Przedmowa
Doktor Frankl, pisarz psychiatra, ma w zwyczaju zadawać jedno pytanie
swoim pacjentom cierpiącym z powodu rozmaitych mniejszych i większych
dramatów: "Dlaczego nie odbierzesz sobie życia?". W ich odpowiedziach
odnajduje zwykle wskazówki, którymi kieruje się w dalszej terapii; jeden
człowiek trzyma się życia przez wzgląd na dzieci, inny pragnie
wykorzystać jakiś talent, jeszcze innego ratują od zagłady wspomnienia,
które warto zachować. Przypomina to wplatanie delikatnych nici czyjegoś
przegranego życia w trwałą osnowę sensu i odpowiedzialności. To właśnie
jest cel i wyzwanie, jakie stawia sobie stworzona przez doktora Frankla
logoterapia, będąca jego współczesną wersją analizy egzystencjalnej.
W swojej książce doktor Frankl opisuje doświadczenia, które doprowadziły
go do odkrycia koncepcji logoterapii. Jako długoletni więzień
bestialskiej machiny obozów koncentracyjnych poznał smak egzystencji
odartej z wszelkiej godności. Jego ojciec, matka, brat oraz żona zginęli
w obozach lub znaleźli śmierć w komorach gazowych. Stracił wszystkich
najbliższych z wyjątkiem siostry. Czy to możliwe, aby ktoś w jego
położeniu, któremu odebrano cały doczesny dobytek i którego ograbiono z wszelkich wartości, cierpiący z głodu, zimna i z powodu brutalnej
przemocy, na co dzień obcujący z eksterminacją, mógł uważać życie za coś
cennego, zasługującego na to, aby je chronić? Psychiatra, który
osobiście doświadczył tak skrajnych przeżyć, jest człowiekiem, którego
warto wysłuchać. Jak nikt inny jest bowiem w stanie przenikliwie i ze
współczuciem analizować ludzką naturę. Słowa doktora Frankla brzmią
przejmująco prawdziwie, ponieważ u ich podstaw leżą doświadczenia zbyt
ważkie, by mogły ulec zafałszowaniu. Niniejszy wykład dodatkowo zyskuje
na znaczeniu w kontekście pozycji, jaką jego autor zajmuje obecnie na
wydziale medycznym Uniwersytetu Wiedeńskiego oraz ze względu na renomę,
jaką cieszą się kliniki logoterapii wzorowane na jego słynnej
wiedeńskiej Poliklinice Neurologicznej, które jak grzyby po deszczu
wyrastają w coraz to nowych krajach.
Jeśli chodzi o podejście doktora Viktora Frankla do teorii i terapii,
trudno powstrzymać się od porównań z dokonaniami jego poprzednika,
Zygmunta Freuda. Obaj zajmują się przede wszystkim naturą i leczeniem
nerwic. Lecz podczas gdy Freud widzi przyczynę tych zaburzeń w lęku
wywoływanym przez podświadome, sprzeczne popędy, Frankl wyróżnia kilka
rodzajów nerwic, doszukując się źródła niektórych z nich (na przykład
nerwicy noogennej) w tym, że pacjent nie umie odnaleźć w swoim życiu
sensu i nie bierze odpowiedzialności za własną egzystencję. Freud
podkreśla rolę frustracji w życiu seksualnym, Frankl frustrację "woli
sensu". Współczesna Europa coraz częściej odwraca się od nauczania
Freuda, skłaniając się masowo ku analizie egzystencjalnej, której jedną
z odmian stanowi właśnie szkoła logoterapii. Jest rzeczą
charakterystyczną dla pełnego tolerancji stanowiska Frankla, że nie
odrzuca on całkowicie dokonań Freuda, lecz chętnie się do nich odwołuje;
nie kwestionuje również innych form terapii egzystencjalnej, ale
podkreśla swoje z nimi pokrewieństwo.
Niniejsza narracja, choć tak zwięzła, jest jednak umiejętnie
skonstruowana i ze wszech miar porywająca. Sam przeczytałem ją
dwukrotnie od deski do deski, nie mogąc się uwolnić spod jej niezwykłego
uroku. Gdzieś w połowie swojej opowieści doktor Frankl zapoznaje nas z podstawowymi założeniami logoterapii. Robi to jednak w sposób tak
subtelny i delikatny, nie zaburzając ciągłości wątków, że dopiero po
przeczytaniu książki czytelnik uświadamia sobie, iż ma do czynienia z niezwykle głębokim esejem, a nie tylko z kolejną wstrząsającą relacją z pobytu w obozie koncentracyjnym.
Czytelnik wiele się dowiaduje z owego autobiograficznego fragmentu
książki. Odkrywa, do czego zdolny jest człowiek, który nagle uświadamia
sobie, że "nie ma nic do stracenia, nic poza własnym życiem, tak
absurdalnie odartym z wszelkiej godności". Trudno pozostać obojętnym na
sugestywny opis obecnych w opowieści Frankla skrajnych emocji
przeplatających się ze stanami apatii. Ratunkiem okazuje się chłodna,
obojętna ciekawość własnego losu. Wkrótce potem pojawiają się strategie
służące podtrzymaniu nędznych resztek własnego życia, choć szanse na
przeżycie są przecież bliskie zeru. Głód, upokorzenie, strach oraz
wszechogarniający gniew na dotykającą człowieka niesprawiedliwość można
znieść wyłącznie, zachowując żywe wspomnienie najbliższych, uciekając
się do religii, czarnego humoru czy czerpiąc uzdrawiającą siłę choćby z przebłysków piękna przyrody, widoku drzewa lub zachodu słońca.
Lecz żadne z powyższych samo w sobie nie stanowi jeszcze o woli
przetrwania, jeśli nie pomaga więźniowi w dostrzeżeniu sensu w jego
pozornie bezsensownym cierpieniu. Jeżeli życie jako takie w ogóle ma
sens, musi on być obecny również w cierpieniu i umieraniu. Nikt jednak
nie jest w stanie powiedzieć drugiemu człowiekowi, na czym ów sens
polega. Każdy musi dojść do tego samodzielnie, a następnie wziąć na
siebie odpowiedzialność wynikającą z odpowiedzi na pytanie: "Co ma dla
mnie sens?". Jeżeli mu się to uda, będzie trwał i rozwijał się wbrew
wszelkim upokorzeniom. Frankl z upodobaniem cytuje w tym miejscu słowa
Nietzschego: "Ten, kto wie, dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak
żyje".
W obozie koncentracyjnym wszystko sprzysięga się, aby pozbawić więźnia
woli przetrwania. To, dla czego warto było dotąd żyć, zostaje nam
brutalnie odebrane. Pozostaje jedynie "ostatnia z dostępnych człowiekowi
swobód" - wolność "wyboru własnego stanowiska w obliczu konkretnych
okoliczności". Kwestia owego ostatecznego wyboru, znana zarówno już
starożytnym stoikom, jak i współczesnym egzystencjalistom, w relacji
Frankla nabiera żywotnego znaczenia. Więźniowie obozów śmierci byli
tylko zwykłymi ludźmi, lecz przynajmniej niektórzy z nich - ci, którzy
zdecydowali się być "godnymi swego cierpienia" - dowiedli, iż każdy
człowiek posiada umiejętność wznoszenia się ponad narzucony mu los.
Jako psychoterapeuta, autor rzecz jasna pragnie dowiedzieć się, w jaki
sposób można pomóc człowiekowi osiągnąć ów stan. Jak obudzić w pacjencie
poczucie odpowiedzialności za własne życie, na przekór ponurym życiowym
okolicznościom? W tym miejscu Frankl przytacza wzruszający opis grupowej
sesji terapeutycznej, jaką odbył wspólnie z innymi więźniami.
Na prośbę wydawcy autor uzupełnił swą opowieść o dodatkowy rozdział
przedstawiający podstawowe założenia logoterapii oraz bibliografię. Jak
dotąd większość publikacji tak zwanej trzeciej szkoły wiedeńskiej (po
szkole freudowskiej i adlerowskiej) ukazywała się głównie w języku
niemieckim. Czytelnik powinien zatem z zadowoleniem przyjąć owo fachowe
uzupełnienie osobistej relacji doktora Frankla.
W przeciwieństwie do wielu europejskich egzystencjalistów, Frankl nie
jest ani pesymistą, ani ateistą. Przeciwnie, jak na pisarza, który
osobiście zetknął się z wszechobecnym cierpieniem oraz oddziaływaniem
sił zła, prezentuje on zaskakująco optymistyczną wiarę w ludzką
umiejętność wykraczania poza dramatyczne okoliczności życia oraz
odkrywania prawdy, która wskazuje nam drogę.
Z całego serca polecam wszystkim niniejszą książkę. Pod względem
narracji to prawdziwa perełka, a zarazem autor dotyka najtrudniejszych
zagadnień dotyczących natury człowieka". Poza swoimi niekwestionowanymi
wartościami literackimi i filozoficznymi, dzieło Viktora Frankla oferuje
zarazem frapujące wprowadzenie w idee najważniejszego nurtu
psychologicznego naszych czasów.
GORDON W. ALLPORT1
Przedmowa do wydania z 1992 roku
Niniejsza książka może się już poszczycić niemal setką wydań w języku
angielskim - nie licząc przekładów, które ukazały się w dwudziestu jeden
różnych językach. Same zaś wydania anglojęzyczne rozeszły się w liczbie
ponad trzech milionów egzemplarzy.
Takie są suche fakty; nie powinno zatem dziwić, że dziennikarze
amerykańskich gazet, a zwłaszcza amerykańskich stacji telewizyjnych,
wymieniwszy uprzednio owe imponujące liczby, z reguły rozpoczynają
wywiady ze mną w następujący sposób: "Doktorze Frankl, pańska książka to
absolutny bestseller. Co pan sądzi o tak spektakularnym sukcesie?". Na
co reaguję zwykle stwierdzeniem, iż nie traktuję powodzenia mej książki
jako osobistego sukcesu ani osiągnięcia, lecz raczej jako potwierdzenie
duchowej nędzy naszych czasów; skoro setki tysięcy ludzi sięgają po
książkę, której tytuł wyraźnie nawiązuje do kwestii sensu życia, musi
być to dla nich niezwykle aktualny i palący problem.
Jest jeszcze coś, co może tłumaczyć skalę oddźwięku mojej publikacji, a mianowicie fakt, że jej druga, teoretyczna część ("Podstawy
logoterapii") zawiera poniekąd te same wnioski, do których czytelnik
może dojść samodzielnie na podstawie lektury poprzedzającej ją
autobiograficznej relacji ("Moje przeżycia w obozie koncentracyjnym"),
która z kolei jest niczym innym, jak egzystencjalną podbudową mojej
teorii. W ten sposób obie części uwiarygodniają się wzajemnie.
Powyższe kwestie nie zaprzątały jednak mej głowy, gdy w 1945 roku
zasiadałem do pisania niniejszej książki. A napisałem ją w ciągu
dziewięciu dni, wielce zdeterminowany, aby została wydana anonimowo. Tak
też się stało i na okładce pierwszego, oryginalnego niemieckiego wydania
brak jest mego nazwiska, chociaż w ostatniej chwili, tuż przed
publikacją, dałem się wreszcie przekonać przyjaciołom, którzy naciskali,
aby nazwisko autora znalazło się przynajmniej na stronie tytułowej
pierwszego wydania. Nie ulega jednak wątpliwości, że pisałem ją z głębokim przekonaniem, iż jako dzieło anonimowe nigdy nie przyniesie ona
swemu autorowi literackiej sławy. Zależało mi przede wszystkim na tym,
aby posługując się konkretnym przykładem, przekazać moim czytelnikom, że
życie ma sens w każdych okolicznościach, nawet tych najbardziej
nieludzkich. Sądziłem, że jeśli przedstawię swoje przemyślenia w kontekście sytuacji tak skrajnej, jaką jest pobyt w obozie
koncentracyjnym, zyskam dodatkowy posłuch. Czułem, że moim obowiązkiem
jest wierne odtworzenie swoich doświadczeń, uważałem bowiem, że może to
pomóc ludziom skłonnym do depresji.
Jest więc dla mnie czymś zaskakującym i wyjątkowym zarazem, że spośród
kilkudziesięciu książek, które wyszły spod mego pióra, właśnie ta jedna,
którą zamierzałem wydać anonimowo, aby za jej ewentualnym sukcesem nie
stała konkretna osoba autora - że to właśnie ona stała się bestsellerem.
Raz za razem pouczam więc swoich studentów, zarówno w Europie, jak i w Ameryce: "Nie gońcie za sukcesem - im bardziej ku niemu dążycie, czyniąc
z niego swój jedyny cel, tym częściej on was omija. Do sukcesu bowiem,
tak jak do szczęścia, nie można dążyć; musi on z czegoś wynikać i występuje jedynie jako niezamierzony rezultat naszego zaangażowania w dzieło większe i ważniejsze od nas samych lub efekt uboczny całkowitego
oddania się drugiemu człowiekowi. Szczęście po prostu musi samo do nas
przyjść i to samo dotyczy sukcesu: sukces "przydarza się" nam, kiedy o niego nie zabiegamy. Trzeba słuchać, co nam podpowiada sumienie, a następnie realizować jego nakazy zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą.
Dopiero wtedy przekonacie się, że na dłuższą metę - powtarzam: na
dłuższą metę! - sukces przychodzi właśnie do tych, którzy o nim nie
myśleli".
Czytelnicy mogą być ciekawi, dlaczego nie próbowałem uciec przed
wszystkim, co zgotował mi los - i to zaraz po zajęciu Austrii przez
Hitlera. Pozwólcie, że w odpowiedzi przytoczę w tym miejscu pewną
historię. Na krótko przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do drugiej
wojny światowej zostałem zaproszony do Konsulatu Amerykańskiego w Wiedniu po odbiór wizy wjazdowej. Moi rodzice - starsi ludzie - byli w siódmym niebie; sądzili, że wkrótce uda mi się wyjechać z Austrii. Nagle
jednak ogarnęły mnie wątpliwości. Szczególnie jedno pytanie nie dawało
mi spokoju: czy rzeczywiście mogę pozwolić, aby moi rodzice samotnie
stawili czoło czekającej ich przyszłości, groźbie, że - prędzej czy
później - zostaną zesłani do obozu koncentracyjnego, a może nawet do tak
zwanego obozu zagłady? Co jest moim obowiązkiem? Czy powinienem w pierwszej kolejności zatroszczyć się o swoje intelektualne dziecko,
logoterapię, wybrać emigrację i żyzny grunt do pisania książek? A może
raczej powinienem skupić się na obowiązkach, które jako rodzony syn
miałem wobec swoich rodziców, i zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby
ich ochronić? Rozważałem wszystkie argumenty za i przeciw, lecz mimo to
nie byłem w stanie podjąć decyzji; dylemat, z jakim miałem do czynienia,
wprost wołał o "interwencję niebios", jak to się czasami mówi.
Pewnego dnia zauważyłem leżący na stole kawałek marmuru. Kiedy zapytałem
ojca, skąd się tam wziął, odparł, że znalazł go w miejscu, gdzie
narodowi socjaliści spalili największą wiedeńską synagogę. Zabrał go ze
sobą do domu, ponieważ był to fragment tablicy z dziesięcioma
przykazaniami. Na marmurze wyryta była złocona hebrajska litera; ojciec
wyjaśnił mi, że symbolizuje ona jedno z przykazań. Natychmiast
zapytałem:
- Które?
On zaś odparł:
- Czcij ojca swego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi. W tej samej
chwili postanowiłem pozostać razem z moimi rodzicami, na tej ziemi, i zapomnieć o amerykańskiej wizie.
VIKTOR E. FRANKL
Wiedeń 1992
Niniejsza książka nie aspiruje do tego, aby być wiernym zapisem
historycznych faktów i wydarzeń; jest raczej zbiorem osobistych
doświadczeń, doświadczeń, które swego czasu stały się udziałem milionów
więźniów. To naoczna relacja z pobytu w obozie koncentracyjnym, spisana
przez jednego z ocalałych z pogromu. Jej celem nie jest uwypuklanie
największych koszmarów obozowego życia, jako że te były nader często
opisywane (choć o wiele rzadziej przyjmowane za prawdę), lecz
przedstawienie niezliczonych drobnych udręczeń. Innymi słowy, książka ta
spróbuje odpowiedzieć na pytanie: w jakim stopniu codzienna
rzeczywistość obozu koncentracyjnego znajdowała odbicie w umyśle
przeciętnego więźnia?
Większość opisanych tutaj wydarzeń nie miała miejsca w wielkich, znanych
obozach, lecz właśnie w tych mniejszych, w których głównie dokonywano
masowej eksterminacji. Niniejsza historia nie traktuje o kaźni wielkich
bohaterów i męczenników, nie opowiada też o wszechwładnych kapo -
zaufanych więźniach obdarzonych szczególnymi przywilejami - ani o postaciach znanych ludzi, którzy trafili do niewoli. Nie koncentruje się
zatem na cierpieniach wielkich tego świata, ale na poświęceniu, męce
oraz śmierci olbrzymiej armii nikomu nieznanych i przez nikogo
nieodnotowanych ofiar. To właśnie ci zwykli więźniowie, na których
rękawach brak było rozpoznawalnych emblematów, byli obiektem największej
pogardy kapo. Podczas gdy zwykli więźniowie jadali niewiele lub prawie
wcale, kapo nigdy nie chodzili głodni; prawdę mówiąc, wielu kapo wiodło
się w obozie lepiej niż na wolności. W traktowaniu podległych sobie
więźniów przewyższali surowością niemieckich strażników, a okrucieństwem
w biciu - esesmanów. Rzecz jasna, byli oni wybierani do sprawowania tej
funkcji wyłącznie spośród więźniów o odpowiednim charakterze i skłonnościach i jeśli nie wypełniali tego, czego od nich wymagano,
czekała ich natychmiastowa degradacja. Wkrótce też upodabniali się do
esesmanów i strażników obozowych, można więc powiedzieć, że ich psychikę
należy oceniać w tych samych kategoriach.
Osobie z zewnątrz łatwo jest wyrobić sobie mylny obraz obozowego życia -
obraz zniekształcony przez sentymenty i współczucie. Ktoś taki niewiele
wie na temat toczonej przez więźniów brutalnej walki o przeżycie. Był to
bezlitosny bój o kawałek codziennego chleba i przetrwanie, o dobro swoje
lub najbliższego przyjaciela.
Za przykład niech posłuży nam przypadek transportu, który - jak
oficjalnie ogłoszono - miał przewieźć pewną liczbę więźniów do innego
obozu; łatwo się jednak było domyślić, że celem tej podróży będą komory
gazowe. Wybrani podczas selekcji chorzy i osłabieni więźniowie jako
niezdolni do pracy mieli być przeniesieni do jednego z wielkich
zbiorczych obozów wyposażonych w komory gazowe i krematoria. Selekcja
stanowiła sygnał do bezpardonowej walki między więźniami - jednostka
przeciw jednostce, grupa przeciw grupie. Liczyło się jedynie to, aby
nasze własne nazwisko i nazwisko naszego przyjaciela nie znalazło się na
liście ofiar, choć wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że miejsce jednego
ocalonego musi zająć inna ofiara.
Każdy transport zabierał określoną liczbę więźniów. Nie było ważne,
których konkretnie, jako że i tak każdy z nich nie był niczym więcej jak
tylko numerem. W dniu przyjazdu do obozu (przynajmniej taką metodę
stosowano w Auschwitz) odbierano więźniom wszelkie dokumenty wraz z innymi rzeczami osobistymi. Każdy miał zatem możliwość podszywać się pod
dowolne nazwisko i zawód - i z różnych powodów wielu tak właśnie robiło.
Władze obozowe interesowały wyłącznie numery przetrzymywanych. Numery te
były zwykle wytatuowane na skórze, musiały być także naszyte w określonych miejscach na spodnie, kurtkę lub kapotę więźnia. Chcąc
oskarżyć więźnia o jakieś wykroczenie, strażnik musiał tylko spojrzeć na
jego numer (jakże obawialiśmy się tych spojrzeń!) - nigdy nie pytał o nazwisko.
Powróćmy jednak do mającego wyruszyć konwoju. W takich chwilach
brakowało czasu i chęci, aby roztrząsać kwestie moralne czy etyczne.
Każdy więzień opętany był tylko jedną myślą: utrzymać się przy życiu
przez pamięć oczekującej go rodziny i ocalić najbliższych. Był zatem
gotów na wszystko, by inny więzień - inny "numer" - zajął jego miejsce w transporcie.
Jak już wspomniałem, proces wyboru kapo polegał na negatywnej selekcji;
tylko najbardziej brutalni więźniowie mogli sprawować tę funkcję
(szczęśliwie z kilkoma wyjątkami). Jednak wraz z selekcją kapo, której
dokonywali esesmani, wśród więźniów toczył się przez cały czas pewnego
rodzaju proces autoselekcji. Przy życiu pozostawali z reguły tylko ci
więźniowie, którzy po latach przebywania w różnych obozach w swojej
walce o przetrwanie porzucili wszelkie skrupuły; imali się oni wszelkich
uczciwych i nieuczciwych sposobów, uciekając się nawet do brutalnej
siły, kradzieży i zdrady przyjaciół, aby ratować własną skórę. My,
którzy wróciliśmy z piekła, zawdzięczając to wielu szczęśliwym zbiegom
okoliczności lub wręcz cudom - jakkolwiek by je nazywać - my wiemy:
najlepsi z nas stamtąd nie powrócili.
Obecnie dostępnych jest wiele faktograficznych relacji dotyczących
obozów koncentracyjnych. W przypadku tej książki fakty będą jedynie o tyle istotne, o ile będą stanowiły część ludzkiego doświadczenia.
Niniejszy esej będzie właśnie próbą opisania natury owych doświadczeń.
Tym, którzy przeżyli obóz koncentracyjny, spróbuję wyjaśnić ich
przeżycia w świetle współczesnej wiedzy; ci zaś, których to ominęło, być
może łatwiej ogarną, a przede wszystkim zrozumieją doświadczenia tej
jakże nielicznej grupy więźniów, którzy przeżyli i którzy nie potrafią
się teraz odnaleźć w życiu. Byli więźniowie często mawiają: "Nie lubimy
opowiadać o tym, czego doświadczyliśmy. Tym, którzy byli tam razem z nami, niepotrzebne są żadne wyjaśnienia, inni zaś nie zrozumieją ani jak
się wówczas czuliśmy, ani jak się czujemy teraz".
Próba metodycznego uporządkowania tak szerokiego tematu stanowi wielkie
wyzwanie, jako że psychologia z natury wymaga pewnego rodzaju naukowej
bezstronności. Czy jednak człowiek, który odnotowuje swoje obserwacje,
samemu będąc więźniem, jest w stanie zdobyć się na bezstronność? Osoba
spoglądająca na problem z zewnątrz zdobędzie się na nią bez trudu, lecz
nieunikniony dystans odbierze jej spostrzeżeniom jakąkolwiek autentyczną
wartość. Tylko ten, kto sam był w obozie, naprawdę wie. Jego sądy mogą
być nieobiektywne, a oceny przesadne; to nieuniknione. Należy zatem
podjąć świadomy wysiłek, aby uniknąć jakiejkolwiek stronniczości i na
tym właśnie polega prawdziwa trudność napisania takiej książki jak ta.
Czasami autor musi mieć odwagę opisania szczególnie osobistych
doświadczeń. Dlatego też początkowo zamierzałem wydać tę książkę
anonimowo, podpisując ją jedynie swoim numerem obozowym. Gdy jednak
rękopis był już gotowy, zrozumiałem, że jako anonimowe wydawnictwo moja
książka straci połowę swojej wartości i że muszę zdobyć się na odwagę,
aby otwarcie przedstawić swoje poglądy. Podjąłem wówczas decyzję, by nie
usuwać żadnego fragmentu swojej relacji, pomimo głębokiej niechęci do
wszelkiego ekshibicjonizmu.
Moim czytelnikom pozostawiam swobodę analizowania treści tej książki w poszukiwaniu suchych teorii. Być może wniosą one coś nowego do
psychologii życia więziennego, badanego tak intensywnie wkrótce po
pierwszej wojnie światowej, która dostarczyła nam wiedzy na temat
syndromu "choroby drutów kolczastych". Drugiej wojnie światowej
zawdzięczamy natomiast wiedzę o "psychopatologii mas" (jeżeli mogę w ten
sposób sparafrazować znane powiedzenie, a zarazem tytuł książki LeBona),
wojna przyniosła nam bowiem wojnę nerwów oraz obozy koncentracyjne.
Ponieważ opowieść ta dotyczy moich osobistych przeżyć w roli zwykłego
więźnia, powinienem w tym miejscu zaznaczyć, nie bez dumy, że z wyjątkiem ostatnich kilku tygodni pobytu w obozie nigdy nie byłem tam
zatrudniony jako psychiatra ani nawet jako lekarz. Kilku moich kolegów
po fachu miało szczęście pracować w kiepsko ogrzewanych ambulatoriach, w których opatrywali rany przy pomocy bandaży zrobionych z kawałków
makulatury. Ja jednak byłem numerem 119 104 i większość czasu spędziłem,
kopiąc i układając tory pod linię kolejową. Pewnego razu miałem za
zadanie samodzielnie wykopać pod drogą tunel pod wodociąg główny. Za
jego wykonanie zostałem sowicie wynagrodzony: tuż przed Bożym
Narodzeniem 1944 roku otrzymałem w prezencie tak zwane bony premiowe.
Wydawało je przedsiębiorstwo budowlane, w którym pracowaliśmy na
zasadzie niewolników; firma płaciła władzom obozu ustaloną stawkę
dzienną od każdego więźnia. Bony zaś kosztowały ją pięćdziesiąt fenigów
za sztukę i mogły być wymienione na sześć papierosów, często dopiero
wiele tygodni później, chociaż zdarzało się, że traciły już wówczas swą
ważność. Stałem się zatem dumnym posiadaczem bonów stanowiących
równowartość dwunastu papierosów. Lecz co bardziej istotne, owe
dwanaście papierosów można było wymienić na dwanaście porcji zupy, zaś
dwanaście porcji zupy stanowiło często realny ratunek przed śmiercią
głodową.
Przywilej palenia papierosów zarezerwowany był dla kapo, którzy co
tydzień otrzymywali stały przydział bonów; zdarzało się także, że
więzień pracujący jako kapo w magazynie czy w warsztacie mógł liczyć na
kilka papierosów w zamian za wykonywanie bardziej niebezpiecznych prac.
Jedyny wyjątek od tej reguły stanowili ci, którzy utracili już wszelką
wolę walki i chcieli "cieszyć się" swoimi ostatnimi dniami. Widząc zatem
palącego papierosa współwięźnia, wiedzieliśmy, że utracił on siły do
dalszego życia; zdawaliśmy sobie też sprawę, że raz utracona wola
przeżycia rzadko kiedy powraca.
Analizując olbrzymią ilość materiałów dotyczących obserwacji i świadectw
niezliczonych więźniów, można wyraźnie określić trzy etapy psychicznych
reakcji człowieka na pobyt w obozie: faza następująca tuż po przybyciu,
stadium głębokiego wejścia w rutynę życia obozowego i okres następujący
po wyzwoleniu z obozu.
Symptomem charakterystycznym dla pierwszego etapu jest szok. W pewnych
warunkach wstrząs może być odczuwany jeszcze przed oficjalnym przyjęciem
więźnia do obozu. Przykładem takiej sytuacji mogą być okoliczności
towarzyszące mojemu własnemu przyjazdowi do Auschwitz.
Kilka dni i kilka nocy półtora tysiąca ludzi podróżowało bez przerwy w zamkniętym pociągu, po osiemdziesiąt osób w każdym wagonie. Trzeba było
leżeć na swoim bagażu, tych kilku osobistych drobiazgach, które
pozwolono nam ze sobą zabrać. Wagony były do tego stopnia przepełnione,
że tylko przez górne krawędzie okien wpadało do środka szare światło
świtu. Wszyscy spodziewali się, że pociąg zmierza do jakiejś fabryki
uzbrojenia, w której zostaniemy zatrudnieni w charakterze robotników
przymusowych. Nie wiedzieliśmy, czy wciąż jeszcze znajdujemy się na
terytorium Śląska, czy też jesteśmy już w Polsce. Przenikliwy dźwięk
gwizdka lokomotywy sprawiał upiorne wrażenie; był niczym wołanie o pomoc, wyraz współczucia maszyny dla nieszczęsnego ładunku, jaki
przyszło jej wieźć na zatracenie. W pewnym momencie pociąg zwolnił,
najwyraźniej zbliżając się do jakiejś stacji. Wśród zaniepokojonych
pasażerów podniósł się krzyk: "Widać tablice, jesteśmy w Auschwitz!".
Serca wszystkich zamarły na ułamek sekundy. Auschwitz - ta nazwa
zawierała w sobie wszystko, co najgorsze: komory gazowe, krematoria,
masowe mordy. Pociąg nadal się poruszał, wolno, niemal z wahaniem, jakby
chciał jak najdłużej oszczędzić swoim pasażerom bolesnej prawdy: to
rzeczywiście było Auschwitz!
W świetle wstającego dnia oczom naszym ukazały się zarysy olbrzymiego
obozu: ciągnące się w kilku rzędach ogrodzenie z drutu kolczastego,
wieże wartownicze, reflektory, a w tle długie kolumny wynędzniałych
ludzkich postaci, szarych w szarym świetle poranka, zdążających dokądś
po prostych, opustoszałych drogach, dokąd - tego nie wiedzieliśmy. Od
czasu do czasu dobiegały nas pojedyncze okrzyki i rozkazujące gwizdy.
Nie znaliśmy jeszcze ich znaczenia. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy
szubienic z powieszonymi na nich ludźmi. Byłem przerażony, ale to nie
miało znaczenia, jako że odtąd z każdym dniem musieliśmy przyzwyczajać
się do coraz większych i bardziej przerażających potworności.
W końcu wjechaliśmy na stację. Początkową ciszę szybko przerwały głośno
wykrzykiwane komendy. Od tego dnia mieliśmy już stale słyszeć te
szorstkie, nieprzyjemne głosy rozlegające się raz za razem we wszystkich
kolejnych obozach. Brzmiały zupełnie jak ostatnie wołanie ofiary,
istniała jednak pewna różnica. Głosy te były zgrzytliwe, ochrypłe, jakby
wydobywały się z gardeł ludzi nawykłych do krzyku, ludzi mordowanych raz
za razem. Drzwi wagonów stanęły otworem i natychmiast do środka wpadł
niewielki oddział więźniów. Mieli na sobie pasiaki, a ich głowy były
ogolone, wyglądali jednak na dobrze odżywionych. Mówili wszystkimi
możliwymi europejskimi językami, przejawiając pewne poczucie humoru,
które wydawało się groteskowe w zaistniałych okolicznościach. Jak tonący
chwyta się brzytwy, tak mój wrodzony optymizm (który często decydował o moich odczuciach nawet w najbardziej rozpaczliwych sytuacjach) kazał mi
trzymać się kurczowo jednej myśli: "Ci więźniowie całkiem dobrze
wyglądają, wydają się być w dobrych humorach, nawet się śmieją. Kto wie?
Może uda mi się podzielić ich los".
W psychologii istnieje zjawisko znane jako "iluzja odroczenia wyroku".
Na krótko przed egzekucją skazaniec ulega silnemu złudzeniu, że w ostatniej chwili zostanie ułaskawiony. My także czepialiśmy się
rozpaczliwie podobnego złudzenia i do ostatniej chwili wierzyliśmy, że w obozie nie będzie aż tak źle. Już sam widok rumianych policzków i zaokrąglonych twarzy tamtych więźniów wystarczył, aby obudzić w nas
nadzieję. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że należą oni do starannie
wybranej elity, przez lata witającej przybywające każdego dnia nowe
transporty. Zajmowali się nowo przybyłymi i ich bagażem zawierającym
skąpy dobytek, a czasami kilka sztuk przemyconej biżuterii. Auschwitz
musiało być niezwykłym miejscem w Europie ostatnich lat wojny; unikatowe
skarby ze złota i srebra, platyny oraz diamentów trafiały nie tylko do
ogromnych obozowych magazynów, ale też w ręce esesmanów.
Półtora tysiąca nowych więźniów zamknięto następnie w baraku mogącym
pomieścić najwyżej dwieście osób. Byliśmy zmarznięci i głodni. Brakowało
miejsca, aby każdy mógł choćby przykucnąć na gołej ziemi, nie mówiąc już
o położeniu się. Jeden stuczterdziestogramowy kawałek chleba musiał nam
wystarczyć na cztery dni, a mimo to słyszałem, jak starsi rangą
więźniowie pilnujący baraku targowali się z jednym z członków "grupy
powitalnej" o spinkę do krawata, zrobioną z platyny i diamentów.
Większość zapłaty została następnie wymieniona na alkohol - sznaps. Nie
pamiętam już, ile tysięcy marek trzeba było wydać, aby otrzymać ilość
sznapsa wystarczającą, żeby spędzić "wesoły wieczór", wiem jednak, że
tamci więźniowie, od lat przebywający w obozie, rzeczywiście
potrzebowali alkoholu. Kto mógłby ich winić za to, że w podobnych
okolicznościach próbowali się znieczulić? W obozie była jeszcze jedna
grupa więźniów, która otrzymywała od esesmanów alkohol w praktycznie
nieograniczonych ilościach: byli to ludzie pracujący w komorach gazowych
i krematoriach, którzy zdawali sobie sprawę, że pewnego dnia zastąpi ich
nowa zmiana, oni zaś będą musieli porzucić swą wymuszoną funkcję kata i sami stać się ofiarami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki