Wstęp
Głównym powodem, dla którego zdecydowałam się napisać Drogę do
bliskości, była chęć zwrócenia uwagi na rolę, jaką odgrywa duchowość w związku dwojga ludzi. Przez duchowość rozumiem wiarę w istnienie siły
potężniejszej od nas samych i pokładanie w niej ufności. W sprzyjających
warunkach nasza duchowość potrafi przywrócić nam wrodzone i niezbywalne
poczucie własnej wartości, z którym przyszliśmy na świat, a które
utraciliśmy na skutek wszystkich traumatycznych doświadczeń życiowych
oraz procesów przystosowawczych.
Gdy ludzie poddają się terapii, poznają prawdę o sobie i w świetle tej
prawdy uczą się kochać siebie; stają się wówczas gotowi poznać prawdę o innych. Zostają bowiem wyposażeni w osobisty duchowy radar, który
pozwala im dostrzegać wokół rozmaite przejawy duchowości, z których
najważniejszym są inni ludzie. Odkrywają w nich tę samą wrodzoną
wewnętrzną wartość, którą odkryli w sobie. Dzięki temu zmienia się
sposób, w jaki traktują swoje otoczenie i w jaki sami są traktowani. To
z kolei umożliwia im budowanie związków uczuciowych i sprawia, że są one
udane.
Dopiero uznanie tej prawdy czyni możliwą wszelką bliskość, powracamy
bowiem do dobroczynnych procesów życiowych, obecnych w nas od chwili
narodzin. Odkrywamy swoją duchową ścieżkę i odczuwamy jej niezwykłą moc.
W tym momencie osobiście doświadczamy obecności Wyższej Siły. Związek z ową Wyższą Siłą jest najważniejszą rzeczą w moim życiu.
Po raz pierwszy uświadomiłam sobie istnienie tej duchowej więzi na długo
przed tym, zanim zaczęłam zgłębiać mechanizmy przemocy dotykającej
dzieci i studiować procesy uzdrawiania zadanych im ran. Obecność Boga w moim życiu odczułam na skutek objawienia, które uważam za cud, ponieważ
przyszło nieproszone. Prawdę mówiąc, Bóg dał mi odczuć swoją obecność w momencie, kiedy byłam emocjonalnym wrakiem, osobą niezdolną do dbania o własne potrzeby, nie wspominając już o zbudowaniu relacji godnej miana
prawdziwego związku.
Zrozumienie, dlaczego i w jaki sposób Bóg nam się objawia, wykracza poza
możliwości poznawcze ludzkiego rozumu i nie jest tematem tej książki.
Ratując mi życie, Wyższa Siła skłoniła mnie do przeanalizowania moich
problemów oraz problemów innych, równie cierpiących ludzi i wskazała mi
drogę do ich uzdrowienia. Nauczyłam się stwarzać podczas terapii
warunki, w których możliwe jest zrozumienie samego siebie, a ludzie
otwierają się na prawdziwe, zdrowe relacje, na bliskość i duchowość.
Poznanie i zaakceptowanie prawdy o sobie samym oraz uszanowanie prawdy o innych to dwie drogi, którymi w nasze życie wkraczają duchowość i autentyczna bliskość. Bez nich niemożliwy jest intymny związek dwojga
ludzi, a dzięki duchowości związek taki staje się prawdziwym darem.
U podłoża tej teorii leży koncepcja granic psychologicznych, dzięki
którym możliwe jest doświadczanie prawdy i szacunku. Przedstawiony w mojej książce system granic pozwala nam w obliczu zewnętrznych nacisków
zachować nietknięte poczucie własnej wartości i ograniczyć wpływ opinii
lub emocji innych ludzi. Doceniając siebie, w mniejszym stopniu czujemy
się zagrożeni przez innych i rzadziej pozwalamy im się upokarzać lub
zawstydzać. Nie musimy uciekać się do ofensywnych czy defensywnych
zachowań, aby nie stracić godności, pozostanie ona nietknięta. Tylko w takim stanie ducha możemy tworzyć udane związki, jednak dla większości z nas osiągnięcie go jest jednym z najtrudniejszych i najbardziej
bolesnych doświadczeń naszego dorosłego życia. A to właśnie nieudane
związki przysparzają nam cierpień i największych rozczarowań.
Wiążąc się z drugim człowiekiem, oddajemy mu swoje ciało, myśli i uczucia, akceptując jednocześnie ciało, myśli i uczucia partnera. Jest
to konieczne, ponieważ w przeciwnym razie nie może być mowy o prawdziwej
bliskości ani o rozwijaniu naszej duchowości. Ci, którzy nie mogą oddać
się partnerowi ani go zaakceptować, czują się nieszczęśliwi; ci, którzy
potrafią to robić tak, jak należy, składają tym samym hołd własnemu
człowieczeństwu i osiągają równowagę psychiczną, która pozwala im
cieszyć się życiem.
Kiedy doświadczamy prawdy o sobie samych, poznajemy swoją wrodzoną,
wewnętrzną wartość. Kiedy doświadczamy relacji z drugim człowiekiem -
czy to poprzez słuchanie go, dotyk, czy też przez współodczuwanie jego
emocji -?musimy być gotowi przyjąć prawdę o naszym partnerze i pokochać,
a przynajmniej uszanować jego wewnętrzną wartość bez względu na jego
zachowanie. Na tym polega nasz duchowy rozwój. Zaczyna się od naszych
partnerów, dzieci, przyjaciół, kochanków i wrogów, a kończy na Bogu.
Ponieważ właściwie w każdej chwili życia mamy kontakt z bliźnimi,
praktyka budowania zdrowych relacji nie tylko uczy nas duchowości, lecz
także pozwala nam ją w sobie rozwijać.
Mówi się, że duchowa ścieżka jest wąska i prosta, dawniej jednak często
w to powątpiewałam. Wydawało mi się, że kroczenie drogą bożych przykazań
sprowadza się do czynienia dobra, co wcale nie jest takie proste, jako
że można być dobrym na ograniczoną liczbę sposobów. Od tamtego czasu
przekonałam się jednak, że jest inaczej. Duchowa ścieżka rzeczywiście
jest wąska i prosta, bowiem wystarczy jedno kłamstwo, aby całkowicie z niej zboczyć. Zrozumiałam to, próbując nauczyć ludzi budowania bliskości
w związku. To właśnie wtedy sformułowałam swoją teorię granic.
Wychodząc z psychicznej traumy uniemożliwiającej zaistnienie w naszym
związku bliskości, na nowo uczymy się odkrywać poczucie własnej
wartości, swoją wewnętrzną siłę i wiarę, bez których intymny związek z drugim człowiekiem w ogóle nie jest możliwy. Moja książka rzuca światło
na traumatyczne wydarzenia z naszej przeszłości, oczyszczając w ten
sposób drogę do budowania bliskości w relacji z drugim człowiekiem. Uczy
technik psychologicznych pozwalających budować intymne relacje z samym
sobą, z tymi, których kochamy, oraz tymi, których miłości potrzebujemy.
Przede wszystkim jednak mój poradnik uczy, jak kochać i być kochanym.
Droga do prawdziwej bliskości przypomina nastawianie radia. Na początku
słychać wyłącznie szum i niezrozumiałe dźwięki, ale po pewnym czasie
łapiemy sygnał stacji i odbieramy czysty przekaz. Jeśli jednak nadal
będziemy obracać gałką odbiornika, zgubimy sygnał. Wieloletnie
doświadczenie nauczyło mnie, że do nastawienia naszej własnej "stacji"
niezbędne są dwie rzeczy: prawda i miłość. Odrzucając kłamstwa i dopuszczając do siebie prawdę, automatycznie "nastrajamy się" na moc
płynącą ku nam od Wyższej Siły. Wybierając prawdę, zaczynamy kochać
siebie i innych, a wtedy nasz "radiowy sygnał" jest idealnie czysty.
Miłość to kontinuum, na które składają się zarówno szacunek dla drugiego
człowieka, jak i czułe przywiązanie, zwane przez większość ludzi
miłością. Przez wiele lat tkwiłam w błędnym przekonaniu, że kochając
kogoś, powinnam nieustannie odczuwać głęboką czułość wobec tej osoby. I choć owa głęboka czułość jest właśnie podstawą relacji dwojga ludzi,
jakość ich związku zależy także od innych odcieni miłości. Poznając
prawdę o drugim człowieku, często odkrywamy, że jest to osoba trudna, w jak najbardziej ludzkim znaczeniu tego słowa. Możemy wtedy czuć strach,
ból lub wstyd, ale żadne z tych uczuć nie jest przyjemne. Kiedyś
wydawało mi się, że negatywne emocje świadczą o moim braku miłości do
drugiego człowieka. I początkowo rzeczywiście tak było, ale w miarę
upływu czasu emocje negatywne ustąpiły miejsca pozytywnym. Odkryłam, że
odczuwam szacunek do partnera. Zrozumiałam, że gdybym przez cały czas,
gdy partner swoim zachowaniem budził we mnie gniew i negatywne emocje,
potrafiła świadomie dostrzegać jego wewnętrzną wartość, on odczułby mój
szacunek i odwzajemnił go.
Emocje, których doświadczamy w relacjach z innymi ludźmi, bywają podobne
do tych, które przeżywamy, szukając bliskości z Bogiem. Nawiązując z Nim
relację, dążymy do tego, aby być z Nim tak blisko, jak z drugim
człowiekiem. Chcemy Mu oddać samych siebie: nasze ciało, umysł i nasze
uczucia; chcemy się przed nim odsłonić, pokazać, jacy jesteśmy naprawdę;
podobnie też oddajemy się drugiemu człowiekowi, oczekując w zamian tego
samego. Zdrowe relacje międzyludzkie opierają się na dawaniu i braniu;
to samo dzieje się w relacjach z Bogiem, poprzez modlitwę i medytacje, a czasami poprzez objawienia.
Będąc w relacji z Bogiem, otrzymuję to, co jest mi w danej chwili
potrzebne, nawet jeśli nie wiem, czego tak naprawdę potrzebuję. Dostaję
mnóstwo darów, z których najważniejszym jest świadomość bycia
bezwarunkowo kochaną. Kolejnym są wskazówki, jak powinnam, a jak nie
powinnam postępować i co mi jest potrzebne. Bóg daje mi uczucie ukojenia
i ulgi, zdejmując z moich barków wszelkie ciężary związane z życiem
mieszkańca naszej planety. Kolejnym darem jest łaska, którą nazywam
"błyskawicznym uzdrowieniem". Często zdarza mi się doświadczać emocji,
takich jak gniew, strach lub wstyd, które są więcej niż niedoskonałe i które chciałabym pokonać. Łaska to nic innego jak przeżywanie obecności
Boga, które pomaga mi zwalczać pokusę działania pod wpływem gniewu,
strachu czy wstydu. Dzięki Jego pomocy nie biorę nawet takiej możliwości
pod uwagę. Jestem spokojna.
Działania człowieka i Boga pozornie idą ze sobą w parze. Dopiero jednak
gdy opisana w tej książce terapia uzdrawiająca pozwala nam poznać prawdę
o sobie samych, ta prawda natomiast umożliwia nam budowanie zdrowych
związków, przekonujemy się, że to właśnie pełne bliskości i prawdziwe
relacje z innymi stanowią furtkę prowadzącą na duchową drogę. Krocząc
nią, stajemy się godni licznych i dobrych bożych darów, z których
największym jest miłość.
Jedną z podstawowych zasad programu Dwunastu Kroków, stanowiącego metodę
terapii uzależnień, jest tak zwany program "My". Osoby dysfunkcjonalne,
poszukujące spokoju i wewnętrznej równowagi wspólnie rozwiązują
problemy, ucząc się od siebie nawzajem. Umiejętność uczenia się od
innych i przekazywania swojej wiedzy drugiemu człowiekowi wiąże się z budowaniem wzajemnych relacji. A ponieważ u podstaw każdej zdrowej
relacji leży poznanie samego siebie, pierwszym etapem mojej terapii jest
poznanie prawdy; prawdy o fundamentalnych problemach odpowiedzialnych za
dysfunkcjonalne zachowanie klienta. Bez poznania prawdy nie może być
mowy o bliskości; unikając prawdy, wikłamy się w kłamstwa i zaczynamy
się wzajemnie zwodzić. Bez bliskości natomiast nie jest możliwy udany
związek. Kiedy partnerzy dzielą się prawdą o samym sobie, chroniąc się
jednocześnie nawzajem za pomocą właściwie wytyczonych granic, w ich
związku ma miejsce cud duchowości. Moja książka zawiera opis takiej
podróży od prawdy do bliskości, od bliskości do związku i od związku do
wspólnego przeżywania duchowości.
Spisanie wszystkiego, czego się dowiedziałam i czego doświadczyłam w dziedzinie dysfunkcjonalnych relacji oraz wychodzenia z toksycznych
związków, zajęło mi dwadzieścia pięć lat. Wydarzenia, które zaprowadziły
mnie na duchowe dno, miały źródło w doświadczeniach z dzieciństwa, ale
na tamtym etapie mojego życia, gdy tak bardzo z ich powodu cierpiałam,
nie miałam żadnego racjonalnego punktu zaczepienia, od którego mogłabym
rozpocząć wędrówkę ku uzdrowieniu. Teraz wiem, że odkryłam swoją duchową
drogę dzięki objawieniu; zrozumienie przyszło później. Kiedy zaczęłam
nią kroczyć, sformułowałam zasady psychologii, która jest obecnie
wykładana i z której korzystają nawet najbardziej cierpiący. Ja musiałam
czekać, aż w moim życiu zdarzy się coś niewytłumaczalnego, ale Wy nie
musicie. Chcę, żebyście osiągnęli cel szybciej niż ja, idąc o wiele
bardziej przewidywalną drogą.
1
Duchowe odrodzenie
Lecz gdym tak szalał i w dzikim impecie
Rzucał wyzwanie,
Czyjś głos przemówił do mnie: "Dziecię!"
l wyszeptałem: "Panie".
George Herbert, "Jarzmo"
(przeł. Stanisław Barańczak)
Osoby przechodzące terapię za pomocą programu Dwunastu Kroków dowiadują
się, że najbardziej szkodliwym skutkiem uzależnienia i związanych z nim
problemów psychicznych jest duchowa izolacja. Człowiek taki ma wówczas
wrażenie, że jest "chronicznie wyobcowany". Czuje, że w którąkolwiek
stronę by się zwrócił, zawsze będzie sam we wrogim mu świecie, przed
którym musi się bronić, uciekając się do kłamstw, wrogości lub po prostu
się wycofując. Zachowuje się wówczas prowokacyjnie lub przeciwnie -?brak
mu pewności siebie, ale zawsze odczuwa wstyd. Egocentryzm sprawia, iż
zdaje mu się, że "wszyscy na niego patrzą" i albo coś z tym zrobi, albo
będzie cierpieć. Psychologowie nazywają takie zjawisko "egocentrycznym
strachem". Wśród członków klubów Anonimowych Alkoholików (AA) popularne
jest powiedzenie określające taką osobę jako "bezczelnego żebraka" albo
"śmiecia, który twierdzi, że wokół niego kręci się cały wszechświat".
Podstawowym zadaniem, na którym się koncentrujemy, poczynając od
pierwszego spotkania w klubie AA, jest próba uświadomienia ludziom
łączących ich wzajemnych współzależności. Najlepszym znanym sposobem,
aby tego dokonać i zbudować w klientach poczucie wspólnoty, jest
wysłuchanie ich historii i opowiedzenie własnej. Chciałabym zatem
podzielić się teraz z wami moją historią.
Kiedy byłam małym dzieckiem, mój ojciec został wysłany na front i matka
musiała wychowywać mnie samotnie, co okazało się zadaniem ponad jej
siły. Miewała załamania nerwowe, podczas których przesypiała poranki,
pozostawiając wtedy mnie i moją siostrę samym sobie. Siostra bawiła się,
podczas gdy ja płakałam w kojcu, głodna i nieprzewinięta, dopóki matka
nie wstała. Gdzieś pomiędzy trzecim i czwartym rokiem życia zostałam
seksualnie wykorzystana przez bandę wyrostków. Przemoc, której ofiarą
padłam, odcisnęła trwałe piętno na mojej psychice. Przeżywając traumę w tak młodym wieku, nie znałam jeszcze słów, którymi mogłabym się bronić
przed rozdzierającym bólem, jaki mi zadawano. Ten ból i wspomnienie ran
odniesionych we wczesnym dzieciństwie przez wiele lat tkwiły w mojej
podświadomości.
Kiedy miałam około siedmiu lat, zrozumiałam, że głównym zajęciem mojej
matki są kłótnie z ojcem. Gdy jednak ja skarżyłam się na niego,
zaprzeczała, jakoby zachowywał się niewłaściwie. Jej zdaniem żyłam w nierealnej -?tak jak sugerowała -?zmyślonej rzeczywistości. Jeśli chodzi
o mojego ojca, w ogóle nie tolerował mojej obecności w domu i powtarzał
mi to wielokrotnie bez żadnego skrępowania. Kiedy mnie nie poniżał, po
prostu mnie ignorował. Czułam się nic niewarta, beznadziejna i zastraszona. Nie mogłam spać, dręczyły mnie koszmary.
Nie byłam już jednak tą pasywną, nieświadomą niczego dziewczynką, jaką
jest dziecko w wieku trzech czy czterech lat. Wymyślałam więc rozmaite
strategie, pozwalające mi przetrwać w mojej toksycznej rodzinie. Miałam
już wystarczający zasób słów i dostatecznie rozbudzoną wyobraźnię, żeby
jakoś sobie z tym poradzić. Kiedy rzeczywistość stawała się dla mnie nie
do zniesienia, wymyślałam swój własny świat.
Moim ratunkiem okazała się cisza -?zwyczajnie "znikałam". Spędzałam jak
najwięcej czasu poza domem, nie informując rodziców o tym, co robię. Nie
chciałam rzucać się w oczy. Byłam niepotrzebnym dzieckiem, co było o wiele gorsze, niż gdybym była dzieckiem zagubionym. Rodzice dobrze
wiedzieli, gdzie jestem -?na nieszczęście dla mnie nie uwzględniali mnie
w swoich życiowych planach.
Kiedy miałam około trzynastu lat, matka zaczęła głośno i nie szczędząc
szczegółów, skarżyć się na to, jak okropnie i sadystycznie traktuje ją
mój ojciec. Groziła mu rozwodem. Im bardziej się przede mną otwierała,
tym bardziej bałam się o nią i o samą siebie. Przytłaczało mnie poczucie
odpowiedzialności za nią, czułam, że moim obowiązkiem jest ją ocalić. Im
częściej zwierzała się ze swoich problemów, tym częściej wydawała mi się
bezradnym dzieckiem, ofiarą mojego ojca, a im bardziej przypominała mi
dziecko, tym bardziej czułam się "dorosła" i "lepsza". Byłam też
wściekła i zdezorientowana, ponieważ dobrze pamiętałam, jak moja matka
reagowała, kiedy dawniej skarżyłam się na ojca -?zaprzeczała, jakoby
człowiek, któremu teraz sama zarzucała sadyzm, był czegokolwiek winien.
Mniej więcej w tym samym czasie weszłam w okres dojrzewania i z trudem
radziłam sobie w kontaktach z nastoletnimi chłopcami. Odczuwałam wobec
nich lęk i wstręt, nie zdając sobie sprawy z tego, że ich seksualność
budzi we mnie ukryte wspomnienia molestowania, którego doświadczyłam w dzieciństwie. Dawne niezabliźnione rany oraz sztuczki, do których się
uciekałam, aby o nich zapomnieć, wszystko to tkwiło we mnie -?niestety
niezbadane, nieleczone, nieustannie zatruwające i wypaczające moją
psychikę.
Kiedy już jako dorosła kobieta zaczęłam po raz pierwszy zgłębiać problem
przemocy wobec dzieci i studiować terapię osób, które takiej przemocy
doświadczyły, odkryłam, że mężczyźni i kobiety, którzy są dla mnie
ważni, mogą mi przypominać mojego ojca lub moją matkę; to zaś może
powodować nawrót bolesnych wspomnień z dzieciństwa i czasu dorastania.
Nie potrafiłam zbudować żadnego prawdziwego związku. Etapy życia, na
których doświadczyłam przemocy, zdeterminowały powstanie różnych stanów
mojego ego, z których każdy charakteryzował się czymś innym. Tkwiąca we
mnie trzylatka była przerażona i bezradna; siedmiolatka -?pogrążona w głębokiej depresji, przepełniona wstydem, przekonana o braku własnej
wartości i bardzo samotna; trzynastolatka zaś -?przestraszona, wściekła
i zdezorientowana.
Kiedy moje rany były drażnione, każda z nich odzywała się innym głosem w moim umyśle. Każdy głos pochodził z tej części mojej psychiki, która na
danym etapie najbardziej ucierpiała. Musiało minąć wiele lat pełnych
cierpień i chaosu, zanim zdołałam świadomie powrócić pamięcią do moich
traumatycznych przeżyć, dobrze się na nich skoncentrować i ostatecznie
je zaakceptować.
W końcu nadszedł ten bolesny dzień. Siostra opowiedziała mi ze
szczegółami o przemocy, jakiej doznałam jako małe dziecko. Wtedy po raz
pierwszy rzeczywiście odczułam ten dawno zadany ból. To był ogromny szok
dla mojej psychiki. Na oczach siostry pogrążyłam się na powrót w cierpieniu zranionego dziecka, nieumiejącego określić słowami, co czuje
i co się z nim wtedy dzieje. Myśli i emocje wymknęły mi się spod
kontroli. Miałam wrażenie, że wiruję wokół własnej osi i siła tego
wirowania rozrywa mnie na kawałki. Położyłam się więc na podłodze i zwinęłam w kłębek, żeby powstrzymać to uczucie.
Jako dziecko rozpaczliwie starałam się być grzeczna, mając nadzieję, że
wówczas przestanę czuć się nic niewarta. Bycie grzeczną było dla mnie
jedyną obroną przed lękiem i cierpieniem. Doświadczyłam przemocy nie
tylko fizycznej, lecz także psychicznej: rodzina traktowała mnie, jakbym
była kimś niepotrzebnym i w końcu tak właśnie zaczęłam się czuć.
Uważałam, że nigdzie nie pasuję. Jedyną ucieczką było zamknięcie się we
własnym świecie -?tylko tam byłam w stanie uwierzyć, że jestem godna
miłości i opieki.
Niestety, moja strategia bycia grzeczną dziewczynką wymagała wmawiania
sobie, że wszystko jest w porządku. Dzięki temu rodzice sądzili, że nie
mam żadnych problemów, zaś moja umiejętność przystosowania się
sprawiała, że jeszcze rzadziej mnie zauważali. A gdyby nawet zechcieli
mnie wysłuchać, sami byli zbyt zaburzeni, aby zdołali mi pomóc.
Próbując osiągnąć doskonałość, odmawiałam sobie prawa do ludzkiej
"doskonałej niedoskonałości". Byłam przekonana, że gdyby inni odkryli,
jaka "naprawdę" jestem, uznaliby mnie za godną pożałowania. Miałam tak
niską samoocenę, że ucieczka przed rzeczywistością była dla mnie jedynym
sposobem unikania ataków wstydu. Ponieważ dążenie do doskonałości nie
poprawiało mojego samopoczucia, zaczęłam szukać pocieszenia w różnych
Kościołach. Moje próby nawiązania relacji z Bogiem okazały się jednak
daremne i w wieku czternastu lat przestałam szukać ukojenia w religii.
Winą za porażkę obarczałam siebie i swoje wewnętrzne braki; świadomość,
że nie udało mi się znaleźć Boga, który by mnie naprawdę pocieszył,
utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem nic niewarta.
Chociaż cierpiałam na skutek zaniżonej samooceny, starałam się żyć
najlepiej, jak potrafiłam, cały czas dźwigając brzemię mojej
dysfunkcjonalnej przeszłości niczym niewidzialny bagaż. W końcu, jak
wielu ludzi nieumiejących samodzielnie rozwiązać swoich osobistych
problemów i szukających kogoś, kto by ich "ocalił", wyszłam za mąż i wkrótce -?co było zresztą do przewidzenia -?odkryłam, że nikt, nawet mój
mąż, nie może mi pomóc w tym, w czym sama nie potrafiłam sobie pomóc. Do
nękających mnie problemów małżeńskich dołączyła pogłębiająca się
depresja. Nie myślałam jeszcze wtedy o samobójstwie, ale byłam
nieszczęśliwa. Uwierzyłam, że nie można mi pomóc, że jestem wariatką.
Było mi tak źle, że w rozpaczy zwróciłam się do teściowej. Mówiła o sobie, że jest ortodoksyjną chrześcijanką; ja odbierałam ją jako osobę
kontrolującą swoje otoczenie, krytyczną i uważającą się za lepszą ode
mnie. Mimo to poprosiłam ją, aby pomogła mi zwalczyć depresję.
Pozwoliłam, by wciągnęła mnie w orbitę swojej głębokiej wiary i z jej
pomocą zawierzyłam moje życie i wolę bożej opiece. Przyniosło mi to
pewną ulgę, jednak depresja nadal mnie nie opuszczała.
Nie wierzyłam wówczas w Boga i nie sądzę, abym uwierzyła w niego pod
wpływem religijnych doświadczeń z tamtego okresu. Stało się jednakże coś
innego: ja, osoba niewierząca, znalazłam w sobie wystarczająco dużo
wiary, ażeby wkroczyć na ścieżkę duchowego rozwoju. Najwyraźniej
istnieje margines między całkowitym brakiem wiary a wiarą naprawdę
głęboką i żeby otrzymać dar duchowego życia, wystarczy tylko zrozumieć
ograniczenia narzucane nam przez naszą ludzką naturę.
Pomimo tych duchowych doświadczeń moje życie stawało się coraz bardziej
nie do zniesienia, aż w końcu zapragnęłam je zakończyć. Wtedy właśnie
przeżyłam objawienie. Niespodziewanie odczułam coś, co odebrałam jako
obecność Boga. Miałam wrażenie, że otoczyła mnie niezwykła energia,
która coś mi przekazuje -?nie słyszałam głosu, odebrałam jedynie czysty,
niczym niezakłócony przekaz. Owa energia uświadomiła mi, że jestem
sparaliżowana przez strach i zatraciłam cenną umiejętność cieszenia się
życiem; dlatego myślałam o samobójstwie.
Energia przekazała mi także, że jeśli tylko stawię czoło lękom i zrobię
to, co muszę, a przed czym się wzbraniam, otrzymam wszelkie wsparcie
oraz niezbędną pomoc, konieczne, aby znaleźć jakieś rozwiązanie i zmienić swoje życie. W chwili gdy zrozumiałam, że muszę uporać się z własnym strachem, poczułam coś niezwykłego: bezwarunkową miłość, płynącą
ku mnie od Siły większej i o wiele potężniejszej ode mnie. Przeżywając
tę miłość, po raz pierwszy w życiu poczułam, że kocham samą siebie.
Ponieważ było to tak bardzo poruszające doświadczenie, uwierzyłam, że
między mną a Bogiem istnieje relacja, że Bóg mnie kocha i na pewno
będzie mnie wspierał. Zrobiłam więc to, co musiałam zrobić, i w trakcie
tego procesu odnowy przestałam doszukiwać się w sobie przyczyn moich
problemów, znalazłam zaś ich rozwiązanie.
Zostałam pielęgniarką w ośrodku leczenia uzależnień w Wickenburgu w stanie Arizona. Po pracy chodziłam na wykłady poświęcone uzależnieniom.
Słuchając zwierzeń alkoholików, miałam wrażenie, że doskonale znają oni
moje bolesne przeżycia. Zrozumiałam, że także jestem alkoholiczką.
Pogłębiałam swoją wiedzę i umacniałam się w przeczuciach dotyczących
przyczyn mego alkoholizmu, a jednocześnie wciąż zmagałam się z psychicznymi problemami, których źródłem było moje dysfunkcjonalne
dzieciństwo. Mimo że coraz lepiej rozumiałam problemy dręczące moich
klientów, byłam bezradna wobec własnych.
Doskonale pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy zdałam sobie z tego
sprawę. Wysłuchałam akurat wykładu mojej przyjaciółki na temat istoty
alkoholizmu. Pamiętam, że przyznałam się jej, iż jestem alkoholiczką;
powiedziałam, że mam wszystkie opisywane przez nią objawy. Pamiętam też,
co mi odpowiedziała: "No cóż, witaj w klubie". Zupełnie jakby przez cały
czas znała prawdę i czekała, aż sama ją odkryję. Słysząc jej słowa,
poczułam się tak, jakbym nareszcie wróciła do domu. Czułam radość i ból,
płakałam z radości. Zupełnie jak gdyby moja psychika, czy też moja
dusza, wreszcie mogła odpocząć. Poczułam, że właśnie odnalazłam moje
miejsce -?wspólnotę ludzi takich jak ja.
Zangażowałam się w terapię alkoholików -?poproszono mnie o pomoc w opracowaniu różnych metod terapii uzależnień od substancji
odurzających oraz terapii innych problemów psychologicznych.
Początkowo nie czułam się na siłach sprostać temu zadaniu. Czułam także
złość, ponieważ byłam tylko pielęgniarką i uważałam, że takimi sprawami
powinni się zajmować psychologowie, terapeuci i lekarze, a nie ja. Mój
opór narastał, aż w pewnym momencie przeżyłam istotne objawienie podobne
do tego, którego sama doświadczyłam, kiedy byłam bliska samobójstwa.
Usłyszałam, że mam wykonać powierzone mi zadanie, a jeśli będę
potrzebować pomocy, otrzymam ją. Podczas medytacji zaczęłam dostawać
wskazówki dotyczące dobrego rozwiązywania problemów moich klientów.
W końcu do kierownika naszego projektu dotarły informacje od personelu i klientów o moich nagłych wybuchach niecierpliwości i gniewu. Wystarczyła
krytyczna uwaga, abym poczuła się nic niewarta; chcąc się bronić,
uciekałam w agresję. Kilkakrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z kierownikiem w sposób odbiegający od powszechnie przyjętych norm; on
jednak nie tylko szczegółowo zanalizował moje dziwne zachowanie, lecz
także głęboko się nim przejął i nalegał, abym coś w tej sprawie zrobiła.
Był gotów dać mi tyle czasu, ile będę potrzebowała. Wierzył we mnie o wiele bardziej niż ja sama.
U swoich klientów wyraźnie dostrzegałam to, czemu sama nie potrafiłam
stawić czoła. Wtedy też stopniowo zaczęłam rozumieć skomplikowaną
strukturę problemów, leżących u podstaw dysfunkcjonalnej psychiki, która
skrystalizowała się w dzieciństwie moich klientów i w moim własnym.
Trzon tej struktury stanowią pierwotne symptomy osiowe związane z samooceną, wytyczaniem granic, obiektywną oceną rzeczywistości,
umiejętnością troszczenia się o siebie oraz wyrażania swojej
rzeczywistości z umiarem. Zauważyłam, że w każdej z tych dziedzin
dysfunkcjonalna osoba dorosła przejawiała zachowania ekstremalne.
Analizując na przykład kwestię samooceny, obserwowałam klientów
miotających się pomiędzy przekonaniem, iż są bezwartościowi a poczuciem,
że są "lepsi" od innych, pomiędzy nadmierną wrażliwością a pewnością, że
nikt i nic ich nie zrani. Na przemian to obwiniali się, dochodząc do
momentu, w którym zaczynali samych siebie nienawidzić, to pielęgnowali w sobie złudzenie własnej doskonałości, utwierdzając się w przekonaniu, że
niczego im nie można zarzucić. Niektórzy klienci byli bardzo zależni i oczekiwali, że otoczenie będzie się nimi opiekować. Inni zaś sprawiali
wrażenie od nikogo niezależnych, pozbawionych potrzeb i pragnień -?ci z kolei odmawiali przyjęcia od kogokolwiek pomocy i nie umieli przyznać,
że czegoś potrzebują. Niektórzy wycofywali się i nie chcieli rozmawiać o swoich problemach, inni wręcz przeciwnie -?wylewali z siebie potoki słów
i nie hamowali emocji. Bywali klienci dziecinni i niedojrzali, podczas
gdy inni przejawiali sztywne cechy osobowości, sprawiali wrażenie
nadmiernie dojrzałych i kontrolujących otoczenie.
Pamiętając, że we mnie samej tkwią podobne skrajności, rozmyślałam nad
tym, jak to jest być leczonym przez osoby nieświadome ich przyczyn i -
co było dla mnie szczególnie przykre -?nieświadome tego, że same tym
skrajnościom ulegają.
Problemy klientów były zawsze jawne i rozpoznawalne; ale jednocześnie
podobne problemy nękały wielu pracowników medycznych ośrodka, choć nikt
nie zwracał na ten fakt uwagi. Dysfunkcjonalne zachowania personelu były
zazwyczaj dokładnym przeciwieństwem dysfunkcjonalnych zachowań klientów.
Jeśli na przykład klient był w dołku (miał zaniżoną samoocenę),
pracownik ośrodka podkreślał swoją nad nim wyższość (miał zawyżoną
samoocenę). Jeśli klient cierpiał z powodu braku granic
psychologicznych, pracownik budował wokół siebie mur (czuł się silny,
niepodatny na zranienie). Jeśli klienta przepełniało poczucie własnej
niedoskonałości, pracownik był wobec niego doskonały, nie miał żadnych
potrzeb ani pragnień i kontrolował otoczenie (przejawiał sztywne cechy
osobowości). Zgodnie z powszechnie wyznawanymi zasadami takie
dysfunkcjonalne zachowania pracowników ośrodka uchodziły za objaw
całkowicie zdrowej psychiki i świadczyły o tym, że są dobrymi
terapeutami.
"Klienci neurotyczni" popadali w skrajności, utwierdzając się w przekonaniu, że są "gorsi" od innych: byli podatni na zranienie,
nienawidzili też samych siebie, nie potrafili opisać swojej prywatnej
rzeczywistości, nadmiernie uzależniali się od otoczenia, mieli wiele
niezaspokojonych potrzeb, byli niedojrzali. Często nazywano ich
"wariatami". Tymczasem opiekujący się nimi ludzie mieli te same
problemy, poza tym że popadali w inną skrajność -?czuli się "lepsi". Ich
poczucie wyższości wynikało z zawyżonej samooceny; to, że czuli się już
uodpornieni na cierpienie, było efektem ich problemów z wytyczaniem
granic psychologicznych. Ale ten perfekcjonizm wiązał się z niewłaściwą
oceną rzeczywistości, niezależność wynikała z zaburzonego instynktu
samozachowawczego, a skłonność do kontrolowania innych brała się z braku
umiaru. Zamiast wytyczać sobie granice, budowali tylko mur, co było
spowodowane brakiem umiejętności wytyczania granic i budowania bliskich
relacji.
Mając świadomość tego, że personel medyczny jest uwikłany w te same
dysfunkcjonalne zachowania co klienci, przestałam odczuwać opór na myśl
o podjęciu nauki pracy terapeuty. Zrozumiałam, że nie chciałam być
"uzdrowicielem", ponieważ to właśnie "uzdrowiciele" poprzez swoje
dysfunkcjonalne zachowania przysparzali klientom cierpień i, zaślepieni
poczuciem własnej wyższości, nawet tego nie zauważali. Bogatsza o wiedzę
na swój temat, płynącą ze zrozumienia symptomów osiowych, mogłam zostać
terapeutą i autentycznie uzdrawiać.
Zdałam sobie sprawę z tego, że bez pełnej szacunku relacji pomiędzy
klientem a terapeutą niemożliwa jest jakakolwiek zmiana i jakikolwiek
rozwój tego pierwszego. Aby obaj mogli otwarcie dzielić się prawdą
niezbędną w procesie skutecznej terapii, terapeuta nie może zwracać się
do klienta z pozycji wyższości. Zarówno poczucie wyższości, jak i niższości nie jest odbiciem prawdziwego "ja" ani terapeuty, ani jego
klienta -?to skutek ulegania głosowi naszej podświadomości, stan,
którego przyczyną są doznane w dzieciństwie nadużycia.
Wiedza ta umożliwiła mi poznanie niezbędnych elementów prawdziwego
związku dwojga ludzi. Tylko ludzie zdrowi potrafią nawiązywać zdrowe
relacje z innymi. Powiedzenie "Lekarzu, lecz się sam" nagle wtedy
nabrało dla mnie wielkiego znaczenia.
Przed drzwiami mojego gabinetu zaczęły ustawiać się kolejki. Nareszcie
znaleźli kogoś, kto nie tylko ich rozumiał, ale -?co może było nawet
ważniejsze -?był taki sam jak oni. Za każdym razem, gdy rozmawiałam z klientem jak równy z równym, sama również otrzymywałam pomoc.
Na myśl o swojej pracy czułam rozpierającą mnie energię, podniecenie i pasję. Były to emocje podobne do tych, jakich doświadczyłam, gdy
uświadomiłam sobie, że jestem alkoholiczką -?miałam wrażenie, że
nareszcie wróciłam do domu.
Pasja, jaka mnie wtedy ogarnęła, sprawiła, że mój umysł otworzył się na
medytację -?mogłam spędzać wiele czasu, po prostu rozmyślając o naturze
problemów moich klientów. Może się to wydać zabawne, ale najbardziej
otwarty umysł miałam wówczas, kiedy odkurzałam. Przez moją głowę
przelatywały wtedy tysiące pomysłów dotyczących istoty różnych schorzeń
i metod ich leczenia. Zaczęłam je na bieżąco zapisywać, a później
omawiałam je z klientami. Dzieliłam się z nimi tym, co sama odczuwałam,
oni zaś fantastycznie reagowali, dziękując mi w ten sposób za to, że im
pomogłam. Mówili, że sami mieli podobne przeżycia.
Nie chciałam być hipokrytką mówiącą ludziom, jak mają żyć, podczas gdy
sama postępowałam inaczej. Zaczęłam więc stosować w praktyce
rozwiązania, które przychodziły mi do głowy, i z czasem poczułam się o wiele lepiej. Stałam się zdrowsza. Za każdym razem, kiedy dzieliłam się
z klientami swoimi doświadczeniami, reagowali coraz bardziej
entuzjastycznie. W końcu kierownik projektu stwierdził, że zbyt wielu
klientów chce się ze mną konsultować, i poprosił, żebym oficjalnie
wzięła udział w programie terapeutycznym.
Czasami zdarzało mi się odczuwać dawny wewnętrzny opór. Słyszałam wtedy
słowa: "Powiedziałem ci, żebyś robiła to, co do ciebie należy, i stawiła
czoło swoim lękom". Podejmowałam się więc zadań, których dawniej bym się
nie podjęła. Nigdy nie przypuszczałam, że potrafię i mogę robić to, co
teraz robię. Z moich doświadczeń narodził się pomysł terapii, która
pomogła już wielu ludziom.
Punktem wyjściowym było uświadomienie sobie istnienia takich zakątków
naszej psychiki, w których jakiś głos próbuje pozbawić nas poczucia
wartości. Kiedy już je zlokalizowałam, mogłam rozpocząć uzdrawiającą
terapię. W czasie jej trwania coraz wyraźniej zarysowywała się przede
mną moja duchowa droga. Otrzymałam pomoc, aby robić to, czego ode mnie
oczekiwano, a czego -?jak sądziłam -?nie potrafiłam robić. Kontynuowałam
więc swoją pracę i zawsze mogłam liczyć na wsparcie. Wciąż mogę na nie
liczyć. To naprawdę niezwykłe.