Kochaj mnie i mojego syna
Myślałam, że to nigdy już się nie zdarzy. Że już żaden mężczyzna nie przytuli mnie z miłością. Nie dlatego, abym była nieatrakcyjna, niczego mi nie brakuje, oprócz... cierpliwości do własnego syna. To przez Stasia wszyscy faceci ode mnie uciekali. Bo Staś każdemu z nich dawał w kość!
Katarzyna (26)
Urodziłam syna niebawem po maturze. Tak, zaliczyłam wpadkę. Jarek, starszy o dwa lata, był - zdawało się - odpowiedzialny.
Zimą przyjechał do miasteczka, z którego oboje pochodzimy, a ja zakochałam się po uszy. I stało się. Do matury podchodziłam już w luźnej spódnicy - mało kto wiedział, że kryję pod nią nowe życie.
Płakałam w poduszkę, bałam się, jak nowinę przyjmą rodzice, ale najbardziej przerażało mnie milczenie Jarka. Zadzwoniłam do niego, gdy tylko zrobiłam test ciążowy. Rzucił, że "wszystko jakoś się ułoży" i "coś się wymyśli". Uwierzyłam. Wprawdzie nocą opadały mnie lęki, ale ufałam, że latem znowu go zobaczę i razem to "coś" wymyślimy.
Latem Jarek nie przyjechał do domu.
Zamiast SMS-a dostałam maila pełnego banialuków. Że on nie jest gotów, że to nie czas na dzieci, że związki na odległość nie mają sensu. Prosił, abym nie robiła scen i nie rzucała mu kłód pod nogi i tym podobne bzdury. Przyznał się, że poznał kogoś, na kim bardzo mu zależy. Na koniec napisał, że chętnie pokryje koszty, gdybym - jak to ujął - chciała się pozbyć problemu. Nie chciałam, nawet nie mogłam sobie tego wyobrazić, a poza tym byłam już w piątym miesiącu.
Staś urodził się jesienią.
Dostał 10 punktów w skali Apgar. Pogodny i uśmiechnięty od rana do wieczora, rekompensował trudy samotnego macierzyństwa. W wychowaniu malucha oczywiście pomagali mi rodzice - bez nich bym sobie nie poradziła. Z mamą i tatą zmienialiśmy więc pieluchy, karmiliśmy i tuliliśmy Stasia, gdy płakał. Pod naszym okiem stawiał pierwsze kroki, uczył się pierwszych słów.
Mimo wszystko się łudziłam, że Jarek będzie chciał poznać swojego syna. Wysyłałam zdjęcia: Staś na huśtawce, Staś samodzielnie jedzący zupę, Staś na hulajnodze, Staś w zoo, Staś lepiący babki z piasku, Staś...
Gdy na skrzynkę mailową przyszły fotografie jego narzeczonej w zaawansowanej ciąży, zrozumiałam w końcu, że w życiu Jarka nie ma miejsca ani na mnie, ani na pierworodnego. Chociaż serce mi pękało za każdym razem, gdy Staś pytał: Gdzie tata? - wiedziałam, że jego tata nigdy się nim nie zainteresuje.
Postanowiłam na nowo ułożyć sobie życie.
Pomógł los. Siostra mamy, ciocia Wanda, wyjeżdżała na kilkuletni kontrakt do USA i zaproponowała pomoc.
- Zamieszkaj u mnie, zaopiekuj się kwiatkami i spróbuj jeszcze raz - powiedziała.
Poczułam, że chyba rzeczywiście czas na zmiany, zwłaszcza że zrobiłam kurs fizjoterapii. Teraz pozostało znaleźć pracę, a Stasia posłać do przedszkola. I tak - dzięki ciotce - mogłam rozpocząć dorosłe, samodzielne życie.
Mój synek w przedszkolu zaaklimatyzował się bardzo szybko. Przedszkolanki zachwycały się dobrze wychowanym, grzecznym i inteligentnym chłopcem. Sielanka nie trwała jednak długo.
Karol nie mógł dłużej znieść mojego Stasia.
- Próbowałem się przekonać, nie dam jednak rady żyć z nim pod jednym dachem! - Czerwony na twarzy pakował walizkę.
Od kilku tygodni pomieszkiwał u nas. Karola poznałam w pracy, w ośrodku rehabilitacyjnym, gdzie był specjalistą od PR-u. Miał 25 lat i - co tu dużo mówić - bardzo mi się podobał. Czułam się przy nim wyjątkowo. Chyba pierwszy raz jak prawdziwa kobieta.
Jestem niebrzydka i niegłupia, ale po rozstaniu z Jarkiem nie umawiałam się z żadnym mężczyzną, choć obsypywano mnie komplementami ze wszystkich stron.
Nie byłam jednak gotowa na romanse. Całą uwagę skupiałam na synku, który nawet na chwilę nie przestał być dla mnie najważniejszy.
Od kiedy zaczęłam spotykać się z Karolem, Staś z dziecka idealnego stał się dzieckiem z problemami. Wkrótce zostałam wezwana na przedszkolny dywanik.
Mój mały rozbójnik zbił łopatką Anetkę, bo nie chciała mu podać wiaderka. A gdy zamknął w szafce kolegę, innemu zaś nasypał do budyniu piasku, pani dyrektor zasugerowała wizytę u specjalisty.
Testy psychologiczne Staszek przeszedł pomyślnie. Dla wszystkich, także i dla mnie, stało się jasne, że kilkulatek jest zazdrosny o mężczyznę w moim życiu.
Póki mogłam, Karola trzymałam z dala od swojego domu i kłopotów z synem. Gdy jednak nasza relacja nabrała rumieńców i zapadła decyzja o wspólnym zamieszkaniu, musiałam wyznać, że borykam się z kłopotami wychowawczymi.
Karol wzruszył ramionami. - Bywa. Poradzimy sobie. Teraz będziemy we trójkę spędzali dużo czasu. Nauczymy się siebie nawzajem - uśmiechnął się promiennie.
Kamień spadł mi z serca. To był potężny huk. Ale po chwili głosik zapiszczał w mojej głowie: To nie będzie zapewne takie proste... Staszek nie podda się bez walki.
Nie myliłam się. Gdy Karol zostawał choćby na kilka minut sam na sam z moim synem, zawsze miała miejsce katastrofa. Raz na placu zabaw Staszek złośliwie uciekł mojemu lubemu i szukaliśmy go w parku przez pół dnia.
W domu zaś dziwnym trafem płyny zawsze rozlewały się tam, gdzie właśnie siedział Karol, a marmolada z prędkością światła lądowała w jego teczce. Oczywiście marmolada z kanapki Stasia. Miarka się przebrała, gdy rozlał biały korektor na ekranie nowego smartfona Karola. Tego mój ukochany nie wytrzymał.
Łukasz odszedł jeszcze szybciej niż inni.
- Wiesz, ile czasu pisałem prezentację dla zarządu? Nie mówiąc o tym, że sprzęt jest do wymiany. Kto za to zapłaci? Ty, ze swojej pensji początkującej rehabilitantki? - szydził Łukasz, młody lekarz poznany na jednym ze szkoleń. Mój ukochany Staszek z miną niewiniątka zniszczył jego służbowy laptop. - Nie spędzę z twoim synem nawet minuty dłużej. Jest złośliwy i niewychowany! - Tymi gorzkimi słowami zakończył nasz kilkutygodniowy związek.
Bez żalu zamknęłam za nim drzwi. Przez zęby powiedziałam do Staszka: - Idź do siebie. I zapomnij, że pograsz na tablecie, masz szlaban!
Potem pół nocy siedziałam na balkonie, patrząc w niebo. Łukasz nie miał racji. Może i Staszek był złośliwy, ale na pewno też dobrze wychowany. Był słodkim i rozkosznym chłopcem, jeśli nie kręcił się przy mnie mężczyzna. Ani Karol, ani Łukasz nas nie kochali - doszłam do wniosku.
Staś spał jak aniołek, ale... z szelmowskim uśmieszkiem. Cały on! - pomyślałam, przyglądając się swojemu dziecku.
Nie chciał, żeby ktoś mnie pokochał.
Jednemu z moich przyjaciół Stasio w restauracji położył pinezki na krześle. Ledwie Jurek w garniturze zasiadł do stołu, odskoczył jak oparzony, wylewając na mnie i na siebie czerwone wino. Więcej się nie pokazał. Innych Staś przeganiał równie szybko. Bartłomieja wystraszył nawet nie dlatego, że wyskoczył z kąta w halloweenowym stroju wampira, lecz dlatego, że ugryzł go w rękę. Facet się wkurzył, kazał znaleźć jodynę, a gdy szukałam jej w łazience, trzasnęły drzwi.
Miałam dość. Wykrzyczałam synkowi, że marnuje mi życie. Popłakał się i przez łzy powiedział, że mnie kocha i nie odda żadnemu facetowi. - Żeby nie wiem co, nie oddam cię - powtarzał.
Usiedliśmy w kuchni przy makowcu. Patrząc na zapłakanego Stasia, uznałam, że na razie to koniec prób ułożenia sobie życia. Postanowiłam też: w pierwszy letni długi weekend pobędę tylko z synkiem. Odpoczniemy, pochodzimy brzegiem morza, najemy się gofrów. - Tylko my dwoje - obiecałam Stasiowi.
Choć pogoda nie sprzyjała, słowa dotrzymałam.
Rozstawiłam parawan i leżak, przykazałam Stasiowi, żeby nie wchodził do wody i bawił się blisko naszego grajdołka. Zatopiona w lekturze ulubionego pisma, usłyszałam rozdzierający krzyk syna:
- Mamo! Piłka mi odpłynęła!
Obserwujący zdarzenie mężczyzna nagle rzucił się do morza. Z synem patrzyliśmy, jak szybko tnie fale i zbliża się do piłki. Po chwili był z powrotem obok nas. Wręczył Staszkowi zgubę, a do mnie puścił oko.
- Na szczęście nie dopłynęła do Szwecji - zażartował.
To był ratownik: miał około trzydziestki, fantastyczne mięśnie i najpiękniejszy uśmiech na świecie. Po chwili niezręcznej ciszy zagaił do Stasia: - No to co, panie kolego, może meczyk na piasku... Rozgrzałbym się po tej kąpieli.
- Pewnie! - krzyknął zadowolony Stasio.
Rozegrali ten ich meczyk, potem we trójkę poszliśmy na lody i gofry. Gdy wymienialiśmy z Krzysztofem numery telefonów, mój syn wprawdzie patrzył wilkiem na nowo poznanego ratownika, ale nie ugryzł, nie rzucał chrupkami.
- To jak, twardzielu, może wpadniesz na basen? - zaproponował Krzysztof.
To były spotkania, o jakich marzyłam od dawna.
Odpoczywałam przy nim i czułam się bezpiecznie. Krzysiek okazał się sympatycznym facetem z poczuciem humoru i, nie zważając na fochy Stasia, ganiał go po boisku, uczył grać w kosza i zaraził miłością do pływania. Zmęczony chłopak zasypiał wcześnie, a my mieliśmy czas dla siebie.
Nawet moi rodzice, początkowo sceptycznie do Krzysztofa nastawieni, gdy lepiej go poznali, zaakceptowali, a nawet polubili.
Pewnego wieczoru wybieraliśmy się do restauracji. Stasiem obiecała zająć się sąsiadka. Stałam już w drzwiach, gdy syn wybiegł z pokoju i powiedział: - Przysięgam, jeśli wyjdziecie razem, ucieknę z domu i nigdy mnie już nie znajdziecie!
Typowy dla dziecka w wieku Stasia szantaż - pomyślałam, ale... kto wie, do czego mój syn jest zdolny. Spanikowałam, lecz wtedy usłyszałam: - Tylko nie zapomnij wziąć śpiwora, bo noce bywają chłodne - rzucił z uśmiechem Krzysztof.
Staś zrobił się purpurowy. Zaraz wybuchnie! - pomyślałam. Rzeczywiście, zaraz wybuchnął, lecz śmiechem.
Krzysiek potargał Stasiowi włosy i powiedział: - Nie świruj, chłopie, nie zabieram ci mamy na zawsze. Idę ją tylko nakarmić. Jeśli będziesz grzeczny, przyniosę ci pyszny deser. Stoi?
- Zgoda! - po namyśle Stasio przybił Krzyśkowi piątkę.
Staś zaakceptował mojego ukochanego, który jego wyskoki ignoruje lub obraca w żarty. To działa!
Miłość i zaangażowanie uczyniły cuda. Staś pokochał też łucznictwo - w domu teraz mamy łuk i strzały, które napawają mnie umiarkowanym lękiem, bo oprócz nich mamy Krzysztofa, który potrafi okiełznać mojego syna i sprawić, że we trójkę nareszcie czujemy się szczęśliwi.