Prolog
Nurek schodzi w głąb morza, spuszcza się na linie, która przypomina pręt
wbity w morskie dno. Mężczyzna wygląda, jakby tańczył, strużki bąbelków
spowijają jego czarny kombinezon. Co pewien czas słychać odgłos
wypluwanego powietrza.
Do pierwszego nurka dołącza drugi, potem jeszcze jeden. Każdy z nich ma
na prawym ramieniu napis STRAŻ PRZYBRZEŻNA. Po kilku sekundach otaczają
wrak.
Kuter, leżący czterdzieści metrów pod poziomem morza u wybrzeży wyspy
Lampedusa, wygląda, jakby osiadł na mieliźnie, zaklinowany w jaśniutkim
piasku. Trzech płetwonurków z butlami na plecach kroczy po pokładzie tej
małej łódki i wchodzi bocznym wejściem. Mija kilka sekund i wyciągają
ciało kobiety.
Wygląda jak dmuchana lalka -?to przez lekkość, z jaką na dnie Morza
Śródziemnego ślizga się na ich rękach. Kobieta jest odwrócona plecami,
ciało opinają ciemne spodnie i podkoszulek. Z ciała wyrastają ramiona i czarne stopy. Długie i kręcone włosy związane są w kitkę. Kobieta
zostaje przeniesiona i ułożona parę metrów dalej, w rogu pokładu. Potem
nurkowie wchodzą do kabiny obok. Na łóżkach leżą dwa ciała. Trzecie stoi
do góry nogami. Podkoszulek porusza się, odsłaniając co chwilę szczupły,
sztywny brzuch.
W trzeciej kabinie siedzi mężczyzna z otwartymi ustami, o nieruchomym
ciele, subtelnym wykroju oczu, dłońmi na serwetce, jakby od miesięcy
czekał na to spotkanie.
To powolna praca. Nurkowie wyciągają ciała chłopca i dziewczyny, potem
kolejnej, z wąskich kabin, w których -?choć wszystko jest poprzewracane
do góry nogami -?panuje dziwny spokój. Całkowita cisza spowalnia każdy
gest.
Ciała są teraz kładzione na piasku przy wraku. Leżą w rzędzie, podczas
gdy członkowie Straży Przybrzeżnej dokładają coraz to nowe. Są ich
dziesiątki, setki. Składają się na bardzo długi rząd. Są takie z twarzą
odwróconą do ziemi, takie z wytrzeszczonymi oczami, z uniesionymi
ramionami, z rękami ułożonymi pod głową, jakby spały. Takie, co leżą
obok siebie, jakby się obejmowały. Takie, co wciąż mają na sobie kurtki,
spodnie, swetry. Takie, co próbowały uwolnić się z ubrań. Takie obute i bose. Takie z kamienną twarzą i takie o twarzy naznaczonej dziwnym
uśmiechem.
Wszystkie są czarne, wszystkie należą do młodych osób.
Nurkowie kontynuują swoją pracę, jakby nie było wody. Jakby spacerowali
po księżycu. Ciała ułożone na płaskiej powierzchni piasku zdają się
leżeć na gołej ziemi. Niektóre przygniecione ciśnieniem, inne
przytrzymywane na dnie przez wodę, przez którą wybuchły im płuca, żadne
nie unosi się, żadne nie dryfuje. Ułożone są grupami. Czekają
cierpliwie, nieruchomo, podczas gdy nurkowie nadal tańczą wokół kutra.
Jedno po drugim zostają załadowane i przetransportowane do góry.
Na pokładzie łodzi Straży Przybrzeżnej kręci się tłum. Nogi się
poruszają, stopy przebiegają, podczas gdy mężczyźni owinięci w skafandry
wynurzają się z morza. Pośród fal, w ciemnoniebieskim skrawku morza
przed łodzią unosi się kilka spuchniętych ciał z rozłożonymi nogami w masie o niemożliwym do określenia kolorze.
W tym całym zamieszaniu ciało dziecko zostaje ułożone na drewnianych
deskach pokładu. Ma może rok, półtora najwyżej, czerwony podkoszulek,
potargane włosy, pulchne policzki. Woda skapuje z jego kończyn.
Głowa ułożona jest na boku, na słońcu. Nieruchoma.
1. Widzieć, nie widzieć, 1
1
Widzieć, nie widzieć, 1
Nazywał się Shorsh, poznałem go pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Było
to chyba w 1998 lub 1999 roku, podczas pierwszej fali napływu do Włoch
kurdyjskich uchodźców, całej masy mężczyzn i kobiet, w większości
młodych, uciekających przed morderczym szałem Saddama Husseina.
Pewnego wieczoru w domu, w którym mieszkałem z innymi studentami w okolicach Mostu Mulwijskiego, Shorsh pokazał nam kasetę wideo. Trzymał
ją w kieszeni kurtki razem z pomiętymi kartkami pełnymi notatek w różnych językach, rachunkami, planem Rzymu z niektórymi ulicami
zaznaczonymi długopisem. Kaseta VHS nie miała pudełka. Kiedy włożyliśmy
ją do odtwarzacza, powiedział nam tylko, że dotyczy Kurdów. "Dotyczy
nas". Poprzedniego wieczoru dał mu ją przyjaciel na placu przed dworcem
kolejowym Termini.
Potem ukazały się obrazy i nagle czas się zatrzymał. Nigdy w życiu nie
oglądałem czegoś takiego. Operator -?idąc po drogach niepokrytych
asfaltem -?kręcił się między niskimi domami jakiejś wiejskiej
miejscowości. Żadnego słowa komentarza, żadnego dźwięku w tle, z wyjątkiem odgłosu jego kroków. Potem nagle dwa nieruchome ciała na
ziemi, przekrwione twarze leżące przed ciemnymi drewnianymi drzwiami
domu. To nie były jedyne zwłoki: cała masa siedzących i leżących ciał
wylewała się na pełne kurzu ulice. Gdy mężczyzna z kamerą na ramieniu
wchodził z wstrzymanym oddechem do jakiegoś niskiego domu, sytuacja
wcale się nie zmieniała. W ciasnych pomieszczeniach między stołami,
krzesłami i kilkoma dywanami coraz to inne ciała leżały na ziemi.
Te skąpe obrazy przedstawiały rzeź w Halabdży: podczas wojny z Iranem, w marcu 1988 roku, został przeprowadzony atak chemiczny na kurdyjskie
miasteczko w Iraku. To nie były zdjęcia zagłady podczas jej trwania, ale
cisza, koniec życia po ataku furii. Przedstawiały obsceniczną twarz
śmierci.
Później, podczas procesów przeciwko dowództwu wojsk irackich, zostanie
to nazwane aktem ludobójstwa, w którym życie straciło 5000 ludzi.
Mężczyzn, kobiet, starców, dzieci, razem z ich zwierzętami, krowami,
osłami, psami, końmi, tak licznymi na filmie, leżącymi na ziemi, tak
samo jak ludzie przy ich boku. Mężczyzna z kamerą zdawał się skupiać
swoją uwagę głównie na koniach -?zęby na wierzchu, muchy krążące wokół
wysuszonych już nozdrzy, nogi wygięte, jakby były z gumy.
W tamtej chwili w okolicach Mostu Mulwijskiego te oschłe obrazy, które
spadały na nas bez żadnego komentarza, żadnego wytłumaczenia, zdawały mi
się całkiem wyzute ze wstydu, bezgranicznie niezdarne, niezrozumiałe
poza oczywistym faktem masowej śmierci, faktem, że doszło do rzezi tak
absolutnej, iż wydawała się odległa od naszej rzeczywistości.
Przynajmniej tej, której byliśmy częścią, czyli grupy włoskich studentów
zgromadzonych w rzymskim domu pod koniec XX wieku.
Nagle zdałem sobie sprawę, że patrzyłem na te obrazy, nie będąc w stanie
ich zinterpretować. A przecież dla Shorsha te obrazy były wszystkim. Nie
były wytworem Historii, ale jego teraźniejszością. Nie były odbiciem
teoretycznym, ale żywą materią. Dokładnie tłumaczyły powody jego
ucieczki do Włoch, odkrywały przeszłość pełną nieopisanych aktów
przemocy, których był naocznym świadkiem, podobnie jak jego rodzina i przyjaciele, o ile nie padli ich ofiarą. Zawierająca je kaseta VHS była
świętą szkatułką, na którą Shorsh w pewnej chwili popatrzył jak na
relikwię, zanim nie zaczął na nią dmuchać, aby usunąć jakikolwiek
najmniejszy pyłek kurzu: była cenniejsza od złota.
Od poprzedniego wieczoru nie wyciągał jej z kieszeni kurtki. Późną nocą
wyjęliśmy kasetę jednego z filmów, które mieliśmy w domu, z twardego
plastikowego opakowania i daliśmy je Shorshowi. Teraz mógł chronić tę
jedyną nić, która nadal łączyła go z jego światem.
Dużo czasu zabrało mi zrozumienie mocy tych obrazów. Ale ta trudność
rozmawiania o nich nie dotyczyła jedynie przemocy tamtego konkretnego
dnia, tamtego momentu. Dotyczyła również podróży Shorsha do pogodnej
Europy, jego statusu uchodźcy w następnych latach, tego wieczoru przy
Moście Mulwijskim.
Od paru miesięcy pracowaliśmy jako ochotnicy w szkole języka włoskiego
dla imigrantów, która powstała przy centro sociale1 na via
Prenestina, na drugim krańcu miasta. W krótkim czasie sale wypełniły się
dziesiątkami uchodźców takich jak Shorsh i wydawało nam się, że ponosimy
porażkę wobec wzrastającej trudności w rozwiązywaniu wzajemnego
niezrozumienia językowego. Większość z nas nie miała najmniejszego
przygotowania dydaktycznego, choć zamęczaliśmy się, zapełniając plakaty
odmianą czasowników i zdaniami z najbardziej podstawowych dialogów. Nie
trwało to jednak długo. Mimo to z niektórymi z nich, między innymi z Shorshem, zaprzyjaźniliśmy się, przenosząc nasze spotkania i rozmowy
poza zimne sale centro sociale.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy odczułem, jak trudno jest zrozumieć
życie przed podróżą, ten zbiór wydarzeń poprzedzających każdy wyjazd
dziesiątek, setek tysięcy migrantów, napływających do europejskiej
granicy. A przecież nikt nie zaczyna żyć w chwili, gdy statek, na którym
podróżuje, pojawia się u naszych brzegów: podróż zaczyna się wcześniej,
lata wcześniej, a leżące u jej podstaw powody są często złożone.
Osobiste pobudki nie są przecież trudne do zrozumienia. Każdy, kto
wyjeżdża, robi to, aby uciec od sytuacji, która stała się nie do
wytrzymania, lub w celu polepszenia własnego życia, zaoferowania godnej
przyszłości żonie czy dzieciom lub dlatego, że kuszą go światła miasta,
pragnienie zmiany otoczenia. Tak, to przecież można zrozumieć. To, co
często jest dla nas niepojęte, to fragmenty Historii, zamęt społeczny,
światowe przełomy, które oplatają osobiste pobudki tak ściśle, aż je
zgniatają. Niezrozumiałe, bo pochodzą dosłownie "z innego świata".
Tego wieczoru przemoc wobec Kurdów w Halabdży zdawała mi się wręcz
pornograficzna w tej swojej powolnej sekwencji nieruchomych ciał ludzi i zwierząt, ponieważ nie wiedziałem nic o ich historii, o masowych
zabójstwach dokonanych przez reżim w Bagdadzie. Może inaczej: nie
wiedziałem wystarczająco dużo. Nie na tyle, aby móc odcyfrować te kadry.
Myślę, że to jest główny powód, dla którego trudno jest nam zrozumieć
tych boat people, którzy docierają na wybrzeża Europy. Łatwo jest nam
stosować kategorię "ofiar", przynajmniej wtedy, gdy uda nam się uwolnić
od obsesji bycia najechanymi. Jednak ta kategoria wydaje się niewyraźna,
prawie pozbawiona ciała i historii, tak jak te obrazy z Halabdży, które
przewijały się przed moimi oczami bez żadnego komentarza podczas
wieczoru pozornie takiego samego jak wszystkie inne.
Spotykałem się z Shorshem przez pewien czas. Gęste i grube wąsy,
zapadnięte policzki, papieros zawsze w dłoni, o rozmiar za duże spodnie
na nogach, które -?jak można było się domyśleć -?były bardzo chude.
Bardzo zależało mu na tym, aby wszyscy wiedzieli, że jego imię w języku
kurdyjskim oznacza rewolucję.
Był doskonałym kucharzem, choć sam jadał malutko z tego, co z wielką
uwagą przygotowywał. Pamiętam, że pewnego dnia w szpitalu San Camillo
lub San Giovanni przeszedł wstydliwą dla niego operację chirurgiczną.
Niechętnie o tym opowiadał. Na jego odbycie znaleziono rany, które
powodowały ciągłe nawroty hemoroidów. To było następstwo tortur w irackich więzieniach: mówił, że zmuszano go do ciągłego siadania z opuszczoną bielizną na szklanej butelce. Na początku, widząc wybuchy
śmiechu strażników, odczuwał tylko wstyd. Ale gdy we dwóch złapali go za
ramiona i wbili na szyjkę butelki, ostry ból ustąpił miejsca uczuciu
mdłości. To właśnie dlatego parę miesięcy później otrzymał azyl
polityczny we Włoszech. Shorsh był pełnoprawną ofiarą tortur.
Nie wiem, co się z nim stało, minęło wiele lat. Jakiś czas temu od
wspólnego przyjaciela dowiedziałem się, że po pojmaniu Saddama w 2003
roku chciał wrócić do Kurdystanu. Odbył podróż z powrotem, po tej, która
zawiodła go do Europy z nadzieją, że odbuduje tam sobie nowe życie.
Może zagubił się w meandrach nowego Iraku pośród konwulsji bardzo
długiego powojnia, pochłoniętego szybko przez dziką anarchię, z której
grzęzawiska wydobyli się oprawcy z Państwa Islamskiego. A może udało mu
się utrzymać na powierzchni.
To tylko hipotezy. Już nigdy więcej nie usłyszałem o Shorshu. I teraz
czuję się winny. Nie dlatego, że "zajmowanie się" nim było moim
obowiązkiem. Czuję się winny z tego prostego powodu, że nie potrafiłem
zrozumieć wielu rzeczy, zanim nie przepadł w pustce. Tej samej, z której
przyszedł.
I to właśnie w ten sposób rozwinęła się u mnie ta obsesja. Próba
sprawienia, że ta pustka stanie się trochę mniej pusta. Próba ominięcia
kategorii "ofiary", która nic nie tłumaczy ze złożonego życia istot
ludzkich. Próba rozwikłania nici wydarzeń -?na pierwszy rzut oka
niezrozumiałych w ich gąszczu przemocy, żałoby, ucisku -?które przecież
określają życie tylu osób.
Minęło ponad 15 lat od tamtego wieczoru przy Moście Mulwijskim. To
właśnie obcując z Shorshem i innymi Kurdami przybyłymi do Rzymu w tych
samych miesiącach, odniosłem wrażenie, że przekroczenie europejskiej
granicy zaczęło stawać się faktem globalnym; że na pokładzie tych łodzi,
które napływały wtedy na wybrzeża apulijskie, jak później na Lampedusę i Sycylię, nie znajdowali się tylko uchodźcy bałkańscy, albańscy
uciekający przed upadkiem klaustrofobicznej dyktatury, ale też ludzie
przybywający z jak najdalszego Wschodu.
Istniał Wschód bardziej na wschód od Bałkanów. I Południe bardziej na
południe od Maghrebu. Odległość dzieląca nas od tych krajów i ich nasza
słaba znajomość często ocierały się -?z naszej winy -?o egzotykę.
Właśnie wtedy biznes przemytników stał się gigantyczny: gdy wybrzeża
włoskie stały się bramą do Europy, a Europa próbowała postawić szereg
murów przed własnymi granicami.
W ostatnich latach poznałem wielu osób takich jak Shorsh. Z wieloma
straciłem kontakt. Niemało z nich zaginęło w pustce, zanim mogłem się
dowiedzieć o nich więcej. Niektórzy umarli właśnie wtedy, gdy myśleli,
że udało im się zostawić Historię daleko za sobą.
I stąd właśnie moja obsesja. Jeśli wybrzeża Europy nie mogą być niczym
innym jak tylko granicą, warto spróbować wbić w piasek pewne konkrety,
strzępy istnienia, które w innym wypadku zniknęłyby wraz ze znikaniem
osób. Granica jest termometrem świata. Kto zgadza się na niebezpieczną
podróż w nieludzkich warunkach, przekraczając granice, które napotyka na
swojej drodze, nie robi tego, bo lubi ryzyko lub pragnie własnej
śmierci, ale dlatego, że ucieka od jeszcze gorszej rzeczywistości. Lub
dlatego, że na jego skórze został wzniesiony świat, którego zmiana
wydaje się mu niemożliwa.
2. Przekroczenie smugi
2
Przekroczenie smugi
Joseph Conrad na początku Smugi cienia pisał: "Idzie się naprzód. I czas też idzie -?aż póki nie dostrzeże się przed sobą smugi cienia,
ostrzegającej, że i tę krainę wczesnej młodości trzeba pozostawić za
sobą"2.
Kraina pierwszej młodości... Jej koniec. Po poznaniu historii Alego
musiałem powrócić do tych zdań.
Wkroczenie do świata dorosłych, odkrycie śmiertelności, wzlotów i upadków życia ma często miejsce podczas podróży. Conrad wyczuł, że
istnieją obrzeża życiorysu, które zbiegają się z kresem morza. To
właśnie tam, gdzie pewne granice stają się niepewne, rozwierają się
nieskończone szczeliny, przez które przechodzi się w inny wiek życia.
Właśnie tam, wśród biegnących fal, w nieokreślonym miejscu, bez
współrzędnych, których można by się było złapać, gdzie wszystko jest
horyzontem, słońcem za dnia i gwiazdami w nocy, i wymiotami, i niepokojem, ciszą, rozwiązłością ciał, właśnie tam, gdzie nieskończoność
zbiega się z marnością każdego, w tym nieokreślonym miejscu człowiek
żegna się z krainą pierwszej młodości. Lub raczej -?niektórym udaje się
to zrobić, podczas gdy inni wkoło więdną.
I taka była właśnie historia Alego.
Zanim nie porzucił Darfuru, ziemi, na której się urodził, nigdy nie
widział morza. Wiedział tylko, że składa się z wody i że od czasu do
czasu ktoś rzucał mu wyzwanie. Nigdy jednak nie przyszło mu do głowy, że
pewnego dnia ten los przypadnie w udziale i jemu. Jeszcze długo po
fatalnej podróży -?Wielkiej Podróży, która zabrała go do Europy po
przeprawie przez Morze Śródziemne, to wielkie i groźne morze -?nosił w pamięci powody, które popchnęły go do tej ucieczki. Ten pierwszy i jedyny raz, gdy opowiedział mi swoją historię, Ali pamiętał każdy jej
fragment.
"Miałem dwadzieścia jeden lat", powiedział i przerwał, zrobił pauzę, aby
ponownie uruchomić strumień myśli pozostawionych kto wie gdzie.
"Miałem dwadzieścia jeden lat", powtórzył, przełykając. "Grudniowy
poranek, szósta rano. Byłem w Markubie, mojej wiosce, modliłem się. W domu były cztery siostry, moich pięciu braci, mama i tata...". Krótko po
świcie przybyli Dżandżawidzi, bandy szabrowników kradnących zwierzęta.
"Nadjechali na koniach, było ich ponad stu. Adam, mój sąsiad, miał wiele
krów. Dżandżawidzi zabili go przed jego własnym domem, bo nie pozwolił
im odebrać sobie zwierząt. Wódz wioski uderzał w bęben, aby ogłosić
alarm, ale Dżandżawidzi galopowali na koniach między domami. Galopowali
jak szaleni, wdzierali się, kradli i zabijali. Nie mieliśmy strzelb, by
się bronić, tylko włócznie. Czterech z nich chciało mnie złapać, ale
uciekłem między drzewa. W puszczy konie nie mogły mnie doścignąć".
W sali szkoły języka włoskiego dla obcokrajowców na obrzeżach rzymskiej
peryferii Ali -?z pomocą Marca -?opowiadał mi o swojej ucieczce.
Marco był jego nauczycielem. On też był w tej grupie, która lata
wcześniej próbowała zrealizować pionierski projekt, trochę wymuszony,
przy via Prenestina. Jednak w odróżnieniu od większości z nas nie poddał
się. Zdecydował, że będzie się uczyć, dokształcać i zacznie od nowa na
poważnie w innej siedzibie, z innymi ludźmi, przekonany o tym, że szkoła
była przestrzenią niezbędną do wymiany i spotkań, bez względu na
realizację podstawowych potrzeb przez ośrodki dla cudzoziemców, które
powstawały w Rzymie jak grzyby po deszczu.
W ciągu ostatnich miesięcy w ramach projektu, któremu poświęcał wiele
godzin dziennie, zbierał historie swoich uczniów. Teraz pozwalał mi ich
wysłuchać na żywo, towarzysząc im w opowiadaniu, pomagając przy
trudniejszych słowach, tych, których nie potrafili wymówić. Ze
wszystkich historii to właśnie historia Alego odcisnęła mi się
najbardziej w pamięci. "Dobiegłem aż do rzeki o nazwie Mile",
kontynuował chłopiec cichym głosem, "i schowałem się w zwierzęcej norze
wykopanej w ziemi. Wyszedłem dopiero w nocy i zacząłem iść w kierunku
Al-Dżunajny, gdzie mieszkali krewni. Dotarłem tam nad ranem, buty mi
całkiem popękały. Tego samego wieczoru ruszyłem ponownie w drogę, do
Czadu. Tam zatrzymałem się na rok w obozie dla uchodźców i jak tylko
odłożyłem trochę pieniędzy, ruszyłem do Libii. Od dnia ataku na wioskę
nie zobaczyłem już nigdy więcej mojej rodziny. Wiem, że są w obozie dla
uchodźców w Darfurze, ale nie mogę porozmawiać z nimi nawet przez
telefon".
Ponownie przerwał opowiadanie, wbijając wzrok w plakat na ścianie, na
którym wytłumaczone było użycie czasowników posiłkowych. Potem poszukał
spojrzeniem moich oczu: "Miałem dwadzieścia jeden lat, teraz mam
dwadzieścia pięć".
?
Dzisiaj Ali jest wędrownym sprzedawcą w Rzymie, a latem zbiera pomidory
w Foggi razem z Sudańczykami, z którymi zaprzyjaźnił się we Włoszech.
Robi tak każdego roku: wsiada do pociągu, gdy tylko dowiaduje się, że są
już dojrzałe do zbiórki, i przez kilka tygodni mieszka razem z innymi
robotnikami sezonowymi w miasteczkach blaszanych baraków, nazywanych
gettami. O kapo mówi, że "nie są ludźmi", że gromadzi się w nich esencja
niegodziwości i żądzy pieniędzy, obca tym, którzy spędzają całe dnie na
pracy w polu.
Historia, którą opowiedział mi tamtego dnia, była jasna, ciągła,
szczegółowa, niemniej jednak po godzinie zdałem sobie sprawę, że w jej
przebiegu była wielka dziura. Czegoś brakowało, tej strony, o której nie
chciał pamiętać, a która jest, jak wiem, decydująca w każdej historii
migracji: podróży przez Morze Śródziemne. Zrozumiałem, że nie chciał o niej opowiadać. Potrafił opowiedzieć o każdym najmniejszym szczególe
przemocy w Darfurze, ale ani słowa o Podróży. I wtedy zrozumiałem, że
lepiej było nie naciskać.
Parę dni później zadzwoniłem do Marca i zapytałem, czy wie coś o morskiej przeprawie Alego. Powiedział mi, że odkąd go zna, Ali ma
powracający sen. W niektóre noce pamięć owijała się wokół bolesnego
skrzepu, który pękał w tysiące wariackich obrazów. Następnego dnia
przychodził na zajęcia roztrzęsiony i powtarzał tym, którym ufał: "Śniło
mi się, że byłem w Libii. Wsiadałem na statek płynący do Włoch i umierałem pośrodku morza". Krok po kroku, miesiąc po miesiącu, opowiadał
mi Marco, otworzył się też przed innymi uczniami. A to nowe zdanie, a to
nowy obraz. Jednak tylko raz jeden opowiedział całą swoją historię ze
wszystkimi szczegółami.
Po przybyciu do Trypolisu Ali oddał wszystkie pieniądze, jakie mu
zostały, 1000 euro, Libijczykowi, który miał zorganizować przeprawę.
Powstała grupa trzydziestu osób, wśród których były kobiety i dzieci, i wypłynęli w środku nocy. Łódź, to znaczy to, co nazywano "łodzią", była
ciut większa od kutra. Wchodząc na pokład po luźnych deskach, zdał sobie
sprawę, że minęło półtora roku, odkąd znalazł ratunek wśród drzew
otaczających jego wioskę.
Następnego dnia, 80 mil morskich na południe od Malty, zepsuł się
silnik. Ten, który podawał się za doświadczonego kapitana i wyprowadził
ich w morze, tak naprawdę był oszustem. Tylko raz jeden zaciągnął się na
statek jako "asystent" zawodowego przewoźnika. Teraz nie wiedział, co
zrobić z łodzią, spalił silnik i upił się, aby odgonić sprzed oczu widok
fal, które rozbijały się o dziób.
Mieli zapasy jedzenia na dwa dni, ale woda pitna już zaczynała się
nagrzewać. Mężczyźni na zmianę próbowali swoich sił przy sterze,
starając się go przekręcać to w jedną, to w drugą stronę. Przez kilka
minut próbował i on, Ali, choć przecież zobaczył morze po raz pierwszy
zaledwie parę dni wcześniej. Ale łódź nie dawała znaku życia. Morze,
myślał Ali, było całkiem głuche na ich prośby. Imponujące,
nieposkromione, niezrozumiałe...
Trzeciego dnia histeria zaczęła szerzyć się wśród zebranej na chybcika
załogi. Podczas sprzeczki młody Etiopczyk Abeh rozbił nos fałszywemu
kapitanowi, a gdy ten chciał mu odpowiedzieć, nazywając go "czarnuchem",
złapał go za gardło, chcąc udusić. I zrobiłby to, gdyby nie powstrzymali
go towarzysze. "Nie ma potrzeby", powiedział Sulejman, najstarszy z mieszkańców Darfuru obecnych na łajbie, "bądź spokojny, oszczędzaj siły...
za dwa dni i tak wszyscy umrzemy".
Po południu jedno z dzieci, ledwo ponadroczne, straciło przytomność.
Jego ciało było rozgrzane jak żagiew, a ogromne źrenice wywrócone do
góry. Użyto połowy zapasów słodkiej wody, która im została, aby dać mu
pić, polać twarz, ramiona, nogi, ciało. Wszyscy starali się je uratować,
ale było już za późno. Ono umarło jako pierwsze.
Następnego dnia gorąc zaczął palić również ciała dorosłych. Alemu
chciało się pić, czuł, jak schnie mu powoli język, gardło, żołądek,
palce u stóp. Chciał pić, tylko pić, ale woda się już skończyła. Chcąc
oderwać myśli od pragnienia, zaczął wspominać swoją wioskę, zakątek
ukryty przed słońcem tuż za domem. Ale jak bardzo by się nie starał, nie
udawało mu się zapełnić swojego snu na jawie kobietami i mężczyznami.
Jakiś dziwny cień zdawał się kłaść na jego przeszłości.
Popołudniem piątego dnia zaczął odczuwać zimno. Owinął się w prześcieradło, które znalazł w ładowni, i leżał nieruchomo, rozmyślając.
Bezskutecznie próbował przywołać przeszłość. Potem zasnął. Obudził go
płacz kobiety zgiętej wpół nad nieruchomym ciałem córki. Ten jęk był
długą i nieznośną skargą, co pewien czas przerywaną nagłymi krzykami.
Mąż siedział przy niej z zamkniętymi oczami i ręką na jej ramieniu.
Na ten widok Ali próbował się rozbudzić, resztką sił zerwać z siebie
prześcieradło. Umrę tutaj, myślał, umrę tutaj... Potem zapadł w głęboki
sen.
Gdy się obudził, zdawało mu się, że widzi przed sobą kobietę o jasnych
włosach ubraną na biało, sprawdzającą mu puls i krzyczącą do innych, aby
się uwijali, pośpieszyli. Poczuł, że ktoś ciągnie go za ramiona i kładzie na leżance. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest na lądzie.
Został nawodniony i opatrzony w miejscu, które wyglądało na małą
przychodnię. Starając się zrekonstruować to, co wydarzyło się po śmierci
dziewczynki, zrozumiał, że leżał bez czucia przez dwa dni. Oprócz dwojga
dzieci zmarły jeszcze cztery osoby z tych, które wyruszyły z Trypolisu.
Ciała dwojga z nich zostały wrzucone do morza, pozostałej dwójki już
nikt nie miał siły podnieść. I tak na ostatnim etapie podróży zmarli i żywi dzielili między sobą tę samą ciasną przestrzeń.
Ali nie pamiętał nic z tych dwóch dni, podczas których żaden z płynących
nie potrafiłby powiedzieć z pewnością, do której grupy należał. Tak
lepiej, myślał, leżąc w czystej pościeli.
Powolutku odzyskiwał pamięć, obraz wioski, twarzy bliskich. Wreszcie
udało mu się odgonić ten dziwny cień, który przesłaniał wszystko, gdy
był na łodzi. Niemniej jednak, choć każda rzecz wydawała się
wyraźniejsza, myślał o tych twarzach i przedmiotach, jakby należały do
odległej epoki. To nie tylko fizyczna odległość, fakt bycia w Europie, a nie w Afryce, sprawiały, że tak myślał. Czuł, że przekroczył jakąś
smugę, że uczepił się paznokciami nowego życia, rezygnując raz na zawsze
z poprzedniego. Tylko wtedy zrozumiał, że znój, który zmuszony był
przejść, całkowicie zaprzepaścił jego młode lata.
Powiedziano mu, że po upływie tygodnia ma zwolnić łóżko w przychodni i udać się do ośrodka. Dla innych był tylko numerem. Numerem wśród
uratowanych, do zapamiętania obok numeru utopionych. Fragmentem
statystyk o napływie. "Humanitarnym" przypadkiem do załatwienia. Leżąc
na łóżku, wiedział, że oni, Włosi, nigdy nie będą potrafili zrozumieć.
Nigdy nie będą potrafili pojąć, co znaczy przekroczyć tę smugę. Zrobić
to samemu, na morzu, w wieku dwudziestu jeden lat, podczas gdy wszystko
wokół przemija.
3. Hamid
3
Hamid
W ciągu ostatnich lat wiele razy wracałem do szkoły języka włoskiego dla
ubiegających się o azyl, gdzie poznałem Alego. Nazywa się "Asinitas" i ma siedzibę przy podstawowej wspólnocie chrześcijańskiej Świętego Pawła
za Murami, przy via Ostiense, na południe od Piramidy Cestiusza, w jednym z tych miejsc, w których -?daleko od chaotycznego bezruchu
centrum -?stolica zdaje się tworzyć siebie na nowo szybciej, a przynajmniej mniej wolno niż gdzie indziej. Widać to po budynkach i nowych konstrukcjach. Widać to przede wszystkim po życiu ulicznym, po
ciągłym wrzeniu na zakorkowanych pasach via Ostiense oraz bieganinie w tę i z powrotem przy przystanku metra Garbatella.
Szkoła zajmuje jedną dużą salę na parterze i jeden mały przylegający do
niej pokój. Przy czterech lub pięciu stolikach tłoczą się młodzi i bardzo młodzi ludzie, głównie Afrykańczycy, z długopisami, zeszytami,
kartkami papieru. Przy nich czterech lub pięciu
nauczycieli-wolontariuszy. Pomagają im w ćwiczeniach, słuchają pytań.
Mój przyjaciel Marco, jeden z twórców szkoły, poświęcił się teraz czemuś
nowemu: razem z grupą byłych uczniów, którzy uczestniczyli w jego
zajęciach, założył drukarnię metodą sitodruku. Nazywa się Else i po
zebraniu biografii podobnych do tej Alego wydała bardzo kolorowe i bardzo starannie zredagowane książki, w których obrazy przeplatają się z tekstem. W związku z tym, że metoda sitodruku jest wyjątkowa, książki
ukazują się w edycjach limitowanych: ich przygotowanie wymaga bardzo
cierpliwej, dokładnej i precyzyjnej pracy, a na wykończenie jednego
egzemplarza potrzeba średnio wielu godzin, o ile nie dni.
Podczas mojej ostatniej wizyty w szkole Elena, jedna z nauczycielek,
tłumaczyła jakieś włoskie słowa, wskazując ołówkiem na wielkie drzewo o zielonych liściach, narysowane na plakacie na ścianie. Od razu
zaskoczyło mnie żywiołowe natężenie uwagi panujące w klasie. Pomimo huku
pytań, trudności w rozumieniu, wybuchów śmiechu uczniowie z wielkim
zainteresowaniem śledzili lekcję Eleny.
Wróciłem na via Ostiense, bo dwie inne nauczycielki, Cecilia i Carolina,
powiedziały mi, że koniecznie muszę poznać jednego chłopca.
Opowiedziałem im o moim pomyśle, próbie zebrania jak największej liczby
historii dotyczących granicy śródziemnomorskiej i jej przekraczania,
przeprawy przez morze i ląd, wysłuchania tych, którym się udało, i uratowania świadectwa tych, którym się nie powiodło.
"Jeśli nadal zajmujesz się katastrofami statków", napisała do mnie
pewnego wieczoru Cecilia, "musisz koniecznie spotkać Hamida". Niemniej
jednak, gdy kilka dni później zapytała mnie o powód, dla którego właśnie
teraz zdecydowałem się temu poświęcić, a nie zająłem się czymś innym,
odpowiedź, jaka nasunęła mi się w sposób naturalny, brzmiała: "Bo
granice się zmieniają".
Te słowa wyszły z moi ust nagle. Potem zacząłem się nad nimi zastanawiać
i zrozumiałem, że choć była to odpowiedź banalna i oczywista, to właśnie
od niej powinienem wszystko zacząć.
Granice zmieniają się, nie pozostają stałe. Europa rozszerza się, a punkty wejścia zmieniają. Rozpętują się wojny, upadają dyktatury,
wybuchają całe obszary świata i otwierają się nowe przejścia. Te
ostatnie stwarzają nowy świat, szczególną społeczność przygraniczną,
która definiuje własne reguły i role obowiązujące w jej obrębie. Są to
pod każdym względem wolne porty. Ale wraz z upływem czasu i one
przekształcają się, zostają zastąpione przez inne wolne porty.
Granice się zmieniają, powtórzyłem Elenie. Wystarczy posłuchać historii
tych, którzy podróżują, aby zdać sobie z tego sprawę. Ścieżki -?udeptane
dwa lata, a nawet tylko sześć miesięcy wcześniej -?stają się stare. I od
razu szuka się innych.
"Ale dlaczego właśnie zatonięcia statków?", naciskała Cecilia. "Dlaczego
tak uparcie chcesz o nich opowiadać?".
Może, powiedziałem, dlatego, że zatonięcia są nieruchomymi punktami,
czeluściami, od których można próbować zacząć, zrekonstruować krok po
kroku te przekształcenia. Ale nie byłem już taki pewien tej odpowiedzi.
Tak naprawdę chciałem powiedzieć: te wszystkie ofiary, ta nieprzerwana
rzeź... i cisza, która ją otacza. Właśnie, cisza. Prawdziwą odpowiedzią
jest cisza.
Hamid jest młodym Somalijczykiem. Ma dopiero 21 lat i od paru miesięcy
chodzi do szkoły. We Włoszech jest od czterech lat, podczas poprzednich
trzech, od 2008 do 2011, był w Libii. Koniecznie musiałem go poznać, był
jednym z niewielu rozbitków, którzy przeżyli jedną z największych
katastrof, jaka miała miejsce na Morzu Śródziemnym, 6 maja 2011 roku u wybrzeży Libii podczas wojny przeciwko Kaddafiemu.
Gdy go widzę, jak podchodzi do mnie po zakończeniu lekcji, podczas gdy
inni rozchodzą się do domów albo do pracy, wydaje mi się o wiele
młodszy. Chudy, wielkie oczy, bielusieńkie, trochę wystające zęby, wyraz
twarzy dziecka. W dżinsowym ubraniu, na głowie zielona czapeczka z daszkiem z napisem BOY zapisanym drukowanymi literami. Ma ją wciśniętą
mocno na głowę, aż na oczy.
Siadamy w rogu długiego stołu, na którym leżą jeszcze flamastry i pomazane kartki. I w parę minut, splatając dłonie i wyginając sobie
palce, opowiada mi, co wydarzyło się tamtej majowej nocy.
"Było nas siedmiuset pięćdziesięciu. Byliśmy na pokładzie wielkiej,
trzypoziomowej łodzi. Zginęło sześćset pięćdziesiąt ludzi".
Podczas miesięcy poprzedzających zatonięcie statku, opowiada mi,
pracował jako magazynier w firmie na rogatkach Trypolisu. Libijczycy
tacy są, dodaje: czekasz przy ulicy i kiedy chcą, dadzą ci jakąś
dorywczą robotę, zawiozą, wytłumaczą, co masz zrobić, i pod koniec dnia
zapłacą. A jeśli jesteś dobry, możesz znaleźć i jakieś bardziej stałe
zatrudnienie.
W związku z tym, że nie mógł się dostać do Włoch, "bo zamknęli morze",
zdecydował się zostać w Libii, zatrzymać na stałe o krok od ostatniego
etapu podróży do wybrzeży Włoch. Nauczył się arabskiego i był
szczęśliwy, że udało mu się znaleźć pracę jako magazynier. "Dostawałem
dziewięćset dinarów na miesiąc, wtedy około siedmiuset dolarów. Bardzo
dobra płaca, przecież jedzenie kosztowało mało".
Hamid naprawdę zostałby w Libii, ale wojna pokrzyżowała mu plany. Razem
z innymi chłopcami z licznej somalijskiej wspólnoty w Trypolisie,
złożonej z tych, którzy drżą w wiecznym oczekiwaniu na Wielką Podróż, i tych, którzy -?jak wówczas i on sam -?zdecydowali się wbrew sobie
zatrzymać po drugiej stronie Morza Śródziemnego, zostaje na łasce
jeszcze większych wydarzeń.
W oczach Hamida wojna w Libii maluje się w subiektywnym świetle, jedynym
ważnym, gdy wokół ciebie wszystko wybucha i zanika jakikolwiek punkt
zaczepienia. Największy strach budzi to, że rebelianci i wściekły tłum
pragnący upadku Kaddafiego mogą wziąć cię za najemnika na jego żołdzie z Południa, z krajów znajdujących się za pustynią. "Wtedy, gdy widzieli
cię na ulicy i rozumieli, że nie jesteś Libijczykiem, gdy widzieli, że
jesteś ciemnoskóry, zabijali cię. Siedzieliśmy zamknięci w domach.
Zamknięci w domach przez miesiąc, tylko raz wyszliśmy kupić jedzenie".
W pewnej chwili rozeszła się wieść, że libijscy żołnierze chcą wypchnąć
w stronę Włoch wszystkich czarnoskórych obecnych w mieście. Morze
przestało być nagle zamknięte, niedostępny mur zdawał się rozwierać w nieskończonej ilości punktów, podczas gdy na ulicach trwały samosądy, a z nieba nadciągały naloty NATO. Kaddafi sięga po ostateczne rozwiązanie:
bomba migrantów, zniesienie granic. Jeśli mam upaść -?takie mniej więcej
było jego rozumowanie -?to upadnie ze mną ostatni bastion obronny
Twierdzy Europy. Jeśli mam upaść, zostaniecie najechani... I tak wypycha
tysiące osób, tych samych, które -?w imię dwustronnych umów z Włochami -
przetrzymywał przez długi czas w więzieniach i obozach koncentracyjnych
na środku pustyni, w stronę bogatych wybrzeży, które przez pewien czas
obiecywał pośrednio chronić.
"To oni wypchnęli nas w stronę Włoch. Mój kierownik powiedział mi, abym
spróbował dotrzeć na wybrzeże albo szedł w kierunku granicy z Tunezją,
inaczej nie uda mi się przeżyć. Sam zawiózł mnie nad morze, tam, gdzie
przebywali wszyscy obcokrajowcy".
W historii Hamida libijscy żołnierze i przewoźnicy zdają się organizować
podróż razem, pomagać sobie wzajemnie. Nikt nie płaci za podróż. Jest za
darmo. Jeszcze parę tygodni wcześniej taka sytuacja byłaby nie do
pomyślenia: zostaną zawiezieni do Włoch i nie muszą się nawet starać o zdobycie koniecznej sumy pieniędzy.
Gdy wpuszczają wszystkich na pokład i rozkazują Somalijczykom i Afgańczykom zejść na dół do ładowni, ci się sprzeciwiają. Rodzi się
sprzeczka, wreszcie żołnierze ustępują. Wpuszczają ich jako ostatnich,
choć we wspomnieniach Hamida jest ich wielu, około dwustu
pięćdziesięciu, i umieszczają ich na pokładzie, na powietrzu. W ładowni
zostaje natomiast zgromadzonych 400 osób. To Banglijczycy, Arabowie,
Afrykańczycy z innych krajów... Jest też około trzydziestu kobiet z dziećmi. Skarżą się, więc jakiś libijski żołnierz umieszcza je w kabinie
przy kapitanie i rozkazuje zachować ciszę.
"Nie uratowały się. Gdy statek zaczął tonąć, drzwi były zamknięte. A kapitan, Egipcjanin, ocalał".
Gdy wyruszają z Trypolisu około piątej nad ranem, nie jest jeszcze
ciepło. Statek przewraca się po około dwudziestu minutach.
"Rozmawiałem właśnie przez telefon z moim przyjacielem, który był w Trypolisie, jak ja. Parę miesięcy wcześniej pojechał na granicę do
Tunezji, do oenzetowskiego obozu dla uchodźców, i stamtąd wysłali go do
Ameryki. Rozmawiałem z nim. Mówił mi, że właśnie dobili do brzegu, że
wszystko poszło dobrze... gdy nagle woda wlała się na statek".
Hamid potrafi pływać i -?jak innym osobom na pokładzie umiejącym pływać
-?udaje mu się utrzymać na powierzchni. Szybko orientuje się, że jedynym
rozwiązaniem jest jak najszybsze oddalenie się od statku, aby uniknąć
wessania przez powstającą przy zatonięciu otchłań.
"Ci, co potrafili pływać, tak zrobili. Wokół nas osoby łapały się jedna
za drugą, ściągając się nawzajem w dół".
W ciemności widzi przybrzeżne światła. Stara się nie stracić ich z oczu
i ledwo żywy dociera na plażę. Robi dwa kroki, oddycha głęboko ustami i upada na piasek.
Nie udaje mu się jeszcze złapać oddechu, gdy widzi przypływające dwa
libijskie statki. Mężczyźni w mundurach, z gwizdkami, każą tym niewielu,
co ocaleli, pomóc w wyciąganiu tych, co nadal w wodzie. Nie ma czasu,
mówią, trzeba się śpieszyć.
"Złapałem tych, co mieli kamizelki ratunkowe, i kobiety z torbami z ubraniami na zmianę". Obklejone taśmą, aby się nie zmoczyły, plastikowe
torby z dobrymi ubraniami, tymi, które miały założyć po dotarciu do
Europy, stają się piłką. Utrzymują się na powierzchni, wielu łapie się
za nie, aby nie utonąć. "Uratowaliśmy też kobietę, która miała ze sobą
czterdziestodniową córeczkę. Znalazła kawałek drewna, którego się
złapała, aby utrzymać się na powierzchni".
Operacja ratunkowa trwa do ósmej rano. Hamid w tym czasie kursuje na
pokładzie łodzi ratunkowej w tę i z powrotem między plażą a miejscem
katastrofy. Gdy wreszcie kończy pomagać w poszukiwaniach zaginionych,
może wrócić do domu, to znaczy do swojego małego miejsca zamieszkania,
gdzie żył ukryty z przyjaciółmi. Najpierw było ich ośmioro, teraz
została trójka. Nie znaleziono ciał pozostałej piątki zaginionych.
"Trzy dni nie wychodziłem, myślałem, że oszaleję, widziałem ludzi w wodzie, wołających mnie o pomoc. Widziałem, jak umierają na moich
oczach, błagając o pomoc, ratunek. Jeszcze długo słyszałem ich głosy".
Hamid z trudem ciągnie swoje opowiadanie, krąży, zawraca, jakby jakaś
zasłona skrywała mu oczy i odruch wymiotny wstrząsał ciałem. Mamrocze
coś o tym, że skierował się na plażę od razu, że ruszył pomagać innym
potem, w drugiej chwili. Powtarza to raz jeszcze, jakby nie mógł się z tym pogodzić, nawet po upływie tylu lat ("każdy myślał o sobie"). Pytam
go więc, czy wiadomo coś o przyczynach zatonięcia, czy w następnych
dniach ktoś był na tyle silny i przyzwoity, by wyjaśnić, co się stało.
"Ktoś powiedział, że to kapitan specjalnie przewrócił łódź", odpowiada,
wbijając wzrok w palce splecionych dłoni, "bo gdyby oddalił się jeszcze
bardziej od brzegu, to nikt by się nie uratował. Został zmuszony do
wypłynięcia, więc postanowił tak zrobić". Szczerze mówiąc, spośród
wszystkich możliwych powodów katastrofy nigdy nie pomyślałbym o świadomym wyborze spowodowania zatonięcia przy wybrzeżu w celu
uniknięcia jeszcze większej hekatomby na otwartym morzu. Jak bardzo bym
się nie starał podążać za tokiem myślenia kapitana (co Hamidowi, jak mi
się wydaje, udaje się zrobić), nie potrafię zobaczyć w nim cienia
logiki. Nie wspominając już nawet o logice 650 ofiar.
Podczas następnych tygodni Hamid czuje, jakby był zamknięty w czymś na
kształt lejka. Z jednej strony morze jest wreszcie "otwarte", jak ciągle
powtarza, ale pełne śmierci i niebezpieczeństw. Z drugiej -?kraj, w którym nieprzerwanie dochodzi do przemocy i samosądów. Włącza telewizor
i na wszystkich kanałach nie mówi się o niczym innym, jak tylko o tym,
że obcokrajowcy mają opuścić kraj, jeśli nie chcą zginąć. Myśli, że jest
mało dróg wyjścia, ale też, że skoro uratował się wśród setek ofiar i zaginionych, to dlatego, że "Bóg tak chciał", więc decyduje się
spróbować szczęścia jeszcze raz i rzucić wyzwanie morzu. W Trypolisie
zginąłby na pewno, na morzu może nie. I idąc za tym absurdalnym
rachunkiem prawdopodobieństwa, wraca na wybrzeże pełne przemytników.
Tym razem nie decyduje się na podróż oferowaną gratis przez libijskich
żołnierzy. Płaci 300 dolarów, i tak o wiele mniej niż przed wojną, i dostaje zapewnienie, że popłyną łodzią o wiele mniejszą od tej, która
zatonęła.
Po upływie mniej niż miesiąca jest w Zuwarze, miasteczku na wybrzeżu,
około pięćdziesięciu kilometrów od Trypolisu. Przez tydzień czeka w chatce na plaży, która z wieczora na wieczór wypełnia się coraz większą
liczbą czekających osób. Gdy wreszcie zbiera się grupa niezbędna do
podróży, pewnej nocy znienacka mówią im, że w ciągu paru godzin wyruszą.
Tym razem podróż nie jest taka ciężka jak poprzednim razem, ale ma
miejsce inny bajzel. ("Bajzel" to wyraz, którego Hamid często używa. Po
pewnym czasie rozumiem, że "bajzel" to dla niego mniej więcej suma
problemów związanych z Wielką Podróżą. Nie chodzi tyle o tragedie i zatonięcia czy ofiary na pustyni, ile o mniejszy stopień ryzyka, jakąś
przeszkodę lub przystanek, który może spowodować powrót do punktu
wyjścia, bo podczas podróży do Europy nigdy nic nie układa się
pomyślnie).
"Wyruszyliśmy nocą, około drugiej nad ranem. Płynęliśmy pod gwiazdami i cały następny dzień aż do szóstej po południu, gdy zepsuło się śmigło
silnika". Na pokładzie jest mechanik, stara się je naprawić, ale mało co
rozumie. Jedyną rzeczą, którą potrafi powiedzieć, jest ta, że nie
uratują się, jeśli nie spotkają kogoś na swojej drodze. "A potem on,
właśnie on, zadzwonił do kogoś na Lampedusie i powiedział, że na
pokładzie są kobiety i dzieci. Ten numer telefonu dał mu Libijczyk,
mówiąc, aby użył go tylko w wypadku problemów".
Myślę, że numer był do kapitanatu w porcie. Po drugiej stronie telefonu
uspokoili ich. Powiedzieli, że ich już widzą i żeby czekali, i że
niedługo ktoś przypłynie.
"Czekaliśmy pięć godzin, potem przyleciał helikopter, kołował nad nami,
robiąc zdjęcia, i odleciał. Po dwóch godzinach przypłynęły dwa włoskie
statki wojskowe. Podpłynęły, wyciągnęły mostek i trzy osoby weszły na
pokład: jedna poszła na dziób, druga na rufę, trzecia zeszła do ładowni.
Zaprowadzili nas na statki wojskowe, najpierw dzieci, potem kobiety, na
końcu mężczyzn. Gdy zobaczyłem włoskich żołnierzy i rozpoznałem włoskie
mundury, inne od tych libijskich, wiedziałem, że jestem uratowany".
Hamid zostaje na Lampedusie tylko jeden dzień, wystarczający czas, aby
pobrać od niego odciski palców. Następnego dnia wojskowy statek zabiera
jego i innych na kontynent. Tu ich drogi się rozdzielają: zgodnie z Planem Bezpieczeństwa Afryka Północna, nakreślonym na chybcika po
wybuchu arabskiej wiosny, zostają podzieleni między różne włoskie
regiony.
Po dobiciu do Taranto przejeżdża autokarem przez Włochy. Najpierw do
Campobasso, potem do Latiny, potem do Aprilii, gdzie znajduje wreszcie
miejsce w małym ośrodku dla uchodźców dla piętnastu osób.
"Zostałem tam półtora roku, do chwili, aż otrzymałem dokumenty uchodźcy,
azyl polityczny; wtedy powiedziano mi, że w związku z tym, że miałem już
dokumenty, muszę opuścić ośrodek. Dadzą mi pięćset euro, jeśli podpiszę
dokument, inaczej, jeśli nie opuszczę ośrodka, wezwą policję i wyrzucą
mnie siłą i nie dadzą pieniędzy. Dlatego wolałem podpisać i wziąć
pieniądze. Poprosiliśmy kierowniczkę ośrodka, aby pomogła nam znaleźć
zakwaterowanie. Wynajęliśmy mieszkanie w Aprilii, mieszkaliśmy tam
siedem miesięcy, potem znalazłem miejsce do spania w ośrodku w Tor
Vergacie i teraz jestem tutaj".
Minęło wiele godzin, odkąd Hamid zaczął swoje opowiadanie. Czas
przeleciał, a jego słowa stały się hipnotyzujące, jakby rozciągnięte w czasie. Przyszła Carolina i usiadła obok nas, aby słuchać jego
opowiadania, sala szkolna jest już pusta. Przyniosła herbatę. Zdołałem
wypić tylko parę łyków.
Po takim opowiadaniu jedyną rzeczą, o którą potrafię go zapytać,
najbanalniejszą ze wszystkich, jest ta, czy zdarza mu się jeszcze śnić o katastrofie maja 2011 roku.
Przypominam sobie o niej, nie śnię, odpowiada szczerze.
"Przypominam sobie o niej za każdym razem, gdy w wiadomościach
opowiadają o innych zatonięciach, innych ofiarach. Gdy słyszę, że ktoś z Afryki chce uciekać, przebyć tę samą drogę, którą przeszedłem, zawsze
mówię mu, jak bardzo jest to ryzykowne. Mówię, żeby sobie darowali, ale
oni mnie nie słuchają, mówią, że jestem kłamcą, że moje życie polepszyło
się tylko dlatego, że jestem we Włoszech, że mam przyszłość, a oni nie.
Nie wierzą, gdy mówię, że trudno jest tu dotrzeć, nikt mi nie wierzy,
nikt. Wyruszają, wyruszają, nie słuchają, cały czas to robią".
Potem mówi mi, że w Afryce wyobrażał sobie, że jak tylko dotrze do
Włoch, do Europy, od razu znajdzie pracę, będzie miał samochód, dom...
"Tak myślałem", uśmiecha się, "ale nie doszło do tego. Wielu Włochów też
nie ma pracy. Gdy byłem w Afryce, nie myślałem, że jest to możliwe".
Weź 650 ciał. Weź 650 ciał mężczyzn, kobiet, dzieci, starców. Weź je
jedno po drugim i ułóż w rzędzie. Ile metrów będzie miał ten rząd? Jak
daleko będzie sięgał?
Nie myśl o ich twarzach, nie myśl o tym, co przeszli. Myśl tylko o tym,
ilu ich było. Zmieściliby się wszyscy w średniej wielkości mieszkaniu? W kinie? Wystarczyłoby stopni trybun na stadionie?
Jest coś niezmierzonego w każdej katastrofie statku. Na pierwszy rzut
oka -?coś, co sprawia, że te zatonięcia są do siebie podobne: strach
przed śmiercią, wysiłek związany z akcją ratunkową, trudność w opowiadaniu o niej przez tych nielicznych ocalałych, częsta niemożność
podążania dalej, zostawienia za sobą tego, co się wydarzyło. Ale
jednocześnie jest coś, co sprawia, że każde z tych wydarzeń jest
wyjątkowe, również te, którym nie przypadł w udziale zaszczyt mówienia o nich w wiadomościach.
Jeśli jest coś, co udało mi się zrozumieć podczas ostatnich lat, to to,
że każde zatonięcie jest zdarzeniem samym w sobie. Domaga się bycia
odebranym zapomnieniu, tak samo jak pragnie być zrozumianym w swojej
wyjątkowości.
Myślę o tym, podczas gdy patrzę, jak Hamid poprawia sobie czapeczkę z napisem BOY, której nie zdjął podczas naszej rozmowy, i pytam go o coś,
co przyszło mi do głowy dopiero teraz, a o co może powinienem był
zapytać na samym początku: ile miał lat, gdy wyjechał z Somalii? Ile
miałeś lat, gdy wyruszyłeś w Wielką Podróż?
"Trzynaście".
Myślę, że nie zrozumiałem dobrze, więc pytam znowu: ile miałeś lat, gdy
wyjechałeś?
"Trzy-naś-cie lat".
Patrzę mu w oczy i nie potrafię uwierzyć, choć tym razem zrozumiałem
jego słowa, trzynaście podzielone na sylaby, tak, jak przywykł robić
przy trudnych wyrazach podczas lekcji w sali, w której się teraz
znajdujemy.
Co może popchnąć trzynastoletnie dziecko do porzucenia wszystkiego i wyjazdu? Każde wytłumaczenie dotyczące powodów ekonomicznych podróży,
poszukiwanie pracy, każda informacja o upadku Somalii w tamtych latach,
o wojnie między bandami i plemionami, o implozji państwa zdają się
całkiem bezradne w obliczu decyzji trzynastolatka. Co go do tego
popchnęło? Co go pociągnęło? Co wprawia w ruch tę krucjatę dzieci i młodzieży w kierunku wrót Europy, o której tak długo marzyli?
Wyobrażam sobie, że nie wyruszył w podróż sam, że zdecydował z innymi,
więc pytam.
Hamid tym razem nie odpowiada. Wbija wzrok w stół i nie odpowiada. Potem
drżącym głosem mówi: "Wyruszyłem z moim bratem, który potem umarł w podróży. Gdy do tego doszło, byłem w więzieniu w Libii. Złapano mnie na
morzu. Był ode mnie o trzy lata starszy".
Po godzinach naszej rozmowy czuję, że to, co do tej pory opowiedział, te
tragedie, które splatały się jedna z drugą -?jedna z największych
katastrof u wybrzeży Libii, ofiary, torby z ubraniami, które zamieniają
się w dryfujące piłki, akcja ratunkowa, zaginieni przyjaciele, lincze na
ulicach, a potem ponowna podróż, nowe niebezpieczeństwa, koszmary w nocy
-?są tylko małym okruchem tego, co Hamid kryje w sobie. Tak, jakby nagle
zawalił się mur domu, który myśleliśmy, że dobrze znamy, i naszym oczom
ukazała się nieskończona ilość pokoi, o których istnieniu nie mieliśmy
najmniejszego pojęcia. Mam wrażenie, iż skoro udało mu się ze względną
łatwością opowiedzieć -?nie tyczy się to tych najbardziej bolesnych
fragmentów -?o tym, czego wielu ocalałym z innych katastrof nie udałoby
się zrobić, to dlatego, że kryje w sobie coś niewypowiedzianego, jeszcze
większego. Ranę, która ma związek ze śmiercią brata.
Z trudem udało mi się odbudować to, co wydarzyło się w życiu Hamida
przed wielką katastrofą maja 2011 roku. Spróbowałem złożyć w całość tych
parę zdań rzucanych każdego dnia, potem porozmawiałem z Caroliną i Cecilią, którym w poprzednich miesiącach udało się trochę zrozumieć z jego burzliwej przeszłości.
W 2010 roku, po latach włóczęgi afrykańskiej Hamidowi z bratem, którego
imienia nie zdradził nikomu, udaje się wreszcie wyruszyć do Włoch.
Po dwóch dniach rejsu dopływa do nich wojskowy statek z włoską flagą.
Podpływa szary statek, wojskowi wchodzą na pokład i mówią w paru słowach
w mieszance angielskiego i włoskiego, że teraz zabiorą ich do Włoch. Na
kutrze wybucha radość, ktoś krzyczy, inni się śmieją. Udało się nam,
myśli Hamid. Tym razem się udało.
Gdy tylko wchodzą na pokład statku wojskowego, zauważają, że obok
Włochów jest wielu żołnierzy libijskich. Statek nie płynie do Włoch, ale
do Libii, zawraca ich z drogi. Przyjaciel Hamida rozumie to jako
pierwszy. Pierwszy, do którego dociera, że zostali oszukani. Protestuje,
jakiś inny chłopak dołącza, wtedy Libijczycy zaczynają ich bić. Biją
mocno paralizatorami, pałkami o elektrycznych wyładowaniach, podczas gdy
Włosi stoją i patrzą, i nie reagują na tę masakrę, do której dochodzi na
ich statku. Nikt nie powstrzymuje bicia.
W porcie Hamid i inni już wiedzą, że trafią do więzienia. Na najciężej
rannych czekają dwie karetki. I tu bratu Hamida przychodzi do głowy
pomysł: mimo że nie należy do grupy najbardziej poturbowanych przez
żołnierzy, udaje, że źle się czuje, i zabierają go do szpitala. Zostaje
tam tylko jedną noc. Następnego dnia udaje mu się uciec, pewnie komuś
płacąc.
Teraz ich drogi się rozdzielają. Brat zostaje w Trypolisie, choć
przebywa tam całkowicie "nielegalnie" i musi uważać, aby go nie
znaleźli. Hamid z większością tych, którzy zostali zawróceni statkiem,
trafia do więzienia. Prawie wszyscy więźniowie byli Erytrejczykami lub
Somalijczykami złapanymi na Morzu Śródziemnym.
Siedzi siedem miesięcy. Dwadzieścia trzy osoby zamknięte w małej celi, z której nie mogą nigdy wyjść. Nie da się oddychać, dołek na potrzeby w rogu jest wiecznie zatkany i przy upale smród staje się nie do
wytrzymania. Muchy siedzą na wszystkim. Rano dostają skromną rację
chleba i wody na cały dzień. Ale najgorszym wrogiem każdego więźnia,
straszniejszym od głodu i nędznych warunków higienicznych, jest apatia.
Mijają dni, jeden podobny do drugiego, podczas których życie redukuje
się do życia warzywa, a Hamid wie, że aby nie oszaleć, musi trenować
mózg. Decyduje się nauczyć arabskiego, na pamięć, bez książek,
rozmawiając z innymi, przynajmniej tymi, którzy zechcą z nim rozmawiać.
W więzieniu dociera do niego wiadomość o śmierci brata. Kilka tygodni po
tym, jak uciekł ze szpitala, próbował ponownie wyruszyć do Włoch. Zrobił
to, gdy tylko pojawiła się nowa możliwość, ale tym razem -?zanim
spotkali statek włoskiej marynarki, której zadaniem było odpychanie
uchodźców -?kuter zatonął i nikt nie ocalał. Hamid dowiaduje się o tym
wszystkim kilka tygodni po fakcie, od pewnego Somalijczyka, ich
wspólnego znajomego, aresztowanego jak wszyscy, którzy w tamtym czasie
próbowali uciec, i zaprowadzonego do tej samej celi. Gdy zaczął mówić o tym, jak to kuter jego brata zatonął, i składać mu kondolencje, nie
wiedział, że Hamid nie miał zielonego pojęcia o tym, co się stało.
Po siedmiu miesiącach odsiadki wyszedł z więzienia i nie musiał płacić
żadnemu ze skorumpowanych strażników, jak to się często zdarza;
opowiada, że z okazji ramadanu wprowadzono coś w rodzaju amnestii.
I tak, jak tylko odzyskał wolność, wrócił do Trypolisu, znalazł pracę
jako magazynier, a potem -?gdy wybuchła wojna -?spróbował ponownie
wyruszyć w podróż...
O ranie -?która przecina serce Hamida, ranie nadal otwartej,
niezagojonej, tkwiącej głębiej niż wspomnienie katastrofy 2011 roku,
która stanowi przecież najważniejsze wydarzenie jego życia, jego zbyt
szybkiego dorośnięcia -?nie potrafił mi opowiedzieć.
Tego popołudnia, patrząc ponownie na napis BOY na jego czapeczce z daszkiem, zrozumiałem, że są dramaty, które -?choć je zracjonalizujemy -
kryją w sobie jeszcze inne, w tej grze luster praktycznie niemożliwej do
odszyfrowania, do rozwiązania dla tego, kto żyje po drugiej stronie
Morza Śródziemnego.
Ostatnie słowa naszej rozmowy w szkole poszły w całkiem inną stronę:
opowiadał o matce, która jest nadal w Somalii i dzwoni, kiedy tylko ma
trochę pieniędzy, o azylu politycznym, który trwa pięć lat, o innych
braciach nadal w Afryce, którzy też chcieliby wyruszyć... Nie dodał ani
słowa o bracie, którego imienia nikt nie zna. Zdradził mi, że jego
marzeniem jest zrobienie kursu piekarza i otworzenie pizzerii gdzieś w Rzymie. Wyrabianie ciasta, jego rozwałkowywanie, przyprawianie, wsuwanie
do pieca na drewno i potem patrzenie jak oczarowany na to, jak się
piecze, rośnie, puchnie, nabiera życia. Gdy skórka na brzegach się
przyciemnia, mówi, pizzę należy wyjąć.
4. Granica
4
Granica
W drodze powrotnej metrem ze szkoły do domu myślałem o tym, czy historie
takie jak Hamida stanowią naprawdę część naszego horyzontu myślowego
tutaj, w Europie. Tak naprawdę o to samo zapytywałem się w przypadku
Shorsha i rzezi w Halabdży.
Podczas gdy wagon odjeżdża ze stacji Garbatella i wślizguje się w ciepłe
wnętrzności Rzymu, między rozgrzane ciała, nagle rozbrzmiewające dzwonki
telefonów komórkowych, wybuchy śmiechu i ledwo naszkicowane rozmowy,
zmęczone twarze po godzinach pracy, ascetyczny głos megafonu ogłasza po
włosku i angielsku każdy przystanek, ludzie wsiadają i wysiadają, a dzwonki nadal odtwarzają najbardziej denerwujące melodyjki, zdaję sobie
sprawę z tego, że historia Hamida jest mgławicą odległą o lata świetlne.
Choć zostawiłem go niecałe pół godziny temu, między jego światem a tym,
co mnie teraz otacza, stoi gęsta puszcza znaków, myśli, istnień,
zmartwień, która sprawia, że dramat bliźniego i jego awanturnicza podróż
stają się ledwo wyczuwalne. Ledwo rozróżnialne w otaczającym mnie huku.
Ledwo możliwe do przekazania osobie rozmawiającej obok mnie przez
telefon.
To nie tylko kwestia słów. Nie chodzi jedynie o znalezienie właściwych
pojęć, aby opowiedzieć o tym, do czego dochodzi na obrzeżach Europy.
Tak, jakby w miarę oddalania się od tych krańców i penetrowania serca
Zachodu rozpraszała się świadomość zamieszek na świecie. Ma to miejsce w Rzymie, Mediolanie, Paryżu, Frankfurcie. Istnieje podziemny uskok, który
przecina na pół Morze Śródziemne ze wschodu na zachód. Od Bliskiego
Wschodu po Gibraltar.
Ta linia jest stworzona z nieskończonej ilości punktów, nieskończonej
ilości węzłów, nieskończonej ilości przepraw. Każdy punkt jest historią,
każdy węzeł garścią istnień. Każda przeprawa jest rozwierającą się
szczeliną. To Granica. To nie jest konkretne miejsce, raczej wynik
mnożenia serii nieprzerwanie przekształcających się miejsc, które
zbiegają się z możliwością skończenia po jednej lub po drugiej stronie.
Po upadku Muru Berlińskiego podstawowa granica między światem tu a światem tam biegnie właśnie wśród fal tego morza, które od czasów
starożytnych zwano Śródziemnym.
Jeśli anioł historii Waltera Benjamina zostałby teraz, w tej chwili,
wessany w wir pchający go w stronę przyszłości, z twarzą skierowaną ku
przeszłości, przy nieprzerwanie rosnącym stosie przemocy, zobaczyłby
przede wszystkim piętrzące się ciała ofiar zatonięć i błąkające się
pośród walczących fal ciała zaginionych.
Myślałem dalej o falach, o zaginionych, o Benjaminie i o odległej już
twarzy Hamida ukrytej pod czapeczką z napisem BOY, aż głos dobiegający z głośnika poinformował, że pociąg dotarł na przystanek niedaleko mojego
domu. Plac przed stacją był pusty.
Kilka tygodni później katastrofa statku, do której doszło parę setek
metrów od wyspy Lampedusa, poharatała sumienia wielu osób.