Prolog
ZA WSZELKĄ CENĘ
Były pracownik wyższego szczebla w Facebooku twierdzi, że trzy największe obawy Marka Zuckerberga były
następujące: że strona zostanie zhakowana, jego pracownicy doznają
fizycznych obrażeń oraz że pewnego dnia jego sieć społecznościowa
zostanie zdelegalizowana przez organy regulacyjne.
9 grudnia 2020 roku o 14.30 ta ostatnia obawa nabrała charakteru
bezpośredniego zagrożenia. Federalna Komisja ds. Handlu (Federal Trade
Commission, FTC) i niemal wszystkie stany pozwały Facebooka do sądu za
szkody poczynione jego użytkownikom i konkurencji, wnosząc o likwidację
firmy.
Na ekranach kilkudziesięciu milionów smartfonów zamigotały powiadomienia
o gorącym temacie. Stacje CNN i CNBC przerwały bieżące programy, żeby
przekazać tę wiadomość. Czasopisma "Wall Street Journal" i "New York
Times" wrzuciły na swoje strony internetowe wielkie banery z krzykliwym
nagłówkiem.
Chwilę później prokurator generalna stanu Nowy Jork, Letitia James,
której biuro koordynowało ponadpartyjną koalicję czterdziestu ośmiu
prokuratorów generalnych, zwołała konferencję prasową1.
Przedstawiła na niej najbardziej zdecydowaną ofensywę rządową skierowaną
przeciwko firmie od czasu rozbicia AT&T w 1984 roku. Jej słowa były
ewidentnym aktem oskarżenia wobec całej historii Facebooka, w szczególności zaś jego liderów, Marka Zuckerberga i Sheryl
Sandberg2.
"Ta historia sięga początków Facebooka i jego założenia na Uniwersytecie
Harvarda", powiedziała James. Przez lata Facebook stosował bezwzględną
strategię "wykup lub zniszcz" (buy-or-bury), aby eliminować firmy
konkurencyjne. W konsekwencji powstał potężny monopolista siejący
zniszczenie na wielką skalę. Firma naruszała prywatność swoich
użytkowników i wywołała epidemię toksycznych, szkodliwych treści
docierających do trzech miliardów ludzi. "Wykorzystując ogromne zasoby
danych i pieniędzy, Facebook niszczył lub osłabiał wszystko, co
postrzegał jako potencjalne zagrożenie", twierdziła James. "Ograniczali
konsumentom wybór, tłamsili innowacyjność i obniżyli próg ochrony
prywatności milionów Amerykanów".
Wymieniany w pozwie z nazwiska ponad sto razy Mark Zuckerberg został
przedstawiony jako łamiący zasady założyciel firmy, który osiągnął
sukces, zastraszając i oszukując. "Jeżeli wkroczyłeś na teren Facebooka
albo opierałeś się przed wykupieniem, Zuckerberg włączał "tryb
zniszczenia", a twoją firmę spotykał "gniew Marka"", mówiła prokurator
generalna, cytując e-maile konkurencyjnych firm i inwestorów. Tak bardzo
bał się przegrać z konkurencją, że "dążył do tego, żeby niszczyć i wdeptać w ziemię, zamiast pokonywać zagrożenie ze strony konkurencji
lepszą, bardziej innowacyjną ofertą". W dalszej części powództwa
przekonywano, iż Zuckerberg szpiegował konkurencję i złamał obietnice
złożone założycielom Instagrama oraz WhatsAppa wkrótce po nabyciu tych
start-upów.
Zuckerbergowi od początku towarzyszyła Sheryl Sandberg, wcześniej w kadrze kierowniczej Google'a, która przekuła jego technologię w przynoszący krocie biznes reklamowy, opierający się na równie
innowacyjnym jak groźnym "śledzeniu" użytkowników, by zdobyć ich
prywatne dane. Działalność reklamowa Facebooka opierała się na
niebezpiecznym sprzężeniu zwrotnym: im więcej czasu użytkownicy spędzali
na portalu, tym więcej danych Facebook pozyskiwał. Przynętą był darmowy
dostęp, lecz użytkownicy ponosili wysokie koszty pod innymi względami.
"Ludzie nie płacą gotówką za korzystanie z Facebooka. Wymieniają
natomiast za dostęp do jego usług swój czas, uwagę i dane osobiste",
czytamy w powództwie.
Była to biznesowa strategia wzrostu za wszelką cenę, a nikt w branży nie
dorównywał Sandberg, jeśli chodzi o skalowanie tego modelu. Świetnie
zorganizowana, o analitycznym umyśle, pracowita i dysponująca
znakomitymi umiejętnościami interpersonalnymi Sandberg stanowiła idealną
przeciwwagę dla Zuckerberga. Nadzorowała wszystkie działy, które go nie
interesowały: politykę i komunikację w firmie, dział prawny, kadr oraz
generowania przychodów. Ten wizerunek, kreowany dzięki latom
doskonalenia wystąpień publicznych oraz przy udziale konsultantów ds.
marketingu politycznego, stanowił miłe oblicze Facebooka na potrzeby
inwestorów oraz forum publicznego, co odwracało uwagę od zasadniczego
problemu.
"Chodzi o model biznesowy", powiedział w rozmowie z nami jeden z urzędników państwowych. Prototyp reklamy behawioralnej Sandberg
traktował dane osobowe jako instrumenty finansowe, na które można
zawierać kontrakty futures jak na kukurydzę czy boczek. Jej działania
były "zarazą", dodał ów urzędnik, powtarzając słowa nauczycielki
akademickiej i aktywistki Shoshany Zuboff, która rok wcześniej
powiedziała o Sandberg, iż odgrywa ona "rolę Tyfusowej Mary,
przenoszącej inwigilacyjny kapitalizm z Google'a do Facebooka, od kiedy
przyjęła stanowisko zastępcy Marka Zuckerberga"3. Brak silnej
konkurencji, który zmusiłby liderów do zatroszczenia się o dobro ich
klientów, doprowadził do "rozplenienia się dezinformacji i pełnych
przemocy lub w inny sposób kontrowersyjnych treści w obszarach
należących do Facebooka", przekonywali w powództwie prokuratorzy
generalni. Regulatorzy zwracali uwagę na to, że nawet w obliczu
poważnych nieprawidłowości, jak kampania dezinformacyjna Rosji oraz
skandal z ochroną danych z udziałem Cambridge Analytica, użytkownicy nie
zdecydowali się opuścić portalu, jako iż nie mieli zbyt wielu innych
opcji. Letitia James określiła to zwięźle: "Zamiast konkurować jakością,
Facebook używał swojej siły do tłamszenia konkurencji, by móc
wykorzystywać użytkowników i zarabiać miliardy, zmieniając strumień
danych osobowych w dojną krowę".
Kiedy FTC i poszczególne stany złożyły te przełomowe pozwy przeciwko
Facebookowi, my byłyśmy bliskie zakończenia własnego dochodzenia w sprawie tej firmy. Po piętnastu latach dziennikarskiej pracy mogłyśmy
zaoferować unikatowe, zakulisowe spojrzenie na Facebooka. Kilka książek
i filmów opowiedziało już swoje wersje jego historii. Jednak mimo iż
nazwiska Zuckerberg i Sandberg są powszechnie znane, oni sami pozostają
zagadką, i nie bez powodu. Bezwzględnie bronią swoich starannie
skonstruowanych wizerunków - on jest wizjonerem nowych technologii i filantropem, ona ikoną biznesu i feministką - a tajniki funkcjonowania
MPK, jak pracownicy Facebooka skrótowo określają siedzibę główną, ze
względu na jej położenie w Menlo Park, otacza forteca lojalistów i kultura sekretności.
Wiele osób uważa, że Facebook jako firma się pogubił, jak w klasycznej
opowieści o potworze, który wyrwał się spod panowania swego twórcy,
niczym w przypadku doktora Frankensteina. My mamy na ten temat inne
zdanie. Uważamy, że już na swoim pierwszym spotkaniu na imprezie
gwiazdkowej w grudniu 2007 roku Zuckerberg i Sandberg wyczuli potencjał
przekształcenia firmy w globalną potęgę, którą jest obecnie4.
Współpracując, konsekwentnie budowali model biznesowy, który rozwijał
się nieprzerwanie - w 2020 roku przyniósł dochód w wysokości 85,9
miliarda dolarów przy wartości rynkowej 800 miliardów dolarów -
opierając go na dogłębnie przemyślanych założeniach5.
Zdecydowałyśmy się skupić na pięcioletnim okresie, od wyborów
prezydenckich w 2016 roku, w czasie którego wyszła na jaw porażka firmy,
jeśli chodzi o ochronę jej użytkowników, oraz jej słabości w roli
globalnej platformy. W tym okresie najbardziej uwydatniły się wszystkie
elementy stanowiące o tym, czym Facebook stał się obecnie.
Zbyt proste byłoby przypisanie całej historii tej firmy błędnemu
algorytmowi. Prawda jest o wiele bardziej złożona.
Rozdział 1
LEPIEJ NIE DRAŻNIĆ NIEDŹWIEDZIA
Był już późny wieczór, długo po tym, jak
jego koledzy w Menlo Park wyszli z biura, kiedy programista Facebooka
poczuł, że coś go ciągnie z powrotem do laptopa. Zdążył już wypić kilka
piw. Pomyślał, że częściowo dlatego jego wola słabnie. Wiedział, że
wystarczy kilka uderzeń w klawiaturę, żeby wejść na profil kobiety, z którą kilka dni temu był na randce. Uważał randkę za udaną, ale dzień
później kobieta przestała odpisywać na jego wiadomości. Chciał jedynie
rzucić okiem na jej profil na Facebooku, żeby zaspokoić ciekawość i sprawdzić, czy przypadkiem nie była chora, nie wyjechała na wakacje albo
nie zaginął jej piesek - szukał czegoś, co tłumaczyłoby jej brak
zainteresowania drugą randką.
O 22.00 podjął decyzję. Zalogował się na swoim laptopie i wykorzystując
dostęp do danych Facebooka o wszystkich jego użytkownikach, zaczął
wyszukiwać swoją znajomą. Dysponował wystarczającą liczbą informacji -
imieniem i nazwiskiem, miejscem urodzenia, wiedział, gdzie studiowała -
więc znalazł ją już po kilku minutach. Wewnętrzne systemy Facebooka to
kopalnia wiedzy, firma przechowuje między innymi całe lata prywatnych
rozmów użytkownika ze znajomymi na Messengerze, imprezy, w których
uczestniczył, wgrane zdjęcia (również te skasowane) oraz posty -
komentowane i kliknięte. Programista widział, do jakich kategorii
Facebook przypisał kobietę, jeśli chodzi o reklamę: firma uznała, że ma
ona około trzydziestki, politycznie skłania się ku lewicy i prowadzi
aktywny styl życia. Cechował ją cały wachlarz zainteresowań, od miłości
do psów po wakacje w Azji Południowo-Wschodniej. A za sprawą aplikacji
Facebooka, którą zainstalowała na telefonie, widział, gdzie się obecnie
znajduje. Było tu więcej informacji, niż mężczyzna miałby szansę
wyciągnąć od niej na kilku randkach. A teraz, ponad tydzień po pierwszej
randce, miał dostęp do wszystkiego.
Kierownictwo Facebooka ostrzegało, że każdy pracownik, który zostanie
nakryty na wykorzystywaniu swojego dostępu do danych w celach prywatnych
- żeby zajrzeć na profil znajomego czy członka rodziny - będzie
natychmiast zwolniony. Szefowie jednak wiedzieli, że nie zainstalowano w tym celu żadnych zabezpieczeń. System został zaprojektowany tak, żeby
był otwarty, transparentny i dostępny dla wszystkich pracowników. Była
to część etosu Zuckerberga jako założyciela, by wyeliminować biurokrację
spowalniającą pracę programistów i uniemożliwiającą im sprawne,
samodzielne wykonywanie zadań. Ta zasada została wprowadzona, kiedy
Facebook miał niecałą setkę pracowników. Lata później nikt tej zasady
nie zrewidował, chociaż w firmie pracowały już tysiące programistów.
Pomiędzy dostępem do prywatnych informacji użytkowników a pracownikami
Facebooka stała tylko dobra wola tych ostatnich.
Od stycznia 2014 do sierpnia 2015 roku wspomniany programista
zaglądający na profil kobiety, z którą był na randce, był jednym z pięćdziesięciu dwóch pracowników Facebooka zwolnionych za nadużywanie
dostępu do danych użytkowników. Mężczyźni zaglądający na profile
interesujących je kobiet stanowili większość pracowników nadużywających
swoich przywilejów. Zazwyczaj po prostu sprawdzali prywatne informacje o użytkownikach. Kilku jednak poszło o wiele dalej. Jeden programista
wykorzystał te dane do konfrontacji z kobietą, z którą był na wakacjach
w Europie. Para pokłóciła się podczas podróży, a ten mężczyzna
wyśledził, do którego hotelu jego towarzyszka się przeniosła po
opuszczeniu ich wspólnego pokoju. Inny informatyk sprawdził profil
kobiety, zanim spotkali się na pierwszej randce. Zauważył, że regularnie
bywa ona w Dolores Park w San Francisco, i pewnego dnia trafił tam na
nią, kiedy spędzała dzień w towarzystwie przyjaciół.
Zwolnieni z pracy informatycy używali służbowych laptopów do sprawdzania
wybranych profili, a to nietypowe zachowanie alarmowało systemy
Facebooka oraz ich przełożonych o naruszeniu. Zostali oni nakryci post
factum. Nie da się ustalić, ilu innym uszło to płazem.
Pierwszy raz zwrócono uwagę Marka Zuckerberga na ten problem we wrześniu
2015 roku, trzy miesiące po zatrudnieniu nowego szefa ds.
bezpieczeństwa, Alexa Stamosa. Zebrana w sali konferencyjnej prezesa,
tak zwanym "Akwarium", kadra kierownicza przygotowała się na potencjalne
złe wieści. Stamos był znany z bezpośredniości i wysokich standardów.
Jednym z pierwszych celów, jakie sobie obrał po otrzymaniu posady tego
lata, była kompleksowa ocena ówczesnego poziomu bezpieczeństwa
Facebooka. Miała to być pierwsza taka diagnoza dokonana przez osobę z zewnątrz.
Między sobą menedżerowie szeptali, że nie da się przeprowadzić dokładnej
kontroli w tak krótkim czasie i wszelkie ustalenia Stamosa będą
dotyczyły powierzchownych problemów, dając nowemu szefowi ds.
bezpieczeństwa łatwy sukces na początku kadencji. Wszystkim ułatwiłoby
życie, gdyby Stamos przybrał bezgranicznie optymistyczną postawę,
dominującą w kierownictwie Facebooka. Firmie powodziło się jak nigdy,
między innymi dlatego, że wprowadziła reklamy na Instagramie oraz
przekroczyła magiczną liczbę miliarda osób logujących się codziennie na
platformie6. Oni mogli się wygodnie rozsiąść i pozwolić tej
machinie pracować.
Tymczasem Stamos pojawił się uzbrojony w prezentację szczegółowo
pokazującą problematyczne kwestie we wszystkich głównych produktach
Facebooka, wśród personelu oraz w strukturze organizacyjnej. Oznajmił,
że firma poświęca zbyt wiele czasu na ochronę strony internetowej, w zasadzie ignorując aplikacje, w tym Instagrama i WhatsAppa. Facebook nie
zrobił żadnych postępów, jeśli chodzi o obiecane szyfrowanie danych
użytkowników - w przeciwieństwie do Yahoo, poprzedniego pracodawcy
Stamosa, który szybko zaczął zabezpieczać informacje w ciągu dwóch lat,
od kiedy sygnalista z National Security Agency (NSA) Edward Snowden
ujawnił, iż państwo prawdopodobnie szpieguje dane użytkowników
przechowywane bez zabezpieczenia w firmach Doliny Krzemowej7.
Odpowiedzialność za bezpieczeństwo była rozsiana po całej firmie i według raportu Stamosa Facebook był "nieprzygotowany z technicznego oraz
kulturowego punktu widzenia do zmierzenia się" z obecnym poziomem
zagrożenia.
Co najgorsze, Stamos oświadczył, iż mimo zwolnienia kilkudziesięciu
pracowników w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy za nadużywanie dostępu
do danych Facebook nie robi nic, żeby rozwiązać lub powstrzymać
ewidentnie systemowy problem. Szef ds. bezpieczeństwa podkreślił, że
niemal co miesiąc informatycy wykorzystywali narzędzia zaprojektowane
tak, by dawać im łatwy dostęp do danych, aby mogli tworzyć nowe
produkty, do naruszania prywatności użytkowników i infiltrowania ich
życia osobistego. Gdyby opinia publiczna wiedziała o tych
nieprawidłowościach, ludzie byliby oburzeni: od ponad dziesięciu lat
tysiące programistów miało otwarty dostęp do ich prywatnych informacji.
Przypadki, na które zwrócił uwagę Stamos, były tylko tymi wykrytymi
przez firmę. Ostrzegł, iż mogli przeoczyć setki innych.
Zuckerberg był wyraźnie zaskoczony liczbami przedstawionymi przez
Stamosa i niezadowolony, że nikt wcześniej nie zasygnalizował mu
problemu. "Wszyscy menedżerowie odpowiedzialni za programistów byli
świadomi incydentów nieprawidłowego wykorzystywania danych przez
pracowników. Nikt tych informacji nie zebrał, a teraz dziwiono się, że
aż tylu ludzi dopuszczało się nadużyć", wspominał Stamos.
"Dlaczego nikomu nie przyszło do głowy, by sprawdzić system
udostępniający programistom dane użytkowników?" - zapytał Zuckerberg.
Nikt obecny na sali nie zwrócił mu uwagi na to, że ten system
zaprojektował i wdrożył on sam. Przez lata jego pracownicy na próżno
sugerowali alternatywne struktury przechowywania danych. "W różnych
okresach historii Facebooka można było pójść wieloma ścieżkami, podjąć
decyzje, które ograniczyłyby zakres czy nawet zmniejszyły ilość
zbieranych przez nas danych użytkowników", powiedział jeden z wieloletnich pracowników, który dołączył do Facebooka w 2008 roku i pracował w różnych zespołach firmy. "Lecz to było dla Marka obce DNA.
Nie musieliśmy mu sugerować podobnych opcji, żeby wiedzieć, że nie
wybierze takiej ścieżki".
Kierownictwo Facebooka, łącznie z przełożonymi programistów, jak Jay
Parikh czy Pedro Canahuati, traktowało dostęp do danych jako zachętę dla
nowo zatrudnionych w ich zespołach. Facebook był największym na świecie
laboratorium badającym jedną czwartą populacji naszej planety.
Menedżerowie wbudowali ten dostęp w szkielet radykalnej przejrzystości
Facebooka oraz zaufania do kadry programistów. Czy użytkownikowi
podobała się sugestia dołączenia baloników do życzeń urodzinowych dla
brata czy też większą popularnością cieszyła się emotka z tortem?
Zamiast brnąć przez długi i zbiurokratyzowany proces sprawdzania, co
działa, programiści mogli po prostu, jak w samochodzie, podnieść maskę i sprawdzić to od razu. Canahuati ostrzegał jednak, żeby traktować dostęp
do danych jako przywilej. "Nie tolerujemy nadużyć, dlatego firma zwalnia
każdą osobę przyłapaną na pobieraniu danych w niewłaściwych celach",
twierdził.
Stamos powiedział Zuckerbergowi i pozostałym menedżerom, że nie
wystarczy zwolnić pracowników po fakcie. Przekonywał, że Facebook
powinien zadbać, żeby nie dochodziło do takich naruszeń prywatności.
Zwrócił się o pozwolenie na zmianę ówczesnego systemu i odebranie
dostępu do prywatnych danych większości programistów. Jeżeli komuś
byłyby potrzebne informacje o konkretnej osobie, musiałby złożyć
oficjalną prośbę właściwymi kanałami. W ramach działającego wtedy
systemu do prywatnych danych użytkowników dostęp miało 16 744
pracowników Facebooka. Stamos chciał ograniczyć tę liczbę do mniej niż 5
tysięcy, a w przypadku najbardziej wrażliwych danych, jak lokalizacja
GPS i hasło, do niespełna 100 osób. "Chociaż wszyscy wiedzieli, że
programiści mają dostęp do wielu danych, nikt nie zastanawiał się nad
tym, jak bardzo firma urosła i jak wielu osób obecnie to dotyczy",
tłumaczył Stamos. "Ludzie się tym nie przejmowali".
Parikh, szef programistów, zapytał, dlaczego firma ma wywrócić cały swój
system do góry nogami. Oczywiście możliwe było wprowadzenie zabezpieczeń
ograniczających dostęp do informacji lub aktywujących alarm, gdyby
programiści przeglądali określone rodzaje danych. Sugerowane zmiany
natomiast poważnie spowolniłyby pracę wielu zespołów produktowych.
Canahuati, dyrektor ds. inżynierii oprogramowania, zgodził się z nim.
Powiedział Stamosowi, że wymaganie od programistów składania pisemnych
wniosków za każdym razem, gdy zechcą uzyskać dostęp do danych, jest
niewykonalne. "To by drastycznie spowolniło pracę w całej firmie, nawet
w przypadku innych projektów dotyczących bezpieczeństwa i ochrony",
podkreślał.
"Zmiana systemu jest najwyższym priorytetem", oznajmił Zuckerberg.
Zlecił Stamosowi i Canahuatiemu znalezienie rozwiązania i powiadomienie
o swoich postępach za rok. Jednak dla zespołów programistów oznaczało to
poważne zamieszanie. Wielu menedżerów narzekało po cichu, że Stamos
właśnie przekonał ich szefa do poważnej transformacji struktury,
pokazując mu najczarniejszy scenariusz. Na tym spotkaniu z 2015 roku w oczy rzucał się brak jednej decyzyjnej osoby. Minęły wtedy zaledwie
cztery miesiące od śmierci męża Sheryl Sandberg. Kwestie bezpieczeństwa
należały do niej i z technicznego punktu widzenia Stamos jej podlegał.
Ona sama jednak nigdy nie zaproponowała zakrojonych na szeroką skalę
zmian ani z nią o tym nie dyskutowano.
Tego dnia Stamos postawił na swoim, lecz zyskał kilku potężnych wrogów.
Późnym wieczorem 8 grudnia 2015 roku Joel Kaplan przebywał w centrum
biznesowym hotelu w New Delhi, gdy odebrał pilny telefon z MPK. Kolega
poinformował go, że jest potrzebny na spotkaniu kryzysowym.
Kilka godzin wcześniej sztab Donalda J. Trumpa zamieścił na Facebooku
nagranie z przemówienia ich kandydata w Mount Pleasant w Karolinie
Południowej. Trump obiecał w nim podjąć bardziej stanowcze kroki wobec
terrorystów, po czym powiązał terroryzm z imigrantami8.
Twierdził, że prezydent Obama traktował nielegalnych imigrantów lepiej
niż rannych żołnierzy. Kandydat na prezydenta zapewniał tłum, że on
będzie inny. "Donald J. Trump apeluje o całkowity i absolutny zakaz
wjazdu muzułmanów do Stanów Zjednoczonych, dopóki przedstawiciele rządu
nie ustalą, co się, do diabła, dzieje", oznajmił. Widownia wiwatowała.
Trump już przedstawiał swoje kontrowersyjne stanowisko w kwestiach
rasowych i polityki imigracyjnej w czasie kampanii prezydenckiej.
Wykorzystując portale społecznościowe, dolewał oliwy do ognia. Nagranie
antymuzułmańskiej przemowy szybko zebrało na Facebooku ponad 100 tysięcy
polubień i 14 tysięcy udostępnień.
I postawiło platformę przed dylematem. Facebook nie był gotowy na
takiego kandydata jak Trump, który pociągał za sobą ogromny tłum
zwolenników, lecz jednocześnie wywoływał podziały wśród wielu
użytkowników i pracowników Facebooka. Szukając wskazówek i próbując
uratować program darmowego serwisu internetowego, Zuckerberg i Sandberg
zwrócili się do swojego wiceprezesa ds. globalnej polityki, który
przebywał w Indiach.
Kaplan wziął udział w wideokonferencji z Sheryl Sandberg, szefem ds.
polityki i komunikacji Elliotem Schrage'em, szefową ds. zarządzania
globalną polityką Moniką Bickert i kilkoma innymi decydentami w zakresie
polityki i komunikacji. Kaplan przebywał w strefie czasowej, gdzie było
trzynaście i pół godziny później niż u jego kolegów w siedzibie głównej,
od wielu dni podróżował. W milczeniu obejrzał nagranie i wysłuchał obaw
wszystkich obecnych. Powiedziano mu, że Zuckerberg jasno dał do
zrozumienia, że jest zaniepokojony wystąpieniem Trumpa i uważa, iż
istnieją uzasadnione powody, żeby go usunąć z Facebooka.
Kiedy Kaplan wreszcie zabrał głos, poradził menedżerom nie działać
pochopnie. Decyzję w sprawie antymuzułmańskiej retoryki Trumpa
komplikowały kwestie polityczne. Lata finansowego i publicznego wsparcia
dla demokratów negatywnie wpłynęły na wizerunek Facebooka w oczach
republikanów, którzy coraz mocniej kwestionowali polityczną neutralność
platformy. Kaplan nie należał do zwolenników Trumpa i uważał, że jego
kampania stanowi poważne zagrożenie. Duża liczba osób obserwujących
profile Trumpa na Facebooku i Twitterze ujawniała też poważny rozłam w Partii Republikańskiej.
Usunięcie posta kandydata na prezydenta byłoby przełomową decyzją,
postrzeganą jako cenzurowanie Trumpa i jego zwolenników, dodał Kaplan.
Przyjęto by ją jako kolejny sygnał faworyzowania liberałów i głównej
rywalki Trumpa, Hillary Clinton. "Lepiej nie drażnić niedźwiedzia",
ostrzegał9.
Sandberg i Schrage nie mówili jasno, co należy zrobić z profilem Trumpa.
Ufali politycznym instynktom Kaplana, poza tym nie mieli żadnych
kontaktów w otoczeniu Trumpa ani doświadczenia z jego polityką
szokowania. Lecz kilku menedżerów biorących udział w wideokonferencji
było zdumionych. Wyglądało na to, że Kaplan stawia politykę ponad
zasadami. Tak bardzo skupiał się na utrzymaniu kursu okrętu, że nie
widział, iż komentarze Trumpa wzburzają morze, jak ujęła to jedna z osób.
Kilku członków wyższego kierownictwa zgodziło się z Kaplanem. Obawiali
się nagłówków i negatywnej reakcji na zamknięcie ust kandydatowi na
prezydenta. Trump i jego zwolennicy już wtedy uważali, że tacy liderzy
jak Sandberg i Zuckerberg należą do liberalnej elity, bogatych i potężnych strażników informacji, zdolnych uciszyć konserwatywne głosy
swymi tajemnymi algorytmami. Facebook musiał sprawiać wrażenie
bezstronnego. To miało kluczowe znaczenie dla stabilnego funkcjonowania
firmy.
Dalej rozmowa toczyła się wokół uzasadnienia decyzji. Post mógł zostać
uznany za pogwałcenie zasad społeczności Facebooka. W przeszłości
użytkownicy zgłaszali profil kampanii Trumpa jako promujący mowę
nienawiści i wiele takich naruszeń dawało podstawy do permanentnego
usunięcia całego konta. Schrage, Bickert i Kaplan, absolwenci prawa na
Harvardzie, z trudem szukali argumentów prawnych uzasadniających
nieusuwanie posta. Dzielili włos na czworo, definiując mowę nienawiści,
analizowali nawet użycie form gramatycznych przez Trumpa.
"W pewnym momencie zażartowali, że Facebook będzie musiał znaleźć swój
odpowiednik podejścia jednego z sędziów Sądu Najwyższego do pornografii:
"Jak zobaczę, będę wiedział, że to jest to", wspomina pracownik
uczestniczący w rozmowie. "Czy byli w stanie wyznaczyć granicę, po
której przekroczeniu Trump mógłby zostać zbanowany za swoje słowa?
Wydawało się to niezbyt rozsądne".
Teoretycznie Facebook zabraniał mowy nienawiści, lecz jej definicja,
jaką firma stosowała, ulegała ciągłym zmianom. Platforma podejmowała
różne kroki w zależności od państwa, w zgodzie z lokalnym prawem.
Istniały uniwersalne definicje zakazanych treści, jeśli chodzi o pornografię dziecięcą i przemoc. Lecz mowa nienawiści odnosiła się
bezpośrednio nie tylko do krajów, ale też kultur.
W czasie dyskusji szefowie Facebooka uświadomili sobie, że nie będą
musieli bronić języka Trumpa, jeśli wymyślą sposób, jak to obejść.
Zgodzili się, że wystąpienia polityczne będą chronione jako "wartościowe
informacje". Chodziło o to, że należy szczególnie traktować przekazy
polityczne, ponieważ ogół ma prawo kształtować własne opinie o kandydatach na podstawie ich nieocenzurowanych poglądów. Szefowie
Facebooka tworzyli fundament nowej strategii dotyczącej swobody
wypowiedzi w nerwowej reakcji na zachowanie Donalda Trumpa. "To było
idiotyczne", wspominał jeden z pracowników. "Wymyślali ją na
poczekaniu".
Był to przełomowy moment dla Joela Kaplana, jeśli chodzi o wykazanie
swojej wartości. Chociaż jego sugestie nie wszystkim się podobały, były
nieocenione w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony Waszyngtonu.
Kiedy Sandberg dołączyła do Facebooka w roku 2008, firma zaniedbywała
konserwatystów. Było to karygodne niedopatrzenie, gdyż w temacie zasad
gromadzenia danych republikanie byli jej sojusznikami. Kiedy w 2010 roku
Izba Reprezentantów przeszła w ręce republikanów, Sandberg zatrudniła
Kaplana, żeby zrównoważyć zdecydowanie demokratyczne szeregi lobbystów i zmienić w Waszyngtonie wizerunek firmy jako faworyzującej demokratów.
Kaplan miał pod tym względem doskonałe referencje. Były wiceszef sztabu
prezydenta George'a W. Busha, były oficer artylerii w amerykańskiej
piechocie i absolwent prawa na Uniwersytecie Harvarda, który był też
urzędnikiem w biurze sędziego Sądu Najwyższego Antonina Scalii. Stanowił
antytezę typowego liberała z Doliny Krzemowej, a jako
czterdziestopięciolatek był o dekady starszy niż większość personelu w MPK. (Sandberg poznał w 1987 roku na pierwszym roku studiów na
Harvardzie. Przez jakiś czas byli parą, a po zerwaniu pozostali
przyjaciółmi).
Był pracoholikiem, który, jak Sandberg, niezwykle cenił organizację. W swoim gabinecie w Białym Domu miał trzy tablice z listami palących
problemów dla administracji. Dotyczyły one pomocy finansowej dla
przemysłu motoryzacyjnego, reformy prawa imigracyjnego i kryzysu
finansowego. Do jego obowiązków należało zajmowanie się złożonymi
kwestiami politycznymi i niedopuszczanie, by problemy docierały do
Gabinetu Owalnego. Podobną funkcję sprawował w Facebooku. Jego zadaniem
była ochrona firmy przed ingerencją rządu i pod tym względem był
doskonałym pracownikiem.
W roku 2014 Sandberg awansowała Kaplana, oddając mu stery globalnej
polityki firmy oraz lobbingu w Waszyngtonie. Wtedy Facebook od dwóch lat
przygotowywał się na ewentualne rządy republikańskie po prezydenturze
Obamy. Trump jednak zbił ich z tropu. Nie należał do republikańskiego
establishmentu. W przypadku byłej gwiazdy telewizyjnego reality show
polityczny kapitał Kaplana wydawał się bezwartościowy.
Choć Trump przyprawiał szefostwo Facebooka o kolejne migreny, był też
niezwykle intensywnym użytkownikiem i znaczącym reklamodawcą. Od
początku kampanii prezydenckiej zięć kandydata Jared Kushner i menedżer
ds. kampanii cyfrowej Brad Parscale większość swojego budżetu na media
inwestowali w Facebooka10. Skupili się na tej platformie z uwagi na jej tanie i dogodne funkcje "targetowania", czyli kierowanie
określonych przekazów do ściśle zdefiniowanych grup odbiorców, co
znacznie wzmacniało siłę oddziaływania kampanii. Parscale wykorzystywał
narzędzia Facebooka do "mikrotargetowania", tzn. jeszcze
precyzyjniejszego identyfikowania cech odbiorców, tak by docierać do
wyborców poprzez dopasowywanie kampanijnych list mailingowych do
użytkowników platformy. We współpracy z zatrudnionymi w Facebooku
osobami, które zostały umieszczone w siedzibie sztabu Trumpa w Nowym
Jorku, wyszydzali codzienne przemówienia Hillary Clinton i kierowali
negatywne spoty do konkretnych grup odbiorców11. Wykupili
tysiące reklam mailingowych oraz wiadomości wideo12. Bez trudu
docierali do większej grupy odbiorców niż za pomocą telewizji, a Facebook był niezwykle skorym do współpracy partnerem. Na platformie
trudno było opędzić się od Trumpa.
W roku 2016 amerykańskie wybory prezydenckie nie pozostawiły
najmniejszych wątpliwości, jak ważne są portale społecznościowe w kampaniach politycznych. Już na początku roku 44 procent Amerykanów
twierdziło, że informacje o kandydatach czerpią z Facebooka, Twittera,
Instagrama i YouTube'a13.
Przez prawie dziesięć lat pod koniec tygodnia w Facebooku odbywały się
nieformalne spotkania pracowników całej firmy znane jako "Questions and
Answers", Q&A (pytania i odpowiedzi). Miały prosty i dość typowy dla
branży format: Zuckerberg krótko mówił, po czym odpowiadał na pytania,
które pracownicy wybierali w głosowaniu spośród wysłanych w dniach
poprzedzających spotkanie. Potem zaś odpowiadał na żywo na
niecenzurowane pytania ogółu zebranych. Atmosfera była tu swobodniejsza
niż na kwartalnym zebraniu całej firmy, znanym jako "all-hands", gdzie
program był ściślej określony i obejmował różnego rodzaju prezentacje.
W Menlo Park w spotkaniu brało udział kilkuset pracowników, a tysiące
innych śledziły transmisję na żywo z biur firmy na całym świecie. W dniach poprzedzających Q&A zaraz po przemówieniu Trumpa o zakazie
wjazdu do kraju dla muzułmanów pracownicy narzekali na wewnętrznych
grupach platformy - nazywanych "Tribes" (plemiona) - że Facebook nie
usunął tego wpisu. Na większych forach grup roboczych, gdzie toczyły się
bardziej związane z pracą dyskusje, ludzie domagali się informacji o tym, jak Facebook w przeszłości traktował urzędników państwowych. Byli
wzburzeni tym, że szefowie nie podjęli kroków, by przeciwdziałać czemuś,
co ich zdaniem było jawną mową nienawiści.
Do mikrofonu podszedł jeden z pracowników i zapadła cisza. "Czy czułeś,
iż twoim obowiązkiem jest zdjąć nagranie z kampanii Trumpa, w którym
nawoływał do zakazu wjazdu dla muzułmanów?", spytał14.
"Obieranie sobie za cel muzułmanów wydaje się naruszać zasadę Facebooka
dotyczącą mowy nienawiści", dodał.
Zuckerberg był przyzwyczajony do odpowiadania na trudne pytania podczas
Q&A. Zarzucano mu nietrafione transakcje biznesowe, brak
różnorodności personelu oraz kwestionowano jego plany pokonywania
konkurencji. Jednak stojący przed nim pracownik zapytał o kwestię, co do
której nie było nawet wewnętrznej zgody wśród przedstawicieli
najwyższego szczebla kierowniczego. Zuckerberg uciekł się do klasycznych
argumentów. Twierdził, że temat jest trudny. On jest jednak
zdeklarowanym zwolennikiem swobody wypowiedzi. Usunięcie nagrania byłoby
zbyt drastyczne.
Do tego skrajnie libertariańskiego refrenu Zuckerberg miał powracać
jeszcze nie raz: swoboda wypowiedzi, zgodnie z pierwszą poprawką do
konstytucji, jest niezwykle ważna. Uważa, że nie należy jej ograniczać.
Facebook powinien zarządzać wielogłosem ścierających się opinii, co
pomoże edukować i informować użytkowników. Jednak poprawkę o ochronie
wolności słowa przyjęto w 1791 roku po to, by szerzyć zasady demokracji
i zapewniać pluralizm idei niehamowanych przez rząd. Jej celem była
ochrona społeczeństwa. Kierowana do wybranej grupy odbiorców reklama, w której priorytetem są kliknięcia i prowokacyjne treści, a także
wykorzystywanie danych użytkowników, to zaprzeczenie ideałów zdrowego
społeczeństwa. Zagrożenia ukryte w algorytmach Facebooka były
"wykorzystywane i manipulowane przez polityków i ekspertów oburzających
się na cenzurę, błędnie uznających moderowanie treści za upadek ideałów
wolności słowa w sferze cyfrowej", by posłużyć się słowami Renée
DiResty, badającej kwestie dezinformacji w ramach programu Internet
Observatory na Uniwersytecie Stanforda15. "Nie ma
uzasadnienia dla algorytmicznego wzmocnienia treści. Co więcej, to
właśnie problem, który należy rozwiązać".
Kwestia nie była prosta, lecz rozwiązanie dla niektórych już tak. We
wpisie na blogu "Workplace group" (grupa robocza), otwartym dla
wszystkich pracowników, Monika Bickert tłumaczyła, dlaczego post Trumpa
nie zostanie usunięty: Ludzie powinni sami ocenić jego słowa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki