Letnia ofensywa
1
Afganistan jest bardzo przywiązanym do tradycji krajem, a zgodnie z tradycją na wiosnę wybuchają walki. Rok 2021 nie był wyjątkiem od tej reguły, wyjątkowe były jedynie okoliczności. 1 maja "oficjalnie" ruszyła kolejna ofensywa talibów przeciwko afgańskiemu rządowi i wspierającym go siłom międzynarodowym. 1 maja rozpoczął się także inny proces - Amerykanie przyśpieszyli wycofywanie swoich wojsk z Afganistanu.
"Do 11 września wszyscy żołnierze wrócą do domu" 1 - zapowiedział 14 kwietnia prezydent Joe Biden. Swoje przemówienie wygłosił w Pokoju Traktatowym Białego Domu, tym samym, w którym prezydent George W. Bush ogłaszał w październiku 2001 roku rozpoczęcie inwazji. Biden wyjaśnił stanowisko Stanów Zjednoczonych: "Wojna w Afganistanie nigdy nie miała być przedsięwzięciem wielopokoleniowym. Zostaliśmy zaatakowani. Wypowiedzieliśmy wojnę z jasnymi celami. Osiągnęliśmy te cele. Bin Laden nie żyje, a Al-Kaida została osłabiona zarówno w Iraku, jak i w Afganistanie. Nadszedł czas, aby zakończyć wieczną wojnę" 2.
Wielu spośród tych, którzy początkowo popierali inwazję na Afganistan, musiało przyznać, że ten przeciągający się krwawy konflikt staje się coraz bardziej niepotrzebny. Koszty jego prowadzenia były horrendalne. Według danych projektu Costs of War na Uniwersytecie Browna amerykańscy podatnicy zapłacili za tę interwencję łącznie około 2,3 biliona dolarów. Konflikt pochłonął życie 2459 amerykańskich żołnierzy, a tysiące kolejnych wróciły do domów z trwałymi obrażeniami, w tym z amputowanymi kończynami, i silnie straumatyzowane. Zdaniem badaczy opieka nad weteranami pochłonie w ciągu najbliższych czterdziestu lat kolejny bilion dolarów 3.
Amerykanie widzieli coraz mniej sensu w tym, że ich żołnierze umierają z dala od domu, gdy główne cele wojskowe inwazji: obalenie reżimu talibów i zabicie Osamy Bin Ladena, zostały osiągnięte. Różne badania opinii publicznej jasno wskazywały, że społeczeństwo popiera decyzję Bidena 4 - "najdłuższa amerykańska wojna" musi się skończyć.
Tempo talibskiej ofensywy było zatrważające, a nastroje w Kabulu minorowe. Przez ostatnich kilkanaście lat mieszkańcy afgańskich miast w stosunkowo niewielkim stopniu odczuwali, że w kraju toczy się wojna. Dochodziło do zamachów i ataków, niekiedy iście makabrycznych, jak ten na szpital w hazarskiej dzielnicy Daszt-e Barczi na zachodzie stolicy, ale na co dzień życie toczyło się zwyczajnym rytmem. Mieszkańcom bardziej doskwierały smog i korki niż odległy konflikt. Teraz targała nimi niepewność, którą pogłębiały nieustające doniesienia o kolejnych zdobyczach talibów. Niemal każdego dnia z którejś części kraju przychodziła wiadomość o zajmowaniu przez fundamentalistów kolejnych dystryktów, a nawet o otaczaniu przez nich stolic prowincji. Z czasem w ich ręce zaczęły trafiać całe prowincje - po bardziej lub mniej zaciekłych walkach. Coraz więcej mówiło się o tajnych umowach i przekupstwach, za pomocą których talibowie zmuszają członków rządowej armii do opuszczania stanowisk i oddawania miast bez jednego wystrzału. Poddający się żołnierze mogli liczyć na litość. Rzecznik ruchu i członek talibskiego biura politycznego w Dosze[1] Suhajl Szahin, jeden z najbardziej doświadczonych dyplomatów wśród talibów, powiedział mi wtedy, że jeśli tylko złożą broń, mogą spokojnie wrócić do domów.
- Jeśli to robią, nie są naszymi wrogami i nic im nie grozi. To nasi bracia - przekonywał. Niekiedy żołnierze bywali zmuszani do wystąpienia w krótkim wideo i deklaracji, że nie wrócą w szeregi armii. - Rządowe wojska są zmęczone kabulską administracją, dlatego przechodzą na naszą stronę 5 - twierdził Szahin.
Lider talibów Hibatullah Achundzada oficjalnie nakazał swoim bojownikom, żeby dobrze traktowali poddających się żołnierzy i policjantów. W zamian za złożenie broni, przekazanie sprzętu i amunicji mogli oni mieć nadzieję nie tylko na zachowanie życia, ale i niekiedy na gratyfikację finansową.
Jednym z miast, które już w maju było zmuszone bronić się przed talibskimi atakami, był Mehtarlam, stolica prowincji Laghman. W prowincji toczyły się walki, a talibowie podeszli pod same miejskie rogatki. Dowodzenie obroną Mehtarlamu Kabul powierzył generałowi Jasinowi Zii, ówczesnemu szefowi sztabu. Ofensywę rebeliantów udało się odeprzeć, ale nie wiadomo było, na jak długo. Postanowiłam pojechać do Laghmanu i porozmawiać z przedstawicielami lokalnych władz i żołnierzami.
Choć dopiero zaczęło się kalendarzowe lato, z nieba lał się żar. Prowincja Laghman graniczy z Kabulem, jednak bariera gór i wynikające z niej braki w infrastrukturze drogowej sprawiają, że dojazd do Mehtarlamu ze stolicy wymaga solidnego nadłożenia drogi - przez Dżalalabad. Wraz z miejscowym dziennikarzem, który w zdominowanej przez paszto prowincji miał pełnić funkcję mojego tłumacza, wyruszyliśmy bladym świtem; chcieliśmy dotrzeć do siedziby gubernatora około dziesiątej rano. Stanowisko to piastował Rahmatullah Jarmal, trzydziestolatek, który mimo młodego wieku doświadczył wojny na własnej skórze. Niespełna rok wcześniej, w październiku 2020 roku, przeżył atak na konwój, w którym się poruszał 6. Zginęło osiem osób, ale młody polityk wyszedł z zasadzki bez szwanku. Choć nikt nie przyznał się do zamachu, podejrzenia padły, oczywiście, na talibów.
Teraz gubernator musiał bronić nie tylko siebie, ale i całej prowincji. Talibom nie udało się zająć miasta, ale kontrolowali całe okoliczne dystrykty, między innymi Daulatszah, które odbili z rąk sił rządowych bez jednego wystrzału.
- Dowódca żołnierzy został przekupiony przez talibów, a odpowiedzialne za to osoby trafiły do aresztu - powiedział mi Jarmal. - Z talibami był też związany wiceszef oddziału republikańskiej agencji wywiadowczej NDS (National Directorate of Security) w Laghmanie.
Rzeczywiście, pod koniec maja (a więc zaledwie miesiąc po rozpoczęciu talibskiej ofensywy) w więzieniach prowincji siedziało łącznie około stu członków personelu bezpieczeństwa oskarżonych o zaniedbanie obowiązków podczas natarcia wrogich bojowników na Mehtarlam 7. Gubernator był zmuszony przyznać, że niektórzy żołnierze oddawali talibom posterunki bez stawiania jakiegokolwiek oporu. Choć wyglądał na zmęczonego, przynajmniej usiłował sprawiać wrażenie, że wszystko jest na dobrej drodze.
- Talibowie wybrali Laghman jako cel ataku ze względu na strategiczne położenie prowincji. W tej chwili Mehtarlam jest bezpieczny. Udało się nam odeprzeć ofensywę i przeprowadzamy szeroko zakrojone operacje przeciwko rebeliantom - przekonywał, jakby chciał uspokoić samego siebie. - Ja i mój zespół pracujemy nad tym.
Rezydencja gubernatora była ufortyfikowana niczym twierdza. Nie odbiegała zresztą pod tym względem od domów i siedzib innych rządowych oficjeli. By dostać się do biur urzędników wysokiego szczebla czy polityków, trzeba było pokonać serię checkpointów, zasieków, drutu kolczastego i blast walls. Kilkumetrowe betonowe ściany przeciwwybuchowe stały się niechlubnym symbolem Kabulu i czyhających w nim zagrożeń. Za nimi ukrywali się potężni i wpływowi politycy, watażkowie, dyplomaci, a nawet dziennikarze największych światowych redakcji, takich jak "Washington Post" czy "New York Times". Znane też jako T-walls lub Bremer walls (od nazwiska Paula Bremera, amerykańskiego cywilnego administratora Iraku) nie tyle stały się elementem krajobrazu - według niektórych szacunków w afgańskiej stolicy było ich więcej niż w jakimkolwiek innym mieście na świecie 8 - ile zaczęły go zmieniać. W dodatku w sposób, który wielu mieszkańcom się nie podobał. Wysokie mury były nie tylko estetycznym koszmarem i kreowały atmosferę więzienia, ale też realnie ograniczały Kabulczykom poruszanie się po mieście i potrafiły psuć nieźle prosperujące biznesy. Pod względem architektonicznym i planistycznym w Kabulu panowała wolna amerykanka, a miejskim krajobrazem zarządzali możni wedle własnego uznania. Abdul Raszid Dostum, owiany złą sławą uzbecki watażka, swoją willę w centralnej części stolicy odgrodził, zamykając jedną z ulic, i nie był to przypadek odosobniony. Korki, które i tak były naturalnym zjawiskiem w przeludnionej stolicy, stawały się przez to jeszcze dłuższe i bardziej uciążliwe. Prym wiodła jednak kwestia bezpieczeństwa. Owszem, ściany chroniły, jak pokazały liczne zamachy na ulicach Kabulu, ale tylko tych uprzywilejowanych, którzy znajdowali się za nimi.
Pod tym względem Mehtarlam niczym nie różnił się od stolicy. Także tutaj ludzie wpływowi, odgrodzeni od trwających walk, mogli cieszyć się względnym bezpieczeństwem. Zwyczajni mieszkańcy nie mieli takiego szczęścia. W starciach regularnego wojska z talibską partyzantką zawsze cierpiała miejscowa ludność.
Niczym zaskakującym nie było zatem, że zapytany o największe wyzwanie w walce z talibami Jarmal stwierdził, że jest nim unikanie ofiar cywilnych.
- Talibowie chowają się w domach, meczetach. Wychodzą, ostrzeliwują nas i wracają. To jest najtrudniejsze, bo nie chcemy śmierci niewinnych - tłumaczył. Był przekonany, że będzie w stanie utrzymać swoją prowincję po całkowitym wycofaniu się Amerykanów. - Teraz obroniliśmy Mehtarlam sami, bez ich pomocy. A po wyjściu Stany nadal będą nas wspierać, na przykład finansowo.
Wydawało się, że jak wielu krajowych polityków i wojskowych nie wierzy w to, co Amerykanie od jakiegoś już czasu dawali do zrozumienia całkiem wyraźnie - że kwestia afgańska jest dla nich zamknięta.
Po wizycie u gubernatora wojsko zabrało nas na linię frontu. Jechaliśmy własnym samochodem w obstawie dwóch wypełnionych żołnierzami pick-upów. Miasto było pełne zasieków, posterunków, Bastionów Hesco (koszy wypełnionych piaskiem lub ziemią). Wiele z nich miało maszty z powiewającą, wysoką trójkolorową flagą republiki.
Po chwili opuściliśmy Mehtarlam i dotarliśmy do wsi Kala-je Safi, również podzielonej, jak wiele innych terytoriów. Część, w której się znaleźliśmy, wciąż pozostawała w rękach armii. Drugą połowę kontrolowali już talibowie.
- To ostatni posterunek przed ich terytorium - wyjaśnił nam jeden z żołnierzy, gdy się zatrzymaliśmy. - Nie jedźcie tą drogą dalej, bo chowają się w tamtym meczecie. - Wskazał przed siebie.
Posterunek zlokalizowano w budynku, w przeszłości być może siedzibie szkoły czy medresy, muzułmańskiej szkoły religijnej, w której uczniowie zgłębiają tajniki Koranu. Teraz był podziurawiony kulami.
- Wcześniej była w nim baza talibów, ale udało nam się go odbić jakieś dwa tygodnie temu - powiedział Szamszad, jeden z broniących posterunku członków policji. - Niedawno talibowie wystrzelili w niego z moździerza. Walka toczy się właściwie cały czas, atakują nas dniem i nocą. Za dnia trzymają dystans około stu metrów, ale w nocy podchodzą naprawdę blisko.
Szamszad to jeden z siedmiu mężczyzn, którzy tamtego dnia stacjonowali na posterunku. Niektórzy z nich mieli zaledwie dziewiętnaście lat. Nie nosili mundurów, ale piron tonbon, typowy afgański męski strój składający się z luźnej tuniki i spodni, sięgające kostek sneakersy i kamizelki wypełnione zapasową amunicją. Choć ich morale było wysokie, przyznawali, że talibowie próbują wywrzeć na takich jak oni - mundurowych - psychologiczną presję. I robią to skutecznie. Od połowy do końca maja co najmniej dwadzieścia sześć posterunków w prowincjach Laghman, Wardak, Ghazni i Baghlan wpadło w ręce talibów 9. Mechanizm był podobny: pozbawieni wsparcia, amunicji, a często nawet jedzenia i wody pitnej, z niewypłacaną od miesięcy pensją, otoczeni obrońcy stawali przed prostym wyborem. Poddaj się i żyj lub walcz, jeśli tylko wciąż masz czym, i giń.
Wojsko zabrało nas dalej, w kierunku linii frontu, do bazy Afgańskiej Armii Narodowej (Afghan National Army, ANA), która po latach wojny domowej i rządów fundamentalistów została ponownie powołana do życia porozumieniem z Bonn. Wybudowali ją Amerykanie i ich sojusznicy. Położony na wzgórzu niewielki obiekt dzielnie stawiał czoła rebeliantom, jednak żołnierze przyznawali, że walki toczą się właściwie nieustannie. Jeden z nich, dwudziestodziewięcioletni Mukim, zabrał mnie do najwyższego, snajperskiego punktu bazy.
- Widzisz tamtą linię drzew? - zapytał, wskazując na odległy o dwieście, może trzysta metrów sad. - Tam wszędzie są już talibowie. - Mukim służył w prowincji Laghman od dawna, a od roku stacjonował właśnie tutaj. - Sytuacja jest bardzo zła. Atakują nas z różnych kierunków, rakiety lecą zwykle z tamtej strony - pokazywał. - Mieszkańcy nie mogą swobodnie się przemieszczać. To dla nich walczymy, dla kraju, dla biednych ludzi, których dręczą talibowie. - Ojciec Mukima stracił na wojnie nogę, a młodszy brat, który także należał do armii, życie. - To się stało dokładnie czterdzieści dni temu. Konwój, którym jechał, ostrzelano. Miał tylko dziewiętnaście lat...
Mukim i jego koledzy trzymali fason, choć przyznawali, że nie są w pełni usatysfakcjonowani zarobkami. Pensja dowódcy bazy wynosiła siedemnaście tysięcy trzysta afgani miesięcznie, wówczas około dwustu dwudziestu pięciu dolarów.
- Zarabiamy bardzo mało - narzekał Mukim. - Mam szóstkę dzieci, wydaję na nie wszystko. Praktycznie nic nie zostaje.
Jego słowa odzwierciedlały problem, który toczył afgańską armię od wielu lat. Chodziło nie tylko o niskie pensje. Żołnierze narzekali na brak odpowiedniego wyposażenia, broni, na niewystarczającą ilość jedzenia, a nawet wody pitnej. Ogromne pieniądze, które USA wkładały w afgańskie wojsko, wskutek powszechnej korupcji i układów, między innymi na linii zaopatrzeniowcy baz-kadra dowódcza, w dużej mierze znikały, zanim trafiły do miejsca przeznaczenia. Już w 2011 roku Mohammad Naim Ghajur, oficer w zachodnich prowincjach Afganistanu, przyznał, że korupcja w armii jest "wszechobecna" 10. Pompowanie środków w afgańskie wojsko przypominało próbę transportowania wody przez środek pustyni kanałem nieposiadającym żadnej warstwy izolacyjnej, która powstrzymywałaby płyn przed wsiąkaniem w piach.
Późnym popołudniem opuściliśmy bazę i postanowiliśmy wrócić do Kabulu, by nie podróżować nocą. Gdy żegnałam się z żołnierzami, zapewniali mnie o swojej niezłomności w walce z rebeliantami, lecz sytuacja w kraju wskazywała na zgoła odmienne nastroje. W ciągu kilku kolejnych tygodni talibowie zajęli dystrykty w Kunduzie, Balchu, Baghlanie, Wardaku i Dżozdżanie. Jedną z ich najważniejszych zdobyczy było Szir Chan Bandar w prowincji Kunduz, przygraniczne miasto handlowe na granicy z Tadżykistanem. Tadżyckie władze potwierdziły, że część afgańskich żołnierzy w wyniku walk opuściła swoje pozycje i uciekła do ich kraju. Podobnie było w trakcie kolejnych talibskich ataków na posterunki graniczne. Według irańskich mediów spychani obrońcy Islam Kala zrejterowali do Iranu, gdzie podobno poprosili o azyl. Spin Boldak, miasto graniczne i jeden z najważniejszych punktów na szlaku handlowym z Pakistanem, został zajęty przez talibów bez jednego wystrzału. Wielu jego mieszkańców nie kryło radości z zakończenia walk - starcia przypadły na sezon zbiorów wielu gatunków owoców i sprawiły, że Pakistan zamknął granicę, co zaszkodziło nieźle prosperującym biznesom.
- Sprzedaję moje winogrona w Pakistanie, bo tam są dobre ceny - mówił mi Szarif uprawiający winorośl w sąsiednim dystrykcie Pandżwaj, nad którym kontrolę kilka dni wcześniej przejęli talibowie. - Ale to delikatne owoce i szybko się psują. Jeśli wkrótce nie uda nam się ich przetransportować, będę zmuszony przerobić je na rodzynki.
- Teraz panuje tu spokój, jesteśmy zadowoleni - usłyszałam przez telefon od Hadżiego Walego Mohammeda, przywódcy miejscowej starszyzny, gdy zadzwoniłam, by potwierdzić informację o aktualnym statusie Spin Boldak.
Zajęcie miasta miało strategiczne znaczenie nie tylko z powodów finansowych. Przejście graniczne jest położone niemal dokładnie w połowie drogi między Kandaharem, matecznikiem fundamentalistów i dawną twierdzą ruchu, a pakistańską Kwetą, gdzie żyje wielu wysokich rangą przywódców afgańskich talibów z rodzinami.
Absolutnie krytyczna sytuacja panowała także w Ghazni, gdzie stacjonował polski kontyngent. Pod koniec czerwca 2021 roku zaledwie cztery spośród ośmiu dystryktów prowincji pozostawały pod kontrolą afgańskiego rządu. Nawet w sąsiadującym z Kabulem Wardaku talibowie zaczęli odbijać terytoria z rąk armii.
- Ich strategia koncentruje się na przechwytywaniu kluczowych dystryktów i prowincji, stwarzaniu zagrożenia na autostradach, izolowaniu miast, atakowaniu infrastruktury energetycznej i komunikacyjnej prowadzących do największych ośrodków miejskich - powiedział mi Tamim Asej, były wiceminister obrony i szef kabulskiego think tanku The Institute for War and Peace Studies.
Mimo wszystko władze starały się robić dobrą minę do złej gry. Gdy pewnego czerwcowego wieczora zadzwoniłam do wysokiego rangą wojskowego, by nieoficjalnie porozmawiać o sytuacji, uspokajał mnie, że pozwolenie talibom na zajęcie części terytoriów to element dobrze przemyślanej strategii.
- Pozwalamy im brać wsie i miasteczka, żeby skupić obronę na miastach, stolicach prowincji. Kiedy przyjdzie czas, odbijemy resztę - zapewniał, choć jego głos brzmiał tak, jakby mój rozmówca usiłował przekonać nie mnie, ale samego siebie.
2
8 lipca 2021 roku prezydent Biden ogłosił, że wojska USA zostaną wycofane z Afganistanu do 31 sierpnia. "Talibowie to nie armia północnego Wietnamu" 11 - zapewnił reporterów. Usiłował w ten sposób podkreślić, że afgańscy rebelianci nie są tak potężną i zorganizowaną siłą militarną jak komunistyczny Wietkong, który w latach siedemdziesiątych XX wieku pokonał Stany Zjednoczone i przejął władzę w całym kraju.
Dzień później rozpoczęła się bitwa o Kandahar, drugie co do wielkości miasto i najważniejszy ośrodek na południu Afganistanu. W całej prowincji walki trwały od miesięcy. W połowie lipca zginął fotoreporter agencji Reutera, Danisz Siddiki, który wraz z afgańską armią pojechał dokumentować starcia sił rządowych z talibami w granicznym dystrykcie Spin Boldak.
Gdy poleciałam do Kandaharu pod koniec lipca, miasto oblegali rebelianci. Spośród siedemnastu dystryktów prowincji siły rządowe kontrolowały już tylko dystrykt Daman i stolicę. W niektórych częściach miasta trwały walki między talibami a oddziałami armii, głównie komandosami i siłami specjalnymi. W innych panował względny spokój.
Pierwsze, co po przylocie rzucało się w oczy, nozdrza i płuca, to kosmiczna, nieprzyjazna człowiekowi temperatura i suche, wypełnione pyłem powietrze. Najtrafniejsza znana mi definicja lata w Kandaharze wyszła spod pióra, o dziwo, amerykańskiego wojskowego Rogera Pardo-Maurera, który opisał je jako "quasiwenusjańskie, podmarsjańskie środowisko gorąca, pyłu i spieczonego powietrza, które ogłusza, drapie rogówki, wywołuje ustawiczne zatykające zatoki migreny i krwotoki z nosa i sprawia, że skóra pęka ci w dziwnych wrażliwych miejscach. Jeśli gdziekolwiek na ziemi istnieje krajobraz mniej przyjazny człowiekowi, nie licząc Sahary, biegunów i kotłów K?lauea[2], nie potrafię go sobie wyobrazić i z pewnością nie chcę tam być" 12.
Ponadto miasto sprawiało wrażenie, jakby życie w nim, nie tylko z powodu temperatury, toczyło się na niższych niż zazwyczaj obrotach. Choć nie zamarło całkowicie, bo nie mogło - pomimo wszelkich przeciwności losu - zatłoczone zwykle skrzyżowania opustoszały. Ulicami jeździły pojedyncze samochody i motocykle, a pomiędzy nimi opancerzone auta afgańskiej armii, która wciąż kontrolowała większość Kandaharu. Pojawił się także nowy typ podróżnych, takich, na których przemieszczanie się wymusiła konieczność: rodziny transportujące dobytek życia w niewielkich motocyklowych przyczepkach, często z dziećmi siedzącymi na szczycie sterty pościeli, materaców, plastikowych misek i innych domowych utensyliów, prawdopodobnie uciekające przed walkami z tego czy innego dystryktu. Pierwszego wieczora w drodze do hotelu zawiesiłam wzrok na jednej z takich karawan. Za kierownicą motocykla siedział starszy mężczyzna w plastikowych klapkach i typowym dla regionu turbanie. Podróżował w towarzystwie trzech chłopców, synów czy wnuków, zwiniętego w rulon dywanu (centralnego elementu afgańskiego domu), taczki, kilku plastikowych kanistrów na wodę, starego wiatraka i małego dziecięcego rowerka. Musieli należeć do grupy przeszło dwudziestu pięciu tysięcy mieszkańców prowincji Kandahar, którzy zostali przesiedleni w jej obrębie z powodu toczących się walk. Większość rodzin z dystryktów takich jak Pandżwaj czy Majwand, gdzie konflikt trwał od miesięcy, a w ciągu ostatnich tygodni przybierał na sile, uciekała właśnie do miasta. Tu jednak czekało na nich niewiele. Stołeczne władze stworzyły dwadzieścia obozów przejściowych, ale rozlokowanie w nich tak ogromnej liczby ludzi było nie lada wyzwaniem. W obozie mieszczącym się na terenie szkoły na tysiąc zakwaterowanych przypadały zaledwie dwadzieścia cztery pomieszczenia na dwóch piętrach i dwie łazienki. Większość rezydentów żyła na zewnątrz; koczowali w prowizorycznych warunkach wzdłuż linii drzew, by choć trochę schronić się w ich cieniu. Kobiety przeważnie miały na sobie burki, nie te popularne, niebieskie, znane z Kabulu i fotografii z lat dziewięćdziesiątych XX wieku, lecz białe, żółte, a nawet miętowe, w kolorach bardziej typowych dla południa kraju. Niektóre rodziny stawiały coś w rodzaju namiotów z gałęzi i rozciągniętych pomiędzy nimi chust czy koców, wyglądających jak skonstruowane przez dzieci. Różnica polegała na tym, że dzieci w Kandaharze nie bawiły się w ten sposób, ale z konieczności spały w niedającym spokoju nawet w nocy upale, kąsane wściekle przez komary. Starszy mężczyzna siedział niemal nieruchomo po turecku pod drzewem, podpięty do kroplówki z workiem przyczepionym linką do pnia, o który się opierał. Miał długą białą brodę. Wydawał się zastygły w cierpieniu i znużeniu malujących się na jego twarzy.
Z lokalnym dziennikarzem, który towarzyszył mi i pomagał w pracy, przyjechaliśmy do obozu akurat w porze obiadu. Jedna z miejscowych fundacji rozdawała rezydentom porcje kabuli palau, ryżu z mięsem, marchewką i rodzynkami, oraz świeżego chleba. Część osób jadła, część wykorzystywała fakt, że sąsiedzi są zajęci konsumpcją, i czekała cierpliwie z żółtymi kanistrami pod cysterną z wodą pitną.
Szukria przyjechała tutaj z Pandżwaju z szóstką dzieci. Było to dla niej karkołomne wyzwanie. Odkąd jej mąż, żołnierz afgańskiej armii, zginął w walkach z talibami przed trzema laty, sama zajmuje się rodziną.
- Nie mam żadnych męskich krewnych, którzy mogliby otoczyć nas opieką. Wcześniej, w domu, zajmowałam się rękodziełem i tak zarabiałam na życie. Wspomagały nas też różne organizacje, Światowy Program Żywnościowy czy UNICEF. Ale minęło już dziewięć miesięcy, odkąd wyjechaliśmy z Pandżwaju, a życie tutaj jest straszne - opowiadała łamiącym się głosem. - Rząd nie zapewnia nam żadnej pomocy. Komary non stop gryzą nasze dzieci. Chcemy pokoju, chcemy wrócić do domu, jak wszyscy inni ludzie - łkała.
- Od wielu lat muzułmanie zabijają się nawzajem. I talibowie, i rząd zabijają, ranią cywilów, kobiety zostają wdowami. Mamy dość tej sytuacji, chcemy, żeby te walki się skończyły - wtórowała jej kobieta z koczowiska obok, czterdziestopięcioletnia Szapia, matka siedmiorga dzieci. Także ona, jak wiele Afganek, wiodła życie wdowy. - Mój mąż był żołnierzem. Siedem lat temu talibowie przyszli do naszego domu i zabili go na oczach moich i dzieci. To był jedyny żywiciel rodziny. Nie mamy niczego: ubrań, jedzenia, wody. Dosłownie niczego, czego człowiek potrzebuje do życia.
Sześćdziesięciodwuletnia Rabia z dystryktu Majwand dorzuciła, że rząd bombardował ich domy i rodziny.
Tamtego dnia temperatura, nawet jak na lato w Kandaharze, wyjątkowo dawała się we znaki. Po zaledwie kilku godzinach na zewnątrz zrobiło mi się słabo. Trudno mi było wyobrazić sobie, jak radzą sobie mieszkańcy tych przejściowych obozowisk, niemający żadnej osłony czy możliwości ucieczki przed słońcem. Z ulgą weszłam do wnętrza szkolnego budynku. Teraz pełnił funkcję siedziby obozowych władz i schronienia dla szczęśliwców, którym udało się zająć miejsce w jego chłodnych murach. Chciałam porozmawiać z Dustem Mohammadem, przedstawicielem lokalnej administracji zajmującym się przesiedleńcami.
- Mamy nadzieję, że rozmowy między talibami a rządem przyniosą pokój. Obie strony muszą zrozumieć, że walki nie są rozwiązaniem - powiedział, wyrażając uczucia większości mieszkańców koczowiska, z którymi rozmawiałam. - W tej chwili w przynajmniej pięciu dzielnicach Kandaharu trwają starcia. Przeciwnicy usiłują zająć miasto, a cierpią tylko cywile.
Wśród najpilniejszych potrzeb wymienił wiatraki, by choć trochę ulżyć rodzinom wystawionym na skwar, moskitiery, repelenty i mleko dla dzieci. Część tych artykułów dostarczali prywatni darczyńcy, jak miejscowi biznesmeni. Dust Mohammad koordynował też ONZ-owskie dostawy jedzenia. Narzekał jednak, że rygorystyczne biurokratyczne procedury pochłaniają ogrom czasu i zasobów.
- Jeśli sytuacja się nie zmieni, będzie nam bardzo ciężko. Będziemy potrzebować wsparcia od rządu na szczeblu centralnym - westchnął.
Gehenna cywilów była widoczna wszędzie. Walki postawiły w stan gotowości regionalny Szpital Mirwajs, największy ośrodek kliniczny w regionie. Przed szpitalem i na jego korytarzach koczowały całe rodziny czekające na doniesienia o bliskich. Wielu nie mogło odpocząć w domach i wrócić nieco później, bo do pokonania mieli długą drogę, często pod ostrzałem.
- Trafiają do nas pacjenci nie tylko z Kandaharu, ale także z okolicznych dystryktów. A nawet z innych prowincji, jak Nimroz, Helmand, Oruzgan czy Zabol - wyjaśniał mi dyrektor Mohammad Daud Farhad.
Miejscowi często nazywali Mirwajs chińskim szpitalem, bo został Afgańczykom sprezentowany przez Chiny w 1979 roku. Jego działalność wspierał głównie Czerwony Krzyż, opłacający pensje zatrudnionych lekarzy i pielęgniarek, zapewniający dostawy paliwa do generatorów i inne niezbędne rzeczy do funkcjonowania placówki. Jako jeden z największych i najlepszych ośrodków w tej części kraju Szpital Mirwajs leczył pacjentów na kilku specjalistycznych oddziałach, jednak aktywność ta została zawieszona. Lekarze musieli skoncentrować się na ratowaniu rannych od postrzałów, szrapneli, bomb i min przeciwpiechotnych.
- Zawsze trafiali do nas cywile ranni w walce, ale odkąd sytuacja się zaostrzyła, jest ich o wiele więcej. Codziennie mamy od trzydziestu pięciu do czterdziestu przypadków, a ostatnio nawet sześćdziesiąt jednego dnia - opowiadał dyrektor.
Dla wielu rannych wyzwaniem było samo dotarcie do szpitala. Ze względów bezpieczeństwa rząd zabronił mieszkańcom poruszania się na motocyklach. Trudno stwierdzić, jaka stała za tym logika. Fakt, jednoślady były jednym z głównych środków lokomocji talibów, ale i zwykłych ludzi, często jedynym dostępnym. Teraz każdy, kto nimi podróżował, mógł zostać uznany za rebelianta i ostrzelany. Był to zakaz tym bardziej niefortunny, że trwało lato, sezon, w którym kuczi, afgańscy nomadowie, przemieszczają się po kraju często na tych właśnie pojazdach. Ponadto zabroniono przemieszczania się w ogóle między dwudziestą drugą a piątą, w związku z czym nocą do pacjentów nie wyjeżdżały karetki.
- Niedawno mieliśmy taki przypadek - westchnął dyrektor. - Kobieta rodziła, pojawiły się komplikacje, więc rodzina chciała przywieźć ją do szpitala z wioski, około trzydziestu pięciu kilometrów od Kandaharu. Była noc, ich samochód został ostrzelany. Nie wiadomo, czy przez siły rządowe, czy przez talibów. Krewni, którzy jechali z rodzącą, zginęli na miejscu od kul, ona przeżyła, ale zmarła, bo nie dotarła na czas do szpitala. Wielu pacjentów nie trafia do nas na czas, więc mamy coraz więcej przypadków, które mogłyby być mniej skomplikowane, gdybyśmy zajęli się nimi wcześniej. To wielkie wyzwanie dla naszych lekarzy.
Gdy kręciłam się po szpitalu, mój wzrok przykuła sala, w której na łóżkach leżało obok siebie dwóch małych, jak się okazało, dziewięcioletnich, chłopców z dystryktu Szahdżoj w Zabolu. Wyglądaliby jak najzwyklejsze dzieci na świecie, gdyby nie fakt, że nóżki obydwu poowijane były bandażami i kończyły się w okolicy kolan.
- Gdy się bawili, weszli na minę - wyjaśnił ich dziadek, który przyjechał z wnukami do szpitala karetką Czerwonego Krzyża i koczował teraz przy ich łóżkach.
Choć i wcześniej, i później spotykałam dziecięce ofiary wojny, był to jedyny raz, kiedy pod pretekstem pójścia do łazienki musiałam przerwać rozmowę i opuścić pomieszczenie. Nie przyznawałam sobie, jako dziennikarce, moralnego prawa do płakania razem ze swoimi bohaterami.
Doktor Farhad, który pracował w szpitalu od 1998 roku, wojnę dzielił na różne okresy, w zależności od tego, jaki rodzaj urazów dominował.
- Podczas wojny domowej w latach dziewięćdziesiątych, gdy walczyli między sobą mudżahedini, były to głównie rany od wystrzeliwanych przez nich rakiet. Między 2006 a 2007 rokiem mieliśmy bardzo dużo ataków zamachowców samobójców. Później najwięcej rannych trafiało do nas z ranami postrzałowymi. Teraz mamy wszystko: postrzały, bomby, rakiety i miny - podsumowywał ponuro.
Naturę przypadków, z jakimi musiał mierzyć się Szpital Mirwajs, widać było choćby po tym, co wisiało na ścianach. Plakaty, które w ośrodkach zdrowia przypominają zwykle o badaniach profilaktycznych, zdrowej diecie czy ewentualnie szkodliwości nikotyny, tu przypominały, jak prowadzić wojnę, a jak jej nie prowadzić. Górna część obrazka: mężczyźni ostrzeliwują z granatnika budynek kliniki. Zniszczone ściany stoją w płomieniach, podobnie karetka Czerwonego Półksiężyca. Gęsto ściele się trup cywilów. Czerwony krzyżyk. Pod spodem: pole bitwy, najbliższe zabudowania w znacznej odległości od walczących. Mężczyźni po obu stronach ostrzeliwują się nawzajem z moździerzy i Kałasznikowów. Po jednej ze stron ogień trawi czołg. Też trupy, jak to na wojnie, tyle że walczących. Czyli prawidłowo. Zielony ptaszek. Pod spodem przypomnienie dla piśmiennych: ośrodki zdrowia służą wyłącznie leczeniu chorych i rannych i nie powinny stanowić celu ataku.
3
W miarę jak w mieście rozpychali się talibowie i próbowali jak największe jego części odbić wojsku, Kandahar pustoszał coraz bardziej. Nad niektórymi dzielnicami unosił się dym, a w powietrzu rozlegały się rytmiczne odgłosy wystrzałów. Kto nie był zmuszony życiową koniecznością, nie ryzykował opuszczania domu.
Nawet Meczet Kirka Szarif nie był, jak zwykle, pełen wiernych. Wcześniej mieszkańcy i pielgrzymi tłoczyli się, by zobaczyć najcenniejszą w kraju relikwię - płaszcz, który według podań miał należeć do samego proroka Mahometa i w którym odbył on mistyczną podróż z Mekki do Jerozolimy. Biały marmurowy dziedziniec opustoszał i ucichł do tego stopnia, że choć nie był to piątek, jedyny dzień, kiedy meczet mogły odwiedzać kobiety, świątynny strażnik jedynie skinął głową i pozwolił mi wejść.
Chciałam porozmawiać z opiekunem relikwii Zikrullahem Achundzadą. Gdy usłyszałam jego rodowe nazwisko - takie samo jak obecnego lidera talibów - natychmiast poczułam ekscytację, dopóki nie uświadomiłam sobie, że do plemienia Achundzadów należą przecież tysiące osób. Zikrullah potwierdził, że nie jest w żaden sposób spokrewniony z emirem. Jego rodzina pochodzi Kandaharu i od pokoleń związana jest ze świątynią.
- Przede mną strażnikiem był mój ojciec, Hadżi Mohammad, a przed nim mój dziadek - powiedział z dumą.
Ten około sześćdziesięcioletni mężczyzna służbę w meczecie pełnił wystarczająco długo, żeby dobrze pamiętać wizytę mułły Omara w 1996 roku. Gdy talibowie konsolidowali swoją władzę, Omar - jak podaje holenderska dziennikarka Bette Dam 13 - po naradzie z konsylium ulemów, uczonych w islamie, postanowił rozwiązać problemy Afganistanu poprzez gorliwą modlitwę i obwołanie się Amir al-Mu'minin, przywódcą wiernych.
- Nawet niewierni przybywali tu, by zostać muzułmanami. Niewierni wygłaszali tu kalimę, muzułmańskie wyznanie wiary. Widzieliśmy to na własne oczy! - upajał się Zikrullah Achundzada. - Wcześniej przychodziły tu tłumy ludzi. To miejsce, by płakać, by prosić o wybaczenie, by się modlić. Nawet tym, którzy nie mówili, po modlitwie tutaj na powrót otwierały się usta i wydobywały się z nich słowa. Teraz sytuacja się zmieniła. Ludzie boją się przychodzić do świątyni, boją się w ogóle wychodzić ze swoich domów. Wielu w ogóle je porzuciło i wyjechało. Każdy jest zajęty swoimi problemami - westchnął ciężko.
W istocie, świątynia była piękna i przywodziła na myśl wiele z tych, które widziałam w Iranie. Ściany wysadzane srebrzącymi się kryształkami i szkiełkami zdawały się migotać w półmroku. W środku nie świeciło się żadne światło, wpadało jedynie przez otwarte drzwi. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol. Centralne miejsce zajmowała nisza, w której wnętrzu miała znajdować się bezcenna relikwia. Nie wiedziałam jeszcze, że mam pierwszą i ostatnią okazję ją zobaczyć, bo talibowie przestaną wpuszczać do meczetu niemuzułmanów.
Usiedliśmy na dywanie w rogu. Zikrullah umieścił obok nas niewielki wiatrak, a przed nami postawił termos z zieloną herbatą, nieodłączny atrybut każdego spotkania. Jak wszyscy mieszkańcy miasta trwał w niepokoju i napięciu. Martwiło go nie tylko duchowe życie wiernych, którzy przestali odwiedzać święte miejsce, ale i to, co każdego dnia działo się na ulicach. I niewiedza, co przyniesie przyszłość.
- Nawet my, słudzy świątyni, się boimy. Wielu ludzi modli się, błaga o pokój. Jedni mówią, że jak wyjadą obcokrajowcy, to nastaną spokój i bezpieczeństwo. Inni, że będzie jeszcze więcej problemów. Sam nie wiem, co o tym sądzić - wyznał. - Cieszymy się, że rozwinęli nasz kraj, że pobudowali szkoły, drogi, szpitale. Rozwój jest dobry. Kiedy zapanuje pokój, jedność, powinien zostać ustanowiony szariat, tak jak wskazuje Koran. Bo to Koran jest przywódcą muzułmańskiego świata.
Zikrullah twierdził, że w czasach poprzednich rządów talibów początkowo ich popierał, jednak z czasem przeżył rozczarowanie ich władzą.
- Najpierw przynieśli pokój, bezpieczeństwo. Ale pod koniec zaczęliśmy dostrzegać obcych ludzi z innych krajów ingerujących w nasze sprawy - opowiadał.
Miał na myśli arabskich bojowników, członków Al-Kaidy, którzy, jak opisuje dziennikarka Sarah Chayes, relacjonująca wówczas z Afganistanu i Pakistanu, zaczęli panoszyć się w Kandaharze 14.
Jednak to nie polityka była głównym przedmiotem zainteresowania Zikrullaha. Jak podkreślał, skupiał się na życiu duchowym. A wśród kwestii państwowych interesowała go głównie ta sama co większość mieszkańców: spokój i przestrzeganie prawa, choćby surowego, ale gwarantującego poczucie przewidywalności i bezpieczeństwa.
- Jeśli znowu nastanie rząd, który zaprowadzi bezpieczeństwo, zaakceptujemy go z zamkniętymi oczami. Mamy dość sytuacji, która jest teraz. Boimy się wychodzić z domu, nawet na bazar. Zawsze się boisz, że coś ci się stanie. Nie interesuję się polityką. Jestem malangiem, fakirem - odniósł się do figur muzułmańskich ascetów, którzy porzucili ziemskie wygody na rzecz życia duchowego - i modlę się tylko, by Bóg przywrócił porządek i bezpieczeństwo.
Po przeszło godzinnej rozmowie podziękowałam za herbatę i wraz z tłumaczem opuściliśmy świątynię.
4
Z Kandaharu wyleciałam właściwie w ostatniej chwili. Po kilku dniach talibowie skoncentrowali swoje ataki na lotnisku, zaczęli ostrzeliwać je rakietami. Część pasa startowego została zniszczona, a wszystkie loty odwołane. "Zaatakowaliśmy lotnisko, bo wróg wykorzystywał je, by przeprowadzać ataki z powietrza przeciwko nam" 15 - powiedział Reutersowi Zabihullah Mudżahid, rzecznik talibów. 5 sierpnia rząd zalecił wszystkim cywilom w mieście ewakuację, jednak nie wiadomo było, dokąd mieliby uciekać 16.
Już w Kabulu przypomniała mi się przypadkowa rozmowa w obozie dla przesiedleńców. Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, podeszła do nas młoda dziewczyna. Powiedziała, że pochodzi z Oruzganu, ale wraz z rodziną mieszka w dystrykcie Mirwajs w Kandaharze, a tu dopiero od dwóch tygodni.
- Nasz dom jest lepszy. Jak nastanie pokój, wrócimy tam i będziemy szczęśliwi. Tutaj mamy zapewnione jedzenie i wodę, ale tracimy czas, nie mamy żadnej pracy. Skończyłam szkołę, zdałam egzamin na osobę wykonującą szczepienia[3] i miałam zacząć pracę, ale przez walki wylądowaliśmy tutaj - powiedziała łamanym angielskim. - Talibowie też są naszymi braćmi - dodała - i nie chcę mówić o nich niczego złego, ale twierdzą, że prowadzą dżihad. Przecież oni są muzułmanami i my też. Co to za dżihad, przeciwko komu go robicie? Powinni zobaczyć, jak nam jest ciężko. Walki nie są dobre. My siedzimy w obozie, a oni mówią, że robią dżihad. Naprawdę, powinni się zastanowić, co jest dobre. Co jest właściwe.
Nadchodzące tygodnie zmusiły tysiące kolejnych mieszkańców różnych prowincji do ucieczki z domów. Przez cały lipiec i sierpień talibska ofensywa postępowała w tak zawrotnym tempie, że trudno było być na bieżąco z kolejnymi dystryktami, które - po walce lub bez - wpadały w ich ręce. W Kabulu, w centralnym parku miasta, w dzielnicy Szar-e Nau wyrastały namiotowe obozowiska przesiedleńców z odległych części kraju, którzy w stolicy upatrywali ostatniego bastionu bezpieczeństwa przed coraz silniejszą nawałą fundamentalistów. Ogrodzone płotem boisko do koszykówki zamieniło się w tymczasowe schronienie dla dziesiątek rodzin, które nie miały dokąd pójść.
Jego mieszkańcy byli w tak samo podłym położeniu jak ich rodacy w Kandaharze. Jedynie temperatura była mniej dotkliwa. Stłoczonym na niewielkiej powierzchni ludziom brakowało praktycznie wszystkiego.
- Rząd nic nam nie zapewnił. Nie mamy dachu nad głową, wody, jedzenia. Całe rodziny śpią na ziemi, pod gołym niebem, nasze dzieci chorują - mówił z rozgoryczeniem sześćdziesięcioośmioletni Mohammad Akbar, który w zajętym przez talibów Kunduzie pracował jako fryzjer. - Nie chcieliśmy uciekać z naszych domów, ale życie stało się niemożliwe. Walki trwały od ponad dwóch miesięcy, aż rozlały się na całe miasto. Płonęły sklepy, budynki. Ciała poległych żołnierzy leżały na ulicach przez dwa dni, bo talibowie zabronili ich przenoszenia.
Wielu uchodźców było straumatyzowanych konfliktem i tym, czego doświadczyli tuż przed przesiedleniem.
- Cały Kunduz płonął. Talibowie przyszli i kazali nam opuścić domy, żeby mogli z nich prowadzić walkę - opowiadała mi ze łzami w oczach Gul Chumar, mieszkanka położonego na północy Afganistanu miasta, które wpadło w ręce rebeliantów. - Kobietom kazali zdejmować zasłony, żeby sprawdzić, czy nie kryją się za nimi żołnierze afgańskiej armii. Nie wiemy, co się teraz dzieje z naszymi domami, czy w ogóle będziemy mieli dokąd wrócić.
Zajęcie Kunduzu stanowiło dla rządu cios tak poważny, że Stany Zjednoczone zdecydowały się na zbombardowanie afgańskiej bazy wojskowej w pobliskim Szeberghanie, by jej wyposażenie (między innymi radzieckie haubice D-30) nie dostało się w ręce wroga.
Niektórzy uciekinierzy, podobnie jak w Kandaharze, deklarowali, że jest im wszystko jedno, kto będzie rządzić, byleby tylko ustały walki. Inni mówili o stanowczym sprzeciwie wobec talibów. Wszyscy jednak podobnie pesymistycznie patrzyli w przyszłość.
- Nie chcemy żyć pod kontrolą talibów. Dlatego wyjechaliśmy - powiedział mi dwudziestosiedmioletni Baszir Ahmad, który także koczował w kabulskim parku. - Straciliśmy swoje domy, swoje życie. Nawet jeśli rząd odbije Kunduz, będziemy potrzebować długich lat, żeby wszystko odbudować, żyć jak wcześniej.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1] Niektórzy wysocy rangą dowódcy talibów już od około 2010 roku przebywali na stałe w katarskiej Dosze. Założone w tym mieście w 2013 roku biuro polityczne organizacji odgrywało ważną rolę w rozmowach między członkami ruchu a Stanami Zjednoczonymi i innymi państwami.
[2] Wulkan na Hawajach, jeden z najbardziej aktywnych na świecie.
[3] Afganistan jest jednym z dwóch ostatnich państw na świecie, gdzie endemicznie występuje wirus polio. Pracownicy podróżujący po kraju i szczepiący dzieci na tę chorobę są ważną częścią systemu ochrony zdrowia.