Od redakcji
Człowiek, który uwierzył Biblii, posiada w sobie życie Jezusa Chrystusa, a zbawienie świętego Boga postrzega jako dzieło tylko łaski, tylko przez wiarę, tylko w Chrystusie, oparte na autorytecie tylko Biblii, za które tylko samemu Bogu należy się cześć i chwała. Prawdy te jasno ukazuje Pismo Święte:
Tylko Biblia
A on odpowiadając rzekł: Napisano: Nie samym chlebem człowiek żyć będzie, ale każdym słowem, pochodzącym przez usta Boże. (Mt 4,4). Poświęćże je w prawdzie twojej. Słowo twoje jest prawdą. (J 17,17).
Zbawienie tylko łaską
Albowiem łaską jesteście zbawieni przez wiarę. I to nie jest z was, dar to Boży jest: nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (Ef 2,8-9)
A ponieważ z łaski, tedy już nie z uczynków, inaczej łaska już by nie była łaską... (Rz 11,6) W którym mamy odkupienie przez krew jego, to jest odpuszczenie grzechów, według bogactwa łaski jego. (Ef 1,7)
Tylko przez wiarę
A oni rzekli: wierz w Pana Jezusa Chrystusa a będziesz zbawiony ty i dom twój. (Dz 16,31) Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa. (Rz 5,1; BW[1] )
Tylko w Chrystusie
Albowiem jeden jest Bóg, jeden także pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus. (1Tm 2,5) I nie masz w żadnym innym zbawienia, albowiem nie masz żadnego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni. (Dz 4,12)
Tylko Bogu należy się chwała
...ku chwale majestatu swej łaski, w której przyjął nas w Umiłowanym. (Ef 1,6; KJV[2]) A więc: czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą. (1Kor 10,31)
Jako redaktorzy tej książki, staraliśmy się wybrać świadectwa, które odzwierciedlają te biblijne prawdy, a czyniliśmy tak w duszpasterskim pragnieniu zbawiania dusz. Owocem naszej pracy nie jest "teologiczny podręcznik biblijny". Redakcja i osoby wspomagające wydanie książki niekoniecznie zgadzają się z każdym zaprezentowanym w niej poglądem; zgodnie jednak sławimy Pana za jedność wiary, jaka wśród nas istnieje. Także i dziś, podobnie jak w czasach Reformacji, Słowo Boże kieruje do nas jasny apel: tylko Biblia, tylko łaska, tylko wiara i tylko Chrystus - chwała zaś należy się tylko samemu Bogu!
Przedmowa
Lektura tej książki była dla mnie doznaniem wielce radosnym, lecz i smutnym zarazem. Radość budziło obecne w każdym rozdziale przypomnienie, czym jest prawdziwe chrześcijaństwo. W "Pierwszym Liście do Koryntian" 15,3-4 apostoł Paweł ukazuje śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa jako fundamenty wiary. Chrześcijaninem jest zatem ten, kto rozumie sens śmierci, jaką poniósł w jego miejsce Chrystus, i kto zarazem poznał Chrystusa jako żyjącego Zbawcę. Królestwo Boże nie jest stanem, do którego przechodzi się po śmierci, ale - jak uczy sam Chrystus w trzecim rozdziale "Ewangelii Jana" - wchodzimy do niego w chwili, gdy rodzimy się na nowo i po raz pierwszy zaczynamy "widzieć" sprawy duchowe. Książka zawiera świadectwa wielu ludzi, w przeważającej mierze nieznających się nawzajem, żyjących z dala od siebie, którzy dzięki łasce Bożej poznali żywego Chrystusa. Mówią o tym nie w celu pozyskania zwolenników, czy to swojej osoby, czy jakiejś organizacji, czy też konkretnego kościoła. Pragną, aby to sam Chrystus dawał się poznawać, i aby inni ludzie w każdym miejscu świata mogli zaznać tej samej radości, jaka stała się ich udziałem. Zarazem jest to jednak książka smutna, pokazuje bowiem, że uważając się za chrześcijanina, a nawet angażując się w pracę w żywych wspólnotach kościelnych, bywamy nieraz jak Nikodem z trzeciego rozdziału "Ewangelii Jana": nie mamy pojęcia o prawdziwym zbawieniu. Składają tu świadectwa ludzie, którzy spostrzegli, że Kościół rzymskokatolicki nie jest wcale pewnym przewodnikiem ku Chrystusowi, co więcej, że odwodzi ich od Niego. Na łożu śmierci kardynał Heenan wyznał: "Kościół dał mi wszystko". Świadectwo bohaterów tej książki postawi Czytelnika przed pytaniem: Czy Kościół rzymskokatolicki rzeczywiście daje człowiekowi to, co twierdzi, że daje? Na pytanie to zdołamy odpowiedzieć tylko wtedy, jeśli za probierz przyjmiemy Biblię. A gdy skierujemy do Boga szczerą modlitwę o światło i pomoc, skutki będą podobne jak w życiu autorów tych świadectw. Lecz pamiętajmy, że zejście na manowce może grozić członkowi każdego kościoła, nie tylko rzymskokatolickiego. Każdy kościół, który nie wpaja swoim członkom, aby pokładali ufność nie w człowieku, ale w samym Chrystusie, ulegnie temu samemu zaślepieniu. Wierzę, że słów spisanych na kolejnych stronicach użyje Bóg ku swojemu uwielbieniu. Nie są to bowiem słowa osób poszukujących własnego rozgłosu, ale świadectwa ludzi spragnionych chwały Chrystusa i Jego Słowa. Chrześcijanin to grzesznik, nędzny wprawdzie, ale odkupiony, dla którego Chrystus poświęcił wszystko. Oby książka ta rozgłosiła takie świadectwo po całym świecie!
Iain H. Murray, Edynburg 18 VIII 1993
1. Gdy znalazłem Chrystusa, znalazłem wszystko
Świadectwo nawróconego księdza Anthony'ego Pezzotty
Anthony Pezzotta, urodzony na północy Włoch, od najmłodszych lat pragnął być misjonarzem. Aby zrealizować ten zamysł, w wieku 11 lat wstąpił do seminarium duchownego. Po 12 latach otrzymał tytuł magistra greki i bakalaureat z filozofii. Potem odbywał magisterskie studia teologiczne w Anglii, Niemczech, Hiszpanii, wreszcie w Rzymie, gdzie przyjął święcenia kapłańskie. Wysłany na misje na Filipiny, pracował tam 15 lat, pełniąc funkcję dyrektora szkół technicznych oraz rektora niższego i wyższego seminarium duchownego. W chwili swego nawrócenia był tam wykładowcą teologii.
Praca lekarstwem na wątpliwości
Na studiach teologicznych w Anglii zacząłem żywić poważne wątpliwości co do pewnych nauk mojego kościoła, których nie umiałem pogodzić z Pismem. Wątpliwości dręczyły mnie nawet po święceniach, ale tłumiłem je zajęty studiami i pracą wykładowczą. Plan zajęć miałem tak napięty, iż niewiele czasu zostało na zgłębianie różnych spraw i na modlitwę. Po dziesięciu latach wyczerpującego trudu pojechałem na rok do domu, do Włoch, aby odpocząć i podreperować zdrowie. Tam wątpliwości odżyły i rozmnożyły się jeszcze bardziej, umocniłem się też w postanowieniu, by szukać zadowalającej odpowiedzi na niepokojące mnie kwestie. Bez przerwy czytałem, wnikałem w słowa naszych wielkich teologów, wątpliwości jednak nie znikały, ciążąc coraz dotkliwiej.
Książki i Księga
Po powrocie na Filipiny postanowiłem odłożyć na bok całą moją bibliotekę teologiczną i poświęcić się studiowaniu jednej tylko Księgi: Słowa Bożego, w szczególności zaś Nowego Testamentu. We wszystkich praktycznych sprawach Biblia stała się jedynym moim przewodnikiem; to do niej odwoływałem się w ewangelizacji, nauczaniu, rozmyślaniach i lekturze. Niebawem wątpliwości zaczęły znikać: jedna po drugiej znajdowały bowiem rozwiązanie w moim studium Pisma.
Początek drogi krzyżowej
Pod koniec stycznia 1974 roku udałem się do Santa Cruz, na południe od Manili. Natknąłem się tam na bardzo elegancką nową kaplicę Konserwatywnego Kościoła Baptystycznego. Nigdy dotąd nie byłem w kościele protestanckim, postanowiłem więc wśliznąć się do środka i rozejrzeć się. Ledwie znalazłem się wewnątrz, przywitał mnie jakiś sympatyczny wierzący, nalegając, że przedstawi mnie pastorowi. Pastorem tym okazał się Ernesto Montalegre, wspaniały mąż Boży. Rozmawialiśmy parę godzin. Ja starałem się z całych sił zrobić z niego dobrego katolika, on zaś spokojnie odpowiadał na moje pytania. Nie zdołałem nawrócić go na katolicyzm, ale i on nie przerobił mnie na protestanta. Mimo to wiele jego wypowiedzi uderzyło mnie, tak że po dwóch godzinach rozmowy miałem w sercu natłok wątpliwości. Zaczął się dla mnie czas gehenny: bezsenne noce, bezradność i przerażający brak odwagi, aby opowiedzieć się za prawdą Pisma. Powoli zaczynałem pojmować Prawdę, nie wiedziałem jednak, co mam począć. Aż nadeszła noc 20 lutego 1974 roku.
Moc łaski Bożej
Byłem w domu sam - i pierwszy raz w życiu szczerze się modliłem. Prosiłem Chrystusa, aby przejął panowanie nad moim życiem. Czułem się jak największy z grzeszników. Ktoś być może spyta: Jaki tam ze mnie mógł być grzesznik? Fakt, nigdy nie paliłem, nie piłem, nie złamałem ślubów czystości. Nie miałem na koncie żadnych występków, za to wiele zasług w roli proboszcza. Lecz moim grzechem była. pycha. To ona nie pozwalała Chrystusowi
zagościć w moim życiu, bo bałem się reakcji biskupa. Myślałem: "Jeśli uznam Chrystusa za swego Zbawiciela, co na to powiedzą przełożeni? Co sobie pomyślą koledzy, studenci? Szanują mnie; nie wolno ich zawieść!" Brakowało mi odwagi na szczerość; szacunek ludzi ceniłem wyżej niż umiłowanie Prawdy. W tę jednak noc podczas modlitwy wzrok mój padł na taki oto fragment z Ewangelii Jana: Wszakże jednak i z książąt wiele ich weń uwierzyło; ale dla Faryzeuszów nie wyznali, aby z bóżnicy nie byli wyłączeni. (J 12,42)
Te słowa przeszyły mi serce jak miecz obosieczny, ale dodały siły i odwagi. Byłem wolny! Tej nocy nie męczył mnie już ból i dojmująca niepewność strasznych ostatnich tygodni. Gdy obudziłem się nazajutrz, w głowie pojawił mi się obraz przyjacielskiego pastora baptystów. Ubrałem się szybko i pojechałem do jego kościoła. Rozmawialiśmy. Dał mi broszury i ulotki, które chętnie wziąłem. Już przy wyjściu odwróciłem się i spytałem: "Gdybym opuścił swój kościół, mógłbym zamieszkać z wami? Przyjęlibyście mnie?" Uśmiechnął się i odparł: "Mamy wolny pokój, wierzący się tobą zaopiekują".
Prawda zwycięża
Pięć dni zwlekałem z decyzją modląc się i czytając Pismo. 26 lutego uznałem Chrystusa za swego Zbawcę i Pana. Poprosiłem, aby przejął władanie nad moim życiem, miałem bowiem zamiar zostawić wszystko: samochód, bibliotekę, majętności. Napisałem do biskupa list z rezygnacją i zamieszkałem wśród moich nowych duchowych przyjaciół w Santa Cruz. 3 marca o jedenastej publicznie wyznałem wiarę w Ewangelię i zostałem ochrzczony w rzece Santa Cruz, płynącej tuż za budynkiem kościelnym. Muszę koniecznie napomknąć, że od dnia, gdy przyjąłem Chrystusa, nigdy nie pożałowałem tego kroku i nie odczułem tęsknoty za dawnym życiem. Dosłownie przepełniony radością, poznałem nieopisany smak wolności od zwątpień. Parę dni po tym wydarzeniu odwiedził mnie pewien ksiądz, pytając: "Tony, jak mogłeś w ciągu zaledwie pięciu dni podjąć taką decyzję? Porzuciłeś kościół katolicki: dwadzieścia stuleci kultury, papieży, świętych, wszystkiego, czego się uczyłeś, co zawsze kochałeś!" Odrzekłem mu prosto z serca:, Nie czuję się tak, jakbym coś porzucił; to jest, raczej tak, że gdy znalazłem Chrystusa, znalazłem wszystko". Katolik, który przyjmuje Chrystusa jako Zbawcę i Pana, opuści swój kościół, gdyż nie jest już rzymskim katolikiem. Jeśli wierzysz, że zostałeś zbawiony przez wiarę w Chrystusa, i jeśli uznałeś Jego Słowo za ostateczny autorytet, to nie jesteś rzymskim katolikiem, ale protestantem, nawet jeśli słowo "protestant" źle ci się kojarzy. Zbawienie przez wiarę i wyłączny autorytet Pisma to fundamenty protestantyzmu, przeciwstawne idei zbawienia dzięki uczynkom i sakramentom oraz autorytetowi tradycji, za którymi opowiada się katolicyzm. Na koniec chciałbym zauważyć, że wielu katolików żywi do swego kościoła głęboki sentyment, nazywając go często "Matką". Taka postawa i takie uczucia znamionują osobę, która za dawcę życia duchowego uważa kościół, czyniący ją wierzącą przez chrzest i utrzymujący ją przy życiu duchowym dzięki pozostałym sakramentom. Z Biblii wynika jednak, że to nie kościół tworzy wierzących, ale wierzący tworzą kościół. A ponieważ to łaską przez wiarę stajemy się żywymi kamieniami Chrystusowego kościoła, to prawdziwym jego budowniczym jest Chrystus.
Anthony Pezzotta, Nawrócony ksiądz
Pastor Tony Pezzotta był misjonarzem w Konserwatywnym Baptystycznym Towarzystwie Misji Zagranicznych (CBFMS). Wykładał w Azjatyckim Seminarium Teologicznym w Quezon City.
4. Z głębi piekła i czyśćca
Świadectwo nawróconego księdza Petera Alphonsusa Sequina
Urodziłem się w Kanadzie, w hrabstwie Rigand (prowincja Vaudreuil w Quebecu). Rodzice moi, francuskiego pochodzenia, byli katolikami. Przyszedłem na świat jako dziewiąte spośród dziesięciorga ich dzieci: ośmiu chłopców i dwóch dziewczynek. Rodzice, ludzie pobożni, poczciwi, trzeźwo myślący przedsiębiorczy, bardzo starali się dobrze wychować dzieci: dla Boga i dla ojczyzny. Lecz jak bardzo tkwili w niewiedzy, poprzestając na liczeniu paciorków różańca, chodzeniu do spowiedzi, uczęszczaniu na mszę i wypełnianiu poleceń księży. Nie oskarżam tu pojedynczych katolików, ale system rzymskokatolicki i ludzi, którzy doglądają jego działania. Już w dniu moich narodzin przyniesiono mnie do miejscowego kościoła do chrztu. W wieku siedmiu lat zaprowadzono mnie do spowiedzi. Księża zadawali mi pytania tak nieprzyzwoite, iż nie odważę się przytoczyć ich na piśmie. Potem przystąpiłem do pierwszej komunii, a następnie zostałem bierzmowany przez biskupa Montrealu. Po mniej więcej latach spędzonych w Kolegium Bourget z ust księdza kanonika Charlesa Edouarda, wówczas doradcy starego biskupa Bourgeta, usłyszałem, że Bóg oraz on sam powołali mnie na księdza. Postanowiłem być posłusznym przełożonemu i udałem się do wyższego seminarium duchownego w Montrealu. Spędziłem tam cztery długie lata: od roku 1862 do 1866. Na ten czas urwał się zupełnie mój kontakt ze światem zewnętrznym. Dzień po dniu oddawałem się studiom nad teologiami Liguoriego i Perrone'a. Jako student byłem bardzo skrupulatny, a jako seminarzysta uważny w wypełnianiu moich powinności. 22 grudnia 1866 roku przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk biskupa Bourgeta, w obecności 60 kapłanów. W ciągu 14 lat posługi ujrzałem wiele rzeczy niepokojących. W końcu tak bardzo przybiły mnie grzech i niegodziwość, z jakimi stykałem się w mych parafiach w Montrealu, Nowym Brunszwiku, Massachusetts, Nowym Jorku i Minnesocie, że zestawiwszy 150-stronicowy dokument, przesłałem go na ręce papieża Leona XIII, wykazując, jak tragicznie chory jest krąg jego przedstawicieli na kontynencie amerykańskim. Lecz w końcu opuściłem Kościół rzymski. Stało się to podczas tygodniowej wizyty w Detroit. Po raz pierwszy, we francuskojęzycznym kościele baptystów, przemawiałem tam przeciw naukom Rzymu. Kazanie poświęciłem nowemu dogmatowi z 1870 roku, wedle którego papież miał być nieomylny. Nie byłem jeszcze nawrócony. W tym czasie dotarła do mnie wieść o Charlesie Chiniquy, który po 25 latach kapłaństwa stał się Bożym narzędziem, wiodąc do Chrystusa wiele zabłąkanych dusz z kościoła rzymskokatolickiego. Dowiedziałem się, że Chiniquy gości w u siebie w domu księży, którzy jak ja zaczynają dostrzegać światłość i którzy nie są w stanie dalej dźwigać ciężkiego jarzma rzymskiego papieża. Napisałem do Charlesa Chiniquy, prosząc o gościnę i o podzielenie się ze mną bogactwem swoich doświadczeń - gdyż nie wiedziałem, jak radzić sobie z nagłym ogromem trudności. W odpowiedzi napisał: "Przybywaj, drogi bracie Sequin, zaopiekuję się tobą".
I zaopiekował się mną bardzo szlachetnie, jak przystało na prawdziwego sługę Chrystusa. Prócz mnie w jego domu mieszkało jeszcze dwóch księży, którzy jak ja szukali pokoju przewyższającego wszelkie zrozumienie. Staruszek Chiniquy... Jakże modlił się do Boga, aby dał mi do serca szczere przekonanie o tym, że jestem zgubiony, póki się nie nawrócę i nie oddam Temu, który przyszedł zbawić grzeszników. Pewnego dnia po obiedzie, gdy jak zwykle czytaliśmy rozdział z Pisma Świętego i modliliśmy się, pierwszy raz w życiu spostrzegłem, jak bardzo jestem wstrętny i brudny w oczach Bożych wskutek moich grzechów. Na kolanach, ze łzami w oczach zawołałem do Boga: "Co mam czynić?" Przez resztę dnia na klęczkach błagałem Boga, aby w imieniu swego drogiego Syna ukazał mi drogę do Siebie. Otworzyłem Nowy Testament i przeczytałem:
Albowiem łaską jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, dar to Boży jest; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (Ef 2,8-9)
Nagle pojąłem, że zbawienie to dar Boży, i spojrzałem ku Panu Jezusowi Chrystusowi. I Bóg mnie zbawił. W niezwykłej chwili mego nawrócenia do Boga, gdy rozproszyły się chmury i padły na mnie promienie słońca, wylałem wiele łez. Lecz jak w przypadku niewiast opisanych w Ewangelii, nie były to łzy goryczy, ale radości. Pobiegłem do mego przyjaciela Chiniquy i powiedziałem mu o wszystkim, zawołałem też przyjaciół i sąsiadów, mówiąc: "Radujcie się ze mną - bo dzisiaj znalazłem pokój, klejnot, perłę, którą zagubiłem. Znalazłem dar". Zapanowała radość w całym domu.
Zasię podobne jest królestwo niebieskie człowiekowi kupcowi, szukającemu pięknych pereł; Który znalazłszy jednę perłę bardzo drogą, odszedł, i posprzedawał wszystko, co miał, i kupił ją. (Mt 13,45-46)
Zbawienie jest tylko w Chrystusie.
Peter Alphonsus Sequin, nawrócony ksiądz
Kanadyjczyk Peter Alphonsus Sequin odszedł już do Pana. Zamieściliśmy jego świadectwo jako bezcenną perłę odbijającą blask światłości Pana.
Książka P. A. Sequina "Z głębi piekła i czyśćca".
5. Moja historia
Świadectwo nawróconego księdza Henry'ego Gregory'ego Adamsa
Jakiej ulgi i niebieskiego pokoju doznała moja dusza, kiedy mnie, zgubionego grzesznika, znalazł Chrystus. Oto moja historia. Urodziłem się w rodzinie katolickiej w Wolseley (Saskatchewan w Kanadzie), wychowano mnie w ścisłej zgodzie z religią rzymskokatolicką. Choć od najmłodszych lat starałem się być dobrym, coraz bardziej popadałem w grzech. Jak wszyscy wokół, zmierzałem prosto do zguby. Powiedziano mi, że zakonnik i kapłan mogą uciec od grzechu i zyskać większą pewność zbawienia. Z serca pragnąc zbawienia, wstąpiłem do zakonu benedyktynów, przywdziałem czarną szatę, przyjąłem imię po św. Hilarym z Poitiers i złożyłem śluby zakonne. Na studiach zwracano się do mnie "bracie Hilary", po święceniach zaś "ojcze Hilary". Bardzo pragnąłem służyć Panu Jezusowi. Wiodąc życie zakonne, byłem pewien, że robię właśnie to, co potrzeba. Wypełniałem wszystkie klasztorne obowiązki w najdrobniejszym szczególe. W każdą środę i każdy piątek wieczorem biczowałem się, aż nieraz plecy spływały krwią, za pokutę częstokroć całowałem podłogę, nieraz spożywałem skromniutkie posiłki, klęcząc na posadzce bądź zupełnie z nich rezygnowałem. Stosowałem wiele wyrzeczeń i umartwień, gdyż naprawdę pragnąłem zbawienia, a uczono mnie, że niebo mogę sobie w końcu wysłużyć. Nie wiedziałem, że Słowo Boże mówi:
Albowiem łaską jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, dar to Boży jest; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (Ef 2,8-9)
Po latach studiów i ciężkiej fizycznej pracy w klasztorze przyjąłem święcenia kapłańskie. Pełniłem posługę w pięciu parafiach w Lamont na terenie Alberty, co dzień odprawiałem msze, spowiadałem, odmawiałem różaniec oraz wiele modlitw do różnych świętych, codziennie odmawiałem też brewiarz, a jako zakonnik gorliwiej niż zwykle umartwiałem się. Jednakże moja udręczona dusza nie doznawała wcale pokrzepienia; więcej, cierpiałem jeszcze większą rozterkę niż w młodych latach. Chrystus jednak wiernie nade mną czuwał. Na studiach przygotowujących nas do kapłaństwa posługiwaliśmy się trzema podręcznikami na temat Biblii, nigdy jednak samą Biblią. Po święceniach zapoznałem się z katolickim przekładem Biblii i natrafiłem tam na pewne zaskakujące wersety, które przeczyły słuszności moich wierzeń i praktyk. Boża Księga mówiła jedno, mój kościół drugie. Kto miał rację: Kościół rzymski czy Bóg? W końcu uwierzyłem Słowu Bożemu. Życie klasztorne i sakramenty zalecane przez kościół rzymskokatolicki nie pomogły mi osobiście poznać Chrystusa i znaleźć zbawienia. Po dwunastu i pół długich latach uciekłem z klasztoru, zgubiony grzesznik, bez pokoju w duszy. Wciąż była we mnie stara natura "dawnego człowieka"; potrzebowałem nowej natury, nowego serca..., zgodnie z prawdą, jaka jest w Jezusie [...] trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i w świętobliwości prawdy. (Ef 4,22-24)
To może się dokonać tylko w nowym narodzeniu z Ducha Bożego, tylko przez wiarę w Jezusa Chrystusa, nie zaś przez monotonne powtórzenia modlitw, pokut, ofiar, dobrych uczynków.
[...] Jeźli się kto nie narodzi znowu, nie może widzieć królestwa Bożego. (J 3,3)
Wierz w Pana Jezusa Chrystusa, a będziesz zbawiony, ty i dom twój. (Dz 16,31)
Zrozumiałem, że wymyślone przez człowieka sakramenty mojego kościoła i moje dobre uczynki nie mają wartości, jeśli idzie o zbawienie; dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Niebawem uwierzyłem, że Chrystus umarł za mnie, gdyż sam nie mógłbym zbawić swej duszy. W sprawie zbawienia zaufałem tylko Jemu. Kiedy odwróciłem się od grzechów i przyjąłem Go do serca, wierząc, że na krzyżu poniósł za mnie pełną karę, wiedziałem, że moje grzechy zostały nie tylko odpuszczone, ale i zapomniane; zostałem usprawiedliwiony przed obliczem Bożym.
[...] Albowiem wszyscy zgrzeszyli i nie dostaje im chwały Bożej. (Rz 3,23)
Albowiem zapłata za grzech jest śmierć; ale dar z łaski Bożej jest żywot wieczny, w Chrystusie Jezusie, Panu naszym. (Rz 6,23)
Krew Chrystusa obmyła mnie ze wszystkich grzechów: [...] krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu. (1J 1,7).
Teraz zaś mam pokój Boży. [...] Będąc tedy usprawiedliwieni z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. (Rz 5,1)
Przyjacielu, jeśli i Ty usiłujesz zyskać niebo po swojemu, to chciałbym, abyś zapamiętał słowa: "nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił". Niebo to coś nieskończonego i nie można sobie na nie nijak zarobić. Jesteśmy ograniczeni i grzeszni. Tylko Chrystus jest drogą, tylko On jest odpowiedzią.
Boć jeden jest Bóg, jeden także pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek Chrystus Jezus. Który dał samego siebie na okup za wszystkich, co jest świadectwem czasów jego. (1Tm 2,5-6)
Przyjdź do Niego takim, jakim jesteś, nie ukrywając swoich grzechów. Poproś o przebaczenie i przyjmij Go jako Zbawcę i Pana. Zaufaj Mu w sprawie swego wiecznego losu, bo to On nabył dla Ciebie zbawienie. A dziś wzywa:
Pójdźcie do mnie wszyscy, którzyście spracowani i obciążeni, a Ja wam sprawię odpocznienie. (Mt 11,28).
Wtedy i Ty rozradujesz się wraz ze mną z powodu swego nowego Przyjaciela i Zbawcy, żywego Chrystusa.
Henry Gregory Adams, nawrócony ksiądz
Od czasu swego nawrócenia Henry Gregory Adams czynnie udzielał się na polu chrześcijańskiej apologetyki oraz ewangelizacji. Mieszkał w Oshawie w Kanadzie, przewodząc Misji Ewangelicznej.
6. Nawrócenie księdza
Świadectwo nawróconego księdza Charlesa Berry'ego
Jako praktykujący katolicy, poświęcaliśmy w niedziele przynajmniej pół godziny na udział we mszy; poza tym religia nie odgrywała w naszej rodzinie większej roli. W młodych latach wstydziłem się wiary i pod byle pretekstem unikałem kościoła. Lecz stało się coś, co całkiem odmieniło moje życie.
Do nieba przez cierpienie
Pilnując raz dziecka u sąsiada-protestanta przeczytałem mimochodem broszurkę "Piekło i kara wieczna" i uświadomiłem sobie - czego jestem świadom po dziś dzień - straszliwą rzeczywistość piekła. Odtąd, zdecydowany za wszelką cenę zbliżyć się do Boga, oddałem się gorliwie wszelkim praktykom katolickim i katolickiej drodze zbawienia. Zacząłem chodzić na mszę i co dzień odmawiać różaniec, nosiłem szkaplerz i medaliki. Powiedziano mi, że chcąc wiedzieć, jak dostać się do nieba, muszę czytać życiorysy katolickich świętych i uczyć się na ich przykładzie. Z czasem wywnioskowałem więc, że najpewniejszą drogą do nieba są cierpienia. Ból stał się mym nieodłącznym towarzyszem, ale dbałem o to, by nie dać po sobie poznać, jak cierpię. W wieku 19 lat zostałem augustianinem i przez 17 lat żyłem według reguły św. Augustyna, przechodząc szczeble od postulanta, przez nowicjusza i ojca zakonnego, po kapłana. Przez pierwsze dziesięć lat (było to jeszcze przed II soborem watykańskim) nie ujrzałem nawet wnętrza normalnego klasztoru, nie miałem też okazji przebywania i szczerej rozmowy z mnichami i kapłanami; przygotowującym się do kapłaństwa nie wolno było bowiem przebywać w gronie przełożonych i nauczycieli. Ciężkich prób nie brakowało, ale w miarę upływu lat i zbliżania się święceń ich uciążliwość malała. Niewielu skarżyło się na kiepskie jedzenie, małą ilość snu czy upokarzające, nieludzkie formy dyscypliny, gdyż czuliśmy, iż za status męża Bożego cenę taką warto zapłacić. Posłuszeństwo władzy było wątkiem dominującym w naszym życiu. Nie tylko zrzekliśmy się prawa do wszelkiej własności, ambicji i prywatności, ale i do umysłu, intelektu i prywatnych myśli. Powiedziano nam, że Bóg przemawia do nas bezpośrednio ustami przełożonych, i że każda wątpliwość i wahanie w uznaniu ich pełnej władzy nad nami to grzech ciężki przeciwko Bogu.
Świętymi bądźcie, jak Ja jestem Święty
Moje pierwsze zadanie jako księdza katolickiego różniło się nieco od przeciętnych. Zamiast posłać mnie do jakiegoś klasztoru do pomocy w pracy parafialnej czy nauce, polecono mi kontynuować studia aż do uzyskania doktoratu z chemii, tak abym mógł wykładać na uniwersytecie katolickim. Klasztor, gdzie mnie posłano, był luksusowo wyposażony we wszelkie wygody i szczycił się najwyśmienitszą kuchnią. Nie po to jednak poświęcałem się przez tyle lat, by teraz opływać w dostatki - lecz po to, aby stać się prawdziwym mężem Bożym, świętym. Wielce mnie rozczarowało wejście w kręgi duchowieństwa, bo spostrzegłem, że u tych, którzy uchodzili za przykłady świętości i miłości do Boga, Bóg wcale się nie liczył. Część dnia poświęcona pracy dla Pana uchodziła za nader nieprzyjemną. Zauważyłem (nie tylko tam, ale wszędzie, gdziekolwiek udawałem się później), że jedynymi duchownymi, którzy szli do kościoła, by odprawić nabożeństwo, byli kapłani do tego wyznaczeni, a dyżur wypełniali z prawdziwą przykrością. Poprosiłem, żeby wysłano mnie gdzie indziej, i ucieszyłem się z przenosin do opactwa zakonu augustianów w Stanach Zjednoczonych. Ale na miejscu wcale nie znalazłem "duchowej elektrowni", tylko "przechowalnię", gdzie sprowadzano księży prowadzących się tak skandalicznie, iż przynosili kościołowi wstyd. Zastanawiałem się:
"Gdzież jest ów kościół, który mi opisywano i któremu oddałem życie przez wzgląd na jego czystość i piękno? Być może w Ameryce nie istnieje on w ogóle wskutek złych wpływów protestanckich? Chyba w pełni swej czystości działa tylko w krajach katolickich, gdzie cieszy się pełną swobodą wyrazu i wolnością od ograniczeń?"
Usłyszałem wtedy o uniwersytecie katolickim w pewnym katolickim kraju, gdzie potrzebowano uczonego, który zająłby się ułożeniem programu studiów nauk przyrodniczych i technicznych. Z zapałem zgłosiłem się i wkrótce zostałem dziekanem wydziału inżynierii chemicznej Katolickiego Uniwersytetu Kubańskiego. Nie muszę mówić, że i tam nie znalazłem kościoła, jakiego pragnąłem. Amerykański katolik udający się do kraju stricte katolickiego jest zażenowany i zdumiony tym, co widzi. Atakowany przez licznych przeciwników i krytykę, Kościół rzymskokatolicki w Stanach Zjednoczonych sprawuje się wyjątkowo dobrze, prezentując, co ma najlepszego. Ale w krajach katolickich, gdzie ma niewielu krytyków, sytuacja wygląda inaczej. Panuje niewiedza, przesąd, bałwochwalstwo, i czyni się niewiele bądź zgoła nic, aby to zmienić. Zamiast stosować się do chrześcijaństwa ukazanego w Biblii, wierni koncentrują się na kulcie obrazów miejscowych patronów. Przez wiele lat gorliwie zwalczałem pogląd, że katolicy oddają cześć bałwanom - ale oto na własne oczy ujrzałem, że nie ma różnicy między katolikiem i jego obrazami a poganinem i bałwochwalstwem. Gdy natknąłem się na Kubie na autentycznego poganina oddającego cześć bożkom (religię tę przywieźli z Afryki przodkowie Kubańczyków), spytałem, dlaczego uważa, że gipsowe bóstwo może mu pomóc. Odparł, iż nie oczekuje pomocy od samego posążku, gdyż ten tylko reprezentuje pewną moc niebieską. Przeraził mnie fakt, że jego odpowiedź pokrywała się idealnie z wyjaśnieniem, jakim katolicy usprawiedliwiają cześć oddawaną wizerunkom świętych.
Uczynki bez wiary
Coraz bardziej pochłaniała mnie praca na uczelni. Pod moim kierownictwem zbudowaliśmy i wyposażyli zespół przestronnych budynków, mieszczących katedry inżynierii chemicznej, inżynierii mechanicznej, architektury, farmacji i psychologii. Po rozruchu kolejnych katedr oddawałem je pod kierownictwo dziekanów wyspecjalizowanych w tych dziedzinach, ja zaś zostałem prorektorem do spraw nauk przyrodniczych oraz członkiem czteroosobowego zarządu czuwającego nad całością uniwersytetu. Największym moim sukcesem było zapewne utworzenie Biura Norm Jakości. Pod jego wpływem przedstawiciele przemysłu dobrowolnie zgodzili się respektować pewne minimalne normy i współpracować z naszymi laboratoriami, które miały prowadzić ciągłą kontrolę ich wyrobów, aby dbać o utrzymanie wysokiej jakości. Najpotężniejsi, najbogatsi ludzie - od prezydenta kraju poczynając - obsypywali mnie zaszczytami i podarunkami, by zapewnić sobie mą życzliwość i poparcie przy realizacji swych planów i ambicji. Lecz w głębi serca wiedziałem, że bez względu na wszystkie zaszczyty nie osiągnąłem wcale celu, który sobie wytyczyłem. Niegdyś Augustyn wyraził to tak trafnie: "Dla siebie uczyniłeś nasze serca, Boże, i nie zaznają spokoju, póki nie spoczną w Tobie". Dręczyły mnie wątpliwości. Zdawałem sobie sprawę, że wiele naszych nauk, wiele powierzchownych odpowiedzi, jakich udzielamy ludziom, jest przedmiotem zażartych polemik między teologami, a zarazem śmiechu i szyderstw wśród znacznej części duchowieństwa. Wstydziłem się za tych wszystkich księży, którzy przez stulecia okradali ludzi, pogardzali ubogimi, wspierali możnych ciemiężców i wsławili się długą listą skandalicznych zachowań. Postanowiłem nie tracić reszty życia i opuścić kapłaństwo i kościół, gdy tylko otrzymam doktorat z fizyki i chemii. Myślę, że każdy kapłan w pewnym momencie życia staje przed taką decyzją. Kościół obiecał, że uczyni nas mężami Bożymi, a mimo to wcześniej czy później każdy musi się zmierzyć ze swym sumieniem i dokonać bilansu. I uświadamia sobie, że jest w stanie gorszym, niż kiedy zaczynał, i to pomimo dostępu do wszystkich środków, jakie może zaoferować kościół.
Cena opuszczenia kościoła
Opuszczenie kościoła oznacza rozstanie z wieloma, a może i wszystkimi tymi, którzy nas kochali i szanowali, a nadto, co gorsza, także tymi, których sami kochaliśmy i którym służyliśmy. Każdy ksiądz na pewno zna księży, którzy próbowali odejść, ale z tej czy innej przyczyny decydowali się na powrót. Ja znałem. Opowiadali mi o tych powrotach - następujących nie z miłości ku kościołowi, lecz między innymi przez wzgląd na "trzy porządne posiłki dziennie i przyzwoity pochówek". Starannie zaplanowałem odejście, wpierw prosząc przełożonych o urlop w Europie. Potem, po otrzymaniu doktoratu, kupiłem w Miami używany wóz z zamiarem zaszycia się w jakiejś mieścinie, gdzie nikt mnie nie zna. Nie czułem radości z wyzwolenia. Wszyscy znajomi byli daleko - bo pozostali w kościele. Byłem obcym, przybłędą na tym świecie - i bardziej niż kiedykolwiek czułem się obcy Bogu. Poszukując w myślach kogoś, kto pomógłby mi znaleźć pracę, przypomniałem sobie chemiczkę, która pracowała ze mną w Biurze Norm, a teraz mieszkała w Meksyku. Gdy upewniłem się, że będą na mnie czekać życzliwe dusze, spakowałem się i pojechałem na południe od Rio Grande. Martha, moja znajoma, mieszkała z ciotką z Hiszpanii. Obie były dla mnie bardzo miłe, a ja nie zdawałem sobie sprawy, jak wielki wpływ wywrą na moje życie. W końcu Martha i ja pobraliśmy się. Jej ciotka bardzo się starała o pojednanie z mężem, który zszedł na złą drogę. Wrócił do niej; ale wkrótce potem znaleziono ją martwą w łóżku. Wiele poszlak wskazywało na jego winę i chcąc nie chcąc zostaliśmy wciągnięci w jeden z najbardziej sensacyjnych procesów kryminalnych w dziejach Meksyku. Ponieważ moje nazwisko stało się z tej racji powszechnie znane, kilku katolickich dziennikarzy z czołowych gazet meksykańskich przypuściło atak na mnie jako na kapłana-zdrajcę. Pracodawca w obawie o dobro firmy zwolnił mnie. Mimo kłód rzucanych nam pod nogi zdołaliśmy przenieść się do San Diego. Po kilku miesiącach pracy w Convair Astronautics dowiedziałem się, że mają dla mnie kierownicze stanowisko w korporacji-matce General Dynamics. Spędziłem kilka tygodni na konferencjach i wywiadach. Musiałem oczywiście podać szczegółowy życiorys, wykształcenie, przebieg kariery zawodowej oraz referencje. Wszystko to opisałem w najdrobniejszych szczegółach, pomijając jeden fakt: iż byłem księdzem katolickim. I nagle, może dzień czy dwa przed terminem rozpoczęcia pracy, otrzymałem telegram, że wszystko odwołane. Nigdy nie dowiedziałem się oficjalnie, jak doszło do dymisji; ale kilka dni po wszystkim otrzymałem od władz kościelnych list z ostrzeżeniem, bym nigdy więcej nie starał się o rekomendację ze źródeł kontrolowanych przez kościół, gdyż zawsze zaprzeczą, że w ogóle mnie znali. Już nigdy nie trafiłem na stanowisko godne mego wykształcenia i doświadczenia.
Dar zbawienia
Przez całe życie wpajano mi lęk i nieufność do pastorów protestanckich. Mówiono, że polują zwłaszcza na byłych księży, aby wykorzystać ich do propagowania swych niecnych celów. Mimo wszystkich uprzedzeń w akcie rozpaczy postanowiłem zaryzykować - i przekonałem się, że na całym świecie już od czasów Jezusa byli i są ludzie, których należałoby określić jako chrześcijan biblijnych. Ludzie, którzy nie tylko wierzą, że Biblia jest księgą natchnioną przez Boga, ale i uznając ją za osobiste poselstwo skierowane do nich przez miłującego Boga, czynią z niej życiowy drogowskaz. Od pewnego pastora pożyczyłem książkę o doktrynie chrześcijańskiej i spostrzegłem, że powołują się tam tylko na Pismo Święte - nie na ludzką logikę i tradycję. Po raz pierwszy w życiu zwróciłem uwagę na proste słowa Biblii, mówiące o tym, jak dostać się do nieba i uniknąć piekła. Uświadomiłem sobie, iż na Pismo Święte nie można spoglądać beznamiętnym okiem uczonego, ale okiem dziecka, które słucha ojca i wierzy w jego każde słowo, uznając, że Bóg powiedział dokładnie to, co chciał, i że wiedział, co chce powiedzieć. Odwracając stronę za stroną, spostrzegałem prawdy, których całe życie pragnąłem. Nauczanie o zbawieniu było jasne:
Albowiem łaską jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, dar to Boży jest; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (Ef 2,8-9)
Rozmawiałem o tym z Marthą i zgodziliśmy się, że uczyniłem chyba więcej niż ktokolwiek na świecie, aby uzyskać zbawienie - ale nie uczyniłem jednego: nie poprosiłem o nie Boga. Postanowiliśmy poprosić Boga o dar Jego łaski. Uklękliśmy i po raz pierwszy modliliśmy się razem. W pokorze i skrusze poprosiliśmy Boga, aby nas zbawił, nie z powodu czynów, których dokonaliśmy czy obiecaliśmy dokonać, lecz z powodu dobrego czynu, którego dokonał Jezus, swoją śmiercią na krzyżu czyniąc przebłaganie za nasz grzech. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że oto narodziliśmy się na nowo. Byliśmy duchowo tak młodzi, że nie wiedzieliśmy nawet, kim jesteśmy w Chrystusie. Zaczęliśmy zauważać zmiany w naszym myśleniu; zaczęliśmy kochać wszystko, co wiąże się z Bogiem. Odtąd Bóg w ten czy inny sposób wykorzystuje nasze świadectwo i zwiastowanie Jego Słowa, zyskując wieleset dusz dla Pana Jezusa Chrystusa i biblijnego chrześcijaństwa.
Aleście przystąpili do góry Syon i do miasta Boga żywego, do Jeruzalemu niebieskiego, i do niezliczonych tysięcy Aniołów; Do walnego zgromadzenia, i do zebrania pierworodnych, którzy są spisani w niebie, i do Boga, sędziego wszystkich, i do duchów sprawiedliwych i doskonałych; I do pośrednika nowego testamentu, Jezusa, i do krwi pokropienia, lepsze rzeczy mówiącej niż Ablowa. (Hbr 12,22-24)
Charles Berry, nawrócony ksiądz
Charles Berry wykładał i organizował seminaria na temat prawdy biblijnej i katolicyzmu. Słynął z błyskotliwości intelektualnej, która daje o sobie znać także w jego książkach.
"Nieznani i obcy", jedna z książek C. Berrego.
7. Biskup odkrywa w Chrystusie prawdziwą odpowiedź
Świadectwo nawróconego księdza Charlesa Mrzeny
Przyszedłem na świat w Austrii, w katolickiej rodzinie chłopskiej. Dorastałem już wybrany przez Boga, z danym mi przez Niego pragnieniem poznania tego, co niewidzialne. Wiedziałem, że w życiu liczy się nie tylko ciało, że przede mną wieczność - lecz gdzie było moje miejsce, gdzie miałem ją spędzić? Chciałem poznać Boga, ale nie wiedziałem, jak się do Niego zbliżyć. Zacząłem poszukiwania. Po gimnazjum przyszedł czas na studia kapłańskie w Szwajcarii, później kilka lat posługi kapelana, studia prawnicze i praca wykładowcy historii i religii.
Bóg okazał miłosierdzie
Kiedyś podczas wojny moich żołnierzy i mnie przerzucono późną jesienią na front wschodni i ulokowano w ogromnej jaskini w zboczu góry. Nagle rozpoczął się wzajemny ostrzał obu armii i nim ktokolwiek zdążył się zorientować, zostaliśmy w tej jaskini pogrzebani żywcem. Po raz pierwszy w życiu modliłem się do Boga z głębi serca. Osiem długich dni. Zrozpaczony, głodny, spragniony, mimo wszystko wierzyłem, że Bóg mnie uwolni. Moja wiara rosła, aż wydawało mi się, że mógłbym góry przenosić. I wtedy zdarzyło się, że ktoś z zewnątrz znalazł nas. Spośród 130 mężczyzn przeżyłem tylko ja i jeden wierzący chłopiec. Jak dobrze było być blisko Boga. Zaraz po wojnie trzech zdesperowanych rzezimieszków nieomal nie wysłało mnie na tamten świat: gotowi byli posiąść moje ubranie nawet za cenę mego życia. Gdy jeden zbliżał się do mnie z nożem - narzędziem śmierci - modliłem się: "Panie mój i Boże mój!" Mężczyzna stanął jak wryty, rzucił nóż na ziemię i powiedział: "Zabiłem już wielu, ale tego człowieka zabić nie mogę". Znów doświadczyłem Bożego miłosierdzia. Przenosiny do Ameryki były bardzo owocne dla mojej kariery. Z rąk arcybiskupa Williama Francisa i biskupa Marsette przyjąłem sakrę biskupią. Długie lata dobrobytu materialnego, sukcesów towarzyskich i umacniania pozycji w kręgach kościelnych napełniły mą głowę wiedzą, do- świadczeniem - i pychą. I wyjałowiły serce. Nie szedłem do przodu, lecz cofałem się; nie piąłem się w górę, ale zsuwałem w dół. W końcu zdrowy rozsądek zwyciężył i rozbudziło się we mnie pragnienie poznania Jezusa Chrystusa i podążania Jego drogą. Rozczarowany zepsuciem w kręgach religijnych i zniechęcony postawą fałszywych braci - doznałem jednak wspomożenia od Boga. Zrezygnowałem z urzędu biskupa. Straciłem wszystko, co posiadałem. Mój dom splądrowano, pozbawiono mnie wszystkiego, co miałem. Niesprawiedliwie prześladowano mnie bez wytchnienia. W końcu śmiertelnie zaniemogłem i znów stanąłem twarzą w twarz z wiecznością.
"Stwórz we mnie serce czyste"
Byłem chrześcijaninem tylko w nazwy. Ileż to razy czytałem słowa, jakie Pan wypowiedział do Nikodema: "Trzeba wam się powtórnie narodzić", nigdy nie rozumiejąc ich znaczenia. Kiedyś zdawało mi się, że jestem na nowo narodzony, lecz nie była to prawda. Żyłem jak człowiek tego świata; nie mieszkał we mnie Duch Chrystusowy. Uznawałem prawdę, na tyle, na ile mogłem ją pojąć, lecz nie miałem co do niej pełnego przekonania. Miałem pewne zrozumienie wiary, ale nie była to wiara zbawiająca. Umiałem pouczać innych, lecz nie byłem w stanie stosować się do własnych pouczeń. Śmiertelna choroba dopadła mnie w kwietniu. Rozeszła się wieść, że mam raka; rodzinie oznajmiono, że w ciągu trzech miesięcy mają się spodziewać mojej śmierci. Dowiedziawszy się o swym beznadziejnym stanie, postanowiłem złożyć całą nadzieję w Panu. Teraz albo nigdy. Na drugi dzień czytałem Psalm 51, modląc się cicho. Oczyma duszy ujrzałem Golgotę i Chrystusa umierającego za liczne moje grzechy. Zstąpił na mnie Duch Święty. W głębokiej skrusze wyznałem grzechy Bogu, ufając Jezusowi Chrystusowi jako Zbawcy. Spowiła mnie niepojęta cisza i poczułem obecność wielkiej mocy z niebios. Mocą tą był Chrystus. Narodziłem się z Ducha Świętego. Stara natura zmieniła się i stałem się nowym człowiekiem. Bóg w swej wielkiej miłości uczynił jeszcze więcej: zostałem cudownie uzdrowiony. Skończyły się moje poszukiwania, moje pragnienie zostało ugaszone, los zapieczętowany. Należałem już do Pana, a On był mój. Jakież to niezwykłe: znać Jego pokój, doświadczać Jego obecności, żyć razem z Nim i wiedzieć, że to On kieruje moim życiem! Owszem, zmarnowałem wiele lat, lecz w przyszłości czeka mnie tylko chwała. Nakłońcie serce ku cudownemu Zbawcy i przyjmijcie obietnicę Jego Słowa:
Lecz którzykolwiek go przyjęli, dał im tę moc, aby się stali synami Bożymi, to jest tym, którzy wierzą w imię jego. (J 1,12)
Charles Mrzena, nawrócony ksiądz
Charles Mrzena z wielkim zapałem służył Panu w latach po II wojnie światowej. Dziś jest już u Pana, wielu jednak, jak choćby H. Gregory Adams, dobrze pamięta jego gorliwość dla prawdy Ewangelii.
8. Wczoraj ksiądz, dziś misjonarz
Świadectwo nawróconego księdza Daria A. Santamarii
Urodziłem się 22 czerwca 1942 roku w Kolumbii, w Belle w departamencie Antiequio. Przez sześć lat chodziłem do szkoły przy Instytucie Manuela Jose Caicido, prowadzonej przez Księży Orionistów, zakon zajmujący się oświatą. Potem pięć lat uczyłem się w szkole salezjanów. Ostatni rok gimnazjum spędziłem w stolicy-Bogocie, u dominikanów.
Po drabinie hierarchii
Uzyskałem tytuł licencjata filozofii, a 8 grudnia przywdziałem habit zakonu kaznodziejów, zwanego także dominikanami. Rozpoczął się nowicjat. Chodziłem w białym habicie i brązowym płaszczu, głowę miałem wygoloną, z pozostawionymi tylko resztkami włosów. Przez rok studiowałem regułę zakonną, zwyczaje, obowiązki i przywileje związane z życiem religijnym w kościele rzymskokatolickim. Był to rok ciężkiej pracy i surowego reżimu; nie wolno było rozmawiać z nikim z zewnątrz. Nie wolno też było jeść mięsa, z wyjątkiem pewnych świąt; co piątek pościliśmy. Codziennie modliliśmy się i śpiewaliśmy Psalmy po łacinie. Wstawaliśmy o czwartej rano i aż do 12.30 po południu obowiązywało nas milczenie. Co niedziela wyznawaliśmy grzechy przed naszymi towarzyszami i przełożonymi. Grzesznicy nieraz musieli leżeć na progu, tak aby inni mogli przechodzić po ich ciałach. Złożyłem ślub, że pozostanę w zakonie kolejne trzy lata; rozpocząłem też studia filozoficzne. Przez trzy lata zgłębiałem metafizykę, kosmologię, psychologie, metodologię, historię filozofii oraz grekę i język hebrajski. Potem uroczyście złożyłem śluby zakonne i rozpocząłem studia teologiczne. W roku tym, 1961, miałem okazję poznać najbardziej postępowych myślicieli katolickich. Pod koniec roku przyjąłem pierwsze święcenia - był to zatem pierwszy mój szczebel kościelnej hierarchii. Na drugim roku teologii przyjąłem kolejne dwa święcenia zgodnie z Kodeksem prawa kanonicznego. Na trzecim roku, studiując dogmatykę, historię i Trójcę, otrzymałem pierwsze ze święceń głównych: akolity. Na ostatnim roku przerabiałem kurs teologii moralnej i obowiązków duszpasterskich; na koniec przyjąłem święcenia kapłańskie. Lecz Pan powołał mnie do innej drogi i chcę opowiedzieć o tym, co działo się ze mną przez te lata przygotowań.
Żywe Słowo Boże
Przeczytałem rozprawę o Biblii, dzieło Hiszpana Donosa Corteza, gdzie była mowa o wielkości Biblii i jej wkładzie w literaturę światową. Ostatni rozdział poświęcono Biblii jako Księdze danej przez Boga człowiekowi. Pojąłem wtedy jej wagę jako Księgi zbawienia. W domu mieliśmy piękny egzemplarz Pisma, w którym odnotowywaliśmy małżeństwa, zgony i narodziny. Biblia ta była milczącym świadkiem wszystkich wydarzeń w naszej rodzinie; świadkiem, który nigdy do nas nie przemówił, gdyż nie uczono nas, że należy ją czytać. Zacząłem więc czytać ją fragmentami, a lektura wzbudziła we mnie wiele wątpliwości. Zapragnąłem je rozstrzygnąć. Pomyślałem, że powinienem zbliżyć się do tych, którzy żyją według Biblii; udałem się zatem do znajomego protestanta, od którego zresztą nabyłem mój egzemplarz Biblii i z którym prowadziłem już wiele dyskusji. Zapisałem się na ich kurs korespondencyjny, lecz nie otrzymałem odpowiedzi na wszystko. Raz udałem się na protestanckie spotkanie młodzieżowe. Zdziwiła mnie wiedza tych ludzi na temat Biblii. Na urodziny ów znajomy protestant podarował mi zakładkę z wersetem biblijnym, tekstem z "Ewangelii Jana" 3,16, który stał się kluczowym Słowem w moim życiu:
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.
Poszedłem do seminarium, sądząc, że w ten sposób zbliżę się do Boga. Wybrałem sobie jeden z najwyżej cenionych zakonów kościoła, słynący z teologów, kaznodziejów i obrony wiary katolickiej, zakon Tomasza z Akwinu - i zakon Inkwizycji. Lecz w seminarium nie znalazłem pokoju ducha. Pan zawsze przypominał mi o tekście z "Ewangelii Jana". Zacząłem się zastanawiać, po co w ogóle jestem w klasztorze, skoro Pan może mnie zbawić zupełnie sam. Wszystkie praktyki klasztorne i kościelne były dodatkiem zgoła niepotrzebnym w sytuacji, gdy zbawienie było przez wiarę. Starałem się odszukać je w Ewangeliach - i wątpliwości zaczęły się mnożyć.
Droga wiary
Od drugiego roku studiów przywykłem czytać Nowy Testament po grecku. Niektóre sformułowania "Listu do Rzymian" i "Listu do Galatów" zdziwiły mnie. Bezpieczną drogą dla chrześcijanina wydawała się droga wiary; gdy jednak zagadnąłem na ten temat profesora egzegezy, odparł mi słowami św. Jana Chryzostoma: "Im więcej czytam Pawła, tym mniej rozumiem". Moje wątpliwości tak się rozmnożyły, że pochłonęły mnie zupełnie. Nie wierzyłem wtedy w zmartwychwstanie Jezusa, bo czołowym autorytetem był dla mnie Bultmann. Dalsza lektura Pisma rozproszyła wątpliwości. Odpowiedź znalazłem w "Pierwszym Liście do Koryntian" 15,14:
A jeźlić Chrystus nie jest wzbudzony, tedyć daremne kazanie nasze, daremna też wiara wasza.
Zmartwychwstanie Jezusa stało się dla mnie najważniejszym faktem w dziejach. W środku byłem już chrześcijaninem wierzącym według Ewangelii; nie wierzyłem w rytuały swego kościoła, choć dalej w nim trwałem. W końcu nabrałem przekonania, że moje życie to wielkie oszustwo: robię przecież coś, do czego nie mam przekonania. Raz udałem się z wizytą do jednego pastora; było to podczas pierwszego od siedmiu lat urlopu spędzanego w domu. Zaczęliśmy studiować Słowo Boże, głównie 11 rozdział "Listu do Hebrajczyków" - o wierze. Zapytałem: "Jeśli wierzę w to, to co powinienem zrobić?" Zaczęliśmy modlić się i przyjąłem Jezusa Chrystusa jako Zbawcę, który uczynił dla mnie wszystko, i mego Pana. Stałem się nowym człowiekiem. Odtąd zaczęły się problemy, zwłaszcza rodzinne. Ksiądz w rodzinie to dla katolika zaszczyt większy, niż gdyby ofiarował kościołowi ołtarz z litego złota. Od ojca usłyszałem: "Przez ostatnie 200 lat w rodzinie Santamariów nie było ani mordercy, ani złodzieja, ani prostytutki, ani protestanta. Ty jesteś pierwszy". Ze względu na Ewangelię musiałem więc opuścić ukochanych bliskich - sześć osób. W zamian za to zyskałem jednak rodzinę tysięcy osób, prawdziwych wierzących w Jezusa. Władze Kościoła rzymskiego próbowały wtrącić mnie do więzienia, ale wspomogło mnie wielu na nowo narodzonych misjonarzy i wierzących i Pan w cudowny sposób mnie uwolnił. Musiałem wyjechać z Kolumbii, lecz Pan zatroszczył się o moje potrzeby i dał mi sposobność studiowania swego Słowa w seminarium biblijnym. Pan włożył mi też do serca troskę o naród hiszpański. Dziś pracuję jako misjonarz w Hiszpanii, z ramienia organizacji The Conversion Center (Ośrodek nawróceń), starając się nieść poselstwo Ewangelii do pogrążonych w ciemności serc Hiszpanów. Codziennie potrzebuję Waszych modlitw o to, aby wielu Hiszpanów odnalazło pokój w Jezusie.
Będąc tedy usprawiedliwieni z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. (Rz 5,1)
Dario A. Santamaria, nawrócony ksiądz
Po nawróceniu Dario A. Santamaria poświęcił się pracy wydawniczej i ewangelizacyjnej w Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych.
9. Z klasztoru do służby Bożej
Świadectwo nawróconego księdza Jose Borrasa
- Niech ojciec wyda wojnę tym protestantom! Strasznie się panoszą - oznajmiła Dolores, siostra z klasztoru, gdzie w niedziele ja, młody ksiądz i nauczyciel szkolny, odprawiałem msze i mówiłem kazania. - Zwodzą prosty lud. Podarkami zwabili do tych heretyków najporządniejsze osoby! - dodała.
Pragnąc bronić Ewangelii Chrystusowej, postanowiłem rozpocząć walkę z protestantami. Wiedziałem o nich tyle, że są źli, a ich nauczanie roi się od błędów i herezji. Raz któryś uczeń przyniósł na zajęcia grube tomisko. - Biblia protestancka, proszę ojca - oznajmił. - Jakaś pani dała mamie i mama boi się trzymać, bo to grzech. Spali ojciec? - A jakże, spalę - odparłem. - Trzeba raz na zawsze skończyć z tą protestancką propagandą. Ale wyrwawszy kilka pierwszych kartek, zmieniłem zdanie. Chcąc zwalczać protestantów, a nie znając ich błędów, musiałem przecież przejrzeć ich Biblię i poznać ważniejsze herezje. Po lekturze kilku dłuższych ustępów Nowego Testamentu i porównaniu ich z moją Biblią stwierdziłem, że niczym właściwie się nie różnią. Zbiło mnie to z tropu. Nie pojmowałem, skąd różnice między katolikami a protestantami, skoro ich Biblie zawierają to samo. Pomyślałem, że protestanci widać nie czytają tej swojej Biblii, a jeśli nawet, to się do niej nie stosują. Postanowiłem przyjrzeć się osobiście życiu i zwyczajom protestantów. Udałem się do jednej protestanckiej rodziny i przedstawiłem się jako nauczyciel, który chce lepiej poznać ich naukę, aby wierniej wykładać, na czym polega protestantyzm. Zdumiałem się, bo przyjęli mnie życzliwie. Zdziwiło mnie, że znają Biblię lepiej niż ja. Było mi wstyd. Mówili o Chrystusie z zapałem, jakiego ja, ksiądz, nigdy nie czułem. Odpowiedzieli na parę pytań i zasugerowali rozmowę z ich pastorem, baptystą. Poznałem go nazajutrz i zaraz ostrzegłem: - Proszę mnie nie nawracać, bo straci pan czas. Wierzę, że Kościół katolicki to jedyny prawdziwy kościół. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czemu pan nie jest katolikiem.
Zaproponował mi cotygodniowe spotkania na studium Nowego Testamentu, na których moglibyśmy spokojnie omawiać nasze punkty widzenia. Zgodziłem się. Na wszystkie me pytania pastor cytował Nowy Testament; moimi zaś argumentami były wypowiedzi papieży i definicje soborowe. Choć na pozór nie chciałem uznać jego racji, to w duchu wiedziałem, że słowa Ewangelii mają większą wagę niż postanowienia soborów, a słowa Piotra i Pawła liczą się bardziej niż nauki papieży. Pod wpływem tych rozmów zacząłem pilniej zgłębiać Nowy Testament, szukając argumentów przeciw nauce protestantów. Chciałem nie tylko dowieść, że pastor myli się, ale i zdobyć go dla Kościoła katolickiego. Mimo to po kolejnej rozmowie wyszedłem z uczuciem pokonanego. Długi czas mnie to gryzło; czytałem Nowy Testament, prosząc Boga o umocnienie wiary i o rozproszenie wątpliwości, bym nie popełnił błędu. Lecz im więcej czytałem i modliłem się, tym większy czułem zamęt. Czyżby Kościół katolicki mógł nie być kościołem Chrystusa? Czyżbym mylił się w swej wierze? A jeśli tak, to co czynić? Słyszałem, że pod wpływem Biblii niektórzy księża i zakonnicy zostali protestantami, ale ja nie mógłbym tak postąpić! Ja protestantem? Heretykiem? Zdrajcą wiary? Przenigdy! Co by powiedzieli rodzice, uczniowie, znajomi? Jedenaście lat nauki na marne! Jak zarobiłbym na życie? Strapiony, nie chciałem jednak zmieniać wiary, żałując decyzji o spotkaniu z pastorem i wmawiając sobie, że to on się myli. Pilnie czytałem Nowy Testament, szukając potwierdzenia swych poglądów, lecz tylko coraz jaśniej widziałem, że nie mam racji. Bałem się jednak opuścić kościół i postanowiłem w nim pozostać, choć nie wierzyłem już w jego naukę. Pewnej niedzieli siostra Dolores odezwała się do mnie:
Zaproponował mi cotygodniowe spotkania na studium Nowego Testamentu, na których moglibyśmy spokojnie omawiać nasze punkty widzenia. Zgodziłem się. Na wszystkie me pytania pastor cytował Nowy Testament; moimi zaś argumentami były wypowiedzi papieży i definicje soborowe. Choć na pozór nie chciałem uznać jego racji, to w duchu wiedziałem, że słowa Ewangelii mają większą wagę niż postanowienia soborów, a słowa Piotra i Pawła liczą się bardziej niż nauki papieży. Pod wpływem tych rozmów zacząłem pilniej zgłębiać Nowy Testament szukając argumentów przeciw nauce protestantów. Chciałem nie tylko dowieść, że pastor myli się, ale i zdobyć go dla kościoła katolickiego. Mimo to po kolejnej rozmowie wyszedłem z uczuciem pokonanego. Długi czas mnie to gryzło; czytałem Nowy Testament, prosząc Boga o umocnienie wiary i o rozproszenie wątpliwości, bym nie popełnił błędu. Lecz im więcej czytałem i modliłem się, tym większy czułem zamęt. Czyżby kościół katolicki mógł nie być kościołem Chrystusa? Czyżbym mylił się w swej wierze? A jeśli tak, to co czynić? Słyszałem, że pod wpływem Biblii niektórzy księża i zakonnicy zostali protestantami, ale ja nie mógłbym tak postąpić! Ja protestantem? Heretykiem? Zdrajcą wiary? Przenigdy! Co by powiedzieli rodzice, uczniowie, znajomi? Jedenaście lat nauki na marne! Jak zarobiłbym na życie? Strapiony, nie chciałem jednak zmieniać wiary, żałując decyzji o spotkaniu z pastorem i wmawiając sobie, że to on się myli. Pilnie czytałem Nowy Testament, szukając potwierdzenia swych poglądów, lecz tylko coraz jaśniej widziałem, że nie mam racji. Bałem się jednak opuścić kościół i postanowiłem w nim pozostać, choć nie wierzyłem już w jego naukę. Pewnej niedzieli siostra Dolores odezwała się do mnie:
- I co, nic ojciec nie głosi przeciw protestantom. A obiecał ojciec. Z dnia na dzień rosną, coraz więcej ludzi tam chodzi. - Siostro - odparłem - dalej badam doktrynę protestancką i widzę, że nie są oni tacy źli, jak się sądzi. Opierają się na Biblii, a nie możemy przecież grzmieć przeciw Słowu Bożemu. - Myli się ojciec - odrzekła. - Są bardzo źli. Wilki w owczej skórze. Wrogowie ojczyzny. Nienawidzą Maryi. Podkopują wiarę w papieża. Trzeba się za nich zabrać. Powiedziałem, że niektórzy księża, chcąc walczyć z protestantami, sami się nawrócili na protestantyzm, gdy bezstronnie, w świetle Pisma Świętego zabrali się za badanie jego doktryny. - Co mi ojciec opowiada - przerwała. - Oni się nie nawrócili, ale wykoleili. Przeszli na protestantyzm, bo mieli coś nie tak z głową albo chcieli się ożenić. Ojciec może bez obaw zająć się badaniem tej ich nauki - dodała - bo jestem pewna, że ojciec do protestantów nie przejdzie. Z głową u ojca wszystko w porządku i nie zamieni ojciec Chrystusa na kobietę. - Też tak sądzę, siostro - odparłem. - Zbadam sprawę. Jeśli dojdę do przekonania, że się mylą, rozpocznę z nimi walkę. Ale jeśli odkryję, że mają rację, sam zostanę jednym z nich. - Spokojna głowa - uśmiechnęła się, zadowolona z obietnicy. - Nie zostanie ojciec protestantem.
I znów zabrałem się za Nowy Testament, czytając go wciąż na nowo. Z całego serca prosiłem Boga o mądrość i prowadzenie, abym doszedł do jasnego i prawdziwego wniosku. Wiedziałem, że nic innego mnie nie zadowoli. Trzy miesiące po tym opuściłem Kościół katolicki, nie mogąc już spełniać praktyk i wierzyć w nauki, o których fałszu byłem z głębi serca przekonany. Rozważyłem wszelkie możliwe skutki, lecz mimo to postanowiłem iść za Jezusem Chrystusem. Najważniejsze w mym życiu było spotkanie Jezusa Chrystusa, poznanie Go jako mojego Zbawcy. Nie wystarczy być dobrym katolikiem; istotne, niezbędne jest narodzić się na nowo w Chrystusie. Doświadczyłem tego. Gdy Chrystus wszedł do mego serca, uwolnił mnie nie tylko od grzechów, ale i od dotkliwego brzemienia, pod jakim uginałem się w mym zakonie. Dziękujcie Bogu za tych licznych, którzy szukali odpocznienia i znaleźli je. Ten sam Bóg, który na drodze do Damaszku przemienił życie Szawła - prześladowcy kościoła - i który w klasztornej celi przemienił życie ojca Jose Borrasa, jest zdolny przemienić Twoje życie, gdziekolwiek się znajdujesz.
Jose Borras, nawrócony ksiądz
Hiszpan Jose Borras nawrócił się w swym rodzinnym kraju. Przez 30 lat pracował jako rektor i wykładowca Hiszpańskiego Baptystycznego Seminarium Teologicznego w Alcobendas (Madryt), podróżując z Ewangelią po wielu krajach (był w 27). Napisał dwie książki; dwie inne zredagował.
Książka Jose Borrasa "Z klasztoru do służby Bożej".
10. Dusza kapłana
Świadectwo nawróconego księdza Leo Lehmanna
Oglądałem rzymski katolicyzm w akcji aż na trzech kontynentach. Niejeden raz wraz kardynałami w ich luksusowych limuzynach mijałem wyprężoną Gwardię Szwajcarską, przejeżdżając przez Bramę Damasceńską ku prywatnym apartamentom papieskim. Widziałem umierającego papieża, byłem świadkiem jego pochówku oraz wyboru i ingresu następcy. Stałem u boku przyszłego papieża Piusa XI, gdy ówczesny papież Benedykt XV mianował go kardynałem, kładąc mu na głowie płaską jak naleśnik czapeczkę. Podtrzymywałem wtedy długi purpurowy tren nowego kardynała. Pełniłem posługę kapłana nie tylko w przepysznych katedrach Europy, ale iw holenderskich gospodarstwach na rozległych przestrzeniach afrykańskich sawann i w walących się chatach florydzkich ostępów.
Dom
Urodziłem się w 1895 roku w Dublinie. Nie mam przyjemnych wspomnień z dzieciństwa - pamiętam tylko nieustanny strach. Strach towarzyszył każdemu aktowi religijnemu, jaki wiązał się z księdzem, spowiedzią, uczęszczaniem na niedzielną mszę, niejedzeniem mięsa w post i "suche dni", piekłem, niebem, czyśćcem, śmiercią i sądem rozgniewanego Boga. W klasie, w kościele, w domu - Biblia była księgą niedostępną. Brakowało pieniędzy, by kupić wersję katolicką, zwykle o dość słonej cenie, a nie mieliśmy odwagi przyjąć darmowej Biblii od pewnego towarzystwa protestanckiego. O moim wyborze kapłaństwa zadecydował w głównej mierze właśnie strach, jaki napawał mnie wobec wszystkiego, co wiązało się z religią rzymskokatolicką. Ubiegałem się o przyjęcie do szkoły misjonarskiej Mungret koło Limerick i przyjęto mnie.
Rzym
Już na studiach seminaryjnych w Rzymie nawiedziły mnie pierwsze wątpliwości i niepewność co do papieskiej wersji chrześcijaństwa. Zastanawiałem się na przykład: Jeśli Rzym jest jedynym ośrodkiem prawdziwej wiary, dlaczego obywatele tejże prawdziwej religii prezentują tak niski poziom? Skąd tyle ateizmu, nieprzyzwoitości, bezprawia? Rzymskie pospólstwo nie miało dla nas krzty szacunku; gdy przechodziliśmy ulicą, obelgami obrzucały nas nawet rzymskie dzieci. Poza tym, dlaczego tak gromko zachęcało się księży irlandzkich i innych do wyjazdu na misje do Chin, Indii i Afryki w roli propagandzistów papiestwa, skoro tu, w Rzymie, aż roiło się od tysięcy księży snujących się leniwie po watykańskich biurach i z najwyższym trudem znajdujących wśród 400 rzymskich kościołów jakiś wolny ołtarz, aby odprawić mszę. Zapytywałem też siebie, czemu szumną liczbę 300 milionów katolików świata ma w Rzymie reprezentować grono kardynałów, z których prawie dwie trzecie to Włosi. 40 milionów Włochów było katolikami tylko z nazwy, a nie z serca. Tymczasem na przykład 20 milionów amerykańskich katolików nie tylko wiernie uczęszczało na mszę, ale i zasilało pokaźnymi sumami watykańskie skarbce. Wśród kardynałów znalazło się jednak tylko trzech Amerykanów, ludzi miernego pokroju, acz lojalnych wobec Rzymu, nigdy nieważących się na podważanie jego wyroków. Dane mi było poznać intrygi rzymskiego duchowieństwa zmierzające do zaskarbienia sobie łask osób wpływowych w Watykanie, widziałem łaknienie papieskich honorów i wysokich stanowisk; spostrzegliśmy wśród najwyższych dostojników kościelnych zawzięcie zwalczające się frakcje. Codziennie natrafiałem na rozliczne przejawy chciwości i ambicji wojowniczych papieży oraz ich niegodziwej polityki. Widziałem Zamek Świętego Anioła, czyli Mauzoleum Hadriana, z murami noszącymi ślady pocisków jednego papieża, zamkniętego w swej watykańskiej twierdzy, ostrzeliwującego drugiego papieża, kpiącego sobie z jego klątw. Nadszedł dzień święceń. Była to wyjątkowo długa ceremonia - nie mogłem wyjść z podziwu nad mnogością czynności, jakie nade mną wykonywano, modlitw, śpiewów. Konsekrowano palce, by mogły odprawiać mszę, i owinięto je gęstym płótnem lnianym; namaszczono głowę i też owinięto ją w lniane bandaże. Dotknąłem pierwszy raz złotego kielicha, otrzymałem obowiązek słuchania spowiedzi i odpuszczania grzechów, namaszczania chorych i grzebania zmarłych. Pierwszy raz skosztowałem wina z kielicha mszalnego, które wedle wiary katolickiej zostało dzięki formule konsekracji przeistoczone w krew Chrystusa. Święceń udzielił mi kardynał Basilio Pompiljo w bazylice św. Jana na Lateranie. Radość, której doznałem tego dnia, przyćmił jednak pewien przykry wypadek, którego stałem się świadkiem wieczorem. Jeden z moich towarzyszy doznał zaburzeń umysłowych. Napięcie wywołane mechaniczną rutyną, mnóstwo mniejszych i większych ograniczeń, powtarzanie niezliczoną ilość razy modlitw i formuł często prowadzi do zachwiania równowagi umysłowej, doprowadzając do pewnego typu obłędu na podłożu religijnym, określanego mianem "wąskiego sumienia". Pamiętam inny podobny incydent. Podczas pełnienia posługi kapłańskiej na Florydzie odwiedzałem od czasu do czasu ośrodek dla dzieci opóźnionych w rozwoju w Gainesville. Pewnego razu ordynator przyprowadził do mnie 14 letnią dziewczynkę, której zaburzenie psychiczne polegało na gorączkowym powtarzaniu i liczeniu "Zdrowaś Maryjo". Jej umysł był kompletnie pochłonięty myślą, że musi tę modlitwę odmawiać po sto razy codziennie, lecz aby upewnić się, że zdąży je wypowiedzieć, miała już na koncie ponad tysiąc dodatkowych rund. Najwidoczniej jakiś ksiądz zadał jej odmawianie tych "zdrowasiek" przy spowiedzi jako pokutę. Po 3,5 letnim okresie posługi w Afryce Południowej zostałem wezwany do Rzymu, do pracy w Watykanie. Z biegiem czasu dręczyło mnie coraz więcej wątpliwości co do genezy instytucji papiestwa. Wątpliwości co do chrześcijańskiego charakteru praktyki katolickiej, drobiazgowa znajomość brudnych szczegółów życia moich kolegów-kapłanów i niknąca nadzieja na szansę poprawy kościoła pod władzą papieża już wcześniej budziły we mnie dojmujący niepokój. Z duchowego, doktrynalnego, prawnego i osobistego punktu widzenia z dnia na dzień kruszyła się we mnie wizja rzymskiego papiestwa jako wyznaczonego przez Boga stróża chrześcijaństwa. Stanąłem wobec gorzkiej prawdy: iż chcąc zachować swą wiarę chrześcijańską, muszę z tym całkowicie zerwać.
Ameryka
Z Rzymu przeniesiono mnie do Ameryki. Jako obcy w nowym otoczeniu, pomyślałem, że przed zupełnym rozczarowaniem zdoła uchronić mnie oddanie się pokornej pracy na rzecz duchowych potrzeb prostych ludzi. Smak porażki zilustruję przykładem. Pewnego dnia musiałem spełnić nadzwyczaj smutne zadanie: towarzyszyć młodemu człowiekowi skazanemu na śmierć na krześle elektrycznym. Było to we Florydzkim Więzieniu Stanowym w Raiford, na terenie mojej parafii. Chłopak pochodził ze wschodu Stanów Zjednoczonych, urodził się i wychował w rodzinie katolickiej, uczęszczał też do katolickiej szkoły. W młodości nauczono go wszystkich praktyk rzymskokatolickich uważanych za niezbędne do pobożnego życia. Sąd w Tampie skazał go za współudział w zabójstwie pierwszego stopnia, kiedy to podczas napadu na restaurację zginął jej właściciel. Uczyniłem, co mogłem, aby przygotować go na "ostatnią drogę". Udzieliłem mu wszystkiego, co w takich przypadkach zaleca kościół katolicki, a dzięki czemu do potrzebującej duszy ma się wlać Boża łaska i siła. Już gdy leżał bezwładny i martwy w chwilę po tym, gdy przez krzesło przepłynął śmiercionośny prąd, namaściłem jego czoło olejem, jak należy to czynić podczas udzielania sakramentu "ostatniego namaszczenia". Mimo to zdawałem sobie sprawę, że nie zdołałem grzesznej, udręczonej duszy biedaka dać prawdziwego pocieszenia. Odwiedziłem go w celi śmierci w ostatnim tygodniu przedśmiertnej agonii i wielekroć żegnałem znakiem krzyża na odpuszczenie grzechów. Ostatniego ranka zjawiłem się u bram więzienia wczesnym świtem z całym zestawem ciężkich paramentów liturgicznych potrzebnych do odprawienia mszy. Postawiłem je na stole koło podwójnej kraty jego celi. Włożyłem lśniące szaty liturgiczne i z całą godnością, na jaką tylko pozwoliła groza sąsiedztwa celi potępionych, rozpocząłem "ofiarę" mszy. Biedny chłopak, przerażony, chodził po celi tam i z powrotem paląc jednego papierosa za drugim. Odrzucił papierosa, aby przyjąć do ust opłatek komunii świętej, który podałem mu przez kraty. Nic to nie pomogło. Uspokoił go nieco dopiero zastrzyk morfiny, zaaplikowany przez lekarza na dziesięć minut przed egzekucją. Olśniło mnie: jeden zastrzyk sprawił chłopakowi większą ulgę niż wszystkie udzielone przeze mnie sakramenty, które mają przecież dawać ukojenie i ciału, i duszy. Poszliśmy na miejsce egzekucji. Gdy prąd przeszedł ciało chłopca, wyrzucając je gwałtownie w górę i trzymając tak naprężone i sztywne, moja ręka poruszała się z góry na dół w znakach krzyża, a usta szeptały ciągle łacińską formułę rozgrzeszenia, tak jakbym i ja mógł przeszyć jego odchodzącą duszę prądem przebaczającej łaski. Gdy prąd ustał, a ciało opadło bezwładnie, podszedłem tam z naczynkiem oleju w dłoni. Poprosiłem strażnika, aby zdjął z głowy chłopca żelazne nakrycie, i olejem używanym do ostatniego namaszczenia posmarowałem czoło, jeszcze mokre od śmiertelnego potu. Ponieważ nie przybył nikt z krewnych, poprosiłem o wydanie mi ciała i pochowałem je w katolickiej części cmentarza ściśle wedle obrządku - mimo że zaprotestowali niektórzy pobożni parafianie, nie chcąc, by w sąsiedztwie ich bliskich spoczywał skazany morderca. Przypomniałem im, że i Jezus Chrystus umierał pomiędzy dwoma łotrami. Muszę jednak wyznać, że mimo iż moje konsekrowane palce jak najstaranniej wykonały te podobno pełne mocy sakramenty święte, czułem, iż zawiodłem nieszczęśnika w jego najstraszliwszej godzinie. Była to właściwie w pełni moja wina, tak naprawdę nie miałem mu bowiem co dać, wszystko to było jałowe i sztuczne. A jednak musiałem wysłuchiwać wyrazów uznania od wiernych, którzy chwalili mnie za wypełnienie prawdziwie kapłańskiej misji wobec biednego skazańca. Wszystkie te rytualne manewry teologowie katoliccy wymyślili po to, aby zilustrować swoją podstawową naukę: iż zbawienie można zyskać tylko dzięki "uczynkom dokonywanym" przez kapłana. Łaska zbawienia jest według doktryny katolickiej czymś, co wlewa się w ludzkie dusze poprzez specjalnie zaprojektowane "przewody" siedmiu sakramentów. Te zaś funkcję "kanałów" wychodzących ze zbiornika łaski, na który wyłączny monopol ma rzymski papież. Na takiej to inżynierii zewnętrznych nierzeczywistości - mającej swą magiczną siłą wywołać duchowy skutek - opiera się cały system teologii katolickiej. Czynności kapłańskich dłoni muszą być uznane w wymiarze zarówno wiary jak organizacji i praktyki. Ale nie takiej przecież natury jest moc królestwa niebieskiego. Paweł apostoł ogłasza prawdziwą moc Ewangelii:
Bo ja nie wstydzę się Ewangelii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka. W niej bowiem objawia się sprawiedliwość Boża, która od wiary wychodzi i ku wierze prowadzi, jak jest napisane: "że sprawiedliwy z wiary żyć będzie. (Rz 1,16-17)
Za Jezusem
Pozbawiony ludzkiej pociechy i zrozumienia, samotnie podążałem trudną ścieżką, która wiodła mnie coraz dalej od kościoła mego dzieciństwa i od kapłaństwa. Jedynym mym towarzyszem i przewodnikiem był Jezus Chrystus. Jakże słusznie uchwyciłem się Jego wyciągniętej dłoni i podążyłem za Nim. Kiedy oderwałem się od Rzymu, Pan Jezus objawił mi się jako mój Zbawiciel - poprzez lekturę Słowa Bożego. Ujrzałem, jak liczne są błędy rzymskiego katolicyzmu. Od chwały kapłaństwa runąłem w dół, na kolana, aby wyznać, że jak wszyscy ludzie jestem grzesznikiem, potrzebującym wybawienia przez Pana Jezusa Chrystusa. Na ścieżce, która wiodła mnie coraz dalej od Rzymu, spotykałem takich, którzy co tchu biegli w odwrotną stronę, inni zaś, już w jego szeregach, głośno opiewali jego fałszywą chwałę. Spoglądali ku temu, od czego ja się odwróciłem; system religijny, który rozczarował mnie nie tylko jako jego członka, ale i pracownika, stawał się lub już się stał ich iluzją. Z ulgą zdawałem sobie sprawę, iż to, co w ich oczach wygląda na tchórzliwą ucieczkę, dla mnie jest zwycięstwem. Nie zawahałem się ani chwili, mimo świadomości, że gdy oni zostaną okrzyknięci przez wszechwładną propagandę Rzymu bohaterami wiary, ja będę musiał cierpieć z ich rąk prześladowania i szyderstwa. W odróżnieniu od kardynała Newmana, Chestertona i innych moje nawrócenie nie było ucieczką przed domem wariatów, ale dążeniem do duchowej trzeźwości. Balansując między obszarem elokwentnych spekulacji rzymskiego dogmatyzmu a sferą liberalizmu religijnego, znalazłem rzeczywistość Chrystusa. Nie miałem już wątpliwości, czemu Chrystus jasno potępił wszelkie systemy kościelne w rodzaju rzymskiego papiestwa, obnażając judaistyczny "kościół" tamtych czasów. Dla mnie różnica między Kościołem papiestwa a tym, co bez cienia litości ośmieszył Chrystus, tkwiła tylko w nazwie. Była to przecież organizacja pontyfikalnych arcykapłanów, pełnych przepychu dostojników o szerokich filakteriach, organizacja krótkowzrocznych uczonych w Piśmie i pobielanych faryzeuszów, był to kościół, który "[wiązał] ciężary wielkie i nie do uniesienia i [kładł] je ludziom na ramiona", który ustalał wiele przepisów dotyczących postów i zewnętrznych obmyć, wedle którego grzechem było spożycie mięsa w pewne dni, lecz który mało uwagi poświęcał brudowi, jaki codziennie wychodzi z ludzkiego serca. A gdyby niedane mi było naśladować Chrystusa w Jego głośnym, bezlitosnym potępieniu takiego kościoła, to wiedziałem, że i tak będę jedno z Nim w mym cichym proteście, porzucając mój urząd kapłański. Nad odstraszające "warunki zbawienia" arogancko ustalone przez papiestwo stawiam słodycz prostego zaproszenia wypowiedzianego przez Jezusa Chrystusa, a zapisanego w "Ewangelii Mateusza" 11,28-30:
Pójdźcie do mnie wszyscy, którzyście spracowani i obciążeni, a Ja wam sprawię odpocznienie; Weźmijcie jarzmo moje na się, a uczcie się ode mnie, żem Ja cichy i pokornego serca; a znajdziecie odpocznienie duszom waszym; Albowiem jarzmo moje wdzięczne jest, a brzemię moje lekkie jest.
Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam głosimy, jest taka: Bóg jest światłość, a żadnej ciemności w nim nie masz. Jeźlibyśmy rzekli, iż społeczność mamy z nim, a w ciemności chodzimy, kłamiemy, a nie czynimy prawdy. A jeźli w światłości chodzimy, jako on jest w światłości, społeczność mamy między sobą, a krew Jezusa Chrystusa, Syna jego, oczyszcza nas od wszelkiego grzechu. (1J 1,5-7).
Leo Lehmann, nawrócony ksiądz
Irlandczyk Leo Lehmann nawrócił się na początku XX wieku. Działał jako kaznodzieja, ewangelista i pisarz, przez większość czasu, przed II wojną światową, w jej trakcie i po niej, mając siedzibę w Nowym Jorku, w "Misji Chrystusa". Do najsłynniejszych jego książek należą "Out of the Labyrinth" (Z labiryntu), porównująca katolicyzm z Biblią oraz świadectwo "The Soul of the Priest (Dusza kapłana)". Przez wiele lat był redaktorem naczelnym pisma "The Converted Catholic Magazine (Pismo nawróconych katolików)". Wiele jego artykułów zachowało swą wymowę po dziś dzień.
Do najsłynniejszych jego książek należy "Out of the Labyrinth (Z labiryntu)" porównująca katolicyzm z Biblią oraz świadectwo "Why I left the Church of Rome (Dlaczego opuściłem Kościół rzymski)". Przez wiele lat był redaktorem naczelnego pisma "The Converted Catholic Magazine (Pismo nawróconych katolików)". Wiele jego artykułów zachowało swoją wymowę po dziś dzień.
13. Rzeczywiście wolny
Świadectwo nawróconego księdza Alexandra (Sandy'ego) Carsona
Wszystko Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne ku nauce, ku strofowaniu, ku naprawie, ku ćwiczeniu, które jest w sprawiedliwości; Aby człowiek Boży był doskonały, ku wszelkiej sprawie dobrej dostatecznie wyćwiczony. (2Tm 3,16-17)
Od dzieciństwa aż do wieku 44 lat, w tym podczas 17 lat posługi kapłańskiej (1955-1972), Kościół rzymskokatolicki był dla mnie filarem prawdy, nieomylnym przewodnikiem do Boga. Filar ten wnosił się nie tylko na nieomylnym Piśmie Świętym, ale i na ludzkiej tradycji odmiennej od Pisma, uznanej za objawienie Boże, lecz w istocie sprzecznej z jasną nauką Biblii. Na początku naszej ery, w czasach Apostołów, prawdę głoszono na jerozolimskich ulicach i wokół świątyni, a słowa te złożyły się na Nowy Testament. Zaświadcza o tym księga "Dziejów Apostolskich":
I rosło słowo Boże, i pomnażał się bardzo poczet uczniów w Jeruzalemie: wielkie też mnóstwo kapłanów było posłuszne wierze.(6,7)
Za cenę wielkich ofiar w życiu osobistym ci starotestamentowi kapłani żydowscy porzucali wszystko, by pójść za Jezusem. Bo serca ich przenikła prawda, ów miecz obosieczny (Hbr 4,12 BT), Słowo Boże.
Wszyscy byli księża katoliccy, którzy przyjęli wiarę, z pewnością utożsamiają się z tym ustępem Pisma (Dz 6,7), poczynając od Wyklifa, Husa i Lutra aż do dziś. W różnych epokach i na różne sposoby używał Bóg swego Słowa, by wyzwalać ludzi, także księży!
Tedy mówił Jezus do tych Żydów, co mu uwierzyli: Jeźli wy zostaniecie w słowie mojem, prawdziwie uczniami moimi będziecie; Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. (J 8,31-32).
A oto, jak spotkało to mnie, proboszcza parafii Przenajświętszego Serca w Rayville w Luizjanie.
Pobożne wychowanie, pobożne pragnienia
Ochrzczono mnie w Kościele katolickim wkrótce po urodzeniu w 1928 roku. Gdy skończyłem rok, rodzina przeniosła się ze stanu Nowy Jork do New Milford w Connecticut. Wzrastałem w nauce Rzymu, wierząc niezachwianie w każdą jej praktykę i doktrynę i bardzo poważnie traktując więź z kościołem, a zatem i z Bogiem; pierwsza komunia i bierzmowanie były dla mnie dniami wyjątkowymi. Po gimnazjum pojechałem do kolegium medycznego Tufts w Bostonie, mając nadzieję pójść w ślady jednego z moich wujów, którego szczególnie podziwiałem, i zostać lekarzem. Lecz po dwu latach nauki zapragnąłem zostać księdzem, sądząc, że ludziom bardziej potrzebna jest pomoc duchowa niż medyczna. We wrześniu 1948 roku wstąpiłem do Seminarium św. Jana w Brighton (Massachusetts). Ależ mi się tam podobało; wszystko było takie "święte"! Mimo to po pierwszym roku zrezygnowałem; pomyślałem, iż nigdy nie dorosnę do tego, co uważałem za najzaszczytniejsze powołanie dla młodego człowieka. Poszedłem więc do jezuickiego Boston College; prawie co dzień służyłem też do mszy w miejscowym klasztorze. W tym okresie - na jesieni 1949 roku - Bóg zbawił mnie swą łaską (to jedyny sposób!), mimo iż nie wiedziałem o Biblii wiele. Jezus zbawia wierzącego i skruszonego, nawet jeśli człowiek taki przeżywa zamęt i duchową ciemność. Znalazłem się w punkcie, gdzie nie byłem pewien swojej więzi z Bogiem, a pragnąłem nade wszystko mieć pokój w tej sprawie.
Dziwna spowiedź
Gdy wyraziłem żal, a ksiądz udzielał mi rytualnego "rozgrzeszenia", całym sercem wołałem do Boga: "Boże, jeśli przebaczysz mi grzechy, uznam Cię za Pana mego serca i będę Ci służył do końca życia!" Każdy bowiem, kto by wzywał imienia Pańskiego, zbawiony będzie. (Rz 10,13) Opuszczając konfesjonał i mijając transept, czułem wielki pokój, a serce wołało: "Abba, Ojcze!" Wiedziałem, że między mną a Bogiem istnieje przyjaźń! Nie dzięki księdzu i liturgicznemu rozgrzeszeniu - lecz dzięki obecności Jezusa Chrystusa, naszego Arcykapłana, który wstawił się za mną i obdarował mnie łaską i zmiłowaniem.
W którym mamy odkupienie przez krew jego, to jest odpuszczenie grzechów, według bogactwa łaski jego. (Ef 1,7)Albowiem łaską jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, dar to Boży jest; Nie z uczynków, aby się kto nie chlubił. (Ef 2,8-9)
Następnego roku wznowiłem naukę w seminarium, postanawiając zostać księdzem - był to najlepszy znany mi wtedy sposób służenia Bogu. 2 lutego 1955 biskup Lawrence Shehan z Bridgeport w Connecticut udzielił mi święceń i rozpocząłem posługę kapłańską w diecezji aleksandryjskiej w Luizjanie. Po kilku jednak latach zapał i radość związane z pracą zaczęły gasnąć. Choć bardzo się starałem robić wszystko jak najlepiej, stawało się to pustym, nic nieznaczącym rytuałem.
Biblia-nowy probierz
W 1971 roku, po latach błagania Boga o ukazanie sensu życia, me łaknienie zostało ukojone. Jezus i Słowo Boże (Pismo Święte) stali się dla mnie realni. Ponieważ...
A nadzieja nie pohańbia, przeto iż miłość Boża rozlana jest w sercach naszych. (Rz 5,5)
Duch Boży sprawił, że teologię katolicką zacząłem oceniać według probierza Biblii. Dotąd zawsze oceniałem Biblię miarą doktryny i teologii katolickiej; w moim życiu zaszło więc zupełne przewartościowanie. W niedzielną noc w lipcu 1972 roku zacząłem czytać "List do Hebrajczyków", wynoszący Jezusa, Jego kapłaństwo i ofiarę ponad wszystko, co było w Starym Przymierzu. Przeczytałem, że Jezus...
Który by nie potrzebował na każdy dzień, jako oni najwyżsi kapłani, pierwej za swoje grzechy własne ofiar sprawować, a potem za ludzkie; bo to uczynił raz samego siebie ofiarowawszy. (Hbr 7,27)
Zdumiony, pojąłem, że ofiarę złożono tylko raz jeden na Golgocie, i że może ona pojednać z Bogiem mnie i wszystkich wierzących na przestrzeni wieków. Zrozumiałem, że "święta Ofiara Eucharystii" składana co dnia przeze mnie i tysiące księży katolickich na całym świecie jest zupełnie bez znaczenia, jest fałszem. A skoro, ofiara, którą co dzień składam jako kapłan, jest bez znaczenia, to bezsensowne i bezpodstawne jest moje "kapłaństwo", z nią przecież związane. Wnioski te prędko znalazły potwierdzenie w dalszej lekturze Hebrajczyków. W rozdziale 10 przeczytałem:
Lecz ten [Jezus] jednę ofiarę ofiarowawszy za grzechy, na wieki siedzi na prawicy Bożej, Na koniec oczekując, ażby położeni byli nieprzyjaciele jego podnóżkiem nóg jego. Albowiem jedną ofiarą doskonałymi uczynił na wieki tych, którzy bywają poświęceni. (wersety 12-14)A gdzieć jest odpuszczenie ich [grzechów], jużci więcej ofiary nie potrzeba za grzech. (werset 18)
Zbawiony łaską
Tej nocy kościół katolicki stracił w moich oczach wiarygodność, bo jako prawdę głosił coś, co wyraźnie przeczyło Biblii. Postanowiłem za probierz prawdy uznać Pismo Święte, a nie magisterium, czyli nauczycielski autorytet kościoła. W pisemnej rezygnacji z członkostwa w kościele i kapłaństwa wyjaśniłem biskupowi, że porzucam kapłaństwo, bo nie mogę już odprawiać mszy wbrew Słowu Bożemu i swemu sumieniu. Było to w 1972 roku. Niebawem zostałem ochrzczony przez zanurzenie, rozpocząłem studia biblijne i zostałem ordynowany do posługi ewangelizacyjnej. Już od przeszło 20 lat żyję w wolności, o której mówił Jezus:
Tedy mówił Jezus do tych Żydów, co mu uwierzyli: Jeźli wy zostaniecie w słowie mojem, prawdziwie uczniami moimi będziecie; Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. (J 8,31-32)
A przetoż jeźli was Syn wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie. (J 8,36)
Alexander (Sandy) Carson, nawrócony ksiądz
Do roku 1994 Amerykanin Sandy Carson zajmował się głównie pracą w seminarium, ewangelizacją i służbą kaznodziejską na Florydzie. W roku 1995 odbył długą podróż misyjną po kilku krajach wschodniej Europy. W marcu 1996 roku był na sześciotygodniowej wyprawie misyjnej na Syberii. Jak wyjawił podczas rozmowy radiowej z Bobem Bushem, skontaktował się z nim pewien wierzący Rosjanin mieszkający dziś w Kalifornii.
15. Byłem księdzem w Hiszpanii
Świadectwo nawróconego księdza Enrique Fernandeza
W 1960 roku byłem kapelanem w klasztorze żeńskim w Navelgas, cichym miasteczku w Asturii. Po wczesnej kolacji często odwiedzałem miejscowego księdza, sympatycznego i towarzyskiego starszego mężczyznę. Raz pokazał mi on broszurkę zatytułowaną "Dar", z fragmentem życiorysu byłego księdza Charlesa Chiniquy z Kanady. Poprosiłem, by mi ją pożyczył. Po lekturze zapragnąłem przeczytać Biblię; chciałem się dowiedzieć, czy istotnie jest jakaś różnica między Biblią katolicką a protestancką. Nie wyjawiając, że jestem księdzem, napisałem pod adres z broszurki, prosząc o Biblię bądź Nowy Testament. Badając Nowy Testament, głównie "Dzieje Apostolskie", powoli nabierałem przekonania, że Kościół rzymski odszedł od Biblii, a kapłani uzurpują sobie miejsce Chrystusa. Odkrycia w Słowie Bożym były pasjonującą przygodą. W dalszej lekturze mocno przeżyłem werset 4,12 "Listu do Hebrajczyków":
Boć żywe jest słowo Boże i skuteczne, i przeraźliwsze nad wszelki miecz po obu stronach ostry, i przenikające aż do rozdzielenia i duszy, i ducha, i stawów, i szpików, i rozeznawające myśli i zdania serdeczne.
Teologia, a nie Biblia
Urodziłem się w Madrycie w 1929 roku w bardzo religijnej rodzinie. 12 lat studiowałem w Seminarium Metropolitalnym w Oviedo; święcenia kapłańskie przyjąłem 30 maja 1954 roku. Przez cztery lata studiów teologicznych nigdy na serio nie czytałem Biblii; traktując ją co najwyżej jako pomoc przy zgłębianiu dogmatów katolickich. Znałem tylko te jej ustępy, które umieszczono w tekście liturgii mszalnej i brewiarzu. Zbawienie - głosił kościół - zależy od rozgrzeszenia, którego udziela kapłan; kto odmówi wyznania mu grzechów śmiertelnych, tego czeka wiekuiste potępienie. Ale w Dziejach ani w żadnej innej księdze Nowego Testamentu nie znalazłem tekstu, który by to potwierdził; natchnieni autorzy podkreślają, że po przebaczenie musi się człowiek udać wprost do Boga. W "Liście do Hebrajczyków" napisano, że Chrystus został za grzeszników ofiarowany raz jeden na zawsze. "Zatem" - myślałem - "jakże mógł sobór trydencki w 1562 roku ogłosić, że we mszy Chrystus ofiarowuje siebie przez ręce kapłana na prawdziwą i rzeczywistą ofiarę Bogu?"
Tylko wiara
Wyczytałem, że usprawiedliwienie grzesznika dokonuje się z wiary. Pomyślałem: "Skoro w Kościele katolickim nie znalazłem pokoju duszy, to może dlatego, że oczekiwałem pokoju jako nagrody za swoje wysiłki?" Pojąwszy, że Jezus nie wymaga ode mnie zapłaty, zarzuciłem próby zapracowania na zbawienie. Chrystus stał się moim jedynym Panem i Zbawicielem. Dzięki holenderskiej misji "De Spaanse Evangelische Zending" poznałem byłego hiszpańskiego księdza, a ten skierował mnie do holenderskiej fundacji "In de Rechte Straat" (Na Ulicę Prostą), która od lat pomagała księżom opuszczającym Kościół rzymski, przestrzegając zasad XVI-wiecznej Reformacji i głosząc powrót do Pisma. 2 maja 1961 roku przyjechałem do Brukseli, skąd udałem się do Hilversum w Holandii. Stamtąd napisałem do mego arcybiskupa: "Odkryłem Słowo Boże, a Jezus Chrystus objawił mi Siebie jako jedyny Pan i Zbawca. Rzym twierdzi, że katolicyzm skupia się wokół osoby Chrystusa, ale w istocie katolicyzm odwrócił się do Niego tyłem". Pojechałem do San Jose w Kostaryce i w Seminarium Teologicznym Ameryki Łacińskiej otrzymałem 25 listopada 1963 roku tytuł bakałarza teologii. Tuż przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych spędziłem kilka miesięcy w Gwatemali z poruczenia Luterańskiego Synodu Missouri. Od 1 czerwca 1964 roku głoszę Ewangelię ludności hiszpańskojęzycznej w USA.
Moje pragnienie
Pragnę służyć Jezusowi Chrystusowi, nieść ludziom Ewangelię łaski i opowiadać o rzeczach, jakie uczynił mi Pan. Bo to, co uczynił dla mnie, może uczynić i dla innych. Dla Ciebie też.
Ludu Mój, wyjdźcie z niej, byście nie mieli udziału w jej grzechach. (Ap 18,4) Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone. (Dz 3,19)
Enrique Fernandez, nawrócony ksiądz
16. Ostatnia noc w klasztorze
Świadectwo nawróconego księdza Miguela Carvajala
Była czwarta nad ranem. Włożyłem na siebie jak najwięcej ubrań, resztę rzeczy upchnąłem w walizce. Decyzja opuszczenia klasztoru była nieodwołalna. Ostrożnie uchyliłem drzwi, nie zapalając światła, bo przyłapanie na ucieczce mogłoby się dla mnie skończyć dość przykro. Udałem się w stronę kościoła w miasteczku i nie wiedząc, co począć, wszedłem do środka. Przed ołtarzem głównym płonęła czerwona lampka. Na palcach szedłem wzdłuż nawy głównej. Postanowiłem przez boczne drzwi wejść do wirydarza, gdzie panowała głucha cisza. Nie miałem dokąd iść i liczyłem na to, że ta chwila spokoju da mi szansę zastanowienia się, co dalej. Zdjąłem już habit franciszkanina i byłem ubrany po cywilnemu. Nawróciłem się w wieku 32 lat i raduję się z więzi ze Zbawcą. Niegdyś, w klasztorze, wołano na mnie "brat Fernando", dziś używam prawdziwego imienia i nazwiska: Miguel Carvajal. Po opuszczeniu klasztoru zaświtał dla mnie nowy dzień wolności. Stanąłem na rozstajach, zamknąłem za sobą drzwi ciemności; musiałem postanowić o dalszym kierunku życia.
Niepewność jutra
Zamknięcie drzwi nie przyszło mi łatwo. Męczyły mnie wątpliwości, targała wewnętrzna walka - lecz wiedziałem, że nie mogę wrócić do niewoli. Cały ten proces zmagań przechodziłem właśnie w cichym kościelnym wirydarzu. Gdy wychodziłem z kościoła na rynek miasteczka, zmroził mnie do szpiku kości zimny poryw od strony wulkanu Cayambe, wysokiego na 6000 metrów. Opadły mnie chłód i lęk przed przyszłością. Tak, znalazłem wolność - ale gdzie się teraz udać? Ostatni raz spojrzałem na okienko klasztornej celi, przypominając sobie wątpliwości, walkę wewnętrzną, modlitwy, badania w poszukiwaniu pokoju duszy. Mury klasztoru były niemym świadkiem rozpaczy, duchowego chaosu, lęku, że Bóg może nigdy nie odpuści mi grzechów. I zrozumiałem, że ofiary i posty nie wystarczą, że niezbędne jest narodzić się na nowo.
Odpowiedział Jezus i rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Jeźli się kto nie narodzi znowu, nie może widzieć królestwa Bożego. (J 3,3)
Przemknąłem się przez rynek miasteczka, świadomy, że mieszkają tu biskup i księża i nie mogę dać się zobaczyć. Myśli biegły ku przyszłości, pędząc przez cichą, wyludnioną ulicę... Było tak wcześnie. Dyszałem ciężko, przez dwie godziny to wspinając się, to schodząc po pagórkach, z walizką na barkach, ku Quito, gdzie mieszkała matka. Dobiegł mnie dźwięk dzwonów w miasteczku, które opuściłem. Byłem taki zmęczony; siadłem i zacząłem płakać. Na poranne ekwadorskie niebo wypłynęło słońce. Pokusa, by wrócić, była bardzo silna. W klasztorze przeżyłem dziesięć lat. Ogarnęły mnie wspomnienia: studenci, księża, zakonnicy, z którymi dzieliłem problemy życiowe. Znałem zakonników złych i dobrych, ich rozmowy i tajemnice, znałem smak skąpych codziennych racji żywnościowych. Jakżebym chciał, by towarzyszył mi ten czy ów; droga wydawała się tak samotna. Oczywiście, opuszczając klasztor, naraziliby się na gniew kościoła. Gdyby opuścili klasztor, tak jak ja musieliby stanąć wobec przeciwności życiowych, duchowych presji i prześladowań ze strony kościoła. Chcąc opuścić Kościół katolicki, trzeba się liczyć z dezaprobatą najbliższych, krewnych i przyjaciół, ciągłą krytyką, niepewnością życia i brakiem pracy. Przed nowym wierzącym wyrasta góra prób i zmartwień, ale mamy przecież obietnicę, a za przewodnik - Biblię:
Poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. (J 8,32)
Wolałem opuścić kościół i być niezależnym. Zmęczyła mnie obłuda i religia pozbawiona duchowości. W końcu dotarłem do jednego miasteczka ze stacją kolejową, lecz byłem bez pieniędzy i zupełnie sam. Ponieważ jako ksiądz nie miałem zwyczaju podróżować w cywilnym ubraniu, nie chciałem pokazywać się publicznie. Dla ludzi przykry byłby widok księdza, który ich zdaniem upadł tak nisko. Toteż pieszo przebyłem blisko dwie godziny drogi do Quito, stolicy Ekwadoru, gdzie mieszkała matka.
Płacz matki
Na wieść, że opuściłem klasztor, matka rozpłakała się. Nie miała pojęcia, jak bardzo pragnąłem znaleźć Zbawcę. Natrafiłem więc na kolejną pokusę. Ze względu na mamę postanowiłem jednak pozostać katolikiem, ale nie wracać do klasztoru. W klasztorze spędziłem tyle lat, że trudno było przywyknąć do życia poza nim; życie zwykłych ludzi mocno się różni od życia księży. Nastał dla mnie czas wyjątkowej udręki i załamania. Szukałem radości w młodzieńczych pożądliwościach: alkohol, papierosy, taniec, miejsca o złej sławie. Nie widziałem w tym nic złego; w klasztorze na takie sprawy patrzono przez palce. Znalazłem sobie pracę nauczyciela w katolickiej szkole, ale nie zagrzałem tam miejsca dłużej niż przez dwa miesiące. Chciałem się dalej kształcić, ale Bóg, widząc moje serce, pokrzyżował te plany. Znajomy z radia HCJB złożył mi listownie świadectwo o zbawieniu, które jest w Jezusie. Wyśmiałem go w duchu, myśląc sobie, że bądź co bądź ksiądz wie, co jest dla ludzi dobre. Podczas lat nauki wzbudzono we mnie odrazę do Kościoła protestanckiego; uważałem go za zły. W dodatku dostałem list od księdza, który w klasztorze uczył mnie historii. Pisał, że jeśli zaraz wrócę, nie spotkają mnie żadne konsekwencje.
Nowe stworzenie w Chrystusie
Chrześcijanie w Ekwadorze nazywali siebie ewangelikanami. Jednego wieczora miałem okazję rozmawiać z wierzącą dziewczyną; przegadaliśmy dwie godziny o Panu i zbawieniu.
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu, a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego (J 3,16-18). Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,31)
Uwierzyłem. I przyjąłem Jezusa Chrystusa jako mego Zbawiciela. Stałem się nowym stworzeniem. Moje życie zmieniło się; poznałem smak nowego narodzenia - zbawienia. Żadne słowa nie opiszą mego szczęścia. Ale sąsiedzi zaczęli wyśmiewać moją matkę i rozgłaszać, że oszalałem. Myśleli, że zmuszą mnie do powrotu do kościoła katolickiego. Nie wiedzieli, że dla mnie wszystko stało się nowe. Nadszedł Wielki Tydzień. A ja nie bardzo wiedziałem, co począć; odzywały się stare sentymenty. Był kwiecień 1960 roku. Choć właściwie nie miałem pieniędzy, postanowiłem jechać do Guayaquil. Na miejscu dopadła mnie malaria. Pomyślałem, że jak syn marnotrawny powinienem wrócić do matki i klasztoru; Bóg jednak posłał jednego ze swych wiernych sług, który zabrał mnie do siebie i zaopiekował się mną.
Moje świadectwo
Gdy wydobrzałem, rozpocząłem pracę, zacząłem też służyć Panu i studiować w seminarium. Cieszę się, że mogę dziś głosić zbawienie Pana i służyć w Kościele Bereańskim w Ekwadorze. Chciałbym razem z wami odczytać słowa Pana z "Ewangelii Jana" 6,47:
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto w mię wierzy, ma żywot wieczny.
Sens tych słów jest jasny. Lecz nie jest łatwo uwierzyć tylko w Chrystusa. Trzeba wyrzec się wszystkich błędów tradycji ludzkiej i religijnej i złożyć ufność tylko w Nim. Na podstawie Jego doskonałej ofiary mamy życie wieczne. Katolik musi uwierzyć w taką Ewangelię, jaka została ogłoszona w "Pierwszym Liście do Koryntian" 15,3-4:
Albowiem naprzód podałem wam, com też wziął, iż Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism; A iż był pogrzebiony, a iż zmartwychwstał dnia trzeciego według Pism.
Jeśli naprawdę wierzysz, że Jezus Chrystus zapłacił w pełni za twoje grzechy, i w wierze zaufałeś Mu z całego serca, to jesteś wolny od grzechu i masz życie wieczne.
Miguel M. Carvajal, nawrócony ksiądz
Miguel Carvajal, był później pastorem ewangelikalnego kościoła w Quito, prowadził też zajęcia z duszpasterstwa małżeństw w tamtejszym seminarium i działał w hiszpańskojęzycznym radio HCJV "Głos Andów". Jeździł po osadach Indian, głosząc Ewangelię zbawienia. Jego pragnienie, aby katolicy znali prawdę, widać w hiszpańskiej wersji filmu dokumentalnego Catholicism: Crisis of Faith, gdzie jest jednym z głównych występujących. (Wydawca: Lumen Products, P. O. Box 595, Cupertino, CA 95 015, USA).
[1] 1 Rz 4,5-8; 2 Kor 5,19-21; Rz 3,21-28; Tt 3,5-7; Ef 1,7; Jer 23,6; 1 Kor 1,30-31; Rz 5,17-19.
[2] Semipelagianizm przyznaje Bogu pewną zasługę w inicjowaniu i wspomaganiu ludzkich wysiłków zmierzających do zbawienia. Przecząc jednak wyłącznej roli łaski Bożej, semipelagianizm jest równie fałszywy jak jego pełna forma. Jesteśmy oczywiście świadomi faktu, że niektóre sobory potępiły pelagianizm i semipelagianizm, a ponieważ Kościół rzymski nigdy nie cofnął swej aprobaty dla orzeczeń tych soborów, ma pretekst, aby formalnie twierdzić, że również i dziś potępia nawet semipelagianizm. Te formalne twierdzenia będą jednak bez znaczenia w świetle innych oficjalnych doktryn i praktyk Rzymu, dowodzących katolickiego semipelagianizmu. Ukażemy je w następnych akapitach.
[3] Katechizm Kościoła Katolickiego, Pallottinum, 1994. Następne cytaty oficjalnych nauk kościoła rzymskokatolickiego pochodzą z tej samej pozycji; wyjąwszy cytat z Kodeksu prawa kanonicznego.
[4] 4 II sobór watykański, konstytucja Gaudium et Spes, 22.
[5] Ibid.
[6] Por. Mk 10,39; J 21,18-19; Kol 1,24.
[7] Por. Jan Chryzostom, O Kapłaństwie, III,5; PG 48,643 A; [w:] Pisma Ojców Kościoła nr 23, Poznań 1949, s. 49.
[8] Kodeks prawa kanonicznego, Pallottinum, 1984. Wszystkie przytaczane tu kanony pochodzą z tej pozycji.
[9] Zob. pkt. 976-987 i 1434-1498, w tym o zadośćuczynieniu i odpustach.
[10] II sobór watykański, konstytucja Dei verbum, 8.
[11] Mt 7,22-23; 10,32-33; 25,34-46; 2Kor 5,9-10; Ga 6,7-8; 2Tes 1,8-10; Hbr 9,27.
[12] Kol 2,6-3,3; Ef 1,3-9 i inne miejsca.
Tłumacz Aleksandra Czwojdrak
Tłumacz Maciej Wierszyłowski
Projektant okładki M. J. W.
Tytuł oryginału: Far from Rome, Near to God
Ważne Większość użytych w książce cytatów biblijnych pochodzi z: "BIBLIA TO JEST CAŁE PISMO ŚWIĘTE STAREGO I NOWEGO TESTAMENTU Z HEBRAJSKIEGO I GRECKIEGO NA POLSKI PILNIE I WIERNIE PRZETŁUMACZONA", 2006 r. Cytaty z innych tłumaczeń opatrzono odpowiednimi skrótami.
? Richard Bennett, 2025
? Martin Buckingham, 2025
? Aleksandra Czwojdrak, tłumaczenie, 2025
? Maciej Wierszyłowski, tłumaczenie, 2025
? M. J. W., projekt okładki, 2025
Niniejszy zbiór świadectw 61 byłych księży rzymskokatolickich to poruszająca relacja o poszukiwaniu pokoju z Bogiem i sensu życia. Większość z nich wybrała kapłaństwo w pragnieniu służby Bogu. A mimo to prawdziwy Bóg objawiony światu w swoim Synu Jezusie Chrystusie, jedynej Drodze, Prawdzie i jedynym Życiu był daleko od ich serc. Okazywało się później, że w poświęceniach, sakramentach, rytuałach nie ma życia. Odnajdowali je w Jezusie Chrystusie, którego Ewangelia jest mocą Bożą ku zbawieniu.
ISBN 978-83-8414-594-4
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero