Czułem, że zaczyna mnie ogarniać niepokój i poczucie bezradności. Jak co wieczór w tamtym czasie podczas jazdy do domu po długim dniu pracy, wybrałem numer i czekałem, aż automat bankowy poda mi stan firmowego konta.
Serce waliło mi jak młotem, a informacja nie była wcale zaskakująca.
Debet.
Po co w ogóle jeszcze to sprawdzałem? Debet na koncie firmowym mieliśmy już od dwóch tygodni.
Jednak z jakiegoś powodu wciąż wybierałem ten głupi numer z nikłą nadzieją na to, że sytuacja jest lepsza, niż była w rzeczywistości.
Kiedy zakończyłem połączenie, poczułem na swoich barkach przygniatający ciężar i rozpłakałem się.
Miałem 31 lat. Moja firma była na skraju bankructwa. Moja rodzina cierpiała. A jako facet, który postrzega siebie jako kogoś, kto ma rozwiązywać problemy, nie miałem już pomysłów.
Po policzkach spływały mi łzy.
Wiedziałem, że kiedy za kilka minut wejdę do domu, moja żona Nikki pewnie nawet nie zada mi zwyczajowego pytania: "Jak było w pracy?".
Wiadomo, niektórych pytań po prostu lepiej nie zadawać. Moja żona to rozumiała. Przyzwyczaiła się już do zmęczenia w moich oczach i zmartwienia na moim obliczu. Mój ból stał się bardzo widoczny.
Tak właśnie wyglądało życie faceta od basenów w styczniu 2009 roku...
Jak zostałem "gościem od basenów"
Kiedy w 2001 roku skończyłem studia na Uniwersytecie Zachodniej Wirginii, miałem prosty plan: przejść rozmowę kwalifikacyjną i dostać etat.
Byłem już wtedy żonaty i miałem pierwsze dziecko, Danielle (teraz mamy ich czworo).
Początkowo mój plan się ziścił. Znalazłem firmę, która wydawała się idealna dla mnie, zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną i natychmiast dostałem propozycję pracy. Nikki i ja zapakowaliśmy córeczkę do fotelika, nasz niewielki dobytek do przyczepki i wyruszyliśmy w kierunku Waszyngtonu, ponieważ miałem rozpocząć pracę w północnej części stanu Wirginia, w miejscowości Vienna.
Wkrótce okazało się niestety, że moja nowa praca nie jest tak wspaniała, jak mi się wydawało. Co gorsza, moja żona nie znosiła waszyngtońskich korków. Dlatego zanim na dobre się zadomowiliśmy, opuściliśmy to miejsce i wróciliśmy tam, gdzie dorastaliśmy - w okolice zwane Northern Neck - żeby zebrać siły i zastanowić się nad tym, co robić dalej.
W tym czasie moi dwaj dobrzy przyjaciele, Jim Spiess i Jason Hughes, założyli firmę zajmującą się instalacją przydomowych basenów - River Pools and Spas - i byli akurat na etapie organizowania małego sklepu handlującego jacuzzi, akcesoriami do basenów i tym podobnym asortymentem w urokliwym miasteczku o nazwie Warsaw, w stanie Wirginia.
Ponieważ wiedzieli, że sami będą zajęci instalowaniem basenów u klientów i potrzebują kogoś do prowadzenia sklepu, Jim i Jason zaproponowali tę posadę mnie.
Odpowiedź, jakiej im wtedy udzieliłem, dobrze oddaje mój ówczesny stan ducha: "Pewnie, chętnie wam pomogę, dopóki nie znajdę sobie jakiejś roboty".
To zdanie, z którego do dziś się śmieję.
Wiadomo, nikt przecież nie mówi: "Kiedy dorosnę, chcę być gościem od basenów".
Z pewnością nigdy nie widziałem siebie w tej roli, kiedy byłem młodszy ani kiedy kończyłem studia. Ale życie pisze zabawne scenariusze.
Kiedy zacząłem pracę w River Pools, szybko zorientowałem się, że niewiele wiem o tej branży. To, że "umiesz pływać", nie było zbyt pomocne w sprzedaży jacuzzi, chemii do basenów itp.
A więc zrobiłem to, co zawsze robię - zacząłem się uczyć. Czytałem. Studiowałem. Wgryzałem się w tę branżę. Nie wiedziałem, jak długo będę gościem od basenów, ale wiedziałem, że nie chcę wyjść na głupka przed klientami.
Wkrótce wiedziałem już sporo o basenach i wannach spa. Kiedy Jim i Jason przychodzili do sklepu, urządzałem im testy z marek jacuzzi, charakterystycznych cech, najważniejszych elementów i innych tematów. Po krótkim czasie uświadomili sobie, że dobrze się orientuję w asortymencie, którym handlowaliśmy. Klienci też to widzieli, bo kiedy mieli pytanie, zwykle znałem na nie odpowiedź. A jeśli jej nie znałem, tak bardzo mnie to męczyło, że musiałem ją poznać, żeby wiedzieć przy następnej okazji.
Z tego powodu Jim i Jason uznali, że będę doskonałym wspólnikiem w ich firmie, więc po sześciu miesiącach pracy zaproponowali, żebym dołączył do ich zespołu na stałe.
Nie mając pojęcia, jak to wpłynie na moje życie, po prostu powiedziałem: "Tak".
Był rok 2001.
2001 do 2008: Fałszywa gospodarka
Rozwijanie firmy nigdy nie jest łatwe. Nie ma znaczenia dziedzina, branża czy obszar - to po prostu nie jest łatwe.
Nie było to też łatwe na początku istnienia firmy River Pools and Spas.
Były sukcesy i były porażki.
Było wiele dobrych dni, było też wiele złych.
Ale jedno wiem na pewno - gospodarka amerykańska w tamtym okresie (szczególnie rynek nieruchomości) funkcjonowała tak, że każdy, kto działał w branży budowlanej czy remontowej, mógł rozwinąć działalność i godnie żyć, nawet jeśli nie był przesadnie dobry w tym, co robi.
Dla River Pools and Spas silna gospodarka oznaczała, że wartość nieruchomości niebotycznie wzrastała, co z kolei sprawiało, że prawie każdy (kwalifikował się każdy, kto tylko miał wyczuwalne tętno) mógł otrzymać drugi kredyt hipoteczny albo linię kredytową pod zastaw domu.
Innymi słowy, przez pierwsze siedem i pół roku XXI wieku każdy mógł dostać kredyt na przydomowy basen.
Jeśli tylko ktoś (gość od basenów) potrafił go sprzedać, klienci (właściciele nieruchomości) mogli znaleźć instytucję, która pomoże im go sfinansować.
Kiedy spojrzeć wstecz, nie świadczy to zbyt dobrze o systemie gospodarczym naszego państwa, ale wtedy tak było. I wszyscy stali się częścią tego systemu, włącznie z mówiącym te słowa.
2008: koła zaczynają odpadać
Rok 2008 zaczął się bardzo obiecująco. Nasza firma miała za sobą już wiele upadków i wzlotów, a perspektywa udanego roku dodawała mi energii.
Nareszcie wydawało się, że los się odmieni i wygenerujemy na tyle duże przychody, żeby wejść w martwy sezon z wystarczającą kwotą pieniędzy na koncie. (W Wirginii sezon na instalację basenów trwa od marca do września).
W połowie lata tamtego roku mieliśmy wyższą sprzedaż niż kiedykolwiek wcześniej. Pamiętam, jak patrzyłem w kalendarz z myślą: "Wow, sprzedaliśmy tyle basenów, że będziemy je instalować jeszcze przez dwa miesiące - to nadzwyczajne!".
Ale wtedy, jak grom z jasnego nieba, na który nikt nie był przygotowany, we wrześniu gospodarka naszego kraju się zawaliła.
Bank Lehman Brothers zbankrutował.
Na giełdzie nastąpił krach.
John McCain i Barack Obama prowadzili kampanię i debatowali na temat możliwych sposobów na uratowanie upadających banków.
To była reakcja łańcuchowa, a stan gospodarki pogarszał się z dnia na dzień.
W ciągu 48 godzin od krachu na giełdzie pięciu naszych klientów, którzy wpłacili już zaliczki na montaż basenów zaplanowany na zimowe miesiące, zgłosiło się do nas z informacją w tonie: "Bardzo się martwimy tym, co się dzieje w gospodarce i wobec tego nie możemy zrealizować naszego projektu".
Przy średnim koszcie instalacji basenu wynoszącym około 50 tysięcy dolarów oznaczało to, że ponieśliśmy straty w wysokości 250 tysięcy dolarów, i to w ciągu 48 godzin.
Powiedzieć, że to był wstrząs, to nic nie powiedzieć.
W następnych miesiącach sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej. Nasze środki z oszczędności, a później też z kredytów zostały wyczerpane.
W grudniu 2008 roku musieliśmy powiedzieć pracownikom, żeby zostali w domach, bo nie było już dla nich pracy.
W styczniu 2009 roku na naszym firmowym koncie pojawił się debet.
Sprawy miały się tak źle, że wraz ze wspólnikami odbyliśmy wiele spotkań z doradcami biznesowymi, podczas których mimo dobrych chęci i zamierzeń słyszeliśmy, że nadszedł kres firmy River Pools and Spas.
Nadszedł czas na ogłoszenie upadłości.
To była gorzka pigułka. W poprzednich ośmiu latach włożyliśmy w tę małą firmę wszystko, co mieliśmy, a teraz mieliśmy stracić nie tylko ją, ale również nasze domy, kredyty i jakąkolwiek przyszłość finansową.
Dlatego właśnie płakałem w samochodzie w późny styczniowy wieczór 2009 roku - debet na koncie, pracownicy w domach z nieuchronną wizją bankructwa.
Bez wątpienia był to ciemny i trudny okres w moim życiu.