Wstęp
Wstęp
Ta książka nie jest protestem. Nie ma na celu podważania wartości
wyznawców religii katolickiej. Nie jest też przeciwko wierze w Boga.
Kiedy ją pisałam, nie kierowały mną żadne pobudki ideologiczne ani
personalna niechęć do kogokolwiek, kto propagował katolickie dogmaty w polskich kościołach, szkołach czy świecie polityki na przestrzeni
ostatnich dziesięcioleci. Jako psycholog, terapeutka, coach i edukator
seksualny z dwudziestopięcioletnim stażem w gabinecie terapeutycznym,
jestem wolna od uprzedzeń. Kieruje mną głęboka troska i sympatia do
ludzi, szczególnie zaś kobiet, bo to im dedykuję tę książkę.
Moje humanistyczne, holistyczne podejście do człowieka nie pozwala mi
pozostać obojętną na los tak wielu kobiet, które na przestrzeni lat
odwiedziły mój gabinet. Szukały pomocy, ponieważ ich kondycja psychiczna
została zrujnowana. Uwarunkowania seksualne nie pozwalały im na
zrozumienie i wyrażanie samych siebie, zagrażały ich związkom, a nawet
zdrowiu fizycznemu. Te postawy, oparte na szczególnych wierzeniach
religijnych, wytworzyły w nich koktajl takich emocji jak wstyd, strach,
poczucie winy, aż do głębokiej nienawiści do siebie, do własnej
kobiecości. Były cichymi prekursorkami ich wewnętrznych konfliktów,
depresji, zaburzeń lękowych, samookaleczeń, a nawet myśli samobójczych.
W życiu seksualnym przejawiały się w postaci kompleksów na tle własnego
ciała, nawet wobec akceptujących partnerów, uprzedzeń związanych z ekspresją seksualnych potrzeb i niezrozumiałej blokady na myśl o erotycznej inicjatywie. Prawie zawsze na szczycie ich problemów
znajdowały się oziębłość, niskie libido czy takie choroby jak
dyspareunia i pochwica (zaburzenia działania kobiecych narządów
płciowych). Na drugim zaś biegunie - seksualna rozwiązłość czy wyuzdane
upodobania, a nawet uzależniania, których same się bały i przez to
gardziły sobą.
Nazywały siebie bigotkami (bo stosowały podwójne standardy moralne wobec
siebie i partnerów), grzesznicami (bo dopuszczały się nielegalnych
według kodeksu religijnego zachowań), ladacznicami (bo godziły się na
seks dla przyjemności) czy też nienormalnymi (były głęboko przekonane,
że są szczególnymi, odosobnionymi przypadkami). I jeszcze wiele innych,
naprawdę uwłaczających etykietek. Oddelegowane przez mężów czy
narzeczonych, żeby "naprawiły" niezdolność do cieszenia się seksem,
przekonane o tym, że są gorsze, w trakcie terapii ujawniały, jak bardzo
wpojone im przez kościelną edukację przekonania kierują ich
samopoczuciem i zachowaniami.
Pokolenia naszych babek i matek wychowane w duchu katolicyzmu nadal
przekazują nowemu pokoleniu poglądy, że masturbacja, seks przedmałżeński
czy antykoncepcja są ciężkimi grzechami. Że kobieta powinna ubierać się
skromnie, żeby nie prowokować mężczyzn do nieczystych myśli albo czynów,
na przykład gwałtów. W religii katolickiej pozycja kobiety w społeczeństwie niejawnie definiowana jest jako podrzędna mężczyźnie. I mimo że w tekście kościelnej przysięgi małżeńskiej nie ma już zdania:
"Kobieta ma być posłuszna mężowi", to jednak w kulturze masowej da się
zauważyć, że między wierszami promuje się uległość, konformizm, brak
asertywności czy grzeczność. Manifestacja kobiecej seksualności
postrzegana jest jako rozwiązłość i prowokowanie. Takie kobiety nazywa
się dziwkami. Grzech seksu przedślubnego zawsze nieporównanie bardziej
obciąża kobietę. Jak się mówi natomiast o mężczyznach, którzy korzystają
z cielesnych uciech? Żigolak, lowelas lub macho. Ładnie, prawda? Kult
dziewictwa i czystości stoi w sprzeczności z potrzebą seksualnej
ekspresji kobiet, z natury stworzonych do cielesnej radości. Mamy pięć
razy więcej sfer erogennych niż mężczyźni. Dlaczego zatem nie możemy
same odpowiadać za to, co zrobimy z tym potencjałem, nie narażając się
na społeczny ostracyzm?
Jest więc kobieta czy nie jest równa mężczyźnie? Godna czy niegodna? W prawie do samostanowienia i obrony czy raczej w przymilnej posłudze?
Trudno się domyślić jasnej odpowiedzi w podwójnych komunikatach: co
innego się mówi o roli kobiety, a co innego widać, słychać i czuć. A jak
wiadomo (w psychologii społecznej nazywa się to efektem rogów), jeśli
dociera do nas sprzeczny komunikat (pozytywny i negatywny), jesteśmy w stanie uwierzyć w interpretację negatywną, a zanegujemy pozytywną. A więc kobiety, ofiary tej dwoistej narracji, tworzą w sercach i umysłach
przedziwne interpretacje zawiłych i często niejasnych w zastosowaniu
"Bożych praw"; zwykle przeciwko samym sobie (winna, nieczysta, gorsza).
Według Wikipedii katolicka etyka seksualna nadal głosi, że "każdy
stosunek seksualny ma być zjednoczeniem małżonków w miłości,
ukierunkowanym na zrodzenie potomstwa". W ramach tej doktryny uznawane
są jako naturalne dwie płci - żeńska i męska - nastawione na więź ze
sobą. Więź, która ma mieć spełnienie wyłącznie w sakramencie małżeńskim.
Seks bez miłości nie jest dopuszczalny. Warunkiem koniecznym jest także
wierność oraz zgoda na prokreację. Zaleca się "cnotę wstrzemięźliwości",
gdy tych warunków nie możemy spełnić, i mówi o "grzechu", jeśli
dopuszczamy się odstępstwa od tych założeń. Odpada więc dotykanie miejsc
intymnych tylko po to, by poczuć przyjemność. Zjednoczenie cielesne ma
się dokonywać tylko w "dialogu osobowym" i na specjalnych warunkach!
Czyli po zawarciu sakramentu małżeństwa, na udzielanie którego Kościół
ma wyłączność.
Masturbacja, petting czy stosunek przy użyciu środków antykoncepcyjnych
oceniane są przez Watykan jako "postawy egocentryczne, niechętne
dzieciom i przeciwne życiu, a zatem w ocenie etyki katolickiej niezgodne
z naturą miłości" (Wikipedia). Masturbacja natomiast to grzech ciężki
(postępek, który grozi niedopuszczeniem do życia wiecznego po śmierci).
Dlaczego? Bo nieuszanowana jest tu wartość małżeństwa (potomstwa oraz
wierności). Podobno masturbacja usuwa także z ludzkiej seksualności
wymiar relacji ze współmałżonkiem.
Według deklaracji Kongregacji Nauki
Wiary Persona
humana (1975) oraz
Katechizmu
(n. 2352) masturbacja jest zachowaniem moralnym "wewnętrznie i ciężko
nieuporządkowanym" (n. 9), a "jakiekolwiek bezpośrednie naruszenie tego
porządku jest obiektywnie wykroczeniem ciężkim" (Persona humana, n.
10).
W wypowiedziach znanego katolickiego doradcy małżeńskiego, które
wstrząsnęły polską opinią publiczną po 2020 roku, znajdziemy taki cytat:
"Mąż ma prawo oczekiwać od swojej żony otwartości na jego uzasadnione
biologicznie potrzeby seksualne". Jak mówił podczas jednej z konferencji: "Żona nigdy nie powinna odmówić mężowi współżycia, gdy on
proponuje. (...) Mąż nigdy nie powinien czuć się odrzucony i odtrącony".
Naprawdę? Odwrotnie już nie? Kobiece upokorzenie, lęk czy wstręt
(uczucia, które występują podczas niechcianych czynności seksualnych)
liczą się mniej niż męskie pragnienia? A zatem można wnioskować, że
popiera się współżycie bez woli kobiety, a odradza masturbację w celu
rozładowania napięcia. Użycie własnego ciała do zaspokojenia ma być
gorsze niż użycie ciała osoby, którą się (rzekomo) kocha? Może gdyby
masturbacja nie była tak piętnowana, byłoby mniej okazji do pogwałcania
granic intymności kobiet? Może udałoby się zapobiec wielu dramatom,
takim jak gwałty (także te małżeńskie) czy niechciane ciąże i ich
psychologiczne następstwa. W dwudziestym pierwszym wieku - mimo że tyle
się mówi o równouprawnieniu - w Kościele katolickim z tajemniczych
powodów posługę kapłańską mogą pełnić jedynie panowie... (może dlatego,
że Ewa powstała jedynie z żebra Adama?).
Smutne są także losy osób nieheteronormatywnych, które współżyją z osobami tej samej płci. Czekają na nich nie tylko etykietki "grzesznik",
ale nawet "zboczeniec" lub "chory". Kościół wprawdzie deklaruje gotowość
akceptacji osób homoseksualnych, pod warunkiem że powstrzymają się od
współżycia. Tym samym kupczy Bożą akceptacją za cenę pozbawienia ich
praw należnych innym ludziom.
Do niedawna nawet po zawarciu związku małżeńskiego "miłe Bogu" byłe
nieliczne pozycje seksualne (preferowana misjonarska). Dziś już nie ma w tej sprawie takiego rygoru. W 2016 roku papież Franciszek zaapelował do
spowiedników, by z większą łagodnością podchodzili do seksualnych
grzechów wyznawców. Nadal jednak "bezbożne" są takie praktyki jak seks
oralny czy analny, nawet gdy obojgu małżonkom daje to satysfakcję.
Grzechem jest też włączanie do małżeńskiego seksu zabawek i gadżetów
erotycznych. Pojęcie grzechu ciężkiego w sprawie postępowania z własnym
ciałem przybijane jest jak stempel na sumieniu wiernych niemal w każdym
konfesjonale. Dlaczego Bogu tak zależy, by ludzie nie dysponowali swoimi
ciałami według własnej woli? Dlaczego przyjemność seksualna na ziemi
musi tak często stać w opozycji do życia wiecznego? Dzisiaj warto
częściej zadawać sobie takie pytania.
Według Kościoła stosunek przerywany, nawet w małżeństwie, to także
grzeszny akt, bo nie dopuszcza do zapłodnienia. Stosowanie metod
utrudniających lub niedopuszczających do zagnieżdżenia się zarodka w macicy opisuje się jako działania aborcyjne. Według wielu opracowań
naukowców katolickich środki antykoncepcyjne mogą wywołać taki skutek.
Dochodzi do tego, gdy zawiedzie hamowanie owulacji i dojdzie do
zapłodnienia. Działanie wczesnoporonne może mieć miejsce przy użyciu na
przykład plastrów antykoncepcyjnych, tabletek antykoncepcyjnych jedno- i dwuskładnikowych, tzw. tabletek "po" (antykoncepcja postkoitalna),
wkładek domacicznych. Kodeks prawa
kanonicznego
oraz Kodeks kanonów Kościołów
wschodnich
przewidują karę ekskomuniki w przypadku spowodowania obumarcia embrionu.
W 1968 roku Paweł VI jednoznacznie ocenił antykoncepcję jako czyniącą
współżycie małżeńskie wewnętrznie niemoralnym i do teraz żaden z papieży
nie powiedział nic innego. W 2013 roku niemieccy biskupi zezwolili
wprawdzie na antykoncepcję awaryjną zgwałconym kobietom, które chcą
zapobiec zapłodnieniu, o ile nie spowoduje to poronienia.
Pius XI w encyklice Casti
connubii wyraźnie
zdefiniował antykoncepcję
jako grzech
ciężki,
(skutkujący wiecznym
potępieniem). Małżonkowie
powinni polegać w sprawie czynności seksualnych, a zatem planowania
rodziny, na "dostosowaniu swojego postępowania do planu Boga-Stwórcy".
Gdy jednak z ważnych przyczyn życzą sobie przerwy między kolejnymi
urodzeniami dzieci (por. Humanae vitae, HV, n. 15) lub też "ze
względu na warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne
(...) decydują się unikać zrodzenia dalszego dziecka (HV 10) zaleca
się im współżycie zgodne z naturalnym planowaniem
rodziny".
Paweł VI głosił, że podejmowanie współżycia z jednoczesnym unikaniem
potomstwa dla mało ważnych przyczyn jest postawą podobnie niemoralną co
antykoncepcja. Ale kto ma słusznie ocenić, co jest ważne, a co nieważne?
I dlaczego mają to być mężczyźni, którzy nie tworzą intymnych więzi z kobietami?
Benedykt XVI stwierdził, że "zafiksowanie na używaniu prezerwatywy
prowadzi do banalizacji seksualności, która nie jest przeżywana jako
wyraz miłości, lecz staje się jakby narkotykiem. Prezerwatywa jest
środkiem niemoralnym, a w przypadku osób uprawiających prostytucję może
być pierwszym krokiem ku umoralnieniu swego zachowania, pierwszym
krokiem do postawy odpowiedzialności za innych". W sprawie stosowania
prezerwatyw jako środka przeciwdziałającego rozprzestrzenianiu się HIV i innych chorób przenoszonych drogą płciową Kościół nadal pozostaje
nieubłagany i mówi jej: veto.
W naszym kraju surowe osądy moralne korzystania z własnego ciała inaczej
niż głosi katolicka doktryna usłyszeć można z kościelnych ambon, na
lekcjach religii dla dzieci i młodzieży, w stowarzyszeniach religijnych.
W trakcie przygotowań do spowiedzi i samej spowiedzi nagminnie zdarza
się dostać reprymendę na temat prowadzenia się, podobnie jak podczas
wizyt po kolędzie czy naukach przedślubnych.
Wypowiedzi o charakterze surowych osądów (zamienniki słowa "grzech")
spotykają nas, kobiety, w każdym wieku, poczynając od dzieciństwa, kiedy
zaczyna się edukacja kościelna na lekcjach religii z obowiązkiem
spowiedzi. Słyszałam w moim gabinecie wiele zwierzeń pacjentek, które
już jako dzieci podczas spowiedzi doświadczyły naruszenia strefy
psychicznej intymności pod płaszczykiem zachęcania ich do szczerości i wyznania dokładnie wszystkiego, co miały na sumieniu. Zaleca się
duszpasterzom, aby dopytywali o dodatkowe informacje związane z grzechem, jednak nie powinno to wynikać z ich niezdrowej ciekawości.
Duchowny musi po prostu zbadać ciężar zgłaszanego przewinienia.
Instrukcje są dość humanistyczne, nie ma natomiast sposobów, aby
skontrolować motywy oraz przebieg takiej rozmowy. W przypadku "grzechu
nieczystości" łatwo naruszyć granice intymności spowiadanego. Pytając o "grzech nieczystości" i decydując o pokucie, ksiądz ma duże pole zarówno
do interpretacji, jak i nadużyć. Skąd pewność co do pobudek spowiednika
w obszarach seksualnych, gdy wiadomo, że dla duchownych seks jest owocem
zakazanym? Uważam więc spowiedź z "grzechu nieczystości" i dane księżom
prawo do zgłębiania tematu za furtkę do słownego molestowania
seksualnego. Uporczywe, zawstydzające wypytywanie o szczegóły, sugestie
czy parafrazy wynikające z nadinterpretacji połączone z osądami,
połajankami, a nawet grożeniem nieotrzymania rozgrzeszenia, traumatyzują
coraz to nowe pokolenia. Nikt nie uczy księży modnej dziś komunikacji
bez przemocy czy zwykłej ludzkiej delikatności w obchodzeniu się z tak
kruchym tematem jak ludzkie emocje. Temu zjawisku poświęcę cały
rozdział.
Pejoratywne, dziwaczne określenia, takie jak: "samogwałt",
"nieczystość", "grzech ciała" "myśli nieczyste", "czyn nieprzystojny",
"świętokradztwo" "nieskromne uczynki", "nieobyczajność",
"nieprzyzwoitość", potrafią pozbawić młodego człowieka dobrej relacji z własną fizjologią i sumieniem. Nawet jeśli osąd dotyczy tylko
zachowania, trudno nie brać go do siebie jako do człowieka, jeśli jest
się dzieckiem. A od tego już krok do poczucia się złą osobą.
Trudno stworzyć dystans do tej opartej na potępianiu duszpasterskiej
tradycji nawet w życiu dorosłym. Wszak tych, którzy ośmielają się
podważyć moralną schedę, jest wciąż tak niewielu. Mimo zmieniających się
rządów, surowym osądom moralnym przedstawicieli Kościoła nadal wtóruje
głos sympatyzujących z nimi polityków. Przywykliśmy, że o naszych
seksualnych postawach, a nawet zasadach obchodzenia się z ciałem,
decydują ci na świeczniku.
Aż trudno uwierzyć, że na polskiej arenie politycznej dwudziestego
pierwszego wieku w specyficzny sposób walczy się o nowelizację przepisu
art. 200 Kodeksu karnego ("Kto publicznie propaguje lub pochwala
zachowania o charakterze pedofilskim, podlega grzywnie, karze
ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2"). Przepis ten
w zamiarze ma chronić dzieci przed nadużyciami seksualnymi, jednak
wykorzystuje się go, by realnie ograniczyć działalność osób i instytucji
prowadzących edukację seksualną: lekarzy, edukatorów, wychowawców,
położne, doszukując się w ich pracy zagrożenia seksualizacją. W projekcie jest wprawdzie mowa wyłącznie o "zakazie seksualizacji", ale
nadal trwa spór między środowiskami świeckimi a katolickimi, czym
"seksualizacja" naprawdę jest. To, co jedni nazywają obiektywną nauką o ludzkiej seksualności, drudzy nazywają właśnie seksualizacją. W mediach
można było przeczytać takie opinie zwolenników korekty ustawy:
"Odpowiedzialne za "edukację" seksualną środowiska wchodzą do kolejnych
placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz
promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności
seksualne". W przykładach zajęć "propagujących podejmowanie czynności
seksualnych" wymieniane są zajęcia dotyczące profilaktyki ciąż wśród
nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową czy też antykoncepcji!
Za tym niejawnym atakiem na edukację seksualną w szkołach stoi
prokatolicka organizacja. To do niej należą furgonetki promujące na
ulicach polskich miast postulaty pro-life oraz hasła wymierzone w społeczność LGBT.
Mijają lata, ale co jakiś czas mariaż Kościoła z rządami świeckimi
wpływa ograniczająco na ewolucję ludzkiej świadomości, lansując zasady
obyczajowości z zamierzchłych czasów.
Jako psycholog i edukator seksualny uważam, że nie ma lepszej ochrony
przed pedofilią i pornografią dziecięcą niż edukacja seksualna. To
dzięki niej dzieci dowiadują się, czym jest zły dotyk. Jeżeli
opiniotwórczym środowiskom edukacja seksualna kojarzy się tylko z seksem, to jest to niepokojące zjawisko. Parlament Europejski wyraził
zaniepokojenie "niezwykle niejasnymi, szerokimi i nieproporcjonalnymi
przepisami projektu ustawy, które de facto zmierzają do penalizacji
upowszechniania edukacji seksualnej wśród nieletnich i których zakres
potencjalnie grozi wszystkim osobom - a w szczególności edukatorom
seksualnym, w tym nauczycielom, pracownikom służby zdrowia, pisarzom,
wydawcom, organizacjom społeczeństwa obywatelskiego, dziennikarzom,
rodzicom i opiekunom prawnym - karą pozbawienia wolności do trzech lat
za nauczanie o ludzkiej seksualności, zdrowiu i stosunkach intymnych".
Żyjemy zatem w czasach, gdy zarówno wolność słowa, jak i prawo do
własnego ciała wciąż nie są dobrem powszechnym. Musimy się bardziej
postarać, na przykład wzmacniając czujność, aby naszego sposobu myślenia
nie zawłaszczali wciąż inni ludzie.
W dwudziestym pierwszym wieku, choć trudno w to uwierzyć, gigantyczna
liczba kobiet wykształconych, będących w dobrej sytuacji materialnej,
realizujących się na wysokich stanowiskach, mentalnie tkwi w latach
dziecięcych, kiedy to ich chłonny umysł przyjął poglądy głoszone przez
środowiska katolickie za własne. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie
przysparzały im one cierpień. Te wierzenia nadal z ukrycia kierują ich
życiem.
Ta książka jest oparta właśnie na historiach kobiet, u których
katolickie wychowanie wywołało urazy i problemy psychiczne, spowodowało
zamęt w ich intymnych relacjach, ukształtowało negatywną samoocenę.
Opowiadam je w ich imieniu i za ich zgodą. Ma za zadanie ostrzegać,
unaocznić, w jaki sposób katolickie prawa dotyczące seksualności i sposób ich przekazywania przekładają się na problemy w życiu seksualnym
oraz popularne dziś choroby cywilizacyjne, takie jak zaburzenia lękowe
czy depresje. Zawarto w niej też wątki edukacyjne i poradnicze. To
swoiste ABC radzenia sobie z problemami przytoczonymi w publikacji. Ma
skłonić do rewizji przekonań na temat seksu oraz seksualności i zachęcić
do samodzielnego myślenia.
Gorąco wierzę, że każdy człowiek jest w stanie stać się autorem własnego
życia, ufając kompetencjom swojego umysłu co do dokonywania analiz i wyciągania wniosków. My, pokolenie czytające tę książkę, nie musimy
powierzać swojego myślenia wyłącznie autorytetom religijnym czy ich
wychowankom - naszym rodzicom. Każdy z nas ma w sobie
mędrca/przewodniczkę (połączenie kompetentnego umysłu z intuicją). Jest
nią nasza ludzka jaźń - wyższa świadomość, co do istnienia której nie
mam już wątpliwości. Religie (za którymi zawsze stoją ludzie) tworzą
oparte na strachu założenia co do natury ludzkich istot oraz ich relacji
z Bogiem czy - jak kto woli - siłą wyższą. Ci ludzie właśnie na
przestrzeni wieków pisali historię tej relacji, dodając coś od siebie.
Tworzyli dogmaty, interpretując to, co zapamiętali i usłyszeli od
poprzedników. Koryguje się je na ważnych imprezach kościelnych, takich
jak sobory czy kongregacje. Niektóre z tych interpretacji zmutowały na
wzór głuchego telefonu. Od czasu do czasu z jakiegoś powodu uważano je
za herezje, które powodowały rozłamy w Kościele i były kamieniem
węgielnym nowych ruchów religijnych. Czasami zaś inne interpretacje były
faworyzowane przez liderów Kościoła i przenoszone do kolejnych pokoleń.
Utarło się myśleć o nich jako "moralnych prawdach uniwersalnych". Czy
mogą to być jednak tylko zniekształcenia poznawcze, wywoływane przez
niedoskonały ludzki umysł? Zniekształcenia powstałe przy próbie
kopiowania starożytnej wiedzy, podczas gdy nie mamy pewności, od jak
dawna piszemy historię wiary? Wszak zwoje znad Morza Martwego mają
starszą datę pochodzenia niż Biblia. A co było przed nimi?
Religijne dogmaty tworzą nakładkę myślową na naszą jaźń - pętają jej
wewnętrzną mądrość, a także wolność i kreatywność. Czynią z nas biernych
naśladowców cudzych koncepcji, a najsilniejszą energią przywiązywania
ludzi do ideologii jest nadal strach.
Uwikłani w emocjonalne pułapki, spragnieni, by zasłużyć na miano osoby
godnej Boga, a zarazem zdeterminowani, by być sobą, zwykle rezygnujemy z tego drugiego z brzemieniem poczucia winy, wstydu i strachu. Kto by się
nie ugiął pod ciężarem pojęć, takich jak: "pokuta", "zasługiwanie",
"przykazania", "wyrzeczenia", "gniew Boży", "kara boska", "sąd
ostateczny", "wieczne potępienie", "piekło", "grzech śmiertelny"...
Modlitewne mantry, takie jak "Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka
wina", oraz "Nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie..." dają nam
powód myśleć, że jesteśmy istotami niepełnymi, jakby uszkodzonymi.
Odłączeni od tego, do kogo się modlimy, a zatem kierowani do
podporządkowywania się dogmatom (to, co podobno jest miłe Bogu) i podważania tego, co jest wytworem własnej umysłowej oceny czy cielesnej
percepcji.
Osobiście lubię duchowość niereligijną - koncepcję ludzkiej świadomości
wymykającej się Newtonowskiej fizyce, a tak bliskiej psychologii
humanistycznej. Świadomość ta, obecna w każdym człowieku, podobna jest
do boga niepostaciowego, składnika inteligentnej energii. Jest w niej
miejsce na swobodne doświadczanie siebie z prawem do błędów i uczenia
się na nich. Jest też poszanowanie własnego umysłu z jego zdolnością do
postrzegania rzeczywistości i wyciągania wniosków w atmosferze spokoju,
zaciekawienia i wybaczenia. Jest w końcu głębokie poleganie na własnym
ciele, emocjach, uczuciach i intuicji jako nośnikach tej duchowej
mądrości. W tej właśnie mądrości może tkwić jądro naszej boskiej natury,
połączonej z kosmosem i wymiarem pozacielesnym. Dlaczego nie? Dzięki
nowoczesnej technologii fizycy kwantowi uczynili tę energię mierzalną, a nawet uznali, że znaleźli "wzór Boga". Od tej pory to co duchowe i naukowe nie musi już ze sobą konkurować. Pod warunkiem że nie pomylimy
religii z duchowością. W tej kwantowej, niereligijnej koncepcji boga nie
ma konieczności czuć się odłączonym, a zatem niegodnym. Nie ma też
powodu obłaskawiać tej siły przez posłuszeństwo i podporządkowywanie
się, by uniknąć represji. W tej koncepcji dobro i zło przestają mieć tak
rygorystyczne znaczenie, a posługiwanie się zakazami i osądami traci na
znaczeniu, gdy alternatywą staje się wolność myślenia i odpowiedzialność
za te myśli we własnym doświadczaniu.
Nie nakłaniam do przyjęcia tego stanowiska. Są tacy, którzy się oburzą,
że głoszę poglądy New Age. Jeśli potrzebujecie religii i moralnych
autorytetów do własnego rozwoju, kibicuję wam i waszej radości życia.
Apeluję tylko o zachowanie dystansu do religijnych dogmatów, gdy kłóci
się z nimi wasz umysł, ciało lub dusza. Gdy przez to, w co wierzycie na
temat seksu i ciała, czujecie się mało warci, nieczyści, pogubieni,
wewnętrznie skonfliktowani. W ciągłym zmaganiu się, by nadążyć za
wypełnianiem nakazów, i permanentnym przekonaniu, że to jest za trudne.
Mając pięćdziesiąt trzuy lata, z melancholią wspominam własne
uzależnienie od cudzych racji, podejmowane decyzje, które nie były moje,
a które przysporzyły mi cierpienia i zatrzymały mnie w rozwoju, bo
przypisałam im moc większą od siebie samej.
Autorytety są ważne, jeśli umiemy z nich mądrze korzystać, nie gwałcąc
własnej natury. Nie widzę zatem nic złego, żeby tworzyć w ramach
przyjętej religii własne nakładki myślowe, zmieniać wierzenia. Traktować
własne ciała jako ważną część swojego bytu, jak własność, od której może
zależeć szczęście. Pragnę, by ludzie stali się interpretatorami, a nie
tylko biernymi naśladowcami. Wspieram ich, by tworzyli własne wartości,
a nie uprawiali moralny plagiat. Cieszyłabym się, gdyby praktykowali
relację z ciałem - a jeśli ktoś woli, także z Bogiem - po swojemu, przez
pryzmat własnych potrzeb i myśli, a nie wbrew nim. By odrzucali te
zasady i przykazania, które permanentnie wywołują w nas, ludziach,
najbardziej toksyczne z uczuć: wstyd, poczucie winy czy strach. Wolę,
abyśmy wszyscy zapraszali do swojego rozwoju takie emocje jak spokój,
radość i zaciekawienie.
Ta książka powstała z myślą o tych, którym zależy na własnym zdrowiu
psychicznym i seksualnym. Wśród nich znajdą się zarówno ci, którzy
wierzą w Boga i praktykują religię, jak i ateiści. Nie zaszkodzi także
agnostykom, wierzącym w nieosobową siłę wyższą czy niepraktykującym
żadnej religii. Może posłużyć wszystkim, których ciekawi ludzka psychika
i jej połączenie z ciałem oraz seksualnością.
CBOS podaje, że osoby regularnie praktykujące nie akceptują w pełni
nauczania Kościoła katolickiego, jeśli chodzi o zagadnienia związane z seksualnością i obyczajowością. Życie bez ślubu, a także seks
przedmałżeński dopuszcza 40 procent badanych katolików, a stosowanie
antykoncepcji 41 procent. 33 procent akceptuje rozwody, a 24 procent nie
widzi niczego złego w homoseksualizmie. 27 procent spośród osób
twierdzących, iż moralność katolicka jest jedynie słuszna i wystarczająca, jednocześnie usprawiedliwia seks przedmałżeński, 26
procent akceptuje konkubinat i antykoncepcję, a 25 procent akceptuje
rozwody.
Z roku na rok frekwencja na lekcjach religii w szkole spada, przy czym
większa jest w szkołach podstawowych, zwłaszcza w klasach 1-3,
poprzedzających przystąpienie do pierwszej komunii świętej, a zdecydowanie niższa w szkołach ponadpodstawowych.
Rozdział 1. Wstyd ciała
Rozdział 1
WSTYD CIAŁA
Jak wstyd ciała i cielesnych przeżyć przekłada się na kompleksy,
problemy z odczuwaniem przyjemności, podnieceniem i orgazmem oraz
seksualną inicjatywą.
W chrześcijańskich religiach podejrzewa się ciało o głupotę, jakby było
nieinteligentnym tworem przeszkadzającym nam w rozwoju duchowym i sztuce
łączenia się par. Mówi się o nim jak o spuściźnie grzechu pierworodnego,
balaście, który płata nam figle, nie umie porozumiewać się z duchem i umysłem, a nawet jest wobec nich w opozycji. Propaguje się nawet taką
opowieść, że ciało z jego "niecnymi" potrzebami ma być dla nas swoistym
testem lojalności wobec Boga. Że nie słuchając głosu ciała, wyrzekając
się go, stajemy się w oczach Boga godnymi ludźmi, zaliczamy sprawdzian
bycia OK. Jako terapeutka holistyczna uważam ten rodzaj myślenia za
niebezpieczną pułapkę. Wiem, że umysł, duch i ciało (oraz związane z nim
emocje) to święta trójca i żadna z części nie jest mniej lub bardziej
ważna, ponieważ wpływają na siebie nawzajem na zasadzie sprzężenia
zwrotnego. Te trzy "wtyczki", traktowane na serio i na równi, tworzą
obraz naszej ludzkiej kompletności, doskonałego urządzenia do
samorozwoju i samospełniania się. Przykro mi, że tak wiele wspaniałych
kobiet pozwala się zawstydzać z powodu cielesnych komunikatów, takich
jak podniecenie, pożądanie czy fizyczna przyjemność. Raz zawstydzone
emocje realnie upośledzają zdolność do komunikowania się ciała z umysłem
czy duchem i w konsekwencji sprawiają, że ludzkie ciało przestaje
współpracować dla naszego dobra. Ta "odłączona wtyczka" cielesna, której
przestajemy ufać, to aż jedna trzecia, a raczej dwie czwarte nas samych,
ponieważ ciało i emocje można potraktować jako współgrające ze sobą,
aczkolwiek wewnętrznie zróżnicowane procesy. Jeśli jej się wyrzekamy,
porzucone ciało tworzy zaburzenia w postaci toksycznych, niewiarygodnych
emocji, zostaje zakłócona intuicja. Może to wyglądać tak, że ciało
zaczyna dawać błędne sygnały, aby unikać tego, co dobre, albo ciągnąć do
tego, co złe. To powoduje, że podejmujemy złe decyzje. Złe decyzje
natomiast wypaczają sposób myślenia. A jeśli umysł zacznie błądzić i nie
możemy już na nim polegać, to jak odnajdziemy kompas dla ducha?
Gloryfikacja ducha kosztem ciała i umysłu prowadzi do efektu domina, a jego skutkiem bywa uczucie zagubienia emocjonalnego, umysłowego i duchowego, typowego dla tak ogromnej części ludzkiej populacji naszych
czasów.
Powszechny nawyk oglądania i dotykania ciała, naturalny popęd
nastolatków, któremu towarzyszy przyjemność, nazywany jest bezwstydem,
czyli powodem do wstydu. Dotykanie swojego ciała w "niewłaściwy sposób"
to dotykanie w taki sposób, który wywołuje przyjemność i podniecenie.
Masturbacja nazywana jest nienaturalną czynnością, zwyrodnieniem,
zwierzęcym popędem. Myśli pożądające kontaktu z ciałem drugiego
człowieka to myśli nieczyste, chyba że dotyczą małżonka. Dotykanie ciała
drugiego człowieka w sposób seksualny, gdy nie czujemy miłości albo nie
jesteśmy jej pewni, to także grzech... Potrzeby seksualne można odczuwać
i realizować wyłącznie podczas zjednoczenia z partnerem (płci
przeciwnej), wyłącznie wtedy, gdy partnerów łączy głęboka miłosna więź
przypieczętowana sakramentem małżeństwa zawartym w Kościele. A więc jest
tylko dla duetów dorosłych i tylko po otrzymaniu stosownych papierów od
przedstawicieli Kościoła. Do tego czasu mamy zapomnieć o potrzebach
fizjologicznych. Mamy stać się kompetentnymi dorosłymi, przeskakując
etap przeobrażania się z dzieci w dorosłych. Najpierw mamy więc rozwinąć
się duchowo i umysłowo, a potem (jak chce religia katolicka) -
skonsumować to fizycznie. To koncepcja odwracająca naturalny porządek
rzeczy: nie można bowiem uczyć się życiowej mądrości bez ciała. Nie da
się przejść zdrowo etapu rozwoju zwanego dojrzewaniem, ignorując
fizyczne sygnały.
Cały proces stawania się dorosłymi obwarowany jest tabu intymności. Tabu
to nałożone jest na całą sferę burz hormonalnych, z którymi każdy
nastolatek musi się zmierzyć, gdy jego ciało przeobraża się z dziecka w postać dojrzałą. Kiedy te emocje i popędy nazywa się złymi i nienaturalnymi, wzywając do panowania nad nimi, staje się to możliwe
jedynie za pomocą... wywołania wstydu w młodym człowieku. A to potężna
możliwość wycofania nawet największej energii życia.
Złe są zatem naturalne odruchy ciała nastolatka, które budzi się do
życia seksualnego. Złe są także jego myśli, które same zmierzają w zakazane rewiry. Przekaz jest prosty - robisz i myślisz źle, jesteś więc
grzeszny, zły. Żeby się tego wyzbyć, musisz wyzbyć się zakazanych myśli
i uczynków, spowiadać się z nich, prosząc o wybaczenie i cierpiąc wtórny
wstyd. A że prawie nikomu nie udaje się doścignąć uświęconych wzorców,
strach, wstyd i wina stają się nieodłącznymi uczuciami towarzyszącymi
katolickiej edukacji. Wtedy powstaje przekonanie: "Nie dość, że pragnę
niewłaściwych rzeczy, to jeszcze jestem na tyle uszkodzony, że nie mogę
raz na zawsze z tym skończyć. Wyraźnie coś z moim ciałem musi być nie
tak".
Jeśli więc zagrożenie wstydem jest tak wszechobecne, młodzież wzrasta w atmosferze nieustannej stresującej cenzury myśli i czynów, stawia także
pod znakiem zapytania akceptację swojego ciała, zwłaszcza sfer
intymnych.
Ciało, popęd seksualny, uczucie przyjemności płynące z dotyku i masturbacji stają się dla młodego człowieka niejako balastem. Źródłem
bezustannego zagrożenia karą i wykluczeniem, ponieważ tak wiele
restrykcji i nakazów wobec ciała stale słyszy na katechezie, w kościele,
podczas przygotowań do spowiedzi, na samej spowiedzi, w katechizmie. W końcu powtarzają to rodzice, wychowani na tych samych przykazaniach. Oni
także, idąc na skróty w seksualnej edukacji, dokładają ciężaru
zdezorientowanym latoroślom. "Trzymaj ręce na kołdrze, bo ci uschnie".
Coś takiego może wymyślić tylko rodzic, który sam przeszedł kościelną
edukację opartą na potępianiu pozahigienicznego kontaktu z własnymi
genitaliami.
Młody człowiek jest naprawdę w trudnej sytuacji: ciało daje mu wyraźne
sygnały pragnień, które są zakazane i piętnowane. Nauki są czarno-białe:
teraz nie możesz myśleć i robić tego, czego pragnie twoje ciało. Musisz
dotrwać do tej magicznej granicy, w której następuje zakochanie we
właściwej osobie, koniecznie z wzajemnością, bez możliwości popełnienia
błędu, wyczekanie w udanym i trwałym związku, aż Bóg natchnie was do
małżeństwa. Ale musicie być pewni, że to ten odpowiedni partner i że
łączy was miłość. Nie można oddać się byle komu. Inaczej jest to zło,
grzech.
Musisz dokonać właściwego wyboru partnera, opierając się na intuicji (bo
przecież nie na życiowej mądrości, której brak młodym ludziom). A jak tu
polegać na intuicji, kiedy jej wykonawca, ciało, ma nałożone embargo?
Mając wpojony wstyd własnego ciała i swoich pragnień, bardzo trudno
uczyć się zdrowej miłości do siebie i drugiego człowieka. Bardzo trudno
znaleźć kogoś, z kim będzie nam dobrze. A to właśnie jest wyzwanie,
którego spodziewają się po dzieciach ich katoliccy opiekunowie: wyjdź za
mąż i miej szczęśliwe życie. Nie daj Bóg, aby przytrafiły ci się zły
wybór albo samotność! Ale dopóki dorastasz, nakazujemy wstrzemięźliwość,
czyli wypieranie, wyrzekanie się myśli i odczuć seksualnych. Dajemy ci
za to niezawodne narzędzia: modlitwę i spowiedź.
Wypieranie czy wyrzekanie się jest nie tyle trudną sztuką, co bardzo
niezdrową w pojęciu rozwoju człowieka. Dziecko nauczone traktowania
własnych emocji i reakcji jako złych, wstydliwych, po prostu przestaje
sobie ufać. Strach przed skutkami tego, co próbuje powstrzymać, nie
sprawi, że "to" zniknie. Zamknięte, zepchnięte stale napiera, rośnie w siłę, bo chce być zauważone. Nie da się tak po prostu wykluczyć
cielesnych reakcji i pragnień przez mentalny zakaz i modlitwę. Dziecko
nie jest na tyle rozwinięte emocjonalnie czy duchowo, by jego modlitwy i oparta na nich samokontrola były realnymi narzędziami do utrzymywania
wewnętrznej równowagi. Procesy ciała i umysłu natomiast - jak dowodzi
wiele humanistycznych nauk - są ze sobą połączone i z natury skłonne do
współpracy.
Zresztą jeśli coś wewnątrz człowieka dostaje etykietkę tabu, nie można
stworzyć zintegrowanej osobowości, bo energię rozwoju pochłania strach i kamuflaż tego, co wstydliwe.
Dziecko potrzebuje nawigacji, jak obchodzić się z procesami ciała, które
się nagle zmienia, a nie nierealnych wymagań i restrykcji w atmosferze
zawstydzania i strachu przed karą. Potrzebni są mądrzy dorośli, czyli
tacy, którzy tworzą zasady z marginesem elastyczności. Ufają, a nie
straszą, pomagają zrozumieć, a nie zawstydzają. Dają przestrzeń dla
własnych poglądów, dają wiarę w mądrość ciała.
Oczywiste jest zatem, że tworząca się młoda osobowość musi polec w zmaganiach ze swoją "ułomnością" (czyli erotycznymi fantazjami czy
eksploracją własnego ciała) do czasu spełnienia idyllicznych oczekiwań
rodem z harlequina. Wpojony raz wstyd kumuluje się, jeśli zakazana
czynność zwana grzechem stale się powtarza na przestrzeni lat. Spowiedź
jako źródło redukcji grzechu (a zatem wstydu) zaczyna stawać się
zewnętrznym katalizatorem, narzędziem regulacji emocji czy duchowego
spokoju. Powstaje błędne koło: wstyd, aby się uwolnić, potrzebuje
spowiedzi i rozgrzeszenia. Ale ponieważ sama spowiedź żywi się pojęciem
grzechu i emocją wstydu, powstaje sprzężenie zwrotne. Jest to o tyle
niebezpieczne w rozwoju świadomości człowieka, że po pierwsze, tkwi on w przekonaniu, że ma ograniczone zasoby do zarządzania własnym sumieniem,
czyli osobistym systemem wartości, i po drugie, zawsze potrzebuje
zewnętrznego autorytetu i rytuału, aby poczuć się spokojnym,
wartościowym i przynależnym.
KOMPLEKSY CIAŁA
Karolina, 39 lat. Ma męża i dwoje dzieci. Jest szefową agencji
reklamowej i stałą klientką gabinetów medycyny estetycznej. Upiększa nie
tylko twarz. Właśnie jest po trzeciej plastyce krocza. Były już wargi
sromowe mniejsze i większe. Teraz ostrzykiwała sobie pochwę, by była
ciaśniejsza. Za każdym razem składa reklamacje i dręczy lekarza serią
uwag i zastrzeżeń. Nigdy nie jest zadowolona z efektu, próbuje wymusić
korekty dokonanych zabiegów, które z medycznego punktu widzenia
spełniają wszelkie kryteria zdrowotne i estetyczne. Jednak nie dla niej.
Kiedy ogląda w lustrze własne genitalia, widzi deformacje i napawa ją to
obrzydzeniem. Dostała skierowanie do psychoterapeuty, bo według lekarza
reprezentuje nieadekwatny obraz własnego ciała, w szczególności miejsc
intymnych. Marzy o udanym seksie z mężem, ale nie jest stanie osiągnąć
ani podniecenia, ani orgazmu. "Kiedy uprawiam seks, zawsze myślę, że
jestem popsuta. Nie mogę skupić się na przyjemności, wciąż w mojej
głowie jak mantra rozlega się seria zastrzeżeń do samej siebie". Kiedy
była panną, musiała wypić drinka lub dwa, żeby pójść do łóżka z chłopakiem, którego kochała. Ale do seksu nie dochodziło. Paraliżował ją
dziwny strach. Nie mogła znieść myśli, że on zobaczy to, co ona ma na
dole, i się odkocha. Nie mogła się tam oglądać od czasu, gdy jako
nastolatka kilka razy spróbowała masturbacji. "Do ślubu trzymałam się
myśli, że skoro nie będę tam patrzeć i chłopakowi będę to utrudniać, to
może wstyd będzie mniejszy...". To był jej pomysł na poradzenie sobie z wyrzutami sumienia z powodu masturbacji - wystarczy nie patrzeć na
narządy, aby poczucie winy zelżało. Innymi słowy: odwrócić uwagę od
stref intymnych, by poradzić sobie ze wstydem z powodu masturbacji. Tak
sobie wówczas radziła. "Wie pani, ja do dwudziestego roku życia nie
mogłam nawet spojrzeć, jak jestem zbudowana. Nawet gdy miałam infekcję,
nie mogłam iść do ginekologa. Taki ogromny czułam wstyd... Moje ciało
jako siedlisko grzechu... To, co zobaczyłam, kiedy już jako dorosła
spojrzałam w lusterko, przeraziło mnie. Liczyłam na to, że zawarcie
małżeństwa coś zmieni. Nie mogłam w nieskończoność odmawiać seksu. Po
ślubie, kiedy współżyliśmy, zaczęły się obsesyjne myśli, że nie powinnam
tak wyglądać tam, na dole. Mąż mnie przekonywał, że wszystko jest w porządku. Ale mu nie uwierzyłam. Lekarzom też nie".
Z czasem nauczyła się kamuflażu w łóżku - odpowiednia bielizna, mocno
przyciemnione światło, alkohol. Nigdy nie przyznała się nikomu, że tak
ogromnie wstydzi się swojego ciała. Zarówno pierwszy chłopak, jak i mąż,
uważali, że jest pociągająca, a nawet wyrażali się o jej anatomii
intymnej w superlatywach. Sądziła, że tylko się nad nią litują. Po
urodzeniu dzieci postanowiła, że dopóki nie zoperuje sobie krocza, nie
pozwoli, by mąż ją oglądał. Lekarz odradzał korektę, mówił, że jej
narządy są jak najbardziej normalne. Po trzeciej plastyce i serii
konfliktów z powodu nieuzasadnionych reklamacji dała się przekonać, że
problem tkwi w jej psychice.
Relacjonuje: "Grzeszne myśli o seksie, kiedy jeszcze nie miałam
chłopaka... Od tego się zaczęło. Spowiadałam się z tych myśli. Ksiądz na
spowiedzi naciskał, dopytywał, że może jeszcze coś robiłam z chłopakami
oprócz tych myśli... Mimo spowiedzi nadal czułam pokusę, żeby powtarzać
tę przyjemność myślenia, choć wiedziałam, że to złe... (czerwieni się
nagle i zaczyna tracić oddech). Jak się plątałam w zeznaniach na
spowiedzi, bo było mi tak wstyd za te bezbożne myśli, to ksiądz zadawał
mi duże pokuty. Nie wierzył, że ja nic więcej nie robiłam. A ja czułam
się jak jakiś przestępca. No i kiedy zdarzyło mi się, no wie pani,
masturbacja, to już nie poszłam z tym do spowiedzi, bo bym nie
wytrzymała tego ciśnienia, które robił ksiądz... Na religii mówili, że
masturbacja to bardzo ciężki grzech. Że od tego można dostać choroby
psychicznej, oziębłości seksualnej i jeszcze czegoś strasznego, ale już
nie pamiętam. Lista zagrożeń była ogromna. Tak się bałam z tego
wyspowiadać, bo w naszym kościele panowało takie dziwne przekonanie, że
wszystko może zostać ujawnione. W konfesjonale ściany miały uszy, a ksiądz był znajomym rodziny. Nie czułam, że tajemnica spowiedzi jest
jakąś ochroną. Wiedziałam jednak, że zatajenie grzechów to kolejny
grzech... Czułam się powtórnie winna, brzydziłam się siebie, że jestem
takim tchórzem i nawet nie potrafię powiedzieć, co złego zrobiłam.
Pomyślałam, że skoro się do tego posunęłam, to już nie ma dla mnie
ratunku, że jestem wykolejona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki