Prolog. Ślad naszej więzi
Prolog
Ślad naszej więzi
Co się działo, kiedy w wieku pięciu czy
sześciu lat zdarzyło wam się przewrócić? Matka biegła do was z krzykiem,
brała w ramiona i karciła za nieostrożność? Czy raczej lekceważyła całe
zdarzenie i mówiła, że to nic takiego? Pocieszała was z czułością? A może w ogóle nie dawaliście po sobie poznać, że zrobiliście sobie
krzywdę, żeby jej dodatkowo nie martwić - przecież i tak miała tyle na
głowie?
A gdybym wam powiedziała, że to, jakim dorosłym i rodzicem staliście się
dzisiaj, ma wiele wspólnego z tego typu wydarzeniami, a to, jak
traktujecie dzieci, będzie miało decydujący wpływ na całe ich przyszłe
życie?
Niedawno zaczęliśmy z większą szczerością rozmawiać o realiach
macierzyństwa i ojcostwa, o wyzwaniu, którym jest wzięcie na siebie
odpowiedzialności za utrzymanie i wychowanie małego człowieka. Bardzo
powoli zaczyna być dziś dopuszczalne mówienie - choć jeszcze nieśmiało -
nie tylko o pięknych stronach rodzicielstwa, ale także o tym, z czego
musimy zrezygnować, o zmianach w życiu, które za sobą pociąga; o pewnych
nieznanych wcześniej obliczach nas samych, które stają się widoczne, gdy
pojawia się dziecko, a w których trudno nam rozpoznać siebie; o wątpliwościach, poczuciu winy i pragnieniu, by dać z siebie wszystko, a jednocześnie, by natychmiast uciec (przynajmniej na chwilę).
Świadectwa rodziców, dla których rodzicielstwo jest nie tyle magicznym
przeżyciem "wartym wszystkiego", ile raczej złożonym doświadczeniem, na
które oprócz ogromnej miłości do dzieci składają się: odrzucenie,
wściekłość, poczucie samotności i zatrzęsienie obaw, przestały być tak
rzadkie. Jednocześnie w ostatnich latach wykładniczo rośnie liczba
książek skierowanych do rodziców, które starają się odpowiedzieć na
wszystkie obawy i emocje, które towarzyszą rodzicielstwu. Ich autorzy
(opierając się na zdobyczach niesamowitego postępu, który w ciągu
ostatnich czterech czy pięciu dekad dokonał się w badaniach nad rozwojem
mózgu i znaczeniem więzi rozwijanych w pierwszych latach życia)
niejednokrotnie podają w wątpliwość wiele z najbardziej
rozpowszechnionych i najszerzej akceptowanych idei i zachowań związanych
z wychowaniem i edukacją - choćby takich jak karanie odesłaniem do
pokoju, na "karnego jeżyka" - postulując radykalną zmianę w podejściu do
dzieci.
Dziś wiemy już na przykład, że sposób, w jaki radzimy sobie z emocjami,
ma bezpośredni związek z tym, jak nasz główny opiekun (w naszym
społeczeństwie zwykle jest to matka) zarządzał swoimi i naszymi
uczuciami w ciągu pierwszych lat naszego życia. Dysponujemy dowodami
świadczącymi o tym, że sposób działania naszego układu nerwowego - a także to, jak rozumiemy świat i jak nawiązujemy relacje - zależy od
zapewnionej nam wówczas opieki. Podobnie rozwój prawej półkuli mózgu w ciągu pierwszego roku życia uzależniony jest od tego, w jakim stopniu
nawiązuje ona kontakt z prawą półkulą matki. Wiemy, że otoczenie - nawet
jeszcze przed porodem - ma olbrzymi wpływ na ekspresję genów: traumy
naszych przodków mogą zostawić w nas genetyczny ślad. Nie ma
wątpliwości, że to, jak traktowano nas w dzieciństwie (bliskość, uwaga i poczucie bezpieczeństwa, jakimi obdarza nas główna figura przywiązania)
zmieniają nasz mózg i w dużej mierze kształtują dorosłego, którym
pewnego dnia się staniemy. Choć niektóre nurty w psychologii
teoretyzowały na temat znaczenia najwcześniejszych więzi w rozwoju
dziecka, jeszcze do niedawna hipotezy te nie miały oparcia w dowodach
neuronaukowych.
Trudno przecenić wagę wszystkich tych nowych informacji, które stały się
fundamentem tak zwanej teorii przywiązania - stanowią one podwaliny
dla nowego, istotnego i rewolucyjnego punktu widzenia na to, jak
sprawić, by nasze dzieci wyrastały na pewnych siebie ludzi, wyposażonych
w umiejętności konieczne, by się rozwijać i unikać zagrożeń zarówno w związkach z innymi, jak i w obszarze zdrowia fizycznego i psychicznego.
Najważniejszym narzędziem, którym dysponujemy, by przyczynić się do
obecnego i przyszłego dobrostanu dziecka okazuje się sama relacja z nim
- to, jak je traktujemy, jest najlepszą metodą, by nauczyło się
wszystkiego, czego chcemy je nauczyć.
Odkrycia te są interesujące i niosą ze sobą wielką nadzieję również z innego względu: okazuje się, że pewne kwestie dotyczące dzieci, które
budzą niepokój dorosłych, niektóre problematyczne zachowania i objawy
opisywane w podręcznikach diagnostycznych jako patologiczne, zanikają
lub pojawiają się z mniejszą częstotliwością i intensywnością, jeśli
tylko postaramy się zrozumieć naszych podopiecznych i naprawdę zwrócimy
uwagę na ich świat wewnętrzny, otaczając go troską - czyli kiedy my sami
jako rodzice wyzwolimy się z uprzedzeń i wypaczeń, które uniemożliwiają
nam nawiązanie kontaktu z dziećmi, a potem wspólnie postaramy się
znaleźć sposób, by im pomóc. Przekonałam się o tym zarówno jako
psychoterapeutka, jak i jako matka.
Teoria przywiązania dostarcza nam coraz to nowych dowodów na znaczenie
więzi, które nawiązujemy z naszymi dziećmi w ciągu kilku pierwszych lat
ich życia, oraz wpływu tych więzi na ich przyszły stan emocjonalny,
psychiczny i fizyczny, relacje z innymi i ze światem czy rozwój
neurologiczny. Wspierają ją odkrycia neuronaukowe dotyczące emocji,
traumy i funkcjonowania układu nerwowego, które wskazują, że to, co
przez tyle lat uważano za patologiczne czy problematyczne - a więc
takie, które koniecznie należy skorygować - może być w znacznej mierze
jedynie odzwierciedleniem braku więzi i niepowodzeń rodziców w nawiązywaniu relacji z własnymi dziećmi. Nie ma dzieci złych, są tylko
dzieci rozwijające się w środowisku, w którym należy coś zmienić. Ten
prosty pomysł - skupienie się na więzi zamiast na poprawianiu - może
radykalnie odmienić życie nasze i naszych dzieci. To właśnie wokół niego
będzie obracać się ta książka.
Rozwój i dobrostan naszych dzieci zależy bezpośrednio od nas samych jako
rodziców i figur przywiązania. Mimo tego nie możemy zapominać, że
olbrzymi wpływ na nie mają również czynniki i uwarunkowania społeczne,
kulturowe, ekonomiczne, regionalne, polityczne...
Choć moje słowa kieruję głównie do ojców i matek - co jest zrozumiałe,
biorąc pod uwagę, jak niewiarygodnie silnie oddziałujemy na nasze dzieci
jako rodzice - chciałabym, by publikacja ta okazała się przydatna także
dla każdego czytelnika, który miałby ochotę przemyśleć - i, jeśli to
możliwe, poprawić - swój stosunek do dzieci: dla tych, którzy choć
jeszcze nie założyli własnej rodziny, kiedyś być może chcieliby to
zrobić. Dla ciotek, wujków i dziadków. Dla nauczycieli. Dla decydentów
zajmujących się uchwalaniem praw dotyczących dzieci i dla osób, które z jakichkolwiek innych powodów są z nimi w bezpośrednim kontakcie. I w końcu również dla tych - dlaczego by nie - którzy pragną naprawić swoje
dzieciństwo i się z nim scalić.
Przez sam fakt bycia dorosłym nieuchronnie stajemy się wzorem.
Jesteśmy lustrem, w którym dzieci będą się przeglądać, przykładem, który
sobie przyswoją, próbką tego, jak mogą i powinny poruszać się w świecie,
który je otacza. Dzieci są częścią społeczeństwa i jako takie stykają
się z wieloma osobami spoza swojego kręgu rodzinnego czy edukacyjnego,
zarówno bezpośrednio - w sklepie, na ulicy, u dentysty, u lekarza, w muzeach czy teatrach... - jak i pośrednio - w telewizji, radiu, reklamach,
katalogach z zabawkami czy poprzez ubrania, które dla nich produkujemy.
Czy nam się to podoba, czy nie, każdy z nas natknie się kiedyś na dzieci
albo weźmie udział w czymś, co one zobaczą, zarejestrują i co w mniejszym lub większym stopniu wpłynie na ich życie.
Gdyby tylko udało nam się zwiększyć świadomość tego, jak wielki ślad
zostawiamy w naszych dzieciach i jak bardzo może wpłynąć na nie to, co
im mówimy, choćbyśmy robili to z dobrymi - naszym zdaniem - intencjami;
gdybyśmy tylko uzmysłowili sobie wartość każdej pojedynczej interakcji
między nimi a otoczeniem, każdego pełnego szacunku i dopasowanego do ich
potrzeb komunikatu; gdybyśmy tylko włożyli wysiłek w to, by zawsze
reagować wobec nich tak, jak powinniśmy, z pewnością w ciągu jednego
pokolenia zdołalibyśmy zmienić świat.
Ośmielam się twierdzić, że żyjemy dziś w rzeczywistości, w której w każdym obszarze społeczeństwa (również wielu tych specjalnie dla nich
przeznaczonych) traktuje się dzieci w sposób zdecydowanie do nich
niedostosowany. Uważam też jednak - bo byłam tego świadkiem zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym - że możemy podążyć w kierunku bardziej
dla nich odpowiednim. Choć zdaję sobie sprawę, że głębokie przemiany
potrzebują czasu i nie da się kontrolować tempa, w jakim zachodzą, że
wszyscy mamy swoje ograniczenia i traumy oraz że opieramy nasze
codzienne funkcjonowanie na wielu fałszywych przekonaniach i zdezaktualizowanych informacjach, każda, nawet pozornie bardzo niewielka
zmiana może zostawić ślad większy, niż jesteśmy w stanie sobie
wyobrazić.
Wstęp. Nim rodzice, dzieci; nim dzieci, rodzice
Wstęp
Nim rodzice, dzieci; nim dzieci, rodzice
Fakt, że byliśmy dziećmi, zanim staliśmy
się rodzicami, może wydawać się oczywisty, jednak gdy zaczynamy swoją
przygodę z rodzicielstwem, zwykle nie przywiązujemy do niego
odpowiedniej wagi. My także byliśmy wychowywani i edukowani w określony
sposób i także w naszym życiu zdarzały się chwile - być może całkiem
liczne - gdy nie nawiązywano z nami takiej więzi, jakiej
potrzebowaliśmy. W tamtych czasach żyliśmy w innych uwarunkowaniach
społeczno-kulturowych, informacje nie były tak dostępne, jak teraz, i pokutowało wiele - nawet więcej niż dziś - błędnych przekonań i praktyk
dotyczących dzieci. Wielu z nas nie postrzegano i nie traktowano zgodnie
z naszymi potrzebami, ani nie interpretowano naszych zachowań zgodnie z tym, co rzeczywiście nam się przydarzało.
Dzieciństwo może w wielkim stopniu zaważyć na naszym obecnym
postępowaniu oraz zdrowiu fizycznym, emocjonalnym i psychicznym.
Paradoksalnie, symptomatyczna dla tego zjawiska jest ogromna
nieświadomość nas, dorosłych - to, jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy z wydarzeń, które i w jaki sposób odbiły się na nas w dzieciństwie. Przez
to trudniej nam odczytać i zrozumieć punkt widzenia naszych dzieci i ich
sposób przeżywania różnych doświadczeń.
Susana chce na terapii pracować nad lękiem. Ze stanami lękowymi
zmaga się od lat, ale teraz bardzo utrudniają jej kontakt z dwójką
dzieci: martwi ją zwłaszcza niemoc, którą czuje, gdy tylko zaczynają się
kłócić. Kiedy zapytałam ją o jej dzieciństwo, powiedziała mi, że nie ma
sensu o nim rozmawiać, że była szczęśliwym dzieckiem i że rodzice bardzo
dobrze ją traktowali. Gdy jednak razem zagłębiłyśmy się w ten okres jej
życia, wyszło na jaw, że w tym opisie pominęła niektóre fakty: nie
wspomniała, że ojciec był alkoholikiem, bił matkę, a ta spała z nożem
pod poduszką. Podczas wielu sesji Susana opowiadała mi o tych
wydarzeniach, zapewniając jednocześnie, że nie miały na nią żadnego
wpływu i że pamięta swoje dzieciństwo jako bardzo szczęśliwe. Konflikty
między jej dziećmi budziły w niej ogromne poczucie bezsilności i strachu
oraz przeczucie nadciągającego niebezpieczeństwa i zagrożenia, których
udawało jej się unikać, zanim została matką.
Zarówno opinię na temat tego, dlaczego dzieci robią to, co robią, jak i zasady, zgodnie z którymi je wychowujemy, w wielu wypadkach
przyswoiliśmy sobie zupełnie odruchowo, nie podając ich w wątpliwość.
Umyka nam przez to bogactwo wewnętrznego świata dzieci i ich sposobów
komunikowania siebie, a w dodatku tracimy możliwość sprawienia, by czuły
się naprawdę widziane i że ktoś im towarzyszy. To z kolei niesie ze sobą
niepożądane ryzyko negatywnych konsekwencji dla ich fizycznego,
psychologicznego i emocjonalnego dobrostanu - takich, jakie dotknęły
nas.
Spora część tego, co musimy poprawić jako rodzice - krzyki, przemoc,
brak cierpliwości, nadmierne wymagania, niezdolność do rozłąki lub
powiedzenia "nie" czy jakiekolwiek inne zachowanie, które może
skrzywdzić nasze dzieci albo wpłynąć negatywnie na ich rozwój - jest
niczym innym jak odbiciem braku więzi, z którym w przeszłości musieliśmy
radzić sobie jako dzieci naszych rodziców. Czy nam się to podoba, czy
nie, nasze doświadczenia z dzieciństwa nieuchronnie wpłyną na to, jak
będziemy traktować własne dzieci.
Co więcej, teraz jesteśmy bardziej rodzicami niż dziećmi, choć
uświadomienie sobie, że nikt już nie będzie o nas dbał tak, jakbyśmy
nimi byli, może okazać się bolesne. Jesteśmy dorośli i musimy zająć się
tym, co konieczne, w tym konsekwencjami naszego dzieciństwa, które
utrudniają nam próby traktowania dzieci w sposób sprzyjający ich
dobrostanowi. To, co spotkało nas w dzieciństwie, bez wątpienia jest
ważne i być może wciąż ma swoje reperkusje, utrudniając nam spójne
działanie i nawiązywanie relacji, ale jesteśmy w stanie przeanalizować
te wydarzenia, przejść przez nie, zobaczyć je z odpowiedniej
perspektywy, odzyskać wszystkie zasoby, które jednak pozyskaliśmy, i opracować nowe narzędzia, by móc dotrzeć do naszych dzieci i zaspokoić
ich potrzeby.
Ze wszystkich tych względów w całej książce bycie rodzicem i bycie
dzieckiem jest ze sobą nierozerwalnie związane: stale się przeplatają i wpływają na siebie nawzajem. W dzieciństwie uczymy się, jak być
rodzicami - stąd, jeśli chcemy się doskonalić, musimy to dzieciństwo
poznać, zrozumieć, jak jesteśmy zbudowani, towarzyszyć sobie i nauczyć
się troszczyć się o siebie tak, jak wtedy potrzebowaliśmy, by się o nas
troszczono. Poznanie i zaakceptowanie siebie pomoże nam lepiej poznać i zaakceptować nasze dzieci. Gdy nauczymy się samowsparcia, łatwiej będzie
nam towarzyszyć dzieciom, a to z kolei może otworzyć nam drzwi do
lepszego partnerowania samym sobie.
Najistotniejsze jest to, że możemy stać się rodzicami, których nasze
dzieci potrzebują, pomimo naszych niezaspokojonych w dzieciństwie
potrzeb, ograniczeń, błędnych przekonań, okowów lojalności, tabu i traum.
Odkrywanie i uświadamianie sobie, jak złożone i wymagające osobistego
zaangażowania jest rodzicielstwo, mogą okazać się przytłaczające;
podążenie ścieżką brania odpowiedzialności za siebie, by zrozumieć i dobrze traktować własne dzieci, często bywa bolesne. Ale jeśli się nad
tym zastanowić, doświadczenie to może być równie frustrujące, co
wyzwalające. Nie jesteśmy nieudolni - to bagaż naszych doświadczeń,
odczuć, wspomnień, poglądów, relacji, tabu i zadań blokuje siły, które
przecież mamy w sobie.
Sądzę - a przynajmniej mam nadzieję - że książka, którą trzymacie w rękach, sprawi, że poczujecie, że ktoś towarzyszy wam w cierpieniu,
którego na pewno doświadczycie, i jednocześnie pomoże wam je zrozumieć;
że zdacie sobie sprawę, że choć wiele rzeczy idzie nie tak, zawsze
możecie zrobić krok naprzód i postarać się poprawić relacje z dziećmi.
Każda droga zaczyna się od jednego kroku, a wy jesteście w stanie go
zrobić.
I choć wiem, że sformułowania "czuć się na siłach" i "cierpieć" zwykle
nie idą w parze, jeśli ruszycie w tę podróż, jestem przekonana, że
doświadczycie na własnej skórze, jak głęboko w rzeczywistości są ze sobą
powiązane.
PODSUMOWANIE
Wszyscy możemy przyczynić się do dobra dzieci.
Choć wcale o to nie prosiliśmy, posiadanie dzieci zmusza nas do
konfrontacji z naszym własnym dzieciństwem.
Dobre traktowanie nie polega wyłącznie na znalezieniu właściwych
informacji - powinniśmy także zanurzyć się w swoje doświadczenia z dzieciństwa.
Poczynione w ostatnich latach odkrycia z dziedziny neuronauk pozwoliły
nam lepiej zrozumieć głęboki wpływ, jaki okresy dzieciństwa i dorastania wywierają na całe nasze życie i układ nerwowy.
1. Nie ma nic lepszego od bycia rodzicem
1.
Nie ma nic lepszego od bycia rodzicem
Żyjemy w społeczeństwie, które przecenia
wartość pozytywnych komunikatów. Bycie pozytywnym utożsamiane jest z byciem szczęśliwym, podczas gdy w rzeczywistości to, co nazywamy
szczęściem, jest jedynie próbą ucieczki, negowaniem lub wypieraniem
nieprzyjemności w nadziei, że dzięki temu przestaną istnieć.
Przekonanie, że szczęście musi wiązać się z nieustającą radością, jest
pułapką - staje się wtedy nierealistyczne i nieosiągalne. Człowiek nie
funkcjonuje w ten sposób. Wszystkie emocje są istotne i konieczne;
wszystkimi powinniśmy się zająć i wszystkie brać pod uwagę - nie nadając
im właściwego znaczenia ani nie zapewniając przestrzeni, której
potrzebują, wyświadczamy sobie niedźwiedzią przysługę.
Sara niedawno urodziła drugie dziecko. Jej pierwszy syn jest
zaledwie dwa lata starszy od drugiego, trudno mu więc było zaakceptować,
że musi teraz dzielić się uwagą mamy z "nowym lokatorem". Wybuchy złości
i histerie zaczęły być stałym motywem życia w domu, co z kolei
generowało coraz większe napięcia między partnerami, które w końcu
doprowadziły do wybuchu długo skrywanego konfliktu. Podczas terapii Sara
szukała wskazówek, jak radzić sobie z napadami zazdrości starszego syna.
Choć rozumiała, jak trudne musiały być dla niego nowe okoliczności,
czuła się odtrącona, gdy płakał albo się obrażał, i obwiniała się za to,
że nie umie cieszyć się tym etapem i nie ma siły się w niego angażować.
Zewsząd słyszała, że powinna być szczęśliwa, że ma skupić się na
pozytywnych aspektach całej sytuacji, że to tylko kwestia zmiany
podejścia. Tak naprawdę jednak Sara potrzebowała przestrzeni, by
zrozumieć, że to, co czuje, jest normalne i że ma prawo dać temu upust.
Jej wyczerpanie, frustracja i samotność były uzasadnione i trzeba było
się nimi w jakiś sposób zająć. Przestrzeń była jej potrzebna, by mogła
zidentyfikować swoje pragnienia i potrzeby, porozmawiać o tym, czego
oczekiwała i co się działo. Musiała także pożegnać się z wcześniejszym
rozdziałem swojego życia, pomówić o zatargu z partnerem i o swojej
złości oraz poszukać środków i narzędzi, by zająć się wszystkimi tymi
kwestiami i dzięki temu mieć więcej zasobów, by zmierzyć się z nowymi
wyzwaniami i być obecną w życiu swoich dzieci. Pozytywne myślenie
unieważniało wszystkie jej odczucia i stawało się źródłem olbrzymiego
poczucia winy, które z kolei uniemożliwiało stopniową poprawę sytuacji.
Często próbujemy doszukać się pozytywnych stron złych wiadomości, nie
dając sobie nawet czasu, by je w ogóle przetworzyć. Słyszymy także, że
dzięki właściwemu podejściu można osiągnąć wszystko i że kiedy się
uśmiechamy, nasz mózg dochodzi do wniosku, że jesteśmy zadowoleni i w ten sposób możemy pokonać smutek. Gdy zderzamy się z rzeczywistością,
nieprzyjemne uczucia wcale nie ustępują i wcale nie wszystko nam się
udaje; gdy doznajemy niepowodzeń i nie jesteśmy w stanie pozostać w stanie ducha, który rzekomo powinniśmy utrzymywać, wydaje nam się, że
problem leży w nas, że to my robimy coś niewłaściwie - podczas gdy tak
naprawdę niewłaściwy jest przekaz.
Choć mówi się o negatywnych i pozytywnych emocjach, tak naprawdę żadna
nie jest ani dobra, ani zła. Niektóre uczucia są znacznie mniej
przyjemne od innych, ale skoro po tylu latach ewolucji wciąż je żywimy,
może należałoby uznać, że są bardzo ważne dla naszego przetrwania i radzenia sobie w świecie.
Rodzicielstwo widziane przez pryzmat wymuszonej pozytywności jest nam
przedstawiane jako idylliczny etap życia wart wszelkich wyrzeczeń.
Zmusza się nas w ten sposób do przemilczania całego wachlarza wiążących
się z nim bolesnych, nieprzyjemnych, niepożądanych, przykrych i gwałtownych odczuć i sytuacji. Wielokrotnie zdarzało mi się słuchać
rodziców zawstydzonych tym, że to, co przeżywają, nie zgadza się z tym,
co rzekomo powinni czuć: cierpiące na depresję poporodową matki,
obarczające się winą za nieodczuwanie radości, i przechodzące kryzys
pary, których zdaniem poszukiwanie pomocy jest porażką. Posiadanie
dzieci nieubłaganie łączy się z trudnymi chwilami i wielkimi emocjami, z którymi często niełatwo sobie poradzić. By zaakceptować wszystkie te
zmiany, trzeba przez nie przejść.
Istnieje niepisane założenie, że posiadanie dzieci jest wspaniałe, że to
najlepsze, co może nas w życiu spotkać - tymczasem rodzicielstwu daleko
do cudowności: to droga pełna cieni, wybojów, zakrętów i wyrzeczeń. W tym kontekście określanie trudnych momentów, które przeżywamy, mianem
nieprzyjemnych czy negatywnych wcale nie wydaje się takie oczywiste.
Choć będą zdarzały się chwile pełne uśmiechu, porządku i harmonii,
pojawi się też mnóstwo innych - naznaczonych chaosem, złym
samopoczuciem, zmęczeniem i niepewnością.
Z tego powodu dla wielu osób pojawienie się pierwszego dziecka jest
doświadczeniem bardzo frustrującym i budzącym konsternację; ich
oczekiwania mogą skrajnie różnić się od faktycznych przeżyć. My,
rodzice, potrzebujemy przestrzeni, by móc wyrazić nasze rzeczywiste
doświadczenia. Przestrzeni, w których moglibyśmy swobodnie rozmawiać o naszej rzeczywistości i gdzie byłaby ona akceptowana taką, jaka jest -
by pomóc nam dać sobie na nią przyzwolenie i przeżywać ją z naszej
perspektywy, a nie z perspektywy tego, co rzekomo powinniśmy odczuwać.
Wiele mówi się dzisiaj o akceptacji jako czymś niezwykle istotnym dla
zdrowia psychicznego i procesu radzenia sobie z emocjami, ale jak można
jednocześnie akceptować siebie i ukrywać przed sobą własne doznania? Jak
mogę się akceptować, odmawiając sobie zarazem prawa do frustracji czy
negując depresję poporodową? Albo wypierając tęsknotę za ciszą, życiem
tylko we dwoje czy dniami bez kłótni na temat wychowania?
Akceptacja to akceptacja. Wszystkiego. Tego, co przyjemne - uśmiechów,
uścisków, pierwszych kroków, gaworzenia, zabaw, całusów i "kocham cię
najbardziej na świecie" - ale również tego, co nieprzyjemne. Nie
doprowadzi to wcale - wbrew powszechnej opinii - do rozdmuchania złych
aspektów: chodzi tylko o to, by nie odmawiać emocjom przestrzeni, którą
i tak zabierają, i by się nimi zająć.
Może zamiast szukać w rodzicielstwie szczęścia, które sprzedaje się nam
z nim w pakiecie, spróbowalibyśmy znaleźć w nim spokój, bezpieczeństwo i akceptację. Wewnętrzny spokój, który pozwoliłby nam zaakceptować siebie
takimi, jakimi jesteśmy, a także nasze dzieci i rzeczywistość, w której
żyjemy. Trzeba przy tym podkreślić, że choć pojęcie akceptacji jest
modne i pięknie brzmi, proces dochodzenia do niej bywa zwykle uciążliwy
i skomplikowany. Nie mówimy tu o konstrukcie intelektualnym, o abstrakcyjnej idei; o powiedzeniu sobie: "No, już, akceptuję swój brak
cierpliwości". To cierpienie - pożegnanie się z własnymi
oczekiwaniami czy pragnieniami, emocjonalna ewolucja, która, jeśli
naprawdę się wysłuchamy, może doprowadzić do płaczu, bezsilnej
frustracji, drżenia... aż w końcu będziemy w stanie się ze sobą pogodzić.
Zaakceptowanie rzeczywistości niesie ze sobą spokój zwłaszcza dlatego,
że pozwala nam przeżywać bieżącą chwilę i realistycznie spoglądać na
kolejne możliwe kroki. Odżałowawszy to, czego nie mamy, możemy cieszyć
się tym, co jest, i ruszyć dalej. Być może właśnie wyruszając z tego
miejsca, naprawdę staniemy przed szansą znalezienia szczęścia.
PODSUMOWANIE
Wszystkie uczucia są ważne.
Bycie szczęśliwym nie oznacza nieustannego przeżywania wyłącznie
przyjemności.
Rodzicielstwo przynosi wiele zmian, a zatem i nieprzyjemnych emocji.
Aby bardziej cieszyć się rodzicielstwem, ceńmy wyżej akceptację niż
szczęście (przynajmniej w formie, w jakiej nam się je "sprzedaje").
2. Ilu rodziców, tyle rozwiązań
2.
Ilu rodziców, tyle rozwiązań
Ktoś, komu udałoby się znaleźć uniwersalny
przepis na bycie dobrą matką lub dobrym ojcem, z pewnością zbiłby
majątek. Wszyscy bylibyśmy zachwyceni, gdyby okazało się, że recepta ta
- odpowiedź na pytanie, co znaczy być dobrym rodzicem - jest krótka,
zwięzła i prosta. Ale mogę od razu zdradzić, że w rzeczywistości jest
dość złożona.
Zwykle utożsamiamy bycie dobrym ojcem lub matką ze spełnieniem
określonych wymagań czy działaniem w określony sposób. Wystarczy
popełnić lub dostrzec jeden błąd, by natychmiast zderzyć się z oceną -
własną lub ze strony innych. Problem w tym, że wymagania te zmieniają
się w zależności od osobistych doświadczeń i przekonań, przez co bycie
dobrym rodzicem dla jednej osoby może oznaczać coś absolutnie
przeciwnego dla drugiej.
Pedro miał bardzo despotycznego ojca, z którym często się kłócił.
Gdy sam został rodzicem, postanowił, że dla swojego syna Marca nie chce
być autorytetem, lecz raczej kumplem. Pozwalał chłopcu samodzielnie
podejmować decyzje dotyczące rozkładu dnia, ubrań, jedzenia, tego, czy
pójdzie, czy nie pójdzie do przedszkola. Najważniejsze dla Pedra było
to, by jego dzieci czuły, że ich emocje i pragnienia mają znaczenie -
uważał, że bycie dobrym ojcem oznacza bycie przeciwieństwem jego ojca.
Kiedy jednak jego czterolatek zaczął zachowywać się w sposób
potencjalnie zagrażający jego zdrowiu - wchodzić na stół znajdujący się
przy oknie czy rozgryzać szklanki - Pedro zaczął się martwić. Zdawał
sobie sprawę, że z synem dzieje się coś niedobrego, ale nie miał pojęcia
co. Odkryliśmy, że Marc na swój sposób poszukiwał bezpieczeństwa - ojca
zdolnego powiedzieć "nie". Nie umiał inaczej dać do zrozumienia, że
potrzebuje granic, które zapewnią mu ochronę, i wzorca, a nie
przyjaciela; że decydowanie o wszystkim stanowi dla niego zbyt duży
ciężar. Oczywiście, musieliśmy popracować też nad tym, by pogodzić
konieczność bycia autorytetem z pragnieniem poszanowania i wysłuchania
dziecka oraz z ideą - dla niektórych kontrowersyjną - że całkowity brak
granic jest również wyrazem braku szacunku.
Manuel z kolei wychowywał się w rodzinie konserwatywnej, takiej "na całe
życie", jak sam mówił. W jego domu dzieci były posłuszne - inaczej
czekała je surowa kara. Życzeniom dorosłych po prostu się nie
sprzeciwiało, niezależnie od tego, czego dotyczyły. Dla Manuela było
jasne, że grzeczne dzieci mają słuchać rodziców i że dobrzy rodzice
powinni stosować wszelkie metody wychowawcze, by osiągnąć posłuch.
Cierpiał jednak, ponieważ jego córka - choć była bardzo zdyscyplinowana
i uległa - nie dzieliła się z nim swoim życiem. Spędzali razem czas
tylko wtedy, gdy ją do tego zmuszał. Manuel nie rozumiał, na czym polega
problem - jego zdaniem robił "wszystko, co należało do dobrego rodzica",
był dla niej wzorem. W jego przypadku potrzeba było wielu rozmów o emocjach, bezpieczeństwie i potrzebach, o tym, co istnieje, choć tego
nie widać, żeby w końcu zrozumiał, że wszystko to, co uważał za warunki
konieczne do bycia dobrym ojcem, w rzeczywistości oddalało go
emocjonalnie od córki i ją krzywdziło...
Zarówno Pedro, jak i Manuel robili to, co uważali za najlepsze dla
swoich dzieci, obaj jednak mieli ślepą plamkę, która uniemożliwiała im
ofiarowanie dzieciom tego, czego te naprawdę potrzebowały. Pedrowi
bardzo trudno było pogodzić się z faktem, że przewidywalność jego ojca i ustalane przez niego granice w niektórych przypadkach były pozytywne, a także nauczyć się oddzielać te ograniczenia od przemocy, z jaką je
narzucał. Manuel miał problem z przyznaniem, że rodzice całkowicie
lekceważyli jego emocje i skupiali się wyłącznie na tym, by zachowywał
się w sposób, który uważano za słuszny - a także ze zrozumieniem, że
mimo wszystko pomogło mu to uniknąć kar w szkole czy nauczyło
podporządkowywania się zaleceniom obecnego szefa.
Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy chcielibyśmy, by dzieci widziały w nas
dobrych rodziców i kiedyś wspominały swoje dzieciństwo z rozrzewnieniem.
Zwykle także chcemy być lepszymi rodzicami niż nasi rodzice i uczyć się
na tym, co uważamy za ich błędy - o ile dostrzegamy, że je popełniali -
by w miarę możliwości ich nie powielać. Nie zawsze jest to jednak
proste, ponieważ niektóre zakorzenione w nas bardzo głęboko
doświadczenia mogą pokrzyżować nam plany, nawet jeśli świadomie nie
zdajemy sobie z tego sprawy. Dobra wiadomość jest taka, że możemy
wydobyć je na powierzchnię, zastanowić się nad nimi i je przepracować.
Cokolwiek byśmy nie robili i w cokolwiek byśmy nie wierzyli, jedno jest
jasne: bycie dobrym rodzicem to wzięcie na siebie odpowiedzialności,
jaka wiąże się z mianem matki lub ojca: roli, jaką przypisuje się nam
po narodzinach dziecka, nawet jeśli zdecydujemy się ją odrzucić. To
zaakceptowanie faktu, że wszystko, co robimy - choćbyśmy robili to w najlepszej wierze dla dobra naszych dzieci - może mieć nieoczekiwane
konsekwencje. To także przystanie na tę prostą i zarazem złożoną prawdę,
że czy tego chcemy, czy nie, rodzicielstwo daje nam olbrzymią władzę nad
dziećmi.
Rosa została oddana do adopcji w wieku zaledwie pięciu miesięcy.
Przygarnęła ją młoda para, która bardzo chciała mieć dzieci i która
później formalnie ją adoptowała. Choć miała całkiem szczęśliwe
dzieciństwo, w środku czuła, że nigdzie nie przynależy. Ponieważ jej
adopcyjni rodzice byli bardzo oddani i troskliwi, kiedy myślała o biologicznej matce, trawiło ją poczucie winy. Nie rozumiała, dlaczego
tęskni za czymś, czego nigdy nie było jej dane poznać. Zewsząd słyszała,
że matką jest nie tylko ta kobieta, która urodziła, ale chociaż się z tym zgadzała, nie umiała pozbyć się wątpliwości dotyczących powodów, dla
których ją porzucono, i ciekawości dotyczącej swojego pochodzenia. Wbrew
woli czuła, że fakt bycia adoptowaną odcisnął piętno na jej życiu. W trakcie terapii stopniowo odkrywała, że z powodu oddania do adopcji
nieświadomie doszła do wniosku, iż stało się to z powodu jej złej
natury. Dowiedziawszy się więcej o tej wczesnej traumie, zrozumiała, że
choć jej kontakt z biologiczną matką trwał tylko pięć miesięcy, rozłąka
z nią miała głęboki, istotny wpływ na całe jej dalsze życie.
Jako rodzice bierzemy na siebie olbrzymią - dla wielu osób
przytłaczającą - odpowiedzialność. Kiedy coś nas niepokoi, mamy
tendencję do dążenia w kierunku jednego z dwóch biegunów - kontroli lub
wyparcia - będących tak naprawdę dwoma stronami tej samej monety. Mogę
być świadoma odpowiedzialności, jaka wiąże się z byciem rodzicem, i z jednej strony próbować trzymać się kurczowo wszystkiego, co sprawi, że
poczuję się dobrą matką; z drugiej zaś mogę tę odpowiedzialność odrzucić
i robić to, co mi się podoba, nie zastanawiając się, czy to jest
właściwe albo czy nie będzie miało negatywnego wpływu na moje dzieci.
Oczywiście, w obydwu wypadkach będę osądzać i oceniać tych, którzy
zdecydują się na strategię przeciwną do mojej, choćby posługiwali się
nią tylko po to, by zagłuszyć emocje, z którymi trudno im było sobie
poradzić - dokładnie jak ja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki