nął zdzi­wiony lokaj.

- Zapew­niam pana, że nie skła­ma­łem i że odpo­wia­dać za mnie pan nie będzie. A że sobie tak przy­sze­dłem i z zawi­niąt­kiem, nie ma się czemu dzi­wić; obec­nie moje inte­resy nie stoją świet­nie.

- Ja się tego nie boję, widzi pan. Zamel­do­wać muszę i wyj­dzie do pana sekre­tarz, chyba że pan... Bo, o to wła­śnie idzie, że chyba... Pan nie o zapo­mogę idzie pro­sić gene­rała, pozwolę sobie zapy­tać, jeśli można?

- O nie, pro­szę być tego zupeł­nie pew­nym. Inny mam inte­res.

- Wyba­czy pan, ja tak, patrząc na pana, spy­ta­łem. Niech pan czeka na sekre­ta­rza, gene­rał teraz zajęty z puł­kow­ni­kiem, a potem przyj­dzie i sekre­tarz...

- A więc, jeśli długo wypad­nie cze­kać, to czy nie mógł­bym gdzie tutaj zapa­lić? Mam przy sobie tytoń i fajeczkę.

- Palić? - z pogar­dli­wym nie­do­wie­rza­niem otwo­rzył sze­roko na niego oczy kamer­dy­ner, jakby nie wie­rząc wła­snym uszom - palić? Nie, tu pan nie może palić, a co wię­cej, powi­nien się pan wsty­dzić nawet myśleć o tym. He... dobry sobie!

- O, prze­cież ja nie w tym pokoju chcia­łem; prze­cież ja wiem; wyszedł­bym gdzie­kol­wiek bądź, tam, gdzie by mi pan wska­zał, bo przy­zwy­cza­iłem się, a od trzech godzin już nie pali­łem. Zresztą, jak pan chce, i wie pan, jest przy­sło­wie, że do cudzego klasz­toru...

- No, jakże ja takiego czło­wieka zamel­duję - mruk­nął pra­wie mimo woli kamer­dy­ner. - Po pierw­sze, nawet nie wypada, aby pan tu był, powi­nien pan sie­dzieć w pocze­kalni, pan jest w ran­dze klienta, a raczej gościa i ja będę odpo­wia­dał... A cóż to, czy pan u nas miesz­kać zamie­rza? - dodał, spoj­rzaw­szy raz jesz­cze spode łba na tobo­łek księ­cia, widocz­nie nie­da­jący mu spo­koju.

- Nie, nie myślę! Nawet gdyby mnie zapro­szono, nie zostanę. Po pro­stu przy­je­cha­łem, aby się zazna­jo­mić i nic wię­cej.

- Co? Zazna­jo­mić się? - zapy­tał kamer­dy­ner ze zdzi­wie­niem i ze zwięk­szoną jesz­cze podejrz­li­wo­ścią. - Mówił pan przed­tem, że za inte­re­sem!

- O! cóż to za inte­res! Wła­ści­wie, jeśli pan chce, jest pewien inte­res, tak tylko pro­sić o radę, ale głów­nie chcę się przed­sta­wić, ponie­waż jestem księ­ciem Mysz­ki­nem, a gene­ra­łowa Jepan­czyn też ostat­nia z ksią­żąt Mysz­ki­nów i prócz mnie i niej wię­cej Mysz­ki­nów nie ma.

- To i krewny jesz­cze? - zawo­łał lokaj już pra­wie zupeł­nie wystra­szony.

- I to pra­wie że nie. Zresztą, jeśli koniecz­nie nacią­gnąć, zapewne krewni, ale tak dalecy, że Bogiem a prawdą i w rachubę brać nie można. Pisa­łem raz z zagra­nicy do gene­ra­ło­wej, ale mi nie odpo­wie­działa. Ja jed­nakże uzna­łem za wła­ściwe po powro­cie nawią­zać sto­sunki. Tłu­ma­czę panu to wszystko, aby pan nie miał wąt­pli­wo­ści, bo widzę, że pan się jesz­cze nie­po­koi; zamel­duje pan, że jest książę Mysz­kin i już w samym zamel­do­wa­niu powód moich odwie­dzin będzie jasny. Przyjmą... dobrze, nie przyjmą... to może nawet i lepiej. Zdaje się jed­nak, że nie mogą nie przy­jąć. Gene­ra­łowa na pewno będzie chciała widzieć jedy­nego przed­sta­wi­ciela swego rodu, a ona swój ród wysoko ceni, jak to z pew­nego źró­dła sły­sza­łem.

Zda­wało się, że roz­mowa była zupeł­nie zwy­czajna, ale im była zwy­czaj­niej­sza, tym sta­wała się w danym wypadku bez­sen­sow­niej­sza i doświad­czony kamer­dy­ner nie mógł nie odczuć cze­goś, co jest sto­sowne w roz­mo­wie czło­wieka z czło­wie­kiem i zupeł­nie niesto­sowne w roz­mo­wie gościa z "czło­wie­kiem". A ponie­waż "ludzie" są daleko mądrzejsi, ani­żeli zwy­kle wyobra­żają sobie ich pano­wie, więc kamer­dy­nerowi przy­szło do głowy, że tutaj mogą zacho­dzić dwa przy­padki: albo książę jest jakimś włó­częgą i przy­szedł pro­sić o jał­mużnę, albo, że jest on wprost nie­spełna rozumu, i nie ma ambi­cji, bo czyżby mądry, mający ambi­cję książę sie­dział w przed­po­koju i z loka­jem mówił o swo­ich inte­re­sach; czy więc w jed­nym lub dru­gim przy­padku nie będzie się za niego odpo­wia­dało?

- A może by tak do pocze­kalni - zauwa­żył, o ile moż­no­ści bar­dziej nale­ga­jąco.

- Gdy­bym tam sie­dział, tobym panu tego wszyst­kiego nie wytłu­ma­czył - wesoło zaśmiał się książę - i pan byłby w dal­szym ciągu nie­spo­kojny, patrząc na mój płaszcz i węze­łek. A teraz może pan już nie potrze­buje cze­kać na sekre­ta­rza, a iść wprost i zamel­do­wać.

- Takiego gościa, jak pan, bez sekre­ta­rza nie mogę mel­do­wać, przy tym sam gene­rał zaka­zał prze­szka­dzać, dopóki tam jest puł­kow­nik, a Gabriel Ardał­jo­no­wicz wcho­dzi bez mel­do­wa­nia.

- Urzęd­nik?

- Gabriel Ardał­jo­no­wicz? Nie... On służy w Towa­rzy­stwie. Niech pan cho­ciaż ten tobo­łek tam położy.

- Myśla­łem już o tym; jeżeli pan pozwoli. Wie pan, zdejmę chyba płaszcz?

- Rozu­mie się, nie wej­dzie pan prze­cież w płasz­czu.

Książę wstał, zdjął czym prę­dzej płaszcz i został w dosyć przy­zwo­itej i zgrab­nie skro­jo­nej, cho­ciaż już zno­szo­nej mary­narce. Na kami­zelce wisiał sta­lowy łań­cu­szek. Na łań­cuszku genew­ski, srebrny zega­rek.

Cho­ciaż książę był nie­spełna rozumu.... tak już lokaj zde­cy­do­wał... jed­nak w końcu wydało się gene­ral­skiemu kamer­dy­ne­rowi nie­sto­sow­nym pro­wa­dzić dalej roz­mowę z gościem, pomimo że książę podo­bał mu się, Bóg raczy wie­dzieć dla­czego, no i rozu­mie się, tylko pod pew­nymi wzglę­dami. Z innego punktu widze­nia budził w nim sta­now­cze i głę­bo­kie obu­rze­nie.

- A gene­ra­łowa kiedy przyj­muje? - zapy­tał książę, sia­da­jąc na poprzed­nim miej­scu.

- A to już rzecz nie moja. Roz­ma­icie przyj­muje, jak kogo. Kraw­cową i o jede­na­stej przyj­mie. Gabriela Ardał­jo­no­wi­cza też wcze­śniej niż innych przyj­mie, bywa nawet do pierw­szego śnia­da­nia dopusz­czany.

- Tu w miesz­ka­niu cie­plej w zimie niż za gra­nicą - zauwa­żył książę - a za to tam na uli­cach cie­plej niż u nas, a w domach zimową porą... trudno nie­przy­zwy­cza­jo­nemu Rosja­ni­nowi wytrzy­mać.

- Nie palą?

- Tak, a i domy ina­czej urzą­dzone, to jest piece i okna.

- Hm! A długo to pan raczył jeź­dzić?

- Tak, cztery lata. Zresztą, pra­wie cały czas prze­sie­dzia­łem na jed­nym miej­scu, na wsi.

- Od tutej­szego odwykł pan?

- I to prawda. Czy pan da wiarę, mnie samemu dziw­nie, że po rosyj­sku mówić nie zapo­mnia­łem. Ot, teraz roz­ma­wiam z panem i wciąż sobie myślę: "a prze­cież ja dobrze mówię". Być może dla­tego tak dużo mówię. Słowo daję, od wczo­raj cią­gle chce mi się po rosyj­sku mówić.

- He! he! A przed­tem pan miesz­kał w Peters­burgu? (Pomimo wszel­kich wysił­ków nie mógł lokaj nie pod­trzy­my­wać tak przy­zwo­itej i grzecz­nej roz­mowy).

- W Peters­burgu? Pra­wie że nie, tak tylko, w prze­jeź­dzie. I przed­tem tu nic nie zna­łem, a teraz sły­szę tyle nowego, że jak mówią, kto cokol­wiek bądź znał, teraz musi na nowo wszystko pozna­wać. Dużo tu teraz mówią o sądach.

- Hm!... O sądach. Tak, to prawda, mówią o sądach. A jakże tam, spra­wie­dli­wiej w sądach, czy nie?

- Nie wiem. Dużo dobrego o naszych sły­sza­łem. Ot i kary śmierci u nas znów nie ma...

- A tam jest kara śmierci?

- A jakże. Widzia­łem we Fran­cji, w Lug­du­nie. Zabrał mnie tam ze sobą Schne­ider.

- Wie­szają?

- Nie, we Fran­cji wciąż głowy ści­nają.

- Cóż, krzy­czy?

- Gdzie tam. W jed­nej chwili. Kładą czło­wieka i spada taki sze­roki nóż w maszy­nie, gilo­ty­nie, ciężko, sil­nie... Głowa tak odsko­czy, że nie zdąży okiem mru­gnąć. Przy­go­to­wa­nia przy­kre. Kiedy ogła­szają wyrok, ubie­rają, wiążą, pro­wa­dzą na sza­fot, wten­czas straszno! Zbiega się lud, nawet kobiety, cho­ciaż tam nie lubią, żeby kobiety patrzyły.

- Nie­bab­ska rzecz.

- Rozu­mie się. Taką męczar­nię!... Prze­stępca był to czło­wiek mądry, nie­ustra­szony, silny, tro­chę już star­szy, nazy­wał się Legro. No, słowo panu daję, chcesz pan... wierz, nie chcesz... nie wierz, na sza­fot wcho­dził i pła­kał, biały jak płótno. Nie do wiary! Czy to nie­straszne? No, któż pła­cze ze stra­chu? Przez myśl mi nie prze­szło, że może pła­kać ze stra­chu nie dziecko, a czło­wiek, który ni­gdy nie pła­kał, czter­dzie­sto­pię­cio­letni czło­wiek. Co się w takich chwi­lach dzieje z duszą, do jakich spa­zmów ją dopro­wa­dzają? Znę­ca­nie się nad duszą i nic wię­cej! Powie­dziane jest: "nie zabi­jaj", więc za to, że zabił i jego zabi­jają? Nie, tak nie można. Mie­siąc temu widzia­łem to, a do dziś dnia stoi mi to przed oczyma. Z pięć razy już mi się śniło.

Książę oży­wił się, mówiąc, lekki rumie­niec wystą­pił na jego bla­dej twa­rzy, cho­ciaż tak jak i przed­tem mowa jego była cicha. Kamer­dy­ner chło­nął słowa gościa z życz­li­wym zain­te­re­so­wa­niem; może był on rów­nież czło­wie­kiem z nieco buj­niej­szą wyobraź­nią i pre­ten­sjami do myśle­nia.

- Całe szczę­ście, że nie­dużo męczarni - zauwa­żył - gdy głowa odpada.

- Wie pan co? - pod­chwy­cił książę gorąco - pan to zauwa­żył i wszy­scy to z pew­no­ścią także zauwa­żają tak jak pan, i po to wymy­ślona ta maszyna, gilo­tyna. A mnie wten­czas taka przy­szła myśl do głowy: a co, jeśli to nawet i gorzej? Pana to śmie­szy, wydaje się to panu dzi­kim, a przy pew­nej wyobraźni nawet taka myśl wsko­czy czło­wie­kowi do głowy. Pomyśl pan: weźmy na przy­kład tor­tury; przy tym cier­pie­nia i rany, męka cie­le­sna i to wszystko praw­do­po­dob­nie odciąga od ducho­wej męki, tak, że czło­wiek męczy się tylko samymi ranami, dopóki nie umrze. A prze­cież główny, naj­sil­niej­szy ból może nie od ran, a od tego, że wiesz na pewno, że za godzinę, potem za dzie­sięć minut, potem za pół minuty, potem teraz zaraz... dusza wyleci z ciała i że już ni­gdy czło­wiekiem nie będziesz, i że to już na pewno; przede wszyst­kim to, że na pewno. Kiedy głowę kła­dziesz pod sam nóż i sły­szysz, jak zsuwa się nad nią, ta wła­śnie ćwierć sekundy naj­strasz­niej­sza. Wie pan, to nie mój pomysł, wielu ludzi tak mówiło. Ja do tego stop­nia w to wie­rzę, że powiem panu wprost, co o tym myślę. Zabi­jać za zabój­stwo to bez porów­na­nia cięż­sza kara niż sama zbrod­nia. Zabój­stwo wsku­tek wyroku jest bez porów­na­nia strasz­niej­sze niż zabój­stwo roz­bój­ni­cze. Ten, któ­rego zabi­jają roz­bój­nicy, mor­dują w nocy, w lesie, czy jak tam, z pew­no­ścią ma nadzieję wyra­to­wa­nia się aż do ostat­niej chwili. Bywały przy­kłady, że już gar­dło pode­rżnięte, a on cią­gle ma nadzieję, albo ucieka, albo prosi. A tutaj całą tę ostat­nią nadzieję, z którą umie­rać jest dzie­sięć razy lżej, odbie­rają na pewno; tu jest wyrok i w tym, że na pewno się go nie unik­nie, sie­dzi cała straszna męczar­nia i od tej męczarni nie ma nic na świe­cie sil­niej­szego. Niech pan przy­pro­wa­dzi i postawi żoł­nie­rza naprze­ciwko armaty w bitwie i niech pan strzela w niego, on cią­gle będzie miał nadzieję, ale niech pan prze­czyta temu samemu żoł­nie­rzowi wyrok, a zwa­riuje albo się roz­pła­cze. Któż powie­dział, że natura ludzka jest w sta­nie znieść to bez obłą­ka­nia? Po cóż takie znę­ca­nie się dzi­kie, nie­po­trzebne, zby­teczne? Możebne, że jest na świe­cie czło­wiek, któ­remu prze­czytano wyrok, pozwo­lili pomę­czyć się, a potem powie­dzieli: "idź, uła­ska­wiają cię". Ten czło­wiek, być może, mógłby opo­wie­dzieć. O tej męce i o tym stra­chu i Chry­stus mówił. Nie, z czło­wiekiem tak nie można postę­po­wać.

Cho­ciaż kamer­dy­ner nie mógłby wyra­zić tego wszyst­kiego tak, jak książę, jed­nak, choć może nie wszystko, zawsze co głów­niej­sze zro­zu­miał, co nawet było widoczne na jego twa­rzy, która przy­brała wyraz roz­czu­le­nia.

- Jeżeli pan już tak chce - powie­dział - popa­lić tro­chę, to może by się i dało, byle tro­chę prę­dzej. Bo może zawo­łać, a tu pana nie ma. O tam, pod schod­kami, widzi pan, drzwi. Wej­dzie pan w drzwi, na prawo jest komórka; tam można, tylko otwo­rzy pan luf­cik, bo, widzi pan, nie­po­rzą­dek...

Ale książę nie zdą­żył pójść palić. Do przed­po­koju wszedł nagle młody czło­wiek z papie­rami w ręku. Kamer­dy­ner zdjął z niego futro. Młody czło­wiek spoj­rzał zezem na księ­cia.

- To, Gabrielu Ardał­jo­no­wi­czu - zaczął kon­fi­den­cjo­nal­nie i pra­wie poufale kamer­dy­ner - mel­duje się, że jest książę Mysz­kin i pani krewny, przy­je­chał pocią­giem z zagra­nicy i tylko zawi­niątko w ręku...

Dal­szego ciągu książę nie usły­szał, gdyż kamer­dy­ner zaczął szep­tać. Gabriel Ardał­jo­no­wicz słu­chał uważ­nie i spo­glą­dał na księ­cia z wielką cie­ka­wo­ścią, w końcu prze­stał słu­chać i nie­cier­pli­wie zbli­żył się do niego.

- Pan jest książę Mysz­kin?- zapy­tał nad­zwy­czaj uprzej­mie i grzecz­nie.

Był to bar­dzo piękny młody czło­wiek, lat dwu­dzie­stu ośmiu, wysoki blon­dyn, wzro­stu śred­niego, z maleńką hisz­panką, z rozumną i bar­dzo piękną twa­rzą. Tylko uśmiech jego przy całej swej uprzej­mo­ści był cokol­wiek sprytny; zęby pre­zen­to­wały się przy nim cokol­wiek za per­łowo równe; spoj­rze­nie, pomimo całej swej weso­ło­ści i widocz­nej pro­stoty, było coś zanadto prze­ni­kliwe i badaw­cze.

"On chyba, jak jest sam, nie tak patrzy i może ni­gdy się nie śmieje", poczuł jakoś książę.

Książę obja­śnił wszystko, co mógł, naprędce, pra­wie to samo, co przed­tem tłu­ma­czył kamer­dy­ne­rowi, a jesz­cze przed­tem Rogo­ży­nowi. Gabriel Ardał­jo­no­wicz tym­cza­sem jakby sobie coś przy­po­mi­nał.

- Czy to nie pan - zapy­tał - był łaskaw z rok temu, czy nawet póź­niej, pisać, zdaje się ze Szwaj­ca­rii, do Elż­biety Pro­ko­fjewny?

- Tak jest.

- To pana tu znają i z pew­no­ścią pamię­tają. Pan do jego eks­ce­len­cji? W tej chwili zamel­duję... Zaraz będzie wolny. Tylko, żeby pan... może by pan tym­cza­sem do pocze­kalni... Dla­cze­goś nie pro­sił? - zwró­cił się surowo do kamer­dy­nera.

- Prze­cież mówię, że sam nie chciał...

W tej samej chwili otwo­rzyły się drzwi gabi­netu i wyszedł jakiś woj­skowy z teką w ręku, gło­śno roz­ma­wia­jąc i kła­nia­jąc się.

- Ganiu, ty tu? - zawo­łał głos z gabi­netu - chodźże tutaj!

Gabriel Ardał­jo­no­wicz kiw­nął księ­ciu głową i poszedł prędko do gabi­netu.

Po dwóch minu­tach znów się drzwi otwo­rzyły i dał się sły­szeć dźwięczny i zapra­sza­jący głos Ardał­jo­no­wi­cza.

- Niech książę będzie łaskaw.

III

Gene­rał Jan Teo­do­ro­wicz Jepan­czyn stał na środku swego gabi­netu i patrzył z nad­zwy­czajną cie­ka­wo­ścią na wcho­dzą­cego księ­cia, pod­szedł nawet dwa kroki ku niemu. Książę zbli­żył się i przed­sta­wił.

- Tak - odpo­wie­dział gene­rał - czymże mogę słu­żyć?

- Inte­resu nie­cier­pią­cego zwłoki nie mam żad­nego; po pro­stu mia­łem zamiar zapo­znać się z panem. Nie chciał­bym prze­szka­dzać, a nie wiem, kiedy pan przyj­muje ani jakie są pana zwy­czaje... Ale ja sam dopiero co z wagonu... przy­je­cha­łem ze Szwaj­ca­rii...

Gene­rał o mało się nie uśmiech­nął, ale pomy­ślał chwilkę i dał spo­kój; potem znów pomy­ślał, przy­mru­żył oczy, obej­rzał raz jesz­cze swego gościa od stóp do głowy, następ­nie wska­zał mu krze­sło, sam usiadł cokol­wiek z boku i zwró­cił się do księ­cia z nie­cier­pli­wym wycze­ki­wa­niem. Gania stał w kącie gabi­netu i prze­glą­dał papiery.

- W ogóle mało mam czasu na zna­jo­mo­ści, ale ponie­waż pan ma, rozu­mie się, jakiś inte­res, więc...

- Prze­czu­wa­łem - prze­rwał książę - że pan bez wąt­pie­nia będzie upa­try­wał w moim przyj­ściu jakiś spe­cjalny zamiar. Ale naprawdę, prócz przy­jem­no­ści zazna­jo­mie­nia się, nie mam żad­nego oso­bi­stego inte­resu.

- Przy­jem­ność, rozu­mie się, i dla mnie nad­zwy­czajna, ale nie same w życiu przy­jem­no­ści, cza­sem, rozu­mie pan, zda­rza się i inte­res... Poza tym nie jestem w sta­nie dotych­czas zauwa­żyć mię­dzy nami cze­goś wspól­nego... że tak powiem, przy­czyny...

- Przy­czyny, bez kwe­stii, nie ma i wspól­nego też, rozu­mie się, mało mamy... Ponie­waż, jeżeli ja jestem księ­ciem Mysz­ki­nem i pań­ska mał­żonka do naszego rodu należy, to, rozu­mie się, nie jest przy­czyna. A jed­nak cała moja przy­czyna na tym tylko polega. Nie byłem już cztery lata w Rosji, dłu­żej nawet, i w jakim sta­nie wyjeż­dża­łem: pra­wie obłą­kany! Wten­czas o niczym nie wie­dzia­łem, a teraz tym bar­dziej. Potrzeba mi dobrych ludzi, nawet mam pewien inte­res, a nie wiem dokąd się skie­ro­wać. Jesz­cze w Ber­li­nie pomy­śla­łem: "to są pra­wie krewni, zacznę od nich; być może, że się sobie na coś przy­damy, oni mnie, ja im... jeżeli oni są dobrymi ludźmi". A sły­sza­łem, że pań­stwo są dobrzy ludzie.

- Wielce obo­wią­zany - dzi­wił się gene­rał - pozwa­lam sobie zapy­tać, gdzie się pan zatrzy­mał?

- Jesz­cze ni­gdzie się nie zatrzy­ma­łem.

- Więc wprost z wagonu do mnie? I... z baga­żem?

- No, całego bagażu mam jedno małe zawi­niątko z bie­li­zną i nic wię­cej; noszę je zwy­kle w ręku. Zdążę i wie­czo­rem numer w hotelu zająć.

- Więc pan trwa w zamia­rze zaję­cia numeru?

- O, tak, ma się rozu­mieć.

- Sądząc z pań­skich słów, przy­pusz­cza­łem, że pan tak wprost do mnie.

- Mogło to mieć miej­sce, ale nie ina­czej, jak wsku­tek pań­skiego zapro­sze­nia. Ja zresztą, przy­znam się, nie został­bym pomimo to; nie z jakie­go­kol­wiek powodu, a tak... wsku­tek cha­rak­teru.

- No, więc dobrze się stało, że pana nie zapro­si­łem i nie zapra­szam. Pozwoli książę, że od razu wszystko wyja­śnimy: ponie­waż doga­da­li­śmy się, że co do pokre­wień­stwa mię­dzy nami nawet mowy być nie może... cho­ciaż mnie, ma się rozu­mieć, bar­dzo by to pochle­biło... zatem...

- Zatem wstać i wyno­sić się? - Książę powstał, nawet jakoś wesoło się roze­śmiaw­szy, pomimo widocz­nej nie­do­god­no­ści swego poło­że­nia. - I słowo daję, gene­rale, choć naj­mniej­szego poję­cia nie mam o tutej­szych oby­cza­jach ani w ogóle jak tu ludzie żyją, od razu pomy­śla­łem, że mię­dzy nami tak się sprawa skoń­czy. Cóż, może to i lepiej... A i wtedy odpo­wie­dzi na swój list nie dosta­łem... No, do widze­nia i prze­pra­szam, że prze­szko­dzi­łem.

Spoj­rze­nie księ­cia było w tej chwili do tego stop­nia uprzejme i uśmiech jego tak był bez cie­nia choćby jakie­go­kol­wiek bądź ukry­tego nie­przy­chyl­nego uczu­cia, że gene­rał nagle przy­sta­nął i jakoś ina­czej spoj­rzał na swego gościa: cała ta zmiana spoj­rze­nia odbyła się w jedno mgnie­nie oka.

- A wiesz, książę, co? - rzekł zupeł­nie innym gło­sem - prze­cież ja pana jed­na­ko­woż nie znam, a Elż­bieta Pro­ko­fjewna może zechce przyj­rzeć się swemu imien­ni­kowi... Może książę poczeka, jeśli ma czas.

- O, ja mam czas; mój czas do mnie należy. - Książę poło­żył swój miękki, okrą­gły kape­lusz na stole. - I przy­znam się, liczy­łem na to, że może Elż­bieta Pro­ko­fjewna przy­po­mni sobie, że do niej pisa­łem. Dopiero co pań­ski słu­żący, gdy tam na pana cze­ka­łem, podej­rze­wał, że przy­cho­dzę pro­sić o jał­mużnę; zauwa­ży­łem to, oraz że surowe muszą być u pana co do tego instruk­cje; a ja doprawdy nie dla­tego, ale po to, ażeby się z ludźmi zejść. Tylko zdaje mi się, że panu prze­szko­dzi­łem i to mnie nie­po­koi.

- Otóż to, książę - ode­zwał się gene­rał z weso­łym uśmie­chem - jeśliś pan istot­nie takim, na jakiego wyglą­dasz, to przy­jem­nie będzie, zapewne, z panem się zazna­jo­mić; tylko, widzi pan, ja jestem czło­wie­kiem zaję­tym i zaraz siądę, aby cokol­wiek przej­rzeć i pod­pi­sać, a potem wybiorę się do jego eks­ce­len­cji, a potem na służbę, więc cho­ciaż chęt­nie widzę ludzi... dobrych, ma się rozu­mieć... ale... Zresztą, tak jestem prze­ko­nany o pań­skim dobrym wycho­wa­niu, że... A ile książę ma lat?

- Dwa­dzie­ścia sześć.

- Och! A ja myśla­łem, że dużo mniej.

- Tak, mówią, że młodo wyglą­dam. A nie prze­szka­dzać panu nauczę się prędko, gdyż sam bar­dzo nie lubię prze­szka­dzać... I zdaje mi się, że na pierw­szy rzut oka tak jeste­śmy różni... z wielu wzglę­dów, że pomię­dzy nami nie może, zdaje się, być wielu punk­tów wspól­nych, a one są... pocho­dzi to z leni­stwa ludz­kiego, że ludzie tak róż­nią się mię­dzy sobą powierz­chow­nie i nic nie mogą zna­leźć... Zresztą, być może, nud­nie zaczą­łem? Pan, zdaje się...

- Dwa słowa: czy pan posiada jaki­kol­wiek mają­tek? Lub może zamie­rza się poświę­cić jakim zaję­ciom? Wyba­czy pan, że ja tak...

- Ale cóż znowu, zupeł­nie rozu­miem i oce­niam pań­skie pyta­nie. Żad­nego majątku dotych­czas nie posia­dam, ani też nie mam dotych­czas żad­nego zaję­cia, a trzeba by... Pie­nią­dze teraz mia­łem cudze, dał mi je na drogę Schne­ider, mój pro­fe­sor, u któ­rego się leczy­łem i uczy­łem w Szwaj­ca­rii, i dał wła­śnie tyle, żeby wystar­czyło, tak, że na przy­kład teraz zostało mi się wszyst­kiego kil­ka­na­ście kopie­jek. Mam pewien inte­res, co prawda i potrze­buję rady, ale...

- No więc, z czego pan chce obec­nie żyć i jakie pan miał zamiary? - prze­rwał gene­rał.

- Chcia­łem w jaki­kol­wiek spo­sób pra­co­wać.

- O, to z pana filo­zof, zresztą... czy pan posiada jakieś zdol­no­ści, takie, które pozwa­lają zaro­bić na chleb powsze­dni? Niech pan wyba­czy...

- O, niech się pan nie tłu­ma­czy. Nie, sądzę, że nie mam żad­nych spe­cjal­nych zdol­no­ści; nawet prze­ciw­nie, ponie­waż jestem czło­wie­kiem cho­rym i nie uczy­łem się sys­te­ma­tycz­nie. Co się tyczy chleba, to, zdaje mi się...

Gene­rał znów prze­rwał i znów zaczął się wypy­ty­wać. Książę opo­wie­dział na nowo wszystko, co już przed­tem opo­wie­dział. Oka­zało się, że gene­rał sły­szał o nie­bosz­czyku Paw­lisz­cze­wie i nawet znał go oso­bi­ście. Dla­czego Paw­lisz­czew inte­re­so­wał się jego wycho­wa­niem, tego sam książę nie mógł wytłu­ma­czyć; zapewne wsku­tek sta­rej przy­jaźni z nie­bosz­czy­kiem jego ojcem. Po śmierci rodzi­ców książę jako małe dziecko całe życie prze­pę­dzał po wsiach, gdyż i zdro­wie jego wyma­gało wiej­skiego powie­trza. Paw­lisz­czew powie­rzył go pew­nym sta­rym oby­wa­tel­kom, swoim krew­nym; z początku zaj­mo­wała się nim guwer­nantka, potem guwer­ner; wyznał zresztą, że cho­ciaż wszystko pamięta, nie­wiele może obja­śnić w spo­sób zado­wa­la­jący, gdyż z wielu rze­czy nie zda­wał sobie sprawy. Czę­ste parok­sy­zmy cho­roby zro­biły z niego idiotę (tak się książę wyra­ził: idiotę). Opo­wie­dział w końcu, że Paw­lisz­czew spo­tkał się raz w Ber­li­nie z pro­fe­so­rem Schne­ide­rem, Szwaj­ca­rem, który wła­śnie zaj­muje się tymi cho­ro­bami, ma zakład w Szwaj­ca­rii w kan­to­nie Valais, leczy idio­tyzm i pomie­sza­nie zmy­słów według swo­jej metody zimną wodą, gim­na­styką, ponadto uczy i zaj­muje się w ogóle roz­wo­jem umy­sło­wym; że Paw­lisz­czew wysłał go do niego, do Szwaj­ca­rii, mniej wię­cej przed pię­ciu laty, a sam umarł dwa lata temu nagle, nie wydaw­szy roz­po­rzą­dzeń; że Schne­ider trzy­mał go i pro­wa­dził dalej kura­cję jesz­cze przez dwa lata, że go nie wyle­czył, ale mu dużo pomógł; i że w końcu, na jego wła­sne żąda­nie i wsku­tek pew­nej oko­licz­no­ści, wysłał go teraz do Rosji.

Gene­rał bar­dzo był zdzi­wiony.

- I pan w Rosji nie ma nikogo, abso­lut­nie nikogo? - zapy­tał.

- Teraz nikogo, ale mam nadzieję... przy tym dosta­łem list...

- Przy­naj­mniej - prze­rwał gene­rał, nie dosły­szaw­szy o liście - uczył się pan cze­goś i cho­roba nie prze­szko­dzi panu zająć jakie­go­kol­wiek, na przy­kład nie­zbyt uciąż­li­wego sta­no­wi­ska w jakim­kol­wiek urzę­dzie?

- O, na pewno nie prze­szko­dzi. I co się tyczy miej­sca, bar­dzo bym nawet pra­gnął, gdyż sam chciał­bym zoba­czyć, do czego jestem zdolny. Uczy­łem się całe cztery lata bez prze­rwy, choć nie­zu­peł­nie pra­wi­dłowo, a tak jakoś, podług jego wła­snego sys­temu i przy tym dużo rosyj­skich ksią­żek udało mi się prze­czy­tać.

- Rosyj­skich ksią­żek? A więc pan umie czy­tać i może pan pisać bez błędu?

- O, z zupełną łatwo­ścią.

- Ślicz­nie; a cha­rak­ter pisma?

- Cha­rak­ter pisma dosko­nały. Pod tym wzglę­dem, pro­szę pana, jestem wprost uta­len­to­wany; piszę jak kali­graf. Niech pan pozwoli; napi­szę cokol­wiek dla próby - powie­dział książę z ogniem.

- Bądź pan łaskaw. I to potrzebne... Bar­dzo lubię tę pań­ską ochotę, książę, jesteś pan doprawdy bar­dzo miły.

- Pan ma takie śliczne przy­bory piśmienne, ile tu u pana ołów­ków, ile piór, jaki gruby, zna­ko­mity papier... I jaki wspa­niały pana gabi­net! Ten kra­jo­braz znam, to widok ze Szwaj­ca­rii. Pewien jestem, że widzia­łem to miej­sce; to w kan­to­nie Uri...

- Bar­dzo być może, cho­ciaż kupione tutaj. Ganiu, daj księ­ciu papier; oto są pióra i papier, niech książę będzie łaskaw na tym sto­liku. Co to takiego? - zwró­cił się gene­rał do Gani, który tym­cza­sem wyjął ze swego pugi­la­resu i podał mu gabi­ne­tową foto­gra­fię.

- Oho! Nasta­zja Fili­powna! Jak to, sama, sama ci przy­słała, sama? - z oży­wie­niem i z wielką cie­ka­wo­ścią wypy­ty­wał gene­rał Ganię.

- Dała mi teraz, kiedy byłem z powin­szo­wa­niem. Już dawno pro­si­łem. Nie wiem, czy to nie przy­mówka z jej strony, że przy­je­cha­łem z pustymi rękami, bez poda­runku, w taki dzień - dodał Gania, nie­przy­jem­nie się uśmie­cha­jąc.

- No, nie - prze­rwał gene­rał z prze­ko­na­niem - co ci za dziwne myśli do głowy przy­cho­dzą! Skądże ma się przy­ma­wiać; zupeł­nie nie jest inte­re­sowna. I przy tym, co ty możesz ofia­ro­wać, prze­cież tu potrzeba tysięcy! Czy dasz foto­gra­fię? No cóż, nie pro­siła cię jesz­cze o foto­gra­fię?

- Nie, jesz­cze nie pro­siła; i może być, że ni­gdy nie poprosi. Pamięta pan, Janie Teo­do­ro­wi­czu, o dzi­siej­szym wie­czo­rze? Pan jest prze­cież spe­cjal­nie zapro­szony.

- Pamię­tam, pamię­tam, rozu­mie się, będę! Jesz­cze by też, w dniu uro­dzin, dwa­dzie­ścia pięć lat. Hm... A wiesz co, Ganiu, to ci już chyba powiem, przy­go­tuj się. Obie­cała mnie i Ata­na­zemu Iwa­no­wi­czowi, że dziś u sie­bie wie­czo­rem powie ostat­nie słowo: być czy nie być? A więc, żebyś wie­dział.

Gania zmie­szał się nagle do tego stop­nia, że nawet zbladł tro­chę.

- Naprawdę tak powie­działa? - zapy­tał i głos jego jakby zadrżał.

- Oneg­daj dała słowo. Take­śmy obaj nale­gali, żeśmy wymo­gli. Pro­siła tylko, aby tobie tym­cza­sem nic nie mówić.

Gene­rał badaw­czo przy­glą­dał się Gani, któ­rego zmie­sza­nie widocz­nie mu się nie podo­bało.

- Niech pan sobie przy­po­mni, Janie Teo­do­ro­wi­czu - ode­zwał się Gania lękli­wie i nie­pew­nie - że dała mi zupełną swo­bodę decy­zji do chwili, dopóki sama nic nie posta­nowi, a i wtedy jesz­cze ostat­nie słowo do mnie należy...

- Czy­byś ty... czy­byś ty... - prze­ląkł się gene­rał.

- Ja, nic.

- Zli­tuj się, jakże ty nas chcesz wykie­ro­wać?

- Prze­cież nie wzbra­niam się. Może się źle wyra­zi­łem?...

- Jesz­cze byś się wzbra­niał! - zawo­łał z gnie­wem gene­rał, nie pra­gnąc nawet ukryć gniewu. - Tu, bra­cie, nie idzie już o to, że ty się nie wzbra­niasz, a idzie o twoją goto­wość, o przy­jem­ność, radość, z jaką przyj­miesz jej słowa... A co się w domu u cie­bie wypra­wia?

- No cóż w domu? W domu wszystko się dzieje podług mojej woli, tylko ojciec, jak zwy­kle, udaje głu­piego, ale on zro­bił się już zupeł­nie nie­przy­zwo­ity; gdyby nie wzgląd na matkę, wska­zał­bym mu drzwi. Matka, ma się rozu­mieć, bez­u­stan­nie pła­cze, sio­stra się zło­ści, aż im wresz­cie wprost powie­dzia­łem, że jestem panem swego losu i wyma­gam, aby mnie w domu... słu­chano. Sio­strze przy­naj­mniej rąb­ną­łem to wszystko w obec­no­ści matki.

- A ja, bratku, w dal­szym ciągu nie poj­muję - zauwa­żył zamy­ślony gene­rał, wzru­sza­jąc ramio­nami i zakła­da­jąc ręce. - Nina Alek­san­drowna także przed kilku dniami, wtedy, kiedy tu była, pamię­tasz? jęczała i wzdy­chała. "Co pani?", pytam. Oka­zuje się, że jakoby dla niej hańba, niech mi kto powie? Kto może coś­kol­wiek bądź Nasta­zji Fili­pow­nie zarzu­cić lub coś prze­ciwko niej udo­wod­nić? Czyżby to, że żyła z Toc­kim? Ależ to taki non­sens, zwłasz­cza wobec wia­do­mych oko­licz­no­ści. "Pan - mówi - nie puści mnie do swo­ich córek?". Masz tobie! Ach ta Nina Alek­san­drowna. Jakże można tego nie rozu­mieć, jak można nie rozu­mieć...

- Swego poło­że­nia? - pod­po­wie­dział Gania zakło­po­ta­nemu gene­ra­łowi - ona je rozu­mie, niech się pan na nią nie gniewa. Ja zresztą także jej zmy­łem głowę, żeby się do cudzych spraw nie wtrą­cała. A jed­nak dotych­czas u nas w domu wszystko się jako tako trzyma tylko dzięki temu, że nie powie­dziano ostat­niego słowa, ale burza będzie. Jeżeli się dziś to ostat­nie słowo powie, no to się powie osta­tecz­nie i bez reszty.

Książę sły­szał całą tę roz­mowę, sie­dząc w kącie nad swoją próbą kali­gra­fii. Skoń­czył, pod­szedł do stołu i podał swój arkusz.

- A więc to jest Nasta­zja Fili­powna? - powie­dział, uważ­nie i cie­ka­wie oglą­da­jąc foto­gra­fię - zadzi­wia­jąco ładna! - dorzu­cił zaraz z ogniem.

Foto­gra­fia wyobra­żała kobietę nie­zwy­kłej rze­czy­wi­ście pięk­no­ści. Była ona foto­gra­fo­wana w czar­nej, jedwab­nej sukni, skrom­nej, ale wykwint­nej; włosy, o ile się zda­wało, ciem­no­blond, były z pro­stotą, po domo­wemu ucze­sane; oczy ciemne, głę­boko osa­dzone, czoło zamy­ślone; wyraz twa­rzy namiętny i jakby pogar­dliwy. Twarz miała pocią­głą i zdaje się, bladą... Gania i gene­rał ze zdu­mie­niem spoj­rzeli na księ­cia...

- Jak to Nasta­zja Fili­powna? Czyż pan już zna i Nasta­zję Fili­pownę? - zapy­tał gene­rał.

- Tak! Jestem dopiero w Rosji od dwu­dzie­stu czte­rech godzin, a już znam taką pięk­ność - odparł książę i zaraz opo­wie­dział o swoim spo­tka­niu z Rogo­ży­nem i o wszyst­kim, co od niego usły­szał.

- Coś nowego! - prze­ląkł się znów gene­rał, wysłu­chaw­szy opo­wia­da­nia nie­zwy­kle uważ­nie i spoj­rzał badaw­czo na Ganię.

- Praw­do­po­dob­nie, po pro­stu wariac­two - mruk­nął też tro­chę zmie­szany Gania - kup­czyk się bawi. Ja już coś nie­coś o nim sły­sza­łem.

- Tak, i ja, bra­cie, sły­sza­łem - pod­chwy­cił gene­rał. - Wtedy, zaraz po kol­czy­kach, opo­wia­dała Nasta­zja Fili­powna o tej hecy. Ale prze­cież teraz to zupeł­nie co innego. Na dnie tego może rze­czy­wi­ście jest milio­nik i... namięt­ność, przy­pu­śćmy nawet, że szka­radna namięt­ność, ale zawsze namięt­no­ścią mi to pach­nie, a prze­cież wia­domo, do czego ci pano­wie są zdolni... gdy sobie pod­piją! Hm!... Żeby tu aby jaka histo­ria z tego nie wyni­kła! - dodał gene­rał w zamy­śle­niu.

- Miliona się pan boi? - Gania uśmiech­nął się.

- A ty się, natu­ral­nie, nie boisz?

- Książę, jak się panu wydało? - zwró­cił się nagle do niego Gania. - Co to za jeden, czy to czło­wiek poważny, czy też taki tylko szu­braw­czyna? Oso­bi­ste pana zda­nie?

Coś oso­bli­wego działo się z Ganią w chwili, gdy zada­wał to pyta­nie. Jakby nowy jakiś i szcze­gólny pomysł uro­dził się w jego mózgu i nie­cier­pli­wie gorzał w jego oczach. Gene­rał zaś, który się szcze­rze i ser­decz­nie zanie­po­koił, spoj­rzał rów­nież zezem na księ­cia, ale jakby się nie­wiele spo­dzie­wa­jąc po jego odpo­wie­dzi.

- Nie wiem sam, jak panu powie­dzieć - odpo­wie­dział książę - ale wydało mi się, że w nim jest dużo namięt­no­ści, nawet jakiejś cho­rej namięt­no­ści. Zresztą on sam zupeł­nie jakby był jesz­cze chory. Bar­dzo być może, że zaraz w pierw­szych dniach w Peters­burgu znów się położy, zwłasz­cza jeśli zacznie hulać.

- Tak? Takie pan miał wra­że­nie? - ucze­pił się gene­rał tej myśli.

- Tak, tak mi się wydało.

- Jed­na­ko­woż tego rodzaju histo­rie mogą mieć miej­sce nie za parę dni, a może jesz­cze dzi­siaj wie­czo­rem coś może wypaść. - Gania uśmiech­nął się do gene­rała.

- Hm! Zapewne! A wtedy to już będzie wszystko zale­żało od tego, co jej do głowy strzeli - powie­dział gene­rał.

- A prze­cież pan wie, jaka ona cza­sem bywa!

- Co przez to rozu­miesz? - obu­rzył się znów gene­rał, dopro­wa­dzony do nie­zwy­kłego roz­draż­nie­nia. - Posłu­chaj, Ganiu, nie kontruj jej dzi­siaj zanadto i posta­raj się być, wiesz, no tak... jed­nym sło­wem... bądź ser­deczny... Hm!... Cóż się tak wykrzy­wiasz?... Słu­chaj, Gabrielu Ardał­jo­no­wi­czu, apro­pos, zupeł­nie apro­pos należy usta­lić: z jakiej racji my się sta­ramy? Rozu­miesz, że ja, co do mojej oso­bi­stej korzy­ści, o którą mi tu idzie, dawno się już zabez­pie­czy­łem; w ten, czy w inny spo­sób, zawsze na swoją korzyść sprawę zde­cy­duję. Tocki powziął sta­now­cze posta­no­wie­nie, a więc i ja jestem zupeł­nie spo­kojny. Dla­tego też, jeśli teraz cze­goś pra­gnę, to tylko two­jej korzy­ści. Osądź sam; cóż to, nie wie­rzysz mi, czy co? Przy tym jesteś czło­wie­kiem... czło­wie­kiem... no, jed­nym sło­wem, czło­wie­kiem rozum­nym i ja na cie­bie liczy­łem... a to, w danym przy­padku, to... to...

- To główne - dorzu­cił Gania, powtór­nie przy­cho­dząc z pomocą zakło­po­ta­nemu gene­ra­łowi i zło­żył usta do jak naj­bar­dziej jado­wi­tego uśmie­chu, któ­rego już nie chciał ukryć. Patrzył roz­go­rza­łym wzro­kiem pro­sto w oczy gene­ra­łowi, jakby nawet pra­gnął, żeby tam­ten wyczy­tał w jego wzroku całą jego myśl. Gene­rał zaczer­wie­nił się i uniósł.

- No tak, rozum to główna rzecz! - przy­tak­nął, patrząc ostro na Ganię - zabawny z cie­bie czło­wiek, Gabrielu Ardał­jo­no­wi­czu!... Ty prze­cież, jak widzę, naj­wi­docz­niej jesteś ura­do­wany z tego kup­czyka, jako z wyba­wi­ciela dla sie­bie. A tu wła­śnie rozu­mem trzeba było dojść od samego początku; tu wła­śnie trzeba rozu­mieć i postą­pić z obu stron uczci­wie i szcze­rze, a nie... uprze­dzić wcze­śniej, aby innych nie kom­pro­mi­to­wać, tym bar­dziej że i czasu było dość i teraz jest go jesz­cze dość (gene­rał zna­cząco pod­niósł brwi), pomimo to, że zostaje już tylko kilka godzin... Zro­zu­mia­łeś? Zro­zu­mia­łeś? Czy ty rze­czy­wi­ście chcesz, czy nie? Jeśli nie chcesz, powiedz... i pro­szę bar­dzo. Nikt cię, Gabrielu Ardał­jo­no­wi­czu, nie trzyma, nikt gwał­tem w sidła nie pcha, jeśli nota­bene widzisz tu jakieś sidła.

- Chcę - pół­gło­sem, lecz sta­now­czo wymó­wił Gania, spu­ścił oczy i ponuro zamilkł.

Gene­rał był zado­wo­lony. Gene­rał uniósł się, ale już widocz­nie żało­wał, że za daleko zaszedł. Odwró­cił się nagle do księ­cia i zda­wało się, że po twa­rzy jego prze­szła nie­po­ko­jąca myśl, że prze­cież tu książę był i wszystko sły­szał. Ale w jed­nej chwili się uspo­koił: po jed­nym spoj­rze­niu na księ­cia można się było zupeł­nie uspo­koić.

- Oho! - zawo­łał gene­rał, patrząc na wzo­rek kali­gra­fii podany mu przez księ­cia - a prze­cież to wzór do kali­gra­fii! I to rzadki wzór! Popatrz, Ganiu, jaki to talent!

Na ćwiartce gru­bego, weli­no­wego papieru napi­sał książę śre­dnio­wieczną rosyj­ską pisow­nią zda­nie:

"Pokorny opat Paf­nucy przy­ło­żył rękę".

- Oto - obja­śniał książę z nad­zwy­czajną rado­ścią i oży­wie­niem - oto wła­sno­ręczny pod­pis Paf­nu­cego, z auto­grafu z XIV wieku. Oni się zna­ko­mi­cie pod­pisywali wszy­scy ci nasi sta­rzy opaci i metro­po­lici i z jakim nie­raz sma­kiem, jak sta­ran­nie? Czy nie ma pan cho­ciażby wyda­nia Pogo­dina? Potem napi­sa­łem tutaj innym pismem: to okrą­głe, duże, fran­cu­skie pismo z prze­szłego stu­le­cia, nie­które litery ina­czej nawet pisano, pismo publicz­nych pisa­rzy, zapo­ży­czone z ich wzo­rów (mia­łem jeden)... zgo­dzi się pan, że jest ono bez zalet. Niech pan spoj­rzy na te okrą­głe d, a. Prze­nio­słem fran­cu­ski cha­rak­ter pisma do liter rosyj­skich; bar­dzo to trudne, a udało się. Oto jesz­cze piękne i ory­gi­nalne pismo, to oto zda­nie: "sta­ra­niem wszystko prze­zwy­cię­żysz". To pismo rosyj­skie, pisar­czy­ków, lub, jeśli pan woli, pisa­rzy woj­sko­wych. Tak się pisze urzę­dowy papier do zna­ko­mi­tej osoby, to samo okrą­głe pismo, wspa­niałe, czarne pismo, czarno pisane, a z nad­zwy­czaj­nym sma­kiem. Kali­graf nie pozwo­liłby sobie na te wykrę­tasy, albo raczej na te próby wykrę­ta­sów, o, tych nie­do­koń­czo­nych ogon­ków... uważa pan... a w cało­ści, niech pan spoj­rzy, prze­cież to ma pewien cha­rak­ter i doprawdy cała dusza pisar­czyka woj­sko­wego stąd wygląda: chcia­łoby się roz­mach­nąć i talent się tego domaga, ale koł­nierz woj­skowy cia­sno zapięty, na haftkę, dys­cy­plina i na piśmie się odbiła, śliczna rzecz! Nie­dawno ude­rzył mnie taki jeden wzo­rek, przy­pad­kiem zna­la­złem i w dodatku gdzie? W Szwaj­ca­rii! To oto jest pro­ste, zwy­czajne, naj­czyst­sze pismo angiel­skie; dalej już wykwint iść nie może: to cała perełka, rzecz wykoń­czona; a oto odmiana i znów fran­cu­ska, zapo­ży­czy­łem ją od jed­nego podró­żu­ją­cego fran­cu­skiego com­mis: to samo angiel­skie pismo, ale czarna linia o kro­pelkę czar­niej­sza i grub­sza, ani­żeli w angiel­skim... ot i pro­por­cja świa­tła naru­szona; pro­szę zauwa­żyć: owal zmie­niony, tro­szeczkę okrą­glej­szy i w dodatku pozwo­lono sobie na zakrę­tas, a zakrę­tas to nie­bez­pieczna rzecz! Zakrę­tas wymaga nie­zwy­kłego smaku, ale jeżeli tylko się udał, jeżeli jest zna­le­ziona pro­por­cja, to takiego pisma z niczym nie można porów­nać, tak, że nawet można się w nim zako­chać.

- Oho! W jakie to sub­tel­no­ści się pan wdaje - śmiał się gene­rał - ależ z kocha­nego pana nie zwy­czajny kali­graf, lecz arty­sta. Cóż, Ganiu?

- Zdu­mie­wa­jące - powie­dział Gania - i nawet z poczu­ciem wła­snego powo­ła­nia - dodał, śmie­jąc się drwiąco.

- Śmiej się, śmiej, a ja ci mówię, że tu jest kariera - rzekł gene­rał. - Wiesz, książę, do kogo my ci teraz listy do pisa­nia damy? Ależ panu można od razu trzy­dzie­ści pięć rubli mie­sięcz­nie ofia­ro­wać. Jed­nak już pół do pierw­szej - dodał, patrząc na zega­rek - do rze­czy, książę, bo muszę się śpie­szyć, a może się już dziś z panem nie zoba­czę. Niech pan spo­cznie chwilkę; mówi­łem już panu, że czę­sto pana przyj­mo­wać nie jestem w sta­nie, ale pomóc panu odro­binkę ser­decz­nie pra­gnę... odro­binkę, ma się rozu­mieć, to jest tyle, ile koniecz­nie potrzeba, a poza tym, to już jak się panu będzie podo­bało. Malut­kie miej­sce w kan­ce­la­rii już tam dla pana znajdę, nie­uciąż­liwe, ale wymaga dokład­no­ści. Teraz co do spraw dal­szych: w domu, to jest w rodzi­nie Gabriela Ardał­jo­no­wi­cza Iwoł­gina, tego wła­śnie mego mło­dego przy­ja­ciela, z któ­rym pro­szę się zazna­jo­mić, mama jego i sio­strzyczka urzą­dziły w swym miesz­ka­niu dwa czy trzy ume­blo­wane pokoje i wynaj­mują je dosko­nale pole­co­nym loka­to­rom wraz z życiem i usługą. Pewien jestem, że Nina Alek­san­drowna przyj­mie moje pole­ce­nie. Dla pana zaś to wię­cej niż skarb, a że tak powiem, na łonie rodziny; podług mnie nie może pan od pierw­szej chwili zna­leźć się sam w takim mie­ście jak Peters­burg. Nina Alek­san­drowna... mama i Bar­bara Ardał­jo­nowna... sio­stra Gabriela Ardał­jo­no­wi­cza... panie, które nie­zmier­nie powa­żam. Nina Alek­san­drowna, mał­żonka Ardał­jona Alek­san­dro­wi­cza, dymi­sjo­no­wa­nego gene­rała, mego byłego kolegi w począt­kach mej służby, ale z któ­rym wsku­tek pew­nych oko­licz­no­ści prze­rwa­łem sto­sunki, co mi zresztą nie prze­szka­dza cenić go do pew­nego stop­nia. Wszystko to, książę, tłu­ma­czę, abyś pan zro­zu­miał, iż ja, że tak powiem, oso­bi­ście pana pole­cam, a zatem nie­jako odpo­wia­dam za pana. Zapłata jak naj­bar­dziej umiar­ko­wana i mam nadzieję, że wkrótce pen­sja pań­ska zupeł­nie na to wystar­czy. Prawda, że czło­wie­kowi potrzebne są i kie­szon­kowe pie­nią­dze, choćby jakie­kol­wiek, ale nie roz­gnie­wasz się na mnie, książę, jeśli ci zro­bię uwagę, że lepiej, abyś uni­kał kie­szon­ko­wych pie­nię­dzy i w ogóle pie­nię­dzy w kie­szeni. Tak mówię, patrząc na pana. Ale że teraz wore­czek pań­ski zupeł­nie pusty, to na począ­tek pozwól pan sobie ofia­ro­wać te oto dwa­dzie­ścia pięć rubli. Obli­czymy się, ma się rozu­mieć, i jeśli pan jesteś tak szcze­rym i ser­decz­nym czło­wie­kiem, na jakiego ze słów swych wyglą­dasz, to mię­dzy nami żadne nie­po­ro­zu­mie­nia zajść nie mogą. Jeżeli ja tak się panem inte­re­suję, to dla­tego, że mam nawet co do pana pewne zamiary; póź­niej dowiesz się pan o nich. Widzi pan, jestem z panem zupeł­nie szczery; mam nadzieję, Ganiu, że nic nie masz prze­ciw umiesz­cze­niu księ­cia w waszym miesz­ka­niu?

- O, prze­ciw­nie! I mama bar­dzo będzie rada - uprze­dza­jąco grzecz­nie potwier­dził Gania.

- U pań­stwa, zdaje się, dopiero jeden pokój wyna­jęty. Ten, jakże on, Fierd... Faer...

- Fier­dysz­czenko.

- No tak; nie podoba mi się ten wasz Fier­dysz­czenko: ordy­narny jakiś bła­zen. I nie rozu­miem, dla­czego Nasta­zja Fili­powna tak go popiera. Czy to rze­czy­wi­ście jej krewny?

- O nie, to tylko żarty! Cie­nia pokre­wień­stwa nawet nie ma.

- No, niech go dia­bli! Jakże książę, zado­wo­lony pan jesteś, czy nie?

- Dzię­kuję panu, postą­pił pan ze mną jak nie­zwy­kle dobry czło­wiek, tym bar­dziej że nawet o to nie pro­si­łem: nie z dumy to mówię; doprawdy, nie wie­dzia­łem, dokąd się udać. Prawda, dopiero co zapro­sił mnie Rogo­żyn.

- Rogo­żyn? No, nie; już ja bym panu pora­dził po ojcow­sku, lub, jeśli pan woli, po przy­ja­ciel­sku, abyś zapo­mniał o panu Rogo­żynie. I w ogóle radził­bym panu trzy­mać się rodziny, do któ­rej pan wej­dzie.

- Jeżeli już pan tak łaskaw - zaczął książę - to ja mam inte­res. Dosta­łem zawia­do­mie­nie.

- Prze­pra­szam - prze­rwał gene­rał - teraz nie mam już ani chwili czasu. Zaraz powiem o panu Elż­bie­cie Pro­ko­fjew­nie: jeśli zechce teraz pana przy­jąć (posta­ram się w odpo­wiedni spo­sób pana przed­sta­wić), to radzę sko­rzy­stać ze spo­sob­no­ści i spodo­bać się, gdyż Elż­bieta Pro­ko­fjewna może być panu pomocna, i jeste­ście prze­cież z jed­nej rodziny. Jeśli nie zechce, niech pan nie ma żalu; wtedy, to już innym razem. A ty, Ganiu, tym­cza­sem rzuć okiem na te rachunki, przed chwilą łama­li­śmy sobie głowę nad nimi z Fie­do­sje­wem. Trzeba nie zapo­mnieć je wcią­gnąć.

Gene­rał wyszedł i książę nie zdą­żył opo­wie­dzieć o swoim inte­re­sie, o któ­rym już chyba po raz czwarty mówić zaczy­nał. Gania zapa­lił papie­rosa i dru­giego ofia­ro­wał księ­ciu; książę przy­jął, ale nic się nie odzy­wał, nie chcąc prze­szka­dzać, i zaczął oglą­dać gabi­net. Gania jed­nak zale­d­wie spoj­rzał na arkusz papieru zapi­sany cyframi, wska­zany mu przez gene­rała. Był roz­tar­gniony: uśmiech, spoj­rze­nie, zamy­śle­nie Gani wydały się jesz­cze bar­dziej cięż­kie z chwilą, gdy zostali sami. Nagle pod­szedł do księ­cia, który stał przed foto­gra­fią Nasta­zji Fili­powny i przy­glą­dał się.

- Tak się panu ta kobieta podoba? - zapy­tał nagle, badaw­czo na niego patrząc, jakby miał jakieś nad­zwy­czajne zamiary.

- Dziwna twarz! - odpo­wie­dział książę - i pewien jestem, że losy jej nie są zwy­kłe. Twarz wesoła, a prze­cież ona okrop­nie cier­piała, prawda? Mówią o tym oczy, te oto dwie kosteczki, dwa punkty pod oczami, na początku szczęk. To dumna twarz, strasz­nie dumna i doprawdy nie wiem, czy ona jest dobra. Ach, gdyby była dobra! Wszystko byłoby ura­to­wane.

- A czyby się pan oże­nił z taką kobietą? - mówił dalej Gania, nie odry­wa­jąc od niego roz­pa­lo­nych oczu.

- Ja z nikim żenić się nie mogę, jestem nie­zdrów - rzekł książę.

- A Rogo­żyn oże­niłby się? Jak pan sądzi?

- Cóż, zdaje mi się, że oże­nić się można, choćby jutro; oże­niłby się, a za tydzień, być może, zamor­do­wałby ją.

Gdy książę wymó­wił te słowa, Gania tak się nagle zatrząsł, że książę o mało nie krzyk­nął.

- Co panu? - powie­dział, chwy­ta­jąc go za rękę.

- Jaśnie oświe­cony książę! Jego eks­ce­len­cja prosi pana do sie­bie - oznaj­mił lokaj, sta­jąc w drzwiach.

Książę poszedł za loka­jem.

IV

Wszyst­kie trzy Jepan­czy­nówny były to panny słuszne, zdrowe, z zadzi­wia­ją­cymi ramio­nami, o sil­nej piersi, z moc­nymi, pra­wie jak u męż­czyzn rękami i, rzecz pro­sta, wsku­tek swej siły i zdro­wia lubiły nie­raz dobrze zjeść, czego wcale nie chciały ukry­wać. Ich matka, gene­ra­łowa Elż­bieta Pro­ko­fjewna, patrzyła nie­raz krzywo na ich ape­tyt, ale ponie­waż inne jej poglądy, pomimo całego pozor­nego posza­no­wa­nia, z jakim przyj­mo­wane były przez córki, w rze­czy­wi­sto­ści dawno już utra­ciły dla nich pier­wotny i nie­za­prze­czony auto­ry­tet i to do tego stop­nia, że zało­żone zgod­nie kon­klawe trzech panien zaczy­nało prze­wa­żać, to i gene­ra­łowa, mając na wzglę­dzie swą wła­sną potęgę, uznała za wła­ściwe nie sprze­czać się i ustą­pić. Prawda, że uspo­so­bie­nie jej bar­dzo czę­sto nie słu­chało i nie pod­da­wało się posta­no­wie­niom roz­sądku; Elż­bieta Pro­ko­fjewna sta­wała się z każ­dym rokiem coraz kapry­śniej­sza i nie­cier­pliw­sza, zro­biła się z niej nawet jakaś dzi­waczka, ale że był zawsze pod ręką pokorny i przy­uczony mąż, więc to, co było nie­po­trzebne, spa­dało zwy­kle na jego głowę, a potem w rodzi­nie znów się two­rzyła har­mo­nia i wszystko szło tak dobrze, że nie trzeba lepiej.

Gene­ra­łowa zresztą sama nie­zły miała ape­tyt i zwy­kle zasia­dała razem z cór­kami o wpół do pierw­szej do obfi­tego śnia­da­nia, podob­nego nie­omal do obiadu. Fili­żankę kawy wypi­jały panie jesz­cze wcze­śniej, punkt o godzi­nie dzie­sią­tej, w łóżku, zaraz po prze­bu­dze­niu. Tak im się podo­bało i posta­no­wiły to raz na zawsze. O wpół do pierw­szej zaś nakry­wano stół w małej jadalni, bli­sko mami­nych pokoi, a na to fami­lijne śnia­da­nie zja­wiał się cza­sem i gene­rał, jeśli mu tylko czas pozwa­lał. Oprócz her­baty, kawy, sera, miodu, masła, spe­cjal­nych plac­ków, ulu­bio­nych przez samą gene­rałową, kotle­tów i tym podobne, poda­wano mocny, gorący bulion. Tego rana, od któ­rego zaczęło się nasze opo­wia­da­nie, cała rodzina zebrała się w jadalni, wycze­ku­jąc gene­rała, który o wpół do pierw­szej obie­cał się zja­wić. Gdyby się spóź­nił choć minutkę, natych­miast posłano by po niego, ale przy­szedł punk­tu­al­nie. Pod­cho­dząc, aby przy­wi­tać się z mał­żonką, i poca­ło­wać ją w rękę, zauwa­żył na jej twa­rzy tym razem coś zbyt oso­bli­wego. I cho­ciaż jesz­cze w przed­dzień prze­czu­wał, że dzi­siaj wła­śnie tak będzie wsku­tek pew­nej "aneg­doty" (jak się według zwy­czaju wyra­żał), i już wczo­raj zasy­pia­jąc, tym się nie­po­koił, jed­nak teraz prze­ląkł się. Córki zbli­żyły się, aby go uści­skać; tutaj, cho­ciaż nie gnie­wano się na niego, jed­nakże i tu było coś nie­zwy­kłego. Prawda, że gene­rał z powodu pew­nych oko­licz­no­ści stał się zbyt podejrz­liwy; ale ponie­waż był ojcem i mał­żon­kiem doświad­czo­nym i zręcz­nym, przed­się­wziął zaraz środki ostroż­no­ści.

Może nie zaszko­dzimy zbyt pla­stycz­no­ści naszego opo­wia­da­nia, jeśli się tu zatrzy­mamy i uciek­niemy się do pomocy pew­nych wyja­śnień dla pro­stego i dokład­nego przed­sta­wie­nia tych sto­sun­ków i oko­licz­no­ści, w jakich znaj­du­jemy rodzinę gene­rała Jepan­czyna na początku naszej powie­ści. Powie­dzie­li­śmy przed chwilą, że sam gene­rał, cho­ciaż był czło­wie­kiem nie­zbyt wykształ­co­nym, a prze­ciw­nie, jak sam o sobie mówił, "samo­ukiem", był jed­nak doświad­czo­nym mężem i spryt­nym ojcem. Mię­dzy innymi przy­jął za zasadę nie spie­szyć się z wyda­niem córek za mąż, to jest, "nie stać nad nimi, jak kat nad dobrą duszą" i nie nudzić ich zbyt­nio męczącą rodzi­ciel­ską miło­ścią i tro­skli­wo­ścią o ich szczę­ście, jak to ma miej­sce nawet w naj­ro­zum­niej­szych rodzi­nach, w któ­rych jest dużo doro­słych córek. Doszedł do tego, że prze­ko­nał Elż­bietę Pro­ko­fjewnę do swego sys­temu, cho­ciaż to była sprawa trudna, dla­tego że nie­na­tu­ralna, ale argu­menty gene­rała były nie­zwy­kle poważne, opie­rały się na nama­cal­nych fak­tach. Panny, pozo­sta­wione w zupeł­no­ści wła­snej woli i posta­no­wie­niom, będą zmu­szone pójść same po rozum do głowy i wtedy już sprawa pój­dzie, bo wezmą się do rze­czy chęt­nie, odło­żyw­szy na bok kaprysy i zby­teczne prze­bre­dza­nie; do rodzi­ców nale­ża­łoby jedy­nie sta­ran­nie i jak tylko można naj­bar­dziej nie­znacz­nie obser­wo­wać, żeby nie miał miej­sca jaki dziwny wybór lub nie­na­tu­ralna skłon­ność, a potem, znaj­du­jąc odpo­wied­nią chwilę, od razu pomóc wszel­kimi siłami i pokie­ro­wać sprawą całym swym wpły­wem. Wresz­cie, choćby na przy­kład tylko to, że z każ­dym rokiem rosły w postę­pie geo­me­trycz­nym ich mają­tek i poło­że­nie towa­rzy­skie, a zatem im póź­niej, tym wię­cej wygry­wały córki, nawet jako narze­czone. Ale wśród tych wszyst­kich nie­zbi­tych fak­tów zaszedł jesz­cze jeden: star­sza córka, Alek­san­dra, nagle i pra­wie zupeł­nie nie­spo­dzia­nie (jak to zawsze bywa) skoń­czyła dwa­dzie­ścia pięć lat. Pra­wie jed­no­cze­śnie i Ata­nazy Iwa­no­wicz Tocki, czło­wiek z wyż­szego świata, z wyż­szymi sto­sun­kami i nie­zwy­kle bogaty, obja­wił znów swe daw­niej­sze życze­nie oże­nie­nia się. Był to czło­wiek lat pięć­dzie­się­ciu pię­ciu, mający wytworny cha­rak­ter i nie­zwy­kle sub­telny smak. Chciał się oże­nić dobrze; znawcą urody był nad­zwy­czaj­nym. Ponie­waż od pew­nego czasu był z gene­rałem Jepan­czy­nem w wiel­kiej przy­jaźni, wzmoc­nio­nej zwłasz­cza wza­jem­nym współ­udzia­łem w pew­nych finan­so­wych przed­się­bior­stwach, przeto zwie­rzył mu się, pro­sząc nie­jako o przy­ja­ciel­ską radę i kie­ru­nek: czy miałby szanse jego zamiar mał­żeń­stwa z jedną z jego córek? W cichym i pięk­nym biegu rodzin­nego życia gene­rała Jepan­czyna nastał widoczny prze­wrót.

Nie ma dwóch zdań, że naj­pięk­niej­szą z rodziny była, jak już mówi­łem, naj­młod­sza, Agłaja. Ale nawet Tocki, czło­wiek o nie­by­wa­łym ego­izmie, zro­zu­miał, że nie tędy jego droga i że Agłaja nie dla niego prze­zna­czona. Być może, że nieco ślepa miłość i zbyt gorąca przy­jaźń sio­strzana prze­sa­dzały rzecz całą, ale los Agłai był już przez nie wyma­rzony; miał to nie być zwy­kły los, lecz ideał raju na ziemi. Przy­szły mąż Agłai powi­nien posia­dać wszyst­kie dosko­na­ło­ści, nie mówiąc już o majątku. Sio­stry mówiły nawet mię­dzy sobą o moż­li­wo­ści zro­bie­nia w razie potrzeby ofiary na rzecz Agłai: posag dla Agłai prze­zna­czono olbrzymi i zupeł­nie niezwy­kły. Rodzice wie­dzieli o tej zgo­dzie dwóch star­szych córek i dla­tego też, kiedy Tocki popro­sił o radę, ani przez chwilę nie wąt­pili, że jedna ze star­szych sióstr zgo­dzi się na pewno speł­nić ich życze­nie, tym bar­dziej że Ata­nazy Iwa­no­wicz nie mógł robić trud­no­ści co do posagu. Prośbę Toc­kiego gene­rał oce­nił natych­miast z wła­ściwą mu zna­jo­mo­ścią życia bar­dzo wysoko. Ponie­waż Tocki zacho­wy­wał tym­cza­sem na każ­dym kroku z powodu pew­nych oko­licz­no­ści nad­zwy­czajną ostroż­ność, tylko badał sprawę, więc i rodzice przed­sta­wili cór­kom jak najbar­dziej ogól­ni­kowo zamiary. W odpo­wie­dzi na to dostali, cho­ciaż też niezupeł­nie okre­ślone, lecz przy­naj­mniej uspo­ka­ja­jące zapew­nie­nie, że naj­star­sza, Alek­san­dra, może i nie odmówi. Była to panienka o sil­nym cha­rak­te­rze, ale dobra, rozumna i nad­zwy­czaj­nie zgodna w poży­ciu; mogła, nawet chęt­nie, wyjść za Toc­kiego i gdyby dała słowo, dotrzy­ma­łaby go uczci­wie. Nie lubiła zbytku i nie tylko nie spra­wi­łaby kło­potu ani żad­nych prze­wro­tów w domu męża, lecz mogłaby nawet osło­dzić życie i uczy­nić je spo­koj­nym. Była ład­niutka, cho­ciaż uroda jej była cicha i nie­na­rzu­ca­jąca się. Cóż mogło być lep­szego dla Toc­kiego?

Cała sprawa szła jed­nak w dal­szym ciągu po omacku. Mię­dzy sobą, po przy­ja­ciel­sku, uchwa­lili Tocki i gene­rał uni­kać przez jakiś czas ofi­cjal­nego i osta­tecz­nego kroku. Nawet rodzice w dal­szym ciągu nie zaczy­nali z cór­kami zupeł­nie otwar­tej roz­mowy; powsta­wał nawet jakby dyso­nans; gene­rałowa Jepan­czyn, matka rodziny, zaczy­nała być z cze­goś nie­za­do­wo­lona, a to było bar­dzo ważne. Prze­szkodą tutaj była pewna oko­licz­ność, pewien zawi­kłany i przy­kry przy­pa­dek, dzięki któ­remu cała sprawa mogła się roz­bić.

Ten zawi­kłany i kło­po­tliwy "przy­pa­dek" (jak go nazy­wał sam Tocki), zaczął się bar­dzo dawno, mniej wię­cej przed osiem­na­stu laty. W sąsiedz­twie jed­nego z naj­więk­szych mająt­ków Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza, w jed­nej ze środ­ko­wych guberni, kle­pał biedę na małym mają­teczku bar­dzo biedny oby­wa­tel ziem­ski. Był to czło­wiek godny uwagi ze względu na cią­głe i wprost aneg­do­tyczne nie­po­wo­dze­nia... pewien dymi­sjo­no­wany ofi­cer, z dobrej szla­chec­kiej rodziny i nawet pod tym wzglę­dem wyżej sto­jący od Toc­kiego, nie­jaki Filip Alek­san­dro­wicz Barasz­kow. Sie­dząc po uszy w dłu­gach, doszedł naresz­cie, pra­cu­jąc jak ska­za­niec lub chłop, do tego, że jako tako urzą­dził swoje gospo­dar­stwo. Przy naj­mniej­szym powo­dze­niu na nowo odzy­ski­wał ducha. Uspo­ko­jony i pełen różo­wych nadziei, wyje­chał na kilka dni do powia­to­wego mia­steczka, żeby zoba­czyć się i, o ile to będzie moż­liwe, poro­zu­mieć osta­tecz­nie z jed­nym z naj­głów­niej­szych swo­ich wie­rzy­cieli. Na trzeci dzień po jego przy­jeź­dzie do mia­sta zja­wił się u niego soł­tys z jego wsi z popa­rzoną szczęką i opa­loną brodą i oświad­czył mu, że "ojco­wi­zna spa­lona" wczo­raj, w samo połu­dnie, przy czym "spa­liła się i mał­żonka, a dzie­ciny oca­lały". Tej nie­spo­dzianki nawet Barasz­kow, przy­zwy­cza­jony do "siń­ców losu", nie mógł znieść; zwa­rio­wał i po mie­siącu umarł w gorączce. Spa­lony mają­tek, z chło­pami, któ­rzy się po całym świe­cie roz­leźli, sprze­dano za długi; dwie zaś małe dziew­czynki, sze­ścio- i sied­mio­let­nie dzieci Barasz­kowa, wziął wspa­nia­ło­myśl­nie na wyży­wie­nie i wycho­wa­nie Ata­nazy Iwa­no­wicz Tocki. Wycho­wy­wały się one razem z dziećmi ple­ni­po­tenta Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza, dymi­sjo­no­wa­nego urzęd­nika, obar­czo­nego liczną rodziną i w dodatku Niemca. Wkrótce została jedna tylko dziew­czynka, Nastia, a młod­sza umarła na koklusz; Tocki zaś wkrótce zapo­mniał o nich zupeł­nie, miesz­ka­jąc za gra­nicą. W pięć lat potem zachciało się pew­nego razu Ata­na­zemu Iwa­no­wiczowi zaj­rzeć w prze­jeź­dzie do swego majątku i nagle zauwa­żył w swym wiej­skim domu, w rodzi­nie owego Niemca, prze­śliczne dziecko, dwu­na­sto­let­nią dziew­czynkę, żywą, miłą, roz­wi­niętą i roku­jącą wielką urodę: pod tym wzglę­dem Ata­nazy Iwa­no­wicz był nie­zwy­kłym znawcą. Spę­dził wtedy w majątku tylko kil­ka­na­ście dni, zdą­żył jed­nak wydać pole­ce­nia: przy­jęto sza­no­waną i star­szą guwer­nantkę, zna­jącą się na dobrym wycho­wa­niu panien, Szwaj­carkę, wykształ­coną i wykła­da­jącą poza fran­cu­skim języ­kiem i różne inne nauki. Zamiesz­kała w wiej­skim domu i wycho­wa­nie małej Nasta­zji przy­brało nie­zwy­kłe roz­miary. Po czte­rech latach skoń­czyło się to wycho­wa­nie, guwer­nantka wyje­chała, a po Nastię przy­je­chała pewna pani, rów­nież jakaś oby­wa­telka ziem­ska i sąsiadka Toc­kiego, ale już z innej i odda­lo­nej guberni, wzięła Nastię ze sobą na sku­tek zle­ce­nia i peł­no­moc­nic­twa otrzy­ma­nego od Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza. W majątku tym był wybu­do­wany nie­wielki dwór, ume­blo­wany bar­dzo wykwint­nie, a w dodatku, jakby naumyśl­nie, wieś nazy­wała się "Roz­koszna". Pani owa przy­wio­zła Nastię wprost do tego cichego dworku i ponie­waż ona sama, wdowa bez­dzietna, miesz­kała zale­d­wie o wior­stę, prze­nio­sła się do Nasti. Zja­wiła się sta­ruszka sza­farka i młoda doświad­czona panna słu­żąca. W domu były instru­menty muzyczne, wykwintna panień­ska biblio­teka, obrazy, szkice, ołówki, pędzle, farby, zadzi­wia­jąca char­ciczka, a po dwóch tygo­dniach przy­był Ata­nazy Iwa­no­wicz... Odtąd bar­dzo jakoś polu­bił tę odle­głą, ste­pową wieś, przy­jeż­dżał do niej co lato, bawił dwa, a nawet trzy mie­siące i tak upły­nęło dosyć dużo czasu, cztery lata, spo­koj­nie i szczę­śli­wie.

Pew­nego razu zda­rzyło się, że jakoś na początku zimy, w cztery mie­siące po jed­nym z let­nich przy­jaz­dów do "Roz­kosz­nej" Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza, mają­cego bawić tym razem wszyst­kiego dwa tygo­dnie, roze­szła się wieść, albo raczej doszła do Nasta­zji Fili­powny wieść, że Ata­nazy Fili­po­wicz żeni się w Peters­burgu z panną piękną, bogatą, ze zna­ko­mi­tej rodziny... jed­nym sło­wem robi wspa­niałą i solidną par­tię. Wieść ta oka­zała się póź­niej nie we wszyst­kich szcze­gó­łach praw­dziwa: mał­żeń­stwo i wtedy było jesz­cze tylko pro­jek­tem i wszystko było bar­dzo nie­wy­raźne, ale w losach Nasta­zji Fili­pow­nej nastał jed­nak od tej pory nad­zwy­czajny prze­wrót. Oka­zała nagle nie­zwy­kłą sta­now­czość i zupeł­nie nie­spo­dzie­wane cechy cha­rak­teru. Nie­wiele myśląc, rzu­ciła swój wiej­ski dom i nagle zja­wiła się w Peters­burgu, u Toc­kiego, samiu­teńka jedna. Ten zdzi­wił się, zaczął coś mówić, ale zro­zu­miał prędko, pra­wie przy pierw­szych sło­wach, że trzeba zupeł­nie zmie­nić język, ton głosu, poprzed­nie tematy miłych i wykwint­nych roz­mów, uży­wane dotych­czas z takim powo­dze­niem, logikę... wszystko, wszystko, wszystko! Przed nim sie­działa zupeł­nie inna kobieta, nie­po­dobna w niczym do tej, którą znał dotych­czas i zosta­wił w lipcu w wio­sce "Roz­kosz­nej".

Ta nowa kobieta, jak się oka­zało, nie­zwy­kle dużo wie­działa i rozu­miała... tak dużo, że wprost trzeba było się dzi­wić, skąd ona mogła zdo­być takie wia­do­mo­ści i wypra­co­wać w sobie tak dokładne poję­cia. (Czyżby ze swej panień­skiej biblio­teki?). Nadto orien­to­wała się świet­nie w zagad­nie­niach praw­nych i miała dokładne poję­cie, jeśli nie o świe­cie, to przy­naj­mniej o tym, jak idą nie­które sprawy na świe­cie; po dru­gie był to nie ten sam cha­rak­ter, co przed­tem; to jest, nie coś nie­śmia­łego, pen­sjo­nar­sko nie­okre­ślo­nego, cza­sem cza­ru­ją­cego swą ory­gi­nalną żywo­ścią i naiw­no­ścią, cza­sem smut­nego i zamy­ślo­nego, zadzi­wio­nego, nie­do­wie­rza­ją­cego, pła­czą­cego i nie­spo­koj­nego.

Nie: tu śmiało się przed nim i kłuło go jak naj­bar­dziej jado­wi­tymi sar­ka­zmami owo stwo­rze­nie nie­zwy­kłe i nie­spo­dzie­wane, oznaj­mia­jące mu wprost, że ni­gdy nic w swym sercu dla niego nie miało, prócz nie­zgłę­bio­nej pogardy, pogardy aż do obrzy­dli­wo­ści, która obu­dziła się w nim zaraz po pierw­szym zdzi­wie­niu. Ta nowa kobieta oznaj­miała, że jej będzie abso­lut­nie wszystko jedno, jeśli on się zaraz ożeni i z kim mu się podoba, lecz że przy­je­chała, aby mu nie pozwo­lić na to mał­żeń­stwo i nie pozwo­lić ze zło­ści, jedy­nie dla­tego, że jej się tak podoba i że zatem tak być musi... "choćby po to, abym z cie­bie naśmiać się mogła do woli, bo teraz naresz­cie i ja chcę się śmiać!".

Tak się przy­naj­mniej wyra­żała; bar­dzo być może, że wszyst­kiego tego, o czym myślała, nie wypo­wie­działa. Ale pod­czas, gdy nowa Nasta­zja Fili­powna śmiała się i wszystko to wyja­śniała, Ata­nazy Iwa­no­wicz roz­my­ślał nad całą tą sprawą i o ile mógł, porząd­ko­wał swe roz­rzu­cone myśli. To roz­my­śla­nie trwało dosyć długo; zasta­no­wił się i szu­kał osta­tecz­nej decy­zji pra­wie całe dwa tygo­dnie; ale po dwóch tygo­dniach posta­no­wie­nie było powzięte. Trzeba wie­dzieć, że Ata­nazy Iwa­no­wicz miał już wtedy około pięć­dzie­się­ciu lat i był czło­wie­kiem w wyso­kim stop­niu solid­nym i sta­tecz­nym. Sta­no­wi­sko jego w świe­cie i w spo­łe­czeń­stwie ugrun­to­wało się od dawien dawna na jak naj­trwal­szych pod­sta­wach. Sie­bie, swój spo­kój i wygodę cenił wię­cej niż wszystko na świe­cie, jak przy­stało na porząd­nego czło­wieka. Naj­mniej­szego zbo­cze­nia ani naj­mniej­szego waha­nia nie mogło być w tym, co przez całe życie było mon­to­wane i co przy­jęło tak piękne kształty. Z dru­giej strony doświad­cze­nie i głę­boki pogląd na rze­czy dowio­dły Toc­kiemu bar­dzo prędko i nie­zwy­kle praw­dzi­wie, że ma teraz do czy­nie­nia z istotą zupeł­nie nie­zwy­kłą, że to wła­śnie taka istota, która nie tylko grozi, lecz bez­wa­run­kowo spełni i co naj­waż­niej­sze, przed niczym się nie cof­nie, tym bar­dziej że wła­ści­wie nic na świe­cie nie jest dla niej dro­gie i prze­ku­pić jej nie można. Tu naj­wi­docz­niej zacho­dziło coś innego, trzeba się było domy­ślać jakiejś ducho­wej i ser­co­wej sprawy, cze­goś w rodzaju roman­tycz­nego obu­rze­nia, Bóg wie za co i na kogo; jakie­goś nie­na­sy­co­nego uczu­cia pogardy, wycho­dzą­cego poza gra­nice przy­zwo­ito­ści. Jed­nym sło­wem było to coś w wyso­kim stop­niu śmiesz­nego i nie­do­pusz­czal­nego w porząd­nym towa­rzy­stwie i z czym mieć do czy­nie­nia było dla każ­dego przy­zwo­itego czło­wieka praw­dziwą karą boską. Rzecz pro­sta, przy bogac­twie i sto­sun­kach Toc­kiego można było natych­miast zro­bić jakieś małe i zupeł­nie nie­winne świń­stwo, ażeby uwol­nić się od nie­przy­jem­no­ści. Z dru­giej strony było jasne, że i sama Nasta­zja Fili­powna nie jest w sta­nie uczy­nić coś szko­dli­wego, na przy­kład w zna­cze­niu praw­nym; nawet skan­dalu dużego nie mogłaby wywo­łać, gdyż zawsze bar­dzo łatwo można ją było uniesz­ko­dli­wić. Ale to wszystko w tym wypadku, gdyby Nasta­zja Fili­powna zde­cy­do­wała się postą­pić, jak wszy­scy i jak w ogóle postę­puje się w podob­nych przy­pad­kach, nie wycho­dząc zbyt eks­cen­trycz­nie poza wszel­kie gra­nice. Ale i tu przy­dała się Toc­kiemu jego wprawa w prze­ni­ka­niu ludzi: umiał odgad­nąć, że Nasta­zja Fili­powna sama dosko­nale rozu­mie, do jakiego stop­nia jest ona w zna­cze­niu praw­nym nie­szko­dliwa, ale coś innego sobie ukła­dała i... coś innego tkwiło w błysz­czą­cych jej oczach. Nie dba­jąc o nic na świe­cie, a tym bar­dziej o sie­bie (potrzeba było bar­dzo dużo rozumu i prze­ni­kli­wo­ści, aby się w danej chwili domy­ślić, że już od dawna prze­stała dbać o sie­bie i żeby on, scep­tyk i znany cynik, w to uwie­rzył), Nasta­zja Fili­powna była w sta­nie zgu­bić samą sie­bie, bez­pow­rot­nie i bez sensu, nara­zić się na Sybir i katorgę, byleby się znę­cać nad czło­wie­kiem, do któ­rego czuła taki nie­ludzki wstręt. Ata­nazy Iwa­no­wicz nie ukry­wał tego, że był nieco tchó­rzem, lub raczej w wyż­szym stop­niu czło­wie­kiem zacho­waw­czym. Gdyby, na przy­kład, wie­dział, że go zabiją przed ołta­rzem, lub też, że zaj­dzie coś w tym rodzaju bar­dzo nieprzy­zwo­itego, śmiesz­nego i nie­przy­ję­tego w towa­rzy­stwie, to na pewno by się prze­stra­szył, ale nie tyle tego, że go zabiją, lub też, że do krwi poka­le­czą, lub pluną publicz­nie w twarz, ile tego, że się to odbę­dzie w tak nie­na­tu­ral­nej i nie­przy­zwo­itej for­mie. A prze­cież Nasta­zja Fili­powna to wła­śnie prze­po­wia­dała, choć jesz­cze nic o tym nie mówiła; wie­dział, że ona go w wyso­kim stop­niu poznała i rozu­miała, a więc wie­działa, gdzie go ude­rzyć. A ponie­waż mał­żeń­stwo było rze­czywiście jesz­cze tylko w pro­jek­cie, Ata­nazy Iwa­no­wicz uko­rzył się i ustą­pił Nasta­zji Fili­pow­nie.

Do tego posta­no­wie­nia dopo­mo­gła mu jesz­cze jedna oko­licz­ność: trudno było sobie wysta­wić, do jakiego stop­nia ta nowa Nasta­zja Fili­powna nie była podobna z twa­rzy do poprzed­niej. Przed­tem było to tylko ład­niut­kie dziew­czę, a teraz... Tocki nie mógł sobie daro­wać, że przez cztery lata patrzył i nie dopa­trzył. Prawda, że i to dużo zna­czy, gdy z obu stron zaj­dzie nagle wewnętrzny prze­wrót. Zresztą, przy­po­mi­nał sobie, że i daw­niej były takie chwile, kiedy cza­sem dziwne myśli przy­cho­dziły mu do głowy, gdy patrzył na przy­kład na jej oczy: prze­czuć w nich można było głę­bie nie­zgrun­to­wa­nej zagadki. To jej spoj­rze­nie... jakby zada­wało do roz­wią­za­nia pyta­nie. Pod­czas ostat­nich dwóch lat dzi­wiła go czę­sto zmiana koloru twa­rzy Nasta­zji Fili­powny; strasz­nie bla­dła i... rzecz dziwna... nawet ład­niała wtedy. Tocki, który, jak wszy­scy dżen­tel­meni, któ­rzy użyli życia, z pogardą myślał nie­raz, jak łatwo dostał tę duszę, która ni­gdy nie żyła, w ostat­nich cza­sach zwąt­pił w swój pogląd. W każ­dym razie posta­no­wił jesz­cze prze­szłej zimy, prędko, zna­ko­mi­cie i bogato wydać za mąż Nasta­zję Fili­pownę za jakie­go­kol­wiek bądź roz­sąd­nego i porząd­nego czło­wieka, mają­cego posadę w sąsied­niej guberni. (O, jak strasz­nie i zło­śli­wie wyśmie­wała to teraz Nasta­zja Fili­powna!). Teraz jed­nak Ata­na­zemu Iwa­no­wi­czowi, zachwy­co­nemu nowo­ścią, przy­szło nawet na myśl, że mógłby znów wyzy­skać tę kobietę. Posta­no­wił osie­dlić Nasta­zję Fili­powną w Peters­burgu i oto­czyć ją nie­sły­cha­nym zbyt­kiem. A jeśli nie, to można by pochwa­lić się Nasta­zją Fili­powną i nawet cheł­pić się nią w pew­nym kółku. Ata­nazy Iwa­no­wicz tak cenił swą sławę pod tym wzglę­dem!

Upły­nęło już pięć lat zamiesz­ki­wa­nia w Peters­burgu i, ma się rozu­mieć, przez taki czas dużo się wyja­śniło. Poło­że­nie Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza nie było pocie­sza­jące; co zaś było naj­gor­sze, to, że stchó­rzyw­szy raz, w żaden spo­sób póź­niej nie mógł się uspo­koić. Bał się... i nawet sam nie wie­dział czego... po pro­stu bał się Nasta­zji Fili­powny. Przez pewien czas, przez pierw­sze dwa lata podej­rze­wał, że Nasta­zja Fili­powna sama chce się za niego wydać, lecz mil­czy wsku­tek nie­zwy­kłej próż­no­ści i wycze­kuje upo­rczy­wie jego oświad­czyn. Dziwne byłyby te rosz­cze­nia. Ata­nazy Iwa­no­wicz marsz­czył brwi i wpa­dał w głę­boką zadumę. W dodatku ku wiel­kiemu (takie jest serce czło­wie­cze!) i nieco nie­przy­jem­nemu swemu zdzi­wie­niu prze­ko­nał się nagle, w pew­nej oko­licz­no­ści, że gdyby się nawet oświad­czył, nie byłby przy­jęty! Długo nie mógł tego zrozu­mieć. Jedno tylko obja­śnie­nie wydało mu się moż­liwe, a mia­no­wi­cie, że duma "obra­żo­nej fan­ta­styczki" docho­dzi już do takiej osta­tecz­no­ści, że jest jej przy­jem­niej wyra­zić raz swą pogardę odmową, ani­żeli raz na zawsze okre­ślić swoje sta­no­wi­sko i sta­nąć na nie­do­stęp­nych wyży­nach. Naj­przy­krzej­sze było to, że Nasta­zja Fili­powna za bar­dzo była górą. Na inte­res wziąć się nie dała, nawet na duży, i cho­ciaż przy­jęła ofia­ro­wany sobie dosta­tek, żyła bar­dzo skrom­nie i przez te pięć lat nic pra­wie nie zaosz­czę­dziła. Ata­nazy Iwa­no­wicz pusz­czał się na bar­dzo sprytne spo­soby, żeby zerwać swoje kaj­dany: zaczął ją nie­znacz­nie i umie­jęt­nie nęcić, uży­wa­jąc zręcz­nych środ­ków, róż­nymi, jak naj­ide­al­niej­szymi ponę­tami; jed­nak uoso­bione ide­ały: ksią­żęta, huza­rzy, sekre­ta­rze poselstw, poeci, powie­ścio­pi­sa­rze, nawet socja­li­ści, nic nie wywarło wra­że­nia na Nasta­zji Fili­pow­nie, jakby miała kamień, nie serce, a uczu­cia jej wyschły i wymarły na zawsze. Żyła bar­dzo samot­nie, czy­tała, uczyła się nawet, lubiła muzykę. Zna­jo­mych miała mało; widy­wała cią­gle jakieś biedne i dziwne urzęd­niczki, znała jakieś dwie aktorki, jakieś sta­ruszki, lubiła bar­dzo liczną rodzinę pew­nego sza­now­nego nauczy­ciela i w tej rodzi­nie rów­nież ją bar­dzo lubiano, a chęt­nie przyj­mo­wano. Wie­czo­rami zbie­rało się u niej dosyć czę­sto pięć lub sześć osób, nie wię­cej. Tocki zja­wiał się bar­dzo czę­sto i regu­lar­nie. W ostat­nich cza­sach zapo­znał się nie bez trudu z Nasta­zją Fili­powną gene­rał Jepan­czyn. W tym samym cza­sie zupeł­nie łatwo i bez żad­nych trud­no­ści zapo­znał się z nią rów­nież pewien młody urzęd­nik, nie­jaki Fier­dysz­czenko, bar­dzo nie­przy­zwo­ity i pie­przny bła­zen, pozu­jący na weso­łość, i pija­czyna. Znała też mło­dego i dziw­nego czło­wieka, nazwi­skiem Pti­cyn; był to skromny, solidny, wymu­skany młody czło­wiek, pocho­dzący z ubo­giej rodziny i zaj­mu­jący się lichwiar­stwem. Zapo­znał się z nią wresz­cie i Gabriel Ardał­jo­no­wicz... Skoń­czyło się na tym, że Nasta­zja Fili­powna dziwną miała opi­nię: wszy­scy wie­dzieli o jej pięk­no­ści, ale i tylko tyle; nikt się niczym nie mógł pochwa­lić, nikt nic nie mógł opo­wie­dzieć. Podobna repu­ta­cja, jej wykształ­ce­nie, wspa­niałe uło­że­nie, dow­cip, wszystko to osta­tecz­nie utwier­dziło Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza w pew­nym pla­nie. Tutaj wła­śnie zaczyna się chwila, od któ­rej przy­jął w tej spra­wie taki czynny i nad­zwy­czajny udział sam gene­rał Jepan­czyn.

Gdy Tocki tak uprzej­mie zwró­cił się do niego po przy­ja­ciel­ską radę co do jed­nej z jego córek, wtedy uczy­nił przed nim w spo­sób bar­dzo wznio­sły dokładną i szczerą spo­wiedź. Oznaj­mił, że posta­no­wił nie cofać się przed żad­nymi środ­kami, aby otrzy­mać wol­ność; że nie uspo­ko­iłby się nawet, gdyby Nasta­zja Fili­powna sama mu oznaj­miła, że mu odtąd da święty spo­kój, że mu nie wystar­czą słowa, że potrze­buje naj­zu­peł­niej­szej rękojmi. Poro­zu­mieli się i posta­no­wili dzia­łać wspól­nie. Z początku posta­no­wiono wypró­bo­wać środ­ków łagod­nych i dotknąć jedy­nie "szla­chet­nych strun serca". Przy­je­chali obaj do Nasta­zji Fili­pow­nej i Tocki pro­ściu­teńko zaczął od tego, że jej oznaj­mił o nie­wy­po­wie­dzia­nym tra­gi­zmie swego poło­że­nia; we wszyst­kim oskar­żył sie­bie; powie­dział otwar­cie, że nie może żało­wać pier­wot­nego z nią postę­po­wa­nia, gdyż jest zatwar­dzia­łym roz­pust­ni­kiem i nad sobą nie panuje, ale że teraz chce się żenić, że losy tego w wyż­szym stop­niu przy­zwo­itego i ary­sto­kra­tycz­nego mał­żeń­stwa w jej leżą rękach; jed­nym sło­wem, że zdaje się we wszyst­kim na jej szla­chetne serce. Następ­nie zaczął mówić w roli ojca gene­rał i mówił roz­sąd­nie, uni­kał wzru­sza­ją­cych wyra­żeń, wspo­mniał jedy­nie, że zupeł­nie uznaje jej prawo decy­do­wa­nia o losie Ata­na­zego Iwa­no­wi­cza, zręcz­nie wysu­nął wła­sną pokorę, zwra­ca­jąc uwagę, że los jego córki, a może i dwóch pozo­sta­łych, zależy teraz od jej decy­zji. Na pyta­nie Nasta­zji Fili­pow­nej: "Czego wła­ści­wie od niej chcą?", Tocki przy­znał się z poprzed­nią zupeł­nie nagą otwar­to­ścią, że go tak nastra­szyła przed pię­ciu laty, że nie może nawet teraz zupeł­nie się uspo­koić, dopóki Nasta­zja Fili­powna sama nie wyj­dzie za mąż. Dodał natych­miast, że prośba ta byłaby, rozu­mie się, zupeł­nie bez sensu z jego strony, gdyby nie miał do niej pew­nych danych. Bar­dzo dobrze zauwa­żył i na pewno wie, że młody czło­wiek z bar­dzo dobrej rodziny, mia­no­wi­cie Gabriel Ardał­jo­no­wicz Iwoł­gin, któ­rego ona zna i u sie­bie przyj­muje, od dawna ją kocha całą potęgą namięt­no­ści i, rozu­mie się, oddałby pół życia za cień choćby nadziei, że pozy­ska jej przy­chyl­ność. Wszystko to wyznał Ata­na­zemu Iwa­no­wi­czowi sam Gabriel Ardał­jo­no­wicz już dość dawno, po przy­ja­ciel­sku, pod wpły­wem swego mło­dego, czy­stego serca i że o tym dawno już wie Jan Teo­do­ro­wicz, opie­ku­jący się mło­dym czło­wiekiem. Wresz­cie, o ile tylko on, Ata­nazy Iwa­no­wicz się nie myli, Nasta­zja Fili­powna od dawna już wie o miło­ści mło­dego czło­wieka i pobłaż­li­wie patrzy na to uczu­cie. Rzecz pro­sta, że jemu trud­niej, niż innym, o tym mówić, ale jeże­liby Nasta­zja Fili­powna przy­znała, że w nim, Toc­kim, oprócz ego­izmu i chęci wygod­nego urzą­dze­nia sobie życia, jest jesz­cze choć tro­chę przy­chyl­no­ści i dla niej, to zro­zu­mia­łaby, że dla niego jest dziwną i nawet przy­krą rze­czą widok jej osa­mot­nie­nia; że tutaj jest tylko nie­okre­ślony mrok, zupełna nie­wiara w moż­ność innego życia, które by tak pięk­nie mogło zmar­twych­wstać w miło­ści i w rodzi­nie i posiąść w ten spo­sób nowy cel; że tu jest mar­no­wa­nie zdol­no­ści, być może, bar­dzo dużych, dobro­wolne męcze­nie się swoją melan­cho­lią, jed­nym sło­wem, do pew­nego stop­nia roman­tyzm, nie­godny ani zdro­wego roz­sądku, ani szla­chetnego serca Nasta­zji Fili­pow­nej. Powie­dziaw­szy raz jesz­cze, że jemu trud­niej o tym mówić, niż komu innemu, dodał, że nie może wyrzec się nadziei, że Nasta­zja Fili­powna nie odpo­wie mu pogardą, jeżeli on wyrazi swoją szczerą chęć zabez­pie­cze­nia jej przy­szłego losu i ofia­ruje jej sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy rubli. Powie­dział jesz­cze jako wyja­śnie­nie, że zresztą suma ta prze­zna­czona już jest dla niej w jego testa­men­cie; że, jed­nym sło­wem, nie jest to jakieś wyna­gro­dze­nie... że wresz­cie, dla­cze­góż by nie można mu wyba­czyć ludz­kiej chęci zmniej­sze­nia choć w czym­kol­wiek cię­żaru gnio­tą­cego jego sumie­nie, wszystko to, co mówi się w podob­nych przy­pad­kach na ten temat. Ata­nazy Iwa­no­wicz mówił długo i wymow­nie, doda­jąc, że tak powiem mimo­cho­dem, bar­dzo cie­kawy szcze­gół, że o tych sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu tysią­cach wyga­dał się dopiero po raz pierw­szy i że o nich nie wie­dział nawet Jan Teo­do­ro­wicz, który tu oto sie­dzi: jed­nym sło­wem, nie wie nikt.

Odpo­wiedź Nasta­zji Fili­pow­nej zdzi­wiła obu przy­ja­ciół.

Nie tylko nie było w niej znać choćby cie­nia poprzed­niego szy­der­stwa, poprzed­niej nie­przy­jaźni i nie­na­wi­ści, poprzed­niego śmie­chu, od któ­rego, na samo wspo­mnie­nie, dreszcz prze­bie­gał ciało Toc­kiego, ale prze­ciw­nie, ucie­szyła się nie­jako, że naresz­cie może z kimś poroz­ma­wiać otwar­cie i po przy­ja­ciel­sku. Przy­znała się, że sama już od dawna chciała zasię­gnąć przy­ja­ciel­skiej rady, że prze­szka­dzała jej tylko duma, lecz, że teraz, skoro już pękły lody, nie mogło się stać lepiej. Z początku ze smut­nym uśmie­chem, a potem wesoło i swa­wol­nie się roze­śmiaw­szy, powie­działa, że poprzed­nia burza w żaden spo­sób miej­sca już mieć nie mogła; że ona już od dawna zmie­niła po czę­ści swój pogląd na rze­czy i że cho­ciaż w głębi serca nic się nie zmie­niło, jed­nak musiała na bar­dzo dużo rze­czy się zgo­dzić wobec fak­tów doko­na­nych; co się stało, to się stało, co prze­szło, to prze­szło, tak, że się nawet dziwi, że Ana­stazy Iwa­no­wicz w dal­szym ciągu taki jest wystra­szony. Następ­nie zwró­ciła się do Jana Teo­do­ro­wi­cza i z wyra­zem naj­głęb­szego powa­ża­nia oznaj­miła mu, że dawno już sły­szała dużo dobrego o jego cór­kach i przy­wy­kła głę­boko i szcze­rze je powa­żać. Sama myśl o tym, że mogłaby im być w czym­kol­wiek poży­teczna, napeł­ni­łaby ją szczę­ściem i dumą. Prawda, że jest jej teraz ciężko i szaro, Ata­nazy Iwa­no­wicz odgadł jej myśli; chcia­łaby odżyć, jeśli już nie w miło­ści, to w rodzi­nie, uświa­do­miw­szy sobie nowy cel w życiu, lecz o Gabrielu Ardał­jo­no­wi­czu nic pra­wie powie­dzieć nie może. Może i prawda, że on ją kocha, czuje, że i ona mogłaby go polu­bić, gdyby mogła uwie­rzyć w sta­łość jego uczu­cia, ale on bar­dzo młody, jeśli nawet jest szczery; trudno tu coś posta­no­wić. Naj­bar­dziej jej się zresztą to podoba, że on pra­cuje i sam jeden utrzy­muje całą rodzinę. Sły­szała, że jest czło­wie­kiem ener­gicz­nym, dum­nym, chce kariery, chce się wybić. Sły­szała rów­nież, że Nina Alek­san­drowna Iwoł­gina, matka Gabriela Ardał­jo­no­wi­cza, jest dzielną i w naj­wyż­szym stop­niu czci­godną kobietą, że jego sio­stra, Bar­bara Ardał­jo­nowna, jest bar­dzo nie­po­spo­litą i ener­giczną panienką; sły­szała o niej dużo od Pti­cyna. Sły­szała, że zno­szą męż­nie swoje nieszczę­ście; chcia­łaby bar­dzo poznać się z nimi, ale jesz­cze pyta­nie, czy one ją z rado­ścią do rodziny swej przyjmą? W ogóle nic nie ma prze­ciwko moż­li­wo­ści tego mał­żeń­stwa, ale nad tym trzeba jesz­cze dobrze pomy­śleć: chcia­łaby, by jej nie naglono. Co zaś do sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu tysięcy... nie­po­trzeb­nie wahał się Ana­stazy Iwa­no­wicz, czy jej o tym powie­dzieć. Ona rozu­mie war­tość pie­nię­dzy i bez­wa­run­kowo je przyj­mie. Dzię­kuje Ata­na­zemu Iwa­no­wiczowi za jego deli­kat­ność, za to, że nawet gene­ra­łowi o tym nie mówił, a tym bar­dziej Gabrie­lowi Ardał­jo­no­wi­czowi, ale z dru­giej strony dla­czego by on o tym nie miał wie­dzieć? Nie ma żad­nego powodu wsty­dzić się tych pie­nię­dzy, wcho­dząc do jego rodziny. W każ­dym razie nie ma naj­mniej­szego zamiaru pro­sić kogo­kol­wiek o prze­ba­cze­nie i chcia­łaby, aby o tym wie­dziano. Nie wyj­dzie za Gabriela Ardał­jo­no­wi­cza, dopóki się nie prze­kona, że ani on, ani jego rodzina nie mają w sto­sunku do niej żad­nej ukry­tej myśli. W każ­dym razie nie poczuwa się do żad­nej winy i lepiej byłoby, gdyby się Gabriel Ardał­jo­no­wicz dowie­dział, w jakim cha­rak­te­rze miesz­kała przez te pięć lat w Peters­burgu, w jakim sto­sunku pozo­sta­wała z Ata­nazym Iwa­no­wiczem i ile zebrała pie­nię­dzy. Wresz­cie, jeżeli teraz przyj­muje pie­nią­dze, to wcale nie jako zapłatę za swoją hańbę, któ­rej ona nie jest winna, ale wprost jako wyna­gro­dze­nie za zła­mane życie.

Wypo­wia­da­jąc to wszystko, tak się prze­jęła i zde­ner­wo­wała (co zresztą było tak natu­ralne), że gene­rał Jepan­czyn był bar­dzo zado­wo­lony i uwa­żał sprawę za skoń­czoną; ale Tocki, który się już raz wystra­szył, i tym razem nie­zu­peł­nie uwie­rzył i wciąż się oba­wiał, czy i tu pod kwia­tami nie kryje się żmija. Układy jed­nak się zaczęły; punkt, na któ­rym był oparty cały plan dwóch przy­ja­ciół, mia­no­wi­cie moż­li­wość, aby Nasta­zja Fili­powna zajęła się Ganią, zaczął powoli się wyja­śniać i spraw­dzać do tego stop­nia, że nawet Tocki zaczy­nał nie­kiedy wie­rzyć w moż­li­wość powo­dze­nia. Tym­cza­sem Nasta­zja Fili­powna roz­mó­wiła się z Ganią: słów wypo­wie­działa mało, jak gdyby jej dzie­wi­czość na tym cier­piała. Zga­dzała się jed­nak i pozwa­lała mu na jego miłość, ale sta­now­czo oświad­czyła, że niczym wią­zać się nie chce, że do samego ślubu (jeśli ślub się odbę­dzie) zacho­wuje sobie prawo powie­dze­nia "nie", choćby w ostat­niej chwili; zupeł­nie to samo prawo przy­znaje Gani. Wkrótce dowie­dział się Gania z dobrego źró­dła, dzięki usłuż­nym oko­licz­no­ściom, że nie­chęć całej rodziny do tego mał­żeń­stwa i oso­bi­ście do Nasta­zji Fili­pow­nej, nie­chęć, obja­wia­jąca się w sce­nach domo­wych, jest znana Nasta­zji Fili­pow­nie ze wszyst­kimi szcze­gó­łami; z nim ni­gdy o tym nie mówiła, choć on codzien­nie się tego spo­dzie­wał. Zresztą można by opo­wie­dzieć dużo jesz­cze roz­ma­itych rze­czy, które wypły­nęły dzięki tym swa­tom i ukła­dom, lecz i tak za bar­dzo wyprze­dzi­li­śmy wypadki, tym bar­dziej że nie­które opo­wie­ści krą­żyły jesz­cze w postaci zbyt nie­okre­ślo­nych pogło­sek. Na przy­kład, jakoby się Tocki skądś dowie­dział, że Nasta­zja Fili­powna zawią­zała w tajem­nicy przed wszyst­kimi jakieś nie­okre­ślone sto­sunki z pan­nami Jepan­czyn... wia­do­mość zupeł­nie nie­praw­do­po­dobna. Za to innej pogło­sce mimo woli wie­rzył i bał się strasz­nie; sły­szał, że Nasta­zja Fili­powna zupeł­nie dokład­nie wie, że Gania żeni się jedy­nie dla pie­nię­dzy, że jest to cha­rak­ter czarny, że jest on chciwy, nie­cier­pliwy, zawistny i nie­pro­por­cjo­nal­nie olbrzy­mio samo­lubny, że cho­ciaż rze­czywiście przed­tem namięt­nie pra­gnął zwy­cię­stwa nad Nasta­zją Fili­powną, to jed­nak gdy przy­ja­ciele chcieli tę namięt­ność, powsta­jącą z oby­dwóch stron, wyzy­skać na swoją korzyść i kupić Ganię, sprze­da­jąc mu Nasta­zję Fili­pownę, to wtedy znie­na­wi­dził ją jak zmorę. Że jakoby w jego duszy dziw­nie się zlała namięt­ność z nie­na­wi­ścią i że cho­ciaż po waha­niach zgo­dził się wresz­cie pojąć za żonę "obrzy­dliwą kobietę", to jed­nak poprzy­siągł sobie w duszy, że się za to na niej zemści, i że jej potem "doskwa­rzy", jak się podobno sam wyra­ził. Że jakoby o tym wszyst­kim wie­działa Nasta­zja Fili­powna i coś w tajem­nicy obmy­ślała. Tocki do tego stop­nia lękał się, że nawet Jepan­czynowi prze­stał mówić o swoim nie­po­koju; ale bywały chwile, kiedy i on, jak każdy słaby czło­wiek, nabie­rał odwagi i odzy­ski­wał ducha: nabrał odwagi na przy­kład, kiedy Nasta­zja Fili­powna dała wresz­cie słowo obu przy­ja­cio­łom, że wie­czo­rem, w dniu swych uro­dzin, zde­cy­duje się osta­tecz­nie. Za to najdziw­niejsza i naj­nie­praw­dziw­sza pogło­ska, tycząca się czci­god­nego Jana Teo­do­ro­wi­cza, sta­wała się nie­stety coraz praw­dziw­sza.

Tutaj na pierw­szy rzut oka wszystko wydało się nie­do­rzecz­no­ścią. Trudno było uwie­rzyć, żeby Jan Teo­do­ro­wicz u schyłku swych sza­now­nych dni, przy swoim wybit­nym rozu­mie i bez­wa­run­ko­wej zna­jo­mo­ści życia sam się zadu­rzył w Nasta­zji Fili­pow­nie, ale tak i do takiego stop­nia, że kaprys ten docho­dził pra­wie do namięt­no­ści. Czego się w tym przy­padku spo­dzie­wał... trudno sobie wyobra­zić; być może, że liczył na pomoc samego Gani. Tocki podej­rze­wał wła­śnie coś w tym rodzaju, podej­rze­wał ist­nie­nie jakiejś pra­wie mil­czą­cej umowy, pole­ga­ją­cej na wza­jem­nym porozu­mieniu mię­dzy Ganią i gene­ra­łem. Zresztą, wia­doma rzecz, że czło­wiek zbyt­nio pochło­nięty przez namięt­ność, zwłasz­cza jeśli już jest w pew­nym wieku, zupeł­nie ślep­nie i gotów jest żywić nadzieję tam, gdzie jej wcale nie ma; nie tylko traci roz­są­dek i postę­puje jak głupi dzie­ciak, choćby był mądry jak sam Salo­mon. Wszy­scy wie­dzieli, że gene­rał przy­go­to­wał na dzień uro­dzin Nasta­zji Fili­powny, jako pre­zent od sie­bie, wspa­niałą perłę, olbrzy­miej war­to­ści i wielce się tym poda­run­kiem przej­mo­wał, choć wie­dział, że Nasta­zja Fili­powna nie jest kobietą chciwą. W przed­dzień uro­dzin Nasta­zji Fili­powny był jak w gorączce, cho­ciaż zręcz­nie się masko­wał. O tej to wła­śnie perle dowie­działa się gene­rałowa Jepan­czyn. Prawda, że Elż­bieta Pro­ko­fjewna od dawna już zaczęła odczu­wać lek­ko­myśl­ność swego mał­żonka, nawet się po czę­ści do niej przy­zwy­cza­iła; ale prze­cież nie można było puścić pła­zem takiej spo­sob­no­ści: pogło­ski o perle nie­zwy­kle ją obe­szły. Gene­rał spo­strzegł to zawczasu: już poprzed­niego dnia były rzu­cane pewne słówka: prze­czu­wał ważną roz­mowę i bał się jej. Oto, dla­czego strasz­nie mu się nie chciało tego rana, w które roz­po­czę­li­śmy opo­wia­da­nie, iść i jeść śnia­da­nie na łonie rodziny. Jesz­cze przed widze­niem się z księ­ciem posta­no­wił wymó­wić się inte­re­sami i uciec. Uciec, zna­czyło cza­sem dla gene­rała rze­czy­wi­ście wprost uciec. Chciał choćby o ten jeden dzień, a zwłasz­cza o dzi­siej­szy wie­czór odwlec nie­przy­jem­no­ści. I nagle tak w samą porę przy­szedł książę. "Chyba go Bóg zesłał!" - pomy­ślał gene­rał, pod­cho­dząc do swej mał­żonki.

V

Gene­ra­łowa była zazdro­sna o swoje pocho­dze­nie. Czymże więc dla niej było dowie­dzieć się nagle i bez przy­go­to­wa­nia, że ten ostatni z rodu książę Mysz­kin, o któ­rym już coś nie­coś sły­szała, to wprost godny poli­to­wa­nia idiota, nie­mal nędzarz i przyj­muje jał­mużnę. Gene­rał sta­rał się wła­śnie o pewien efekt, ażeby od razu zain­te­re­so­wać i w jaki­kol­wiek bądź spo­sób odwró­cić uwagę w inną stronę.

W nad­zwy­czaj­nych przy­pad­kach gene­ra­łowa zwy­kle wytrzesz­czała oczy i prze­chy­liw­szy się nieco cia­łem w tył, patrzyła wprost przed sie­bie, ani słowa nie mówiąc. Była to kobieta wysoka, w rów­nym wieku z mężem, z ciem­nymi, mocno już siwie­ją­cymi wło­sami, z nieco gar­ba­tym nosem, chuda, z żół­tymi, zapad­nię­tymi policz­kami i cien­kimi war­gami. Czoło miała wyso­kie, ale wąskie; szare, dosyć duże oczy miały cza­sem dziwny wyraz. Kie­dyś przez pro­stą sła­bostkę uwie­rzyła, że jej spoj­rze­nie jest niezwy­kle efek­towne; to prze­ko­na­nie ni­gdy się w niej nie zatarło.

- Przy­jąć? Mówisz, żeby go przy­jąć, teraz, zaraz? - I gene­ra­łowa wytrzesz­czała ze wszyst­kich sił oczy na zakło­po­ta­nego Jana Teo­do­ro­wi­cza.

- O, w tym przy­padku można bez wszel­kiej cere­mo­nii, jeśli tylko tobie, duszko, podoba się go widzieć - tłu­ma­czył gene­rał. - Zupełne dziecko i w dodatku taki godny poża­ło­wa­nia; miewa jakieś cho­ro­bliwe parok­sy­zmy, przy­jeż­dża ze Szwaj­ca­rii, przy­szedł wprost z wagonu, ubrany dziw­nie, jakoś z nie­miecka, i w dodatku nie ma ani kopiejki, w ści­słym tego słowa zna­cze­niu, mało nie pła­cze. Dałem mu dwa­dzie­ścia pięć rubli i chcę się wysta­rać dla niego o miej­sce w kan­ce­la­rii. A was, mes­da­mes, pro­szę, aby­ście go ugo­ściły, bo zdaje się, że on i głodny.

- Zdu­mie­wasz mnie - mówiła dalej gene­ra­łowa tym samym tonem co i przed­tem - głodny i parok­sy­zmy. Jakie parok­sy­zmy?

- O, tak się znów czę­sto nie powta­rzają i przy tym on pra­wie jak dziecko, poza tym wykształ­cony. Chciał­bym was, mes­da­mes - zwró­cił się znów do córek - chciał­bym was pro­sić, aby­ście go dobrze prze­eg­za­mi­no­wały, aby jed­nak wie­dzieć, do czego on jest zdolny.

- Prze-e-gza-mi-no-wa-ły?- wymó­wiła prze­cią­gle gene­ra­łowa i z jak naj­więk­szym zdu­mie­niem zaczęła wodzić oczami od córek do męża i odwrot­nie.

- Ach, moja duszko, nie bierz tego tak dosłow­nie... zresztą, jak ci się podoba; mia­łem zamiar przy­jąć go uprzej­mie i wpro­wa­dzić do nas, bo to byłby pra­wie dobry uczy­nek.

- Wpro­wa­dzić do nas? Ze Szwaj­ca­rii?

- Szwaj­ca­ria tu nic nie prze­szka­dza; a zresztą, powta­rzam, jak chcesz. Ja prze­cież tylko dla­tego, że to, po pierw­sze, nasz imien­nik i może nawet krewny, a po dru­gie, nie wie, gdzie głowę skło­nić. Myśla­łem nawet, że cię on tro­chę zain­te­re­suje, bo prze­cież nosi jed­nak nasze nazwi­sko.

- Ma się rozu­mieć, maman, jeśli z nim można się nie krę­po­wać; przy tym on z drogi, głodny, dla­czego by go nie nakar­mić, jeśli on nie wie, gdzie się podziać? - powie­działa naj­star­sza, Alek­san­dra.

- I w dodatku zupełne dziecko, z nim można jesz­cze grać w ciu­ciu­babkę.

- Grać w ciu­ciu­babkę? Jak to?

- Ach, maman, niech­że mama z łaski swo­jej prze­sta­nie uda­wać - prze­rwała gniew­nie Agłaja.

Śred­nia Ade­lajda, skłonna do śmie­chu, nie wytrzy­mała i roze­śmiała się.

- Niech go papa zawoła, mama pozwala - zde­cy­do­wała Agłaja.

Gene­rał zadzwo­nił i kazał wezwać księ­cia.

- Ale pod tym warun­kiem, żeby mu bez­wa­run­kowo zawią­zać ser­wetę na szyi, gdy tylko usią­dzie do stołu - zde­cy­do­wała gene­ra­łowa - i zawo­łać Teo­dora lub Mau­ry­cego... żeby stał za nim i uwa­żał, gdy będzie jadł. Czy on aby spo­kojny pod­czas parok­sy­zmów? Nie robi jakich ruchów?

- Prze­ciw­nie, bar­dzo nawet dobrze wycho­wany z dosko­na­łym uło­że­niem. Cza­sem tro­chę za bar­dzo głup­ko­waty... Zresztą, otóż i on! Oto, przed­sta­wiam ostat­niego z rodu księ­cia Mysz­kina, imien­nik i może nawet krewny. Przyj­mij­cie go uprzej­mie. Zaraz będzie śnia­da­nie, książę, więc pro­simy bar­dzo. Co do mnie, to pan wyba­czy, śpie­szę się...

- Już ja wiem, dokąd ci pilno - powie­działa poważ­nie gene­ra­łowa.

- Pilno mi, duszko, pilno, jestem spóź­niony! A daj­cie mu wasze albumy, mes­da­mes, niech on w nich co napi­sze, taki kali­graf to rzadka rzecz! Praw­dziwy talent, napi­sał tam u mnie sta­rym pismem: "Opat Paf­nucy rękę przy­ło­żył"... No, do widze­nia.

- Paf­nucy? Opat? Ależ stój, pocze­kaj, dokąd pędzisz i co to za Paf­nucy? - nale­ga­jąco, z gnie­wem i pra­wie ze stra­chem krzy­czała gene­ra­łowa za odcho­dzą­cym mał­żon­kiem.

- Tak, tak, duszko, to taki daw­nymi czasy był opat... idę do hra­biego, czeka od dawna, sam wyzna­czył godzinę. Książę, do widze­nia.

Gene­rał odda­lił się pośpiesz­nie.

- Wiem, co to za hra­bia! - powie­działa uszczy­pliwe Elż­bieta Pro­ko­fjewna i roz­draż­niona prze­nio­sła oczy na księ­cia. - Cóż tam znowu? - zaczęła ze wstrę­tem, z gnie­wem, przy­po­mi­na­jąc sobie - no, cóż tam! Ach tak: no, cóż to za opat?

- Maman - zaczęła mówić Alek­san­dra, a Agłaja nawet tup­nęła nóżką.

- Nie prze­szka­dzaj mi, Alek­san­dro - odcięła się jej gene­ra­łowa - i ja też chcę wie­dzieć.

- Niech książę tu oto usią­dzie, tu, na tym krze­śle, naprze­ciwko; nie, tutaj, do słońca, do świa­tła, przy­suń się książę bli­żej, aże­bym mogła widzieć. No, cóż to za opat?

- Opat Paf­nucy - odpo­wie­dział książę z sza­cun­kiem i poważ­nie.

- Paf­nucy? A to cie­kawe; cóż to za jeden?

Gene­ra­łowa wypy­ty­wała nie­cier­pli­wie, prędko, szorstko, nie spusz­cza­jąc oczu z księ­cia, a gdy książę odpo­wia­dał, kiwała głową przy każ­dym jego sło­wie.

- Opat Paf­nucy, z czter­na­stego stu­le­cia - zaczął książę - zarzą­dzał pustel­nią na Woł­dze, w dzi­siej­szej naszej kostrom­skiej guberni, sły­nął ze świę­to­bli­wego życia, jeź­dził do Tata­rów, poma­gał zała­twiać ówcze­sne sprawy i pod­pi­sał się pod jed­nym listem, a ja widzia­łem kopię tego pod­pisu. Podo­bał mi się ten pod­pis i nauczy­łem się go. Kiedy przed chwilą gene­rał chciał zoba­czyć, jak ja piszę, ażeby się zde­cy­do­wać co do mej posady, napi­sa­łem kilka zdań róż­nymi pismami i mię­dzy innymi: "Opat Paf­nucy rękę przy­ło­żył"... wła­snym pismem opata. Gene­ra­łowi spodo­bało się bar­dzo i teraz o tym wspo­mi­nał.

- Agłaja - powie­działa gene­ra­łowa - zapa­mię­taj: Paf­nucy, albo lepiej zapisz, bo ja zawsze zapo­mi­nam. Myśla­łam, co prawda, że będzie to coś bar­dziej zaj­mu­ją­cego. Gdzież jest ten pod­pis?

- Zdaję się, że został w gabi­ne­cie gene­rała, na stole.

- Trzeba zaraz posłać i kazać przy­nieść.

- To już ja może jesz­cze raz pani napi­szę, jeśli sobie pani życzy.

- Natu­ral­nie, maman - powie­działa Alek­san­dra - lepiej by teraz zabrać się do śnia­da­nia; nam się chce jeść.

- Masz rację - potwier­dziła gene­ra­łowa. - Chodźmy, książę; bar­dzo się panu chce jeść?

- Tak, bar­dzo mi się teraz jeść zachciało i bar­dzo pani jestem wdzięczny.

- To bar­dzo dobrze, że pan jest grzeczny i uwa­żam, że z pana wcale nie taki... dzi­wak, za jakiego pana podali. Chodźmy. Niech pan usią­dzie tutaj, naprze­ciwko mnie - mówiła, sadza­jąc księ­cia, gdy weszli do sto­ło­wego pokoju - chcę na pana patrzeć. Alek­san­dro, Ade­lajdo, poczę­stuj­cie księ­cia. Prawda, że on wcale nie taki... chory? Może ser­wety nie potrzeba?... Książę, czy panu przy jedze­niu zawią­zy­wano ser­wetę?

- Daw­niej, kiedy mia­łem sie­dem lat, pewno zawią­zy­wano, a teraz kładę zwy­kle przy jedze­niu ser­wetę na kola­nach.

- Tak być powinno. A parok­sy­zmy?

- Parok­sy­zmy? - zdzi­wił się nieco książę - ja teraz dosyć rzadko mie­wam parok­sy­zmy. Zresztą nie wiem; mówią, że tutej­szy kli­mat będzie mi szko­dził.

- Dobrze mówi - zauwa­żyła gene­ra­łowa, zwra­ca­jąc się do córek i kiwa­jąc w dal­szym ciągu głową za każ­dym sło­wem księ­cia - nawet nie przy­pusz­cza­łam. Widocz­nie wszystko głup­stwo i nie­prawda, jak zwy­kle. Jedz, książę, i opo­wia­daj: gdzie się pan uro­dził, gdzie wycho­wy­wał? Chcę wszystko wie­dzieć; pan mnie niezwy­kle inte­re­suje.

Książę podzię­ko­wał i, zaja­da­jąc z wiel­kim ape­ty­tem, zaczął znowu opo­wia­dać wszystko to, o czym już nie­raz musiał mówić tego rana. Gene­ra­łowa była coraz bar­dziej zado­wo­lona. Panny też dosyć uważ­nie słu­chały. Poro­zu­miano się co do krew­nych, oka­zało się, że książę zna dość dobrze swój rodo­wód, ale jak­kol­wiek kom­bi­no­wali, nie zna­la­zło się mię­dzy nim a gene­ra­łową żadne pokre­wień­stwo. Dziad­ko­wie i babki mogli się jesz­cze uwa­żać za dale­kich krew­nych. Ten suchy przed­miot szcze­gól­niej spodo­bał się gene­ra­ło­wej, któ­rej pomimo jej życze­nia ni­gdy się pra­wie nie uda­wało mówić o swoim rodo­wo­dzie, tak że wstała od stołu pod­nie­cona.

- Chodźmy wszy­scy do salonu - powie­działa - tam nam poda­dzą kawę. Mamy tam wspólny pokój - zwró­ciła się do księ­cia, pro­wa­dząc go - po pro­stu mój mały salo­nik, w któ­rym zbie­ramy się, gdy jeste­śmy same i każda się zaj­muje swoją robotą. Alek­san­dra, ta oto, naj­star­sza moja córka, gra na for­te­pia­nie, czyta lub szyje. Ade­lajda... rysuje por­trety i pej­zaże i ni­gdy ich skoń­czyć nie może, a Agłaja sie­dzi i nic nie robi. Mnie także wszystko z rąk wypada i nic mi się nie udaje. Ale oto jeste­śmy; niech książę usią­dzie tu, przy kominku i pro­szę opo­wia­dać. Chcę widzieć, jak pan opo­wiada. Chcę się dokład­nie prze­ko­nać i gdy się zoba­czę ze starą księżną Bie­ło­koń­ską, wszystko jej o panu opo­wiem. Chcę, żeby się oni wszy­scy panem zain­te­re­so­wali. No, niech­że pan mówi.

- Maman, prze­cież to okrop­nie dziw­nie tak opo­wia­dać - zauwa­żyła Ade­lajda, która tym­cza­sem popra­wiła swoje szta­lugi, pędzle, paletę i zabrała się do kopio­wa­nia ryciny dawno już zaczę­tego pej­zażu. Alek­san­dra i Agłaja usia­dły razem na małej kanapce i zło­żyw­szy ręce, przy­go­to­wały się do słu­cha­nia opo­wia­da­nia.

Książę spo­strzegł, że ze wszyst­kich stron zwró­cono na niego szcze­gólną uwagę.

- Ja nic bym nie opo­wie­działa, gdyby mi to tak naka­zy­wano - zauwa­żyła Agłaja.

- Dla­czego? Co tu dziw­nego? Dla­czego nie ma opo­wia­dać? Język prze­cież ma. Chcę wie­dzieć, jak on umie mówić. O czym­kol­wiek bądź. Niech pan opo­wie, jak się panu podo­bała Szwaj­ca­ria, pierw­sze wra­że­nie. No, zoba­czy­cie, zaraz zacznie i dosko­nale zacznie.

- Wra­że­nie było silne... - zaczął książę.

- A co - pod­chwy­ciła nie­cier­pli­wie Elż­bieta Pro­ko­fjewna - już zaczął.

- Niech­że mu maman przy­naj­mniej pozwoli mówić - prze­rwała Alek­san­dra. - Ten książę to może wielki oszust, ale wcale nie idiota - szep­nęła do Agłai.

- To prawda, widzę to już od dawna - odpo­wie­działa Agłaja. - I to podłe z jego strony grać kome­dię. Cóż to, czy on chce na tym co sko­rzy­stać?...

- Pierw­sze wra­że­nie było bar­dzo silne - powtó­rzył książę. - Kiedy jecha­łem z Rosji przez różne nie­miec­kie mia­sta, patrzy­łem tylko w mil­cze­niu i pamię­tam, że nawet o nic nie pyta­łem. Było to po całym sze­regu sil­nych i męczą­cych parok­sy­zmów mojej cho­roby, a ja zawsze, kiedy się cho­roba wzmac­niała i parok­sy­zmy się powta­rzały kilka razy z rzędu, wpa­da­łem w zupełne ogłu­pie­nie, tra­ci­łem pamięć, a cho­ciaż rozum pra­co­wał, logiczny zwią­zek myśli zupeł­nie się prze­ry­wał. Wię­cej niż dwóch lub trzech myśli nie mogłem powią­zać. Tak mi się zdaje. Kiedy zaś parok­sy­zmy mijały, znów czu­łem się zdrów i silny, tak jak i teraz. Pamię­tam, przy­gnia­tał mnie nie­zno­śny smu­tek; zbie­rało mi się nawet na płacz; dzi­wiło mnie to i nie­po­ko­iło: straszne na mnie robiło wra­że­nie, że to wszystko obce; to zro­zu­mia­łem. Obcość mnie zabi­jała. Ock­ną­łem się zupeł­nie z tego mroku, pamię­tam, wie­czo­rem, w Bazy­lei, wjeż­dża­jąc do Szwaj­ca­rii, roz­bu­dził mnie krzyk osła na rynku miej­skim. Osioł straszne zro­bił na mnie wra­że­nie i, nie wiem dla­czego, nie­zwy­kle mi się podo­bał, a jed­no­cze­śnie w mojej gło­wie wszystko się jakoś roz­ja­śniło.

- Osioł? To dziwne - zauwa­żyła gene­ra­łowa. - A zresztą, nic w tym dziw­nego, nie­jedna z nas zako­cha się w ośle - rzu­ciła, spoj­rzaw­szy z gnie­wem na śmie­jące się panny. - To się wie jesz­cze z mito­lo­gii. Niech książę mówi dalej.

- Od tej pory strasz­nie lubię osły. Mam do nich nawet pewną sła­bość. Zaczą­łem się o nie wypy­ty­wać, bo przed­tem ich nie widy­wa­łem i wtedy sam się prze­ko­na­łem, że to naj­po­ży­tecz­niej­sze ze zwie­rząt, pra­co­wite, silne, cier­pliwe, tanie, wytrzy­małe i dzięki temu osłu cała Szwaj­ca­ria zaczęła mi się podo­bać, tak, że mi zupeł­nie prze­szedł poprzedni smu­tek.

- Wszystko to bar­dzo dziwne, ale o ośle można opu­ścić; przejdźmy na inny temat. Czego ty się cią­gle śmie­jesz, Agłaja? I ty, Ade­lajdo? Książę ślicz­nie opo­wie­dział o ośle. On go sam widział, a ty, cóżeś widziała? Za gra­nicą nie byłaś.

- Widzia­łam osła, maman - powie­działa Ade­lajda.

- A ja go nawet sły­sza­łam - pod­chwy­ciła Agłaja.

Wszyst­kie trzy znów się roze­śmiały. Roze­śmiał się także i książę.

- To bar­dzo głu­pio z waszej strony - zauwa­żyła gene­ra­łowa - niech im książę wyba­czy, bo to dobre dziew­częta. Wiecz­nie je łaję, ale je kocham. Trzpioty, lek­ko­myślne wariatki.

- Dla­czego? - śmiał się książę - i ja bym na ich miej­scu nie opu­ścił spo­sob­no­ści. A ja się jed­nak wsta­wiam za osłem: osioł to dobry i poży­teczny zwierz.

- A książę dobry? Pytam przez cie­ka­wość - zapy­tała gene­ra­łowa.

Znów się wszy­scy roze­śmiali.

- I znów ten prze­klęty osioł mi się nawi­nął, nawet o nim nie pomy­śla­łam! - zawo­łała gene­ra­łowa. - Wie­rzaj mi, książę, że ja bez naj­mniej­szej...

- Alu­zji? O, wie­rzę, bez naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści.

I książę śmiał się ser­decz­nie.

- To bar­dzo dobrze, że się pan śmieje. Widzę, że z pana bar­dzo dobry młody czło­wiek - powie­działa gene­ra­łowa.

- Cza­sem nie­do­bry - odpo­wie­dział książę.

- A ja jestem dobra - wtrą­ciła gene­ra­łowa zupeł­nie nie­spo­dzia­nie - i jeśli pan chce, jestem zawsze dobra i jest to moja jedyna wada, gdyż nie trzeba być zawsze dobrą. Złosz­czę się bar­dzo czę­sto, to na nie, to zwłasz­cza na Jana Teo­do­ro­wi­cza, ale co jest szka­radne, to to, że jestem naj­lep­sza wtedy, kiedy się złosz­czę. Przed chwilą, zanim pan przy­szedł, roz­gnie­wa­łam się i uda­wa­łam, że nic nie rozu­miem i pojąć nie mogę. Bywa tak ze mną; zupeł­nie jak z dziec­kiem. Agłaja dała mi naukę; dzię­kuję ci, Agłaja. Zresztą, wszystko głup­stwo. Jesz­cze nie jestem tak głu­pia, na jaką wyglą­dam i jaką mnie chcą córeczki przed­sta­wić. Mam cha­rak­ter i nie jestem bar­dzo wsty­dliwa. Zresztą, mówię to bez zło­ści. Chodź tutaj, Agłaja, poca­łuj mnie... no i dosyć czu­ło­ści - zauwa­żyła, gdy Agłaja poca­ło­wała ją gorąco w usta i w rękę. - Niech książę mówi dalej. Może też pan wspo­mni o czymś bar­dziej zaj­mu­ją­cym od osła.

- A ja znów nie poj­muję, jak to można tak wprost opo­wia­dać - zauwa­żyła Ade­lajda - ja bym sobie ni­gdy nie dała rady.

- A książę da sobie radę, gdyż książę jest nie­zwy­kle mądry i mądrzej­szy od cie­bie przy­naj­mniej dzie­sięć, a może i dwa­na­ście razy. Niech je książę o tym prze­kona i mówi dalej. Osła można rze­czy­wi­ście w końcu opu­ścić. No, cóż pan prócz osła widział jesz­cze za gra­nicą?

- Ależ i o ośle było mądre - zauwa­żyła Alek­san­dra - książę opo­wie­dział w spo­sób bar­dzo zaj­mu­jący szcze­góły ze swej cho­roby i jak wszystko mu się podo­bało, dzięki jed­nemu zewnętrz­nemu impul­sowi. Zawsze mnie to zaj­mo­wało, jak ludzie tracą zmy­sły, a potem wra­cają do zdro­wia. Zwłasz­cza, jeśli się to dzieje nagle.

- Prawda? Prawda? - unio­sła się gene­ra­łowa - widzę, że i ty bywasz cza­sem rozumna: ale dosyć śmie­chu. Zdaje mi się, że książę zatrzy­mał się na szwaj­car­skiej natu­rze, cóż dalej?

- Przy­je­cha­li­śmy do Lucerny i pły­wa­łem po jezio­rze. Odczu­wa­łem, jak jest piękne, ale przy tym bar­dzo mi było ciężko - powie­dział książę.

- Dla­czego? - zapy­tała Alek­san­dra.

- Nie wiem. Zawsze mi jest ciężko patrzeć na taką przy­rodę po raz pierw­szy i budzi to we mnie nie­po­kój: dobrze mi jest, ale nie mam spo­koju; zresztą, wszystko to było jesz­cze pod­czas cho­roby.

- No nie, ja chcia­ła­bym bar­dzo to widzieć - powie­działa Ade­lajda. - I cie­kawi mnie, kiedy to my się wybie­rzemy za gra­nicę. Od dwóch lat nie mogę zna­leźć tematu do obrazu. Niech mi książę znaj­dzie temat do obrazu.

- Ja się na tym zupeł­nie nie znam. Zdaje mi się, że wystar­czy spoj­rzeć i ryso­wać.

- Nie umiem spoj­rzeć.

- Cóż to za zagadki ukła­da­cie? Nic nie rozu­miem! - prze­rwała gene­ra­łowa - co to zna­czy: nie umiem spoj­rzeć? Masz oczy i patrz. Nie umiesz tutaj patrzeć, to się i za gra­nicą nie nauczysz. Lepiej niech książę opo­wie, jak sam patrzył.

- Tak, to będzie lepiej - dodała Ade­lajda. - Książę za gra­nicą nauczył się patrzeć.

- Nie wiem; ja tam tylko popra­wi­łem sobie zdro­wie; nie wiem, czy się nauczy­łem patrzeć. Zresztą, pra­wie cały czas bar­dzo byłem szczę­śliwy.

- Szczę­śliwy? Pan umie być szczę­śliwy? - krzyk­nęła mocno tym zacie­ka­wiona Agłaja - więc jakże pan może powie­dzieć, że się pan nie nauczył patrzeć. Jesz­cze pan nas nauczy.

- Niech pan nauczy - śmiała się Ade­lajda.

- Niczego nie mogę nauczyć - śmiał się rów­nież książę - pra­wie cały czas pobytu mego za gra­nicą spę­dzi­łem w szwaj­car­skiej wsi; rzadko z niej wyjeż­dża­łem i to tylko do pobli­skich miej­sco­wo­ści; cze­góż ja panie nauczę? Z początku tyle tylko, że się nie nudzi­łem; wra­ca­łem prędko do zdro­wia; póź­niej każdy dzień sta­wał się dla mnie drogi, i im póź­niej, tym był droż­szy, do tego stop­nia, że zaczą­łem to zauwa­żać. Sze­dłem spać z uczu­ciem zado­wo­le­nia, a wsta­wałem jesz­cze szczę­śliw­szy. A dla­czego tak było... to dosyć trudno opo­wie­dzieć.

- Tak, że ni­gdzie się panu iść nie chciało, ni­gdzie pana nie cią­gnęło? - zapy­tała Alek­san­dra.

- Z początku, z samego początku, ow­szem, cią­gnęło mnie i wpa­dłem w wielki nie­po­kój. Myśla­łem cią­gle o tym, jak ja będę żył; chcia­łem zba­dać swe losy i zwłasz­cza w pew­nych chwi­lach bywa­łem nie­spo­kojny. Wie­dzą panie, takie chwile zda­rzają się, zwłasz­cza w samot­no­ści. Mie­li­śmy tam wodo­spad, nie­duży, spa­dał z wyso­kiej góry bar­dzo wąskim stru­mie­niem, pra­wie pro­sto­pa­dle... biały, burz­liwy, pie­niący się; spa­dał z wysoka, a zda­wało się, że był nisko, był odle­gły o pół wior­sty, a zda­wało się, że jest do niego pięć­dzie­siąt kro­ków. Lubi­łem po nocach słu­chać jego szmeru; i w takich wła­śnie chwi­lach docho­dzi­łem cza­sem do wiel­kiego nie­po­koju. Nie­raz też w połu­dnie, gdy się zaj­dzie gdzie­kol­wiek bądź w góry i sta­nie się samot­nie pośrodku, dokoła sosny stare, wiel­kie, smo­li­ste, na górze, na skale, stary zamek śre­dnio­wieczny, ruiny; nasza wio­ska daleko, na dole, led­wie dostrze­galna, słońce jaskrawe, niebo błę­kitne, cisza przej­mu­jąca. I tu zda­rzyło się, że wszystko gdzieś nawo­ły­wało i zda­wało mi się, że gdy­bym poszedł pro­sto, szedł długo, długo i zaszedł za tę linię, za tę wła­śnie, na któ­rej niebo z zie­mią się spo­tyka, to tam byłoby roz­wią­za­nie zagadki i natych­miast ujrzał­bym nowe życie, tysiąc razy sil­niej­sze niż nasze; maja­czyło mi się mia­sto tak wiel­kie jak Neapol, a w nim same pałace, gwar, huk, życie... O czym to się nie marzyło! A póź­niej prze­ko­na­łem się, że i w wię­zie­niu można zna­leźć olbrzy­mie życie.

- Ostat­nią myśl godną uzna­nia czy­ta­łam w moich wypi­sach, mając dwa­na­ście lat - powie­działa Agłaja.

- Wszystko to filo­zo­fia - zauwa­żyła Ade­lajda - pan jesteś filo­zo­fem i przy­je­cha­łeś nas uczyć.

- Może panie i mają słusz­ność - uśmiech­nął się książę - jestem rze­czy­wi­ście filo­zo­fem i kto wie, może istot­nie mam zamiar uczyć... Być może, doprawdy, być może.

- I filo­zo­fia pań­ska zupeł­nie jest podobna do filo­zo­fii Jew­łam­pii Miko­ła­jewny - pod­chwy­ciła znów Agłaja. - To urzęd­niczka, wdowa, przy­cho­dzi do nas jakby w cha­rak­te­rze rezy­dentki. Całym zada­niem jej życia... taniość; aby tylko jak naj­ta­niej zamiesz­kać, mówi tylko o kopiej­kach, a trzeba wie­dzieć, że pie­nią­dze ma; to filutka. Tak i pań­skie olbrzy­mie życie w wię­zie­niu, a może i pań­skie czte­ro­let­nie szczę­ście na wsi, za które pan sprze­dał swój Neapol, i to zdaje się, z zyskiem, pomimo że sprze­dał go pan za gro­sze.

- Co do życia w wię­zie­niu można by się zgo­dzić - powie­dział książę - sły­sza­łem opo­wia­da­nie czło­wieka, który prze­sie­dział w wię­zie­niu lat dwa­na­ście; był to jeden z cho­rych pacjen­tów mego pro­fe­sora, leczył się. Mie­wał ataki, był cza­sem nie­spo­kojny, pła­kał i raz nawet pró­bo­wał się zabić. Życie jego w wię­zie­niu było bar­dzo smutne, zarę­czam paniom; w każ­dym razie jed­nak było wię­cej warte niż grosz. A ze zna­jo­mych miał pająka i drzewo, które pod oknem wyro­sło... Ale lepiej opo­wiem paniom o innym moim spo­tka­niu w zeszłym roku, z innym czło­wie­kiem. Była tam pewna, bar­dzo dziwna oko­licz­ność; dziwna głów­nie dla­tego, że ten wypa­dek rzadko miewa miej­sce. Czło­wiek ten raz był wpro­wa­dzony razem z innymi na sza­fot i prze­czy­tano mu wyrok ska­zu­jący na śmierć przez roz­strze­la­nie za poli­tyczne prze­stęp­stwo. Po dwu­dzie­stu minu­tach prze­czy­tano uła­ska­wie­nie i nazna­czono inny wymiar kary; jed­nakże ten czas pomię­dzy dwoma wyro­kami, dwa­dzie­ścia minut, lub przy­naj­mniej kwa­drans, prze­żył w głę­bo­kim prze­ko­na­niu, że za kilka minut umrze. Straszną mia­łem ochotę słu­chać, gdy sobie cza­sem przy­po­mi­nał swoje ówcze­sne wra­że­nia i kilka razy zaczy­na­łem go na nowo wypy­ty­wać. Pamię­tał wszystko ze zdu­mie­wa­jącą jasno­ścią i mówił, że ni­gdy nic z tych chwil nie zapo­mni. W odle­gło­ści dwu­dzie­stu kro­ków od sza­fotu, oto­czo­nego przez lud i żoł­nie­rzy, wbito trzy słupy, ponie­waż prze­stęp­ców było kilku. Przy­pro­wa­dzono trzech pierw­szych, przy­wią­zano ich do słu­pów, odziano ich w śmier­telne ubra­nie (białe, dłu­gie, płó­cienne koszule), a na oczy nasu­nięto im białe czapki, żeby nie widzieli strzelb; następ­nie przed każ­dym sfor­mo­wał się oddział z kilku żoł­nie­rzy. Mój zna­jomy był ósmym z kolei, a więc wypa­dało, aby poszedł do słu­pów w trze­cim rzę­dzie. Ksiądz z krzy­żem obszedł wszyst­kich. Pozo­sta­wało pięć minut życia, nie wię­cej. Mówił, że te pięć minut wyda­wały mu się nie­skoń­czo­nym ter­mi­nem, olbrzy­mim bogac­twem; zda­wało mu się, że przez te pięć minut prze­żyje tyle żyć, że teraz nie było jesz­cze warto myśleć o chwili ostat­niej, do tego stop­nia, że zro­bił sobie roz­ma­ite posta­no­wie­nia; wyli­czył sobie czas, aby się poże­gnać z towa­rzy­szami, prze­zna­czył na to dwie minuty, potem prze­zna­czył jesz­cze dwie minuty na to, ażeby po raz ostatni pomy­śleć o sobie, a następ­nie, aby po raz ostatni dokoła rzu­cić okiem. Pamię­tał bar­dzo dobrze, że te trzy wła­śnie rze­czy sobie posta­no­wił i wła­śnie w ten spo­sób podzie­lił czas. Umie­rał, mając lat dwa­dzie­ścia sie­dem, zdrów i silny, pamię­tał, że gdy się żegnał z towa­rzy­szami, zadał jed­nemu z nich dosyć obo­jętne pyta­nie i nawet był cie­kaw odpo­wie­dzi. Potem, gdy się już poże­gnał, nade­szły te dwie minuty, które prze­zna­czył dla sie­bie, aby myśleć o sobie; wie­dział zawczasu, o czym będzie myślał; chciał wyobra­zić sobie jak naj­prę­dzej i jak naj­ja­śniej, że jakże to być może... teraz jest i żyje, a za trzy minuty już będzie czymś, lub kimś, lecz kim? i gdzie? myślał, że roz­wiąże to wszystko przez te dwie minuty. W pobliżu stała cer­kiew i wierz­cho­łek soboru z pozła­ca­nym dachem błysz­czał od jaskra­wego słońca. Pamię­tał, że patrzył bar­dzo upo­rczy­wie na ten dach i na pro­mie­nie odbi­ja­jące się od niego; oczu nie mógł od tych pro­mieni ode­rwać; wyda­wało mu się, że te pro­mie­nie to jakaś nowa jego natura, że on za trzy minuty w jakiś spo­sób zleje się z nimi... Nie­świa­do­mość i wstręt do tego cze­goś nowego, które będzie i zaraz nadej­dzie, były straszne; ale on mówił, że nic nie było strasz­niej­szego nad nie­usta­jącą myśl: "A gdyby tak można nie umrzeć! A gdyby tak zacząć życie od początku... co za nie­skoń­czo­ność! I wszystko to byłoby moje! Zamie­nił­bym wtedy każdą chwilę życia na całe stu­le­cie, nic bym nie utra­cił, liczył­bym każdą chwilę, już by wtedy żadna nie była bez­u­ży­tecz­nie stra­cona!". Mówił, że w końcu myśl ta prze­szła w nim w taką złość, że pra­gnął być czym prę­dzej roz­strze­lany.

Książę umilkł nagle: wszy­scy myśleli, że będzie mówił dalej i wycią­gnie wnio­sek.

- Skoń­czył pan? - zapy­tała Agłaja.

- Co? Skoń­czy­łem - powie­dział książę, budząc się z chwi­lo­wego zamy­śle­nia.

- A po co pan to opo­wia­dał?

- Tak... przy­po­mniało mi się... tak w roz­mo­wie... - odrzekł książę.

- Pan bar­dzo lubi ury­wać - zauwa­żyła Alek­san­dra - chciał książę pewno dowieść, że ani jed­nej chwili nie trzeba obli­czać na gro­sze i że cza­sem pięć minut droż­sze jest od skarbu. Wszystko to bar­dzo chwa­lebne, ale pro­szę pana, jakże to się skoń­czyło z tym przy­ja­cie­lem, który panu takie straszne rze­czy opo­wia­dał... prze­cież zmie­niono mu karę, więc daro­wano mu to "nie­skoń­czone życie"? No, cóż on potem zro­bił z tym bogac­twem? Czy żył tak, jakby liczył każdą minutę?

- O nie, mówił mi sam... pyta­łem go już o to... wcale tak nie żył i stra­cił dużo minut.

- A więc ma pan próbę; widocz­nie nie można żyć, "licząc każdą minutę". Jest powód, dla któ­rego nie można.

- Tak, jest powód, dla któ­rego nie można - powtó­rzył książę - i mnie się tak zda­wało... A jed­nak nie chce się jakoś uwie­rzyć...

- To zna­czy, że panu się zdaje, że pan mądrzej, niż wszy­scy, żyć będzie? - powie­działa Agłaja.

- Tak, i o tym się cza­sem myślało.

- I myśli?

- I myśli - odpo­wie­dział książę ze skrom­nym i nawet nie­śmia­łym uśmie­chem, patrząc na Agłaję; ale zaraz znów się roze­śmiał i spoj­rzał na nią wesoło.

- Przy­naj­mniej skrom­ność! - ode­zwała się Agłaja pra­wie z roz­draż­nie­niem.

- Jakież panie jed­nak odważne, śmie­je­cie się, a na mnie wszystko to w jego opo­wia­da­niu takie zro­biło wra­że­nie, że póź­niej we śnie widzia­łem wła­śnie te pięć minut...

Badaw­czo i poważ­nie obrzu­cił raz jesz­cze spoj­rze­niem swe słu­chaczki.

- Czy się panie za co na mnie nie gnie­wają? - zapy­tał nagle, jakby zmie­szany, ale patrząc wszyst­kim pro­sto w oczy.

- Za co? - zawo­łały trzy panny ze zdu­mie­niem.

- A no tak, że wyglą­dam, jak gdy­bym cią­gle uczył.

Roze­śmiały się.

- Jeśli się nie gnie­wa­cie, to się i nie gnie­waj­cie - powie­dział - ja prze­cież sam wiem, że żyłem kró­cej od innych i mniej od wszyst­kich rozu­miem życie. Być może, że cza­sem mówię bar­dzo dziw­nie...

Zmie­szał się już osta­tecz­nie.

- Skoro pan mówi, że pan był szczę­śliwy, to widocz­nie nie żył pan mniej, lecz wię­cej; cze­muż więc pan gra kome­dię i uspra­wie­dli­wia się? - surowo zaczęła mówić Agłaja. - I niech się pan nie boi, że nas pan poucza, tu żad­nego triumfu z pań­skiej strony nie ma. Z pań­skim obo­jęt­nym tem­pe­ra­men­tem można i sto lat życia szczę­ściem zapeł­nić. Poka­zać panu karę śmierci i poka­zać panu mały palu­szek, pan z jed­nego, jak i z dru­giego myśl chwa­lebną wypro­wa­dzi i jesz­cze będzie się pan z tego cie­szył. Tak to można żyć.

- Czego ty się cią­gle zło­ścisz, nie rozu­miem - pod­chwy­ciła gene­ra­łowa, obser­wu­jąca od dawna twa­rze mówią­cych - i o czym wy mówi­cie, też pojąć nie mogę. Jaki palu­szek, co to za głup­stwa? Książę mówi prze­ślicz­nie, tylko tro­chę smutno. Czemu go onie­śmie­lasz? Śmiał się, kiedy zaczął mówić, a teraz zupeł­nie oso­wiał.

- Trudno, maman. A szkoda, że książę nie widział kary śmierci, zapy­ta­ła­bym pana o jedną rzecz.

- Widzia­łem karę śmierci - odpo­wie­dział książę.

- Widział pan? - zawo­łał Agłaja - powin­nam się tego domy­ślić! To jest koroną wszyst­kiego. Jeżeli pan widział, jakże pan może powie­dzieć, że pan był cały czas szczę­śliwy? No, co? Czy nie mia­łam słusz­no­ści?

- A czy w pań­skiej wsi tak karano? - zapy­tała Ade­lajda.

- Widzia­łem to w Lug­du­nie, jeź­dzi­łem tam ze Schne­ide­rem, wziął mnie z sobą.

- Cóż, bar­dzo się panu spodo­bało? Było poucza­jące? Poży­teczne? - wypy­ty­wała Agłaja.

- Wcale mi się to nie podo­bało i tro­chę byłem potem chory, ale przy­znam się, że patrzy­łem jak przy­kuty, oczu ode­rwać nie mogłem.

- Ja też bym oczu ode­rwać nie mogła - powie­działa Agłaja.

- Tam bar­dzo nie lubią, kiedy kobiety cho­dzą patrzeć, nawet piszą potem w dzien­ni­kach o tych kobie­tach.

- A zatem, jeśli uwa­żają, że to nie jest kobieca sprawa, chcą przez to samo powie­dzieć (a zapewne uspra­wie­dli­wić), że jest to rzecz męska. Win­szuję logiki. I pan, ma się rozu­mieć, tak samo myśli.

- Niech pan opo­wie o karze śmierci - prze­rwała Ade­lajda.

- Tak nie mam teraz ochoty... - zmie­szał się i jakby zasę­pił książę.

- Widocz­nie panu żal nam to opo­wia­dać - ukłuła go Agłaja.

- Nie, tylko, że ja dopiero co opo­wia­da­łem o tej karze śmierci.

- Komu pan opo­wia­dał?

- Kamer­dy­ne­rowi... cze­ka­jąc...

- Jakiemu kamer­dy­ne­rowi? - dało się sły­szeć ze wszyst­kich stron.

- A temu, co sie­dzi w przed­po­koju, taki siwawy, z czer­woną twa­rzą; sie­działem w przed­po­koju, chcąc wejść do Jana Teo­do­ro­wi­cza.

- Dziwne - zauwa­żyła gene­ra­łowa.

- Książę... demo­krata - odcięła Agłaja - no, jeśli pan Alek­semu opo­wia­dał, nam pan odmó­wić nie może.

- Chcia­ła­bym koniecz­nie posłu­chać - powtó­rzyła Ade­lajda.

- Przed chwilą, rze­czy­wi­ście - zwró­cił się do niej książę, tro­chę się znów oży­wia­jąc (oży­wiał się on bar­dzo szybko i ufnie) - rze­czy­wi­ście myśla­łem o tym, kiedy mnie pani pro­siła o temat do obrazu, aby dać pani pewien temat; wyma­lo­wać twarz ska­zańca, na chwilę przed ude­rze­niem gilo­tyny, kiedy jesz­cze stoi na sza­fo­cie przed poło­że­niem się na tej desce.

- Jak to twarz? Samą twarz? - zapy­tała Ade­lajda. - Dziwny będzie to temat na obraz.

- Nie wiem, ale dla­czego nie? - gorąco nale­gał książę. - W Bazy­lei widzia­łem nie­dawno taki obraz. Mam wielką ochotę pani opo­wie­dzieć... Opo­wiem kie­dyś... duże zro­bił na mnie wra­że­nie.

- O obra­zie w Bazy­lei musi pan rów­nież opo­wie­dzieć, ale póź­niej - powie­działa Ade­lajda - a teraz niech mi pan wytłu­ma­czy obraz przed­sta­wia­jący to stra­ce­nie. Może pan to tak opo­wie­dzieć, jak to sobie pan sam wyobraża. Sama twarz? Cóż to za twarz?

- To na minutę przed śmier­cią - chęt­nie zaczął mówić książę, pod­da­jąc się wspo­mnie­niom i natych­miast zapo­mi­na­jąc o wszyst­kim innym - w chwili, kiedy wszedł po schod­kach i dopiero co sta­nął na sza­fo­cie. Wtedy spoj­rzał w moją stronę; widzia­łem jego twarz i wszystko zro­zu­mia­łem. Zresztą, jakże to opo­wie­dzieć! Chciał­bym strasz­nie, strasz­nie, żeby pani lub kto­kol­wiek bądź to nary­so­wał! Lepiej, żeby to pani! Przy­szło mi wtedy na myśl, że byłby to poży­teczny obraz. Wie pani, trzeba tam wyobra­zić wszystko, co było przed­tem, wszystko... wszystko... Był w wię­zie­niu i ocze­ki­wał stra­ce­nia przy­naj­mniej dopiero za tydzień; liczył na zwy­kłe for­mal­no­ści; myślał, że papier musi jesz­cze gdzieś być wysłany i wróci dopiero za tydzień. A tu nagle z jakie­goś tam powodu sprawę skró­cono. O pią­tej rano spał. Było to pod koniec paź­dzier­nika; o godzi­nie pią­tej chłodno jesz­cze i ciemno. Wszedł komi­sarz wię­zienny, po cichu, ze strażą i dotknął ostroż­nie jego ramie­nia; on pod­niósł się, oparł się na łok­ciu, widzi świa­tło: "Co takiego?...".

"O godzi­nie dzie­sią­tej stra­ce­nie". Na razie, ze snu, nie uwie­rzył, zaczął się spie­rać, że papier przyj­dzie dopiero za tydzień, ale gdy się zupeł­nie roz­bu­dził, prze­stał i umilkł... tak opo­wia­dano... potem powie­dział: "Jed­nak to ciężko tak nagle..." i znów umilkł, i nic wię­cej mówić nie chciał. Następne trzy do czte­rech godzin upły­wają na zna­nych spra­wach: ksiądz, śnia­da­nie, do któ­rego podają mu wino, kawę i pie­czeń (no, czy to nie kpiny? Przy­cho­dzi na myśl, że to okru­cień­stwo, ale z dru­giej strony, Boże drogi, ci ludzie robią tak z dobrego serca i są prze­ko­nani, że to miłość bliź­niego), potem toa­leta (panie wie­dzą, jaka jest toa­leta prze­stępcy?), naresz­cie wiozą przez mia­sto na sza­fot... Przy­pusz­czam, że i teraz, dopóki wiozą, ma się wra­że­nie, iż pozo­staje jesz­cze życie dłu­gie, bez końca. Zdaje mi się, że on na pewno myślał w dro­dze: "Jesz­cze długo, jesz­cze przez trzy ulice będę żył; oto prze­jadę tę, potem zosta­nie jesz­cze ta, na któ­rej jest po pra­wej stro­nie pie­karz... zanim jesz­cze doje­dziemy do pie­karza!" - dokoła lud, krzyk, hałas, dzie­sięć tysięcy par oczu... wszystko to trzeba znieść, a przede wszyst­kim tę myśl: "oto ich jest dzie­sięć tysięcy, a nikogo z nich nie stracą, a mnie stracą!". Ale wszystko to... rze­czy przed­wstępne. Na sza­fot pro­wa­dzą schodki; tu przed schod­kami nagle roz­pła­kał się, a był to czło­wiek silny i odważny, i był to, jak mówiono, wielki zbrod­niarz. Przez cały czas był przy nim kapłan, na wózku jechał i cią­gle do niego mówił... ale czy on sły­szał: już zacznie słu­chać, ale trze­ciego słowa nic już nie rozu­miał. Tak to być musi. Wresz­cie zaczął wstę­po­wać na schodki; nogi ma zwią­zane, więc idzie maleń­kimi kro­kami. Kapłan, widocz­nie czło­wiek rozumny, prze­stał mówić, dawał mu cią­gle krzyż do cało­wa­nia. Wcho­dząc na schodki, był bar­dzo blady, a gdy wszedł na górę, na sza­fot, stał się nagle biały jak papier, zupeł­nie jak biały papier do pisa­nia. Nogi jego musiały słab­nąć i kost­nieć i dusił się, jak gdyby go coś dła­wiło w gar­dle i łasko­tało... czuły to panie kie­dy­kol­wiek w stra­chu lub w chwi­lach bar­dzo strasz­nych, kiedy się jest zupeł­nie przy­tom­nym, a rozum już nie ma żad­nej wła­dzy? Zdaje mi się, że jeśli się na przy­kład stoi wobec nie­unik­nio­nej zagłady, dom się wali, wtedy chcia­łoby się usiąść, zamknąć oczy i cze­kać... niech się co chce, dzieje!... Otóż tutaj, gdy nad­cho­dziła taka chwila sła­bo­ści, kapłan czym prę­dzej, pręd­kim ruchem i w mil­cze­niu, pod­su­wał mu krzyż do samych ust, taki maleńki krzy­żyk, srebrny, czte­ro­ra­mienny... pod­su­wał mu go czę­sto, co chwila. I jak tylko ustami doty­kał krzyża, otwie­rał oczy i znów na parę sekund jakby się oży­wiał i nogi nio­sły go dalej. Cało­wał krzyż chci­wie, cało­wał z pośpie­chem, widocz­nie śpie­szył się, aby zdo­być coś na drogę, na wszelki przy­pa­dek, ale wąt­pię, czy on w tej samej chwili odczu­wał coś reli­gij­nego. Tak było aż do samej deski... Dziwna rzecz, że w tych ostat­nich chwi­lach rzadko ludzie mdleją! Prze­ciw­nie, głowa strasz­nie żyje i pra­cuje, i to pewno mocno, mocno, mocno, jak maszyna pusz­czona w ruch; wyobra­żam sobie, że tak się walą różne myśli, wszyst­kie nie­do­po­wie­dziane, a może i śmieszne, takie obo­jętne myśli: "oto ten patrzy... na czole ma bro­dawkę, oto zardze­wiał dolny guzik przy ubra­niu kata"... - a tym­cza­sem czło­wiek wszystko wie i wszystko rozu­mie; jest pewien taki punk­cik, któ­rego w żaden spo­sób zapo­mnieć nie można i zemdleć nie można, i wszystko do tego punktu wraca i koło niego się kręci. I pomy­śleć, że to tak do ostat­niej ćwierci sekundy, kiedy już głowa leży na rusz­to­wa­niu i czeka... a wie, że nagle usły­szy nad sobą, jak zgrzyt­nęło żelazo! To się na pewno usły­szy! Gdy­bym ja tak leżał, słu­chał­bym umyśl­nie i usły­szałbym! Cho­dzi tu, być może, o jedną dzie­siątą czą­steczkę chwili, ale na pewno się usły­szy. I niech sobie panie wyobrażą, że ludzie dotych­czas jesz­cze dowo­dzą, że, gdy już głowa odpad­nie, wie może jesz­cze przez sekundę o tym, że odpa­dła... co za uczu­cie! A jeżeli przez pięć sekund!... Niech pani nary­suje sza­fot w ten spo­sób, żeby było widać jasno a bli­sko jeden tylko ostatni scho­dek; prze­stępca wszedł na ten sto­pień; twarz blada jak płótno, kapłan podaje krzyż, on chci­wie wysuwa swe zsi­niałe usta i patrzy, i... wszystko wie. Krzyż i głowa, oto obraz, twarz kapłana, kata, jego dwóch pomoc­ni­ków i kilka głów, i oczu poni­żej... wszystko to można nary­so­wać, jakby na trze­cim pla­nie, zamglone, jako akce­so­ria... Oto jest obraz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki