O CHCIWCU Z KWIATEM PAPROCI I O SKARBIE ZAKLĘTYM
W końcu ludnej wioski stała uboga chatka, a w tej chatce mieszkał samotnie rolnik na ogrodzie, który więcej ziemi brać nie chciał, bo do pracy był leniwy, a w głowie ciągle mu się roiło, że ponieważ był chciwy, musi więc gdziekolwiek skarb zaklęty znaleźć i nagle bogatym zostać... zwano go więc chciwcem. O milę od wioski, wśród łąk bagnistych, był las ponury i nieprzebyty, przez nikogo prawie niezwiedzany, gdyż był zaklęty. Jednego razu powracając chciwiec z igrzyska, zbił się z drogi, zaczął po nocy błądzić i przypadkiem zaszedł do tego właśnie lasu, którego nikt z trzeźwych nigdy się odwiedzać nie odważał. Spojrzy... aż przez gałęzie jakieś światło miga. Zrazu sądził, że gdzieś w pobliżu musi ktoś mieszkać albo że nocleżnicy ognisko rozniecili. Przedziera się więc przez gęste zarośla i uszedłszy cokolwiek, stanął jak wryty... Z małego wądołu, z ziemi, wychodzi płomyk bladawy, lecz ani suchej trawy, ani mchu i gałęzi, spod których się wydostaje, nie zapala. Chciwiec przeląkł się okropnie, zawrócił się, drapnął i ani się obejrzał, jak w swej chatce stanął. Nazajutrz rozpowiedział to sąsiadom; jedni śmiali się z niego, dowodząc, że mu się to przywidziało; inni twierdzili, że to rzeczywiście przytrafia się na opuszczonych siedzibach i cmentarzach; niektórzy zaś upewniali, że w tym miejscu musi być skarb zaklęty i gdyby był nie uciekał, ale je czymkolwiek oznaczył, pewnie by go później wykopał i bogatym został.
- A, więc to był skarb! - zawołał chciwiec i odtąd ciągle o tym tylko myślał, jakby go odszukać i zagarnąć, choćby na duszę wziąć przyszło.
Gdy tak o zmroku na dziedzińcu swego domku rozważa, nagle coś w studni zaszumiało, wyskoczył z niej jakby cień jaki i zjawia się przed nim diabeł, w opiętych spodeńkach, w kusym fraczku, w stosowanym kapeluszu na głowie, z wystającym nieco spod pół fraku ogonem, którym nieznacznie takt wybija. Chciwiec poznał, co to za jeden, strwożył się więc niezmiernie, pot mu wybił z czoła, w oczach się zaiskrzyło, w uszach zaszumiało; ale ochłonąwszy nieco, zapytał:
- Kto jesteś?
- Nie tutejszy.
- Skądże?
- Z daleka.
- Cóż tu porabiasz?
- Jestem pełnomocnik mego pana i do dóbr jego dusze zakupuję.
- Więc bogatemu służysz panu?
- I jak jeszcze! Miliony milionów dusz posiada i ciągle mu więcej ich przybywa!
- I wszystkie za pieniądze nabywa?
- Najwięcej za pieniądze, ale niekiedy i darmo się dostają; wszystkie jednak nic dobrego: leniwe, dumne, chciwe, pijane, szulerskie, lubieżne, złośliwe, przedajne...
- Na cóż takie ladaco bierze?
- Innych nie ma, a te, co są lepsze, dostają się komuś lepszemu.
- Więc dużo macie pieniędzy?...
- U mnie i u mego pana, pieniądze... to trzaski, trzaski... to pieniądze.
- Czy nie mógłbyś mnie cokolwiek udzielić?
- A chcesz się do mego pana na wieczną służbę dostać?...
- Wieleż za to otrzymam pieniędzy?
- Ile zechcesz.
- Może nie masz ich przy sobie i przyjdzie się daleko iść po nie?
- W tutejszym lesie, za waszą wioską, jest skarb zaklęty; wszystko, co tam znajdziesz, zabierzesz sobie, a jak go znaleźć, dowiesz się u czarownicy, która niedaleko stąd mieszka... Bywaj zdrów!
- Z Bogiem!
Na te słowa diabeł na łokieć w górę podskoczył, zgrzytnął zębami, w powietrzu koziołka wywinął, wyciął się jak kamień o ziemię, że aż płomień buchnął, i zniknął. Chciwiec ze strachu ledwie zdołał się przeżegnać, trzykrotnie plunął po za siebie i palce w figę ułożył, żeby mu zły duch zaszkodzić nie mógł. Potem nad wszystkim, co widział i słyszał, zaczął się zastanawiać i nazajutrz udał się do owej czarownicy po radę. Domek czarownicy stał w odludnym miejscu, na lecącym piasku, przy drodze rozstajnej; ani tam trawki zielonej, ani źdźbła zboża, ani biednego nawet drzewka; tylko piołun, bylica, osty i łopuchy rosną. Kiedy chciwiec zbliżył się do tego domku, opadło go całe stado srok, wron i kruków, z przeraźliwym wrzaskiem, ze złowieszczym krakaniem, aż mu mrowie po skórze przeszło. Chcąc je odstraszyć, chwycił za kamień i cisnął na nie; ale kamień poleciał w przeciwną stronę i uderzył go w czoło. Chciwiec uchwycił się ręką za czoło, a tymczasem wszystkie leżące po drodze krzemienie tak przeraźliwie śmiać się zaczęły, że wyszedłszy z cierpliwości, zaczął je deptać nogami, co postrzegłszy, czarownica wronim głosem zakrzyczała:
- Nie krzywdź moich dzieci!
- Niech się nie śmieją ze mnie, bo przyszedłem za interesem do ciebie.
- Czegóż chcesz, młokosie?
Spojrzy chciwiec, aż czarownica rozmawia z nim, do połowy wylazłszy z komina.
- Jakże dostanę się do ciebie, kiedy w mieszkaniu ani drzwi, ani okien nie ma? - zapytał chciwiec.
- Przez komin - odpowiedziała czarownica.
- Nie umiem latać, ja zawsze trzymam się ziemi...
- Wejdź więc przez otwór pod ścianą, ale najpierw ubierz się jak należy: włóż wszystko na wywrót i stanąwszy na czworaku, pełznij tyłem.
Wszedłszy tym sposobem do mieszkania, chciwiec dziwne ujrzał tam rzeczy, po izbie ptasze nóżki biegają, skrzydełka latają, główki z różnymi dziobkami na żerdkach siedzą, a wszystko wrzeszczy, piszczy, szczebioce! Czarownica głosem jastrzębim krzyknęła, hałas wnet ucichł, po czym zapytała:
- Po co przyszedłeś?
- Naucz, kumo, jak skarb odszukać i wykopać...
- Dojedliście już mnie z tymi skarbami... u każdego z was w sercu, myśli i słowie tylko złoto i złoto!... Wreszcie niech i tak będzie, wszakże to najpewniejsza wędka na zgubę duszy, będziesz je więc miał, dla przekonania się jednak, czy masz potrzebną cierpliwość i wytrwałość, odbądź najpierw trzy próby; oto na paznokciu serdecznego palca nanoś mi wiadro wody.
Chciwiec zaczął nosić i nanosił.
- Dobrze!... Zbierz teraz piasek przed moim mieszkaniem i kładąc ziarnko na ziarnku, wznieś słup pod mój komin wysoki, a wiatr ani jednego ziarnka zwiać nie powinien...
I to wykonał.
- Pójdźże teraz i policz, ile jest liścia w tym lesie...
Poszedł chciwiec do lasu, usiadł pod drzewem i zaczął rozważać o trudności zadania czarownicy... wtem tuż przy sobie posłyszał pisk ptasząt. Były to małe sikorki, siedzące w malutkim swym gniazdku, które wygłodziwszy się po odlocie swej matki, zaczęły ją piskiem nawoływać. Chciwiec zły sam na siebie, że liści przeliczyć nie zdoła, zerwał się z miejsca, chcąc pisklęta z gniazdka powybierać i główki im poodrywać. Biedaczki, jakby zamiar jego odgadły, nagle ucichły i wyciągnąwszy nieopierzone jeszcze główki, do gniazdka przypadły, tuląc się wzajem ku sobie. Chciwiec jedno z piskląt wybrał, główkę między palce ujął i już miał ją oderwać... gdy wszystkie tak żałośnie zapiszczały, że matka wnet nadleciała, ponad swym gniazdkiem krążyć zaczęła i błagając o litość, rzekła:
- Daruj tym pisklętom życie!... Może ci się przydam w jakiej przygodzie.
- Przelicz, ile jest w tym lesie liścia na drzewie.
- Przeliczę... połóż tylko do gniazdka moją malutką, nie odchodź i karm moje pisklęta muszkami.
I poleciała. Do lasu zleciało się wnet mnóstwo sikorek; latają, snują się, po gałązkach skaczą. Za godzinę przylatuje sikorka i powiada:
- Dziękuję ci, dobry człowieku, ja z siostrami policzyłam liście, wszystkich ich w tym lesie jest milion milionów, połowa tego i ćwierć tej połowy, a kto by nie wierzył, może sam rachunek ten sprawdzić.
Poszedł chciwiec do czarownicy i kiedy wymienił jej tę liczbę, z dodaniem, że kiedy nie wierzy, może sama ten rachunek sprawdzić... nadzwyczaj się zdziwiła i rzekła:
- Zuch z ciebie, chciwcze! Właśnie taka jest liczba; zróbże tak, w przeddzień św. Jana pójdź do bliskiego gaju, gdzie paproć rośnie; podściel pod gałązki chusteczkę i czekaj; zacznie ciebie sen morzyć i pokażą się różne strachy, ale staraj się nie spać i nie lękaj się widziadeł. Na paproci błyśnie jakby gwiazdka jaskrawa... to kwiat jej. Nie bierz go ręką, ale strząśnij na chusteczkę, zawiń i idź do domu. Za pomocą tego kwiatu panem skarbu zostaniesz, tylko pamiętaj, żebyś niosąc go do domu, nie obejrzał się po za siebie, bo pieniądze obróciłyby się w trzaski.
Chciwiec czarownicy podziękował, wyszedł od niej tymże, co wszedł, sposobem i do domu powrócił. W przeddzień św. Jana, kiedy Kupałę obchodzą, o południu, chciwiec poszedł do gaju, położył się w paproci i przespał do wieczora. O zachodzie słońca poszedł do zdroju, umył się, przetarł dobrze oczy i wszedłszy znów do paproci, zaczął pilnie na jej liście patrzyć. Co chwila zdaje mu się, że już północ, że natychmiast zaiskrzy się kwiat paproci. Po niejakim czasie nagle zapukały sowy, zaszeleściły nietoperze, zaskrzeczały ropuchy, zasyczały węże! Chciwiec zadrżał, ale bojaźń pokonał; razem wszystko ucichło i nastała cisza grobowa. Nowy strach przejął chciwca, znowu go jednak przemógł, wzrok natężył i na paproć patrzy. Nagle na twarz jego, po której się pot bujnymi kroplami staczał, powiał wietrzyk świeży, liście na drzewach zaszeleściły, zachwiały się łodygi paproci i na jednej z nich błysnęło słonecznej jasności drobniutkie światełko. Chciwiec ukląkł, rozesłał chusteczkę i ostrożnie potrząsł gałązkę paproci, światełko jak gwiazdka zamigało, ale nie spadło; strząsnął powtórnie... poruszyło się, spadło z jednej gałązki na drugą i przylgnęło do niej; strząsnął jeszcze mocniej, światełko potoczyło się jakby iskierka drgająca, zawisło na ząbku listka i zatrzymawszy się przez chwilkę, na chustkę spadło. Chwycił chciwiec chustkę za rogi, mocno je związał, w zanadrze schował i z bijącym z radości sercem do domu pobiegł. Zostawszy właścicielem kwiatu paproci, chciwiec stał się zupełnie innym człekiem, jakby ciemna zasłona spadła mu z oczu i nagle przejrzał; otrzymał wiedzę wszystkiego złego i dobrego, wszystkie tajemnice przyrodzenia stanęły mu otworem; umiał czary zadawać i odrabiać, rozumiał rozmowy zwierząt, ptactwa, roślin i gwiazd nawet, które z nieba mógł dostawać; we wszystkie postacie mógł siebie i innych przemieniać, a niezliczone skarby w ziemi tak dobrze widział, jakby we własnej szkatule. Postrzegłszy więc skarb zaklęty w owym lesie, gdzie pierwej jeszcze płomyk widział, o innych, szacowniejszych darach cudownego kwiecia zapomniał, chwycił rydel na ramię, a za pas siekierę; przybył do lasu na skarb zakopany i skoro pierwszy raz rydlem silnie kopnął, ziemia, jakby pierś żyjąca, zadrżała i pod nią głucho i przeciągle jęknęło, po czym w tysiącu miejscach, blisko i w oddali, odezwały się dzikie, przeraźliwe głosy, wycie wilków, skomlenie psów, sykanie węży i miauczenie kotów. Chciwca przeszło mrowie po ciele, pot wystąpił bujnymi kroplami; ale strach przemógł i drżąc cały, dalej kopać zaczął. Po chwili rozległ się tuż nad nim szczęk pałaszy i krzyk rozjuszonego żołdactwa: uciekaj! rznij! kol! rąb! Chciwiec ani się obejrzał... kopał i kopał. Lecą tysiące koni z uprzężą; konie unoszą, wierzgają, bicze klaskają, furmani krzyczą: z drogi! z drogi! stratujem!... Kiedy i to zaciekłego odkopywacza skarbu nie odstraszyło, ze świstem i sykiem rzuciły się rojami węże i gadziny, sięgają żądłami, ciskają jadem! I to nie zdołało przestraszyć i odegnać chciwca; wkrótce rzuciły się nań potwory: czarownicy z wywalonymi na wierzch białkami, olbrzymy jak dęby z sękatymi drągami, barczyste karły z głowami jak ceber, tułowia bez rąk i nóg, różne poczwary z okropnymi paszczami; wszystko to rwie się, rzuca się, szamoce, zgrzyta i woła: bierz, łap, rwij go w szmaty! Chciwiec jeszcze raz przemógł strach okropny i nie ustaje w robocie. Nagle wszystkie te potwory zniknęły i w całym lesie grobowa cisza nastała... jakby anioł śmierci przeleciał. Chciwiec odetchnął i jął dalej kopać. Jednym razem rydel uderzył o coś twardego, brzęknęło, płomieniem buchnęło i zgasło. Był to okropny kocioł z żelaznym wierzchem, mocno zalutowany. Chciwiec rozbił go siekierą, nowiutkie złoto błysnęło, zamigotały holenderskie dukaty, zaczął je skwapliwie sypać do wora, napełnił go, ile mógł udźwignąć, znów zasypał ziemią kocioł, zarównał miejsce, mchem i liściem przykrył i worek ze złotem wziąwszy na barki, spiesznie do domu poszedł. Idzie, idzie, wtem ledwie wyszedł z lasu, słyszy tętent konnej pogoni za sobą; przemienił więc worek ze złotem w kłodę, sam stał się grzybem osowikiem przy niej i czeka, co będzie. Na czarnych koniach lecą murzyni, białkami oczu strasznie migają, obnażonymi pałaszami machają, pędzą śladem, ale ten przy kłodzie zniknął nagle.
- Zniknął! - krzyknęli murzyni, zgrzytnąwszy zębami; koło kłody pohasali i na powrót pojechali. Kłoda znowu stała się workiem z pieniędzmi, a osowik chciwcem. Chciwiec pochwycił worek i pobiegł... Już był w pół drogi, kiedy znowu pędzący konno oddział za sobą posłyszał, a byli to Tatarzy; policzki wydęte, oczy małe, wklęsłe, migające spoza płaskiego czoła, czapki kosmate, łuki napięte, strzały zatrute. Z daleka zobaczyli uciekającego chciwca, z piskiem rzucili się na niego, by go stratować. Chciwiec, posłyszawszy nadbiegających, przemienia siebie w dąb, worek w ul, a pieniądze w pszczoły. Tatarzy do dębu nadbiegli, zatrzymali się; patrzą... zbiega nie ma...
- Trzeba - rzekł jeden - choć miodu z ula dostać.
Pszczoły nagle zahuczały, rojem się wysypały i konie kąsać zaczęły. Konie wierzgnęły, na kieł wzięły i na powrót jeźdźców poniosły. Chciwiec pobiegł dalej. Już był blisko swej wioski, kiedy nowa pogoń już, już zdawała się go dopędzać... a byli to Turcy; wrzeszczą po bisurmańsku, w gębie u każdego kindżał, w ręku krzywa szabla, głowy w Zawojach, a spod brwi nawisłych błyszczy wyraz okrucieństwa. Chciwiec, posłyszawszy ich hałas, rzucił przed siebie kamień biały. Kędy potoczył się kamień, popłynęła kręta rzeka; chciwiec zniknął nagle, przy brzegu zaś tej rzeki pływa łódka, a pod łódką, na dno oparty, stoi bucz pełny żółtych karasi. Łódka... to chciwiec, bucz z karasiami... to worek z pieniędzmi. Turcy nie odgadli tego, postali nad brzegiem, popatrzyli na wodę i powrócili. Nie ucichł jeszcze tętent kopyt, nie opadła kurzawa, a chciwiec znowu biegł co siły. Wtem tuż za nim wrzasnął głos znajomy, jakby najbliższego mu sąsiada.
- Chciwcze, zaczekaj! znaida po połowie! podzielim się!...
Chciwca jakby kto wrzątkiem oblał... nie ogląda się jednak; bieży a bieży i już prawie na progu swej chatki staje, wyciąga rękę do klamki, wtem worek na plecach przedziera się u spodu, dukaty z brzękiem sypnęły się na ziemię, chciwiec obejrzał się... Przed nim stoi diabeł znajomy, który gdy mu w oczy spojrzał, tak okropnym parsknął śmiechem, że na chciwcu włosy dębem stanęły, zbladł jak chusta i padł zemdlony, a kiedy po zapianiu rannych kogutów ocucił się, zajrzał natychmiast do leżącego przy nim worka i cóż w nim znalazł?... trzaski! I tak, poniósłszy tyle trudów, doznawszy tyle niebezpieczeństw, musiał na koniec chciwiec obejrzeć się po za siebie i wszystko, za czym się tak skwapliwie uganiał, jak cień zniknęło, a żal tylko i rozpacz zostały. Że zaś przy tym z zanadrza zgubił ów cudowny kwiat paproci... nie tylko więc uprzednią wszechwiedzę stracił i nie posiadał już własności widzenia ukrytych w ziemi skarbów, ale też tak zgłupiał, że i trzech przeliczyć nie umiał i odtąd już nie chciwcem, ale półgłówkiem był zwany.