I
Imperialiści z kartofliska
Znany etnolog Antoni Kroh opowiadał kiedyś reporterce Lidii Ostałowskiej, jak to na początku lat pięćdziesiątych na głównej ulicy w Pradze umieszczono w gablocie butelkę z naftą. W butelce pływał groźny wróg, z którego wyglądem mieli zaznajomić się prażanie. Działacze partyjni natychmiast podnieśli alarm: obiekt jest słabo strzeżony, tylko jedna szyba, butelkę na pewno wykradną amerykańscy dywersanci! "Przez tydzień przed gablotą stało dwóch żołnierzy: bagnet na broń, ostra amunicja, rozkaz - w razie czego strzelać"1.
Tym niezwykle groźnym wrogiem była stonka ziemniaczana.
Żarłoczny, niezwykle płodny, odporny na warunki klimatyczne i bytowe, niemający prawie naturalnych przeciwników owad szybko zawładnął światem i ludzką wyobraźnią. W ciągu jednego stulecia zdołał z anonimowego, nic nieznaczącego chrząszcza stać się gwiazdą medialną i jednym z najważniejszych tematów zimnowojennej geopolityki. "Bodaj nigdy w historii ochrony roślin (nie tylko w Polsce) żaden owad nie zyskał sobie tak szerokiej i wszechstronnej sławy"2 - pisał w latach sześćdziesiątych najsłynniejszy z polskich badaczy stonki Władysław Węgorek. Sława stonki była jednak zdecydowanie złą sławą.
Najpierw, w połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku, insekt sterroryzował Stany Zjednoczone, pół wieku później rzucił postrach na Europę Zachodnią, by w końcu wywołać polityczną histerię za żelazną kurtyną, która nie stanowiła żadnej przeszkody w jego niekończących się podbojach. Wiele państw próbowało wykorzystać go jako broń biologiczną na tej lub innej wojnie. On jednak uparcie realizował własny plan, krok po kroku, przelot po przelocie zajmując najcenniejsze dla siebie terytoria - zwykłe kartofliska.
Sława stonki w naszym kraju jest pokłosiem milionów złotych wpompowanych przez komunistów w antystonkową propagandę. Jest też wynikiem ogromnego, przymusowego zaangażowania całego społeczeństwa - niemal każdy z dzisiejszych emerytów ma jakieś osobiste wspomnienia związane z tępieniem tego owada. Gdy moi studenci pytali swoich dziadków o pasiastego szkodnika, pierwszą reakcją był często śmiech. Niektórzy starsi ludzie mówili nawet, że zbieranie stonki było dla nich "najbardziej śmieszne z całego socjalizmu". Czy rzeczywiście było się z czego śmiać?
Mali wrogowie potrafią zatrząść wielkimi imperiami. Wkrótce po wybuchu rewolucji październikowej najgroźniejszym z przeciwników nowego systemu okazała się wesz. Wszy wędrowały wraz z wojskami i uchodźcami po niespokojnej, miotanej wojną domową Rosji, roznosząc tyfus i doprowadzając do największej w dziejach epidemii tej choroby. Liczbę zmarłych w tym czasie szacowano na dwa do trzech milionów. W 1919 roku na VII Wszechrosyjskim Zjeździe Rad Lenin wygłosił znamienne słowa: "Albo socjalizm pokona wszy, albo wszy pokonają socjalizm"3.
Stonka także mogła podgryźć korzenie nowej władzy. Nie roznosiła co prawda śmiertelnej choroby, ogołacała za to pola z jednej z najważniejszych upraw w nowożytnej historii Europy. W połowie XIX stulecia zaraza ziemniaczana doprowadziła przecież do śmierci miliona Irlandczyków. Czy Polsce Ludowej również groził wielki głód?
"Spośród roślin rolniczych ziemniak jest gatunkiem zdolnym do wydania największej ilości kalorii i wartościowego białka z jednostki powierzchni w określonym czasie"4 - pisze Paweł Węgorek, syn Władysława. W 1950 roku przeciętny Polak spożywał dwieście siedemdziesiąt kilogramów kartofli rocznie (dla porównania - w 2015 roku zaledwie sto jeden kilogramów). Była to poniekąd spuścizna lat przedwojennych, gdy codzienne menu zamożnej rodziny chłopskiej na Kresach wyglądało następująco: "Na śniadanie ziemniaki z mlekiem, na obiad ziemniaki z kapustą. Na kolację ziemniaki z... piecyka, do którego się odstawia te, które zostały z obiadu, wreszcie chleb i masło"5. "Im bardziej ubogie są warstwy ludności, tym więcej kalorii czerpią z tego najtańszego źródła"6 - pisano w przedwojennych czasach.
W opowiadaniu Ireny Ruszkowskiej Stonka ziemniaczana. Kolorowy dywersant (1946) nauczyciel zadał klasie proste pytanie: "Czy wszyscy lubicie ziemniaki?".
- Ojej! Pewnie! Wiadomo! Któż by nie lubił? - posypały się odpowiedzi. - Ja bym bez ziemniaków żyć nie mógł - zawołał gruby Wacek.
- Żeby nie ziemniaki, to byśmy w wojnę z głodu poumierały.
- Myśmy podczas wojny zamiast chleba ziemniaki jedli.
- A ja to i do szkoły nawet ziemniaki gotowane zabierałem na śniadanie - tak jeden przez drugiego wołali chłopcy, nie dając dojść do głosu dziewczynkom, z których tylko Ewka wygłosiła poważnie:
- Ziemniaki to nasz chleb powszedni, tak zawsze mówił mój tatuś7.
W Polsce Ludowej ziemniak był nie tylko najważniejszym warzywem jadalnym, stanowiącym po wojnie podstawę diety ludzi niezamożnych, czyli zdecydowanej większości ówczesnego społeczeństwa. Był również surowcem do produkcji potrzebnego w różnych gałęziach przemysłu i w gospodarstwie domowym krochmalu oraz niezbędnej do przetrwania tych trudnych czasów wódki. A także głównym składnikiem diety świń i dodatkowym pokarmem innych zwierząt hodowlanych: bydła, kóz, królików. Aż do lat siedemdziesiątych systematycznie wzrastał areał jego upraw, a wysokość zbiorów doszła w 1970 roku do pięćdziesięciu milionów ton, co plasowało Polskę na drugim miejscu pośród ziemniaczanych potęg. W rocznikach statystycznych wyraźny spadek plonów dał się zauważyć w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, jednak trudno jednoznacznie orzec, czy winna temu była stonka, czy gorsza od stonki przymusowa kolektywizacja rolnictwa.
Jesienią 1969 roku Wilhelmina Skulska pisała z dumą w "Przekroju": "Kulę ziemską zamieszkuje trzy i pół miliarda ludzi. Połowa z nich jada ziemniaki. Zajmujemy pierwsze na świecie miejsce pod względem udziału ziemniaka w całej produkcji rolniczej kraju. Drugie - w zbiorach. Trzecie - w powierzchni uprawy. Naszym ziemniakom zagraża 230 szkodników, w tym 20 wirusów, 25 grzybów, 130 owadów (wśród nich najbardziej znana jest stonka, ale umiemy właśnie z nią walczyć skutecznie)"8. Aby walczyć skutecznie, trzeba dobrze poznać wroga. Oto on.
Leptinotarsa decemlineata przepoczwarza się w żuka z Kolorado
Spójrzcie tylko - oto ona:
Jest pół żółta, pół czerwona
I ma dziesięć czarnych pasków,
Jak to widać na obrazku.
Pod pokrywą - skrzydła z błony,
Po trzy nogi z każdej strony,
Czarne plamki ma na czółku
Z czółka sterczy para czułków,
Na przedpleczu ma znamionka -
Oto jak wygląda stonka9.
Taki - bardzo wierny - opis owada znajdujemy w poezji Jana Brzechwy. Dojrzała postać chrząszcza z gatunku Leptinotarsa decemlineata Say, bo tak brzmi obecnie łacińska nazwa stonki10, ma długość około dziesięciu milimetrów, dziesięć czarnych prążków na żółtych pokrywach skrzydeł i znak litery V na czerwonopomarańczowym przedpleczu. Już sam jej wygląd zapowiada gotowość do walki. Walki nierównej dla człowieka, bo najsilniejszą bronią stonki jest jej niezwykła płodność. Stonki lubią jeść i kopulować. "Pęd do kopulacji tak u samców, jak i u samic jest bardzo duży"11 - potwierdzają znawcy. Imponujący jest też efekt tych codziennych niemal przyjemności. Potomków jednej samicy przy trzech pokoleniach w ciągu roku liczy się w miliardach. Wszystkie z jej pociech mają niepohamowany apetyt. Najbliższa rodzina jednej jedynej stonki potrafi zniszczyć przez rok "około 100 000 krzaków ziemniaczanych, czyli 2,5 hektara ziemniaków"12.
W polskich warunkach samica składa w sezonie do trzech tysięcy jaj (średnio od ośmiuset do tysiąca), które w liczących kilkadziesiąt sztuk złożach umieszcza na spodniej stronie liści ziemniaka. Po mniej więcej dziesięciu dniach z jaj wylęgają się żarłoczne larwy, które wdrapują się na wierzchołek rośliny i chyłkiem wygryzają w listkach coraz większe dziury. Gdy już się dostatecznie najedzą, wkopują się szczękami w glebę. Tam, w wymoszczonej przez siebie kolebce, zamieniają się w poczwarki, a po trzech tygodniach wychodzą z ziemi jako młode chrząszcze. Są wiecznie głodne ziemniaków i świata, dlatego tak chętnie wylatują w poszukiwaniu dalekich, nieznanych kartoflisk. Począwszy od połowy sierpnia, zaczyna morzyć je sen zimowy, na który znów schodzą do ziemi. Wszystkie pokolenia stonki budzą się na wiosnę, najczęściej w połowie maja, w porze kwitnienia mniszka lekarskiego, jak piszą jedni, albo bzu, jak podają inni. Pod koniec tego miesiąca następują masowe przeloty wygłodniałego po zimowym śnie owada w poszukiwaniu wschodzących wówczas dopiero ziemniaków. W takim to czasie - pod koniec maja 1950 roku - wypatrzyli go twórcy antyamerykańskiej propagandy.
Powiązania z amerykańskim imperializmem było stonce zdecydowanie łatwiej udowodnić niż oskarżanym wówczas o to samo żołnierzom polskiego podziemia. Pierwotnie zajmowała ona północne tereny Ameryki Południowej i obszar Ameryki Środkowej. Stamtąd wyruszyła powoli na północ, w ślad za swoją rośliną żywicielską, Solanum rostratum, czyli psianką dzióbkowatą, czepiającą się kolczastymi nasionami sierści zmierzających ku północy bizonów[2]. Podążając za psianką, stonka dotarła do Kolorado, Nebraski i Dakoty Południowej. W 1824 roku w dolinie górnej Missisipi natknął się na nią znany amerykański entomolog Thomas Say. Skatalogowany przez niego chrząszcz wydał mu się niczym więcej, jak faunistyczną ciekawostką. I pewnie by nią pozostał, gdyby jakiś niesztampowy przedstawiciel jego gatunku nie postanowił spróbować, jak smakuje liść innej rośliny psiankowatej - sprowadzonego tu właśnie przez kolonistów ziemniaka. Smakował znakomicie, był mniej kwaśny i znacznie delikatniejszy niż liście dzikich roślin. To epokowe, w dziejach stonki i ludzkości, wydarzenie nastąpiło w latach czterdziestych XIX wieku. "Danych ścisłych, w jakim mianowicie punkcie miało miejsce przejście chrząszcza na ziemniaki, nie ma, ale najprawdopodobniej było to miasteczko o 200 km na zachód od miasta Omaha (stan Nebraska), położone na "Wielkiej Drodze" Chicago-San Francisco"13. Stamtąd stonka wyruszyła na wschód.
"Tradycja głosi, że zaraz po deszczach w sierpniu owady przylatywały chmarami z prerii i tam, gdzie spadły - znikały uprawy ziemniaków; z tych miejsc na wiosnę wychodziły "legiony niszczycieli""14. W 1874 roku pierwsze chrząszcze dotarły nad Ocean Atlantycki. W następnym gazety zapełniły się lamentami rolników. Stonka była dosłownie wszędzie. Chmary chrząszczy lądowały na ulicach wielkich miast i przeganiały plażowiczów opalających się na nowojorskiej Coney Island. Zaściełały kilometry torów kolejowych, unieruchamiając pociągi. Wdzierały się na statki. Na odłamkach drewna potrafiły przeprawiać się przez największe amerykańskie jeziora.
Z łatwością pokonały też ocean. Już w 1876 roku znaleziono stonkę w jednym z magazynów portowych w Bremie. Rok później pałaszowała młode liście na paru niemieckich polach ziemniaczanych. Łaziła też po statkach w Liverpoolu i Rotterdamie. We wrześniu 1878 roku zawitała ponoć na ziemie polskie, a konkretnie na pole ziemniaków w okolicy Suwałk. Pole zaorano, polano naftą i podpalono. Badacze jednak mają wątpliwości, czy rzeczywiście objawił się tam we własnej osobie "straszny chrząszcz kolorado".
Dzięki powszechnej czujności, ostrej kwarantannie i zastosowaniu radykalnych środków zawleczone do Europy owady udawało się za każdym razem zwalczyć. Aż do 1922 roku, gdy po ustaniu wojennej zawieruchy znaleziono stonkę na rozległych obszarach upraw w okolicach Bordeaux. W czasie I wojny światowej do tego francuskiego portu przybijały liczne okręty sojusznika zza oceanu. Wkrótce rolnicy zauważyli na swoich plantacjach nieznanego chrząszcza. Przyglądali mu się z ciekawością, nie powiadamiając władz. Nie czytali ulotek, nie wiedzieli zatem, z jak groźnym gościem mają do czynienia. Nawet gdy otrzymali od państwa środki owadobójcze do zwalczania nowego szkodnika, woleli używać ich do ochrony swojego narodowego skarbu - winorośli. Wskutek tych kardynalnych zaniedbań gość z Ameryki zaczął zajmować kolejne departamenty kraju. W 1935 roku stonka przedostała się do Holandii i Niemiec, ale zatrzymała się na linii Renu. Po wybuchu II wojny światowej ruszyła dalej.
Stonka skacze ze spadochronem
Amerykańska plaga dotarła do Polski pod koniec wojny razem z frontem i transportami ziemniaków dla wojska. Pierwszym zaatakowanym miejscem była wieś Goleniawy w powiecie kieleckim. W początkach czerwca 1946 roku stonkę odkryła na swym polu mieszkanka wioski Rozalia Wolaszek. Zamiast kartofli z jej ziemi zebrano dwa wiadra larw i chrząszczy. Na jednej roślinie żerowało ich nawet pięćdziesiąt. Winnego znaleziono szybko - w 1944 roku we wsi Goleniawy przez dłuższy czas stacjonowały wojska hitlerowskie. Jak pisał wówczas z przejęciem radziecki badacz stonki: "W związku z wykryciem stonki pod Kielcami wzmożono lustrację upraw ziemniaczanych oraz propagandę o konieczności walki ze stonką. Nawet duchowieństwo zostało wciągnięte do tej akcji: zwrócono się do księży, aby ogłosili w kościołach o zjawieniu się groźnego szkodnika ziemniaka i o sposobach zwalczania go"15. Jeżeli radziecki uczony liczył na pomoc polskiego Kościoła, to sprawa musiała być rzeczywiście poważna.
W kraju ogłoszono najwyższy alert. 17 września 1946 roku wiceminister rolnictwa i reform rolnych Bolesław Podedworny podpisał - w zastępstwie ministra Stanisława Mikołajczyka - rozporządzenie ustanawiające obowiązek walki ze stonką. Każdy, kto na swoim polu zauważył żarłocznego owada, musiał w ciągu dwudziestu czterech godzin zgłosić ten fakt. "Jednocześnie ze zgłoszeniem osoby do tego obowiązane powinny dostarczyć bezpłatnie zarządowi gminy (zarządowi miejskiemu) okazów owadów, larw, poczwarek i jaj stonki, w każdym wypadku uśmierconych naftą, benzyną, spirytusem lub wrzątkiem"16. Wiosną kolejnego roku do wielu mieszkańców wsi i miasteczek dotarło pismo urzędowe następującej treści: "W związku z Zarządzeniem Ministra Administracji Publicznej [...] w sprawie zwalczania stonki ziemniaczanej - szkodnika, którego rozmnożenie się groziłoby nieobliczalnymi stratami dla produkcji rolnej - powołuję Obywatela na członka Brygady Lustracyjnej [...]. Podkreślam, iż ten honorowy urząd jest jednym z konstytucyjnych obowiązków obywatelskich i do przyjęcia go obowiązany jest każdy obywatel tutejszego obwodu"17. Już wtedy akcję przeciwstonkową traktowano jako "jedno z najważniejszych zagadnień gospodarczych i administracyjnych"18 i odpowiedź na poważne zagrożenie dla życia gospodarczego w Polsce.
Ogólnonarodowa mobilizacja z początku przynosiła dobre rezultaty. Nieliczne jeszcze wówczas ogniska stonki dawało się sprawnie ugasić. Do czasu, gdy na polach ziemniaczanych NRD, nowego polskiego sąsiada wyrosłego na gruzach Trzeciej Rzeszy, mocno pod koniec wojny podgryzanej przez insekta, plaga stonki przybrała katastrofalne rozmiary. Trzeba było tę klęskę jakoś wytłumaczyć. "W nocy z 24 na 25 maja 1950 r. amerykańskie samoloty, naruszywszy granicę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wtargnęły w jej obręb i zrzuciły dziesiątki tysięcy stonki ziemniaczanej w kilku rejonach Saksonii"19 - tak brzmiał oficjalny przekaz. Zza Odry napływały kolejne szczegóły, nagłaśniane w polskich gazetach, radiu i kronikach filmowych. Oto pewien enerdowski dróżnik zauważyć miał lecący bardzo nisko samolot, a na nim - amerykańskie znaki rozpoznawcze. "Zaczęto szukać szkodnika i w miejscach, gdzie ich nigdy dawniej nie było, zebrano 9297 stonek ziemniaczanych lub ich larw, z których część była nawet w kopertach"20. Szkodniki znajdowano nie tylko na polach, ale i w dużych miastach, na przedmieściach i na plażach Bałtyku.
Wkrótce amerykański dywersant przekroczył granice Polski Ludowej. 1 czerwca 1950 roku "Trybuna Ludu" alarmowała, że odkrycie ognisk na terenie Polski zbiegło się w czasie z amerykańskimi nalotami na pola NRD. Dwa dni później donosiła: "W woj. szczecińskim nadlatująca zza Odry olbrzymia ilość stonki ziemniaczanej porwana została przez wiatry w kierunku otwartego morza i wpadła do wody. Jednak większa część owadów pozostała przy życiu i rozpoczęła naloty na pobliskie pola upraw ziemniaczanych"21. Taki był początek kartoflanej apokalipsy.
Publikacje na temat groźnego insekta mnożyły się po wojnie prawie tak szybko jak sama stonka
Archiwum autorki
W 1950 roku codziennie wychodziły biuletyny z nazwami miejscowości, w których pojawiła się stonka. Wróg zajmował kolejne terytoria. A także przestrzeń publiczną, coraz gęściej zapełnioną planszami, plakatami i afiszami wzywającymi do walki. Stonka była dosłownie wszędzie: straszyła na ulotkach i etykietach zapałczanych, wyłaziła z broszurek, kołchoźników i ekranów kin. Na propagandę antystonkową wydawano rokrocznie miliony. "Tylko w 1952 r. dla "chłopów i organizacji masowych" przeprowadzono 37 117 pogadanek o stonce. Wydrukowano 30 mln kolorowych nalepek ze stonką na pudełka zapałek, 180 tys. kolorowych plakatów, 1,17 mln sztuk ulotek, obwieszczeń i instrukcji, 505,5 tys. haseł nawołujących chłopów do walki ze stonką, 50 tys. broszur dla dorosłych i 450 tys. dla dzieci. Radio i radiowęzły nadały 2489 pogadanek i komunikatów, a kina (w większości objazdowe) odnotowały 11 145 seansów filmów o stonce. Służbie ochrony roślin rząd przydzielił 927 dodatkowych etatów i tyle samo rowerów. Ale efekty były marne i na kolegium ministerstwa we wrześniu 1953 r. minister rolnictwa Jan Dąb-Kocioł (ZSL) zastanawiał się nad sensem drukowania milionów ulotek, instrukcji i haseł: "Dojdą na gminę i ktoś tam nimi pali w piecu""22.
Same materiały, zamiast informować, często wprowadzały w błąd: przeskalowane na plakatach wizerunki stonki sprawiały, że miastowi wybierali się na walkę ze szkodnikiem nie z butelką, ale z wielkimi widłami. Czy tak samo wierzyli w obraz umieszczony na okładce jednej z propagandowych książek? Widać na niej mały wojskowy samolot pilotowany przez strupieszałego Jankesa. Z samolotu skacze na spadochronie stonka.
"Broń gangsterów z Wall Street"
"Niesłychana zbrodnia amerykańskich imperialistów!" - grzmiała na widok stonki zmasowana propaganda, przytaczając kolejne dowody na celowe bombardowanie nią socjalistycznych ziemniaków.
"Macherzy z Wall Street dokonali zrzutów stonki na tereny Narodowej Republiki Niemieckiej, Czechosłowacji i inne, chcąc nie tylko zrujnować gospodarkę tych państw i skazać na głód szerokie rzesze ludności, ale licząc też na to, że zwiększą swe zyski ze sprzedaży artykułów chemicznych i rolniczych"23. Jak twierdziła enerdowska propaganda, kapitaliści chcieli zarobić na środkach owadobójczych produkowanych przez przedsiębiorstwo IG Farben, które jeszcze nie tak dawno wytwarzało cyklon B.
"Wszystkie te ogniska [...] mają charakter nalotowy, co dowodzi, że stonka dostała się na Dolny Śląsk w wyniku dywersyjnej roboty imperialistów anglosaskich"24 - przekonywała prasa. Agrotechniczny termin "ognisko o charakterze nalotowym", oznaczający, że stonka przyleciała na pole ziemniaków z innego obszaru, wykorzystywano jako dowód na amerykańską dywersję, łącząc pojęcie związane ze swobodnym lotem owadów ze zgrozą nalotów lotniczych wroga, tak żywą jeszcze w straumatyzowanej powojennej pamięci.
Przypomniano też sobie o wcześniejszych podstępach Jankesów. Podczas wojny do atakowanego przez niemieckie lotnictwo Murmańska na okrętach przybywała pomoc sojusznika zza oceanu. Pewna komsomołka, pracownica kwarantanny w murmańskim porcie, wpadła na trop perfidnego sabotażu. Oto każdy z transportów amerykańskich nasion siewnych zanieczyszczony był niebezpiecznymi, a niewystępującymi w ZSRR chwastami, zaś w jednym z worków z fasolą buszował szczególnie groźny szkodnik - "ziarnojad fasolowy"[3]. Amerykanie podsyłali też walczącemu z faszyzmem narodowi radzieckiemu fistaszki pokryte groźnym dla upraw grzybem i tysiące ton kukurydzy zarażonej nieznaną w Kraju Rad chorobą. Nawet wśród kolorowych paczuszek z nasionami sałaty, marchewki oraz groszku nie znalazła się ani jedna wolna od szkodliwych chwastów. "Timeo Danaos et dona ferentes" - boję się Greków, nawet gdy przynoszą dary - zakrzyknąć mogliby czujni komsomolcy, gdyby znali Eneidę. Najwyraźniej wysyłając kolorowe paczuszki z napisem: "Dla dzielnego narodu ZSRR", "władze amerykańskie liczyły na to, że w gorączce wojennej, po cichu, wyrządzą ciężką stratę radzieckiemu rolnictwu"25. Tym bardziej były zdolne do takich czynów po zwycięstwie nad faszyzmem i rozpętaniu zimnej wojny. Wtedy nawet nie musiały uciekać się do wyrafinowanych podstępów, w których wydrążone przez szkodniki ziarna fasoli odgrywały rolę konia trojańskiego. Stonkę Jankesi zrzucali w sposób nieomal ostentacyjny, z nadzieją, że osłabi ona "sytuację ekonomiczną tych krajów, na które została zrzucona, i ułatwi im [Amerykanom] "dyplomatyczną" robotę"26.
Kartoflana burżuazja. Ilustracja Jana Marcina Szancera do książki Stonka i Bronka Jana Brzechwy
Oficyna Wydawnicza G&P
Istniały też dowody pośrednie, symboliczne. Dzięki swoim paskom na chitynowym pancerzu, przypominającym stripes na fladze USA, stonka wydawała się ucieleśnieniem wszystkiego, co amerykańskie. Na okładce pisma satyrycznego "Mucha" z czerwca 1950 roku zastępy amerykańskich żołnierzy-stonek wprowadzają siłą amerykańską kulturę, ciągnąc ze sobą transporty coca-coli (zwanej notabene "stonką w płynie"). Na ilustracjach Jana Szancera do książki Stonka i Bronka Jana Brzechwy owady przypominają nobliwych dziewiętnastowiecznych amerykańskich mieszczuchów w cylindrach, melonikach i fikuśnych damskich kapelutkach. Mają godne prawdziwego burżuja brzuchy, a w odnóżach trzymają laseczki, parasolki i cygara. W książce Zofii Kowalskiej stonka nazywana jest wprost "Amerykaninem" - agresywnym Jankesem o wrogiej i zaborczej naturze. "Stonka przeistoczyła się zatem natychmiast w symbol, w zwierzę - emblemat Zachodu. Jej właściwości zdawały się wyrażać zasadnicze cechy imperialistów"27 - pisał Vladimir Macura. Jednak antropomorfizacja stonki była tylko z pozoru jej nobilitacją. W rzeczywistości przypisywano jej bowiem najgorsze z ludzkich cech.
Ale czy zawsze stonka miała obmierzłą gębę bankiera z Wall Street? W nazistowskim Elementarzu wiedzy o stonce ziemniaczanej jeden z obrazków przedstawia "chrząszcze w czarno-żółte paski przelatujące nad polem w małych śmigłowcach, z których pokładów strzelają do uciekających ziemniaków. Ich przywódca nosi charakterystyczny dwuróg, zwany również "kapeluszem Napoleona", z niebieskim, białym i czerwonym piórem"28. Podczas I wojny światowej Niemcy nazywali stonkę "francuskim chrząszczem", gdyż podejrzewali swoich sąsiadów, że ci rozmnażają ją celowo, by zniszczyć niemieckie uprawy kartofli. Z kolei w czasie II wojny światowej Francuzi nazywali stonką Niemców, ponieważ ci kradli francuskie ziemniaki. "Hasło "Walcz ze stonką ziemniaczaną" przekształciło się w tajny kod ruchu oporu, odnoszący się do aktów sabotażu przeciwko niemieckim okupantom"29.
Także w powojennej Polsce stonka wcale nie musiała stać się Amerykaninem. W 1947 roku inżynier Zdzisław Dąbrowski zdawał się sugerować, że... stonka jest Prusakiem: "główne siły owada rozmieszczone są w mniejszym lub większym oddaleniu od naszej granicy zachodniej", "główny atak może nastąpić jedynie od zachodu"30, "posuwał się on od wielu lat ciągle na wschód dla zdobycia nowych dla siebie przestrzeni życiowych"31. Drang nach Osten i Lebensraum - te dwa terminy jednoznacznie umiejscawiały szkodnika w dziejach tego zakątka Europy. I budziły dodatkową grozę.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.