II. Natalia
Udaję na terapii. Słucham, odpowiadam na pytania, kiwam znacząco głową. Chyba się na to nabierają... Tak naprawdę znów chcę być sobą, dawną Natalią. W dupie mam ich zrozumienie, rady, rozmowy. I tak ich gówno obchodzi, co ze mną będzie. Przecież będzie tak samo. Ta cholerna beznadzieja. Cholernie brakuje mi ćpania. Bardziej niż alkoholu i fajek. Chociaż nie, fajek tak samo. Alkoholu też. Nienawidzę tu być i tych wszystkich ludzi. Ale tamtego równie mocno nienawidzę...
Odkąd pamiętam, byłam Twoją małą księżniczką. Sadzałaś mnie na kolanach, opowiadałaś o wspaniałym życiu, jakie mnie czeka. Miałam wszystko i nie chodzi o przedmioty. Miałam Twoją miłość. Myślałam, że kochacie mnie obie, Ty i babcia, ale w końcu musiałam dowiedzieć się prawdy...
Gdy miałam siedem lat, babcia pierwszy raz nazwała mnie w złości znajdą. Nie wiedziałam, co to znaczy i o co jej chodziło. Może to coś dobrego? Nadeszła okazja, żeby się tego dowiedzieć. Z okazji Dnia Babci mieliśmy za zadanie napisać coś ciekawego o swojej seniorce. A jakże, napisałam i ochoczo odczytałam to całej klasie. Zszokowałam wszystkich na samym początku. "Po moim urodzeniu babcia chciała mnie spuścić w kiblu i jestem cholerną znajdą, której ojciec jest kryminalistą"... Nauczycielka natychmiast kazała mi przestać. Nie rozumiałam dlaczego. Po następnej lekcji pojawiła się matka, wezwana przez dyrektorkę. Mama była na mnie zła, a ja wciąż nie wiedziałam, co takiego zrobiłam. Zabrała mnie ze szkoły i przez całą powrotną drogę milczałyśmy. Czułam przez skórę, że zrobiłam coś nie tak. Było mi głupio, ale teraz wiem, że to nie ja powinnam czuć się źle.
Matka była bardzo piękną kobietą. Wysoka blondynka, ciemne oczy, zawsze opalona. Do tego nienaganna figura. Umiała dbać o siebie. Mężczyźni ją uwielbiali, a ona nie stroniła od ich towarzystwa. Dzięki niej miałam codziennie nowe, piękne zabawki i wszystko to, czego może pragnąć mała dziewczynka. Matka była świetną aktorką. Kochała przede wszystkim pieniądze, a mężczyźni byli tylko narzędziem do ich zdobycia. Najlepsi byli tacy, którzy je mieli. Porządny samochód, dom, pracę, a najlepiej dobrze prosperującą firmę. Kiedyś poznała bogatego Włocha. Rozkochała go do tego stopnia, że chciał podarować jej cały świat. Dużo podróżowała pociągami pierwszej klasy, potem samolotami, a nawet jachtami. Opływałyśmy w bogactwa i żyłyśmy w luksusie. Pamiętam, że miałam piękny, różowy pokój, pełno najnowszych zabawek i markowe ciuchy. Przy tym mnóstwo koleżanek, które patrzyły na wszystko z nieukrywaną zazdrością. Miałam wszystko poza jednym. Brakowało mi matki, bo i tak większość czasu spędzałam z babką - matką mojej matki. Babka regularnie wlewała mi jad do ucha, że matka bardziej kocha tego faceta niż mnie, a ja jestem tylko niechcianym bachorem i zerem. Często też w złości wymierzała mi bolesne kuksańce.
Matce trudno było usiedzieć w jednym miejscu, a Włoch musiał pracować. Pod pretekstem opieki nade mną wracała do kraju. Jej mężczyzna wysyłał pokaźne sumy na konto, a mama co noc imprezowała z innym. Ja natomiast dalej byłam skazana na opiekę i towarzystwo babki.
Sielanka trwała może rok, ale przyszedł czas zmian. Coraz bardziej zamykałam się w sobie, na swój sposób przeżywając samotność i zagryzając tęsknotę batonikami. Odsuwałam się od rówieśników, a oni ode mnie. Odsunęli się też z innego powodu. Bardzo utyłam i stałam się nieatrakcyjnym pulpetem. Dzieci potrafią być bardzo okrutne, a odrzucenie niezmiernie boli. Nie wybierano mnie do gry w siatkówkę, nie chcieli ze mną wracać ze szkoły, nikt nie zapraszał do zabaw pod blokiem. Nie tak dawno księżniczka, a teraz żebraczka prosząca o chwilę towarzystwa. Nie było litości. Dzieci wyzywały mnie od grubasów, baleronów i tym podobnych. Wracałam zapłakana i zgnębiona. Chciałam wyżalić się matce, przytulić i słuchać zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Matki nigdy nie było, a babka na poczekaniu wymyślała coraz to nowe kłamstwo. Chciała wiedzieć, ale nie pomóc. Głośno się śmiała i mocniej utwierdzała w przekonaniu, że jestem gruba i brzydka, nikt mnie nie chce i tylko zabieram tlen roślinom. Uciekałam do swojego pokoju, długo płakałam w poduszkę, a potem zagryzałam swój ból kolejnymi słodyczami.
Pewnego dnia matka, wraz ze swoim kochankiem, zabrała mnie do zoo. Byłam tego dnia taka szczęśliwa, mimo że nie okazywała mi szczególnego zainteresowania. Do pewnego momentu... Wychwyciłam jej spojrzenie w chwili, gdy patrzyła na mnie z nienawiścią i obrzydzeniem. Nie wiem dlaczego, ale odruchowo zaciskałam moje grube piąstki. Po powrocie - jak zwykle - zostałam sama. Rozpłakałam się tak żałośnie, że nie potrafiłam przestać. Płakałam z żalu i złości, wbijając szpilki w zdjęcia mojej matki. Szczególnie napiętnowałam jej oczy, które na mnie tak parzyły... Chciałam ją ukarać, zemścić się, dać jej poczuć, co znaczy cierpienie. Ale jej nie było, a i tak naprawdę nic bym jej nie zrobiła.
Ten dzień spowodował we mnie wewnętrzną przemianę. Coś we mnie pękło i przestałam jeść. Tak bardzo się w sobie zacięłam, że bardzo szybko i bardzo dużo chudłam. Trwało to ponad trzy miesiące i doszłam do wagi trzydziestu dwóch kilogramów. Znajomi mnie nie poznawali, a ja zaczęłam wyglądać bardzo atrakcyjnie i zyskiwałam nowych kolegów. Natomiast babka, aby mi dalej dokuczać, utwierdzała mnie w przekonaniu, że nadal jestem gruba i brzydka. Zdarzało się, że mdlałam, a babka dalej wlewała swój jad. Może liczyła, że któregoś dnia zniknę? Bywały chwile, które były dla mnie bardzo trudne. Matka i jej facet zabierali mnie do restauracji. Byłam taka głodna, ale bardziej bałam się znów przytyć. Odmawiałam, a oni nalegali. Kończyło się to moim histerycznym zachowaniem, a im było przeze mnie głupio. Później w ogóle zrezygnowali z mojego towarzystwa. Zaczęłam podupadać na zdrowiu. Miałam ziemistą cerę, wypadały mi włosy i coraz częściej omdlewałam.
Mimo to dalej nie jadłam, szaleńczo robiłam brzuszki i płakałam. Łzy i ból to była moja codzienność. Na polecenie dyrektorki szkoły matka zaprowadziła mnie do lekarza. Po badaniach lekarz orzekł jednoznacznie, że cierpię na anoreksję. Otrzymałam skierowanie do szpitala psychiatrycznego...
III. Klaudia
Klaudia miała szczęśliwe dzieciństwo do pewnego czasu... Jako sześciolatka spowodowała pożar domu. Dom był niewielki, ale spełniał swoją funkcję dla wszystkich mieszkańców. Na górze mieściła się pewnego rodzaju graciarnia. Nieświadome niczego dziecko, jak w wielu podobnych przypadkach, bawiło się zapałkami. Kiedy matka zawołała Klaudię na obiad, ta zdążyła już zaprószyć ogień. Tak naprawdę to sąsiedzi powiadomili rodzinę o pożarze. Wszyscy w porę zdążyli uciec, ale brat, który spał obok tego składziku, wyskoczył przez okno jako ostatni i połamał obie nogi. Przez jakiś czas schronienia udzielali im sąsiedzi, bo dom doszczętnie spłonął. Rodzina wyprowadziła się do innej miejscowości, korzystając z pomocy dziadków.
To "szczęśliwe dzieciństwo" polegało na tym, że była mama wraz z tatą i rodzeństwem. To koniec szczęścia. W domu od zawsze był alkohol i awantury. Klaudia wychowywała się w pełnej rodzinie do siódmego roku życia. Matka była piękną kobietą, ale nie radziła sobie sama ze sobą. Klaudia pamiętała jedynie jej piękne blond loki i wyjątkową urodę. Siedmioro dzieci wraz z Klaudią, a każde tak różne. Pewnego dnia mama nie wytrzymała tego wszystkiego i odebrała sobie życie - powiesiła się. Na szczęście znalazł ją ojciec. Sam pogrzeb Klaudia zapamiętała jako wesołą ceremonię. Była szczęśliwa, że skończyły się kłótnie i alkohol. O śmierci mamy powiedział Klaudii brat, tłumacząc, że mama chorowała na serce. Po tym zdarzeniu - w wieku ośmiu lat - zamieszkała u brata w rodzinie zastępczej. Gdy była już nieco starsza, przez przypadek dowiedziała się prawdy o tym tragicznym dniu...
Ojciec mieszkał już z inną kobietą i to za jej sprawą wziął dziewczynkę do siebie na Wigilię. W czasie przygotowań do świątecznej kolacji Klaudia usłyszała kłótnię dorosłych. W tym czasie przebywała w pokoiku obok i dokładnie chłonęła każde słowo. Macocha wyrzucała ojcu, że córka nie mieszka z nimi, tylko w rodzinie zastępczej. Nagle dziewczynka usłyszała bardzo bolesne zdanie: "Myślisz, że po tym, jak Alicja się powiesiła - tu, w kuchni - to oddadzą mi dzieci?". Klaudia nie wierzyła własnym uszom. Nagle zaczęła zadawać sobie mnóstwo pytań: "Dlaczego mama to zrobiła? Dlaczego mnie zostawiła? Czy to przeze mnie?". Dziewczynkę pchnął nagły impuls i wyskoczyła przez okno. Nie było wysoko. Nie zważając na przeraźliwe zimno, wybiegła tylko w spódniczce i bluzeczce wprost na cmentarz. Siedziała przy grobie swojej matki i tak bardzo płakała... Łzy same płynęły i nie chciały przestać. Nie wiedziała, ile czasu tam spędziła, ale na szczęście znalazł ją brat, Bogdan.
Często przychodził zapalić znicz na grobie matki. Okrył siostrę swoją kurtką, bo była cała przemarznięta, przytulił i zaczął uspokajać. Była mu wdzięczna, że pocieszał i był blisko. Potem zawiózł ją taksówką do drugiego brata, czyli rodziny zastępczej. Ojciec nawet nie zauważył nieobecności dziewczynki. O jej zniknięciu dowiedział się dopiero od Bogdana. Gdy to wszystko się wydarzyło, miała zaledwie dwanaście lat. Od tej pory Klaudia znienawidziła święta Bożego Narodzenia.
Mimo że brat był jej najbliższą rodziną, nie było jej u niego dobrze. Jako dziewięciolatka regularnie wykonywała domowe obowiązki. Opiekowała się dziećmi brata, sprzątała, prała (ręcznie, gdyż nie było pralki), robiła dla wszystkich posiłki, a przy tym musiała mieć czas na naukę. O czasie tylko dla siebie mogła jedynie pomarzyć. Darmowa gosposia - może pod wpływem instynktu, a może koleżanek - nagle zaczęła się buntować. Brat bardzo szybko przypomniał jej, gdzie jest jej miejsce. Dostawała regularne lania skórzanym paskiem lub kablem. Pewnego dnia wszystko potoczyło się innym trybem. Dostała lanie, że odpyskowała i nie chciała zająć się dziećmi. Na koniec usłyszała, że jest "małą szmatą". To przelało czarę goryczy. Wykrzyczała wtedy, że zrobił z niej szmatę młodszy brat, Jacek, kiedy ją molestował. Niestety, opiekun nie uwierzył jej opowieściom. Skoro wykrzyczała to na głos, postanowiła zawalczyć o swoją godność i poszukać sprawiedliwości. O wszystkich zdarzeniach opowiedziała w szkole. Myślała, że zmiany w jej życiu potoczą się błyskawicznie. Niestety, tak się nie stało. Nie chciała już bicia i poniżenia. Chciała schronienia u ojca, licząc na pomoc macochy. Z żalem i nadzieją szła w dwudziestostopniowym mrozie ponad dwadzieścia dwa kilometry. Gdy dotarła na miejsce, ojciec był zdumiony i zaskoczony. Musiała po raz kolejny opowiedzieć, a nawet wykrzyczeć swoją krzywdę. Powiedziała, że utrzymywała to w tajemnicy, bo bała się stracić następne bliskie osoby, ale trudno było jej z tym żyć. Po tym wszystkim ojciec był tak wstrząśnięty, że postanowił ją zatrzymać bez względu na wszystko, lecz brat Emanuel (rodzina zastępcza) chciał prać brudy we własnym domu i wezwał policję. Pozwolono jej jednak zostać u ojca. Dopiero po dwóch tygodniach doczekała się kuratora z sądu, który sporządził odpowiednią dokumentację i zabrał Klaudię do Emanuela. Wtedy dziewczynka dowiedziała się, czym naprawdę jest piekło, a dokładniej - najgłębsze pokłady. Dzień był jeszcze do zniesienia, ale w nocy wyrzucał ją z domu i nakazywał wynosić się do ojca. Wówczas dziewczynka prosiła sąsiadów, by wezwali policję.
W końcu wiosną opieka społeczna zabrała ją do domu dziecka w Cybince. Tam było jej dobrze, ale zwykle szczęście nie trwa długo. Utworzono dom dziecka w jej rodzinnej miejscowości i została do niego przeniesiona. To nie było to samo. W tak małej miejscowości prawie wszyscy się znają i prawie wszystko o sobie wiedzą. Niefortunnie zasłyszane rozmowy znów zraniły pokiereszowaną życiem dziewczynkę. Zaczęła często uciekać na cmentarz, do mamy, spędzając tam niejedną noc. Nikt Klaudii nie rozumiał i nikt się nie starał jej pomóc. Sama znalazła sobie nowe towarzystwo - nieważne, że ściągało ją na sam dół, bo ktoś jednak słuchał i współczuł. Nieważne, że najpierw pojawił się alkohol, a potem narkotyki i dopalacze. Po sporej dawce dopalaczy, a raczej w trakcie ich wypłukiwania przez organizm, Klaudia zaczęła słyszeć głosy i mieć lęki. Głosy namawiały ją do samookaleczeń i coraz więcej ran pojawiało się na jej ciele. Upijała się do nieprzytomności - tak, że traciła kontakt ze światem. Na używki trzeba było mieć pieniądze, więc pozostawała kradzież albo sprzedaż własnego ciała. Kiedy była "znieczulona", to było jej wszystko jedno. Takie stany doprowadziły do jeszcze większej agresji i konfliktów z prawem, wyżywała się więc na innych wychowankach oraz na policjantach. Kontrolowana przez funkcjonariuszy dziewczynka, która pozostawała bez opieki w późnych godzinach nocnych, to dla policji rutyna, natomiast jej zachowanie już rutynowe nie było - była w stosunku do nich wulgarna i napastliwa. Mieli z nią trochę problemów, zanim udało się ją odtransportować do domu dziecka. Zdarzało się to jednak coraz częściej (niektórzy policjanci nawet polubili krnąbrną małolatę). Dom dziecka nie mógł pozostać obojętny. Nikt już nie potrafił pomóc Klaudii ani nie był w stanie jej okiełznać. Dziewczyna wędrowała z jednego psychiatryka do drugiego, zaliczyła nawet Ośrodek Leczenia Uzależnień w Sopocie. Uciekła i przebyła stopem pięćset dwadzieścia kilometrów. Cała podróż trwała siedemnaście godzin. Przez jakiś czas regularnie poddawała się dalszej destrukcji. Nikt nie miał o Klaudii dobrego zdania. Częste utarczki z policją i pracownikami domu dziecka skazały dziewczynę na prawne zaszufladkowanie - wysoka demoralizacja ze wskazaniem na pobyt na oddziale o wzmożonym zabezpieczeniu dla dzieci i młodzieży w Bolanowie.
Początki pobytu Klaudii na oddziale I były bardzo trudne i dla personelu, i dla niej. Była zbuntowana i obrażona na cały świat. Robiła łaskę, gdy musiała zejść do stołówki, odmawiała uczestnictwa w zajęciach czy terapii. Spędziła wiele godzin w sali obserwacyjnej, gdyż jej stan psychiczny zmieniał się jak w kalejdoskopie. Na to wszystko miały wpływ jej przeżycia oraz brak używek, od których się uzależniła.
Czas płynął, ale znaczące zmiany nie następowały. Bywały dni, kiedy dziewczynka znów się okaleczała, bywała również tak agresywna, że musiano ją zabezpieczać pasami. Regularnie otrzymywała leki, między innymi antydepresanty, które z czasem łagodziły jej nastawienie do świata. Krok po kroku zrozumiała, że personel nie jest jej wrogiem, zmiany nadchodziły jednak bardzo powoli. Lubiła chodzić do szkoły i miała niezłe stopnie. Chętnie słuchała pochwał, co spowodowało rozpoczęcie terapii. Jak zawsze początki bywają trudne, u Klaudii również terapia przebiegała bardzo burzliwie. Czasami wychodziła w połowie, trzaskając drzwiami. Bywało, że po terapii pół dnia przepłakała albo dąsała się na wszystkich i o wszystko. Personel wiedział, że jest to efekt buntu, a zarazem akceptacji różnych zdarzeń oraz wyartykułowania i przyznania się przed samą sobą do błędów życiowych. Klaudia w wielu sytuacjach była bezkrytyczna i trzeba było ją odpowiednio przygotować, żeby znów miała jasne spojrzenie na swoje sprawy.
Czas płynął, a dziewczyna zaczęła się zmieniać z dnia na dzień. Może była bardziej absorbującą pacjentką od innych, ale i to ulegało poprawie. Klaudia uwielbiała zwracać na siebie uwagę. Zdarzające się każdemu drobne urazy urastały u niej do ciężkiej choroby. Chciała, żeby stale ktoś się nią interesował, rozmawiał i poświęcał czas. Gdy ma się dość sporą grupę podopiecznych, nie zawsze jest to możliwe. Poza tym kiedy coś nagminnie się powtarza, następuje zmęczenie materiału, a że personel wiedział, o co naprawdę chodzi, to zwyczajnie próbował ją zbyć, co z kolei spotykało się z buntem i słowną agresją z jej strony. Dziewczyna zamęczała swoimi wyimaginowanymi problemami ordynatora, potem pielęgniarki, psychologa, a nawet sanitariuszki. Po prostu tego, kto się napatoczył i znalazł "na linii strzału".
Czasem lubiła też samotność. Siadała wtedy na łóżku, słuchała muzyki i kiwała się w jej rytm, tak jak dzieci z chorobą sierocą. Wówczas była poważna i skupiona. Potrafiła tak nawet kilka godzin, jeśli nie było innych zajęć.
W lepsze dni z własnej inicjatywy pomagała przy drobnych porządkach. Wykazała się talentem plastycznym i pod okiem wychowawców tworzyła przeróżne cudeńka. Była inteligentna i diabelnie spostrzegawcza, miała też cięty dowcip. Nie raz i nie dwa zaskakiwała personel trafnością wypowiedzi.
Klaudia bardzo się zmieniła i po wnikliwej analizie, ordynator podjął decyzję i wydał zgodę na krótką przepustkę. Była przeszczęśliwa, że znów, choć na chwilę, poczuje się wolna. Dom dziecka dopełnił formalności, prosząc sąd o zgodę. Wszystko przebiegło pomyślnie i Klaudia pojechała tam na trzy dni. Każdy się zastanawiał: czy wyjdzie z tej próby zwycięsko? Bardzo miło wszystkich zaskoczyła - nie narozrabiała ani nie szukała dojścia do używek. Ta próba pozwoliła dobrze rokować na przyszłość, można było sądzić, że proces resocjalizacji idzie w dobrym kierunku. Klaudia zapracowała na zaufanie i częściej korzystała z przepustek. A to z okazji świąt, a to na wakacje czy ferie zimowe. Dom dziecka tylko raz poskarżył się ordynatorowi na zachowanie dziewczyny - jakby nie była sobą. Przepustkę, na którą wtedy pojechała, wydano na czas świąt Bożego Narodzenia... Mimo skojarzeń i przeżyć związanych z tym świętem pracowała na następną aż kilka miesięcy.
Dziewczyna stawała się coraz starsza i bardziej odpowiedzialna. Kilka miesięcy przed osiągnięciem pełnoletniości otrzymała kolejną szansę - mogła wcześniej wrócić do domu dziecka na stałe. Jakaż była radość, kiedy otrzymała postanowienie sądu o natychmiastowym zwolnieniu. Wszyscy się cieszyli jej radością, lecz zawsze są obawy... Trzeba się jednak przekonać o słuszności decyzji. W dniu wyjazdu uściskom i życzeniom nie było końca, Klaudia chętnie się przytulała i żegnała z każdym z osobna. Najwięcej uścisków, podziękowań i miłych słów otrzymał ordynator, który nie szczędził jej pokrzepiających rad, ale już w drodze do domu dziecka dziewczyna oskarżyła go o zły dotyk i facet musiał się nieźle nagimnastykować, tłumacząc niewinne gesty. Czyżby tak się pomylił co do niej?
Klaudia sądziła, że sobie poradzi mimo zaburzonej osobowości. W Bolanowie przebywała dwadzieścia dwa miesiące i spory haust wolności odbił jej się czkawką. W bardzo krótkim czasie przestała chodzić na praktyki. Miała problemy z nawiązywaniem prawidłowych relacji z poznanymi ludźmi. Nie umiała podporządkować się zasadom i panującej dyscyplinie. Popadała w coraz to nowe konflikty. Zaczęła uciekać z domu dziecka i szukać wrażeń na melinach, odnawiając dawne przyzwyczajenia. Poszukiwała miłości, może akceptacji i zrozumienia u dojrzałych mężczyzn. Nietrudno było odkryć ich intencje, ale nie czuła się przez nich krzywdzona. Czuła się za to samotna, niepotrzebna i niekochana. Była bardzo niecierpliwa i nie umiała na to wszystko systematycznie zapracować - chciała wszystkiego od razu i nie uznawała sprzeciwu. Spotykała dawnych znajomych, którzy nie grzeszyli wstrzemięźliwością i rozumem...
W tamtym czasie bardzo wstrząsnęło nią pewne zdarzenie: Otóż grupka jej dobrych znajomych wracała z zakrapianej imprezy, na której nie zabrakło również narkotyków. W pewnym momencie się pokłócili i jeden z nich, Patryk, w geście protestu położył się na jezdni. Pozostali to zignorowali i poszli dalej, chłopak jednak dalej leżał i nie miał zamiaru rezygnować. Nagle grupa zauważyła światła nadjeżdżającego samochodu. Machali i krzyczeli do kierowcy, żeby się zatrzymał, ale ten ich zlekceważył, myśląc, że to wygłupy pijanej młodzieży. Nie zatrzymał się. Przejechał po głowie chłopaka, a ten zginął na miejscu. Klaudia bardzo lubiła Patryka, uważała, że był bardzo fajny - pogodny i zawsze uśmiechnięty, wszystkim chętnie pomagał, w dodatku jak ona cierpiał z powodu alkoholizmu rodziców. Chciał być kimś i miał na nią dobry wpływ. Wiele razy wyciągał Klaudię z tarapatów i odciągał od używek, a sam nigdy nie pił i nie ćpał ze względu na rodziców. Poza tym jednym razem, który zakończył się tragicznie. Dziwna sprawa, bo dwa dni później nieszczęsny kierowca zginął wskutek pobicia, a dwa tygodnie później jego ojciec został zaatakowany i uderzony siekierą w głowę. Klaudia zastanawiała się, czy to nie przyjaciele Patryka dokonali samosądu. Byłoby to okrutne i niesprawiedliwe... A może to przypadek?
Te smutne wydarzenia jeszcze bardziej zdołowały dziewczynę. Albo uciekała z domu dziecka, albo siedziała samotnie w pokoju, słuchając smutnej muzyki i płacząc. Brakowało jej bratniej duszy - a może leków i terapii? Stan psychiczny Klaudii pogorszył się na tyle, że przestała jeść i dokonała samookaleczenia. Znanymi sobie sposobami chciała znów zwrócić na siebie uwagę - a może tak wołała o pomoc? Chciała wrócić do psychiatryka, ale było jej wstyd, że w tak krótkim czasie się poddała. Wybrała dla siebie inne znane miejsce - Zabór.
Rany na przedramionach i ucieczka z domu dziecka miały jej pomóc w realizacji szatańskiego planu. Patrol policji zgarnął naszą uciekinierkę przed północą. Oznajmiła, że nie wróci do "bidula" i bardzo się okaleczyła. Policjanci zawieźli dziewczynę do szpitala. Zawiadomiono opiekuna prawnego, opatrzono jej rany i lekarz wypisał skierowanie do szpitala psychiatrycznego w Zaborze. Opiekun prawny nie był zachwycony obrotem sprawy i piętrzył trudności, ale trzeźwy osąd policjantów przechylił szalę na korzyść Klaudii. Jeszcze tej nocy dotarła do Zaboru. Opracowany przez nią plan miał jej umożliwić wyciszenie, refleksję i dać czas, by spróbować jeszcze raz.
Kilka dni później Klaudię odwiedził psychiatra sądowy. Poinformował ją, że dom dziecka skorzystał z poprzedniego postanowienia sądu i musi wrócić z powrotem do Bolanowa. Nawet się ucieszyła, ale zwyczajnie było jej wstyd. Prędko załatwili formalności, żeby jak najszybciej pozbyć się kłopotliwej podopiecznej. Klaudia była zrezygnowana i przygaszona. Nie była bez winy... Ale czy indywidualizm od razu wyłącza nas poza nawias społeczeństwa? Klaudia miała pecha, że doznała tyle bólu i zła ze strony rodziny. Po takiej traumie trudno poradzić sobie z własną tożsamością. Miała wrażenie, że przeszkadza, że nikt jej nie chce. Każdy przecież chce być zauważony, doceniony i wybiera środki, które wydają mu się najlepsze. W jej przypadku brakowało kogoś, kto by to odpowiednio korygował.