Czas postprawdy - Ralph Keyes

Kup ebooka

84.00 zł
67.20 zł (67,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Nowy wspaniały świat mediów

Jak to się stało? Czy naprawdę zawiniła technologia? Przecież jeszcze niedawno - bo na przełomie stuleci, kiedy internet szybko zyskiwał na popularności - uważano, że stanie się kluczowym narzędziem poprawiającym jakość naszych demokracji. Połączenie z siecią miało ułatwić samoorganizację obywateli, kontakt z politykami, a także ich kontrolę. Jeszcze w czasie słynnej Arabskiej Wiosny na przełomie roku 2010 i 2011 media społecznościowe z Facebookiem i Twitterem na czele były przedstawiane jako podstawowe narzędzie koordynacji oporu przeciwko dyktatorskiej władzy. W 2008 roku, kiedy o amerykańską prezydenturę walczył Barack Obama, jego kampanię często przedstawiano jako oddolny ruch obywatelski, organizowany między innymi dzięki sieci kontaktów nawiązanych za pośrednictwem sieci.

Zaledwie kilka lat później te same media społecznościowe są przedstawiane jako jedno z głównych zagrożeń dla demokracji. Już po zwycięstwie Donalda Trumpa wyraźnie mówił o nich także sam Barack Obama w wywiadzie dla tygodnika "New Yorker":

Objaśnienie zmian klimatycznych przygotowane przez laureata Nagrody Nobla z fizyki wygląda na naszej stronie facebookowej dokładnie tak samo, jak negacja zmian klimatycznych przygotowana przez kogoś, kogo opłacili bracia Koch [jedni z najbogatszych Amerykanów, znani z inwestowania ogromnych sum we wspieranie amerykańskiej prawicy - przyp. Ł.P.]. Ponadto zdolność do rozprzestrzeniania dezinformacji, szalonych teorii spiskowych czy przedstawiania przeciwników politycznych w skrajnie negatywnym świetle i bez uwzględnienia argumentów przeciwnych - to wszystko przyspieszyło, prowadząc tym samym do większej polaryzacji elektoratu, co z kolei sprawia, że wspólna dyskusja staje się coraz trudniejsza[7].

Były prezydent uchwycił w tej krótkiej wypowiedzi kilka zjawisk, które fundamentalnie zmieniły sposób rozprzestrzeniania się informacji oraz rolę mediów i autorytetów we współczesnym świecie, a co za tym idzie - zmieniły nasze podejście do prawdy oraz fałszu.

Po pierwsze, rozwój internetu dramatycznie obniżył koszty wejścia na rynek medialny i dotarcia nawet do ogromnej publiczności. Dziś popularny bloger lub facebookowicz może mieć większą liczbę odbiorców niż znany dziennikarz lub polityk. Kontrowersyjny youtuber szermujący teoriami spiskowymi - pokroju Mariusza Maxa Kolonki czy Wojciecha Cejrowskiego - swoim amatorskim nagraniem przyciągnie więcej widzów niż film na ten sam temat, wyprodukowany niemałym kosztem przez tradycyjną telewizję informacyjną.

Przez całe dekady to właśnie wielkie organizacje medialne regulowały dostęp do debaty publicznej. Miało to oczywiście swoje wady - nawet interesujący materiał nie miał szans na dotarcie do odbiorców, jeśli nie zauważył go któryś z gigantów - ale i pozytywne strony: materiały publikowali konkretni dziennikarze konkretnych mediów, których można było następnie rozliczyć z prawdziwości podanych informacji.

Nie znaczy to, że wśród tych dziennikarzy nie zdarzali się oszuści. Keyes opisuje chociażby przypadek Jaysona Blaira, byłego "dziennikarza" szacownego "New York Timesa", który sfabrykował dziesiątki reportaży, nie ruszając się z domu. Znakiem czasu jest dla Keyesa fakt, że już po ujawnieniu skandalu, który powinien odsunąć go w niebyt, Blair wydał bardzo popularną książkę opisującą jego "przygody". Zwykle jednak ujawnienie kłamstwa dziennikarza dyskredytowało go osobiście oraz uderzało w pismo, które reprezentował.

Dziś nie ma kogo pociągnąć do odpowiedzialności, bo wiele popularnych - a zarazem fałszywych - historii zamieszczanych jest w sieci anonimowo. Tak było chociażby z najbardziej popularną fałszywą informacją amerykańskiej kampanii wyborczej o rzekomym poparciu, jakiego Donaldowi Trumpowi udzielił... papież Franciszek. Kto powinien ponieść odpowiedzialność za oszukanie milionów odbiorców, którzy w nią uwierzyli? Autor, osoby, które podawały ją dalej, a może właściciele Facebooka, bo pozwolili na jej rozprzestrzenianie?

Rozmycie odpowiedzialności to drugi z poważnych problemów świata mediów w epoce postprawdy. Po zakończeniu kampanii prezydenckiej w USA, kiedy wybuchła debata na temat wpływu fałszywych informacji na decyzję wyborców, wielu komentatorów chciało obciążyć odpowiedzialnością internetowych gigantów, z Facebookiem i Google'em na czele. Skoro te ogromne korporacje zarabiają na rozprzestrzenianiu informacji, niech zadbają, by były to informacje prawdziwe. Szef Facebooka, Mark Zuckerberg, początkowo bagatelizował problem, przekonując, że "99,9% informacji zamieszczanych na Facebooku to informacje prawdziwe"[8]. Pojawiał się również argument zwracający uwagę na to, że - inaczej niż w przypadku tradycyjnych gazet - Facebook nie tworzy żadnych treści, a jedynie pozwala na ich rozprzestrzenianie. Służy więc jako platforma wymiany myśli, a nie informator. Z tej perspektywy karanie Facebooka za fałszywe informacje zamieszczane przez jego użytkowników byłoby więc jak karanie właściciela hotelu za to, że jeden z gości popełnił w pokoju przestępstwo.

Z czasem Zuckerberg zmienił stanowisko i zarówno Facebook, jak i Google zadeklarowały zwiększenie starań w walce z plagą dezinformacji. Będzie to jednak zadanie niezwykle trudne. Przede wszystkim dlatego, że nie każdą informację da się jednoznacznie określić jako prawdziwą lub fałszywą. Stwierdzenie, że papież Franciszek poparł kandydaturę Donalda Trumpa, jesteśmy w stanie jednoznacznie zweryfikować. Ale w przypadku tezy, że Trumpa z pewnością poparłby, dajmy na to, Jan Paweł II lub Ronald Reagan - to już nie takie proste.

Co gorsza, nawet w przypadku łatwych do zweryfikowania tez nie jest jednak powiedziane, że firmy internetowe zechcą pomóc w ich eliminowaniu. Dlaczego? To proste - sensacyjne, kolorowe historie przyciągają odbiorców, którzy spędzają w danym serwisie więcej czasu, podnosząc jego wartość w oczach reklamodawców. Jednym słowem - nieprawda może być doskonałym źródłem zysku[9].

Zysk - oto kolejny, trzeci czynnik mający wpływ na jakość informacji krążących w naszej sferze publicznej. Wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych oraz przeniesieniem wielu serwisów informacyjnych na darmowe portale internetowe, dramatycznie spadły zyski tradycyjnych mediów, na czele z prasą. Dla przykładu, w pierwszym kwartale 2016 roku zyski "New York Timesa" - jednej z najpopularniejszych gazet opiniotwórczych na świecie - wynosiły 51,5 miliona dolarów. W tym samym czasie zysk zanotowany przez Facebooka sięgnął... 1,5 miliarda dolarów[10]. Niewiele wskazuje na to, żeby sytuacja miała się w niedługim czasie zmienić. Notowany od lat spadek czytelnictwa tradycyjnej papierowej prasy nie jest rekompensowany wzrostem czytelnictwa w sieci. Wciąż jedynie niewielki odsetek odbiorców jest gotowych zapłacić za informacje pozyskiwane w internecie. Międzynarodowe badania Reuters Institute for the Study of Journalism wykazały, że w przodującej pod tym względem Norwegii taką wolę wyraziło 15% ankietowanych. W niewiele mniej zamożnej Wielkiej Brytanii - zaledwie... 3%[11].

Zaostrzająca się walka o czytelnika między coraz liczniejszymi podmiotami oraz konieczność reklamowania treści w mediach społecznościowych - gdzie liczy się krótki wyrazisty przekaz - prowadzą do tabloidyzacji i radykalizacji tradycyjnych mediów. To na dłuższą metę strategia samobójcza, ponieważ podważa zaufanie także do tych źródeł informacji, ale niestety taka jest logika systemu. Wspomnieć też należy, że pierwszą ofiarą spadku przychodów tradycyjnych mediów padły media lokalne. A tymczasem to one odgrywają fundamentalną rolę w kontrolowaniu życia politycznego na poziomie lokalnym oraz dostarczają informacji mediom ogólnokrajowym. Kto przejmie ich rolę? Nie wiadomo, ale jak na razie nic nie wskazuje na to, by były to podmioty o większej wiarygodności.

Czy jednak powyższe analizy to przypadkiem nie dowód nieuzasadnionego czarnowidztwa? Przecież, jak już wspomniano, internet dał nam dostęp do niemal nieograniczonych zasobów wiedzy. Czy w całym tym bogactwie nie możemy samodzielnie wyszukać wiarygodnych źródeł? Niestety, to nie takie proste, ponieważ zarówno wyszukiwarki internetowe, jak i media społecznościowe nie dają nam dostępu do wszystkich informacji na równi. W rzeczywistości specjalny algorytm analizuje historię naszej obecności w sieci i na podstawie odwiedzanych stron, oglądanych filmów i obrazów tak dobiera wyniki kolejnego wyszukiwania, by odpowiadały naszemu profilowi. W rezultacie osoba zainteresowana na przykład islamem po wpisaniu w wyszukiwarce hasła "Egipt" dotrze do innych stron niż osoba, która interesuje się, dajmy na to, kulinariami.

Podobnie jest w przypadku Facebooka, który analizuje, jakiego typu informacje wzbudzają nasze największe zainteresowanie, a następnie podpowiada nam podobne treści. W połączeniu z faktem, że nasi znajomi z mediów społecznościowych wyznają zazwyczaj podobne do nas poglądy, prowadzi to do powstania "baniek informacyjnych" - społeczności zamkniętych na odmienne opinie oraz informacje, które mogłyby nadszarpnąć dominujący w danej grupie światopogląd. A zatem zwolennicy jakiejś teorii spiskowej mogą nigdy nie natknąć się na treści, które ją podważają, a sympatycy jakiegoś kandydata - na kompromitujące go materiały.

Szybki wzrost liczby mediów - zarówno tradycyjnych, jak nowych - doprowadził do "przedziałowania" (ang. compartmentalization) społeczeństwa, czyli podzielenia go na grupy żyjące w całkowicie odmiennych uniwersach informacyjnych. To fundamentalna zmiana społeczna. W przeszłości wszyscy obywatele - niezależnie od poglądów - korzystali z pokrywających się źródeł informacji, a tym samym opierali się w swoich przekonaniach na tych samych faktach. Różnili się jedynie w ich interpretacji. Dziś rozmaite grupy mają nie tylko odmienne opinie na temat tych samych faktów, lecz także... znają odmienne fakty. Taki stan rzeczy jeszcze bardziej oddziela od siebie poszczególne zbiorowości, osłabia, rozsadza zaufanie i sprawia, że - jak powiedział cytowany wyżej Barack Obama - wspólna dyskusja staje się coraz mniej prawdopodobna. Oto kolejny paradoks naszych czasów - internet, czyli technologia, która miała zbliżyć nas do siebie w niespotykanym stopniu, w pewnym sensie jeszcze bardziej nas od siebie oddala.

Stare łączy się z nowym

W swojej książce Keyes dostrzega zalążki opisanych wyżej zjawisk, które kilkanaście lat później wybuchły z całą mocą. Z oczywistych względów nie analizował wpływu mediów społecznościowych, ale dostrzegł powstawanie "baniek informacyjnych" oraz prawdziwy wysyp teorii spiskowych, jakie pojawiły się po zamachach na World Trade Center z 11 września 2011 roku.

"W Internecie nie ma czegoś takiego, jak zbyt grubymi nićmi szyta pogłoska albo zbyt paranoiczna teoria", pisze Keyes. "Po zawaleniu się wież World Trade Center natychmiast pojawiły się domysły na ten temat przekazywane jako fakty. [...] Zamieszczano zmanipulowane zdjęcia, w tym jedno, które miał zrobić turysta z tarasu widokowego pierwszej wieży i na którym rzekomo widać samolot chwilę przed uderzeniem w drugą wieżę. (W rzeczywistości taras widokowy był wówczas zamknięty). Na innym zdjęciu dopatrzono się "twarzy diabła" w obłoku dymu wznieconym przez katastrofę. Późniejsze doniesienia zapewniały internautów, że [...] pewnemu mężczyźnie uwięzionemu na jednym z najwyższych pięter walącej się wieży udało się bezpiecznie dotrzeć na ziemię na opadających szczątkach i że cztery tysiące Żydów pracujących w World Trade Center wiedziało, co się wydarzy 11 września, i zostało tego dnia w domach"[12].

Do jednej z tego rodzaju teorii odwoływał się między innymi Donald Trump, który jeszcze na początku kampanii prezydenckiej w listopadzie 2015 roku przekonywał swoich zwolenników, że po zamachach na WTC w sąsiadującym z Nowym Jorkiem New Jersey widział "tysiące, tysiące wiwatujących ludzi" wyznania muzułmańskiego. Trump nie przedstawił oczywiście żadnych dowodów, a jego absurdalne twierdzenie dyskredytowały następnie zarówno tradycyjne media, jak i portale fact-checkingowe. Bezskutecznie - jawne kłamstwo nie nadwątliło popularności Trumpa.

Innym kłamstwem powtarzanym od lat, które okazało się odskocznią Trumpa do kariery politycznej, był tzw. spór o urodzenie (ang. birther controversy). Republikanin przez lata utrzymywał, że prezydent Barack Obama nie urodził się na terenie Stanów Zjednoczonych, a w związku z tym sprawuje swój urząd nielegalnie. A kiedy prezydencka administracja ujawniła akt urodzenia Obamy, Trump przez kolejne lata, także jako kandydat na prezydenta, podważał autentyczność dokumentu. Twierdził, że jego wątpliwości podziela "wielu ludzi", że swoje informacje czerpie z "wiarygodnych źródeł" i że wkrótce ujawni nieznane do tej pory fakty. Jak łatwo się domyślić, żadnych nowych informacji nie ujawnił i ostatecznie publicznie przyznał, że "Prezydent Obama urodził się w Stanach Zjednoczonych i kropka". Następnie o wywołanie kontrowersji dotyczących miejsca urodzenia prezydenta oskarżył... Hillary Clinton - kolejne kłamstwo, które natychmiast zostało mu wytknięte. Znów bezskutecznie. W epoce postprawdy większe znaczenie mają bowiem uczucia niż obiektywne fakty.

Niektórzy twierdzą, że to doskonały dowód śmierci tradycyjnych mediów. Taki polityk jak Trump rzekomo już ich nie potrzebuje, ponieważ ze swoimi sympatykami komunikuje się bezpośrednio za pomocą Twittera. To zdecydowanie zbyt uproszczony obraz sytuacji. Po wyborze na prezydenta Stanów Zjednoczonych na Twitterze polityka śledzi nieco ponad 30 milionów osób. W czasie kampanii wyborczej było to kilkanaście milionów. Liczba imponująca, ale - nawet gdyby wszyscy oni oddali głos na Trumpa - to wciąż zbyt mało, by zwyciężyć w wyborach.