JEDNOSTKA WOJSKOWA TRANDUM, LATO 1992
Ze wszystkich walk, które musi stoczyć
żołnierz Navy SEALs, najważniejsza jest ta pierwsza: walka i triumf
myśli nad ciałem.
Źródło nieznane
Jestem
jednym z bardzo wielu ludzi w tym kraju, którzy brali
udział w piekielnym tygodniu organizowanym przez wojsko. Uczestniczyłem
w nim w szkole podoficerskiej. Przeszedłem także inne podobne
ćwiczenia, może nawet równie ciężkie i pouczające. Dosyć
dobrze sobie z nimi radziłem, ale, o rany, tak wielu było tam
ludzi lepszych ode mnie. Nie przeszedłem natomiast żadnego z dwóch
szkoleń powszechnie uważanych za najtrudniejsze, to jest szkolenia
w ramach naboru do piechoty morskiej i do sił specjalnych. Mimo że
w tym, co piszę, często powracam do moich doświadczeń z wojska,
nie uważam siebie za kogoś szczególnie twardego. Zaznaczam to, by
podkreślić, że ćwiczenia, które proponuję, są w pełni wykonalne
dla większości ludzi.
Poznałem w czasie tych ćwiczeń
wielu wspaniałych facetów, dużo zdolniejszych, wytrzymalszych,
silniejszych i bardziej gotowych do walki ode mnie. Lecz tym, co
sprawiało, że po ukończeniu szkoleń wręcz pękałem z dumy, był
właśnie punkt wyjścia. Zawsze byłem trochę niezdarnym, niepewnym
siebie chłopakiem i nie miałem szczególnego poczucia, że nadaję
się na dobrego żołnierza albo oficera. Być może to właśnie ten
kontrast, ta przestrzeń możliwości sprawiły, że tak dużo się
nauczyłem. I nauka ta znaczy dla mnie tak wiele, że mam ochotę
dzielić się z innymi moimi doświadczeniami. Dziś bardzo się
z nich cieszę. Lepiej czuję się z samym sobą, mam więcej wiary
w siebie, rozwinąłem się jako człowiek. Stało się to z pewnością
- przynajmniej po części - za sprawą hell weeku. Ale latem
1992 roku, kiedy jako dziewiętnastolatek stałem w szeregu z innymi
kadetami w jednostce w Trandum, sytuacja była zgoła inna. Stoicie
tu teraz? Macie ochotę zafundować sobie piekielny tydzień?
_______
Nie wiem. Czuję się niepewny. Spięty, ale
jednocześnie gotowy, by zacząć. Czas oczekiwania był długi i pod
wieloma względami trudny. Stoję w pozycji "spocznij". Dłonie
za plecami, pięty rozstawione w odległości mniej więcej jednej
stopy. Czuję się spokojniejszy niż przed kilkoma minutami. Czuję, że
oddycham głębiej, że moje tętno trochę się uspokaja. Przygotowałem
sobie cały sprzęt, włożyłem właściwy mundur. Mundur polowy. Czapkę
mam na głowie. Polową. Buty świeżo wyczyszczone. Stoję tam. Patrzę
przed siebie. Trochę się pocę. Dochodzę do siebie.
Przed barakami staje w końcu w formacji
jakichś 120 kadetów. Wciąż słyszę bicie własnego serca. Wszystko
stało się tak szybko. Poprzedniego wieczora późno zasnąłem. Gdy
w końcu udało mi się zapaść w sen, natychmiast obudził mnie
wrzask kaprala: Alarm!
Szary świt nad Trandum. W ciągu
zaledwie kilku minut prycza została zasłana, sprzęt skompletowany,
a ja wypadłem z baraku i ustawiłem się w szeregu. Na trawie
wciąż lśniła rosa.
Wszyscy oficerowie patrzą na nas
z ukosa. Lustrują nas. Obserwują. Wyglądają bardzo poważnie. My,
kadeci, jesteśmy zestresowani. Ale staramy się sprawiać wrażenie
opanowanych. Wielu już odpadło w ciągu ostatnich tygodni. Rozglądamy
się wielkimi oczami. Niektórzy jeszcze biegają, poprawiają czapki,
wpychają końce sznurówek w cholewy butów, zaciskają i wiążą
troki wojskowych plecaków. Guziki munduru mają być zapięte. Cały
sprzęt przejrzany i sprawdzony. Czy pamiętaliśmy o zapasowych
magazynkach, saperce, masce gazowej, opatrunku z kompresem, bagnecie
i przyborach do pisania? Pasek przy broni musi mieć odpowiednią
długość.
Ostatni z nas, którzy nie zdążyli
jeszcze zająć miejsc w szeregu, krzywią twarze. Uwijają się jak
w ukropie, by nie skończyć jako spóźnialscy. Co chwila podnoszą
nerwowo wzrok i sprawdzają, czy kapral zwraca na nich uwagę. Ciszę
przery-wa tylko dźwięk wojskowych butów uderzających o asfalt,
chrzęst układanej na żwirze broni i odstawianych ciężkich
plecaków.
Jestem zdenerwowany, ale jednocześnie
pobudzony, trochę podekscytowany i szczęśliwy, że wreszcie się
zaczęło. Ale towarzyszy mi też strach. Boję się. Nie wiem, na czym
mam się skupić, o czym myśleć. Nie jestem pewien, czy mam w sobie
to, czego potrzeba, by stawić czoła kolejnym siedmiu dniom.
Piekielny tydzień. Nazwa mówi sama za
siebie. Rozpoczął się właśnie tydzień z piekła rodem. Wiem, że
kolejne dni wiele zweryfikują. Wydaje mi się, że najważniejsza będzie
niezłomna wola, odwaga, wytrzymałość i siła - zarówno fizyczna,
jak i charakteru. Umiejętność trzeźwego myślenia w stresującym
położeniu, brnięcia przed siebie pomimo zmęczenia, znużenia,
głodu i braku snu. Kolejne dni wykażą, czy mam umiejętności
konieczne do poprowadzenia moich ludzi do walki, czy potrafię o siebie
zadbać w wymagających sytuacjach. Dadzą oceniającym mnie oficerom
podstawę do decyzji o przyjęciu bądź nieprzyjęciu mnie do szkoły
podoficerskiej.
Niedługo przestanę być kadetem. Po
tym tygodniu wszystko się przesądzi. Widzę oczyma duszy błoto,
niekończące się marsze i wrzeszczącego kaprala. Wyobrażam sobie,
że będzie ciężko, boleśnie, frustrująco. Do ustawionych w szeregu
kadetów podchodzi oficer i staje. Z jego ust pada kilka krótkich
instrukcji, po czym gramolimy się na paki ciężarówek. Następny
przystanek: Piekło.
_______
Kilka tygodni później: "Bieg na
przełaj. Kierować się żółtymi taśmami. Nie zatrzymywać
się". Instrukcje były proste, lecz mimo to w naszych głowach
narodziło się wiele pytań. Jak daleko mamy biec? Jak długo? Co się
wydarzy po drodze?
Ruszaliśmy ze startu interwałowego,
więc każdy kadet biegł sam. Biegłem i biegłem. Właściwie czułem
się całkiem nieźle. Wyprzedziłem część tych, którzy ruszyli
przede mną. Pędziłem przez bagna, przez las i otwarty teren. Na
pewnym etapie przestałem się martwić, że zamoczę buty. Nie wiem,
jak długo biegłem. Godzinę. Albo dwie. Może trzy.
Na szczycie wysokiego wzniesienia stał
oficer prowadzący testy sprawnościowe, lepiej znany jako "Spr-Off",
prawdziwy człowiek Północy bez reszty oddany swojej pracy. "Masz
dobry czas, teraz pokaż, jak strzelasz", rzucił do mnie mocnym
północnym dialektem.
Dostałem standardową broń norweskiej
armii, karabin automatyczny AG-3, oraz instrukcję, by przebić pięć
balonów umieszczonych po drugiej stronie toru strzeleckiego. Trafiłem
dwa z nich.
"Do dupy, teraz musisz zrobić
trzy rundy karne", powiedział Spr-Off. Moje umiejętności
strzeleckie nieszczególnie mu zaimponowały. Runda karna polegała
na przeczołganiu się przez błotnisty tor usiany przeszkodami. Było
przeraźliwie zimno. Zaskoczyło mnie, jak lodowate może być błoto
w środku lata. Gdy się w nim położyłem, zabrakło mi na chwilę
oddechu. Błoto było gęste, lepkie i brązowe. Szło mi powoli. Każdy
metr pokonywałem z najwyższym trudem. Czułem się, jakbym w ogóle
nie posuwał się naprzód.
Czołgałem się w tej lodowatej mazi
dość długo. Zupełnie jakbym pływał w syropie. Nigdy wcześniej nie
było mi tak zimno. Gdy wreszcie ukończyłem swoje trzy karne rundy,
kazano mi biec dalej. Nasiąknięty wilgocią mundur był ciężki,
mięśnie zesztywniałe, ale pokuśtykałem przed siebie. Szczękałem
zębami i drżałem na całym ciele. Czułem, że zaczynają się
kurcze w udach. Biegnij, pomyślałem, trochę się poruszasz i zrobi
ci się cieplej. W tym błocie wszystko się skończyło. Przedtem
czułem się dość dobrze fizycznie i miałem pozytywne nastawienie,
ale ta porażka sprawiła, że uszedł ze mnie cały optymizm. Byłem
zmarznięty i zesztywniały.
Ukończyłem bieg, truchtając
z pochyloną głową. Gdy przybyłem do obozu, powiedziano mi,
żebym zmienił ubranie. Przestałem biec i zrobiło mi się jeszcze
zimniej. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem,
ale zupełnie straciłem panowanie nad drżeniem ciała. Cały się
trząsłem. Palce miałem tak sztywne, że ledwie rozpiąłem guziki
munduru. Z nosa ciekły mi smarki, z ust kapała ślina, męczyłem
się z każdym guzikiem. Dłonie przestały mnie słuchać.
W końcu zostałem w samych
majtkach. Skrzyżowałem ramiona na piersi, zgiąłem kolana, stojąc
w pozycji embrionalnej i próbując się rozgrzać. Pogrążyłem się
w apatii. Czułem, że nie mam dość siły ani kontroli nad ciałem,
by zajrzeć do plecaka i poszukać w nim suchych ubrań. Zobaczyłem
przed sobą kadeta, który musiał przybiec do obozu sporo przede
mną. Zdążył się już przebrać i szedł w moją stronę. Miał
na sobie "kapotę", ciepły, wełniany sweter wojskowy. Uśmiechał
się i był w dobrym humorze, rzucił jakiś dowcipny komentarz do
stojącego niedaleko kolegi. Pewnie dopiero co sam się rozgrzał. Znałem
go tylko z widzenia.
Stałem tam w samych majtkach i musiałem
wyglądać żałośnie. Chudy, trzęsący się, zmarznięty. Tamten kadet
podszedł do mnie, spojrzał mi w oczy i jego uśmiech natychmiast
zniknął, a twarz przybrała poważny wyraz. Musiałem patrzeć na niego
błagalnym wzrokiem, bo wyczytałem z jego miny, że się nad czymś
zastanawia. W końcu zdjął z siebie swój sweter i pomógł mi go
włożyć. "Oddasz mi go, jak się rozgrzejesz", powiedział.
Wciąż zdarza się, że myślę
o tym, jak fantastyczny był to gest. Nie zauważył go żaden
z oficerów. Szlachetny czyn kadeta Horna był zupełnie
bezinteresowny. Ujawniła się w nim empatia i zwykła ludzka
życzliwość. Mógł mnie minąć i uznać, że muszę sobie
poradzić sam. Ale zamiast tego oddał mi własny sweter, bym nie
musiał marznąć. Gdy całkiem niedawno opowiadałem tę historię
pewnej kobiecie z Bergen, która znała Thomasa Horna, poczułem ucisk
w gardle. Niewielki gest, który jednak w tamtej sytuacji miał ogromne
znaczenie.
_______
Kilka dni później zostaliśmy podzieleni
na zespoły. Każdy zespół otrzymał wielką prostokątną
skrzynię. Wszystkie były wypełnione piaskiem. Kapral powiedział
nam, że musimy je z sobą zabrać. Nie mieliśmy pojęcia, jak daleka
czeka nas droga, ale wiedzieliśmy, że to co najmniej kilkadziesiąt
kilometrów. Niektórzy twierdzili, że zadanie jest niemożliwe do
wykonania. Przecież to się nie da, ta skrzynia jest za ciężka,
mówili, nie będziemy w stanie nieść jej zbyt długo. Inni szeptali:
Chcą nas tylko wystraszyć. Na pewno poniesiemy skrzynię tylko kawałek,
a potem każą nam ją zostawić gdzieś przy drodze.
Dostaliśmy rozkaz, by maszerować do
nowego celu, który wyznaczono na mapie. I zaczęliśmy kombinować:
Jak zabrać ze sobą tę wielką, ciężką i nieporęczną
skrzynię? Uzgodniliśmy, że przymocujemy do niej długie żerdzie tak,
by można ją było nieść na barkach. Wzdłuż skrzyni zamontowaliśmy
dwa drągi wystające z przodu i z tyłu, tak by mogły ją nieść
dwie osoby. Doliczając broń, plecak i ekwipunek, był to przeraźliwy
ciężar.
Wydaje mi się, że skrzynia ważyła
jakieś 60-80 kilo, mniej więcej tyle, co dorosły mężczyzna.
Stanowiła ogromne obciążenie dla
barków i nóg, lecz mimo to ruszyliśmy z mozołem przed siebie. Po
dłuższym czasie jeden z niosących ją kadetów powiedział: To
niemożliwe, we dwójkę nie damy rady. Zamocowaliśmy więc jeszcze
dwie żerdzie w poprzek tych pierwszych, tak by rozłożyć ciężar
na cztery osoby. Dopiero wtedy zaczęło nam jakoś iść. Poczuliśmy,
że wreszcie możemy posuwać się stosunkowo szybko, mimo że musieliśmy
dźwigać skrzynię.
Cały czas starałem się stawiać sobie
krótkodystansowe cele. Planowałem z wyprzedzeniem zaledwie jednej lub
dwóch godzin, maksymalnie jednego dnia. Wiedzieliśmy, że hell week
będzie trwał mniej więcej siedem dni, ale nie mieliśmy pojęcia,
kiedy dokładnie się zakończy.
Kolejne dni wypaliły mi się w pamięci
jako kwintesencja piekielnego tygodnia. Wydaje mi się, że szliśmy trzy
doby, ale nie mam pewności, bo straciłem poczucie czasu. Pamiętam,
jak strasznie bolały mnie uda i barki. Był to dla mnie zupełnie
nowy rodzaj bólu, silniejszy i bardziej intensywny od jakiegokolwiek,
który odczuwałem wcześniej. Zacząłem rozumieć, czym jest piekielny
tydzień. Ale z tyłu głowy wciąż miałem myśl, że jesteśmy
w stanie wytrzymać więcej, niż nam się wydaje. Pomagało mi
to. W środku całego tego bólu byłem właściwie ciekaw, jak daleko
dam radę to pociągnąć. Myślałem sobie: To istne piekło, ale ja
nie umieram. Tak długo, jak jestem w stanie stawiać jedną stopę
przed drugą, pozostaje mi tylko iść dalej.
Mijały godziny. Z czasem kolejni
kadeci zaczęli odpadać z drużyny. Rezygnowali z powodu urazów,
przeciążenia i wyczerpania. A może to była tylko kwestia "słabej
woli", jak nazywali to nasi oficerowie. Odpadali, poddawali się. Do
dźwigania skrzyni było coraz mniej ludzi. Po drodze musieliśmy
ciągle stawiać czoła symulowanym atakom gazami bojowymi. Trzeba było
wtedy dodatkowo wkładać maski gazowe. W masce trudniej złapać
powietrze. Słyszy się własny nerwowy oddech i widzi tylko plecy
maszerującego przed sobą człowieka. Patrzy się na niego z nadzieją,
że wie, dokąd idzie.
Ból w nogach i barkach stawał się
coraz bardziej nieznośny. Były momenty, kiedy musiałem odliczać po
dziesięć kroków, by w ogóle być w stanie iść dalej. Dziesięć,
dziewięć, osiem, siedem... Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem... Za
każdym razem, gdy dochodziłem do zera, myślałem: Dam radę zrobić
jeszcze dziesięć kroków.
W pewnym momencie wykruszyło się
już tylu ludzi, że pozwolono nam dobrać jedną osobę z innej
drużyny, w której straty nie były tak wielkie. Podporucznik
Johansen powiedział, że możemy wybrać jednego człowieka
z liczniejszego zespołu. Decyzja przypadła mnie. Kadeci ustawili
się w szeregu, a ja wskazałem Petersona, ponieważ był największy
i wyglądał na silnego. Thomas Peterson i ja nadal jesteśmy bliskimi
przyjaciółmi. A wtedy, w środku lasu, zabraliśmy się do dźwigania
skrzyni, on i ja. Musieliśmy ją teraz nieść parami, bo zostało
nas tak niewielu.
W tamtym momencie do końca hell weeku
zostało nam tylko półtorej doby, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Do
dźwigania skrzyni było nas już zaledwie kilku i muszę przyznać,
że coraz częściej myślałem, że to nam się nie uda. A jeśli
ma się udać, to musimy być już blisko końca, stwierdziłem
wreszcie. Jeśli uda mi się zrobić jeszcze jeden krok, będę
trochę bliżej celu. Wszystko ma jakiś kres. To też się wreszcie
skończy. Tylko kiedy?
_______
Po latach pamiętam jedną rzecz lepiej
niż wszystkie inne. Mianowicie to, że jeśli sądzisz, że gorzej
już być nie może, to bardzo się mylisz. Zastanawiasz się, czy
jesteś w stanie znieść cały ten ból i dyskomfort, dźwigać
ciężary, brodzić w zimnej wodzie, być non stop głodny, non stop
niewyspany. W czasie wojskowego hell weeku znajdujesz się cały czas
poza swoją strefą komfortu, bo o to właśnie w tym chodzi i jest
to ekstremalnie trudne wyzwanie. Dyskomfort rośnie w miarę upływu
czasu. I wcale szybko nie znika.
Na początku skręca cię z głodu. Ale
po jednym czy dwóch dniach organizm się przystosowuje. Żołądek
się kurczy i po jakichś dwóch dobach głód przestaje być
już tak dokuczliwy. Najgorszy jest chłód i brak snu. Spaliśmy
po parę godzin tu i tam, wspomnienia mi się zlewają, więc nie
pamiętam dokładnie. Brak snu jest fatalny, o wiele gorszy niż brak
jedzenia.
Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja wygląda
tak: Organizm nie ma nigdy czasu na porządną regenerację. Z godziny
na godzinę jesteś coraz bardziej zmęczony i senny, mięśnie ci
sztywnieją, masz coraz więcej ran i otarć, jest z tobą coraz
gorzej. I właśnie dlatego tak fascynujące jest doświadczenie tego,
ile faktycznie jesteś w stanie znieść. Bo jesteś w stanie iść
dalej, jesteś w stanie dźwigać ciężką skrzynię. Jesteś w stanie
znajdować kierunek, posługując się mapą. Jesteś w stanie wspierać
innych żołnierzy. Doświadczasz, że nawet w takiej sytuacji można
dać sobie radę.
Ludzkie ciało to fantastyczna
machina. Mózg walczy o choćby najkrótsze chwile snu, bo ich
potrzebuje. Zasypiasz na stojąco, może tylko na parę sekund, ale
najwidoczniej i to przynosi skutki. To niezwykłe doświadczenie
- być tak zmęczonym, że dosłownie zasypia się na stojąco.
Pamiętam, jak miałem piętnaście lat
i mój ojciec obudził mnie o czwartej rano, bo mieliśmy jechać na
ryby. Pojechaliśmy z moim przyjacielem Oddem-Fredrikiem do Hvaler
i pierwszy raz w życiu ktoś mnie obudził tak wcześnie. Byłem
straszliwie niewyspany i pomyślałem: Czy naprawdę dam radę teraz
wstać? Moje ciało protestowało tak gwałtownie, że już sądziłem,
iż nadeszła moja ostatnia godzina. Ale jak się to powtórzy kilka
razy, to idzie coraz lepiej. Zna się już sytuację, wie, jak reaguje
organizm, jest się przygotowanym. Dlatego też można skupić się na
czymś innym i nie poświęcać tyle uwagi poczuciu dyskomfortu.
_______
Byliśmy w lesie przez prawie tydzień. A kiedy
spędzi się tyle czasu na łonie natury, ciało zaczyna się
zmieniać. We wszystkich możliwych miejscach miałem drobne ranki,
rozcięcia i zadrapania. Byłem zesztywniały, obolały, siny
i poobijany. Moja skóra też się zmieniła, stała się tłusta,
brudna od sadzy z prymusa, potu i barw kamuflażowych. Zupełnie tak,
jakby zyskała nową warstwę. Również oddech miałem inny, pachnący
acetonem, może było to związane z brakiem jedzenia, nie jestem
pewien. Tak czy inaczej, połączenie tych wszystkich rzeczy sprawiło,
że tam w lesie staliśmy się innymi ludźmi.
Dużą rolę odegrało także to,
że cały czas byliśmy pod gołym niebem. Do tego niedostatek snu,
jedzenia i ekstremalny wysiłek fizyczny. Nigdy nie miało się czasu na
odpoczynek. Wystawialiśmy nasze ciała na próby dotychczas zupełnie nam
nieznane. Wydaje mi się, że zrzuciłem siedem kilo w ciągu sześciu
dni. Krzyki, stres, bieganie, maszerowanie, ciężki plecak, skradanie
się, czołganie, biegi z przeszkodami. Zaczynasz dostrzegać żebra,
widzisz wystające kości, mundur na tobie wisi. Czujesz się dziwnie,
bo nagle bardzo wyraźnie schudłeś. Wiesz, że brak jedzenia i snu
cię osłabiły. Ale mimo to czujesz, że sobie z tym poradzisz, że
spokojnie można iść dalej. Zawsze można iść dalej!
Gdy zaczęliśmy się zbliżać do
jednostki w Trandum, zrozumiałem, że niedługo wszystko się
skończy. Mieliśmy na sobie maski gazowe. Nagle wyrósł przed nami
kapral i wydał rozkaz ruszenia biegiem do jednostki. "Za mną!",
zawołał i zaczął biec przed siebie w szybkim tempie. Próbowaliśmy
dotrzymać mu kroku. Dźwigałem skrzynię i pamiętam, że pomyślałem:
To niemożliwe, on przekracza swoje kompetencje, przecież zaraz nas
zajedzie. Byłem wściekły na biegnącego na przedzie kaprala. Ale nie
mogłem się zatrzymać.
Nagle kapral stanął i zawołał:
"Alarm lotniczy!". Znieruchomieliśmy i potoczyliśmy po sobie
pytającym wzrokiem, a wtedy kapral wrzasnął, że mamy się
okopać. Okopać się?, pomyślałem. Jak, do ciężkiej cholery,
mam się niby okopać? "Macie w ekwipunku saperki, prawda? No
to się okopcie" - polecił kapral głosem, w którym dało
się wyczuć zniecierpliwienie. Znalazłem saperkę, skręciłem
ją pod właściwym kątem i zacząłem kopać, chociaż gdybyś
mnie wtedy widział, być może nazwałbyś to inaczej. Dziobaniem
albo grzebaniem w ziemi. A może dłubaniem. Tak czy inaczej,
było to niezdarne i żałosne. Uświadomiłem sobie wtedy nagle,
jaki jestem zmęczony. To był ostatni dzień piekielnego tygodnia
i bolało mnie całe ciało. Byłem wyczerpany i niewyspany. Saperka
zdawała się ciężka. Stałem zgarbiony, próbując kopać w ziemi
i piasku. Przygotowanie okopu w tamtym miejscu było możliwe w dość
krótkim czasie, ale ja byłem zbyt zmęczony. Nabierałem na saperkę
tylko odrobinę piasku. Nieprawdopodobne. Opuściły mnie wszystkie
siły. Byłem pusty w środku. Samo uniesienie saperki i wbicie jej
w ziemię wydawało mi się wielkim wysiłkiem. Nie dawałem rady
przenosić piasku z miejsca na miejsce. Fascynujące.
W końcu kapral trochę się
uspokoił. Znów zaczęliśmy maszerować i nareszcie dotarliśmy do
jednostki. Przyszedł do nas oficer prowadzący szkolenie i oznajmił,
że piekielny tydzień dobiegł końca.
_______
Kilka dni później zostałem wezwany do biura
komendanta Szkoły Podoficerskiej Wojsk Lądowych, majora Paya. Wzorowego
oficera i doskonałego dowódcy. Przekroczyłem próg. Stanąłem na
baczność, trzaskając obcasami. Klatka piersiowa wypchnięta w przód,
pięty do siebie, ramiona po bokach, zaciśnięte pięści. Wzrok
skierowany przed siebie.
Ciąg dalszy w wersji pełnej