Biesy - Fiodor Dostojewski

Kup ebooka

59.99 zł
53.99 zł (53,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Tytułem wprowadzenia: nieco szczegółów życiorysu czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowienskiego

I

Skoro przystępuję do opisania niedawnych a tak osobliwych zdarzeń, które rozegrały się w naszym, niczym zgoła nie wyróżniającym się wcześniej mieście, brak wprawy każe mi zacząć od rzeczy poniekąd odległych, a mianowicie od pewnych szczegółów tyczących się osoby wielce utalentowanego i czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowienskiego. Niechże te biograficzne szczegóły posłużą więc za wprowadzenie do niniejszej kroniki, zanim przejdę do właściwych dziejów, które tu zamierzam spisać.

Powiem wprost: Stiepan Trofimowicz zawsze odgrywał wśród nas pewną swoistą i to, by tak rzec, publiczną rolę, a w roli tej rozmiłował się tak namiętnie, że, jak mi się zdaje, żyć już bez niej nie mógł. Nie żebym miał go porównać do aktora na scenie: uchowaj Boże, owszem, sam żywię doń szacunek. Wszystko to mogło być sprawą przyzwyczajenia lub raczej przejawianej od dziecka ustawicznej a zacnej skłonności do błogich marzeń o własnej pięknej postawie publicznej. Znajdował na przykład niezwykłe upodobanie w położeniu osoby "prześladowanej" i, by tak rzec, "zesłańca". Urzekł go raz na zawsze swego rodzaju klasyczny polor tych dwóch określeń, który przez tak wiele lat wywyższał go we własnych oczach, aż wywindował wreszcie na piedestał nader wysoki i schlebiający próżności. W pewnej satyrycznej angielskiej powieści z minionego stulecia niejaki Guliwer po powrocie z kraju Liliputów, w którym ludzie mierzyli sobie nie więcej nad dwa palce wzrostu, tak był wśród nich nawykły uważać się za olbrzyma, że nawet chodząc teraz ulicami Londynu, mimowiednie pokrzykiwał na przechodniów i pojazdy, by ustępowały mu z drogi, bo jeszcze je rozdepce: we własnym przekonaniu nadal był olbrzymem wśród karzełków. Wykpiwano i łajano go za to, a ten czy ów grubiański stangret nieraz nawet śmignął olbrzyma batem; czy jednak słusznie? Do tegoż nieomal stanu nawyk przywiódł Stiepana Trofimowicza, acz w jeszcze niewinniejszym i nieszkodliwszym sposobie, bo też zacności to był człowiek.

Myślę sobie nawet, że choć pod koniec popadł w powszechne zapomnienie, rzec przecież niepodobna, by i dawniej był postacią nieznaną. Bezsprzecznie on także zaliczał się w swojej dobie do owej świetnej plejady sławnych działaczy naszego poprzedniego pokolenia i przez czas pewien - a choćby zresztą tylko przez najkrótszą chwilkę - wielu ówczesnych zapaleńców stawiało jego nazwisko nieledwie w jednym rzędzie z nazwiskami Czaadajewa, Bielińskiego, Granowskiego i dopiero początkującego za granicą Hercena2. Aliści działalność Stiepana Trofimowicza zakończyła się niemal w tym samym momencie, w którym się rozpoczęła, a to za sprawą, że tak powiem, "wiru okoliczności"3. No i proszę: jak później wyszło na jaw, przynajmniej w tym przypadku nie powstał w ogóle nie tylko "wir", ale nawet same "okoliczności". Dopiero teraz, w tych dniach, dowiedziałem się z najwyższym zdumieniem, ale za to z niezbitą pewnością, że Stiepan Trofimowicz nie tylko nie przebywał wśród nas, w naszej guberni, na zesłaniu, jak przyjęliśmy sądzić, lecz owszem, nigdy nawet nie był poddany inwigilacji. Cóż to za siła, ta własna wyobraźnia! Szczerze wierzył przez całe życie, że w pewnych sferach pozostaje przedmiotem ustawicznych obaw, że władze znają i mierzą wszystkie jego kroki, a każdy z trzech gubernatorów, którzy urzędowali u nas kolejno w ciągu ostatnich dwudziestu lat, przybywa objąć gubernię zaambarasowany szczególną o nim, o Wierchowienskim, myślą, natchniony nią z góry, a już zwłaszcza przez ustępującego poprzednika. Gdyby ktoś podówczas w sposób niezbity dowiódł przezacnemu Stiepanowi Trofimowiczowi, że w ogóle nie ma powodu do obaw, ten niechybnie by się obraził. A przecież skądinąd był to człowiek jak najrozumniejszy i jak najzdolniejszy, błyszczący, by tak rzec, na arenie nauki, choć wprawdzie co do nauki... Słowem, nie zdziałał na arenie nauki zbyt wiele, a nawet bodaj nic4. To jednak przecież wśród ludzi nauki na Rusi chleb powszedni.

Po powrocie z zagranicy zabłysnął na uniwersyteckiej katedrze już pod sam koniec lat czterdziestych. Zdążył zaś wygłosić zaledwie kilka wykładów i to bodaj o Arabach5, zdążył też obronić świetną dysertację o rysującym się już w epoce między rokiem 1413 a 1428 wzroście znaczenia niemieckiej mieściny Hanau jako miasta i jako członka Hanzy, a także o szczególnych i zawiłych przyczynach, dla których wzrost ten w ogóle nie nastąpił6. Dysertacja ta pozwoliła zgrabnie wbić bolesną szpilę ówczesnym słowianofilom, a zarazem przysporzyła mu w ich gronie licznych i zajadłych wrogów. Później - kiedy już zresztą stracił katedrę - ogłosił (by tak rzec, w charakterze zemsty i dowodu, kogo w jego osobie stracono) w postępowym miesięczniku, w którym tłumaczono Dickensa i propagowano George Sand7, początek pewnego dogłębnego traktatu - bodaj o przyczynach niezwykłej szlachetności obyczajów jakichś tam rycerzy w jakiejś tam epoce czy coś w tym rodzaju8. Przynajmniej myśl przewodnia była nadzwyczaj wzniosła i szlachetna. Opowiadano później, że dalszy ciąg traktatu został z pośpiechem zakazany przez cenzurę, a nawet że postępowy miesięcznik ucierpiał z powodu opublikowania pierwszej połowy. Bardzo możliwe, bo do czegóż to wtedy nie dochodziło! W danym przypadku pewnie jednak do niczego nie doszło, a autorowi po prostu nie chciało się dokończyć traktatu. Wykłady o Arabach przerwał natomiast dlatego, że ktoś (najwidoczniej któryś wróg z obozu wsteczników) gdzieś przechwycił jakiś jego list do kogoś z opisem jakichś "okoliczności", wskutek czego ktoś zażądał od niego jakichś wyjaśnień9. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale mówiło się też, że w Petersburgu odkryto wtenczas jakieś olbrzymie, godzące w porządek rzeczy i państwa sprzysiężenie co najmniej trzynastu osób, które o mały włos nie zachwiało posadami. Mówiło się, że ponoć zamierzali tłumaczyć samego Fouriera10. Pech chciał, że wtedy właśnie w Moskwie zaaresztowano też poemat Stiepana Trofimowicza, powstały sześć lat wcześniej w Berlinie, w zaraniu młodości autora, obecnie zaś krążący w odpisach między dwoma miłośnikami i u jednego studenta. Poemat ten spoczywa dziś również u mnie w biurku; otrzymałem go nie dalej jak w zeszłym roku we własnoręcznym, bardzo niedawnym odpisie od samego Stiepana Trofimowicza, z dedykacją, w przepysznej czerwonej safianowej oprawie. Nie jest to zresztą utwór wyzuty z poezji, a nawet pewnego talentu; dziwaczny, lecz wówczas (czyli dokładniej w latach trzydziestych) nierzadko się w tym gatunku pisywało. Nie podejmuję się go streścić, Bogiem a prawdą jego treść jest bowiem dla mnie niepojęta. To jakaś alegoria w formie liryczno-dramatycznej, przypominająca drugą część Fausta11. Najpierw występuje chór kobiet, potem chór mężczyzn, potem jakichś tam mocy, a na zakończenie chór dusz, które jeszcze nie żyły, ale owszem, miałyby wielką chęć sobie pożyć. Wszystkie te chóry śpiewają, zresztą nie bez wzniosłego humoru, o jakichś nader oderwanych rzeczach, a głównie o ciążącej na kimś klątwie. Raptem jednak scena się zmienia, nadchodzą jakieś "Gody Życia", na których śpiewać zaczynają nawet owady, pojawia się żółw z jakąś sakramentalną łacińską kwestią, a nawet, o ile pamiętam, śpiewa o czymś tam pewien minerał, to jest przedmiot zgoła nieożywiony. W ogóle wszyscy śpiewają bez przerwy, a gdy już mają rozmawiać, to wszczynają jakieś kłótnie o rzeczy oderwane, też zresztą nie bez pretensji do wyższego znaczenia. Nareszcie scena raz jeszcze się zmienia, pojawia się dzika okolica, a tam wśród skał spaceruje pewien cywilizowany młody człowiek, który zrywa i ssie jakieś zioła, a na pytanie wróżki: dlaczegóż to on ssie owe ziółka? - oświadcza, że z nadmiaru życia szuka zapomnienia i właśnie czerpie je z soku tych ziół; ale że przede wszystkim pragnie co najrychlej postradać rozum (pragnienie to może nawet zbyteczne). Dalej raptem wjeżdża niewymownej urody młodzieniec na czarnym koniu, za nim zaś podąża okropne mrowie wszystkich narodów. Młodzieniec uosabia śmierć, a wszystkie narody jej pożądają. Aż wreszcie w finalnej scenie nagle ukazuje się wieża Babel, jacyś atleci dobudowują ją wreszcie do końca z pieśnią nowej nadziei, a kiedy już dociągną ją do samej góry, władca, dajmy na to, Olimpu czmycha w komicznej postaci, ludzkość zaś, przejrzawszy na oczy, zajmując jego miejsce, natychmiast rozpoczyna nowe życie z nową świadomością rzeczy. A więc ten to właśnie poemat uznano wówczas za niebezpieczny. W zeszłym roku proponowałem autorowi, by ogłosił dzieło drukiem z uwagi na jego całkowitą w naszych czasach niewinność, odrzucił jednak tę propozycję z widocznym nieukontentowaniem. Ubodła go myśl o całkowitej niewinności; tym nawet tłumaczę pewien chłód, z którym odnosił się do mnie przez całe dwa miesiące. I proszę: ni stąd, ni zowąd, niemal w tejże chwili, gdy proponowałem, by ogłosić go tutaj - nasz poemat ukazuje się tam, to znaczy za granicą, w jednym z rewolucyjnych wydawnictw, i to zgoła bez wiedzy Stiepana Trofimowicza. Ten naprzód się wystraszył, pobiegł do gubernatora i napisał jak najszlachetniejszy list z usprawiedliwieniami do Petersburga, czytał mi go ze dwa razy, ale nie wysłał, bo nie wiedział do kogo. Słowem, denerwował się przez bity miesiąc; jestem jednak pewien, że w najskrytszej głębi serca czuł się nadzwyczaj zaszczycony. Omal nie kładł się spać z nadesłanym mu egzemplarzem, na dzień chował go pod materacem i nie pozwalał nawet służącej słać łóżka, a choć dzień w dzień spodziewał się skądś jakiejś tam depeszy, na wszystkich spoglądał z góry. Depesza nie przyszła. Wtedy pogodził się ze mną, co świadczy o niezwykłej dobroci jego serca czułego i niepomnego uraz.

II

Bynajmniej przecież nie twierdzę, że w ogóle nie był ucierpiał; dziś jestem tylko w zupełności pewien, że mógłby dalej, ile wola, ciągnąć o swoich Arabach, byleby udzielił stosownych wyjaśnień. On jednak wtedy wziął na ambit i ze szczególnym pośpiechem postanowił wmówić sobie raz na zawsze, że "splot okoliczności" na całe życie złamał mu karierę. Żeby zaś rzec całą prawdę, prawdziwą przyczyną odmiany w karierze była też uprzednia, a teraz ponowiona, arcydelikatna propozycja pani Warwary Stawrogin, małżonki generała lejtnanta i osoby wielce majętnej, by w charakterze najprzedniejszego pedagoga i przyjaciela domu, nie mówiąc już o świetnym wynagrodzeniu, podjął się edukacji i dbałości o cały rozwój umysłowy jej jedynaka. Po raz pierwszy propozycję tę złożono mu już w Berlinie, i to wówczas właśnie, kiedy po raz pierwszy był owdowiał. Pierwszą zaś jego małżonką była pewna lekkomyślna panienka z naszej guberni, którą poślubił w najpierwszej i jeszcze zgoła nierozumnej młodości, a potem z tą skądinąd powabną osóbką zaznał wiele goryczy z braku środków na jej utrzymanie, nadto zaś z innych przyczyn, po części już natury delikatnej. Zmarła w Paryżu, po trzech ostatnich latach separacji z mężem, pozostawiając mu pięcioletniego syna, "owoc pierwszej, radosnej i niczym jeszcze nie zmroczonej miłości", jak się w mojej przytomności pewnego razu w chwili smutku wyrwało Stiepanowi Trofimowiczowi. Pisklę już na samym wstępie odesłano do Rosji; tam też chowało się przez cały czas gdzieś na prowincji w pieczy jakichś tam dalekich ciotek. Wtedy to właśnie Stiepan Trofimowicz odrzucił propozycję Warwary Pietrowny i rychło, nie czekając nawet, aż rok upłynie, a co najważniejsza, bez żadnej szczególnej potrzeby, ożenił się powtórnie z pewną małomówną berlińską Niemeczką. Okrom tej przyczyny były też jednak inne powody nieprzyjęcia posady preceptora: nie dawała mu spokoju gromka podówczas sława pewnego niezapomnianego profesora12, sam więc z kolei frunął na katedrę, na której sposobił się wypróbować siłę swych orlich skrzydeł. I otóż teraz, z oskubanymi już skrzydłami, naturalną rzeczy koleją przypomniał sobie o propozycji, która i wcześniej nie pozwalała mu się umocnić w podjętej decyzji. Nagła zaś śmierć również i drugiej żony, po niespełna roku małżeństwa, rzecz ostatecznie załatwiła. O wszystkim rozstrzygnęło, by rzec wprost, płomienne współczucie i nieoceniona, że tak powiem, klasyczna przyjaźń ze strony Warwary Pietrowny, o ile tylko można tak rzec o przyjaźni. Padł w objęcia tej przyjaźni i sprawa była ustalona na lat dwadzieścia z górą. Użyłem tu zwrotu "padł w objęcia", lecz niech nikt, broń Boże, nie wyobraża sobie niczego niestosownego; objęcia te pojmować należy wyłącznie w sensie jak najwznioślej moralnym. Jak najsubtelniejszy i jak najdelikatniejszy związek połączył na wieki te dwie tak zacne istoty.

Posadę preceptora przyjął był Stiepan Trofimowicz z tego jeszcze powodu, iż mająteczek pozostały mu po pierwszej małżonce - bardzo malutki mająteczek - leżał w najbliższym sąsiedztwie Skworieszników, wspaniałej podmiejskiej posiadłości, jaką Stawroginowie mieli w naszej guberni. Co więcej, zawsze przecież mógł w zaciszu gabinetu, nie przytłoczony już ogromem uniwersyteckich zajęć, oddać się sprawie nauki i wzbogacić ojczyste piśmiennictwo najdogłębniejszymi egzegezami. Egzegezy wprawdzie się nie pojawiły; pojawiła się natomiast okoliczność, w której można było przez całą resztę życia, to jest lat z górą dwadzieścia, stać jako, że tak powiem słowami poety ludu, "żywy wyrzut sumienia" w obliczu ojczyzny13:

...........................................

Przed tobą, ziemio ojczysta,

Stał żywy wyrzut sumienia,

Liberał-idealista.14

Aliści osoba, o której tak się był wyraził poeta ludu, gdyby zechciała, może w samej rzeczy miałaby prawo przybierać tego rodzaju pozę, acz dość nudne to zajęcie. Nasz natomiast Stiepan Trofimowicz był, prawdę powiedziawszy, jedynie epigonem w porównaniu do takich osób, a i tym staniem tak się męczył, że często gęsto wolał się powylegiwać15. Powylegiwać - nie powylegiwać: trzeba mu oddać sprawiedliwość, iż żywym wyrzutem pozostawał bądź co bądź również w pozycji leżącej, a jak na naszą gubernię i tego było dość. Żebyście go widzieli, jak u nas w klubie siadał do kart! Mina mówiła sama za siebie: "Karty! Ja z wami siadam do gierylasa! Alboż to przystoi? Kto za to odpowiada? Kto obrócił wniwecz moją działalność i sprowadził ją do gierylasa? Ech, Rosjo, już po tobie!" - po czym dostojnie wychodził w kiery.

A po prawdzie okrutnie lubił rżnąć w karcięta, z której to racji, a już osobliwie ostatnimi czasy, miewał częstokroć nieprzyjemne zatargi z Warwarą Pietrowną, zwłaszcza że stale przegrywał16. Ale o tym potem. Pozwolę sobie tylko zauważyć, że był (to jest: bywał) osobą o wrażliwym sumieniu, a przeto nieraz skłonną do smutku. Przez całe dzieje dwudziestoletniej przyjaźni z Warwarą Pietrowną ze trzy lub cztery razy do roku regularnie zapadał na tak zwaną w naszym kręgu "boleść publiczną", czyli po prostu chandrę, wyrażonko to jednak wielce przypadło do gustu czcigodnej Warwarze Pietrownie17. Z biegiem czasu okrom "publicznej boleści" zaczął też zapadać na szampana; jednakowoż czujna Warwara Pietrowna przez całe życie strzegła go przed wszelkimi trywialnymi skłonnościami. Zaiste potrzebna mu była opiekunka, bo też niekiedy bardzo się robił dziwny: w godzinie najwznioślejszej boleści ni stąd, ni zowąd zanosił się najzupełniej prostackim śmiechem. Bywały chwile, że nawet o sobie samym zaczynał mówić w tonie humorystycznym. A znów Warwara Pietrowna niczego się tak nie bała, jak humorystycznego tonu. Była to niewiasta-klasyk, niewiasta-mecenas, działająca z pobudek wyłącznie wzniosłych18. Kapitalne znaczenie dla jej biednego przyjaciela miał dwudziestoletni wpływ tej szlachetnej damy. Należałoby o niej pomówić osobno, co też uczynię.

III

Są takie przyjaźnie, że dwoje przyjaciół o mało się wzajem nie zagryzie, i tak przez całe życie, a rozstać się nie potrafią. Nie sposób się rozstać: ten z dwojga, co się rozkaprysi i zerwie związek, ani chybi pierwszy zachoruje i umrze, skoro już co do czego dojdzie. Mam niezbitą pewność, że Stiepan Trofimowicz niejeden raz, a w tym niekiedy po najosobistszych wzajemnych wynurzeniach sam na sam z Warwarą Pietrowną, po jej wyjściu zrywał się z kanapy i bił pięściami o ścianę.

I to w zgoła niealegorycznym sensie: raz nawet odbił kawał tynku. Może kto zapytać, skąd to ja znam tak dyskretny szczegół? A jeżeli sam bywałem świadkiem? Jeżeli to mnie Stiepan Trofimowicz we własnej osobie nieraz szlochał na ramieniu, w jaskrawych barwach malując przede mną swe najskrytsze uczucia? (I czegóż to on przy tym nie wygadywał!) Aliści niemal zawsze po tych szlochach działo się tak, że nazajutrz gotów był sam siebie ukrzyżować z powodu własnej niewdzięczności; z pośpiechem zapraszał mnie do siebie albo sam do mnie przybiegał, byle tylko mi zakomunikować, że Warwara Pietrowna to "anioł czci i delikatności", a on - wprost przeciwnie. Nie dość, że do mnie przybiegał: nieraz opisywał to wszystko jej samej w jak najwymowniejszych listach, stwierdzając własnoręcznym podpisem, że nie dalej jak, dajmy na to, wczoraj opowiadał był trzeciej osobie, jako to ona, Warwara Pietrowna, utrzymuje go tylko przez próżność, zazdrosna o jego uczoność i talenta; nienawidzi go i wzdraga się tylko okazać to uczucie otwarcie, w obawie, by nie odszedł od niej i nie wystawił na szwank jej literackiej reputacji; i że wskutek powyższego powziął do siebie pogardę i postanowił zginąć gwałtowną śmiercią, od niej zaś czeka ostatniego słowa, które wszystko rozstrzygnie itd., itp., wszystko w tym duchu. Nietrudno wobec tego pojąć, do jakiej histerii dochodziły czasem ataki nerwowe tego najpoczciwszego w świecie pięćdziesięcioletniego niewiniątka! Sam kiedyś czytałem jeden z takich jego listów po którejś ich kłótni z błahego powodu, ale jadowicie odegranej. Przeraziłem się i błagałem, by nie wysyłał listu.

- Nie mogę... uczciwiej... obowiązek... umrę, jeżeli nie wyznam jej wszystkiego, wszystkiego! - odpowiedział mi niemal w malignie i list wysłał.

To ich właśnie różniło, że Warwara Pietrowna nigdy by takiego listu nie wysłała. Co prawda, w pisaniu to on rozmiłowany był bez pamięci, pisywał do niej, mieszkając pod tym samym dachem, w przypadkach histerii nawet po dwa listy dziennie19. Wiem z niezbitą pewnością, że zawsze te listy jak najskrupulatniej czytała, nawet w przypadku dwóch listów dziennie, a po przeczytaniu składała w osobnej szkatułce, opisane i posegregowane; ponadto składała je we własnym sercu. Następnie, po całym dniu bez odpowiedzi, spotykała się z przyjacielem jakby nigdy nic, myślałby kto, że nic szczególnego wczoraj się nie zdarzyło. Kroczek po kroczku tak go wymusztrowała, że sam już nie śmiał przypomnieć o wczorajszem, tylko przez pewien czas zaglądał jej w oczy. Ona jednak nie zapominała o niczym, gdy on niekiedy zapominał aż nazbyt łatwo i, zachęcony jej spokojem, nieraz tegoż dnia śmiał się i dokazywał przy szampanie, jeżeli przyszli bliscy znajomi. Jak zjadliwie musiała nań wtenczas spoglądać! On zaś niczego nie dostrzegał. Co najwyżej w tydzień, w miesiąc, a czasem nawet w pół roku później, w jakiejś szczególnej chwili, gdy mimo woli przypomniał mu się jakiś zwrot, a potem cały list wraz ze wszystkimi okolicznościami sprawy, raptem zaczynał się palić ze wstydu i tak bardzo czasem się dręczył, że aż dostawał napadu swej choleryny. Te osobliwe ataki w rodzaju choleryny bywały w pewnych przypadkach zwykłym skutkiem jego wstrząsów nerwowych, stanowiąc na swój sposób ciekawy fenomen jego cielesnej kompleksji.

W rzeczy samej, Warwara Pietrowna z pewnością częstokroć go nienawidziła; on jednak do końca nie spostrzegł, że stał się jej synem, jej tworem, jej, można by nawet rzec, wynalazkiem, stał się krwią z jej krwi i kością z jej kości, że ona trzyma go przy sobie i utrzymuje bynajmniej nie tylko z "zazdrości o jego talenta". Jakże musiały ją obrażać podobne sugestie! Wśród ustawicznej nienawiści, zazdrości i pogardy żyła w niej jakaś nieznośna doń miłość. Strzegła go przed najmniejszym pyłkiem, niańczyła przez dwadzieścia dwa lata, mogłaby, zaaferowana, nie spać po całych nocach, gdyby chodziło o jego opinię poety, uczonego czy działacza. Zmyśliła go sobie i sama pierwsza uwierzyła we własne zmyślenie. Był czymś w rodzaju jakiegoś jej marzenia... W zamian za to żądała jednak odeń w samej rzeczy wiele, czasem aż niewolniczego oddania. Pamiętliwa była niewiarygodnie. Korzystając ze sposobności, przytoczę tu dwie anegdoty.

IV

Zdarzyło się pewnego razu, kiedy właśnie zaczęto przebąkiwać o zniesieniu poddaństwa włościan20, a cała Rosja raptem jęła się radować i sposobić do zupełnego odrodzenia, że przejazdem zawitał u Warwary Pietrowny z wizytą pewien petersburski baron, osobistość jak najwyżej ustosunkowana i stojąca jak najbliżej steru. Warwara Pietrowna nadzwyczaj sobie ceniła podobne wizyty, jej bowiem stosunki w wyższym świecie po śmierci małżonka kurczyły się w oczach, aż pod koniec w ogóle znikły. Baron przesiedział u niej godzinę przy herbacie. Nie było nikogo więcej, ale Warwara Pietrowna zaprosiła i zaprezentowała Stiepana Trofimowicza. Baron już dawniej coś niecoś nawet był o nim słyszał, albo udał, że słyszał, przy herbacie jednakowoż rzadko się doń zwracał. Stiepan Trofimowicz, rozumie się, nie mógł się skompromitować, maniery zresztą miał nienaganne. Acz urodzony niezbyt wysoko, tak się złożyło, iż od maleńkości odebrał wychowanie - i to, jak się zdaje, przyzwoite - w pewnym arystokratycznym domu w Moskwie21; po francusku mówił jak paryżanin. Baron tedy od pierwszego rzutu okiem winien był pojąć, jakie to osoby otaczają Warwarę Pietrownę, choćby nawet w jej gubernialnej samotni. Wszystko jednak wyszło na opak. Kiedy baron potwierdził niepodważalną prawdziwość rozchodzących się właśnie pierwszych pogłosek o wielkiej reformie, Stiepan Trofimowicz raptem nie wytrzymał, zawołał: hura! - a nawet wykonał ręką jakiś gest, mający świadczyć o entuzjazmie. Zawołał półgłosem, a nawet wytwornie; być może nawet entuzjazm był wykalkulowany, a gest wystudiowany przed lustrem na pół godziny przed podwieczorkiem; aliści coś mu się tu nie udało, bo baron pozwolił sobie na cień uśmiechu, aczkolwiek zaraz w sposób nieposzlakowanie uprzejmy rzucił frazes o powszechnym i zrozumiałym wzruszeniu, które napełnia serca wszystkich Rosjan w obliczu wielkiego wydarzenia. Niebawem zaczął się żegnać, a przy pożegnaniu nie omieszkał podać dwóch palców Stiepanowi Trofimowiczowi. Po powrocie do salonu Warwara Pietrowna pomilczała ze trzy minuty; czegoś jak gdyby szukała wzrokiem na stole; nagle jednak obróciła się do Stiepana Trofimowicza i blada, z błyskiem w oku, wycedziła szeptem:

- Nigdy panu tego nie zapomnę!

Nazajutrz przywitała się z przyjacielem jakby nigdy nic; o zdarzeniu tym nigdy nie wspominała. Aliści w trzynaście lat później, w pewnej tragicznej chwili, przypomniała i wypomniała mu to, a przy tym zbladła tak samo jak trzynaście lat wcześniej. Tylko dwa razy w życiu powiedziała mu: "Nigdy panu tego nie zapomnę!". Zdarzenie z baronem to już drugi przypadek; ale i ten pierwszy był tak znamienny i tak wiele znaczył w dziejach Stiepana Trofimowicza, że i o nim nie waham się napomknąć.

Było to w roku pięćdziesiątym piątym, wiosną, w maju, zaraz po tym, jak w Skworiesznikach odebrano wiadomość o zgonie generała lejtnanta Stawrogina, lekkomyślnego starca, zmarłego skutkiem rozstroju żołądka w drodze na Krym, dokąd zdążał odkomenderowany do armii czynnej22. Warwara Pietrowna przywdziała wdowią żałobę. Co prawda, nie mogła za bardzo rozpaczać, bo przez ostatnie cztery lata z powodu niezgodności charakterów żyła w pełnej separacji z mężem, wypłacając mu pensję. (Sam generał lejtnant miał wszystkiego półtorasta dusz i żołd, a ponadto nazwisko i stosunki; cały zaś majątek i Skworieszniki należały do Warwary Pietrowny, jedynaczki pewnego bardzo bogatego propinatora)23. Niemniej przecież, wstrząśnięta niespodziewaną wiadomością, zamknęła się w pełnym odosobnieniu. Stiepan Trofimowicz, rozumie się, nie odstępował jej na krok.

Maj był w pełnym rozkwicie; wieczory piękne. Zakwitły czeremchy. Dwoje przyjaciół spotykało się co wieczór w ogrodzie i przesiadywało do nocy w altance, zwierzając się sobie nawzajem ze swych uczuć i myśli. Zdarzały się chwile pełne poezji. Warwara Pietrowna pod wrażeniem życiowej zmiany była bardziej niż zwykle wylewna. Lgnęła sercem do przyjaciela - i tak przez kilka wieczorów z rzędu. Stiepana Trofimowicza olśniła raptem pewna dziwna myśl: czy aby niepocieszona wdówka nie liczy na niego i nie spodziewa się jego oświadczyn pod koniec roku żałoby? Myśl cyniczna; ale przecież wzniosłość usposobienia nawet sprzyja niekiedy skłonności do cynicznych myśli, choćby tylko wskutek wszechstronności rozwoju. Zaczął rozważać i wywnioskował, że chyba tak. Zadumał się: "Majątek wprawdzie olbrzymi, ale...". Faktycznie, uroda nie była najmocniejszą stroną Warwary Pietrowny: była to niewiasta wysoka, żółta, koścista, z nazbyt długą, niemal końską twarzą. Stiepan Trofimowicz wahał się coraz bardziej, dręczył wątpliwościami, nawet zapłakał ze dwa razy z braku zdecydowania (płakał w ogóle dość często). Wieczorami zaś, to jest w altance, mimo woli zaczął przybierać minę cokolwiek kapryśną i kpiącą, cokolwiek kokieteryjną, a zarazem wyniosłą. Zazwyczaj dzieje się tak mimo woli, bezwiednie, a nawet im szlachetniejszy człowiek, tym bardziej jest to widoczne. Bóg jeden wie, co o tym myśleć, najpewniej jednak w sercu Warwary Pietrowny ani postało coś takiego, co mogłoby uzasadnić domysły Stiepana Trofimowicza. Nie zmieniłaby zresztą swego nazwiska Stawrogin na jego nazwisko, choćby nawet tak sławne. Z jej strony był w tym może co najwyżej cień kobiecej gry, przejaw nieświadomej kobiecej potrzeby, tak naturalnej w pewnych nadzwyczajnych niewieścich przypadkach. Nie ręczę zresztą; nawet po dziś dzień niezgłębione są otchłanie kobiecego serca! Lecz idźmy dalej.

Niebawem, jak należy sądzić, odgadła sekret dziwnej miny swojego przyjaciela; była czujna i domyślna, a on niekiedy aż nadto niewinny. Wieczory jednak płynęły jak przedtem, a rozmowy były równie poetyczne i interesujące. I otóż pewnego razu, gdy zapadła już noc, po wielce ożywionej i poetycznej dyspucie, pożegnali się w przyjaźni, gorąco uścisnąwszy sobie ręce przed gankiem oficyny, w której kwaterował Stiepan Trofimowicz. Co lato przeprowadzał się do tej oficynki, usytuowanej niemal w ogrodzie, z olbrzymiego jaśniepańskiego dworu w Skworiesznikach. Właśnie wszedł był do swego locum i w zaambarasowanej zadumie, z cygarem, którego nie zdążył jeszcze zapalić, zmęczony, stanął nieruchomo w otwartym oknie, ścigając okiem lekkie jak puch białe chmurki tańczące wokół jasnego księżyca, gdy nagle lekki szmer kazał mu się wzdrygnąć i odwrócić. Znowu stała przed nim Warwara Pietrowna, którą pożegnał zaledwie cztery minuty wcześniej. Jej żółta twarz niemal zsiniała, w kącikach zaciśniętych ust czuło się drżenie. Z dziesięć długich sekund w milczeniu patrzała mu w oczy twardym, nieubłaganym spojrzeniem, aż nagle wyszeptała pośpiesznie:

- Nigdy panu tego nie zapomnę!

Kiedy Stiepan Trofimowicz, już w dziesięć lat później, opowiadał mi tę smutną historię (szeptem, przymknąwszy uprzednio drzwi), przysięgał, że osłupienie tak go wtenczas przykuło do miejsca, iż nie słyszał i nie widział, jak Warwara Pietrowna znikła. Ponieważ nigdy później nie napomknęła o tym zdarzeniu i wszystko zostało po dawnemu, przez resztę życia skłaniał się ku myśli, że wszystko to była tylko poprzedzająca chorobę halucynacja, tym bardziej że faktycznie owej nocy rozchorował się na całe dwa tygodnie, co też zresztą położyło koniec schadzkom w altance.

Nie bacząc wszakże na rojenia o halucynacji, dzień w dzień przez resztę życia czekał jak gdyby dalszego ciągu i, by tak rzec, finału tego wydarzenia. Nie wierzył, że na tym koniec! A skoro tak, to dziwnie musiał czasami popatrywać na swą przyjaciółkę.

V

Sama też wymyśliła dlań kostium, w którym chodził przez całe życie. Kostium był wytworny a oryginalny: długopoły czarny surdut zapięty niemal pod szyję, ale skrojony szykownie; miękki kapelusz (latem słomkowy) z szerokim rondem; halsztuk biały, batystowy, z grubym węzłem i wiszącymi końcami; laska ze srebrną gałką; a przy tym włosy do ramion. Był ciemnym blondynem, dopiero w ostatnich latach zaczął po trosze siwieć. Wąsy i brodę golił. Jak mówią, za młodu był bardzo przystojny. Moim zdaniem jednak i na starość zachował urodę. Co to zresztą za starość w wieku lat pięćdziesięciu trzech? Aliści, z pewnej publicznej kokieterii, nie dość, że się nie odmładzał, to jak gdyby zadawał szyku szacownym wiekiem, a w swym kostiumie, wysoki, chudy, z włosami do ramion, przypominał bodaj patriarchę, a już na pewno portret poety Kukolnika24, litografowany w latach trzydziestych w którejś edycji, zwłaszcza gdy siedział latem w ogrodzie na ławce pod krzakiem kwitnącego bzu, wsparłszy obie ręce na lasce, z otwartą książką obok i z poetycką zadumą nad widokiem zachodu słońca. Co do książki, pozwolę sobie zauważyć, że pod koniec zaczął jakoś unikać lektury. To już zresztą pod sam koniec. Gazety i czasopisma, abonowane przez Warwarę Pietrownę, czytał stale. Stale też interesował się osiągnięciami literatury rosyjskiej, ani trochę przy tym nie tracąc na godności własnej. Jego fascynacją stało się kiedyś studiowanie wyższej współczesnej polityki naszych spraw wewnętrznych i zagranicznych, niebawem jednak machnął ręką i porzucił to przedsięwzięcie. Bywało i tak, że brał do ogrodu de Tocqueville'a, a w kieszeni chował przy tym Paula de Kocka25. To zresztą głupstwa.

Nawiasem mówiąc, słówko o portrecie Kukolnika: obrazek ten trafił do rąk Warwary Pietrowny za pierwszym razem, kiedy jeszcze w latach dziewczęcych przebywała w Moskwie na pensji dla szlachetnie urodzonych panien. Od razu zakochała się w portrecie zwyczajem wszystkich pensjonarek, które zakochują się Bóg wie w kim, a zarazem we własnych nauczycielach, zwłaszcza kaligrafii i rysunku. Ciekawe są przy tym nie tyle właściwości pensjonarki, ile to, że nawet w wieku lat pięćdziesięciu Warwara Pietrowna strzegła święcie tego obrazka wśród swych najintymniejszych skarbów, może więc i dla Stiepana Trofimowicza tylko dlatego wymyśliła kostium nieco podobny do tego z obrazka. Ale to też, oczywista, drobiazg.

W pierwszych latach, a ściślej w pierwszym okresie pobytu u Warwary Pietrowny, Stiepan Trofimowicz ciągle jeszcze zamyślał jakieś dzieło i dzień w dzień czynił poważne przygotowania do jego pisania. W późniejszym wszakże okresie ani mu to postało w głowie. Coraz częściej zwierzał się nam: "Wydawałoby się, że człowiek gotów do pracy, materiały zebrane, a robota nie idzie! Nic nie wychodzi!" - i melancholijnie chylił czoło ku ziemi. To niechybnie miało mu jeszcze, jako męczennikowi nauki, dodać majestatu w naszych oczach; sam jednak marzył o czym innym. Nieraz mu się wyrwało: "Zapomnieli o mnie, komu ja jestem potrzebny!". Ze szczególną siłą ta chandra naszła go pod sam koniec lat pięćdziesiątych26. Warwara Pietrowna pojęła nareszcie, że sprawa jest poważna. Ścierpieć zresztą nie mogła myśli, że jej przyjaciel jest zapomniany i niepotrzebny. Żeby mu dać jakąś rozrywkę, a zarazem podreperować sławę, wywiozła go wtenczas do Moskwy, w której miała parę pięknych literackich i uczonych znajomości; ale i Moskwa nie satysfakcjonowała.

Czasy były wtedy szczególne; szło nowe, bardzo niepodobne do dawnej ciszy, bardzo jakieś dziwne, a odczuwane wszędzie, nawet w Skworiesznikach. Dobiegały różne plotki. Fakty, ogólnie biorąc, były z grubsza znane, ale prócz faktów pojawiały się na widoku jakieś towarzyszące im idee, i to, co najważniejsza, aż w nadmiarze. To właśnie peszyło: ani rusz nie dało się przypasować i ściśle ustalić, co właściwie znaczą te idee. Warwara Pietrowna, skutkiem niewieściej konstytucji swojego charakteru, koniecznie chciała dopatrzeć się w nich sekretu. Sama się już nawet zabrała do czytania gazet i czasopism, zagranicznych zakazanych wydawnictw, a nawet proklamacji, co wtedy właśnie zaczęły się ukazywać27 (wszystko to jej dostarczano); zamąciło się jej w głowie i tyle. Zaczęła pisywać listy: odpowiadano jej skąpo, a im dalej, tym niezrozumialej. Stiepan Trofimowicz został uroczyście poproszony, by wyłożył jej "te wszystkie idee" raz na zawsze; jego wykładem była jednak zdecydowanie nieukontentowana. Pogląd Stiepana Trofimowicza o powszechnym ruchu był w najwyższej mierze wyniosły; wszystko sprowadzało się dlań do stwierdzenia, że sam jest zapomniany i nikomu niepotrzebny. Przypomniano sobie wreszcie i o nim, z początku w zagranicznych wydawnictwach, jako o męczenniku zesłańcu, a zaraz potem w Petersburgu, jako o jasnej gwieździe w wiadomej konstelacji; nie wiedzieć czemu, porównywano go nawet do Radiszczewa28. Później ktoś napisał, że męczennik umarł, i zapowiedział jego nekrolog29. Stiepan Trofimowicz od razu zmartwychwstał i nabrał dostojeństwa. Jego pogląd na sprawy współczesnych z miejsca stracił na wyniosłości, natomiast zapalił się do myśli, że przystąpi do ruchu i pokaże, ile jest wart. Warwara Pietrowna natychmiast we wszystko na powrót uwierzyła; była okropnie zaaferowana. Postanowiono bez zwłoki wyruszyć do Petersburga, zbadać, jak się rzeczy mają, i, o ile to możliwe, całkowicie i niepodzielnie poświęcić się nowej działalności. Nawiasem mówiąc, oznajmiła, że gotowa jest założyć własne czasopismo i oddać mu resztę życia. Widząc, do czego doszło, Stiepan Trofimowicz jeszcze zyskał na wyniosłości, a w drodze zaczął traktować Warwarę Pietrownę niemal protekcjonalnie, co też natychmiast zakonotowała sobie w sercu. Miała zresztą inny jeszcze nader istotny powód do wyjazdu, a mianowicie odnowienie stosunków w wyższym świecie. Należało w miarę możności przypomnieć o sobie, a co najmniej podjąć taką próbę. Oficjalnym natomiast pretekstem podróży było spotkanie z jedynakiem, który właśnie ukończył był nauki w petersburskim liceum.

VI

Pojechali i przesiedzieli w Petersburgu cały sezon zimowy. Zanim nastał Wielki Post, wszystko jednakowoż prysło jak tęczowa bańka mydlana. Marzenia się rozwiały, a galimatias ani trochę nie wyklarował, lecz owszem, zrobił się jeszcze paskudniejszy. Po pierwsze, ze stosunków w wyższym świecie nic prawie nie wyszło, chyba że w mikroskopijnej skali, i to kosztem poniżających wysiłków. Pełna urazy Warwara Pietrowna z głową pogrążyła się w "nowych ideach" i zaczęła u siebie urządzać wieczory. Zaprosiła literatów, natychmiast więc sprowadzono ich do niej cały legion. Potem już nieproszeni przychodzili sami; jeden przyprowadzał drugiego. Nigdy dotąd nie widywała takich literatów. Byli próżni do niemożliwości, i to całkiem bez żenady, jakby w ten sposób czynili zadość powinności. Niektórzy nawet (acz bynajmniej nie wszyscy) zjawiali się pijani, jak gdyby upatrywali w tym szczególne, dopiero w przeddzień odkryte piękno. Każdy aż dziwacznie czymś się pysznił. Każdy miał wypisane na twarzy, że właśnie tylko co odkrył jakiś niebywale ważny sekret. Psy na sobie wieszali, poczytując to sobie za honor. Raczej trudno było się dowiedzieć, cóż to oni właściwie napisali; byli tu jednak krytycy, powieściopisarze, dramaturgowie, satyrycy, demaskatorzy. Stiepan Trofimowicz dotarł nawet do ich najwyższego kręgu, skąd kierowano całym ruchem. Do tych kierowników było niewiarygodnie wysoko, ale przyjęli go życzliwie, choć oczywiście nikt nic o nim nie wiedział i nie słyszał - ponad to, że jest "przedstawicielem idei". Tak manewrował, że nie bacząc na całe ich olimpijstwo, nawet ich też ściągnął ze dwa razy do salonu Warwary Pietrowny. Ci byli bardzo poważni i bardzo uprzejmi; zachowywali się przyzwoicie; reszta widocznie się ich bała; znać jednak było, że nie mają czasu. Zjawiło się też parę dawnych, obecnych właśnie w Petersburgu znakomitości literackich, z którymi Warwara Pietrowna nie od dziś pozostawała w jak najelegantszych stosunkach. Ku jej zdumieniu te rzeczywiste i niewątpliwe sławy milczkiem brały ogon pod siebie, a niektórzy po prostu lgnęli do całej tej nowej zgrai i haniebnie się przed nią płaszczyli30. Z początku Stiepanowi Trofimowiczowi się powiodło; uchwycono się go i zaczęto prezentować na publicznych zebraniach literackich. Kiedy po raz pierwszy na jednym ze spotkań literackich zajął miejsce wśród autorów na podium, wściekłe oklaski nie milkły co najmniej przez pięć minut. Ze łzami wspominał o tym w dziewięć lat później - bardziej zresztą przez wzgląd na artystyczny temperament niż przez wdzięczność. "Przysięgam panu i idę o zakład - sam mi opowiadał (tylko mnie, i to w wielkim sekrecie) - że z całej tej publiczności nikt, ale to nikt, zielonego pojęcia o mnie nie miał!" Znamienne wyznanie: chyba miał jednak rozum w głowie, skoro już wówczas, na podium, umiał tak jasno pojąć własną sytuację, mimo całego swego upojenia; i chyba jednak brak mu było rozumu, skoro nawet w dziewięć lat później nie umiał wspominać o tym bez urazy. Zmuszono go do podpisania paru zbiorowych protestów (sam nie wiedział, przeciwko czemu); podpisał31. Warwarę Pietrownę też zmusili do złożenia podpisu pod czymś tam o "haniebnym postępku"; ona również podpisała32. Większość z tych nowych ludzi, acz odwiedzała Warwarę Pietrownę, nie wiedzieć czemu, poczytywała sobie za obowiązek spoglądać na nią ze wzgardą, ba, z nieukrywaną drwiną. Stiepan Trofimowicz w przystępie goryczy dawał mi później do zrozumienia, że od tej właśnie chwili jakoby zaczęła mu okazywać zazdrość. Pojmowała, rzecz prosta, że nie powinna zadawać się z tymi ludźmi, a mimo to podejmowała ich zapamiętale, z całą kobiecą histeryczną niecierpliwością, a co najważniejsze, wciąż się czegoś po nich spodziewała. Na swych wieczorach mało się odzywała, choć mogłaby; wolała jednak słuchać. Rozprawiano o zniesieniu cenzury33 i twardego znaku w alfabecie34, o zastąpieniu pisma rosyjskiego łacińskim, o niedawnej zsyłce takiego to a takiego, o jakimś tam skandalu w Pasażu35, o korzyściach podziału Rosji na narody złączone w wolną federację36, o likwidacji wojska i marynarki, o odtworzeniu Polski aż po Dniepr37, o reformie agrarnej i proklamacjach, o likwidacji spadków, rodzin, dzieci i duchownych38, o prawach kobiet39, o domu Krajewskiego, którego nikt nigdy nie mógł panu Krajewskiemu wybaczyć itd., itp.40 W tej gromadzie nowych ludzi było, rzecz jasna, sporo wydrwigroszy, ale też niezawodnie wiele osób uczciwych, postaci pięknych, nawet bardzo pięknych, mimo pewnych przedziwnych jednakowoż niuansów. Uczciwych znacznie trudniej było pojąć niż nieuczciwych prostaków; nie wiadomo jednak, kto kogo trzymał w garści. Kiedy Warwara Pietrowna oznajmiła swój zamiar wydawania czasopisma, jeszcze bardziej się wokół niej zaroiło, lecz zaraz też zaczęto jej w oczy zarzucać, że jest kapitalistką i wyzyskuje cudzą pracę. Bezceremonialność tych oskarżeń szła w parze tylko z ich zaskakującym charakterem. Sędziwy generał Iwan Iwanowicz Drozdow, dawny przyjaciel i towarzysz broni nieboszczyka generała Stawrogina, zacności człowiek (w swoim gatunku), którego wszyscy tutaj dobrze znamy, okrutnie narowisty i drażliwy, co to okropnie dużo jadł i okropnie bał się ateizmu, któregoś wieczoru u Warwary Pietrowny wdał się w spór z pewnym sławnym młodzieńcem. Tamten do niego obces: "Z pana to chyba generał, że pan tak mówi" - że niby gorszego wyzwiska niż "generał" wymyślić już nie potrafił. Iwan Iwanowicz rozsierdził się niebywale: "Tak, łaskawco, jestem generałem, i to generałem lejtnantem, służyłem mojemu monarsze, a z ciebie, łaskawco, smarkacz i bezbożnik!". Skandal się zrobił nie do opisania. Nazajutrz sprawę już wałkowała prasa i zaczęto zbierać podpisy w związku z "haniebnym czynem" Warwary Pietrowny, która nie zechciała od razu wyprosić generała. W ilustrowanym czasopiśmie pojawiła się karykatura, w której złośliwie odrysowano Warwarę Pietrownę, generała oraz Stiepana Trofimowicza na jednym obrazku, w charakterze trojga druhów reakcjonistów; obrazkowi towarzyszył wiersz, który wyłącznie na tę okazję wyszedł spod pióra poety ludu41. Dodam od siebie, że faktycznie niejedna osobistość w randze generała miewa śmieszny zwyczaj stwierdzania: "Służyłem mojemu monarsze...", jak gdyby mieli nie tego monarchę co my, zwykli poddani, ale jakiegoś szczególnego, własnego.

Nie sposób było, rzecz jasna, dłużej pozostać w Petersburgu, zwłaszcza że i Stiepan Trofimowicz ostatecznie również poniósł fiasko. Nie wytrzymał i zaczął upominać się o prawa sztuki, budząc tym coraz głośniejszy śmiech. Podczas ostatniego autorskiego występu przyszło mu do głowy zabłysnąć publicznym krasomówstwem w zamiarze poruszenia serc i w nadziei na szacunek dla swojej "banicji". Zgodził się bez protestu, że "ojczyzna" to zbędne i komiczne słowo; zgodził się też z myślą o szkodliwości religii42, ale gromko i zdecydowanie oświadczył, że buty są mniej, i to nawet znacznie mniej warte od Puszkina43. Wygwizdano go bezlitośnie, aż rozpłakał się tam na miejscu, publicznie, jeszcze na podium. Kiedy Warwara Pietrowna przywiozła go do domu, był ledwo żywy. On m'a traité comme un vieux bonnet de coton!I - bełkotał od rzeczy. Doglądała go przez całą noc, poiła kropelkami laurowymi i powtarzała aż do rana: "Jeszcze jest pan potrzebny; jeszcze się pan pokaże; jeszcze pana docenią... gdzie indziej".

Nazajutrz wcześnie rano zjawiło się u Warwary Pietrowny pięciu literatów, w tej liczbie trzech całkiem nieznajomych, których nigdy dotąd na oczy nie widziała. Ze srogą miną oznajmili, że rozpatrzyli sprawę jej czasopisma i przynieśli w tej sprawie orzeczenie. Co jak co, ale rozpatrywać i orzekać czegokolwiek w sprawie jej czasopisma Warwara Pietrowna jako żywo nigdy nikomu nie kazała. Orzeczenie sprowadzało się do żądania, by po założeniu bezzwłocznie przekazała im czasopismo wraz z kapitałami na prawach wolnego zrzeszenia; sama zaś ma wyjechać do Skworieszników, nie omieszkawszy zabrać ze sobą Stiepana Trofimowicza, który "zrobił się przestarzały". Przez delikatność godzili się uznawać jej prawa własności i wysyłać jej co roku szóstą część czystego zysku. Co najbardziej wzruszające, z tych pięciu osób cztery zapewne nie miały przy tym żadnych własnych korzyści na względzie; działali wyłącznie w imię "wspólnej sprawy".

- Wyjechaliśmy nieprzytomni - opowiadał Stiepan Trofimowicz - nie mogłem zebrać myśli, tylko, pamiętam, bełkotałem do wtóru łomotu wagonu:

Wiek za Wiekiem z Lwem Kambekiem,

Z Lwem Kambekiem Wiek za Wiekiem...44

- i diabli wiedzą, co tam jeszcze, aż do samej Moskwy. Dopiero w Moskwie oprzytomniałem - jakbym tutaj faktycznie mógł się spodziewać czego innego!

"Przyjaciele! - wołał czasami w natchnieniu - nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jaki smutek i złość ogarnia człowieka, kiedy widzi, że wielką ideę, którą od dawna z najwyższą czcią piastował w duszy, podchwytują beztalencia, żeby wywlec ją na ulicę dla takich samych półgłówków, i raptem napotykacie ją na targowisku, zmienioną nie do poznania, w błocie, postawioną idiotycznie, sztorcem, bez zachowania proporcji, bez harmonii, jak zabawka dla głupich dzieci45! O, nie! Za naszych czasów inaczej to wyglądało i nie do tegośmy dążyli! Nie, nie, bynajmniej nie do tego. Niczego nie poznaję... Przyjdzie znowu nasz czas i znowu skieruje na właściwy tor wszystko to, co dziś się rozchwiało. Bo w przeciwnym razie co by to było?..."

VII

Zaraz po powrocie z Petersburga Warwara Pietrowna wyekspediowała swego przyjaciela za granicę, żeby "odetchnął"; czuła zresztą, że powinni się na trochę rozstać. Stiepan Trofimowicz wyjechał z zachwytem. "Tam zmartwychwstanę! - wołał. - Tam wreszcie zajmę się nauką!" Już w pierwszych listach z Berlina podjął jednak wieczną śpiewkę. "Serce mi pęka - pisał do Warwary Pietrowny. - Nie mogę o niczym zapomnieć! Tutaj, w Berlinie, wszystko przypomniało mi moje stare, dawne dzieje, pierwsze uniesienia i pierwsze udręki. Gdzież ona jest? Gdzież dzisiaj one obie? Gdzie jesteście, dwa anioły, których nigdy nie byłem wart? Gdzież jest mój syn, mój ukochany syn? Gdzież ja wreszcie, ja sam, dawny ja, niezłomny jak stal i niewzruszony jak granit, skoro dziś jakiś tam Andrejeff, un prawosławny błazen z brodą, peut briser mon existence en deuxII" itd., itp. Co się tyczy syna, Stiepan Trofimowicz widział go ledwie dwa razy w życiu, za pierwszym razem, kiedy ów przyszedł na świat, a za drugim - niedawno w Petersburgu, gdzie młodzieniec miał wstąpić na uniwersytet. Przez całe życie chłopiec, jako się rzekło, chował się u ciotek w o-skiej guberni (na koszt Warwary Pietrowny), siedemset wiorst od Skworieszników. Co zaś się tyczy pana Andrejeff, czyli Andriejewa, był to po prostu nasz tutejszokrajowy kupiec, sklepikarz, wielkie dziwadło, archeolog samouk, namiętny kolekcjoner rosyjskich starożytności, kiedy niekiedy dowodzący Stiepanowi Trofimowiczowi wyższości swojej wiedzy, a już zwłaszcza przekonań. Ten szacowny kupiec z siwą brodą i wielkimi srebrnymi okularami na nosie nie dopłacił Stiepanowi Trofimowiczowi czterystu rubli za kupione odeń w jego mająteczku (po sąsiedzku ze Skworiesznikami) kilka dziesięcin lasu pod wyrąb. Warwara Pietrowna hojnie wyposażyła swego przyjaciela na drogę do Berlina, na te czterysta rubli Stiepan Trofimowicz szczególnie jednakowoż liczył, pewnie z myślą o dyskretnych wydatkach, omal się więc nie rozpłakał, kiedy Andrejeff poprosił o miesiąc prolongaty, mając zresztą pełne do niej prawo, jako że pierwsze raty spłacił nieledwie pół roku przed terminem, a to z uwagi na szczególną ówczesną potrzebę Stiepana Trofimowicza. Warwara Pietrowna łapczywie przeczytała ten pierwszy list, a podkreśliwszy ołówkiem wykrzyknik "gdzież wy obie?", postawiła datę i zamknęła list w szkatułce. Wzmianka dotyczyła oczywiście obu zmarłych żon. W drugim liście otrzymanym z Berlina stara śpiewka pojawiała się już w nowym wariancie: "Pracuję po dwanaście godzin na dobę ("a choćby po jedenaście" - mruknęła Warwara Pietrowna), szperam po bibliotekach, sprawdzam, robię wypisy, biegam; byłem u profesorów. Odnowiłem znajomość ze wspaniałą rodziną Dundasowów46. Cóż to za piękność z Nadieżdy Nikołajewny, nawet do tej pory! Zasyła Pani ukłony. W Berlinie jest jej młody mąż i trzej kuzyni. Co wieczór rozprawiamy z młodzieżą do rana, spędzamy tu niemal ateńskie wieczory47, ale wyłącznie pod względem subtelności i elegancji; wszystko szlachetne: dużo muzyki, motywy hiszpańskie, marzenia o odnowie ludzkości, idea wiecznego piękna, Madonna Sykstyńska, światło przeplatane cieniem, lecz i na słońcu są plamy! O, przyjaciółko moja, szlachetna, wierna przyjaciółko! Sercem jestem przy Pani i do Pani należę, do Pani jedynej, zawsze, en tout pays, a choćby nawet dans le pays de Makar et de ses veaux, o którym, pamięta Pani, tak często z drżeniem rozmawialiśmy w Petersburgu przed odjazdem. Wspominam to z uśmiechem. Po przejechaniu granicy poczułem się bezpieczny, wrażenie dziwne, nowe, po raz pierwszy po tylu długich latach..." itd., itp.

"Same głupstwa - orzekła Warwara Pietrowna, chowając również ten list. - Jeżeli ateńskie wieczory do rana, to przecież nie siedzi po dwanaście godzin nad książkami. Pisał po pijanemu, czy co? Ta cała Dundasowa - jak ona śmie zasyłać mi ukłony? A zresztą niech on tam sobie hula..."

Zwrot dans le pays de Makar et de ses veaux oznaczać miał swojskie: "gdzie Makar cieląt nie ganiał" (czyli "gdzie diabeł mówi dobranoc")48. Stiepan Trofimowicz umyślnie w jak najgłupszy sposób przekładał czasem rosyjskie przysłowia i rdzenne porzekadła na francuski, choć ponad wszelką wątpliwość potrafił je pojąć i przełożyć lepiej; widział w tym jednak swego rodzaju szyk i uznawał to za dowcipne.

Nie nahulał się wiele, nie wytrzymał nawet czterech miesięcy i pędem wrócił do Skworieszników. Jego ostatnie listy zawierały jedynie wynurzenia najczulszej miłości do nieobecnej przyjaciółki i dosłownie oblane były łzami rozłąki. Są takie natury, co nadzwyczaj mocno przywiązują się do domu, jak pieski pokojowe. Spotkanie przyjaciół pełne było uniesienia. Po dwóch dniach wszystko wróciło do zwykłego trybu; było może nawet nudniej niż dawniej. "Przyjacielu - mówił mi w dwa tygodnie później Stiepan Trofimowicz w wielkim sekrecie - przyjacielu, odkryłem okropną dla mnie... nowinę: je suis un zwyczajny pieczeniarz, et rien de plus! Mais r-r-rien de plus!"III

VIII

Później zaczął się nam okres zacisza. Trwał prawie bez przerw przez całych dziewięć lat. Regularnie powtarzające się histeryczne wybuchy i szlochy na moim ramieniu bynajmniej nie zakłócały naszej szczęśliwości. W głowę zachodzę, jakim to sposobem Stiepan Trofimowicz przez te lata nie przybrał na ciele. Nos mu tylko cokolwiek pokraśniał i przybyło dobroduszności. Pomału wyrosło przy nim kółko przyjaciół, zawsze zresztą niewielkie. Choć Warwara Pietrowna w kółku tym się raczej nie udzielała, wszyscy uznawaliśmy ją za naszą patronkę. Po petersburskiej nauczce ostatecznie osiadła w naszym mieście; zimą mieszkała w swoim miejskim domu, a latem w podmiejskiej posiadłości. Nigdy nie cieszyła się takim znaczeniem i wpływem, jak w naszym gubernialnym towarzystwie w ciągu ostatnich siedmiu lat, to jest aż do nominacji naszego obecnego gubernatora. Uprzedni nasz gubernator, niezapomniany i łagodny Iwan Osipowicz, był bliskim krewnym, który kiedyś zaznał jej miłosierdzia. Jego małżonka drżała na samą myśl, że w czymś nie dogodzi Warwarze Pietrownie, a czołobitność gubernialnego towarzystwa posuwała się do zgoła grzesznych granic. Stiepanowi Trofimowiczowi również chyba nieźle się wiodło. Był członkiem klubu, dostojnie przegrywał w karty i zdobył sobie szacunek, choć wielu miało go jedynie za "uczonego". Później, kiedy Warwara Pietrowna pozwoliła mu zamieszkać w innym domu, poczuliśmy się jeszcze swobodniej. Spotykaliśmy się u niego ze dwa razy na tydzień; bywało wesoło, zwłaszcza gdy nie poskąpił szampana. Wino brało się w sklepie tegoż Andriejewa. Rachunki co pół roku regulowała Warwara Pietrowna, a dzień rozliczenia niemal zawsze zbiegał się z dniem choleryny.

Najdawniejszym uczestnikiem kółka był Liputin, urzędnik gubernialny, człowiek już nie pierwszej młodości, wielki liberał, który w mieście uchodził za ateistę. Był po raz wtóry żonaty z osobą młodziutką i ładniutką, wziął za nią posag, ponadto zaś posiadał trzy dorastające córki. Całą rodzinę trzymał w Bożej bojaźni pod kluczem, był przesadnie skąpy, a na posadzie dorobił się domku i kapitału. Człowiek z niego był niespokojny, rangi przy tym niewysokiej; w mieście raczej nie cieszył się szacunkiem, a w lepszych domach go nie przyjmowano. Na dobitkę był notorycznym plotkarzem, nieraz już za to karanym, i to karanym boleśnie, za jednym razem przez pewnego oficera, za drugim - przez szacownego ojca rodziny, obywatela ziemskiego. Lubiliśmy jednak jego dowcip, umysł żądny wiedzy, szczególny złośliwy humor. Warwara Pietrowna go nie lubiła, on jednak zawsze jakoś umiał się jej przypodobać.

Nie lubiła również Szatowa, który dopiero ostatniego roku zagościł w naszym kółku. Szatow poprzednio był studentem; został relegowany z uniwersytetu po pewnej awanturze z akademikami; w dzieciństwie był uczniem Stiepana Trofimowicza, urodził się zaś jako poddany Warwary Pietrowny, syn Pawła Fiodorowa, jej nieboszczyka kamerdynera, i zaznał jej miłosierdzia. Nie lubiła go za dumę i brak wdzięczności; ani rusz nie mogła mu też darować, że po relegacji z uniwersytetu nie przyjechał natychmiast do niej; co gorsza, słowem nawet nie odpowiedział na jej list, wolał się zaprzedać w niewolę u jakiegoś cywilizowanego kupca i uczyć jego dzieci. Razem z rodziną owego kupca wyjechał za granicę, raczej w charakterze piastuna niż guwernera; okropna go wtedy naszła chęć zagranicznych wojaży. Przy dzieciach była też jeszcze guwernantka, dziarska rosyjska panienka, jak on przyjęta do domu tuż przed wyjazdem, i to głównie przez wzgląd na jej niewielkie wymagania finansowe. Po niespełna dwóch miesiącach kupiec wyrzucił ją "za wolnomyślicielstwo". Szatow pociągnął za nią. Niebawem pobrali się w Genewie. Pobyli razem ze trzy tygodnie, a potem się rozstali jak ludzie wolni i niczym nie skrępowani; oczywiście również z powodu ubóstwa. Przez dłuższy czas tłukł się później sam jeden po Europie, żył Bóg wie z czego; ponoć był ulicznym czyścibutem i dokerem w którymś porcie. Nareszcie z rok temu powrócił do nas, do rodzinnego gniazda, i wprowadził się do ciotki staruszki, którą po miesiącu pochował. Z Daszą, swoją siostrą, także wychowanką i faworytką Warwary Pietrowny, u której mieszkała na najrówniejszej stopie, utrzymywał nieczęste i zdystansowane kontakty. W naszym gronie był z reguły ponury i milkliwy; czasem tylko, kiedy ktoś obraził jego przekonania, wydawał się chorobliwie pobudzony i bardzo nieoględny w mowie. "Szatowa najpierw trzeba związać, dopiero potem można z nim dyskutować" - żartował Stiepan Trofimowicz; lubił go jednak. Za granicą Szatow radykalnie zmienił pewne swoje dawniejsze, socjalistyczne nastawienia i popadł w przeciwną skrajność. Była to jedna z tych typowo rosyjskich osobowości, co to nagle dały się porwać jakiejś nieodpartej idei, a ta raptem przytłacza je sobą, czasem raz na zawsze. Nigdy nie mają dość sił, by się jej oprzeć, a gdy już w nią uwierzą, to namiętnie, po czym reszta życia mija im jak w śmiertelnych konwulsjach pod głazem, który zwalił się na nich i zgniótł ich już niemal na miazgę. Powierzchowność Szatowa ściśle odpowiadała jego poglądom: niezgrabny, płowowłosy, zarośnięty, przysadzisty, szeroki w barach, z grubymi wargami, z bardzo gęstymi, nawisłymi nisko blond brwiami, z chmurą na czole, z niechętnym, uparcie wbitym w ziemię, jakby zawstydzonym spojrzeniem. We włosach zawsze sterczał mu jakiś wicherek, który ani rusz nie dawał się zaczesać. Lat sobie liczył dwadzieścia siedem czy dwadzieścia osiem. "Nie dziwię się, że żona od niego uciekła" - nadmieniła Warwara Pietrowna, kiedy uważnie mu się przyjrzała. Mimo ubóstwa starał się ubierać schludnie. Do Warwary Pietrowny i tym razem nie zwrócił się o pomoc, żył z dorywczych zarobków; najmował się też do pracy u kupców. Raz siedział w sklepie, innym razem już miał jechać z towarem na statku jako pomocnik subiekta, ale zachorował akurat przed samym odjazdem. W głowie się nie mieści, jaką nędzę gotów był cierpieć, ani o niej myśląc. Warwara Pietrowna po jego chorobie przesłała mu anonimowo i w sekrecie sto rubli. Poznał jednak sekret, zastanowił się, przyjął pieniądze i przyszedł do Warwary Pietrowny, żeby podziękować. Przyjęła go serdecznie, ale i tym razem haniebnie zawiódł jej oczekiwania: przesiedział co najwyżej pięć minut, milczkiem, ze wzrokiem tępo wbitym w ziemię, głupio uśmiechnięty, aż raptem, nie dosłuchawszy jej słów, w najciekawszym miejscu rozmowy wstał, ukłonił się jakoś tak bokiem, niezgrabnie, speszył się okrutnie, przy sposobności zawadził, zwalił na podłogę jej kosztowny intarsjowany stolik do pisania, rozbił go i wyszedł, ledwo żywy ze wstydu. Liputin wyrzucał mu później, że nie odtrącił wtenczas z pogardą tych stu rubli od dawnej despotki dziedziczki, a nie dość, że przyjął, to jeszcze polazł dziękować. Mieszkał samotnie na krańcu miasta i nie lubił, żeby go odwiedzać, nawet jeśli to był ktoś z nas. Niezawodnie zjawiał się na wieczorach u Stiepana Trofimowicza i pożyczał odeń do czytania gazety i książki.

Bywał też na wieczorach inny jeszcze gość, niejaki Wirginski, tutejszy urzędnik, trochę podobny do Szatowa, choć na pozór pod każdym względem jego przeciwieństwo; jednakowoż to też był "familiant". Żałosny, cichy jak myszka młody człowiek, lat już zresztą trzydziestu, dobrze wykształcony, ale raczej samouk. Był ubogi, żonaty, ze swej posady utrzymywał ciotkę i siostrę własnej żony. Jego małżonka, podobnie jak i te pozostałe damy, wyznawała poglądy z gruntu nowoczesne, ale wszystko to wychodziło im trochę prostacko - jakby w samej rzeczy "ideał sięgnął bruku", jak kiedyś przy innej okazji wyraził się Stiepan Trofimowicz. Wszystko brały z książek, a na pierwszą pogłoskę, bo nawet nie wieść, z naszych stołecznych postępowych kanap - gotowe były wszystko szurnąć za okno, byleby tam tak uradzono. Madame Wirginska zarobkowała u nas w mieście w fachu akuszerki; w wieku panieńskim czas dłuższy przemieszkała w Petersburgu. Sam Wirginski miał złote serce; rzadko widywałem dusze płonące tak szczerym zapałem. "Nigdy, nigdy nie porzucę tych jasnych nadziei" - powtarzał nieraz, a oczy mu błyszczały. O "jasnych nadziejach" mówił zawsze cicho, z rozkoszą, półgłosem, jakby w sekrecie. Wzrostu był dość wysokiego, ale chudeusz, wąski w ramionach, z okropnie wątłymi, rudawymi włoskami. Wyniosłe kpinki Stiepana Trofimowicza z co poniektórych jego opinii przyjmował potulnie, oponował mu zaś niekiedy z wielką powagą i niejednokroć zapędzał go w kozi róg. Stiepan Trofimowicz traktował go życzliwie, a zresztą do nas wszystkich odnosił się po ojcowsku.

- Z was wszystkich "wcześniaki" - żartem przymawiał Wirginskiemu - ze wszystkich do pana podobnych; wprawdzie w panu, Wirginski, nie dostrzegam tej o-gra-ni-czo-no-ści co w Petersburgu chez ces séminaristesIV 49, lecz tak czy owak jesteście "wcześniaki". Szatow bardzo by chciał, żeby go jeszcze powysiadywać, ale i on się wykluł za wcześnie.

- A ja? - pytał Liputin.

- A pan jesteś po prostu złoty środek, co to wszędzie się dopasuje... po swojemu.

Liputin się obrażał.

O Wirginskim opowiadano, a była to niestety szczera prawda, że po niespełna roku legalnego pożycia małżonka ni stąd, ni zowąd oznajmiła, że udziela mu dymisji, a wybiera Lebiadkina. Ów Lebiadkin, skądsiś tam przyjezdny, okazał się później figurą nader podejrzaną, wcale zresztą nie był sztabskapitanem w stanie spoczynku, jak sam siebie tytułował. Umiał tylko podkręcać wąsa, pić i pleść niestworzone głupstwa, co tylko ślina mu na język przyniosła. Człowiek ten, zgoła nie dbając o delikatność, natychmiast się do nich wprowadził, połakomił na cudzy chleb, stołował się u nich i spał, aż wreszcie zaczął z wysoka traktować pana domu. Jak zapewniano, Wirginski, gdy mu żona oznajmiła dymisję, miał powiedzieć: "Moja droga, dotąd tylko cię kochałem, a teraz szanuję"50, chyba jednak taka rzymska sentencja nie padła; owszem, ponoć zalał się gorzkimi łzami. Razu pewnego, ze dwa tygodnie po dymisji, wszyscy razem, całą "familią", wyruszyli za miasto, do lasu, na herbatkę ze znajomymi. Wirginski był w jakimś takim gorączkowo wesołym nastroju, brał udział w tańcach; raptem jednak, bez najmniejszej wcześniejszej utarczki, złapał olbrzyma Lebiadkina, który właśnie był kankanował solo, oburącz za włosy, przygiął do ziemi i powlókł z kwikiem, krzykiem i ze łzami. Olbrzym aż tak stchórzył, że nawet się nie bronił i przez cały czas, kiedy tamten go wlókł, niemal nie przerywał milczenia; po tym włóczeniu obraził się jednak z całym zapałem człowieka honoru. Wirginski przez całą noc na kolanach błagał żonę o przebaczenie; przebaczenia nie wybłagał, bo jednakowoż nie zgodził się przeprosić Lebiadkina; na dobitkę dowiedziono mu ciasnoty poglądów i głupoty; tej ostatniej dlatego, że rozmawia z kobietą na klęczkach. Sztabskapitan wkrótce zniknął z horyzontu, a pojawił się w naszym mieście na powrót dopiero ostatnimi czasy, wraz z siostrą i z nowymi zamiarami; ale o nim potem. Nie dziwota, że nieszczęsny "familiant" szukał wśród nas wytchnienia i potrzebował naszego towarzystwa. O swoich sprawach domowych nigdy zresztą ani słówkiem nie zająknął się w naszym gronie. Raz tylko, kiedyśmy razem wracali od Stiepana Trofimowicza, uczynił odległą aluzję do swej sytuacji, lecz od razu, chwytając mnie za rękę, zawołał żarliwie:

- To nic; to tylko pojedynczy przypadek; w najmniejszym stopniu, w najmniejszym stopniu nie zaszkodzi to "wspólnej sprawie"!

Bywali też w naszym kółku przypadkowi goście; zaglądał Żydek Lamszyn, zaglądał kapitan Kartuzow51. Przez pewien czas bywał też pewien żądny wiedzy staruszek, ale umarło mu się. Liputinowi zdarzyło się przyprowadzić księdza Słońcewskiego, zesłańca52; przez czas jakiś przyjmowaliśmy go u siebie dla zasady, później przestaliśmy nawet przyjmować.

IX

Nasamprzód opowiadano w mieście, że nasze kółko to rozsadnik wolnomyślicielstwa, rozpusty i bezbożnictwa; plotka ta zresztą utrwaliła się na długo. Tymczasem myśmy poprzestawali na najniewinniejszej, miłej, arcyrosyjskiej wesolutkiej liberalnej gadaninie. "Szlachetny liberalizm" i "szlachetny liberał", to znaczy liberał bez jakiegokolwiek celu, to zjawiska możliwe tylko w Rosji. Stiepan Trofimowicz, jak to człowiek dowcipny, musiał mieć słuchacza, poza tym zaś musiał mieć pewność, że spełnia szlachetny obowiązek propagandy idei. A wreszcie musiał mieć z kim wypić szampana i wymienić się przy winie określonego gatunku wesolutkimi myślami o Rosji i o "rosyjskim duchu", o Bogu w ogóle i o "ruskim Bogu" w szczególe53; powtórzyć po raz setny znane wszystkim, wyświechtane rosyjskie skandalizujące anegdotki. Nie gardziliśmy też miejskimi ploteczkami, dochodząc nieraz do szlachetnie surowych konkluzji moralnych. Wchodziliśmy także na tory ogólnoludzkie, pryncypialnie rozprawialiśmy o przyszłych losach Europy i ludzkości; arbitralnie orzekaliśmy, że Francja po okresie cezaryzmu spadnie do roli państwa drugorzędnego, i byliśmy całkowicie pewni, że może do tego dojść bardzo prędko i łatwo. Papieżowi już w niepamiętnych czasach przepowiedzieliśmy pozycję zwykłego arcybiskupa w zjednoczonych Włoszech, święcie przekonani, że w naszym wieku humanitaryzmu, przemysłu i kolei żelaznych całe to tysiącletnie zagadnienie nie warte jest funta kłaków54. Aliści "szlachetny liberalizm rosyjski" inaczej przecież nie stawia problemów. Stiepan Trofimowicz perorował niekiedy o sztuce, i to bardzo pięknie, acz nieco abstrakcyjnie. Wspominając czasami przyjaciół młodości - wyłącznie osobistości wybitne w dziejach naszego rozwoju - mówił o nich ze wzruszeniem i z uwielbieniem, ale trochę jakby z zawiścią. Kiedy robiło się już bardzo nudno, Żydek Lamszyn (szary urzędniczyna pocztowy), wirtuoz klawiatury, siadał do fortepianu, a w antraktach imitował świnię, burzę, poród wraz z pierwszym krzykiem noworodka itd., itp.; tylko po to go zapraszano. Kiedy bardzo już sobie podlano - zdarzało się to, acz nie tak często - obecni wpadali w entuzjazm, a raz nawet przy akompaniamencie Lamszyna odśpiewali Marsyliankę, tylko nie wiem, czy dobrze wyszło. Wielki dzień 19 lutego55 powitaliśmy uroczyście i już zawczasu zaczęliśmy na jego cześć wychylać toasty. To dawne dzieje, wtenczas jeszcze nie było Szatowa ani Wirginskiego, a Stiepan Trofimowicz mieszkał w jednym domu z Warwarą Pietrowną. Czas pewien przed wielkim dniem Stiepana Trofimowicza naszło, żeby recytować pod nosem znany, acz cokolwiek nienaturalny wiersz, zapewne dzieło któregoś dawnego liberalnego dziedzica pańszczyźnianego:

Idą chłopi i niosą siekiery,

Coś strasznego tu będzie56.

Chyba coś w tym rodzaju, literalnie nie pamiętam. Warwara Pietrowna kiedyś podsłuchała, huknęła na niego: "Głupstwa, głupstwa!" - i wyszła zagniewana. Liputin, który się przy tym nawinął, zjadliwie bąknął pod adresem Stiepana Trofimowicza:

- Szkoda będzie, jak panom dziedzicom ich dawni poddani zrobią z radości drobną nieprzyjemność.

I przesunął wskazującym palcem po szyi57.

- Cher ami - dobrodusznie odparł na to Stiepan Trofimowicz - niech mi pan wierzy, że to (powtórzył gest tamtego) nie przyniesie najmniejszego pożytku naszym ziemianom ani w ogóle nam wszystkim. Nawet bez głów nie potrafimy niczego załatwić, mimo że właśnie głowy najbardziej nam przeszkadzają cokolwiek zrozumieć.

Zaznaczmy, że wiele u nas osób spodziewało się w dniu ogłoszenia manifestu czegoś niezwykłego, czegoś w rodzaju przepowiedni Liputina, i to wielu przecież tak zwanych znawców ludu i państwa. Stiepan Trofimowicz również bodaj podzielał ów pogląd, i to tak dalece, że niemal w przeddzień wielkiego dnia zaczął nawet napraszać się Warwarze Pietrownie o wyjazd za granicę; słowem, poczuł niepokój. Minął jednak wielki dzień, minęło jeszcze trochę czasu, a wyniosły uśmiech znów zagościł na ustach Stiepana Trofimowicza. Wypowiedział w naszej przytomności kilka błyskotliwych uwag o charakterze Rosjanina w ogóle, a rosyjskiego chłopa w szczególności58.

- Jako ludzie pochopnego usposobienia nadto się pośpieszyliśmy z naszymi chłopami - podsumował ów szereg błyskotliwych uwag. - Weszli u nas w modę, cały dział literatury przez kilka lat z rzędu nosił się więc z nimi jak z nowo odkrytym skarbem59. Kładliśmy wieńce laurowe na zawszone łby. Ruska wieś przez okrągłe tysiąc lat nie dała nam nic prócz komaryńskiego60. Wybitny poeta rosyjski, nie pozbawiony przy tym poczucia humoru, widząc po raz pierwszy na scenie wielką Rachel, wykrzyknął z zachwytem: "Nie oddam Rachel za rosyjskiego chłopa!"61. Powiem więcej: gotów jestem wszystkich razem rosyjskich chłopów oddać za jedną jedyną Rachel. Czas już spojrzeć na rzeczy trzeźwiej i nie mylić ojczystego śmierdzącego dziegciu z bouquet de l'impératrice62.

Liputin zaraz przytaknął, ale zastrzegł, że poudawać i powychwalać chłopków jednakowoż trzeba było wtenczas w imię ogólnej tendencji; że nawet damy w wyższym świecie zalewały się łzami, czytając Antona Nieboraka63, a niektóre to nawet z Paryża pisały do swoich administratorów, żeby odtąd traktować chłopów humanitarniej.

Tak się złożyło, i to jak na złość zaraz po wieściach o Antonie Pietrowie64, że i w naszej guberni, zaledwie o piętnaście wiorst od Skworieszników, wynikło pewne nieporozumienie, w pierwszej chwili posłano więc tam wojsko. Tym razem Stiepan Trofimowicz tak się rozemocjonował, że nawet nas nastraszył. Krzyczał w klubie, że trzeba więcej wojska, że trzeba je telegraficznie wezwać z drugiej guberni; pobiegł do gubernatora i przekonywał go, że on nie ma z tym nic wspólnego; błagał, żeby ze względu na dawne dzieje nie wplątali go w tę sprawę, i nalegał, żeby natychmiast napisać o jego deklaracji komu trzeba do Petersburga. Dobrze, że wszystko rychło minęło i skończyło się na niczym; jednakowoż zadziwił mnie wtenczas Stiepan Trofimowicz.

Mniej więcej w trzy lata później, jak wiemy, zaczęto rozprawiać o narodowości i narodziła się "opinia publiczna"65. Stiepan Trofimowicz szczerze się śmiał.

- Przyjaciele - pouczał nas - nasza narodowość, jeżeli nawet rzeczywiście się "narodziła", jak tam oni teraz zapewniają w gazetach, to siedzi jeszcze w szkole, w jakiejś niemieckiej Petersschule66, nad niemiecką książką i kuje na blachę swoją odwieczną niemiecką lekcję, a Niemiec nauczyciel każe jej klęczeć w kącie, kiedy tylko uzna za stosowne. Nauczyciela Niemca mogę tylko pochwalić; ale najpewniej nic się nie zdarzyło i nic takiego znów się nie narodziło, wszystko idzie jak zawsze, to znaczy Opatrzność czuwa. Moim zdaniem i tego starczy jak dla Rosji, pour notre sainte RussieV. Poza tym wszystkie te panslawizmy i narodowości - to rzeczy zbyt stare, żeby mogły uchodzić za nowe. Narodowość, jeśli wola, nigdy się u nas nie objawiała inaczej, jak w postaci jaśniepańskiej klubowej fanaberii, i to moskiewskiej. Nie mówię oczywiście o czasach kniazia Igora. A cała reszta wzięła się z próżniactwa. Co zacne i piękne, wszystko u nas z próżniactwa. Wszystko z naszego jaśniepańskiego, miłego, wyedukowanego, kapryśnego próżniactwa! Od trzydziestu tysięcy lat to powtarzam. Nie umiemy żyć z własnej pracy. I po cóż to oni się tam teraz rozpisują o jakiejś tam "narodzonej" opinii publicznej - cóż to, ni stąd, ni zowąd raptem z nieba spadła? Czy naprawdę nie rozumieją, że dla zyskania opinii przede wszystkim niezbędna jest praca, własna praca, własna inicjatywa, własna praktyka! Nikt niczego nie dostanie za darmo. Jeśli będziemy pracowali, będziemy mieli swoją opinię. A że nigdy nie będziemy pracowali, to i opinię zamiast nas będą mieli ci, co dotąd zamiast nas pracowali, czyli zawsze ta sama Europa, zawsze ci sami Niemcy - od dwustu lat nasi nauczyciele. Na dobitkę Rosja to za wielkie nieporozumienie, żebyśmy je sami rozwikłali, bez Niemców i bez pracy. Od dwudziestu już lat biję na alarm i wzywam do pracy! Życie na to poświęciłem i sam, szalony, wierzyłem! Dziś już nie wierzę, ale dzwonię i będę dzwonił do końca, do grobu; będę targał sznur, aż mnie zadzwonią na pogrzeb!

Niestety! Mogliśmy tylko potakiwać. Biliśmy brawo naszemu mistrzowi, i to z jakim zapałem! Cóż, mili państwo, czy i dziś nie słychać zewsząd takich właśnie "miłych", "mądrych", "liberalnych" starych rosyjskich głupstw?

W Boga nasz mistrz wierzył67. "Nie pojmuję, dlaczego wszyscy robią tu ze mnie bezbożnika? - mawiał niekiedy. - Wierzę w Boga, mais distinguonsVI, wierzę jako w Istotę, która jedynie we mnie zyskuje świadomość samej siebie. Nie mogę przecież wierzyć jak moja Nastasja (służąca) albo jak jakieś panisko, co to wierzy "na wszelki wypadek" - albo jak nasz miły Szatow - zresztą nie, Szatow to nie to, Szatow wierzy na siłę, jak moskiewski słowianofil68. Co się tyczy chrześcijaństwa, to pomimo całego szczerego dlań szacunku - nie jestem chrześcijaninem. Jestem raczej antycznym poganinem, jak wielki Goethe albo jak starożytny Grek. Wystarczy już to, że chrześcijaństwo nie zrozumiało kobiety - jak to wspaniale wywiodła George Sand w jednej ze swych genialnych powieści69. A co do kultu, postów i całej reszty, nie rozumiem, co komu do mnie. Niech się starają nasi konfidenci, ja tam na jezuitę się nie piszę. W czterdziestym siódmym roku Bieliński z zagranicy wysłał do Gogola znany list, w którym wytykał tamtemu, że wierzy "w jakiegoś Boga". Entre nous soit ditVII, nie umiem sobie wyobrazić nic komiczniejszego niż owa chwila, w której Gogol (ówczesny Gogol!) przeczytał ten zwrot i... cały list70! Ale mniejsza o śmieszność; ponieważ jednak zgadzam się co do sedna sprawy, powiem jasno: to byli ludzie! Umieli przecież kochać swój lud, umieli za niego cierpieć, umieli wszystko dlań poświęcić i umieli przecież zarazem nie zgadzać się z nim, kiedy trzeba, nie schlebiać mu w pewnych kwestiach. Nie mógł przecież Bieliński w istocie szukać zbawienia w oleju albo w rzepie z grochem!..."

Tu jednak wtrącił się Szatow.

- Nigdy ci pańscy ludzie nie kochali ludu, nie cierpieli za niego i niczego dlań nie poświęcili, choćby sobie tak wyobrażali dla własnej przyjemności! - wymamrotał ponuro, wbijając oczy w ziemię i niecierpliwie wiercąc się na krześle.

- Oni mieli nie kochać ludu! - ryknął Stiepan Trofimowicz. - O, jakże oni kochali Rosję!

- Ani Rosji, ani ludu! - ryknął z kolei Szatow, błyskając oczyma. - Nie da się kochać tego, czego się nie zna, a oni pojęcia nie mieli o rosyjskim ludzie! Oni wszyscy, a pan razem z nimi, rosyjskiego ludu na oczy nie widzieli, a już zwłaszcza Bieliński; widać to choćby już po tym liście do Gogola. Bieliński, wypisz, wymaluj jak ten Ciekawski w bajce Kryłowa, nie dostrzegł słonia w kunstkamerze, a całą uwagę skupił na francuskich socjalistycznych pchełkach; na nich też skończył. A on przecież z was wszystkich był jeszcze najmądrzejszy! Mało, że przegapiliście lud - traktowaliście go z odrażającą pogardą, choćby z tej racji, że przez lud rozumieliście tylko lud francuski. Taka jest prawda! A kto nie ma ludu, ten nie ma Boga! Może pan być pewien, że ci, którzy przestają rozumieć własny lud i tracą z nim więź, natychmiast też tracą wiarę ojców, stają się bezbożni albo indyferentni. To prawda! To fakt stwierdzony. Dlatego dzisiaj i wy, i my wszyscy - to albo obrzydliwi ateiści, albo obojętna, rozwiązła kanalia i tyle! Pan też, Stiepanie Trofimowiczu, wcale nie robię dla pana wyjątku, nawet o panu właśnie mówiłem, wie pan?

Zazwyczaj po wygłoszeniu takiego monologu (co mu się często zdarzało) Szatow chwytał kaszkiet i biegł do drzwi w najświętszym przekonaniu, że teraz już wszystko skończone i że całkowicie, raz na zawsze zerwał przyjazne stosunki ze Stiepanem Trofimowiczem. Tamten jednak zawsze potrafił w porę go zatrzymać.

- A może byśmy się pogodzili, panie Szatow, po tych miłych rozmówkach? - mawiał, dobrodusznie wyciągając doń rękę z fotela.

Niezgrabny a wstydliwy Szatow nie lubił sentymentów. Z pozoru był człowiekiem gruboskórnym, ale w duchu bodaj arcydelikatnym. Często tracił umiar, sam jednak pierwszy ubolewał z tego powodu. Mruknąwszy coś pod nosem w odpowiedzi na apel Stiepana Trofimowicza, przestępując jak niedźwiedź z nogi na nogę, raptem uśmiechał się ni stąd, ni zowąd, odkładał swój kaszkiet i siadał z powrotem na krześle, uparcie wbijając wzrok w ziemię. Ma się rozumieć, podawano wino, Stiepan Trofimowicz wygłaszał jakiś stosowny toast, na przykład pamięci któregoś z dawnych działaczy.

I Potraktowano mnie jak starego niedołęgę (dosłownie: jak starą szlafmycę)! (franc.).
II Może złamać mi życie (franc.).
III Jestem zwyczajny pieczeniarz i nic więcej! Ale to nic więcej! (franc.).
IV U tych seminarzystów (franc.).
V Dla naszej świętej Rosji (franc.).
VI Ale rozróżniajmy (franc.).
VII Między nami mówiąc (franc.).
1. Z wiersza Aleksandra Puszkina Biesy (1830).
2. Wymienieni z nazwiska myśliciele i pisarze to areopag rosyjskich okcydentalistów. Przywołując ich już na wstępie powieści, Dostojewski odnosi się do własnej biografii ideowej: ukształtowany przed syberyjskim zesłaniem w kręgu okcydentalistów, nigdy, również po powrocie z Syberii i zamieszkaniu w Petersburgu od początku 1860 roku, nie żywił sympatii do ich oponentów - słowianofilów. Nie okazuje jej również w Biesach, skądinąd kreśląc antyutopijną karykaturę ewolucji okcydentalizmu aż po odstręczający "nihilizm". W istocie po powrocie z katorgi, na której zderzył się ze społeczną rzeczywistością Rosji, w latach swojej aktywności publicystycznej i edytorskiej (1860-1863), do których odwołuje się w powieści, pisarz uznawał opozycję okcydentalizmu i słowianofilstwa za przebrzmiałą ideologiczną abstrakcję oderwaną od socjologicznych realiów kraju. Hasło głoszonego przezeń "poczwiennictwa" (od ros. poczwa - gleba, grunt) miało właśnie sens powrotu do tych realiów i uwolnienia się od skrajności przeciwstawnych stanowisk dawnej kontrowersji. Dokonując syntezy dawnych ideowych przeciwieństw, podejmując więc również wątki tradycji słowianofilskiej, Dostojewski nigdy jednak nie zaparł się okcydentalistycznej, a nawet liberalno-socjalistycznej genezy swoich poglądów. Jego antyrewolucjonizm w istocie nie miał charakteru reakcyjnego, mimo uwikłania w sojusze z politycznie (lecz nie - społecznie) zachowawczą prawicą.
Piotr Czaadajew (1794-1856) - autor słynnych Listów filozoficznych. Publikacja pierwszego z nich (1836), w którym odmawiał Rosji zasług i miejsca w dziejach cywilizacji europejskiej, uznając ją za kraj bez historii (w romantycznym sensie pojęcia), ściągnęła represje policyjne zarówno na wydawcę i jego czasopismo, jak na autora - uznanego za obłąkanego i poddanego przymusowemu leczeniu. Na tle antyeuropejskiej doktryny reakcyjnych rządów Mikołaja I, których hasło "Prawosławie, Samodzierżawie, Narodnost' [tj. zarazem narodowość i ludowość]" stanowiło ideologiczną rację rozbudowy aparatu tajnej policji oraz cenzury politycznej i religijnej, list Czaadajewa nie tylko Hercenowi wydawał się "wyzwaniem, znakiem przebudzenia". W skrytej dyskusji, jaką wywołał, nie tylko Hercena jednak raziła teza, iż przeszłość Rosji "była bezużyteczna, teraźniejszość daremna, a przyszłości nie ma przed nią żadnej". Czaadajew jako myśliciel i jako osoba, wraz ze swoimi katolickimi (dziedziczonymi po niemieckich romantykach i francuskich tradycjonalistach) sympatiami, pozostawał niezmiennie w obszarze zainteresowań Dostojewskiego. Postać Czaadajewa po latach proskrypcji przypomniały w 1862 roku opublikowane w prasie wspomnienia historyka i bibliografa Michaiła Łonginowa (1823-1875). Autor, podówczas jeszcze liberał, niebawem - na tle ideowego konfliktu z Czernyszewskim i Dobrolubowem - ewoluujący w stronę obozu zachowawczego, podkreślał w poglądach Czaadajewa "połączenie liberalizmu z głęboką religijnością". Odpowiedź na tę charakterystykę Dostojewski zawarł w Zimowych notatkach o letnich wrażeniach (1863) z odbytej rok wcześniej pierwszej podróży zagranicznej (Niemcy, Anglia, Francja). Stwierdził tam m.in.: "W życiu nie spotkałem człowieka tak namiętnie rosyjskiego jak Bieliński, choć przed nim chyba tylko Czaadajew tak śmiało, a niekiedy też ślepo, oburzał się na wiele naszych spraw ojczystych i najwidoczniej gardził wszystkim, co rosyjskie". Istotą poglądów Czaadajewa, który twierdził, że szaleństwem jest "czynić z narodów rasy uprzywilejowane albo rasy przeklęte", było jednak uznanie wyższości pojęcia cywilizacji nad pojęciem narodu: "Wyobrażają sobie, że mają do czynienia z Francją, z Anglią. Głupstwo. Mamy do czynienia z cywilizacją, z cywilizacją w jej całokształcie, nie tylko z rezultatami tej cywilizacji, ale z nią samą jako narzędziem, jako wyznaniem wiary wypróbowanym, ukształtowanym, wydoskonalonym w ciągu tysiącleci pracowitych wysiłków. Oto z kim mamy do czynienia, my, którzy własne istnienie liczymy zaledwie od wczoraj, my, których żaden organ, nawet pamięć, nie jest jeszcze dość wypróbowany i rozwinięty. [...] Póki rosyjskie barbarzyństwo nie groziło Europie, póki nie proklamowało się jedną jedyną cywilizacją, jedną jedyną religią, nikt mu nie przeszkadzał; od dnia, w którym przyszło mu do głowy przeciwstawić się Europie jako potęga moralna i polityczna, cała Europa w swej masie musiała stawić mu opór".
Wissarion Bieliński (1811-1848) - radykalnie demokratyczny publicysta i czołowy krytyk literacki w pierwszym inteligenckim pokoleniu "zbędnych ludzi", rzecznik "szkoły naturalnej" i rodzącego się w literaturze rosyjskiej wielkiego realizmu, ze względu na emocjonalną temperaturę swoich wpływowych poglądów i sądów ochrzczony przez przyjaciół "Wissarionem furioso". Dostojewski zawdzięczał mu sukces pierwszej powieści Biedni ludzie i wprowadzenie w środowisko elity intelektualnej Rosji. Już po ochłodzeniu wzajemnych stosunków i po śmierci krytyka pisarz zapewnił sobie wyrok śmierci (w ostatniej chwili przed inscenizowanym rozstrzelaniem zamieniony na syberyjską katorgę), w kwietniu 1849 roku odczytując z zapałem w furierystowskim kółku pietraszewców krążący w odpisach poza cenzurą, manifestacyjnie antydespotyczny list Bielińskiego do Gogola. Odrzucając okcydentalistyczną apologię przewrotu Piotra I, Dostojewski na resztę życia przejął syntezę historiozoficzną Bielińskiego z programowego Przeglądu literatury rosyjskiej z roku 1846: "Rosja całkowicie wyczerpała, wykorzystała epokę przeobrażeń, [...] reforma [Piotra I] dokonała w niej swego dzieła, uczyniła dla niej, ile mogła i powinna była uczynić, nastał więc dla Rosji czas rozwoju samoistnego, z niej samej płynącego. Lecz pominąć, wyminąć, by tak rzec, przeskoczyć epokę reformy i wrócić do poprzedzających ją czasów: czy to ma oznaczać samoistny rozwój? [...] Powinniśmy myśleć nie o zmianie tego, co się dokonało bez naszej wiedzy i co kpi sobie z naszej woli, lecz o tym, jak się samemu zmienić, idąc drogą wskazaną przez wyższą od nas wolę. Czas już, żebyśmy przestali się wydawać, a zaczęli być, czas porzucić brzydki nałóg satysfakcjonowania się słowami i uznawania za europeizm europejskich manier i wyglądu. Co więcej: czas już, żebyśmy przestali się zachwycać tym, co europejskie, tylko dlatego, że nie jest azjatyckie, czas kochać, szanować, dążyć doń tylko dlatego, że jest ludzkie, a z tego też powodu wszystko, co jest europejskie, lecz nie jest ludzkie, odrzucać z taką samą energią jak to, co azjatyckie, lecz nieludzkie. Tak wiele elementów europejskich przyjęło się w rosyjskim życiu i w rosyjskich obyczajach, że wcale nie musimy ustawicznie oglądać się na Europę, żeby uprzytamniać sobie własne potrzeby: na podstawie tego, co już przejęliśmy od Europy, doskonale możemy ocenić, czego nam trzeba. [...] Rosjaninowi jest łatwiej przyswoić sobie pogląd Francuza, Anglika czy Niemca, niż myśleć samodzielnie, po rosyjsku, bo to pogląd gotowy, z którym równie łatwo zapoznaje go nauka i współczesna rzeczywistość, podczas gdy sam dla siebie jest jeszcze zagadką, bo zagadką jest dla niego znaczenie i los jego ojczyzny, w której wszystko to zarodki, zalążki, a nic nie jest konkretne, rozwinięte, ukształtowane. [...] Francuzi, Anglicy, Niemcy - każdy na swój sposób są tak narodowi, że nie są w stanie się porozumieć, podczas gdy Rosjaninowi na równi dostępny jest społeczny instynkt Francuza, praktyczna działalność Anglika i mglista filozofia Niemca. Jedni upatrują w tym naszą wyższość nad wszystkimi pozostałymi narodami; inni wyprowadzają stąd zgoła smętne wnioski o braku charakteru, który wpoiła nam reforma Piotra: bo, jak mówią, kto nie ma własnego życia, temu łatwo udawać cudze, kto nie ma własnych zainteresowań, temu łatwo rozumieć cudze; ale udawać cudze życie - to nie znaczy żyć, rozumieć cudze zainteresowania - to nie znaczy przyswoić je sobie. [...] Stanowczo nie wierzymy w możliwość trwałego politycznego i państwowego istnienia narodów pozbawionych charakteru narodowego, a zatem żyjących li tylko życiem zewnętrznym. [...] My, Rosjanie, nie mamy powodu wątpić o swoim znaczeniu politycznym i państwowym: ze wszystkich plemion słowiańskich tylko my stworzyliśmy trwałe i potężne państwo. [...] Lud, któremu obcy jest rozwój wewnętrzny, nie może mieć w sobie tej trwałości, tej siły. Tak, mamy życie narodowe, sądzone nam w obliczu świata rzec własne słowo, wyrazić własną myśl. [...] Czym indywidualność w stosunku do idei człowieka, tym narodowość w stosunku do idei ludzkości. Innymi słowy: narody to indywidualności ludzkości. Bez narodowości ludzkość byłaby jedynie martwą abstrakcją logiczną, słowem bez treści, dźwiękiem bez znaczenia. W tej kwestii skłonny jestem raczej przejść na stronę słowianofilów, niż zostać po stronie humanistycznych kosmopolitów, jeżeli bowiem ci pierwsi nawet się mylą, to jak ludzie, czyli żywe istoty, a ci drudzy nawet prawdę głoszą jak taki a taki twór takiej a takiej logiki...". Wielu Polaków piszących o Dostojewskim kojarzy podobne idee z rzekomym słowianofilskim nacjonalizmem pisarza, ignorując kontekst publicystyki rewolucyjnego demokraty Bielińskiego. W okresie pracy nad Biesami postać krytyka przypomniały opublikowane właśnie wspomnienia Turgieniewa (1869). Ich autor pisał: "Bieliński był tyleż idealistą, ile duchem negacji; negował w imię ideału. Ideał ten miał bardzo konkretny i jednorodny charakter, choć określany był i jest po dziś dzień rozmaicie: jako nauka, postęp, humanizm, cywilizacja - a wreszcie Zachód. Osoby prawomyślne, ale nieżyczliwe, używają nawet słowa: rewolucja. [...] Bieliński poświęcił się temu ideałowi; wszystkie sympatie, wszystkie poczynania wiązały go z obozem "okcydentalistów", jak przezwali ich przeciwnicy. Był okcydentalistą nie tylko dlatego, że uznawał wyższość zachodniej nauki, zachodniej sztuki, zachodniego ustroju społecznego; lecz dlatego też, że był głęboko przeświadczony o konieczności przyjęcia przez Rosję wszystkiego, co stworzył Zachód - dla rozwoju jej własnych sił, własnego jej znaczenia. [...] Przyjąć wyniki zachodniego życia, zastosować je do naszego, licząc się ze swoistymi cechami rasy, historii, klimatu - w taki to sposób mogliśmy w jego pojęciu osiągnąć wreszcie samodzielność, którą cenił znacznie wyżej, niż się zwykle sądzi". W notatkach do Biesów Dostojewski zgadza się z opinią Turgieniewa, dodając, że Bieliński "rozumiał więcej od nich wszystkich". Zarazem jednak odmawia Bielińskiemu - na równi z resztą okcydentalistów (których dziećmi są współcześni "nihiliści") - znajomości rzeczywistości i realnego rosyjskiego "ludu". Ostentacyjna miłość do niego eks-katorżnikowi wydaje się tylko negacją, "nienawiścią" do Rosji realnej w imię abstrakcyjnego ideału. Traktując Bielińskiego jak uosobienie przebytej, wyjściowej fazy własnej ewolucji ideowej, wielekroć odwołując się do jego twórczości i osoby, Dostojewski nigdy nie uwłaczył jego pamięci, choć dystansował się nieraz od jego przekonań, a na wstępie Dziennika pisarza skreślił portret ironicznie paradoksalny i zarazem pełen cenzuralnych przemilczeń: "Bieliński nie był zasadniczo osobą refleksyjną, lecz właśnie zapamiętałym entuzjastą, zawsze, przez całe życie. [...] Poznałem go jako namiętnego socjalistę, toteż [nawracać mnie na swoją wiarę] zaczął wprost od ateizmu. Bardzo to znamienne - jego zadziwiający instynkt i niezwykła umiejętność najgłębszego wchłonięcia idei. [...] Najwyżej stawiając rozum, naukę i realizm, rozumiał zarazem głębiej niż ktokolwiek, że same tylko rozum, nauka i realizm stworzyć mogą wyłącznie mrowisko, a nie "harmonię" socjalną, w której człowiek mógłby się odnaleźć. Wiedział, że fundamentem wszystkiego są zasady moralne. W nowe zasady moralne socjalizmu (który dotąd nie ukazał jednak ani jednej, prócz odrażających wynaturzeń i obrazy zdrowego rozsądku) wierzył do obłędu, i to bez cienia refleksji; był w tym jedynie zapał. [...] Bez wątpienia, rozumiał, że negując moralną odpowiedzialność osoby, neguje zarazem jej wolność; wierzył jednak całym swym jestestwem (znacznie bardziej ślepo niż Hercen, który bodaj pod koniec zwątpił), że socjalizm nie tylko nie niszczy wolności osoby, lecz owszem, przywraca jej niezwykły majestat, odbudowując ją wszakże na nowych, diamentowych już podstawach. [...] Wobec tak gorącej wiary w swoją ideę był to oczywiście człowiek najszczęśliwszy w świecie. Mylnie pisano później, że Bieliński, gdyby dożył, przystałby do słowianofilstwa. Bieliński być może skończyłby na emigracji, gdyby dożył i gdyby udało mu się emigrować, i tułałby się dziś jako malutki i entuzjastyczny staruszek z gorącą jak dawniej wiarą, która wyklucza najmniejsze nawet wątpliwości, po jakichś kongresach w Niemczech i Szwajcarii. [...] Ten najszczęśliwszy człowiek, obdarzony podziwu godnym spokojem sumienia, niekiedy zresztą był bardzo smutny; był to jednak szczególny smutek - nie skutkiem wątpliwości, rozczarowań, o, nie - ale że dlaczego nie dziś, dlaczego nie jutro? Był to najbardziej się spieszący człowiek w całej Rosji".
Aleksandr Hercen (1812-1870) - pisarz, publicysta i myśliciel, wielki autorytet rosyjskiej demokracji, patron wschodnio- i środkowoeuropejskich emigrantów politycznych XIX-XX w. (do jego wzoru nawiązywała m.in. "Kultura" Jerzego Giedroycia). Już jako jeden z najwybitniejszych przedstawicieli swojego pokolenia intelektualnego, rewolucyjny demokrata i zdeklarowany okcydentalista, umiejący jednak dostrzec racjonalne przesłanki i konkluzje słowianofilów, opuścił Rosję w 1847 roku, a po doświadczeniach Wiosny Ludów odmawiając powrotu do kraju, uznany został przez władze carskie za banitę. Latem 1853 roku przy pomocy emigrantów polskich z kręgu Stanisława Worcella założył w Londynie Wolną Drukarnię Rosyjską, w której publikować zaczął pisma antycarskie. Po wstępnym niepowodzeniu - z uwagi na antyzachodni patriotyczny zapał w Rosji w dobie wojny krymskiej - od śmierci Mikołaja I zdobył posłuch i szacunek kształtującej się w Rosji wolnej opinii publicznej. W latach 1855-1868 wydał osiem roczników almanachu "Polarnaja Zwiezda", wielotomową serię dokumentacji "Głosy z Rosji", a olbrzymi wpływ zapewniła mu jego pierwsza wolna gazeta rosyjska - "Kołokoł" (1857-1867). Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w obronie własnego pokolenia "zbędnych ludzi" - demokratów i liberałów z lat czterdziestych (w tym Bielińskiego) - Hercen wszczął polemikę z tzw. młodą, socjalistyczną redakcją czasopisma "Sowriemiennik" (Czernyszewski i Dobrolubow). Coraz bardziej zaniepokojony nihilistycznym stosunkiem radykałów rosyjskich do tradycji poprzednich pokoleń i do kultury, nieufny wobec rewolucyjnego awanturnictwa i spiskowego fanatyzmu, nie znalazł też wspólnego języka z "młodą emigracją" napływającą na Zachód od pierwszych policyjnych represji w 1861 roku. Rozchodził się zarazem z liberałami, w swym konformizmie ulegającymi wzbierającej reakcji. Oddany przyjaciel sprawy polskiej, mimo przekonania o daremności styczniowego zrywu 1863 roku w obronie Polski i Polaków nie zawahał się wystawić na szwank i zaprzepaścić w Rosji swojego autorytetu. Jak pisał, przeciwstawiając "Rosję podłą" perspektywie "Rosji nowej": "Odczuwamy odpływ ludzi od roku 1863 - podobnie jak odczuwaliśmy ich przypływ od 1857 po 1862 rok. [...] Przyjdzie czas, że już nie "ojcowie", lecz "dzieci" docenią tych trzeźwych, tych uczciwych Rosjan, którzy protestowali samotnie - i będą protestować przeciwko ohydnej pacyfikacji. Nasza sprawa, być może, dobiegła końca. Lecz pozostanie pamięć o tym, że nie cała Rosja przystała do pstrokatego stada Katkowa. [...] Ocaliliśmy honor Rosjanina - i za to ucierpieliśmy z rąk niewolniczej większości". (Katkow - patrz przypis 252 - to główny polakożerca wśród rosyjskich publicystów; przypisanie mu "pstrokatego stada" świń budzi skojarzenie z "biesami"; o postawie Dostojewskiego wobec powstania styczniowego - patrz przypis 65). Na początku 1865 roku w poczuciu rosnącego osamotnienia Hercen opuścił Londyn i odtąd nigdzie już dłużej nie zagrzał miejsca. W 1866 roku odniósł się krytycznie do pierwszego zamachu na życie Aleksandra II. W 1867 odmówił udziału w kongresie Ligi Pokoju i Wolności, w której działał jego dawny przyjaciel, anarchista Bakunin. Świadectwem rozejścia z tym ostatnim i z najbliższym przyjacielem Ogariowem (obaj wbrew opinii Hercena poparli spiskową awanturę Nieczajewa, której dzieje posłużyły za kanwę Biesów) stał się cykl artykułów (1868-1869) o wymowie dobitnie antyterrorystycznej. Po raz kolejny i ostateczny Hercen odżegnał się tu od idei wolności politycznej rozumianej jako narzucony przemocą porządek ogólny, którego podstawą nie jest wolność jednostki: "Nie można wyzwalać ludzi w życiu zewnętrznym bardziej, niż są wyzwoleni wewnętrznie". Mimo różnic poglądów w różnych czasach i kwestiach Dostojewski i Hercen darzyli się niezmiennym szacunkiem. Hercen niezwykle wysoko stawiał Wspomnienia z domu umarłych: miniona "epoka pozostawiła nam pewną straszną książkę [...] która zawsze jaśnieć będzie nad wyjściem z mroków panowania Mikołaja jak napis Dantego nad wejściem do piekła: to Dom umarłych Dostojewskiego, straszna opowieść, której autor, [...] kreśląc okutą w kajdany ręką wizerunki współtowarzyszy katorgi, [...] opis obyczajów jednego sybirskiego więzienia uczynił freskiem w duchu Buonarrottiego". Obu spokrewniała socjalistyczna genealogia z lat młodości, ale też rodzaj osobowości pisarskiej. Obaj ideom filozoficznym nadawali kształt literacki, a dzieła literackiego nie oddzielali od treści filozoficznej i publicystycznej. Rodziło to pod ich piórem takie gatunkowe hybrydy, jak świetne Rzeczy minione i rozmyślania Hercena i wewnętrznie z nimi dialogujący Dziennik pisarza Dostojewskiego (bez którego, nawiasem mówiąc, w polskiej literaturze nie powstałby Dziennik Gombrowicza). Obu pisarzy łączyła skłonność do postrzegania rzeczywistości w kategoriach antynomii społecznych i moralnych czy też wprost jedności przeciwieństw. Stąd zamiłowanie Hercena do dialogów publicystyczno-filozoficznych (lub do ich podgatunku: listów publicystycznych) i wewnętrzne zdialogizowanie powieści i publicystyki Dostojewskiego. Wspólny był obu sceptyczny empiryzm, niechętny historycystycznym ogólnikom, antyutopijny, antyideologiczny i antydogmatyczny, który wyładowywać się zwykł w pasji polemicznej, ale też rewizji własnych poglądów. Dostojewski, świadom zasług Hercena, jego patriotyzmu i krytycznego sądu o mieszczańskiej cywilizacji europejskiej, w swoim czasopiśmie "Wriemia" (1861-1863) z wielkim szacunkiem, choć ze względów cenzuralnych nie wymieniając nazwiska, odnosił się do jego słów i spraw. W 1864 roku z konsternacją odnotował w notatniku koniec bożyszcza okcydentalizmu wraz z jego "ponętą moralną"; nie szukał już z Hercenem kontaktu w Genewie, w której obaj mieszkali pod koniec lat sześćdziesiątych. Nawet siedem lat przed śmiercią, rozpoczynając w 1873 roku publikować Dziennik pisarza w reakcyjnej gazecie "Grażdanin" - jedynej zresztą, która udostępniła mu swe łamy - uznał jednak za stosowne na wstępie złożyć ukłon "starym ludziom" w osobie Hercena i Bielińskiego, ich poglądy i postawy czyniąc punktem orientacyjnym własnych rozważań i polemik. Hercen był w jego oczach "wytworem naszej szlachty, nade wszystko gentilhomme russe et citoyen du monde, typem, który pojawił się jedynie w Rosji i nigdzie prócz Rosji pojawić się nie mógł. Hercen nie emigrował, nie dał początku rosyjskiej emigracji; nie, po prostu urodził się emigrantem. Wszyscy oni, jemu podobni, po prostu rodzili się u nas jako emigranci, chociaż większość nie wyjeżdżała z Rosji. Przez półtora stulecia dawnego życia rosyjskiej szlachty z bardzo nielicznymi wyjątkami zetlały ostatnie korzenie, zerwały się ostatnie jej więzi z rosyjską glebą i z rosyjską prawdą. Hercenowi bodaj sama historia kazała wyrazić we własnej postaci, i to w najwyrazistszym typie, zerwanie z ludem olbrzymiej większości naszego stanu wykształconego. [...] Dla ludu rosyjskiego żywili jedynie pogardę, wyobrażając sobie i wierząc zarazem, że kochają go i życzą mu wszystkiego najlepszego. Kochali go negatywnie, wyobrażając sobie zamiast niego jakiś idealny lud - jakim w ich pojęciu powinien być lud rosyjski. Ten idealny lud mimo woli ucieleśniał się dla niektórych przedstawicieli większości w paryskim motłochu z roku dziewięćdziesiątego trzeciego. [...] Rozumie się, Hercen musiał zostać socjalistą, i to właśnie jak rosyjski panicz, to znaczy bez wszelkiej potrzeby i celu, lecz jedynie w wyniku "logicznego biegu idej" i wskutek serdecznej pustki w ojczyźnie. [...] Był to artysta, myśliciel, świetny pisarz, człowiek niezwykle oczytany, dowcipny, olśniewający rozmówca (mówił nawet lepiej niż pisał) i wspaniały typ refleksyjny. Refleksja, umiejętność uczynienia najgłębszego swego uczucia obiektem, postawienia go przed sobą, jego adoracji, a zarazem wykpienia, była w nim rozwinięta w najwyższym stopniu. Bez wątpienia był to niezwykły człowiek; czymkolwiek jednak był [...] - zawsze i wszędzie przez całe życie był to nade wszystko gentilhomme russe et citoyen du monde, po prostu wytwór dawnego ustroju pańszczyźnianego, którego nienawidził i z którego się wywodził, nie tylko przez ojca, ale właśnie przez zerwanie z rodzinną ziemią i z jej ideałami".
Timofiej Granowski (1813-1855) - najwybitniejszy w latach czterdziestych XIX wieku rosyjski badacz historii powszechnej (niezrównanym specjalistą w zakresie dziejów ojczystych był Siergiej Sołowjow, ojciec filozofa Władimira). W ważnym w biografii twórczej Dostojewskiego (pierwodruk entuzjastycznie przyjętej debiutanckiej powieści Biedni ludzie) roku akademickim 1845/1846 publiczne prelekcje liberała Granowskiego i wrogiego mu reakcyjnego panslawisty Stiepana Szewyriowa (patrz przypis 9) ponownie roznieciły przygasły już spór okcydentalistów i słowianofilów. Granowski, bliski przyjaciel Hercena, rozchodził się z nim ze względu na znacznie bardziej umiarkowane poglądy; po latach Hercen podkreślał we wspomnieniach niechęć Granowskiego do skrajności: "byłby raczej hugenotą i żyrondystą niż anabaptystą i montagnardem". Znacznie ostrzejsze charakterystyki formułowali w okresie powstania Biesów sam Dostojewski i bliscy mu autorzy. Uprzedzając powieściowy spór obu Wierchowienskich, rewolucjonista Michaił Bakunin (1814-1876), wywodzący się z tego samego co Bieliński, Granowski i Hercen kręgu moskiewskiej młodzieży z połowy lat trzydziestych, pisał w 1869 roku o historyku w liście do Ogariowa (do niedawna najbliższego przyjaciela Hercena, teraz - wraz z Bakuninem - patrona Nieczajewa): "Żył i umarł w doktrynie i w sentymentalno-humanistycznej fikcji. Kochał humanitaryzm, ale nie żywych ludzi. [...] Wiecznie zaprzątnięty sobą, swoim szczęściem, swoim nieszczęściem, swoją urodą, swoją godnością, swoją pozycją i swoim powołaniem. Kiedyż miał myśleć o żywej, cierpiącej, podeptanej ludzkości? Jakaż ogromna różnica, jaka przepaść pomiędzy nim a naszym rosyjskim Diderotem - naszym niedomytym realistą z temperamentu i z natury - Wissarionem Bielińskim! Tego całkowicie pochłaniał temat, a Granowski w temat się stroił, czynił go swoją ozdobą, wytworną pozą, jeżeli zaś temat go przerastał, przykrawał go albo całkiem odrzucał". Jeden z głównych autorów czasopism braci Dostojewskich przed 1863 rokiem, współtwórca ideologii "poczwiennictwa", krytyk i publicysta Nikołaj Strachow (1828-1896), w recenzji z biografii Granowskiego w roku 1869, uznając historyka za "najlepszy typ czystego okcydentalizmu", podkreślał jego osobistą szlachetność, egzaltowany stosunek do wzniosłości i piękna, skłonność do melancholii mimo dowcipu i zamiłowania do kalamburu, niezdolność do puszczenia w niepamięć krzywd i zmartwień, ustawiczne skargi na szykany ze strony władz, epistolograficzną wylewność, poczucie zmarnowanego życia, pociąg do kart i do alkoholu. Cytując tę samą co w Biesach strofę Niekrasowa o "liberale-idealiście", Strachow konkludował zjadliwie: "Ci patrzący z góry, żyjący bez pożytku ludzie niedorzecznego żywota, niezdolni do żadnego realnego wysiłku, bezwolni i posępni, czuli się jednak w prawie obrzucać wyrzutami swoją ojczyznę, której byli obcy. Ze względu na uczciwość własnej myśli i czystość serca [...] sądzili, że mogą nie tylko piętnować brud i nieczystość poszczególnych osób, lecz nawet wynosić się nad cały kraj i służyć ziemi ojczystej za "żywy wyrzut sumienia"". Dostojewski, wykorzystując w Biesach tę charakterystykę do portretu Wierchowienskiego seniora, wyróżnił w brulionie jego cechy: "Całożyciowa bezprzedmiotowość i chwiejność poglądów i uczuć, która dawniej stanowiła cierpienie, lecz teraz obróciła się w drugą naturę. (Syn kpi z tej potrzeby)". Odrzucenie tradycji Granowskiego przez nihilistów - wyrodne dzieci idealnego okcydentalizmu - stwierdzał też Strachow. Dostojewski w pięć lat po powstaniu Biesów uznał za wskazane złożyć hołd historykowi w Dzienniku pisarza (1876, lipiec i sierpień): "Granowski był najczystszą postacią wśród ludzi ówczesnych; było to coś nienagannie pięknego. Idealista lat czterdziestych w najszlachetniejszym sensie, bezspornie miał zarazem swój własny, szczególny i nadzwyczaj oryginalny odcień wśród naszych ówczesnych przodujących postaci, pewien hart. Był to jeden z naszych najuczciwszych Stiepanów Trofimowiczów (typ idealisty z lat czterdziestych, który sportretowałem w powieści Biesy i który nasi krytycy uznali za poprawny. Lubię przecież Stiepana Trofimowicza i żywię do niego głęboki szacunek) - i to, być może, bez najmniejszego rysu komicznego, skądinąd raczej właściwego temu typowi".
3. Zapewne parodystyczne przeinaczenie zwrotu Gogola. W tomie Fragmenty wybrane z listów do przyjaciół (1847) Gogol pisał o "wirze powstałych zawiłości", który "niemal każdemu odjął pole do czynienia dobra z rzeczywistą korzyścią dla swojej ziemi".
4. Ironiczny portret Stiepana Wierchowienskiego zawdzięcza wiele rysów pamfletowo przetworzonej biografii Granowskiego. Znany osobiście Dostojewskiemu ideowy przeciwnik okcydentalistów, antyliberalny słowianofil, zasłużony orientalista i apologeta cywilizacyjnej (czytaj: kolonialnej) misji Rosji na Wschodzie, profesor Uniwersytetu Moskiewskiego Wasilij Grigorjew (1816-1881) po śmierci Granowskiego dyskredytował jego dorobek w głośnym artykule T.N. Granowski przed profesurą w Moskwie (1856). Przyznając zmarłemu koledze akademikowi rolę nietwórczego kompilatora-dydaktyka, konkludował: "Obszerna erudycja nie daje jeszcze prawa do tytułu uczonego". Artykuł Grigorjewa wzbudził oburzenie liberalnej opinii. W artykule Dzieła T.N. Granowskiego w tymże roku przeciwne stanowisko zajął lider rewolucyjno-demokratycznej lewicy okcydentalistów, Nikołaj Czernyszewski (1828-1889). Granowski, jego zdaniem, "z natury i z wykształcenia powołany, by być wielkim uczonym, [...] był prawdziwym synem swej ojczyzny, który służy jej potrzebom, a nie sobie", a szczególną jego zasługę stanowiła wewnątrzrosyjska misja cywilizacyjna: to, że "był jednym z najsilniejszych pośredników między nauką a naszym społeczeństwem; bardzo niewiele osób w naszych dziejach miało tak potężny wpływ na rozbudzenie u nas wyższych ludzkich zainteresowań". Już po publicznej ceremonii śmierci cywilnej i zsyłce Czernyszewskiego na syberyjską katorgę (1864), czołowy lewicowo-radykalny ideolog następnego pokolenia Dmitrij Pisariew (1840-1868), dokonując ostatecznego "rozłamu wśród nihilistów", jak to określił Dostojewski, w sztandarowym artykule Realiści (1864; tytuł cenzuralny Nierozstrzygnięta kwestia) podtrzymał jednak ocenę Grigorjewa. Granowskiego zaliczył do rzędu "słodkogłosych syren", tj. tych wykładowców, którzy "zachwycają swoich słuchaczy natchnionymi rozmowami, lecz nigdy, w żadnych okolicznościach, oprócz oparów zachwytu nic z nich nie może wynikać". W imię skrajnego utylitaryzmu i "realizmu" (dotychczas pojęcie to było synonimem materializmu) Pisariew odżegnywał się od "estetyki" i "estetyków", w nich właśnie - nie wyłączając liberalnych okcydentalistów i rewolucyjnych demokratów z kręgu "Sowriemiennika", jak Niekrasow, Czernyszewski i Sałtykow-Szczedrin - widząc swych ideowych przeciwników. Dopiero kontekst tego sporu, uosobionego w Biesach przez kontrowersję obu Wierchowienskich, ojca i syna - tłumaczy wybór Granowskiego (dla którego sam Dostojewski i później zachował szacunek) na pierwowzór karykaturalnego bohatera powieści. Dodajmy jeszcze, że zaburzenia psychiczne (wraz z próbami samobójczymi) na tle utraty wiary i światopoglądowych frustracji ateisty zaprowadziły Pisariewa wcześniej, w roku 1859, do szpitala psychiatrycznego z diagnozą nieuleczalnego "rozmiękczenia mózgu", a więc - w perspektywie Biesów - opętania.
5. W swych wykładach o filozofii historii i o dziejach Europy Zachodniej w średniowieczu Granowski nie zajmował się Arabami. Uczynił to natomiast Gogol, podjąwszy w 1834 roku komicznie niefortunną próbę wykładania historii starożytności i wieków średnich w Uniwersytecie Petersburskim. Z racji kompletnego dyletantyzmu jego wykłady obróciły się w kwieciście zawiłe impresje literackie.
6. Postać profesora-wykładowcy, który "przez trzy lata zdążył tylko wygłosić wstęp i omówić rozwój gmin jakichś tam miast niemieckich", pojawia się na początku drugiego tomu Martwych dusz Gogola. Przedmiotem pracy na drugi w hierarchii naukowej stopień magistra, którą Granowski obronił na Uniwersytecie Moskiewskim w 1845 roku, były Wolin, Jomsburg i Wineta. Dysertacja ta ściągnęła na autora ataki zachowawczych kolegów akademików z grona apologetów "oficjalnej narodnosti" (od hasła rządów Mikołaja I - Prawosławije, Samodierżawije, Narodnost').
7. Mowa o czasopiśmie "Otieczestwiennyje Zapiski" - w czterdziestych latach XIX wieku trybunie Bielińskiego. W powieściach Dickensa, a zwłaszcza George Sand, których przekłady licznie tu publikowano, rozczytywał się też z zapałem młody Dostojewski.
8. Ironiczna aluzja do artykułu Granowskiego Rycerz Bayard (1845), poświęconego legendzie słynnego "rycerza bez trwogi i zmazy" Pierre'a du Terrail, seigneur de Bayarda (1476-1524).
9. Wskutek zakulisowych intryg, donosów i artykułu reakcyjnego już wówczas profesora Stiepana Szewyriowa (ponoć wynalazcy formuły "zgniły Zachód", dawniej poety lubomudra, zaprzyjaźnionego z Mickiewiczem i Puszkinem) w czasopiśmie "Moskwitianin" redagowanym przez Michaiła Pogodina, innego zachowawczego profesora historii z tegoż dawnego kręgu - w styczniu 1844 roku po pierwszym miesiącu publicznych wykładów Granowskiego o dziejach średniowiecznej Europy kurator Uniwersytetu Moskiewskiego, hr. Siergiej Stroganow, zażądał zmiany ich ducha i tendencji. Sam Granowski relacjonował w liście: "Stroganow żąda niemożliwości. Miałem z nim wczoraj poważną, ostrą rozmowę. Może postąpiłem głupio, mówiąc wprost i otwarcie, ale nie żałuję. Powiedział mi, że z takimi poglądami nie mogę zostać na uniwersytecie, że potrzebni im są prawosławni itd. Odparłem, że nie naruszam istniejącego porządku rzeczy, a nie jego sprawą jest moje osobiste wyznanie wiary. Odparł, że zaprzeczenie nie wystarczy, że potrzebna jest im miłość do istniejącego [porządku], krótko mówiąc, zażądał ode mnie apologii i skruchy w postaci wykładów. Reformacja i rewolucja mają być naświetlane z katolickiego punktu widzenia i jako krok wstecz. Zaproponowałem, by w ogóle nie wykładać o rewolucji. Reformacji ustąpić nie mogłem. Cóż by to była za Historia? Zakończył słowami: "Są wartości cenniejsze od nauki, należy je chronić, nawet gdyby w tym celu trzeba było zamknąć uniwersytety i wszystkie uczelnie"". Publikacja kolejnej mediewistycznej rozprawy w 1849 roku pociągnęła za sobą wezwanie Granowskiego przed oblicze metropolity moskiewskiego Filareta (Wasilija Drozdowa, 1782-1867; na metropolii zasiadał od koronacji Mikołaja I w 1826 roku; jego nazwisko w Biesach dziedziczy krewki a zachowawczy generał Drozdow, "dawny przyjaciel i towarzysz broni nieboszczyka generała Stawrogina, zacności człowiek, [...] okrutnie narowisty i drażliwy, co to okropnie dużo jadł i okropnie bał się ateizmu". Wdowa po nim, matka Lizy, to najbliższa przyjaciółka pani Stawrogin od lat pensjonarskich - reakcyjna genealogia rodziny Stawroginów nie jest w powieści przypadkiem). Granowski relacjonował: "Zażądał ode mnie wyjaśnień, dlaczego w wykładach historii nie wspominam o "woli i ręce Bożej", która rządzi zdarzeniami i losami narodów. "Mówi się o Panu, że jest Pan szkodliwym profesorem, że mroczy Pan umysły wiernych synów naszego monarchy". "W Pańskiej działalności jest jakiś skryty aspekt. Muszę znać Pańskie wyznanie wiary"". Bliski przyjaciel i kolega uniwersytecki Granowskiego, największy historyk rosyjski Siergiej Sołowjow (1820-1879) wspominał o śmierci Mikołaja I; przed cerkwią uniwersytecką (do której przybył, by złożyć obowiązkową przysięgę nowemu carowi) spotkał Granowskiego: "Pierwsze moje słowo brzmiało: "Umarł!". Odparł: "Nic dziwnego, że umarł; dziwne, że my obaj żyjemy"".
10. Mowa o działającym w latach 1844-1849 w Petersburgu utopijno-socjalistycznym kółku tzw. pietraszewców (od nazwiska ich przywódcy i ideologa Michaiła Butaszewicza-Pietraszewskiego). Należał do niego również Dostojewski (a także m.in. jego przyszły oponent Michaił Sałtykow-Szczedrin). Działalność w kółku stała się powodem zesłania pisarza i dwudziestu innych skazańców na katorgę - po odwołaniu w ostatnim momencie inscenizowanej z realistyczną grozą publicznej egzekucji przez rozstrzelanie. Dzieła Fouriera istotnie zamierzano w tym gronie tłumaczyć. Dostojewski mimo zmiany poglądów nigdy nie zaparł się przywiązania do tradycji pietraszewców i do postaci Fouriera. W zeznaniach w śledztwie w sprawie pietraszewców (1849) bagatelizował "szkodliwość" furieryzmu, podkreślając komizm przeniesienia go na grunt rosyjski. Zarazem jednak wystawiał mu bardzo pochlebną charakterystykę: "Furieryzm to system pokojowy; oczarowuje duszę elegancją, zniewala serce miłością do ludzkości, z którą natchniony Fourier tworzył swój system, i zadziwia umysł harmonijnością. Zamiast porywać żółciowymi atakami, budzi natchnienie miłością do ludzkości. W systemie tym nie ma nienawiści. Reformy politycznej furieryzm nie przewiduje; jego reforma jest ekonomiczna. Nie godzi ani we władzę, ani we własność, a na jednym z ostatnich posiedzeń izby Victor Considérant, reprezentant furierystów, uroczyście wyrzekł się jakichkolwiek zamachów na rodzinę". Po latach w polemice z książką Społeczeństwo rosyjskie dziś i w przyszłości (Kim mamy być?) (1874) reakcyjnego publicysty, szowinisty i polakożercy, generała Rostisława Fadiejewa (1824-1883) pisarz notował z ironią: "Jestem po stronie Fouriera... Poniekąd nawet za Fouriera poniosłem karę... i dawno wyrzekłem się Fouriera, lecz mimo wszystko ujmę się za nim. Szkoda, że generał myśliciel traktuje biednego socjalistę z góry. To znaczy wszyscy ci uczeni i młodzi, wszyscy ci, którzy wierzyli w Fouriera, to takie durnie, że powinni dopiero przyjść do Rostisława Fadiejewa po naukę, żeby zmądrzeć. Zapewne nie w tym rzecz: albo Fourier i jego kontynuatorzy nie wszyscy aż tak bardzo są głupi, albo generał myśliciel jest już za mądry. Pewnie to pierwsze".
11. Bardzo popularny w Rosji w latach trzydziestych XIX wieku gatunek "poematu eschatologicznego" podsuwał pisarzowi liczne wzory tego rodzaju poetyckich alegorii - popularnych wierszopisów, jak Jewdokia Rostopczyn lub Aleksiej Timofiejew, czy też młodych dyletantów poetyckich, jak sam Granowski lub jego przyjaciel Nikołaj Stankiewicz. Dostojewski parodiuje jednak przede wszystkim znane mu z londyńskich publikacji Hercena i Ogariowa groteskowe "misterium" Pot-pourri, albo Czego chcesz, o to prosisz (1834) Władimira Pieczerina (1807-1885), głównego - obok księcia Iwana Gagarina (1814-1882) - katolickiego konwertyty wśród rosyjskich emigrantów (por. przypis 121). Pieczerin opuścił Rosję w 1836, a w roku 1840 wyrzekł się prawosławia i przyjął chrzest katolicki, wstępując do zakonu redemptorystów (w literaturze polskiej szkic do jego portretu wśród innych katolickich konwertytów rosyjskich skreślił w dwudziestoleciu Rafał Blüth, znakomity historyk literatury z kręgu "Verbum" księdza Korniłowicza); Gagarin, częściowo pod wpływem Czaadajewa, przeszedł na katolicyzm w 1842 i wstąpił do zakonu jezuitów (kosmopolityczny synkretyzm religijny lub zgoła katolicyzm były modne w salonach najwyższej arystokracji pod wpływem konserwatywnej myśli europejskiej, zwłaszcza francuskiej, niemieckiej i polskiej; hołdowali tej modzie również na przykład znana w polskiej tradycji z biografii Mickiewicza Zinaida ks. Wołkońska czy też Nikołaj ks. Golicyn, 1794-1866, muzyk, krytyk muzyczny i publicysta religijny). Dla Dostojewskiego ich zachowawczy okcydentalizm był przeciwieństwem "skrytego słowianofilstwa" radykała Bielińskiego, którego pamięć poważał (por. przypis 2). W Dzienniku pisarza (czerwiec 1876) formułował swój "paradoks": "Rosjan nie lubi się w Europie. Temu, że nas nie lubią, nikt, jak sądzę, nie zaprzeczy, ale zarazem oskarża się nas w Europie, Rosjan hurtem, niemal co do jednego, że z nas straszni liberałowie, ba, rewolucjoniści, zawsze, z jakąś nawet miłością, gotowi przyłączyć się raczej do niszczycielskich niż konserwatywnych elementów Europy. Za to właśnie patrzy na nas wielu Europejczyków kpiąco i z wysoka nienawistnie: nie rozumieją, skąd ta nasza potrzeba negacji w cudzych sprawach, odbierają nam konkretnie prawo negacji europejskiej - na tej podstawie, że nie uznają nas za należących do "cywilizacji". Widzą w nas raczej barbarzyńców, włóczących się po Europie i cieszących, że coś gdzieś można zniszczyć - zniszczyć dla samego zniszczenia, dla przyjemności widoku, kiedy to wszystko się rozwali. [...] Dlaczego niemal w dziewięciu dziesiątych Rosjanie, przez całe nasze stulecie, zażywając w Europie kultury, zawsze przyłączali się do tej warstwy Europejczyków, która była liberalna, do "lewicy", czyli zawsze do tego stronnictwa, które samo negowało własną kulturę, własną cywilizację, oczywiście o tyle, o ile (to, co neguje w cywilizacji Thiers, i to, co negowała w niej Komuna Paryska roku 1871 - to rzeczy zgoła różne). [...] Rosjanie, powtórzę, są bardziej od Europejczyków skłonni raczej przyłączyć się od początku do najskrajniejszej lewicy, niż dostąpić najpierw niższych stopni liberalizmu - słowem, Thiersów znajdzie się wśród Rosjan znacznie mniej niż komunardów. I to, zważcie Państwo, mowa bynajmniej nie o jakichś świszczypałach, a przynajmniej - nie tylko o świszczypałach, lecz o osobach posiadających zgoła nawet solidny i cywilizowany wygląd, nieledwie o ministrach". Tę postawę negacji autor przypisuje stłumionej frustracji Rosjan, uciemiężonych w swej nie tylko narodowej, ale społecznej rosyjskości od czasów oświeconej despotii Piotra I, która mimo "wybicia okna na Europę" wbrew urzędowej legendzie narzuciła i utrwaliła w Rosji antycywilizacyjne postawy (por. przypisy 65 i 101). Zważywszy ten kluczowy dla pisarza pogląd, warto zwrócić uwagę na sympatię autora do opisywanych rosyjskich "liberałów". Cienia sympatii nie okazuje jednak Dostojewski przeciwnej grupie okcydentalistów: "Są też jednak nieliberalni Rosjanie, [...] którzy nie tylko nie negowali cywilizacji europejskiej, lecz owszem, tak ją uwielbiali, że tracili resztkę swojego rosyjskiego instynktu, swoją rosyjską indywidualność, tracili swój język, zmieniali ojczyznę, a jeżeli nawet nie przyjmowali obcego obywatelstwa, to przynajmniej na całe pokolenia pozostawali w Europie. Faktem jest jednak, że wszyscy tacy, w przeciwieństwie do liberalnych Rosjan, w przeciwieństwie do ich ateizmu i komunardostwa, natychmiast przyłączali się do prawicy, do skrajnej prawicy, i obracali w strasznych, już europejskich konserwatystów. Wielu z nich zmieniało wyznanie i przechodziło na katolicyzm. [...] To konserwatyści w Europie, lecz wprost przeciwnie, całkowicie negujący Rosję. Obracali się w niszczycieli Rosji, we wrogów Rosji! Tyle zatem znaczyło przedzierzgnąć się z Rosjanina w prawdziwego Europejczyka, stać się już prawdziwym synem cywilizacji - olśniewający fakt, uzyskany po dwustu latach eksperymentu [tj. od Piotra I]. [...] A zatem powstały dwa typy cywilizowanych Rosjan: Europejczyk Bieliński, negując zarazem Europę, okazał się w najwyższej mierze Rosjaninem, [...] a rdzenny, prastary ruski kniaź Gagarin, stając się Europejczykiem, uznał za konieczne nie tylko przejść na katolicyzm, lecz wprost przeskoczyć do jezuitów". (Odrazę Dostojewskiego potęgowało to, że właśnie Gagarina posądzano o współautorstwo anonimowego "dyplomu rogacza", który, przesłany w 1836 roku Puszkinowi, popchnął go do ostatniego, zakończonego śmiercią pojedynku). W notatkach do Biesów autor wkłada w usta szkicowanej postaci, którą w powieści stał się Szatow, zjadliwą uwagę na temat szlacheckich liberałów sprzed uwłaszczenia chłopów: "Zdzierał taki pańszczyznę, żeby z niej żyć w Paryżu, słuchać wykładów Victora Cousina, a skończyć na katolicyzmie Czaadajewa albo Gagarina".
12. Mowa zapewne o Granowskim; we wspomnianym wyżej (przypis 4) pamflecie Wasilij Grigorjew wymieniał jednak z wielką estymą nazwisko Osipa Sienkowskiego (Józefa Sękowskiego), pisującego pod pseudonimem Baron Brambeus zruszczonego polskiego pisarza, dziennikarza i uczonego orientalisty (1800-1858), niegdyś członka wileńskiego Towarzystwa Szubrawców.
13. Aluzja do Nikołaja Niekrasowa (1821-1878), wybitnego poety, redaktora głównego liberalnego i rewolucyjno-demokratycznego czasopisma "Sowriemiennik". Dostojewski za młodu przyjaźnił się z poetą, stawiał wraz z nim pierwsze kroki literackie (w połowie lat czterdziestych zarabiali na życie, pisując wspólnie wodewile), zachował też dlań wzajemny szacunek i podziw dla jego talentu mimo ostrych polemik w późniejszych latach.
14. Cytat z poematu Niekrasowa Polowanie na niedźwiedzia (1866).
15. Parodia passusu z Fragmentów wybranych z listów do przyjaciół Gogola: "Gniew zawsze jest nie na miejscu, a najbardziej w słusznej sprawie, bo mroczy ją i przyćmiewa. Pamiętaj, że jesteś człowiekiem nie tylko niemłodym, lecz zgoła leciwym. Młodemu człowiekowi gniew jeszcze jako tako przystoi; przynajmniej w niektórych oczach przydaje mu jakąś malowniczą powierzchowność. Kiedy jednak starzec zacznie się gorączkować, staje się po prostu wstrętny; młodzież zaraz weźmie go na ząb i ukaże jego śmieszność. Pilnuj się, żeby nie powiedziano o tobie: "A to paskudny starowina! Przez całe życie wylegiwał się, nic nie robiąc, a teraz zaczął przymawiać innym, dlaczego to oni czynią niewłaściwie!"".
16. Motyw biografii Granowskiego z siedmiolecia reakcji w Rosji od Wiosny Ludów do śmierci Mikołaja I (1848-1855). Według wspomnień współczesnych: "Podejrzewany na górze o liberalizm, w każdej chwili oczekując kary, [...] nabrał namiętności do kart, szukając w grze zapomnienia; karty jednak, rujnując jego majątek, wplątując w niespłacalne długi, zamiast zapomnienia zwiększyły jeszcze jego chandrę, dodając do niej dręczące uczucie moralnego poniżenia".
17. Zwrot popularny w latach sześćdziesiątych; w 1868 roku poeta Nikołaj Szczerbina kpił w komentarzu do własnego epigramatu: "Choroba zwana boleścią obywatelską była wówczas modna w Petersburgu, nawet śmierć niektórych gimnazjalistów i kadetów przypisywano więc tej chorobie".
18. Określenia - głęboko komiczne nie tylko ze względu na nuworyszowskie pochodzenie pani Stawrogin, ale też z uwagi na szczególne brzmienie pojęcia "klasyk" - wskazują na jej, łagodnie mówiąc, zachowawcze poglądy. "Partyzantką klasycyzmu" tytułował na przykład w 1829 roku Aleksandrę hrabiankę de Laval (od tegoż roku hrabinę Stanisławową Kossakowską, rodzoną siostrę księżnej Trubieckiej, która dwa lata wcześniej postanowiła z mężem dekabrystą dzielić niedole Sybiru) w poświęconym jej polemicznym wierszu młody Stiepan Szewyriow. Ten "poeta myśli" z grona lubomudrów (czyli zruszczonych filo-sofów) z salonu księżnej Zinaidy Wołkońskiej w cieniu Puszkina i Mickiewicza stylizował się wówczas na romantyka: "Rozkwitły płomienną duszą w zimnych wnętrzach granitowych murów, twój spokojny jenijusz nie lubi moich ociekających krwią wierszy. [...] Zorzą klasycznego świata płonie jeszcze twój jasny firmament; nie ciążyły mu jeszcze skrzydła mrocznego Szekspira. [...] Pozostań taka, żyj nadal w swojej klasycznej niewoli, przechadzaj się pod niebem Attyki. Niech długo, długo twoje błękitne, spokojne oczy będą zwierciadłem jej eterycznych niebios. Oby nie dosięgło ciebie nieszczęście pod puklerzem zachowawczej miłości". Rzeczywisty klasyk, sprawujący ministerialny urząd poeta Iwan Dmitrijew, niegdyś najbliższy przyjaciel Karamzina, nie posiadał się z oburzenia. W liście do swego powiernika, księcia Piotra Wiaziemskiego, poety, ironizował: ""Obyś nie pokochała nigdy moich wierszy zbroczonych krwią". Dobre sobie! Chyba z nosa, od długiego ślęczenia nad papierem". W ćwierć wieku później, w epoce, o której mowa u Dostojewskiego, to właśnie Szewyriow - m.in. jako polemista i denuncjant Granowskiego (czyli pierwowzoru powieściowego Wierchowienskiego seniora) stał się uosobieniem reakcji.
19. Z biografii Granowskiego: "1 czerwca 1841 roku Granowski na sześć tygodni rozstał się z narzeczoną. [...] W ciągu tych tygodni pisywał do niej codziennie, a czasem dwa razy dziennie [...] Czasem, na kilka godzin wychodząc z domu, przysyłał jej list". Podobne obyczaje panowały w otoczeniu historyka z lat studenckiej młodości, w szczególności w przyjacielskim kółku samokształceniowym, skupiającym wybitne później postaci kultury rosyjskiej wokół Nikołaja Stankiewicza, młodo zmarłego, początkującego wówczas filozofa. Pod nazwą "refleksji" (która była filozoficznym odpowiednikiem potocznych pojęć "chandry" czy "hipochondrii") histerycznym roztrząsaniom nie tylko własnych emocji, lecz uczuć przyjaciół w ich romantycznych związkach z kobietami oddawał się tu na przykład Bakunin, przyszły słowianofil Konstantin Aksakow, przyszły konserwatywny liberał Wasilij Botkin, lecz także Bieliński, Turgieniew i inni. W perspektywie dziejowej był to w ówczesnych warunkach niewątpliwie neurotyczny przejaw procesu kształtowania psychologicznych indywidualności, mającego wspaniale obrodzić w arcydziełach rosyjskiej prozy.
20. Pogłoski o zniesieniu w Imperium Rosyjskim poddaństwa - czyli niewolnictwa - pojawiały się od wstąpienia na tron Mikołaja I. Za jego panowania nierealne, z siłą oczywistości powróciły po jego śmierci, po haniebnej klęsce Rosji w wojnie krymskiej i po wstąpieniu na tron Aleksandra II (1855).
21. Bezpośrednio po powstaniu dekabrystów w wieku lat trzynastu Granowski trafił w Moskwie na dobrą prywatną pensję Fiodora Kistera (1772-1849) i tu uczył się przez dwa lata (w późniejszych latach na tejże pensji przebywał młodszy brat Dostojewskiego, Andriej). Jego preceptorami byli tu profesorowie Uniwersytetu Moskiewskiego.
22. Parodystyczna wzmianka o kompromitującym dla Rosji przebiegu wojny krymskiej 1853-1856, rozpalającej patriotyczne i szowinistyczne namiętności i gloryfikowanej w propagandowej mitomanii Rosji i aliantów (patrz sławiący nonsensowną Szarżę lekkiej brygady w bitwie pod Bałakławą wiersz Tennysona), przede wszystkim dzięki bohaterskiej, niemal rocznej obronie Sebastopola (zachowujemy ówczesną polską pisownię nazwy Sewastopola) na Krymie: wzmianki o tej chwale rosyjskiego oręża pojawiają się w Biesach jedynie w karykaturalnych beliwerniach "kapitana" Lebiadkina. Po upadku Sebastopola we wrześniu 1855 działania bojowe w praktyce zamarły. Generał Stawrogin nie śpieszył się więc do wojaczki, skoro zmarł "skutkiem rozstroju żołądka" w drodze do armii czynnej dopiero w maju tegoż roku, już po na wpół samobójczej śmierci głównego winowajcy klęski - Mikołaja I.
23. Propinator-arendarz w głębi Imperium Rosyjskiego z pewnością nie był Żydem (jak w Królestwie Polskim lub na Litwie), ale też najczęściej nie był szlachcicem z pochodzenia.
24. Nestor Kukolnik (1809-1868) - drugi obok Benediktowa (patrz przypisy 61 i 96) poeta, który zażywał niebotycznej sławy w czarnych latach rządów Mikołaja I (1834-184). Pod protektoratem tajnej policji, który zapewniał mu pełną ochronę przed krytyką literacką, tworzył dramy wierszem, efektowne liryki i poematy. Obok hipertroficznej apologii nadczłowieka-poety, niezrozumianego przez "tłum" wieszcza z awansu społecznego, wyrażała się w nich ideologia arywisty, apelującego do carskiej (w danym przypadku) despotii w walce z uznaną elitą kulturalną. Główny przedstawiciel "wulgarnego bajronizmu", zarówno w egzaltowanej poezji, jak w życiu publicznym był antypodą poetów "arystokratów" z otoczenia Puszkina, nad którego wynosił go vox populi. Wraz z nagłym końcem epoki mikołajowskiej jego sława ustąpiła miejsca kpinom i parodiom, których stał się obiektem aż po czasy Stalina, gdy na powrót wprowadzono na deski sowieckich już teraz teatrów operę Glinki z librettem Kukolnika Iwan Susanin - sztandarowe dzieło imperialnego szowinizmu. Jako obiekt dozgonnego uwielbienia pani Stawrogin Kukolnik świadczy o reakcyjnych upodobaniach bohaterki Biesów.
25. Alexis de Tocqueville (1805-1859) - wybitny francuski pisarz polityczny i polityk, klasyk myśli konserwatywno-liberalnej. Jego słynna książka O demokracji w Ameryce (z zawartym w niej przenikliwym opisem instytucji ustrojowych nowoczesnej demokracji oraz proroctwem światowej rywalizacji i dominacji w nieodległej przyszłości młodych państw - Stanów Zjednoczonych i Rosji - w przeciwieństwie do starych europejskich potęg) była sensacją sezonu w Petersburgu w 1836 roku; cieszyła się odtąd niezmiennym wzięciem, a w 1860 roku doczekała się przekładu rosyjskiego. Inspirowała m. in. Pietraszewskiego (por. przypis 36), w którego socjalistycznym kółku obracał się Dostojewski przed syberyjską katorgą (por. przypis 10). W 1856 roku, w dobie reformatorskiego przewrotu po śmierci Mikołaja I, ukazał się też przekład drugiej równie sławnej książki Tocqueville'a Dawny ustrój i rewolucja. Paul de Kock (1793-1871) - wzięty romansopisarz francuski, uosobienie cokolwiek frywolnej współczesnej powieści obyczajowej. Jedną z jego powieści za młodu (1832) dla wątpliwego zarobku przełożył Bieliński.
26. We wszystkich wielkich powieściach Dostojewski powraca do przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy również sam po powrocie z Sybiru i zamieszkaniu w Petersburgu oddał się z pasją działalności publicznej, przede wszystkim jako autor Wspomnień z domu umarłych i redaktor czasopisma "Wriemia". Była to epoka reformatorskiego fermentu po klęsce wojny krymskiej i śmierci Mikołaja I oraz rosnącego krytycyzmu w jawnym i niejawnym życiu politycznym, a zarazem kształtowania radykalnego światopoglądu, o którym mowa w Biesach. Szybka radykalizacja ideologiczna budziła konsternację poprzedniego pokolenia nawet w obozie demokratów. Memuaryści mimo różnic ideowych kreślą podobny obraz. Liberalny adwokat Konstantin Arsienijew pisał w 1871 roku (kiedy Dostojewski pracował nad Biesami) o "czasie najszerszego rozpowszechnienia radykalnych teorii" pod koniec lat pięćdziesiątych, zbiegającym się z "okresem oczekiwania reform, z owym okresem, w którym instytucje w zasadzie skazane - poddaństwo, zamknięty sąd kancelaryjny, cenzura, omnipotencja administracji w sprawach gospodarki ziemskiej i komunalnej nie zdążyły jeszcze ustąpić miejsca innemu porządkowi". Dawny przyjaciel i współpracownik Dostojewskiego z owej epoki Nikołaj Strachow wspominał po jego śmierci, a co ważniejsze bezpośrednio po śmierci zabitego bombą narodowolskich terrorystów Aleksandra II: "Same reformy za poprzedniego panowania miały przede wszystkich charakter wyzwoleńczy, likwidowały ucisk prawny i administracyjny, krępujący lud i warstwy oświecone. Zrozumiałe, że wszystkimi zawładnął duch liberalny, a że z początku w tym ruchu nie widać było niczego złego, coraz bardziej rósł on w siły. Nie sposób było nie zarazić się powszechnym ożywieniem, radosnym poczuciem rosnącej aktywności, szerokiego pola dla myśli i pracy. Trzeba przy tym wspomnieć o ruchliwości i entuzjazmie naszej publiczności, która zazwyczaj nie zna umiaru w swoich zapałach. Wszystko kipiało i pędziło wezbranym strumieniem. [...] Zasady liberalne okazały się jednak nie wystarczające do rządzenia naszym społeczeństwem, za trudne do zrozumienia i urzeczywistnienia i bynajmniej nie paraliżujące sił innych, zgoła odmiennych zasad".
27. Mowa o wydaniach Wolnej Drukarni Rosyjskiej (założonej przez Hercena w Londynie w 1853 roku), zarówno edycjach książkowych, jak almanachach "Polarnaja Zwiezda" i gazecie "Kołokoł". Pierwsze proklamacje powstających wówczas tajnych stowarzyszeń pojawiły się w Petersburgu i w Moskwie w lipcu 1861 roku (ulotka Wielkorus; potem ukazały się jeszcze dwie pod tym nagłówkiem); do najważniejszych należała opublikowana w maju 1862 roku proklamacja rosyjskich "jakobinów", rekrutujących się z grona studentów Uniwersytetu Moskiewskiego, Młoda Rosja.
28. Aleksandr Radiszczew (1749-1802) - pisarz rosyjski, liberał, wielbiciel rewolucji amerykańskiej, autor ody Wolność (1783) i pisanej prozą Podróży z Petersburga do Moskwy (1790), której wolnościowemu krytycyzmowi u schyłku panowania Katarzyny II zawdzięczał zesłanie na Sybir. (Książka do 1905 roku pozostawała w kraju na indeksie). Zwolniony przez Pawła I w 1797, po jego śmierci w 1801 roku przedłożył Aleksandrowi I projekty reform ustrojowych, w tym zniesienia poddaństwa. Rozczarowany, w poczuciu zagrożenia nowymi represjami, popełnił samobójstwo. Dla liberałów XIX wieku był symbolem idei wolności i odwagi cywilnej.
29. Aluzja do szeroko znanego przypadku krytyka Aleksieja Gałachowa (współpracownik Bielińskiego, w 1857 roku wziął udział w dyskusji wywołanej pamfletem Wasilija Grigorjewa na Granowskiego). W 1849 roku zmuszony był on ogłosić w prasie oświadczenie stwierdzające, że wbrew pogłoskom jest żywy i zdrowy. W roku 1860 na to oświadczenie powołał się redaktor "Sowriemiennika", stwierdzając, że pogłoski o zamknięciu przez władze dodatku satyrycznego do tego czasopisma nie odpowiadają prawdzie.
30. Pierwsza w Biesach aluzja do Iwana Turgieniewa.
31. Zbiorowe protesty literatów - bez precedensu w latach wcześniejszych - były wyrazem ożywienia życia publicznego w dobie reform na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Dawny przyjaciel Dostojewskiego Nikołaj Strachow wspominał: "Protest - to znaczyło: oświadczyć hurmem, w imieniu całej literatury, że taki a taki czyn uważa się za podły, nieszlachetny, budzący oburzenie".
32. W lutym 1861 w liberalnej gazecie "Sankt-Pietierburgskije Wiedomosti" ukazała się korespondencja M. Timmermanna Z notatek w podróżySankt Petersburga do Irkucka. Korespondent opisał recytację wiersza z noweli Puszkina Noce egipskie (1835) w Resursie Obywatelskiej w Permie przez żonę prezesa miejscowej izby skarbowej, "radczynię stanu" Jewgieniję Tołmaczow na literacko-muzycznym wieczorze dobroczynnym na rzecz sierocińców. Ewenement publicznej recytacji przez damę z towarzystwa wiersza o takiej fabule (Kleopatra oddaje jedną swoją noc kochankowi, który zgadza się zapłacić za nią życiem) zwrócił uwagę satyryka i tłumacza Piotra Weinberga, który w redagowanym przez siebie tygodniku "Wiek" (por. przypis 44) zamieścił felieton Rosyjskie kurioza. Kpił w nim z zachwytów liberalnego korespondenta, zarazem jednak w tonie uwłaczającym czci pani Tołmaczow czynił przytyki do jej "temperamentu" nowoczesnej Kleopatry, kapłanki wyuzdanej rozkoszy, szydzącej ze zbyt nieśmiałych wielbicieli. Felieton sprowokował skandal. Pod nagłówkiem Haniebny postępek "Wieku" (to określenie przyjęło się w opinii publicznej) "Sankt-Pietierburgskije Wiedomosti" zamieściły listowny protest poety Michaiła Michajłowa, który w środowisku demokratycznym uchodził za głównego orędownika emancypacji kobiet. Polemika przybrała charakter sporu zasadniczego, a nie błahych dziennikarskich połajanek. Oburzenie "antyspołecznym postępkiem" Weinberga wyrażała rewolucyjno-demokratyczna lewica ("Sowriemiennik" w osobie Niekrasowa, "Iskra" - Wasilija Kuroczkina, radykalne "Dieło" - publicysty i krytyka Nikołaja Szełgunowa); oburzeniu dało też wyraz "Wriemia" braci Dostojewskich - w trzech artykułach Strachowa i dwóch pełnych pasji diatrybach Fiodora Dostojewskiego. W drugiej, podtrzymany przez Czernyszewskiego, pisarz podjął polemikę z najwybitniejszym publicystą rosyjskiej reakcji, Michaiłem Katkowem, który w swoim miesięczniku "Moskowskij Wiestnik", ironizując nad emancypacją kobiet, wziął w obronę Weinberga, godząc przede wszystkim w Dostojewskiego i w jego pierwszą w tej sprawie wypowiedź. Ważna dla całej późnej twórczości pisarza (w tym wszystkich wielkich powieści) replika, w której emocjonalnie opowiedział się po stronie emancypacji, łączy idee jego chrześcijańskiego socjalizmu z poglądami ukształtowanymi przez przeżycia z katorżnego "domu umarłych": ""Russkij Wiestnik" zaczął od tego, że proklamował nas "emancypatorami" i zaczął nas drażnić i kłuć w oczy tym przezwiskiem. Sprytny chwyt: znaczy to schlebiać większości i w ten sposób zjednać ją sobie, a mając w niej oparcie, zmiażdżyć przeciwnika. [...] Od początku świata w każdym społeczeństwie istnieje zawsze ogromna większość ludzi opowiadających się za tym, co w ich mniemaniu niezachwiane i niewzruszone. Tę niezachwianość i niewzruszoność kochają przede wszystkim dlatego, że odpowiada ich bieżącym interesom materialnym, często z uszczerbkiem dla pozostałych, najliczniejszych współbraci. Niech świat się wali, byleby im było dobrze. We własnym interesie tworzą sobie moralność i inne zasady, dla swoich zysków tak zazwyczaj wypaczając pierwotną słuszną ideę, że śladu nie zostaje po jej pierwotnej istocie. Większość ta, ma się rozumieć, z nienawiścią przyjmuje wszelką wzmiankę o postępie, wszelką innowację, skądkolwiek by się brała - zjawisko to zresztą normalne i wynikające z potrzeby samozachowawczej. Obok tej największej części społeczeństwa istnieje też zawsze mniejszość, która ze zgryzotą patrzy na nieruchawość większości, na jej złośliwą tępotę, na niewyrachowane rozumienie własnych korzyści, na wypaczenie wszelkich idei naturalnych i arcysłusznych gwoli wulgarnych interesów, a przede wszystkim na deprawatorów, pochlebców i uwodzicieli tłumu, działających niemal zawsze dla osobistej korzyści. W mniejszości tej kryją się żywotne siły postępu - przeciwwaga zastoju całego społeczeństwa. Obie strony same w sobie mają prawo istnieć, a nawet są sobie nawzajem niezbędne. Lecz ich nienawiść i walka trwają nieprzerwanie. [...] Dla nas, to znaczy, właśnie dla nas cała emancypacja sprowadza się do chrześcijańskiego umiłowania człowieka, do oświecenia w imię wzajemnej miłości - miłości, której ma prawo żądać również kobieta. Naszym zdaniem całe zagadnienie emancypacji sprowadza się do zwykłego i stałego zagadnienia postępu i rozwoju. Im poprawniej rozwinie się społeczeństwo, tym będzie normalniejsze, bliższe ideału humanitaryzmu, a nasz stosunek do kobiety określi się sam przez się bez żadnych wstępnych projektów i utopii. Uważamy jednak za rzecz niezwykle pożyteczną zajmowanie się tym zagadnieniem, przedkładanie społeczeństwu konieczności humanizacji stosunku do kobiety, nawet planowanie tego stosunku w teorii (choćby błędnie). [...] Emancypatorzy, kierując się zasadami miłości bliźniego, godni są sympatii i szacunku. [...] Nadeszły wreszcie czasy, w których kobieta może i ma prawo żądać dla siebie szacunku i pewnej, co najmniej moralnej, równości praw z mężczyzną". Co znamienne, właśnie wówczas, kiedy okoliczności finansowe zmusiły pisarza do wydania czterech wielkich powieści u Katkowa, Dostojewski przy pracy nad Zbrodnią i karą, IdiotąBiesami powracał myślą do dziejów "haniebnego postępku" i wywołanej przezeń polemiki z przyszłym wydawcą.
33. Postulat zniesienia cenzury i zaprowadzenia wolności słowa formułowany był nie tylko przez demokratów i liberałów. Był jednym z ideałów głoszonych przez młodszych słowianofilów, a także przez "poczwienników" z grupy braci Dostojewskich. Rewolucyjno-demokratyczny "Sowriemiennik" w przeglądzie współczesnym pisał w styczniu 1863 z ironią: "Gazety i czasopisma jednogłośnie wyrażały pogląd, jakoby cenzura mijała się z celem, a przeto zaczęły wymyślać różnorakie sposoby, pewniej prowadzące do owego celu, który ma na względzie cenzura. [...] Przebąkiwano nawet o wolności prasy, tj. o uwolnieniu jej od cenzury. [...] Niektórzy proponowali, by uwolnić od cenzury literaturę i oddać ją pod nadzór sądu". Gazeta Dostojewskich "Wriemia" usiłowała zaś, jak twierdzi autor przeglądu, "przekonać społeczeństwo, lecz zapewne nie przekonała, iż prawa krępujące prasę są zbędne, że możliwe jest tylko jedno prawo prasowe, a mianowicie ustawa o wolności prasy". Dostojewski pozostał w tej kwestii wierny poglądom, które wyraził już w zeznaniach złożonych podczas śledztwa w sprawie pietraszewców, zakończonego dlań syberyjską katorgą.
34. W 1862 roku na konferencjach i naradach w Petersburgu przy sporym zainteresowaniu prasy rozpatrywano projekty reformy ortografii rosyjskiej. Zniesienie kilku liter greckiego lub słowiańskiego pochodzenia oraz ograniczenie stosowania twardego znaku postulowano w imię uproszczenia alfabetu i ułatwienia alfabetyzacji niepiśmiennej ludności Rosji. Gazeta braci Dostojewskich komentowała je ironicznie jako "proces miejscowych piśmiennych przeciwko ortografii rosyjskiej". "Sowriemiennik" donosił o projekcie przejścia Rosji na alfabet łaciński, uznając go za niedorzeczną skrajność. Reformę ortograficzną przeprowadzono ostatecznie dopiero po rewolucji 1917 roku.
35. W jedynej dostępnej wówczas sali koncertowej petersburskiego centrum handlowego, w Pasażu, w latach społecznego ożywienia 1858-1860 odbywały się tłumnie uczęszczane prelekcje popularno-naukowe i spotkania literackie, przyciągające aurą niezaznanej od lat wolności i jawności życia zbiorowego. Wspomniany "skandal" to incydent z grudnia 1859 roku. Opisuje go we Wspomnieniach Longin Pantielejew, literat i demokratyczny działacz społeczny z kręgu "Ziemli i Woli": "W roku 1859 niejaki Perosio ogłosił cykl artykułów wymierzonych w Rosyjskie Towarzystwo Żeglugi i Handlu. [...] Strony postanowiły uciec się do publicznego arbitrażu; ze strony Perosia wśród rozjemców byli bodaj Czernyszewski i Sierno-Sołowjewicz [przywódcy "Ziemli i Woli"]; superarbitrem obrano Jewgienija Łamanskiego [1825-1902; ekonomista, brat Władimira, znanego etnografa-panslawisty, polemizującego z Czernyszewskim]. Dysputa [...] nie znalazła zakończenia z powodu hałaśliwej interwencji publiczności, składającej się głównie z akcjonariuszy, Łamanski uznał więc za stosowne ją zamknąć, stwierdziwszy przy tym: "Nie dojrzeliśmy jeszcze do publicznych dyskusji". Słowa te narobiły swego czasu sporo hałasu i wywołały niezliczone protesty". Satyryczny poemacik poświęcił temu skandalowi inny działacz "Ziemli i Woli" Wasilij Kuroczkin, główny poeta demokratycznego tygodnika "Iskra". Niebawem podczas innego spotkania w tymże Pasażu konserwatywny historyk słowianofil Michaił Pogodin w słowie końcowym stwierdził: "Jakiekolwiek byłyby wyniki naukowe dzisiejszej dysputy, tak czy owak, dowiodła ona, że dojrzeliśmy do publicznych dyskusji". Wzbudziło to taki entuzjazm, że mówcę wyniesiono z sali na rękach. W 1861 Dostojewski pointował sytuację w artykule: "Pan Łamanski pośrodku Pasażu doniósł nam, żeśmy nie dojrzeli. Boże, ależ się obraziliśmy! Pan Pogodin [...] zaczął nas wszem i wobec pocieszać i, rozumie się, natychmiast nas upewnił (nawet bez wielkiego trudu), że dojrzeliśmy całkowicie".
36. Idea "wolnej federacji narodów" to rewolucyjny wariant panslawizmu. Wykrystalizowała się w latach czterdziestych XIX wieku, na poprzedzającej Wiosnę Ludów fali kształtowania nowoczesnych nacjonalizmów w całej Europie. W latach 1844-1849 na podstawie książki Tocqueville'a O demokracji w Ameryce idee federacyjne głosił Pietraszewski (por. przypisy 10 i 25): "Stosunki między narodami powinny być takie, jak między stanami Ameryki Północnej albo prowincjami tego samego państwa". Jeden z uczestników jego kółka wspominał stwierdzenie Pietraszewskiego, że "Rosję utrzymuje w całości jedynie siła militarna, kiedy zaś ta siła zniknie" lub przynajmniej osłabnie, "wszystkie narody stanowiące Rosję podzielą się na odrębne plemiona, a Rosja będzie wówczas wyglądała jak obecne Stany Zjednoczone Ameryki Północnej". W latach 1845-1847 z inspiracji wybitnego slawisty, folklorysty, leksykografa Izmaiła Sriezniewskiego (mistrza akademickiego m.in. Czernyszewskiego, Dobrolubowa - w przyszłości radykalnych ideologów czasopisma "Sowriemiennik" - ale też np. Jana Baudouina de Courtenay) idea federacji stała się jednym z kardynalnych punktów programu ukraińskiego liberalno-demokratycznego Bractwa Cyryla i Metodego, działającego i rozgromionego przez tajną policję w Kijowie. Zesłani w głąb Imperium członkowie Bractwa (w tym Taras Szewczenko) od 1859 utworzyli aktywne kółko w Petersburgu, na którego czele stał historyk Nikołaj Kostomarow. Głosicielem idei wolnej federacji zarówno krajów zachodnioeuropejskich, jak narodów słowiańskich (którym przyznawał równe dla wszystkich prawo samostanowienia i niepodległości), której "części składowe wiąże wspólna sprawa, a nikt nikomu nie podlega", był Hercen. W 1860 roku, w apogeum liberalizacji w Rosji, ostrzegał w jednym z artykułów w gazecie "Kołokoł" rusofilskich Serbów i Czarnogórców: "Nadal nienawidzić Turków i nie cierpieć Austrii - to za mało. [...] Trzeba przestać wreszcie pokładać ufność w rządzie rosyjskim. [...] Niech losy Polski będą dla was wieczną nauczką". Jednym z najwcześniejszych rzeczników "wolnej federacji" był też Bakunin. W pisanym z przyjazną ironią wspomnieniu Hercen cytuje pierwszy list Bakunina po ucieczce z zesłania, całkowicie ignorujący realia reakcyjnego ładu w Europie: "15/3 października 1861. S. Fracisco. Przyjaciele! Udało mi się zbiec z Syberii i po długiej wędrówce rzeką Amur, wzdłuż Cieśniny Tatarskiej i przez Japonię przybyć dziś do San Francisco. Przyjaciele, całym swym jestestwem wyrywam się do Was i jak tylko przyjadę, zabiorę się do roboty: będę pracował u Was dla sprawy polsko-słowiańskiej, która była moją idée fixe od 1846 roku i moją specjalnością praktyczną w latach 1848 i 1849. Zburzenie, doszczętne zburzenie cesarstwa austriackiego - to moje hasło ostateczne; nie mówię - czyn: byłoby to zbyt ambitne; by służyć temu hasłu, gotów jestem zostać doboszem albo nawet profosem; jeśli zdołam popchnąć je choć o włos, będę zadowolony. Za tym hasłem stoi sławna i wolna federacja słowiańska, jedyne wyjście dla Rosji, Ukrainy, Polski i wszystkich w ogóle narodów słowiańskich". Jesienią 1867 w przyjaznej zresztą polemice z Hercenem w sprawie "Zjazdu Słowian" (z wykluczeniem Polaków), zwołanego wiosną w Moskwie pod auspicjami panslawistów - niedawno urzędowych i publicystycznych pogromców powstania styczniowego, obecnie propagandystów rosyjskiej interwencji w słowiańskich dominiach Austro-Węgier i Turcji - Bakunin pisał jota w jotę to samo co w rok później Norwid w wierszu Do publicystów Moskwy: "Między mną a tymi panslawistami jest pewna prosta a niewielka różnica: oni spodziewają się wyzwolenia Słowiaństwa po wzmocnieniu potęgi carskiego imperium, a ja - po jego zniszczeniu. Jestem bowiem przekonany, że imperium to, dopóki istnieje, będzie utrzymywać w najokrutniejszej niewoli zarówno pół-słowian Wielkorusi, jak czystych Słowian Małorosji, Podola, Wołynia, Białorusi, Litwy, Polski - nie przez złośliwość naszego rządu, który zresztą nigdy nie pretendował do dobroci, lecz po prostu z konieczności, wynikającej z samego istnienia imperium. Zarówno instynkt, jak interes własny sprawiają, że poszczególne części tego fatalnego imperialnego konglomeratu są sobie obce, w całość wiąże je więc jedynie wymowna groźba Szabli i Knuta i jedynie przemocą imperium może zachować swoją władzę i istnienie. Wobec nieuchronnie despotycznego ustroju wewnętrznego, carat również w polityce zagranicznej może dążyć wyłącznie do zniszczenia wszelkiej wolności. Trzeba więc być po prostu szaleńcem, żeby spodziewać się po caracie wyzwolenia Słowian z Prus, Austrii i Turcji! Któż widział, by okrucieństwo pomagało humanitaryzmowi, żeby despotyzm sprzyjał wolności? [...] Ci słowiańscy deputowani [na zjazd w Moskwie], najwyraźniej utraciwszy wszelką nadzieję na przyszłą niepodległość, wiarę w żywotność własnych narodów, gotowi złożyć w ofierze carowi Aleksandrowi zarówno żarliwy instynkt autonomii, jak ducha lokalnej niezależności, stanowiące istotę charakteru słowiańskiego, ci deputowani wybrali się do Petersburga, by żebrać o pomoc imperium, które zawsze oszukiwało, zdradzało i zaprzedawało Słowian, nigdy nie szanowało żadnych praw, żadnych narodowych obyczajów; które dziś na przykład despotycznie narzuca ludności Małorosji język rosyjski, tak samo jak w zeszłym stuleciu narzucało jej poddaństwo i pańszczyznę; imperium, które od chwili swego powstania wyłącznie grabiło, okradało, niewoliło, ciemiężyło, uciskało, mordowało narody i jednostki - a wszystko w imię zysku nieprzeliczonej masy swoich czynowników i w imię tym większej chwały swojego prawdziwego bożyszcza - cara". Koncepcje federacji miały charakter nie tylko antyimperialny, ale antyetatystyczny. W znanym z pewnością Dostojewskiemu programowym artykule zamieszczonym w ukazującym się w Genewie czasopiśmie "Narodnoje Dieło" (październik 1868), którego niedawne powstanie inspirował Bakunin, anonimowy autor (zapewne Nikołaj Utin, uczestnik ruchu studenckiego od 1861 roku, członek KC "Ziemli i Woli", w jej imieniu prowadzący w latach 1862-1863 negocjacje z polskim ruchem niepodległościowym w osobie Zygmunta Padlewskiego) pisał: "Socjaliści-rewolucjoniści mogą być tylko wrogami wszelkiego autorytarnego socjalizmu państwowego. Dlatego kwestii Małorosji [tj. Ukrainy] i Litwy [tj. Białorusi i Litwy etnicznej] nie rozstrzygnie nawet przyjęcie przez partię rosyjską lub polską szerokiego programu socjalistycznego: przymusowy związek w imię przewrotu socjalistycznego w równie małej mierze może być przemocą narzucony jednej czy drugiej narodowości, co i dzisiejszy przymusowy związek w imię bezsensownej konieczności państwowej. [...] Musimy pamiętać, że jedyny związek, jaki dopuszczamy - to związek socjalno-federacyjny, tj. federacyjna więź narodowości, które urządziły się na socjalistycznych zasadach. A więź federacyjna zakłada jako istotny warunek - pełny, wszechstronny, samoistny rozwój zarówno każdej narodowości z osobna, jak w ogóle wszelkiej grupy złączonej wspólnotą interesów, wspólnotą pojęć. Związek państwowy zawsze zaś prowadził i prowadzi do całkowitego zniszczenia nie tylko wszystkiego, co samoistne, lecz w ogóle wszystkiego, co żywe w podbitej narodowości. Aż za dobrze wiemy, jakie zło, jaki ucisk cierpiały i cierpią Małorosja i Litwa ze strony jednego czy drugiego państwa. Jako Rosjanie i jako socjaliści nie tylko nie obawialibyśmy się oddzielenia Litwy i Małorosji od imperium rosyjskiego, lecz owszem, życzymy jednemu i drugiemu krajowi całkowitego wyzwolenia. Wiemy, jakie straty poniósł naród małoruski, jak zabijano jego swoiste widzenie świata, znajdujące wyraz w jego literaturze, w jego pieśniach ludowych; jak porwano się nawet na piśmienność narodu małoruskiego, jak po dziś dzień odbiera się mu ojczysty język. Na szczęście wszystko to tym bardziej tylko posłużyło za niepodważalny dowód żywotności narodu małoruskiego, w którym cały ucisk tylu wieków nie mógł zabić samoistności, dążenia do wolnego życia. To samo rzec należy o ludności Kraju Litewskiego". Przymusowa rusyfikacja Ukraińców nabrała rozpędu w latach czterdziestych XIX wieku w związku z emancypacyjnymi dążeniami inteligencji ukraińskiej. Specjalnymi ukazami zabraniano publikacji w języku ukraińskim książek "przeznaczonych dla pierwszych lektur ludu", ukraińskich inscenizacji teatralnych, druku tekstów pieśni i oper ukraińskich itd. Po wybuchu powstania styczniowego 1863 roku rosyjski wprowadzono na Ukrainie jako język obowiązkowy "w szkołach, w miejscach publicznych, kawiarniach, sklepach itd." (tzw. okólnik Wałujewa - od nazwiska rosyjskiego ministra spraw wewnętrznych). Nie tylko reakcyjni, jak Katkow, lecz także do niedawna liberalni publicyści, a także słowianofile i panslawiści w szowinistycznym amoku dowodzili nieistnienia odrębnej historii i języka "małorosyjskiego". Analogicznie rzeczy się miały z językiem i piśmiennictwem białoruskim.
37. O hasło przywrócenia niepodległej Rzeczypospolitej w granicach sprzed pierwszego rozbioru (1772) - święte dla zasadniczej części emigracji polskiej spod znaku Hôtel Lambert Czartoryskiego, lecz także dla niejednego demokraty, a oficjalnie proklamowane przez Rząd Narodowy "białych" podczas powstania styczniowego - rozbijały się próby nawiązania przymierza rosyjskiej opozycji rewolucyjno-demokratycznej z polskim ruchem niepodległościowym: i to nieraz wbrew dobrej woli obu stron. W artykule opublikowanym w Londynie 15 lutego 1862 jako dodatek do Hercenowskiego "Kołokoła" Bakunin pisał o polskich działaczach niepodległościowych, inicjatorach o rok późniejszego powstania: "Nie poprzestaną wyłącznie na Królestwie Polskim, zgłoszą historyczne roszczenia do Litwy, Białorusi, nawet włącznie ze Smoleńskiem, do Inflant, Kurlandii i do całej Ukrainy wraz z Kijowem. [...] Sądzę, że Polacy popełniają wielki błąd, stawiając sprawę w ten sposób". Świadomość tego faktu przydawała dramatyzmu próbom wsparcia powstania styczniowego podejmowanym na emigracji przez Hercena, Ogariowa czy Bakunina, a w kraju przez działaczy "Ziemli i Woli" i innych grup, które począwszy od ulotki Wielkorus (1861) i proklamacji "Młodej Rosji" (1862), głosiły konieczność bezwzględnej niepodległości Polski. Świadomość ta towarzyszyła też tym oficerom rosyjskim ze związanego z "Ziemlą i Wolą" konspiracyjnego komitetu Andrija Potebni, którzy mimo poczucia daremności złożyli ofiarę życia, włączając się po stronie polskiej do walk powstańczych. O prehistorii problemu, do której sięga autor Biesów, w tymże czasie i duchu wspominał bardzo dobrze poinformowany Pawieł Annienkow (1812-1887) - wybitny edytor, krytyk, eseista i memuarysta, przyjaciel Bielińskiego, Hercena, Turgieniewa, słuchacz paryskich prelekcji Mickiewicza, rozmówca i korespondent Lelewela i Marksa w Brukseli 1846-1847. Główną rolę w próbach polsko-rosyjskiego zbliżenia w Paryżu oprócz Hercena odgrywał właśnie Bakunin: "Nareszcie zyskał w propagandzie polskiej sui generis specjalność i powołanie. [...] Nigdy jeszcze przed nim Rosjanin tak śmiało nie odrywał się od swoich penatów, uprzedniego sposobu myślenia, dawnych wspomnień i obserwacji w imię zakazanej religii sprawy polskiej. Czar tej religii polegał dlań głównie na rewolucyjnym charakterze, za który wybaczał jej wiele ciasnych dążeń, wiele ciemnych instynktów. Przypominało to rewolucyjny romantyzm, w którym widma i fantomy brały górę nad logiką, lekcjami historii, wnioskami podsuwanymi przez rozsądek i doświadczenie. Pod powłoką takiego romantyzmu można było ubolewać nad istnieniem w obrębie ludzkości różnych wrogich sobie narodowości, a zarazem służyć najbardziej ekskluzywistycznej sprawie narodowej ze wszystkich, które kiedykolwiek istniały na świecie; można było się wyrzekać patriotycznych zabobonów w ogólności - a rozwinąć w sobie poglądy i uczucia polskiego ultrapatrioty; można było wreszcie uważać się za wolnego od wszelkich kwalifikacji religijnych i stanowych - a żyć za pan brat z walczącym katolicyzmem i szlachetczyzną. Tak szerokiej drogi dla radykalnego dyletantyzmu nie dawał nawet socjalizm, który mimo wszystko wymagał od człowieka w każdym swoim poddziale (a było ich wówczas niemało) odcięcia się od innych rywalizujących z nim oddziałów. [...] Bakunin mimo wszystko nie mógł ustanowić otwartych stosunków między kolonią rosyjską a polską emigracją. [...] Bardzo cienkim strumyczkiem, niemal niedostrzegalnym dla oczu postronnych, w stosunkach między obiema stronami sączył się jakiś fałsz, który Hercen odkrył natychmiast, gdy znalazł się wśród nich. Z obu stron istniało mnóstwo ograniczeń myślowych, tego, co w doktrynie jezuitów nazywało się restrictiones mentales, a najbardziej obfitowały w takie chwyty i wybiegi te właśnie patetyczne chwile, kiedy strony godziły się co do jakichś wspólnych zasad i przyjaźnie ściskały sobie dłonie, ciesząc się z jedności i zgodności swoich liberalnych idei. Każda strona zachowywała w domyśle coś jeszcze, czego nie wypowiadała wprost, a to właśnie, czego się nie wypowiadało, było najistotniejsze. Należy wspomnieć, że ówczesna emigracja polska wzorem swoich luminarzy, przy jawnym bądź skrytym aplauzie Europy, żyła myślą o konieczności polskiego priorytetu, polskiej hegemonii w przyszłym federacyjnym związku plemion słowiańskich, obstawała przy prawie Polski do żądania od bliskich i dalekich współplemieńców, w imię własnej wyższości cywilizacyjnej i dawnej przynależności do kultury europejskiej, dobrowolnego posłuszeństwa i należnych ofiar w imię urzeczywistnienia tego protektoratu. Rozumiejąc, że wyjawić swoją nadrzędną ideę narodową rosyjskim przyjaciołom byłoby niezręcznie, polska emigracja nie demonstrowała jej, kiedy mowa była o roli i uznaniu różnych narodowości świata słowiańskiego, a mowa o tym była co chwila. [...] Emigracja nie mogła zresztą ukryć prawdy przed oczyma Rosjan, swoich chwilowych sprzymierzeńców, budziła więc w nich podobną skrytą myśl narodową. Rosjanie okazywali swoim politycznym wrogom wzorową wielkoduszność, czynili wszelkie ustępstwa wobec uczucia patriotycznego Polaków, wierzyli w ich oskarżenia i wyrzuty, a jednocześnie arri?re-pensée podpowiadała im, że prawo do jakiegokolwiek przewodnictwa w świecie słowiańskim, o ile wolno jeszcze o nim myśleć, może należeć jedynie do mocnego ciała politycznego, jakie stanowi ich ojczyzna, która właśnie jest prawdziwym przedstawicielem tego świata".
38. Postulaty z proklamacji Młoda Rosja (1862), w istocie inspirowane przez Bakunina. W autokomentarzu do Biesów, zawartym w Dzienniku pisarza (Jeden ze współczesnych fałszów, 1873), Dostojewski wspomina wydarzenia Wiosny Ludów w Paryżu: "Czasopismo Considéranta, jak zresztą artykuły i broszury Proudhona, starały się rozpowszechnić wśród głodnych i nieposiadających niczego robotników m.in. głęboki wstręt do prawa dziedzicznej własności".
39. Podobnie jak w tym samym czasie w USA dyskusjom abolicjonistycznym, w Rosji dyskusjom o zniesieniu poddaństwa (czyli niewolnictwa) towarzyszyły dyskusje o kwestii kobiecej, wraz z właściwą im konstatacją co najmniej upośledzonej pozycji społecznej kobiety. Koncentrowały się wokół trzech zagadnień: wykształcenia, pracy i statusu kobiet. Zagadnienie wykształcenia pierwszy podniósł w 1856 niedawny weteran z Sebastopola, wybitny chirurg i pedagog Nikołaj Pirogow, postulując w głośnym artykule zrównanie dzieci obojga płci w dostępie do oświaty. W roku 1858 w petersburskich gazetach ukazały się artykuły autorów liberalnych: Praca kobiet Marii Wernadskiej (1831-1860) - popularyzatorki ekonomii politycznej, żony i współpracowniczki wybitnego ekonomisty Iwana Wernadskiego (1821-1884; jego synem z drugiego małżeństwa był wielki uczony biogeochemik, radiogeolog i działacz liberalnej partii konstytucyjnych demokratów Władimir vel Wołodzimir Wernadski, 1863-1945, z kolei ojciec znakomitego emigracyjnego historyka Gieorgija vel George'a Wernadskiego, 1887-1973) oraz Samodzielność społeczna kobiet publicysty P. Sławinskiego. W obozie rewolucyjno-demokratycznym tematykę tę podjął "Sowriemiennik", a za "twórcę kwestii kobiecej" w Rosji uchodził Michaił Michajłow, komplementowany również przez radykała Pisariewa autor Listów z Paryża (1859), artykułów Kobiety, ich wykształcenie i znaczenie w rodzinie i w społeczeństwie (1860), John Stuart Mill o emancypacji kobiet (1860) oraz Szacunek dla kobiet (Dociekania historyczne) (1866). W Zbrodni i karze (i w brulionach powieści) Dostojewski ironizował nad pedantycznym podtytułem zamieszczonego tamże w 1861 artykułu Grigorija Jelisiejewa (1861-1891), stałego publicysty również demokratycznej "Iskry": Różne opinie o tym: czy kobiety to ludzie? - Poglądy starożytnych, poglądy najnowsze. - Nasze uprzedzenie na korzyść kobiet. Ukazywały się też w rosyjskim przekładzie publikacje zachodnie, m.in. książka Rudolfa Virchowa O wykształceniu kobiety zgodnie z jej powołaniem z dodatkiem artykułu Pisariewa Myśli Virchowa o wykształceniu kobiet (1865). O poglądach samego Dostojewskiego w kwestii kobiecej - patrz przypis 146.
40. Andriej Krajewski (1810-1889) - jeden z wziętych wydawców (protektor i już za życia poety główny edytor dzieł Lermontowa) i dziennikarzy epoki, przede wszystkim jako twórca i redaktor miesięcznika "Otieczestwiennyje Zapiski", które w latach 1839-1846, wciągnąwszy do współpracy Bielińskiego, uczynił najpoważniejszym czasopismem rosyjskim, oraz gazety "Gołos" (1863-1883), jednego z najważniejszych dzienników rosyjskich tego czasu. Umiarkowany liberalizm (niewykluczający polonożerstwa w dobie powstania styczniowego) łączył z komercyjną obrotnością i interesownością, którą budził niechęć i kpiny m.in. Dostojewskiego, za młodu jednego z autorów miesięcznika. W notatniku pisarza z lat 1872-1875 zachowała się żółciowo zjadliwa notatka: "Są dziś pisarze rosyjscy, którzy, mimo niewątpliwego talentu, z literatury wybudowali sobie domy". Istotnie, dochody z rozrastającego się przedsiębiorstwa wydawniczego pozwoliły Krajewskiemu wystawić przy Prospekcie Litiejnym w Petersburgu kamienicę, w której mieściły się redakcje obu wspomnianych periodyków.
41. Aluzja do tygodnika "Iskra" (1859-1873), czołowego satyrycznego czasopisma obozu rewolucyjno-demokratycznego, i do udziału w nim Nikołaja Niekrasowa.
42. Hasła ostatecznie sformułowane w programie Aliansu Demokracji Socjalistycznej Bakunina. Jeden z punktów proklamował "ateizm: zniesienie wszystkich wyznań, zastąpienie religii nauką, sprawiedliwości boskiej - ludzką". Ten postulat w koncepcjach Bakunina wiązał się z antyetatyzmem i odrzuceniem pojęcia patriotyzmu: "Zniesienie Kościoła i Państwa jest pierwszym i nieodzownym warunkiem rzeczywistego wyzwolenia społeczeństwa". "Państwo jest [... najbardziej jaskrawym, najbardziej cynicznym i najbardziej pełnym zaprzeczeniem tego, co ludzkie, [...] otacza opieką tylko swych własnych obywateli, broni zdobyczy cywilizacji, uznaje ludzkie prawa i zasady humanitaryzmu jedynie w obrębie własnych granic; nie uznając żadnych praw, których samo nie ustanowiło, przypisuje sobie prawo do najbardziej nieludzkiego, okrutnego postępowania wobec wszystkich ludów obcych, do ujarzmienia ich, ograbiania i niszczenia wedle swej woli. [...] To jawne odrzucanie zasad człowieczeństwa, które stanowi istotę państwa, jest z państwowego punktu widzenia najwyższym obowiązkiem i największą cnotą: nazywa się patriotyzmem i stanowi transcendentną moralność państwa. [...] Teologia i polityka [...] głoszą, że należy poświęcić wolność ludzi, aby ich umoralnić i uczynić z nich bądź świętych, jak pragnie Kościół, bądź cnotliwych obywateli, jak pragnie państwo". Felietonista gazety "Gołos" stwierdzał w czerwcu 1871 roku (tj. w okresie represji po Komunie Paryskiej) nieściśle, że ""rada generalna stowarzyszenia" [tj. Międzynarodówki] formalnie bodaj program ten aprobowała i uznała za międzynarodowy, czyli obowiązujący wszystkich współczłonków. Od tej pory odrażające, a oficjalne gazety stowarzyszenia całkiem otwarcie dopełniły go i rozwinęły. "Ojczyzna to puste słowo, błąd umysłu ludzkiego - powiada 'La Révolution politique et sociale'. - Narodowość, ten przypadkowy wynik urodzenia, to zło: należy je usunąć"". Tymczasem w Międzynarodówce był to przedmiot walki socjalistów-rewolucjonistów z komunistami - zwolennikami socjalizmu państwowego Marksa. Marks w 1871 roku nie był dlań łaskawszy; program Bakunina określał jako "dziecinny elementarz", mieszaninę "powierzchownie z prawa i z lewa pozgarnianych haseł - równość klas (!), zniesienie prawa spadkowego jako punkt wyjścia ruchu społecznego (saintsimonistyczna bzdura), ateizm zalecany członkom jako dogmat itd., a jako główny dogmat (po proudhonowsku) powstrzymanie się od udziału w życiu politycznym". Komizm sytuacji w Biesach polega na tym, że Wierchowienski akceptuje najradykalniejsze punkty programu, byle obronić swój "estetyzm".
43. "Buty ważniejsze od Puszkina" - parodystyczne streszczenie tezy radykalnych ideologów utylitaryzmu z czasopisma "Russkoje Słowo" (Dmitrij Pisariew i Warfołomiej Zajcew) w polemice z "estetykami" poprzedniej generacji. Celem polemicznej szarży "nieumiarkowanych nihilistów", jak ich ochrzcił Dostojewski, byli nie tylko konserwatyści i liberałowie, ale też "umiarkowani nihiliści" z kręgu czasopisma "Sowriemiennik" (z Czernyszewskim na czele). W pamflecie Pan Szczedrin, albo Rozłam wśród nihilistów (1864) Dostojewski wśród wymogów stawianych "młodemu pióru" tak formułował punkt czwarty: "Od tej chwili musi pan uznać za regułę, że buty w każdym razie piękniejsze są od Puszkina, bo bez Puszkina można się spokojnie obejść, a bez butów obejść się ani rusz nie można, a co za tym idzie - Puszkin to zbytek i bzdura". Jest to parodia tezy z artykułu Zajcewa (1864): "Pora zrozumieć, że każdy rzemieślnik jest o tyle pożyteczniejszy od każdego poety, o ile każda liczba dodatnia, jakkolwiek byłaby mała, jest większa od zera". Również Sałtykow-Szczedrin wykpił później ten zwrot: "Każdy szewc jest po stokroć pożyteczniejszy od Puszkina". Tenże Zajcew (1842-1882; szczególnie niesympatyczny Dostojewskiemu prototyp Szygalowa z Biesów) w innym artykule z tegoż roku rozszerzał swoją szczególną argumentację: "Nie ma takiego frotera, nie ma takiego asenizatora, który nie byłby nieskończoną ilość razy pożyteczniejszy od Szekspira".
44. Początek satyrycznego wiersza autorstwa Dostojewskiego. "Wiek" - tygodnik, ukazujący się w Petersburgu w latach 1861-1862 pod redakcją Piotra Weinberga (opublikowany tu jego felieton dał początek polemice wspomnianej w przypisie 32). Lew Kambek (1822 - pomiędzy 1866 a 1871) - prawnik, od końca lat pięćdziesiątych czynny jako dziennikarz. Skłonność do egzaltowania pryncypialnych polemik i publicznych protestów z błahych nieraz powodów zapewniła mu renomę skandalisty i uczyniła stałym obiektem kpin satyrycznych czasopism obozu demokratów ("Iskra" i "Swistok" - dodatek do "Sowriemiennika"). W 1863 roku Dostojewski ironizował w swoim czasopiśmie: "Zgroza mnie zdjęła, kiedy raptem gruchnęła wieść, że Lew Kambek schodzi z literackiej areny. Cóż poczną, pomyślałem z goryczą, nasi wierszokleci, felietoniści i w ogóle ci wszyscy, którzy dumnie uważają się za marszałków naszego postępu? Przecież "Wiek" i Lew Kambek przez długie, długie lata żywili całe chmary naszych postępowców wraz z ich dziećmi!... Straszną było rzeczą dla postępu i społeczeństwa, gdy z półtora roku temu (dawne dzieje!) zniknął pierwszy rym - "Wiek", pogrzebany przez żurnalistów-kopidołów. A tu masz, obecnie znika też drugi: Kambek".
45. Zdanie o "wielkiej myśli" szarganej po bruku czy też "szlachetnej idei", która "trafiła na ulicę" powtarza się w polemicznej publicystyce Dostojewskiego z roku 1863 i powraca retrospektywnie w Dzienniku pisarza w 1876. Paralela ówczesna w poemacie Norwida Fortepian Szopena ("Ideał - sięgnął bruku") wskazuje zapewne na wspólne źródło tego frazesu.
46. Sztucznie utworzone nazwisko parodystyczne: kontaminacja autentycznego Dubasowa (w tym kontekście kojarzącego się jednak etymologicznie nie z dubasem - galarem rzecznym - ale z epitetem dubowyj, przysługującym głupcom) z "księciem Dundkiem" ze słynnego epigramatu, którym Puszkin skwitował księcia Michaiła Dondukowa-Korsakowa, prezesa Komitetu Cenzury i wiceprezesa Akademii Nauk z protekcji Siergieja Uwarowa, głównego ideologa rządów Mikołaja I: W Akademii Nauk rada, / Książę Dundek w niej zasiada. / Cóż Dundkowi po paradzie? / Mówią, że to nie wypada: / Czemu on zasiada w radzie? / Jak ma d..., to zasiada.
47. Komizm dwuznaczności: dla adresatki "ateńskie wieczory" to idiomatyczny eufemizm orgii, dla autora listu - platońskie sympozja.
48. Dosłowny przekład rosyjskiego idiomu: "dokąd Makar nie ganiał swoich cieląt". Wierchowienski używa tego określenia z myślą o zsyłce politycznej - wzorem satyrycznego eufemizmu Sałtykowa-Szczedrina.
49. Seminarzyści to dosłownie klerycy z seminariów duchownych. Jako przedstawiciele emancypujących się i żądnych oświaty niższych stanów - zwłaszcza niższego duchowieństwa (synowie popów) i pospólstwa miejskiego - mieli typową dla takich grup społecznych skłonność do radykalizmu ideologicznego. Niejeden z polemistów Dostojewskiego zaliczał się do tej właśnie grupy, co tłumaczy diatryby pisarza, który w okresie fermentu ideologicznego lat sześćdziesiątych notował: "Seminarzyści wnoszą do naszej literatury szczególną negację, nazbyt pełną, wrogą, nazbyt ostrą, a przez to nazbyt ograniczoną". Zarazem jednak Dostojewski bez arystokratycznej abominacji diagnozował w tej grupie szczególny syndrom choroby: połączenie rewolucyjnego doktrynerstwa z cynicznym arywizmem awansu społecznego i z wrogą pogardą do macierzystego środowiska - "ludu", od którego pół- i ćwierćinteligenci z awansu właśnie chcą się odciąć.
50. Dostojewski parodiuje bohaterów powieści Czernyszewskiego Co robić? - biblii adeptów idei socjalistycznej aż po młodego Lenina włącznie. Parodia ma drugie dno, ponieważ parafrazowany przez Dostojewskiego zwrot anegdota kładła w usta hr. Benckendorffa, w latach 1826-1844 osławionego szefa policji politycznej. Kiedy aktor i dramaturg Piotr Karatygin odmówił wstawienia do tekstu wodewilu bogoojczyźnianych kupletów, Benckendorff miał odpowiedzieć: "Do tej pory lubiłem [ros. lubił - również "kochałem"] pana jako człowieka utalentowanego, a teraz szanuję jako człowieka honoru".
51. W pierwotnych, poprzedzających Biesy, planach pisarza leżała cała powieść o kapitanie Kartuzowie, którego figura rozdwoiła się ostatecznie na postać buffo kapitana Lebiadkina i na serio Mawrikija Nikołajewicza.
52. Ksiądz Słońcewski, Polak zesłany po powstaniu styczniowym, również odegrać miał istotniejszą, acz dwuznaczną rolę fabularną. Pisarz zrezygnował jednak z jakichkolwiek akcentów antypolskich w duchu ówczesnej "powieści antynihilistycznej".
53. Ironiczne streszczenie rozmów w towarzystwie lat sześćdziesiątych. Literat i cenzor Aleksandr Nikitienko (1804-1877) notował w swoim słynnym Dzienniku: "Charakter narodu, jego polityczne i moralne znaczenie czy też przeznaczenie - a któż je zna? [...] Rosyjski duch, rosyjska inteligencja, narodowość rosyjska - cóż to takiego, jeżeli nie puste słowa, komunały w naszych debatach, choć w rzeczywistości to wielkie, istotne zjawiska?". Ruski Bóg - to idiom o genealogii sięgającej wczesnego średniowiecza, za czasów Mikołaja I usankcjonowany przez urzędową propagandę, która temu właśnie Bogu przypisywała zwycięstwo Rosji w wojnie z Napoleonem 1812-1813 roku, a co za tym idzie, instalację w Europie antyrewolucyjnego ładu Świętego Przymierza. Potocznie idiom ten oznaczał postawę "jakoś to będzie". Określenie zdyskontował Piotr Wiaziemski (1792-1878) w wierszu z 1828 roku pod tym tytułem, opublikowanym dopiero w Londynie przez Hercena w druku ulotnym (1854) i przedrukowanym tamże w 1856 w almanachu "Polarnaja Zwiezda", a także w antologii Potajemnej literatury rosyjskiej Ogariowa na początku lat sześćdziesiątych: Wytłumaczyć mając ściśle, / Co to znaczy: ruski Bóg, / Oto jaki po namyśle / Opis bym sporządzić mógł. // Bóg zamieci, Bóg wybojów, / Konnej poczty, grząskich dróg, / Karaluchów i postojów: / To jest właśnie ruski Bóg. // Bóg cierpiących z głodu, chłodu, / Zapędzonych w kozi róg, / Bóg majątków bez dochodu: / To jest właśnie ruski Bóg. // Cyców Bóg i dup obwisłych, / Łapci i opuchłych nóg, / Kwaśnych min i potraw skisłych: / To jest właśnie ruski Bóg. // Bóg serwatek, cienkich żurów, / Dusz, którymi płacą dług, / Płci obojga samodurów: / To jest właśnie ruski Bóg. // Bóg orderów, Bóg atłasów, / Bóg obdartych, bosych sług, / Jaśnie panów i fagasów: / To jest właśnie ruski Bóg. // Orędownik głupców wiecznych, / Mądrych bezlitosny wróg, / Bóg poczynań niedorzecznych: / To jest właśnie ruski Bóg. // Bóg, co zza granicy jedzie, / Bóg wprzęgnięty w cudzy cug, / Bóg musztardy po obiedzie: / To jest właśnie ruski Bóg. // Bóg włóczęgów, cudzoziemców, / Skoro nasz przekroczą próg, / Bóg, co kocha zwłaszcza Niemców: / To jest właśnie ruski Bóg.
54. "Cezaryzm" we Francji - dyktatura i cesarstwo Napoleona III. Utrata obrońcy w cesarzu, którego odsiecz kilka lat wcześniej uratowała państwo papieskie, wystawiała papieża na łaskę włoskiej irredenty. Dostojewski, nieodosobniony w tym względzie w nurcie konserwatywnej myśli rosyjskiej, uznawał socjalizm za kolejną mutację idei imperium uniwersalnego, głoszonej wcześniej przez katolicyzm z jego ziemską władzą papieża. W konsekwencji upadek owej władzy popchnąć miałby papiestwo do przechwycenia idei socjalizmu w imię paradoksu Wielkiego Inkwizytora z Braci Karamazow (Dostojewski w swoich przewidywaniach nieznacznie wyprzedza rozwój partii chadeckich i katolicko-ludowych z ich doktryną "społecznej nauki Kościoła"): "Utraciwszy sojuszników w cesarzach, katolicyzm niechybnie zwróci się do demosu. [...] Demos niechybnie przyjmie oświadczyny: dojrzy w niespodziewanym sojuszniku wielką jednoczącą siłę, godzącą się na wszystko i nie wadzącą niczemu, siłę rzeczywistą i historyczną, zamiast przywódców, marzycieli i spekulantów, w których praktyczne zdolności, a niekiedy też uczciwość, i dziś cały ten demos nie wierzy. [...] A na dobitkę dają mu na powrót wiarę i tym samym uspokajają serca bardzo wielu, bo bardzo wielu z nich już od dawna czuło bez Boga zgryzotę...".
55. 19 lutego 1861 datowany był Manifest reformy włościańskiej (m.in. znoszącej poddaństwo). Już pierwsze zapowiedzi tego aktu w roku 1857 czczono publicznymi obiadami.
56. Dostojewski parafrazuje wiersz Fantazja opublikowany przez Hercena i Ogariowa w Londynie w almanachu "Polarnaja Zwiezda" na rok 1861 (czyli w perspektywie zniesienia poddaństwa i reformy włościańskiej). Anonimowy autor opisuje wizję "ogromnego zastępu" chłopów, którzy "ostrzą siekiery" i ruszają "bez panów" na Moskwę i na Petersburg - "i toczy się jedna głowa za drugą" - w odpowiedzi zaś zbierają się przeciwko nim "klechy i pułki" i "ostrzą bagnety" - "coś strasznego tu będzie".
57. Cały powyższy passus to zjadliwa aluzja do Turgieniewa; w brulionach powieści zaraz po cytowanym wierszu pada bezpośrednio do Turgieniewa skierowane zdanie: "Wyprzedał pan mienie i czmychnął za granicę, kiedy tylko pan sobie wyobraził, że coś strasznego tu będzie".
58. Dalsze aluzje do Turgieniewa.
59. Wierchowienski występuje jako "estetyk", rzecznik "czystej sztuki" (por. przypis 81). Począwszy od późnej publicystyki Bielińskiego (ok. 1848), w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku chłop pańszczyźniany w pełni swego człowieczeństwa zagościł w literaturze rosyjskiej, zarówno w dziełach wybitnych pisarzy, liberalnych okcydentalistów (Hercen, Niekrasow, Grigorowicz, Turgieniew), jak w produkcji podrzędniejszych literatów. Równolegle - w nurcie inspiracji słowianofilskiej - postępował rozwój folklorystyki rosyjskiej (i jej "szkoły mitologicznej"), dowodzącej wielkości kultury ludowej i jej wielowiekowej dziejowości. Ludowość zyskiwała więc zarazem status humanistyczny i historyczny. Dostojewski do doktryny słowianofilskiej i jej uroszczeń mitologicznych odnosił się z dystansem, wyobrażenie ludu jako podmiotu - w rzeczywistości rosyjskiej samoistnego z punktu widzenia humanizmu i historyzmu - do końca życia pozostało jednak jego głównym argumentem w polemikach z ideologami zarówno liberalnymi i rewolucyjnymi, jak zachowawczymi. Bronił więc na przykład konkretnej indywidualności chłopa przeciwko chłopomańskim uogólnieniom Niekrasowa, a zwłaszcza jego epigonów, bronił godności ludu przeciwko reakcyjnym publicystom, podważającym sens zniesienia poddaństwa (patrz przypis 63), lecz bronił też suwerennego prawa ludu do historycznego, obyczajowego i religijnego tradycjonalizmu jego pozakościelnej etyki chrześcijańskiej, który stanowić by miał o swoistości Rosji w obrębie (a nie przeciw!) cywilizacji europejskiej.
60. Tyrada parodiująca poglądy "okcydentalisty", od Czaadajewa poczynając, a na Turgieniewie kończąc. Zjadliwość karykatury polega na zestawieniu ich postawy z konceptami autorów konserwatywnych i reakcyjnych (por. przypis 63).
61. Dostojewski, ośmieszając "estetyzm", dokonuje ironicznej kontaminacji filipik reakcyjnych literatów Tadeusza Bułharyna (notorycznego agenta tajnej policji, literackiego arywisty o zajadle antyinteligenckim nastawieniu) i Fieofiła Tołstoja przeciwko "wulgarnej realności" w sztuce (1853) z zachwytami nad grą francuskiej tragiczki Rachel podczas jej petersburskiego tournée (w sezonie 1853-1854) ze strony "wybitnego poety" Władimira Benediktowa, którego klakierem-apologetą był m.in. Bułharyn. Ów poeta sfer urzędniczo-drobnomieszczańskich, w latach 1835-1845 stawiany nieraz nad Puszkina, swą niebotyczną sławę z czasów Mikołaja I pożegnał jako uosobienie pompatycznej trywialności i złego gustu. On właśnie stał się modelem parodystycznej mistyfikacji Koźmy Prutkowa (por. przypis 95), a więc także poetyckich produkcji kapitana Lebiadkina w Biesach. Autor Biesów ich kontekst ideologiczny sprowadza do poetyki absurdu (co nie było mu obce również w publicystyce), protagonistów powieści czyniąc nie tylko przedmiotem karykatury ideowej, ale też parodii literackiej.
62. Bukiet Cesarzowej (franc.) - nazwa perfum (nagrodzonych w 1867 roku na Wystawie Światowej w Paryżu) na cześć Cesarzowej Francji Eugenii, żony Napoleona III.
63. Anton Nieborak - nowela Dmitrija Grigorowicza (1822-1900), przyjaciela Dostojewskiego od lat wspólnej nauki w Głównej Szkole Inżynieryjnej w Petersburgu, autora pierwszego większego dzieła prozy realistycznej w Rosji. Nowela Wieś (1846), ogłoszona drukiem w 1847 roku w miesięczniku "Sowriemiennik", wywarła wielkie wrażenie na współczesnych. Bardzo pochlebnie oceniali ją Hercen, Sałtykow-Szczedrin i sam Dostojewski, nieskłonny do chłopomanii. Piotr Kropotkin, teoretyk anarchizmu, wspominał: "Ani jeden wykształcony człowiek owych czasów - a i później - czasów mojej młodości, nie mógł czytać bez łez o nieszczęściach Antona i nie oburzać się na okropności ustroju pańszczyźnianego". Lew Tołstoj podkreślał, że jako jeden z pierwszych pisarzy rosyjskich Grigorowicz skreślił portret chłopa "z miłością [...], z szacunkiem, a nawet z drżeniem". Fundament tych ocen położył Bieliński. W liście do krytyka Wasilija Botkina stwierdził: "Ani jedna rosyjska nowela nie wywarła na mnie tak strasznego, przytłaczającego, dręczącego, duszącego wrażenia: kiedy ją czytałem, wydawało mi się, że jestem w stajni, w której prawomyślny dziedzic chłoszcze i pastwi się nad całymi swoimi włościami". W Przeglądzie literatury rosyjskiej z roku 1847 podkreślił natomiast humanistyczny, a nie socjologiczny ("fizjologiczny") wymiar utworu: "P. Grigorowicz poświęcił swój talent wyłącznie zobrazowaniu życia niższych warstw ludu. [...] Jego dwie ostatnie próby - Wieś, a zwłaszcza Anton Nieborak - sięgają znacznie dalej niż szkice fizjologiczne. [...] Bez względu na to, że całe opowiadanie na pozór dotyczy zaginięcia chłopskiej szkapy; bez względu na to, że Anton to prosty chłop, ani śmiały, ani sprytny, jest to postać tragiczna w pełnym znaczeniu tego słowa". (W heglowskim pojęciu Bielińskiego tragiczność czyni z niewolnika istotę ludzką, której przysługuje historyzm - par excellence tragiczny). Dwa lata po powstaniu Biesów w zmienionych okolicznościach społecznych zachowawczy dziennikarz i wydawca Aleksiej Suworin (1834-1912) pisał z sarkazmem: "Kiedyś p. Grigorowicz pisywał sentymentalne nowele z chłopskiego życia, ukazując nam przykłady wzniosłych cnót włościan i włościanek. Piękne to było, bo idealizacja uciśnionych to rzecz zgoła właściwa i konieczna [...] Należało ukazywać lud lepszym, niż był w rzeczywistości, żeby wzbudzić dlań większe i powszechne współczucie; należało jakimś sposobem, by tak rzec, przebić grubą korę uprzedzeń. Gdyby wraz z p. Grigorowiczem pojawił się nie taki artysta, jak p. Turgieniew, który bliżej i głębiej spojrzał na lud, a i tak go idealizował, lecz tacy realiści, jak p. Uspienski, byłoby to nie na miejscu. Nadeszła dla nich inna epoka - i minęła, bo w znacznej mierze zabiły ich przesłuchania sądowe i sceny u sędziów pokoju, gdzie lud ukazał się jeszcze realniej niż u realistów". W 1873 roku Dostojewski odparował Suworinowi w Dzienniku pisarza. Myśl "wyrażoną w felietonie tak otwarcie i bez śladu dawnych ceremonii, [...] bodaj po raz pierwszy z taką satysfakcją", streścił "nieliteralnie": "Czy reforma była, czy nie była korzystna dla ludu - to w istocie jałowa kwestia; gdyby nawet miała być dla ludu niekorzystna, i tak, choćby świat się walił, musiała się dokonać. [...] "To przecież prawda - nader wyraziście przyznał felietonista - że lud właściwie niewart był reformy, a jeśli nawet przed reformą w literaturze i publicystyce wraz z p. Grigorowiczem [...] wieńczyliśmy laurami chłopów, to przecież doskonale wiemy, że wieńczyliśmy tylko zawszone łby..." itd., itd. [...] Choć podzielamy tę myśl w pierwszej połowie, a więc że reforma, nie bacząc na skutki [...], nigdy jednak nie zgodzimy się z jej drugą połową i żywimy niezłomne przekonanie, że zawszone łby były jednak godne reformy, a nawet w niczym jej nie uwłaczały".
64. Zniesienie poddaństwa, czyli likwidacja ustroju niewolniczego w Rosji (bez Królestwa Polskiego) w roku 1861, pociągnęło za sobą zaburzenia chłopskie w ponad tysiącu majątków ziemskich. Władze, od początku obawiające się rozruchów, wprowadziły wojska do ponad trzystu majątków. Anton Pietrow, włościanin z nadwołżańskiej guberni kazańskiej, mającej dawne tradycje buntów i powstań ludowych, odczytywał i tłumaczył niepiśmiennym chłopom (w liczbie do pięciu tysięcy osób) dekret o zniesieniu poddaństwa. W jego interpretacji miało być ono jednoczesne z uwłaszczeniem chłopów na ziemi, a tym samym z likwidacją pańszczyzny, dzierżawy i opłat gruntowych itd. Bunt został krwawo stłumiony przez wezwane wojsko, a Pietrow rozstrzelany z wyroku sądu wojskowego.
65. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku we wzmiankowanych przez Dostojewskiego dyskusjach o tożsamości narodowej, w których kształtował się nowoczesny nacjonalizm rosyjski, odegrało rolę pięć czynników:
1. Psychoza wojny krymskiej (1853-1855), która wzbudziła zryw patriotyczny w powszechnym poczuciu zagrożenia inwazją zachodnią w rodzaju napoleońskiej z 1812 roku. Wojna ta położyła w Rosji kres kosmopolityzmowi legitymistycznemu (w imię którego jeszcze w 1849 roku Mikołaj I interweniował na Węgrzech, tłumiąc zbrojnie rewolucję narodową) i liberalnemu (co niebawem wyszło na jaw w dobie polskiego powstania styczniowego - liberalizm rosyjski nie oparł się szowinistycznemu amokowi).
2. Toczone w latach 1860-1862 w Petersburgu dyskusje rosyjsko-ukraińsko-polskie. W dyskusjach tych po stronie polskiej i ukraińskiej uzewnętrzniał się (na przykład w polemice historyków: ukraińskiego liberała Kostomarowa i konserwatywnego rosyjskiego panslawisty Pogodina) stereotyp "rosyjskiej barbarii", czyli kraju cywilizacyjnie nienowoczesnego, który nie uczestniczy w kształtowaniu cywilizacji ogólnoeuropejskiej (Kostomarow ku oburzeniu nie tylko Dostojewskiego odmawiał europejskiej rangi na przykład Puszkinowi). Stereotyp ten przynajmniej pozornie bliski był autonegatywizmowi kulturowemu rosyjskich liberalnych okcydentalistów - od Czaadajewa począwszy.
3. Kontynuacja dyskursu, żywego od czasów Czaadajewa, a zwłaszcza powracającej polemiki okcydentalistów i słowianofilów (których stanowiska w sposób typowy dla społeczeństw tradycjonalnych określał stosunek do modernizacji cywilizacyjnej Rosji). Przykładem, który zainteresował Dostojewskiego, był spór o narodowy bądź ogólnoludzki charakter nauki, sprowokowany wystąpieniami słowianofila Jurija Samarina w czasopiśmie "Russkaja Biesieda" w roku 1855. Rzucone przezeń hasło rozwinięcia "rosyjskiego poglądu na naukę i sztukę", a co za tym idzie, uznanie ich narodowego, a nie uniwersalnego statusu (pozwalające separować się Rosji kulturowo od Europy Zachodniej) wywołało żywą polemikę z wieloma liberalnymi okcydentalistami. Dostojewski (śladem Bielińskiego) przeniósł zagadnienie w kontekst własnej polemiki z ideologią "wszechludzkości" - również w sferze kultury i oświecenia. Pojmując naukę jako interpretację, a nie stwierdzenie faktów, uznał jej narodowy charakter.
4. Polemika "poczwienników" (prócz braci Dostojewskich autorów takich, jak Apołłon Grigorjew i Nikołaj Strachow) z abstrakcyjnym "teoretyzmem" ideologicznym w imię rozpoznania konkretnych realiów społecznych rosyjskiego "ludu" i narodu. Dostojewski ma na myśli przede wszystkim swój rozpoczęty w 1860 roku dwustronny spór z okcydentalistami i słowianofilami (w gruncie rzeczy powtarzał w nim tezy Bielińskiego z 1847 roku - por. przypis 2): "Reforma Piotra Wielkiego, sięgająca aż do naszych czasów, doszła kresu. [...] Przekonaliśmy się nareszcie, że sami też jesteśmy odrębną narodowością, w najwyższym stopniu samoistną, i że nasze zadanie - to stworzyć dla siebie nową formę, naszą własną, rodzimą, wywiedzioną z naszej gleby, wywiedzioną z ducha ludu i z ludowych zasad. [...] Jesteśmy świadomi, że reforma poszerzyła nasze horyzonty, że dzięki niej pojęliśmy nasze przyszłe znaczenie w wielkiej rodzinie wszystkich narodów. Wiemy, że nie odgrodzimy się teraz chińskim murem od ludzkości. [...] Odgadujemy, [...] że charakter naszej przyszłej aktywności musi być w najwyższym stopniu ogólnoludzki, że idea rosyjska będzie być może syntezą wszystkich idei, które z takim uporem, z taką odwagą rozwija Europa w poszczególnych swoich narodowościach; że wszystko, co wzajem wrogie w tych ideach, uzgodni się i zyska dalszy rozwój w narodowości rosyjskiej. [...] Mówimy tutaj o pogodzeniu cywilizacji z żywiołem ludowym". Okcydentaliści z rewolucyjno-demokratycznego "Sowriemiennika" podważali sens tego hasła w obu jego członach: warunek cywilizacji stanowiło dla nich wyzwolenie społeczne ludu (od "ucisku dziedzica" po zniesieniu poddaństwa w 1861 roku), lecz także uznanie "samoistności" i niepodległości co najmniej dwóch jeszcze "narodowości" słowiańskich: polskiej i ukraińskiej. W styczniu 1863 "Sowriemiennik" ironizował w przeglądzie wydarzeń: "Zaczęła się dziś moda na narodowości. [...] Chwalę sobie, chwalę tych ludzi, bo zajmując się kwestią narodowości, oznajmiają tym samym światu, że serce ich rozpalają wzniosłe, polityczne zainteresowania, a nie jakieś zainteresowania destruktywne, jak na przykład tak zwana wolność".
5. Rozkwit zachodnioeuropejskich nacjonalizmów po Wiośnie Ludów, a zwłaszcza pangermańskiego nacjonalizmu w bismarckowskich Prusach, oraz zaognienie kwestii polskiej (eo ipso białoruskiej i ukraińskiej) w dobie powstania 1863 roku. Odpowiedzią na oba te zjawiska był gwałtowny rozwój ideologii panslawistycznego ekspansjonizmu w Rosji (warto pamiętać o diagnozie Hannah Arendt, która w nacjonalistycznych ideologiach XIX wieku, których nazwa zaczyna się przedrostkiem pan-, dostrzegła jedno ze źródeł totalitaryzmu). Swój stosunek do kwestii polskiej Dostojewski przypłacił 24 maja 1863 zamknięciem wydawanego wspólnie z bratem Michaiłem czasopisma "Wriemia", w reskrypcie carskim uznanego za periodyk "o szkodliwej tendencji", w którym zamieszczony artykuł "o treści niestosownej, a nawet podburzającej", obrażając poczucie narodowe Rosjan, "przeczył wprost wszystkim działaniom rządu" w kwestii polskiej. Podstawą reskryptu był raport ministra spraw wewnętrznych Wałujewa (firmującego również wynaradawiające represje w stosunku do Białorusinów i Ukraińców). Tymczasem Dostojewscy, mimo swojego narodowego "poczwiennictwa", od wybuchu powstania unikali zabierania głosu w kwestii polskiej, co wyróżniało ich miesięcznik na tle propagandowo-szowinistycznego amoku prasy konserwatywnej, a po części także liberalnej. Publikację inkryminowanego artykułu pt. Fatalna kwestia wymógł na nich autor, Nikołaj Strachow. Była to polemika z publicystyką Michaiła Katkowa, dziennikarskiego konkurenta Dostojewskich, a głównego polakożercy, nader wpływowego, bo inspirowanego przez władze w osobie kanclerza (ministra spraw zagranicznych) Gorczakowa. Łącznikiem między Gorczakowem a Katkowem był poeta i dyplomata Fiodor Tiutczew, przysięgły panslawista, teść słowianofila Iwana Aksakowa (również zajadle antypolskiego), spowinowacony ze srożącym się w Wilnie wojskowym generałem-gubernatorem, sławetnym Murawjowem "Wieszatielem". W tej konfiguracji polemika z Katkowem oznaczała konflikt z oficjalną polityką rządu petersburskiego w kwestii polskiej. Polemiką był zaś już sam tytuł artykułu Strachowa - replika na programowy wstępniak Katkowa pt. Kwestia polska z jego miesięcznika "Russkij Wiestnik" (numer pierwszy z 24 lutego 1863 roku): "Kwestia Polski była zawsze również kwestią Rosji. Te dwie pobratymcze narodowości od dawna podzieliła fatalna kwestia dziejowa: życie albo śmierć. Oba państwa były nie tylko zwykłymi rywalami, ale wrogami, co nie mogą istnieć obok siebie, wrogami do końca. Dzieliła je już nie tylko kwestia, które ma mieć przewagę, które ma być potężniejsze: kwestia dotyczyła tego, które ma istnieć. [...] I to nie Rosja, lecz przede wszystkim Polska odczuła siłę tej fatalnej kwestii; ona pierwsza wszczęła tę historyczną walkę; były czasy, że znikała Rosja, nadeszły też inne, w których znikła Polska. Czy ta fatalna kwestia na zawsze pozostanie w mocy? [...] O tym można rozmyślać w wolnej chwili, lecz w dobie kryzysu [...] Polak naturalnie będzie bronił sprawy polskiej, a Rosjanin - rosyjskiej". Tej właśnie historiozofii, stanowiącej ideologiczne uzasadnienie rosyjskiej polityki siły i krwawych represji w obliczu powstania, sprzeciwiło się "Wriemia", ostentacyjnie sygnując w kwietniowym numerze artykuł Strachowa kryptonimem "Rosjanin". Artykuł - jak po latach wspominał sam autor - spodobał się petersburskim "Polakom", a sympatycy sprawy polskiej uznali "Rosjanina" za polonofila. (1 sierpnia 1863 w intencji propolskiej ścisły francuski przekład tego tekstu, przypisanego Dostojewskiemu, ukazał się w paryskim "Revue de Deux Mondes"). Riposta była natychmiastowa. W gazecie Katkowa "Moskowskije Wiedomosti", o dwa tylko dni uprzedzając reskrypt carski, ukazała się denuncjacyjna notatka podpisana znamiennym w tym kontekście nazwiskiem "Peterson" (Karl Peterson, 1811-1890, był niemieckim luteraninem z Petersburga, podrzędnym autorem, obecnie urzędnikiem, nieczynnym w literaturze od 1854 roku): "Artykuł [...] nie powinien był pojawić się bez podpisu autora. Tylko bandyci zadają ciosy w masce na twarzy. Cały artykuł oparty jest na fałszywych świadectwach, toteż wnioski też muszą być fałszywe. Czy to nie fałsz - porównywać cywilizację najwyższej klasy Polski z cywilizacją narodu rosyjskiego w ogólności? Czy to nie fałsz - mówić, że Polacy w celu upowszechnienia cywilizacji zawładnęli Ukrainą i Moskwą? Dziwne, że mimo tak szlachetnych zamiarów względem obcych ludów Polacy traktowali własnych chłopów jak bydlęta. Czyżby Polacy uważali za środek cywilizacji oddać w arendę żydom cerkwie Małorosji [tj. Ukrainy]? Cała Polska nigdy nie powstała, do powstania szła tylko szlachta i księża, a masa ludu, to znaczy chłopi, nigdy nie sprzyjała panom, niewolnik bowiem nie może sprzyjać swojemu ciemiężycielowi. [...] Obecnie bunt podnosi tylko cząstka Polski, a cała Rosja jednomyślnie daje jej odpór". W obawie przed skutkami denuncjacji Dostojewski usiłował replikować w liberalnej gazecie "Sankt-Pietierburgskije Wiedomosti", podejmując zresztą dawny spór z konserwatywną anglomanią samego Katkowa, cenzura jednak uniemożliwiła publikację jego tekstu mimo w zamierzeniu ostrożnej stylistyki (podobnie pisarz, licząc się z perlustracją, stylizował 17 czerwca 1863 list do Turgieniewa): "Kwestia dlatego właśnie jest dla nas ważna, że Polacy mimo całej swojej (bezspornej) europejskiej cywilizacji "nosili śmierć w samym swoim jestestwie". W naszym artykule powiedziano to jasno, aż nadto jasno, i ukazano, dlaczego tak się stało. Dlatego właśnie, że "cywilizacja to nienarodowa, niesłowiańska, że nie miała w sobie ani krzty samoistności, nie mogła więc połączyć się w mocną całość z duchem ludu". [...] Cywilizacja w Polsce była cywilizacją wyższego towarzystwa, pozbawioną elementów powszechnych, jako się rzekło, oddaliła się od ducha ludu. A cóż myśmy głosili przez bite trzy lata w naszym czasopiśmie ["Wriemia"]? To właśnie, że nasza (obecna rosyjska) zapożyczona cywilizacja europejska w tych punktach, w których nie godzi się z szerokim rosyjskim duchem, nie odpowiada rosyjskiemu ludowi. [...] Mamy swoje elementy, swoje pierwiastki, pierwiastki narodowe, które wymagają samodzielności i samorozwoju. Ziemia rosyjska powie swoje nowe słowo, a to nowe słowo być może będzie nowym słowem ogólnoludzkiej cywilizacji i da wyraz cywilizacji całego świata słowiańskiego. [...] W elementach naszej ludowej cywilizacji zawsze upatrywaliśmy cechy powszechności, podczas gdy w europejskiej - cechy arystokratyzmu i ekskluzywizmu. Co więcej, uznajemy, że my, to jest wszyscy cywilizowani po europejsku Rosjanie, oderwaliśmy się od gleby [poczwa], tak dalece zatraciliśmy instynkt rosyjski, że nie wierzymy we własne rosyjskie siły, nie wierzymy we własne wyróżniki, bijemy czołem jak niewolnicy holandii Piotra I, wyśmiewamy pojęcie "pierwiastków narodowych", uważamy to za wstecznictwo, mistycyzm. [...] Ani w głowie Panu postała inna miara wartości i rozwoju Rosji niż cywilizacja europejska quand m?me. Tę jedną tylko Pan uznaje. Nie uznaje Pan narodowego rozwoju, nie uznaje pierwiastków ludowych w plemieniu rosyjskim, a w imię swojego anglizowanego patriotyzmu obraża się Pan, że Polacy są wyżej od nas edukowani, w europejskim sensie, innymi słowy, że Rosjanie uparcie chcą pozostać Rosjanami, zamiast przedzierzgnąć się na rozkaz w Niemców albo Francuzów. Ależ to właśnie dobrze; przecież Polaków zgubiła właśnie ich cywilizacja. Nie bacząc na ich dumę z tej cywilizacji, zgubiła ich tak dalece, że niepisane jest im już zmartwychwstanie, choćby odzyskali polityczną niepodległość. Cywilizacja europejska, która jest owocem Europy i w istocie pasuje do Europy - w Polsce (być może właśnie dlatego, że Polacy to Słowianie) rozwinęła ducha antyludowego, antyobywatelskiego, antychrześcijańskiego. Rozwinęła u nich przede wszystkim katolicyzm, jezuityzm i arystokratyzm, tym samym przesądzając o ich losie. Co więcej: nigdzie, być może, katolicyzm nie osiągał takiego stopnia prozelityzmu jak w Polsce. [...] Polacy, namiętnie przywiązani i wierzący w swoją (arystokratyczną i katolicką) cywilizację, muszą się nią chełpić, szczycić się nią wobec nas, których po dziś dzień uważają za chłopów i barbarzyńców, i to szczycić się tym bardziej, im bardziej są wobec nas poniżeni, uznawać naszą przewagę za krzyczącą niesprawiedliwość losu i powstawać na ten los. [...] Jakże mają zrozumieć, dopuścić i uwierzyć, że ziemia rosyjska kryje w sobie, być może, zasady powszechne, nie niższe od zasad cywilizacji zachodniej. Tego przecież również Europa nie dopuszcza i nie lubi nas, ba, znieść nas nie może. Nigdy nie budziliśmy w Europie sympatii, ona zaś zawsze, kiedy tylko miała sposobność, z chęcią się przeciw nam zbroiła. Nie mogła nie uznać tylko jednego: naszej siły - i ta właśnie fizyczna, materialna siła [...] zawsze budziła jej oburzenie. Nie tylko Europa zresztą. Czyż Pan sam nie myśli o Rosjanach tak właśnie, jak myśli o nas Europa? Już dwa lata temu wytykaliśmy "Russkiemu Wiestnikowi", że nie uznaje rosyjskiej ludowości. Dziś moskiewski tajms gorączkuje się i nie dostrzega, że cała ta gorączka to parodia angielskiego tajmsa, a sam jego patriotyzm - to patriotyzm anglizowany. [...] Pańska logika jest następująca: Polacy nie powinni mieć za tytuł do chwały swojej cywilizacji, a zatem ich cywilizacja nie przynosi im chwały. Czyż to jest logika? Ja, dajmy na to, nie widzę niczego, co może być tytułem do chwały Polaków - lecz na tym właśnie polega tragedia, że Polacy ślepo wierzą w tę swoją zatrutą cywilizację. Wierzą tak samo jak w swoją najwyższą chwałę. I cóż Pan z tym pocznie?". Tekst to na swój czas niebywały: w dobie szowinistycznej histerii w Rosji, masowego terroru i policyjnej akcji wynaradawiającej na ziemiach polskich, białoruskich i ukraińskich, kiedy autorzy tacy jak Katkow, Tiutczew czy Aksakow stoczyli się do apologii katowskich praktyk, Dostojewski, niemal dosłownie odwołując się do dawnych tez Bielińskiego (por. przypis 2), dostrzega perspektywę odzyskania przez Polskę niepodległości, a konflikt polsko-rosyjski ze sfery politycznej przenosi w dziedzinę kultury ("cywilizacji"), w której stawia Polakom te same zarzuty co własnym, rosyjskim warstwom oświeconym. "Anglizowany patriotyzm" Katkowa jawi się w tym kontekście nie wyrazem racji stanu, lecz synonimem brytyjskiej brutalnej polityki kolonialnej, która w Rosji nie miała dobrej prasy. Intencje Dostojewskiego były czytelne zarówno dla władz, w tym tajnej policji, jak dla adresatów polemiki. W lipcu 1863, dwa miesiące po zamknięciu miesięcznika "Wriemia", usatysfakcjonowany zniknięciem konkurencji Katkow na prośbę Strachowa (który obawiał się zsyłki) wrócił do sprawy we własnym artykule. Wycofał denuncjacyjny zarzut polonofilstwa, Dostojewskiego natomiast skwitował rozważaniami o "cywilizacji powszechnej", nieuchronnie wiążącej i jednoczącej wszystkie narody, w której to cywilizacji Rosja stanowi jedną "z najrdzenniejszych sił Europy". Inna z "patriotycznych osób", Iwan Aksakow, w liście do Strachowa z 6 lipca uznał zamknięte właśnie "Wriemia" za "dobry periodyk beletrystyczny, czystszy i ciekawszy niż inne", lecz nie za czasopismo o "orientacji narodowej".
66. Niemiecka szkoła średnia w Petersburgu, działająca od XVIII wieku.
67. Wiara religijna Granowskiego była przedmiotem kontrowersji z jego przyjacielem Hercenem, ateistą wolnomyślicielem.
68. W notatkach do Biesów Dostojewski kilkakroć powraca do cytowanej we wspomnieniach Hercena relacji Iwana Kiriejewskiego (1806-1856), znakomitego, świetnie wykształconego publicysty i myśliciela europejskiej klasy, od pewnego etapu swojej ewolucji ideowej - patrona słowianofilów: "Stałem kiedyś w kaplicy, patrzałem na cudowną ikonę Matki Boskiej i myślałem o dziecinnej wierze ludu, który się do niej modli; kilka kobiet, chorzy, starcy na klęczkach, żegnając się krzyżem, wybijali czołobitne pokłony. Z gorącą wiarą zacząłem się wpatrywać w święte rysy i pomału jęła mi się odsłaniać tajemnica cudownej mocy. Tak, to nie tylko deska z wizerunkiem... Przez całe wieki chłonęła te potoki namiętnego uwielbienia, modlitw ludzi cierpiących, nieszczęśliwych; musiała przepoić się mocą, która promieniowała od niej, odzwierciedlała się w wierzących. Stała się żywym organem, punktem styczności Stwórcy z ludźmi. Myśląc o tym, raz jeszcze spojrzałem na starców, na kobiety z dziećmi, leżące w prochu, i na obraz święty - sam wtedy ujrzałem życie w rysach Matki Bożej; z miłosierdziem i miłością spoglądała na tych prostych ludzi... I ja więc upadłem na kolana, i modliłem się do niej z pokorą". W notatkach do powieści Dostojewski kładzie w usta Szatowa komentarz do tego fragmentu: "Słowianofile - to pańska fanaberia, ikona (Kiriejewski). Nigdy nie mogą wierzyć bezpośrednio". Już wcześniej (1863) pisarz stwierdzał: "Przecież w końcu słowianofilstwo nie spadło na nas z nieba, a chociaż sformułowało się później w moskiewską fanaberię, podstawa tej fanaberii jest przecież szersza od moskiewskiej formuły i może głębiej w niektórych sercach zalega, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje". W ambiwalentnym stosunku do słowianofilstwa Dostojewski jest kontynuatorem myśli Bielińskiego, który w 1847 roku powstanie tej ideologii - cennej w krytyce "rosyjskiego europeizmu", choć błędnej w słowiańskim mesjanizmie cywilizacyjnym - uznał za dowód końca europeizacyjnych reform Piotra Wielkiego, których impuls Rosja ostatecznie wyczerpała, dojrzewając do samoistnego rozwoju.
69. Mowa o powieści Lelia (1833, 1838).
70. Słynny manifestacyjny, rozchodzący się w odpisach list Bielińskiego do Gogola z lipca 1847 przyczynił się do syberyjskiej katorgi Dostojewskiego, jego entuzjastyczne odczytanie w kółku pietraszewców stanowiło bowiem jeden z głównych punktów oskarżenia w sprawie pisarza. List, powstały w okresie bliskich kontaktów Dostojewskiego z Bielińskim (po gorącym przyjęciu przez krytyka powieści Biedni ludzie), był odpowiedzią na konserwatywne w wymowie i dobitnie antyrewolucyjne Fragmenty wybrane z listów do przyjaciół Gogola, pogrążonego wówczas w religijnym mistycyzmie, zachodnioeuropejskiej zresztą proweniencji. Wierchowienski, pojmując tragikomizm kontrowersji, przeinacza jednak słowa Bielińskiego, jego diagnozę i intencję apostrofy do Gogola: "Wielbicielu knuta, apostole ciemnoty, głosicielu obskurantyzmu i wstecznictwa, panegirysto tatarskich obyczajów - co Pan robi? [...] Że podobną naukę buduje Pan na prawosławnej cerkwi - to jeszcze rozumiem; zawsze była ona ostoją knuta i sługą despotyzmu, ale po co Pan miesza w to Chrystusa? [...] Czyżby Pan, autor RewizoraMartwych dusz, szczerze i z całego serca wyśpiewał hymn na chwałę nikczemnego rosyjskiego kleru, stawiając go niewspółmiernie wyżej od kleru katolickiego? Przypuśćmy, że Pan nie wie o tym, iż ten ostatni kiedyś był czymś, podczas gdy kler prawosławny zawsze był niczym, tylko sługą i niewolnikiem świeckiej władzy; ale czyżby Pan rzeczywiście nie wiedział, że nasze duchowieństwo budzi powszechną pogardę w rosyjskim społeczeństwie i wśród rosyjskiego ludu? [...] Niech się Pan przyjrzy uważnie, a zobaczy Pan, że to naród z natury głęboko ateistyczny. Żyje w nim jeszcze sporo przesądów, ale nie ma ani śladu religijności. Przesądy mijają w miarę postępu cywilizacji, religijność zaś często trwa obok postępu. Żywym przykładem tego jest Francja, gdzie i teraz wśród ludzi światłych i wykształconych jest wielu szczerych, fanatycznych katolików i gdzie wielu, odszedłszy od chrystianizmu, wciąż jeszcze uparcie broni jakiegoś Boga. Naród rosyjski jest inny. Mistyczna egzaltacja nie leży wcale w jego naturze, na to posiada zbyt wiele zdrowego rozsądku, jasności i rzeczowości: i może w tym właśnie tkwi przyszła wielkość jego historycznych losów. Religijność nie przyjęła się nawet wśród duchowieństwa. [...] Grzechem byłoby oskarżać je o religijny fanatyzm i brak tolerancji, można je raczej pochwalić za wzorowy indyferentyzm w rzeczach wiary. Religijność znalazła u nas swój wyraz tylko w raskolniczych sektach".

Rozdział drugi

Książę Harry. Swaty

I

Istniała na ziemi jeszcze jedna osobistość, której Warwara Pietrowna oddana była w nie mniejszej mierze niż Stiepanowi Trofimowiczowi - był to mianowicie jej jedynak, Nikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin. Jego to właśnie wychowawcą miał zostać Stiepan Trofimowicz, po to został zaproszony. Mały liczył był sobie wówczas osiem wiosen, a jego ojciec, lekkomyślny generał Stawrogin, żył już wtedy w separacji z mamunią, chłopiec więc dojrzewał tylko pod jej opieką. Oddajmy sprawiedliwość Stiepanowi Trofimowiczowi: umiał wzbudzić przywiązanie wychowanka. Cały sekret polegał na tym, że sam też był dzieckiem. Mnie jeszcze nie było pod ręką, a jemu potrzeba było na stałe prawdziwego przyjaciela. Nie wahał się uczynić swoim przyjacielem tak małej istoty, kiedy tylko ociupinkę podrosła. Jakoś tak się złożyło, że nie powstał między nimi najmniejszy dystans. Nieraz budził w nocy swojego dziesięcio- czy jedenastoletniego przyjaciela jedynie po to, żeby we łzach wylać przed nim swoje zranione uczucia albo wyjawić mu jakiś domowy sekret, nie zważając, że to już rzecz całkiem niedopuszczalna. Padali sobie w ramiona i płakali razem. Chłopiec wiedział, że matka bardzo go kocha, lecz wątpię, by sam ją kochał. Rozmawiała z nim rzadko, mało czego mu odmawiała, zawsze jednak jakoś boleśnie czuł na sobie jej pilnie go obserwujące spojrzenie. W kwestiach edukacji i rozwoju moralnego matka zresztą pokładała ufność w Stiepanie Trofimowiczu. Wtenczas jeszcze wierzyła w niego absolutnie. Pedagog, jak wolno sądzić, po trosze rozstroił nerwy swego wychowanka. Kiedy go, po ukończeniu lat szesnastu, odwieziono do liceum, był wątły i blady, dziwnie cichy i skłonny do zamyślenia. (W przyszłości miał się odznaczać nadzwyczajną siłą fizyczną). Wolno też przypuszczać, że nocami przyjaciele, padając sobie w ramiona, płakali nie tylko nad jakimiś tam domowymi anegdotkami. Stiepan Trofimowicz potrafił poruszyć w sercu przyjaciela najgłębsze struny i wzbudzić w nim pierwsze, jeszcze niesprecyzowane doznanie tej odwiecznej, świętej tęsknoty, której zasmakowawszy, niejedna dusza wybrana nie odda już później nigdy w zamian za tanią satysfakcję. (Są i tacy amatorzy, którzy cenią tę tęsknotę wyżej od najradykalniejszej satysfakcji, gdyby nawet taka była możliwa). Tak czy owak, dobrze się stało, że pisklę, acz późno, oddzielono wreszcie od mistrza.

Z liceum w pierwszych dwóch latach młody człowiek przyjeżdżał na wakacje. Podczas petersburskiej ekspedycji Warwary Pietrowny i Stiepana Trofimowicza bywał na wieczorach literackich u mamuni, słuchał i obserwował. Mówił mało, jak dawniej cichy i nieśmiały. Wierchowienskiemu okazywał po dawnemu czułe oddanie, ale już nie bez pewnej rezerwy: w rozmowie z nim unikał wzniosłych kwestii i wspomnień przeszłości. Po ukończeniu liceum wstąpił na życzenie mamuni do wojska i wkrótce został przyjęty do jednego z najświetniejszych kawaleryjskich pułków gwardii. Nie odwiedził matki, żeby pokazać się w mundurze, i coraz rzadziej pisywał z Petersburga. Warwara Pietrowna nie żałowała mu pieniędzy, acz po zniesieniu poddaństwa dochody z jej majątków tak się skurczyły, że w pierwszych latach nie osiągały nawet połowy uprzedniego stanu. Posiadała zresztą, zgromadzony dzięki długoletniej oszczędności, wcale spory kapitał. Bardzo się troskała o powodzenie syna w petersburskim wyższym świecie. Czego sama nie osiągnęła, to osiągnął młody oficer, bogaty i rokujący nadzieje. Odnowił takie koneksje, o których ona nie mogła nawet marzyć, a wszędzie widziano go mile. Rychło jednak uszu Warwary Pietrowny dochodzić jęły przedziwne pogłoski: młody człowiek zaczął raptem hulać, i to w jakiś szalony sposób. Ani pił dużo, ani grał; opowiadano tylko o jakimś obłędnym rozpasaniu, o ludziach przejechanych przez kłusaki, o dzikim wybryku wobec pewnej damy z towarzystwa, z którą był w bliskich stosunkach, a później publicznie ją znieważył. To już była jakaś aż za bardzo brudna sprawa. Dodawano ponadto, że celowo szuka zwady, zaczepia i obraża ludzi dla samej przyjemności obrażania. Warwara Pietrowna zamartwiała się i rozpaczała. Stiepan Trofimowicz zapewniał ją, że to tylko pierwsze gwałtowne porywy osobowości zbyt bogatej, że morze się uciszy i że wszystko to przypomina młodość księcia Harry'ego, co to hulał z Falstaffem, Poinsem i panią Quickly, opisanymi przez Szekspira71. Warwara Pietrowna tym razem nie zawołała "głupstwa, głupstwa!", jak ostatnimi czasy zwykła pokrzykiwać na Stiepana Trofimowicza, lecz owszem, wysłuchała jego słów z wielką uwagą, kazała sobie wszystko objaśnić szczegółowo, sama wzięła Szekspira i z niezwykłym skupieniem przeczytała nieśmiertelną kronikę. Kronika jednak nie dała jej ukojenia, podobieństw zresztą nie dopatrzyła się zbyt wielu. Gorączkowo wyczekiwała odpowiedzi na kilka swych listów. Odpowiedzi nie kazały na siebie czekać; wkrótce nadeszła tragiczna wiadomość, iż książę Harry miał niemal równocześnie dwa pojedynki, oba z własnej wyłącznie winy, zabił jednego ze swoich przeciwników, a drugiego okaleczył, skutkiem zaś takich poczynań stanął przed sądem. Sprawa zakończyła się degradacją, oddaniem w sołdaty z pozbawieniem praw i zsyłką na służbę w jednym z szarych pułków piechoty, i to tylko przez szczególną łaskę.

W roku sześćdziesiątym trzecim72 udało mu się jakoś tam odznaczyć; dali mu krzyżyk i awans na kaprala, a później jakoś już rychło szarżę oficerską. Za ten czas Warwara Pietrowna wyprawiła do stolicy pewno z setkę listów z prośbami i błaganiami. W tak niezwyczajnym przypadku pozwoliła sobie nieco spuścić z tonu. Po awansie oficerskim młody człowiek ni stąd, ni zowąd podał się do dymisji, do Skworieszników znowuż nie zawitał, a do matki całkiem już się przestał odzywać. Wywiedziano się nareszcie drogą pośrednią, że z powrotem jest w Petersburgu, aliści w dawnym towarzystwie w ogóle już się nie pokazywał; gdzieś się zaszył. Wytropiono, że mieszka w jakiejś dziwnej kompanii, zadaje się z jakimiś petersburskimi szumowinami, z jakimiś urzędniczynami bez butów, dymisjonowanymi wojskowymi, co zgoła szlachetną modą upraszają o wsparcie, z pijakami, bywa w ich brudnych rodzinach, dnie i noce spędza w zakazanych spelunkach i Bóg wie jakich niepięknych dzielnicach, zaniedbany, wyszargany, i że najwidoczniej tak mu się podoba. Nie prosił matki o pieniądze; miał swój mająteczek - dawną wioszczynę generała Stawrogina, która od biedy przynosiła trochę dochodu i którą ponoć wypuścił w dzierżawę pewnemu Niemcowi z Saksonii. Matka ubłagała go nareszcie, żeby do niej przyjechał, książę Harry objawił się więc w naszym mieście. Wtenczas właśnie ujrzałem go po raz pierwszy, wcześniej nie miałem okazji.

Był to bardzo przystojny młody człowiek lat około dwudziestu pięciu. Przyznam, że byłem olśniony. Spodziewałem się jakiegoś brudnego obdartusa, wymizerowanego skutkiem rozpusty i cuchnącego wódką, a tu stanął przede mną najwytworniejszy dżentelmen, jakiego w życiu widziałem, świetnie ubrany, z manierami pana przyzwyczajonego do najwytworniejszego sposobu bycia. Nie tylko ja byłem zdumiony: zdumiało się całe miasto, które, ma się rozumieć, znało już na wyrywki cały życiorys imć pana Stawrogina, i to z takimi szczegółami, że nie sposób było pojąć, skąd się wzięły, a co najdziwniejsza, w połowie odpowiadały one prawdzie. Nasze damy potraciły głowy dla nowego gościa. Podzieliły się na dwa przeciwstawne stronnictwa - w jednym go ubóstwiano, w drugim darzono krwawą nienawiścią; głowę jednak straciły dlań obie fakcje. Jedne panie kusiła zwłaszcza jakaś tragiczna tajemnica, którą on być może piastuje w duszy; drugim podobało się konkretnie to, że jest zabójcą. Wyszło też na jaw, że edukację odebrał nader staranną; miał nawet pewną wiedzę. Nie trzeba było, rzecz oczywista, dużej wiedzy, by nam imponować; umiał jednak sformułować pogląd w interesujących sprawach dnia powszedniego, i to, co najcenniejsze, pogląd uderzająco rozsądny. Rzecz szczególna, wszyscy u nas, nieledwie od pierwszego dnia, uznali go za człowieka niezwykle rozsądnego. Był niezbyt rozmowny, elegancki bez przesadnego wykwintu, zadziwiająco skromny, a zarazem śmiały i pewny siebie, jak nikt z naszych. Nasze złote ptaki zerkały na niego z zawiścią i całkiem przy nim szarzały. Olśniła mnie też jego twarz: włosy miał jakieś takie aż nadto czarne, jasne oczy jakieś takie aż nadto jasne i spokojne, cerę jakąś taką aż nadto delikatną i białą, rumieniec aż nadto jaskrawy i czysty, zęby jak perły, wargi jak z koralu - rzekłby kto, chłopak jak malowanie, a jednocześnie jakiś odstręczający w tej urodzie. Mówiło się, że jego twarz przypomina maskę; wiele się zresztą mówiło; między innymi o jego niezwykłej sile fizycznej. Wzrostu był niemal wysokiego. Warwara Pietrowna patrzała nań z dumą, ale też z ustawicznym niepokojem. Przemieszkał u nas z pół roku - nieruchawo, cicho, dosyć ponuro; bywał w towarzystwie i z nienaganną skrupulatnością spełniał wymogi naszej prowincjonalnej etykiety. Przez ojca był spowinowacony z gubernatorem, toteż przyjęty został w jego domu jak bliski krewny. Minęło jednak kilka miesięcy, a bestia pokazała pazury.

Nadmienię tu w nawiasie, że nasz zacny, łagodny Iwan Osipowicz, poprzedni nasz gubernator, miał w sobie coś z baby, ale z dobrym nazwiskiem i koneksjami - czym też tłumaczy się fakt, że tyle lat u nas przesiedział, ustawicznie opędzając się obiema rękami od wszelkiej pracy. Kordialnością i gościnnością pasowałby raczej na marszałka szlachty z dawnych dobrych czasów, a nie na gubernatora w tak zmiennej jak nasza epoce. W mieście wciąż się mówiło, że gubernią rządzi nie on, ale Warwara Pietrowna. Była to zgrabna złośliwość, choć oczywista nieprawda. Czy to zresztą mało w tej sprawie wytężano u nas dowcip! A Warwara Pietrowna w ostatnich latach, mimo wielkiego szacunku, jaki budziła w towarzystwie, z ostentacją i premedytacją wyrzekła się właśnie wszelkich wyższych celów i dobrowolnie narzuciła sobie ścisły rygor izolacji. Zamiast celów wyższych raptem zaczęła się zajmować gospodarką i w parę lat podniosła rentowność swego majątku niemalże do dawniejszego poziomu. Zamiast uprzednich poetycznych porywów (wyprawy do Petersburga, pomysły z wydawaniem czasopisma itd.) zaczęła ciułać i oszczędzać. Oddaliła nawet Stiepana Trofimowicza, pozwalając mu wynająć mieszkanie w innym domu (o co od dawna już się jej naprzykrzał pod różnymi pretekstami). Pomału Stiepan Trofimowicz zaczął ją tytułować prozaiczną kobietą albo jeszcze bardziej żartobliwie: "swoją prozaiczną przyjaciółką". Na te żarty, ma się rozumieć, pozwalał sobie wyłącznie z pełnym uszanowaniem, długo wypatrując sposobnej chwili.

My, osoby bliskie, rozumieliśmy - a Stiepan Trofimowicz dotkliwiej niż my wszyscy - że syn stał się teraz dla niej jak gdyby uosobieniem nowej nadziei, a nawet jakiegoś nowego marzenia. Namiętne przywiązanie do syna datowało się od jego powodzeń w petersburskich salonach, a wzmogło się szczególnie po nadejściu wiadomości o jego zdegradowaniu. Najwyraźniej jednak bała się go i wydawała się przy nim służką. Widać było, że boi się czegoś niejasnego, zagadkowego, czego sama nie umiałaby określić. Wielekroć niepostrzeżenie i bacznie przypatrywała się Nicolas, ważyła coś i rozstrzygała w myślach... Aż raptem bestia pokazała pazury.

II

Nasz książę raptem, ni stąd, ni zowąd, dopuścił się paru niewiarygodnie zuchwałych wybryków wobec różnych osób, a co najważniejsze, były to właśnie wybryki niesłychane, do niczego nie podobne, zupełnie nie takie, jakie zwykle są w obiegu, całkiem sztubackie i niestosowne, i to diabli wiedzą, czym spowodowane, w ogóle bez najmniejszego pretekstu. Jeden z najczcigodniejszych nestorów naszego klubu, Pawieł Pawłowicz Gaganow, człowiek leciwy i nawet zasłużony, miał niewinny zwyczaj powtarzać z zapałem co drugie słowo: "Nie, za przeproszeniem, nikt mnie nie będzie wodzić za nos!". No i dobrze. Aliści razu pewnego w klubie, kiedy w jakimś aktualnym kontekście wypowiedział ową sentencję w gronie zgromadzonych wokół niego bywalców (a wszystko to byli ludzie szacowni), Nikołaj Wsiewołodowicz, który stał samotnie z boku, a nikt się doń nie zwracał, raptem podszedł do Pawła Pawłowicza, niespodziewanie, ale mocno chwycił go za nos dwoma palcami i powlókł za sobą parę kroków po salonie73. Nie mógł żywić żadnej urazy do pana Gaganowa. Można by sądzić, że to czyste sztubactwo, rozumie się, niewybaczalne; jednakowoż później opowiadano, że w momencie operacji był akurat niemal zamyślony, "jakby zwariował"; to jednak przypomniano i uprzytomniono sobie w długi czas potem. Z początku, na gorąco, wszyscy zapamiętali dopiero drugi moment, kiedy już z pewnością z wszystkiego zdawał sobie sprawę, a nie tylko się nie speszył, lecz owszem, uśmiechał się złośliwie i wesoło, "bez cienia skruchy". Podniósł się przeokropny hałas; otoczono go zewsząd. Nikołaj Wsiewołodowicz obracał się i rozglądał wokoło, nie odpowiadając nikomu i z ciekawością przypatrując się krzyczącym. Nareszcie znowuż chyba się zastanowił - tak w każdym razie o tym opowiadano - zmarszczył brwi, twardym krokiem podszedł do upokorzonego Pawła Pawłowicza i prędko, z widoczną przykrością, wymamrotał:

- Pan, oczywista, wybaczy... Doprawdy nie wiem, co mnie nagle napadło... co za głupstwo...

Niedbały ton przeprosin równał się nowej zniewadze. Krzyk podniósł się jeszcze większy. Nikołaj Wsiewołodowicz wzruszył ramionami i wyszedł.

Bardzo głupie to wszystko było, nie mówiąc już o skandalu - skandalu z premedytacją wykalkulowanym, jak widać było od razu, a mającym najwyraźniej stanowić rozmyślną, szczególnie zuchwałą zniewagę dla całego naszego towarzystwa. Tak też to wszyscy odebrali. Zaczęło się od tego, że niezwłocznie a jednomyślnie usunięto pana Stawrogina z grona członków klubu; następnie postanowiono w imieniu całego klubu zwrócić się do gubernatora i prosić go (nie czekając formalnych rozstrzygnięć na drodze sądowej), by niezwłocznie okiełznał szkodliwego "hultaja, stołecznego awanturnika, używając w tym celu wszelkich pozostających w jego dyspozycji środków przymusu administracyjnego, a tym samym uchronił na przyszłość przed szkodliwym zamachem spokój całego przyzwoitego towarzystwa w naszym mieście". Ze złośliwą niewinnością nadmieniano przy tym, iż "może i na pana Stawrogina znajdzie się jakieś prawo". Ten to właśnie frazes przygotowano dla gubernatora, żeby wbić mu szpilę za Warwarę Pietrownę. Wałkowano to z lubością. Gubernatora jak na złość akurat nie było w mieście; wyjechał niedaleczko na chrzciny u pewnej interesującej a niedawnej wdowy, którą mąż pozostawił był w ciekawej sytuacji; wiadomo jednak było, że gubernator wkrótce wróci. W oczekiwaniu tego faktu urządzono czcigodnemu a znieważonemu Pawłowi Pawłowiczowi istną owację: obejmowano go i całowano; całe miasto obozowało u niego z wizytą. Projektowano już nawet na jego cześć składkowy obiad i tylko na jego usilne prośby odstąpiono od tego zamiaru - może wpadli wreszcie na to, że tak czy owak, nieszczęśnika jednakowoż wodzono za nos, a co za tym idzie, nie bardzo jest co świętować.

Aliści jak w ogóle do tego doszło? Jakże mogło dojść do czegoś podobnego? Rzecz szczególna, nikt u nas, w całym mieście, nie uznał tego wariackiego czynu za przejaw obłędu. A zatem po Nikołaju Wsiewołodowiczu, i to przy zdrowych zmysłach, ludzie skłonni się byli spodziewać takich właśnie czynów. Co do mnie, i dziś nie umiem tego wytłumaczyć, nawet wziąwszy na wzgląd zdarzenie, które, zdawać się mogło, wszystko niebawem objaśniło i wszystkich, rzekłby kto, usatysfakcjonowało. Nadmienię też, że w cztery lata później Nikołaj Wsiewołodowicz na moje ostrożne pytanie o ten dawny przypadek w klubie odparł zachmurzony: "Tak, byłem wtedy nie całkiem zdrów". Nie ma co jednak wybiegać w przyszłość.

Ciekawy był też z mojego punktu widzenia ów wybuch powszechnej nienawiści, z jaką wszyscy u nas naskoczyli wtenczas na "hultaja i stołecznego awanturnika". Koniecznie chciano się dopatrzeć zuchwałej premedytacji i wykalkulowanego zamiaru obrażenia całego towarzystwa hurtem. Faktycznie nie przypadł ten człowiek nikomu do serca, lecz owszem, wszystkich do siebie zraził - i to czym, myślałby kto? Do tego ostatniego przypadku nigdy nawet z nikim się nie posprzeczał i nikogo nie obraził, a co do grzeczności, to grzeczny był jak kawaler z modnego obrazka, gdyby tylko ów zdołał przemówić. Ani chybi znienawidzono go za dumę. Nawet nasze damy, co to zaczęły od uwielbienia, teraz podnosiły przeciwko niemu krzyk gorzej od mężczyzn.

Na Warwarze Pietrownie wywarło to okropne wrażenie. Wyznała później Stiepanowi Trofimowiczowi, że wszystkiego tego od dawna się spodziewała, dzień w dzień przez całe pół roku, i to nawet właśnie "czegoś w tym rodzaju" - ciekawe wyznanie jak na rodzoną matkę. "Zaczęło się!" - pomyślała z drżeniem. Nazajutrz rano po owym dramatycznym wieczorze w klubie wszczęła w tonie ostrożnym, acz stanowczym, zasadniczą rozmowę z synem, tymczasem zaś mimo stanowczości drżała, biedna, na całym ciele. Nocą nie zmrużyła oka, a z rana poszła nawet na naradę ze Stiepanem Trofimowiczem i rozpłakała się u niego, co nigdy jeszcze przy ludziach się jej nie zdarzyło. Tak bardzo chciała, żeby Nicolas przynajmniej coś jej powiedział, zaszczycił ją jakimś wytłumaczeniem. Nicolas, zawsze tak wobec matki grzeczny i pełen uszanowania, przez pewien czas słuchał jej ze zmarszczonymi brwiami, ale też z wielką powagą; raptem wstał, bez słowa odpowiedzi ucałował jej rękę i wyszedł. A tegoż dnia wieczorem jak na zamówienie trafił się drugi skandal, co prawda znacznie mniejszy i zwyczajniejszy od poprzedniego, wszelako skutkiem nastrojów powszechnych wzmógł on znacznie hałas w mieście.

Nawinął się więc nasz przyjaciel Liputin. Zjawił się u Nikołaja Wsiewołodowicza akurat po zasadniczej rozmowie tamtego z mamunią i usilnie prosił, by tegoż wieczoru Stawrogin raczył zaszczycić go przybyciem na małe przyjęcie z okazji urodzin żony. Warwara Pietrowna od dawna już z odrazą obserwowała u Nikołaja Wsiewołodowicza tendencję do tak marnych znajomości, nie śmiała jednak w tym względzie czynić mu żadnych uwag. Zdążył był już i poza tą figurą nawiązać pewne znajomości w kręgach trzeciego stanu naszego społeczeństwa, a nawet jeszcze niżej - ale taką już miał skłonność. U Liputina w domu dotychczas nie bywał, choć z nim samym się spotykał. Odgadł, że Liputin zaprasza go obecnie właśnie z powodu wczorajszego skandalu w klubie i że - jako miejscowy liberał - z powodu owego skandalu nie posiada się z zachwytu, szczerze sądzi, że tak właśnie należy traktować klubową starszyznę i że to jest bardzo piękne. Nikołaj Wsiewołodowicz roześmiał się i obiecał przyjechać.

Gości zebrał się cały tłum; ludziska niby niepozorne, a obcesowe. Ambitny i zawistny Liputin tylko dwa razy do roku spraszał gości, ale wtenczas już na nich nie oszczędzał. Gość najbardziej honorowy, Stiepan Trofimowicz, nie przybył z powodu choroby. Podawano herbatę, nie brakowało zakąsek i wódki; przy trzech stolikach grano w karty, a młodzież w oczekiwaniu kolacji urządziła tańce przy fortepianie. Nikołaj Wsiewołodowicz prosił do tańca madame Liputin - całkiem sobie kobietkę, która okropnie się przy nim płoniła - przetańczył z nią dwie tury, przysiadł się do niej, rozruszał ją, rozśmieszył. Spostrzegł wreszcie, jaka jest ładniutka, kiedy się śmieje, i raptem przy wszystkich zebranych objął ją w talii i pocałował w usta, ze trzy razy z rzędu, z lubością. Biedna kobiecina aż omdlała z popłochu74. Nikołaj Wsiewołodowicz wziął kapelusz, podszedł do osłupiałego wśród ogólnego zamętu małżonka, sam też się skonfundował na jego widok, wymamrotał w pośpiechu: "Niech się pan nie gniewa" - i wyszedł. Liputin wybiegł za nim do przedpokoju, własnoręcznie podał mu futro i kłaniając się, sprowadził ze schodów. Nazajutrz wszakże ta właściwie względnie niewinna historia znalazła dość zabawne uzupełnienie - uzupełnienie, które odtąd przysporzyło Liputinowi nawet niejakiego szacunku, on zaś już umiał obrócić go na własną korzyść.

Otóż mniej więcej o dziesiątej rano w domu pani Stawrogin zjawiła się Agafia, służąca Liputina, babina pyskata, dziarska i rumiana, lat ze trzydziestu, przysłana z wiadomością do Nikołaja Wsiewołodowicza i koniecznie żądająca "widzieć go, za przeproszeniem, własnoosobiście". Bardzo bolała go głowa, ale wyszedł do niej. Przesłanie zostało oznajmione w przytomności Warwary Pietrowny - tyle udało się jej osiągnąć.

- Siergiej Wasiljicz (czyli Liputin) - dziarsko zatrajkotała Agafia - w pierwszych słowach kazali się panu szanownemu bardzo kłaniać i o zdrowie, za przeproszeniem, pytać, jak się panu po wczorajszem spało i jak dzisiaj po wczorajszem szanownego pana samopoczucie?

Nikołaj Wsiewołodowicz uśmiechnął się.

- Kłaniaj się i podziękuj, i powiedz, Agafio, ode mnie swojemu panu, że jest najmądrzejszym człowiekiem w całym mieście.

- A pan naprzeciwko kazał jak raz na to, za przeproszeniem, szanownemu panu powiedzieć - podjęła Agafia tonem jeszcze bardziej rezolutnym - że on to i bez pana wie i panu tego samego życzy.

- Masz tobie! Jakże on mógł wiedzieć, co ci powiem?

- Już ja go tam nie wiem, jakim on się sposobem, za przeproszeniem, wywiedział, ale jakem wyszła i już do końca ulicy dochodziłam, to słyszę, że on za mną goni, za przeproszeniem, bez kaszkietu: "Ty, powiada, uważasz, Agafiuszka, jak ci z desperancji powiedzą, że niby przekaż swojemu panu, że jest najmądrzejszy w całym mieście, to pamiętaj zaraz na to odpowiedzieć, że sami o tym najlepiej wiemy i panu, za przeproszeniem, tego samego życzymy...".

III

Doszło też wreszcie do zasadniczej rozmowy z gubernatorem. Nasz zacny, łagodny Iwan Osipowicz właśnie wrócił do miasta i właśnie zdążył wysłuchać gorącej skargi klubu. Coś bezspornie należało przedsięwziąć, on jednak wpadł w popłoch. Nasz gościnny starowina też chyba miał stracha przed młodym powinowatym. Postanowił jednakowoż skłonić go do przeproszenia klubu i osoby obrażonej, byleby w satysfakcjonującej formie, w razie potrzeby nawet na piśmie; potem zaś łagodnie namówić go, by nas opuścił, udając się w podróż, na przykład w celach krajoznawczych do Włoch, a w ogóle gdzieś za granicę. W salonie, w którym przyjął tym razem Nikołaja Wsiewołodowicza (kiedy indziej ten na prawach krewnego swobodnie poruszał się po całym domu), dobrze ułożony Alosza Tielatnikow, urzędnik, a zarazem przyjaciel panagubernatorskiego domu, w kącie przy stoliku otwierał koperty; w sąsiednim zaś pokoju, przy oknie położonym najbliżej drzwi salonu, usadowił się pewien przyjezdny, zażywny i krzepki pułkownik, druh i dawny kolega z wojska Iwana Osipowicza; czytał "Gołos"75, ma się rozumieć, w najmniejszej mierze nie zważając na to, co się dzieje w salonie; nawet siedział odwrócony plecami. Iwan Osipowicz zaczął z daleka, niemal szeptem, mimo wszystko jednak trochę się lękał. Nicolas miał minę bardzo nieuprzejmą, zupełnie nie jak krewny, był blady, siedział z oczyma wbitymi w ziemię i słuchał, marszcząc brwi, jakby walczył z silnym bólem.

- Serce ma pan zacne, Nicolas, i szlachetne - nadmienił między innymi starowina - jest pan człowiekiem arcywykształconym, obracał się pan w wyższym świecie, a i tutaj dotychczas był pan wzorem manier i w ten sposób uspokoił pan serce drogiej nam wszystkim pańskiej mateczki... I raptem teraz wszystko jawi się znów w takim zagadkowym i niebezpiecznym dla wszystkich świetle! Mówię to jako przyjaciel pańskiego domu, jako człowiek starszy, szczerze panu oddany, jako pański krewny, na którego nie ma się co obrażać... Niechże pan powie, co pana pobudza do takich wyskoków, nie stosujących się do żadnych przyjętych norm i obyczajów? Cóż mają oznaczać takie postępki całkiem jak w malignie?

Nicolas słuchał z urazą i zniecierpliwieniem. Raptem oko błysło mu jakoś tak chytrze i drwiąco.

- Chyba mogę powiedzieć, co mnie pobudza - przemówił posępnie, obejrzał się i nachylił do ucha Iwana Osipowicza.

Dobrze ułożony Alosza Tielatnikow cofnął się jeszcze o trzy kroki w stronę okna, a pułkownik kaszlnął za zasłoną gazety. Biedny Iwan Osipowicz pośpiesznie i ufnie nadstawił ucha; okrutnie był ciekawski. I wtedy właśnie zdarzyła się rzecz całkiem niewiarygodna, choć z drugiej strony, w pewnym sensie aż nadto oczywista. Starowina raptem poczuł, że Nicolas, zamiast zwierzyć mu szeptem jakiś fascynujący sekret, ni stąd, ni zowąd uchwycił zębami i całkiem mocno ścisnął nimi górną część panagubernatorskiego ucha. Zadrżał, dech zaparło mu w piersiach.

- Nicolas, co to za żarty! - jęknął machinalnie nieswoim głosem.

Alosza i pułkownik nie zdążyli się jeszcze połapać, z daleka zresztą nie widzieli, toteż do końca myśleli, że tamci coś sobie szepczą; niepokoił ich jednak wyraz rozpaczy na twarzy starego. Wytrzeszczyli na siebie oczy, niepewni, czy mają biec z pomocą, jak było umówione, czy jeszcze zaczekać. Nicolas być może to dostrzegł i ścisnął ucho jeszcze boleśniej.

- Nicolas, Nicolas! - jęknęła znów ofiara - no, już... pożartowałeś i dosyć...

Jeszcze chwila, a biedaczysko niechybnie umarłby z przerażenia; ale wyrodek się ulitował i puścił ucho. Cały ten śmiertelny strach trwał jak nic pełną minutę, a potem stary dostał jakiegoś ataku. W pół godziny później Nicolas został jednak aresztowany i odstawiony na razie na odwach, gdzie zamknięto go w osobnej klitce pod strażą osobnego szyldwacha. Surowa to była decyzja, ale nasz poczciwy zwierzchnik tak się nasrożył, że postanowił wziąć na siebie odpowiedzialność nawet w obliczu samej Warwary Pietrowny. Ku ogólnemu zdumieniu damę tę, skoro z pośpiechem i nieukontentowaniem przybyła do gubernatora celem niezwłocznych wyjaśnień, odprawiono od ganku z kwitkiem; z tym, nie wysiadając nawet z karety, wróciła do domu, nie mogąc uwierzyć w to, co ją spotkało.

Aż wreszcie wszystko się wyjaśniło! O drugiej w nocy aresztant, dotychczas nad podziw spokojny - pospał nawet krzynę - raptem wszczął hałas, zaczął wściekle tłuc w drzwi pięściami, z nadnaturalną siłą wyrwał z okienka w drzwiach żelazną kratę, stłukł szybę i pokaleczył sobie ręce. Kiedy oficer dyżurny nadbiegł ze strażą i z kluczami i kazał otworzyć kazamatę, żeby złapać i związać furiata, okazało się, że ten ma napad białej gorączki; odstawiono go z powrotem do mamuni. Wszystko od razu stało się jasne. Wszyscy trzej nasi doktorzy orzekli, że i trzy dni wcześniej chory mógł już działać jak w malignie, a choć na pozór zachowywał przytomność, a nawet przebiegłość, to już nie zdrowy rozsądek i wolę, o czym zresztą świadczyły fakty. A zatem to Liputin pierwszy bodaj odgadł prawdę. Iwan Osipowicz, z natury delikatny i czułego usposobienia, popadł w wielką konfuzję; rzecz ciekawa jednak, on także miał Nikołaja Wsiewołodowicza za człowieka zdolnego do każdego szaleństwa w pełni świadomości. W klubie również się wstydzono i zdumiewano, jak to oni wszyscy przeoczyli to, co biło w oczy, i nie wpadli na jedyne możliwe wytłumaczenie wszystkich dziwactw. Pojawiło się też oczywiście paru sceptyków, ale niedługo wytrwali w swoich wątpliwościach.

Nicolas przeleżał dwa miesiące z górą. Z Moskwy sprowadzono na konsylium sławnego lekarza; całe miasto zdążyło odwiedzić Warwarę Pietrownę. Wybaczyła. Miało się ku wiośnie, kiedy Nicolas całkiem już ozdrowiał i bez najmniejszego sprzeciwu zgodził się na propozycję mamuni wyjechać w podróż do Włoch. Uprosiła go też, by wszystkim u nas złożył pożegnalne wizyty, a przy tym, ile można i gdzie trzeba, przeprosił. Nicolas przystał na to bardzo chętnie. W klubie wiedziano, że w sposób arcydelikatny rozmówił się z Pawłem Pawłowiczem Gaganowem u tamtego w domu, Gaganow zaś całkowicie zadowolił się jego przeprosinami. Rozjeżdżając z wizytami, Nicolas minę miał bardzo poważną, a nawet nieco posępną. Wszyscy przyjmowali go na pozór serdecznie, ale Bóg wie czemu nie bez konfuzji, ciesząc się w duchu, że wyjeżdża do Włoch. Iwan Osipowicz nawet uronił łezkę, ale, nie wiedzieć czemu, nie odważył się go uścisnąć nawet przy ostatnim pożegnaniu. Po prawdzie pozostało u nas jednak parę osób przekonanych, że bezecnik po prostu zadrwił ze wszystkich, a z tą chorobą jest coś nie tak. Zajechał też do Liputina.

- Niech pan powie - zagadnął go - jakim cudem mógł pan przewidzieć, co powiem o pańskiej mądrości, i nauczyć Agafię odpowiedzi?

- A takim cudem - roześmiał się Liputin - że przecież ja też mam pana za człowieka rozumnego, mogłem więc przewidzieć pańską odpowiedź.

- Mimo wszystko to wspaniała zgodność. Ale za pozwoleniem: kiedy więc pan przysłał Agafię, uważał mnie pan za człowieka rozumnego, a nie za wariata?

- Za jak najrozumniejszego i jak najrozsądniejszego. Udawałem tylko, że wierzę w pańską niepoczytalność... Pan zresztą sam zaraz odgadł moje myśli i przysłał mi przez Agafię patent na dowcip.

- Co do tego pan się nieco myli; w rzeczy samej... byłem niezdrów... - wymamrotał Nikołaj Wsiewołodowicz, marszcząc brwi. - Ba! - zawołał - czy pan rzeczywiście sądzi, że przy zdrowych zmysłach zdolny jestem rzucać się na ludzi? Po cóż to?

Liputin skrzywił się i nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Nicolas nieco pobladł, albo tak się tylko zdawało rozmówcy.

- Tak czy owak, ma pan bardzo zabawny sposób myślenia - podjął Nicolas. - A co do Agafii, naturalnie rozumiem, że przysłał ją pan, żeby mi naurągała.

- Chyba, za przeproszeniem, nie miałem pana wyzwać na pojedynek?

- Ach, tak, fakt! Przecież słyszałem coś o tym, że pan nie gustuje w pojedynkach...

- A po co tłumaczyć z francuskiego? - znów skrzywił się Liputin.

- Więc to w imię narodowej swoistości?

Liputin skrzywił się jeszcze bardziej.

- Ba, ba! Cóż ja widzę! - zawołał Nicolas, spostrzegłszy raptem na najwidoczniejszym miejscu, na stoliku, tom Considéranta76. - Czy pan nie furierzysta? To dopiero! A więc to nie jest właśnie przekład z francuskiego? - roześmiał się, pukając palcem w książkę.

- Nie, to nie jest przekład z francuskiego! - z jakąś nieledwie złością zerwał się z miejsca Liputin. - To będzie przekład, uważa pan, z języka ogólnoludzkiego, a nie tylko z francuskiego! Z języka ogólnoludzkiej republiki socjalnej i harmonii, uważa pan! Nie tylko z francuskiego!...

- E, do diabła, przecież taki język w ogóle nie istnieje! - śmiał się dalej Nicolas.

Zdarza się czasem, że błahy nawet szczegół wyłącznie i na długo zawładnie wyobraźnią. O imć panu Stawroginie to, co najgłówniejsze, powiemy niżej; teraz jednakowoż podkreślę jako kuriozum, iż ze wszystkich wrażeń całego tego czasu, który spędził był w naszym mieście, najwyraziściej odcisnęła się w jego pamięci niepozorna i nędznawa raczej figurka gubernialnego urzędniczyny, na łonie rodziny - zazdrośnika i grubiańskiego despoty, harpagona i lichwiarza, trzymającego pod kluczem resztki z obiadu i ogarki, a zarazem zaciekłego sektanta Bóg wie jakiej przyszłej "socjalnej harmonii", który nocami upajał się zachwytem nad fantastycznymi obrazkami przyszłego falansteru, w którego jak najrychlejsze powstanie w Rosji i w naszej guberni wierzył jak w swoje własne istnienie. I to tam, gdzie przecież sam "po domu" ciułał grosz do grosza, gdzie ożenił się po raz drugi, żeby wziąć pieniążki w posagu, gdzie może w promieniu stu wiorst, począwszy od niego, nie trafiłby się człowiek choćby tylko z wyglądu podobny do przyszłego udziałowca "światowo-ogólnoludzkiej socjalnej republiki i harmonii".

"Bóg wie, skąd się ci ludzie biorą!" - zdumiewał się w duchu Nicolas, wspominając czasem niespodziewanego furierzystę.

IV

Nasz książę wojażował przez trzy z górą lata, w mieście więc o nim niemal zapomniano. Co do nas, wiedzieliśmy od Stiepana Trofimowicza, że Stawrogin zjeździł wzdłuż i w poprzek całą Europę, był nawet w Egipcie i zajrzał do Jerozolimy; później przykleił się gdzieś tam do jakiejś uczonej ekspedycji do Islandii i faktycznie Islandię odwiedził. Mówiło się też, że przez jedną zimę słuchał wykładów w pewnym niemieckim uniwersytecie. Do matki pisał rzadko - raz na pół roku albo nawet rzadziej; ale Warwara Pietrowna nie gniewała się o to i nie obrażała. Akceptowała z pokorą i bez szemrania raz na zawsze ustaloną postać stosunków z synem, choć oczywiście dzień w dzień przez te trzy lata ustawicznie się niepokoiła, tęskniła i marzyła o swoim Nicolas. Nie dzieliła się z nikim marzeniami ani strapieniami. Poniekąd nawet oddaliła się na pozór od Stiepana Trofimowicza. Snuła w myślach jakieś plany, skąpstwo jej wzrosło, a przegranymi w karty Stiepan Trofimowicz budził w niej coraz większą irytację.

Nareszcie w kwietniu tego roku odebrała list z Paryża od pani generałowej Praskowii Iwanowny Drozdow, przyjaciółki z lat dziecięcych. W liście swym Praskowia Iwanowna - z którą Warwara Pietrowna nie widywała się i nie korespondowała już z osiem lat - powiadamiała ją, iż Nikołaj Wsiewołodowicz jest mile widziany w ich domu i przyjaźni się z Lizą (jej córką jedynaczką), latem zaś zamierza im towarzyszyć w Szwajcarii, w Vernex-Montreux77, nie bacząc na to, że w rodzinie hrabiego K... (osobistości nader w Petersburgu wpływowej), przebywającego obecnie w Paryżu, przyjmowany jest jak syn rodzony, że aż niemal mieszka u hrabiego. List był krótki i zdradzał wyraźnie swój cel, choć okrom przytoczonych wyżej faktów nie zawierał żadnych konkluzji. Warwara Pietrowna długo się nie namyślała, raz-dwa postanowiła i zebrała manatki, wzięła z sobą swoją wychowanicę Daszę (siostrę Szatowa) i w połowie kwietnia ruszyła do Paryża, a potem do Szwajcarii. Powróciła w lipcu sama, pozostawiwszy Daszę u pań Drozdow; panie Drozdow natomiast, wedle wiadomości, które przywiozła, obiecały przybyć do nas pod koniec sierpnia.

Drozdowowie byli także obywatelami ziemskimi naszej guberni, lecz obowiązki generała Iwana Iwanowicza (dawnego przyjaciela Warwary Pietrowny i towarzysza broni jej męża) ustawicznie stały na przeszkodzie, by nawiedzili kiedykolwiek swoje wspaniałe posiadłości. Po śmierci generała, która nastąpiła w poprzednim roku, nieutulona w żalu Praskowia Iwanowna ruszyła z córką za granicę, między innymi również w zamiarze odbycia kuracji winogronowej, której poddać się planowała w Vernex-Montreux późnym latem. Po powrocie zaś na ojczyzny łono zamierzała na stałe osiąść w naszej guberni. W mieście miała duży dom, który od wielu już lat stał pusty, z zabitymi oknami. Ludzie z nich byli majętni. Praskowia Iwanowna, primo voto pani Tuszyn, podobnie jak jej przyjaciółka z pensji Warwara Pietrowna, również była córką propinatora z minionej epoki i również wydała się za mąż z wielkim posagiem. Imć pan Tuszyn, sztabsrotmistrz w stanie spoczynku, sam też był osobą nie pozbawioną środków i nie bez pewnych zdolności. Przed śmiercią zapisał swej siedmioletniej jedynej córce Lizie okrągłą sumkę. Obecnie, kiedy Lizawieta Nikołajewna liczyła już sobie około dwudziestu dwóch lat, śmiało można ją było szacować na dwieście tysięcy rubli własnego kapitału, nie mówiąc o majątku, co dostać się jej miał z czasem po matce, która nie miała dzieci z drugiego małżeństwa. Warwara Pietrowna była na pozór wielce ukontentowana swoją podróżą. W swoim mniemaniu zdołała w sposób satysfakcjonujący dogadać się z Praskowią Iwanowną, a natychmiast po przyjeździe wszystko oznajmiła Stiepanowi Trofimowiczowi; była nawet wobec niego nader wylewna, co już od dawna się jej nie zdarzało.

- Hura! - zawołał Stiepan Trofimowicz i pstryknął palcami.

Usposobiony był tym więcej entuzjastycznie, że cały czas rozłąki z przyjaciółką minął mu w czarnej melancholii. Wyjeżdżając za granicę, nawet się z nim nie pożegnała jak należy ani nie zwierzyła się ze swoich planów, być może w obawie, że "ta baba" wszystko wypaple. Zła była nań o znaczną sumę przegraną w karty, co niespodzianie wyszło wówczas na jaw. Jeszcze jednak w Szwajcarii poczuła w głębi serca, że po powrocie trzeba będzie jakoś porzuconego przyjaciela wynagrodzić, tym bardziej że już od dawna traktowała go surowo. Śpieszne i zagadkowe rozstanie było nie lada ciosem dla oszołomionego, płochliwego serca Stiepana Trofimowicza, a tu jak na złość nadarzyły się też inne kłopoty. Dręczył się pewnym zastarzałym, nader znacznym zobowiązaniem finansowym, które bez pomocy Warwary Pietrowny ani sposób było uregulować. Co więcej, w maju tego roku dobiegło wreszcie końca gubernatorowanie naszego poczciwego, łagodnego Iwana Osipowicza; odwołano go, i to nawet nie bez nieprzyjemności. Następnie, pod nieobecność Warwary Pietrowny, odbył się ingres naszego nowego zwierzchnika, Andrieja Antonowicza von Lembke; zarazem zaś z miejsca nastąpiła też w naszym gubernialnym towarzystwie widoczna zmiana stosunku do Warwary Pietrowny, a co za tym idzie, również do Stiepana Trofimowicza. Przynajmniej zdążył już zebrać co nieco niemiłych, acz bezcennych spostrzeżeń i, jak się zdaje, sam jeden bez Warwary Pietrowny poczuł się nieswojo. Pełen niepokoju, podejrzewał, że nowemu gubernatorowi doniesiono już o nim jako o człowieku niebezpiecznym. Powziął pewną wiadomość, że niektóre nasze damy miały zamiar nie składać więcej wizyt Warwarze Pietrownie. Co do przyszłej pani gubernatorowej (której oczekiwano u nas dopiero w jesieni), mówiło się, że wprawdzie, jak słychać, drze nosa, ale też to prawdziwa arystokratka, nie jak "jakaś nasza nieszczęsna Warwara Pietrowna". Wszyscy wiedzieli z niezbitą pewnością, że nowa pani gubernatorowa i Warwara Pietrowna poznały się już były niegdyś w świecie i rozstały w nieprzyjaźni, już sama wzmianka o pani von Lembke sprawia więc na Warwarze Pietrownie bolesne wrażenie. Dziarska i zwycięska mina Warwary Pietrowny, wzgardliwa obojętność, z jaką wysłuchała wieści o opiniach naszych dam i o poruszeniu w towarzystwie, pokrzepiły spłoszonego Stiepana Trofimowicza i raz-dwa dodały mu animuszu. Z osobliwym, radośnie przypochlebnym humorem zaczął jej opisywać ingres nowego gubernatora.

- Niewątpliwie, excellente amiVIII, wie pani - mówił z kokieterią, wytwornie rozciągając słowa - co znaczy w ogóle rosyjski administrator, a w szczególności co znaczy rosyjski administrator prosto spod igły, to jest nowo upieczony, nowo mianowany... Ces interminables mots russes!...IX Wątpię jednak, czy mogła się pani przekonać w praktyce, co znaczy entuzjazm administracyjny78 i co to mianowicie za cudeńko?

- Entuzjazm administracyjny? Nie wiem, co to takiego.

- To jest... Vous savez, chez nous... En un motX, niech pani postawi jakąś najmarniejszą kreaturę, żeby sprzedawała choćby jakieś tam głupie bilety kolejowe, a ta kreatura natychmiast poczuje się w prawie spoglądać na panią z miną Jowisza, kiedy podejdzie pani po bilet, pour vous montrer son pouvoirXI. Że niby ja ci pokażę, kto tu rządzi... I to właśnie dochodzi w nich do administracyjnego entuzjazmu... En un mot, czytałem właśnie, że jakiś tam klecha w jednej z naszych zagranicznych cerkwi - mais c'est tr?s curieuxXII - wypędził, dosłownie wypędził z cerkwi pewną szanowaną angielską rodzinę, les dames charmantesXIII, tuż przed początkiem wielkopostnego nabożeństwa - vous savez ces chants et le livre de Job...XIV - wyłącznie pod tym pretekstem, że "włóczenie się cudzoziemców po rosyjskich cerkwiach to nieporządek" i że "mają przychodzić o wyznaczonej porze": doprowadził te damy do omdlenia... Otóż ten właśnie klecha działał w przystępie entuzjazmu administracyjnego, et il a montré son pouvoir...XV

- W miarę możności niech pan się streszcza, Stiepanie Trofimowiczu.

- Pan von Lembke wyruszył teraz w objazd guberni. En un mot, ten Andriej Antonowicz, chociaż to rosyjski Niemiec wyznania prawosławnego, a nawet - gotów jestem przyznać - mężczyzna wybitnie przystojny, w typie tych czterdziestolatków...

- Skądże znów przystojny? Oczy ma baranie.

- Najzupełniej. Jednakowoż niech będzie, ustępuję pola opinii naszych dam...

- Bardzo proszę, Stiepanie Trofimowiczu, dość już tego! Ale, ale, odkąd to pan nosi czerwone halsztuki?

- To... ja dopiero dzisiaj...

- A czy odbywa pan spacery? Robi pan po sześć wiorst dziennie, jak kazał doktór?

- Nie... nie zawsze.

- Wiedziałam! Już w Szwajcarii to przeczuwałam! - zawołała z irytacją. - Teraz będzie pan robił nie po sześć, ale po dziesięć wiorst! Okropnie się pan zaniedbał, o-krop-nie! To już nawet nie to, że się pan postarzał, ale zdziadział... to mnie uderzyło, kiedy pana teraz zobaczyłam, mimo pańskiego czerwonego halsztuka... quelle idée rouge!XVI Proszę dalej o Lembkem, o ile naprawdę ma pan coś do powiedzenia, i bardzo proszę kiedyś jednak skończyć; jestem zmęczona.

- En un mot, ja przecież tylko chciałem powiedzieć, że to jeden z tych początkujących po czterdziestce administratorów, co to przed czterdziestką wiodą jakiś nędzny żywot, aż tu raptem wyjdą na ludzi za sprawą nagle zyskanej małżonki albo jakimś innym, równie desperackim sposobem... To jest, on teraz wyjechał... to jest, o mnie, chcę powiedzieć, od razu mu naszeptali różni, że, wiadomo, deprawator młodzieży i rozsadnik gubernialnego ateizmu... Natychmiast kazał zasięgnąć wiadomości.

- Czyżby?

- Musiałem nawet przedsięwziąć pewne środki. Kiedy o pani "do-nie-siono", jakoby pani "rządziła gubernią", vous savezXVII - pozwolił sobie stwierdzić, że "nic takiego więcej się nie zdarzy".

- Tak powiedział?

- Że "nic takiego więcej się nie zdarzy" i avec cette morgue...XVIII Małżonki, Julii Michajłowny, wyglądamy tutaj pod koniec sierpnia, prosto z Petersburga.

- Z zagranicy. Spotkałyśmy się tam.

- Vraiment?XIX

- W Paryżu i w Szwajcarii. To krewna Drozdowów.

- Krewna? Co za zbieg okoliczności! Podobno ambitna i... ma wielkie stosunki?

- Głupstwo, stosuneczki! Czterdzieści pięć lat bez złamanego grosza przesiedziała na koszu, a teraz wyskoczyła za tego Lembkego i, oczywista, za cel główny ma teraz wykierować i jego na człowieka. Dwójka intrygantów.

- Podobno o dwa lata od niego starsza?

- O pięć. Jej matka w Moskwie obijała u mnie progi; za życia Wsiewołoda Nikołajewicza jak o łaskę błagała o zaproszenie na bal. A ta, zdarzało się, przez calutką noc tkwiła w kącie bez tańców, z tą swoją turkusową muchą na łbie, aż dopiero o trzeciej nad ranem z czystej litości podsyłałam jej pierwszego kawalera. Już wtenczas liczyła sobie ze dwadzieścia pięć latek, a wciąż jak dziewczynkę obwozili ją w krótkich sukieneczkach. Nie wypadało ich dłużej u siebie przyjmować.

- Jakbym widział tę muchę.

- Powiadam panu, przyjechałam i z miejsca natknęłam się na intrygę. Czytał pan przecież list pani Drozdow. Czy można było napisać jaśniej? I cóż zastaję? Już nawet sama Drozdowa, ten głuptas - zawsze był z niej skończony głuptas - patrzy się ze zdziwieniem: po co niby przyjechałam? Wystawi pan sobie moje zdumienie. A tu, widzę, kręci się ta cała Lembke, a przy niej ten tam kuzyn, siostrzeniec nieboszczyka Drozdowa - wszystko jasne! Rozumie się, raz-dwa naprawiłam sytuację i znowu mam Praskowię po swej stronie, ale co intryga, to intryga!

- Którą pani jednakowoż pokonała. Istny Bismarck z pani79!

- Nie jestem Bismarckiem, ale potrafię rozpoznać fałsz i głupotę, gdziekolwiek je napotkam. Lembke to fałsz, a Praskowia - głupota. Rzadko widywałam tak rozlazłe kobiety, na dobitkę nogi jej puchną i do tego jest poczciwa. Cóż głupszego niż głupi poczciwiec?

- Złośliwy głupiec, ma bonne amieXX, złośliwy głupiec jest jeszcze głupszy - mężnie oponował Stiepan Trofimowicz.

- Może i racja. Przecież pamięta pan Lizę?

- Charmante enfant!XXI

- Teraz już nie enfant, ale kobieta, i to kobieta z charakterem. Szlachetna i porywcza, a cenię w niej to, że nie ulega matce, tej naiwnej głuptasce. Właśnie z powodu tego kuzyna o mały włos nie zrobiła się afera.

- Ba, przecież właściwie on wcale nie jest krewnym Lizawiety Nikołajewny... Robi sobie jakieś nadzieje?

- Wie pan, to młody oficer, bardzo milkliwy, nawet skromny. Zawsze chcę być sprawiedliwa. On sam, jak mi się zdaje, jest przeciwny całej tej intrydze i niczego nie chce, a nakręciła ją tylko ta Lembke. On bardzo szanował Nicolas. Rozumie pan, wszystko zależy od Lizy, ale ją zostawiłam w znakomitym usposobieniu względem Nicolas, a ten obiecał mi, że bezwzględnie przyjedzie do nas w listopadzie. Wynika z tego, że intryguje tylko sama Lembke, a Praskowia jest ślepa i tyle. Powiada mi raptem, że wszystkie moje podejrzenia to czcza fantazja; a ja na to w oczy jej mówię, że głupia. Na Sądzie Ostatecznym mogłabym przysiąc. Gdyby nie prośby Nicolas, żebym na razie zostawiła tę rzecz, nie wyjechałabym stamtąd, zanim zdemaskuję tę obłudnicę. Przez protekcję Nicolas chciała się wcisnąć do hrabiego K., chciała poróżnić syna z matką. Ale Liza jest po naszej stronie, a z Praskowią się dogadałam. Wie pan, że Karmazinow jest jej krewnym?

- Jak to? Krewnym madame von Lembke?

- Tak właśnie. Dalekim.

- Karmazinow, ten nouvellisteXXII?

- No tak, ten pisarz, czemu pan się dziwi? Sam siebie ma za wielkość, oczywista. Dęta figura! Ona przyjedzie właśnie razem z nim, a teraz się tam z nim obnosi. Ma zamiar tutaj coś urządzić, jakieś tam zebrania literackie. On przyjedzie na miesiąc, ma tu sprzedać ostatni majątek ziemski. Omal się z nim nie spotkałam w Szwajcarii, a bardzo na to nie miałam ochoty. Mam zresztą nadzieję, że raczy mnie poznać. Dawnymi czasy pisywał do mnie listy, bywał w domu. Życzyłabym sobie, Stiepanie Trofimowiczu, żeby pan się lepiej ubierał; z każdym dniem jest pan bardziej niechlujny... O, jak mnie pan męczy! Co pan teraz czyta?

- Ja... ja...

- Rozumiem. Jak dawniej przyjaciele, jak dawniej pijatyki, klub i karty, i reputacja ateisty. Nie podoba mi się ta reputacja, Stiepanie Trofimowiczu. Nie życzę sobie, żeby tytułowano pana ateistą, zwłaszcza obecnie sobie tego nie życzę. Dawniej również sobie nie życzyłam, bo to przecież czcze gadanie. Trzeba to w końcu powiedzieć.

- Mais, ma ch?re...XXIII

- Niech pan posłucha, Stiepanie Trofimowiczu, w uczonych kwestiach w porównaniu z panem jestem oczywiście ignorantką, ale w drodze tutaj sporo o panu myślałam. I doszłam do pewnego wniosku.

- Do jakiegóż to?

- Do takiego, że my dwoje, pan i ja, nie jesteśmy najmądrzejsi na całym świecie, są też ludzie mądrzejsi od nas.

- To dowcipna i trafna uwaga. Są mądrzejsi, a więc są też tacy, którzy mają więcej niż my racji, a więc, jak z tego wynika, my też możemy się mylić, nieprawdaż? Mais, ma bonne amie, dajmy na to, że mogę błądzić, ale korzystam przecież z ogólnoludzkiego, odwiecznego, nadrzędnego prawa do wolności sumienia? Mam przecież prawo nie być świętoszkiem ani fanatykiem, bo tak chcę, a za to, naturalnie, będę przez różnych panów znienawidzony aż po Sądny Dzień. Et puis, comme on trouve toujours plus de moins que de raisonXXIV, i że całkowicie się z tym zgadzam...

- Jak, jak pan powiedział?

- Powiedziałem: on trouve toujours plus de moins que de raison, i że się z tym...

- To pewnie nie pańskie słowa, skądś pan to wziął?

- To Pascal powiedział80.

- Tak sądziłam... że to nie pan! Dlaczego pan sam nigdy tak nie powie, tak zwięźle i celnie, ale wszystko ciągnie tak długo? To znacznie lepsze niż wcześniej o entuzjazmie administracyjnym...

- Ma foi, ch?re...XXV dlaczego? Po pierwsze, dlatego, że zapewne nie jestem Pascalem, et puis...XXVI po wtóre, my, Rosjanie, nie potrafimy w swoim języku powiedzieć niczego... W każdym razie, jak dotąd nie powiedzieliśmy jeszcze niczego...

- Hm! To może nie całkiem prawda. Mógłby pan przynajmniej notować i zapamiętywać takie słowa, wie pan, w razie rozmowy... Ach, Stiepanie Trofimowiczu, przyjechałam, żeby poważnie, poważnie z panem porozmawiać!

- Ch?re, ch?re amie!

- Teraz, kiedy wszystkie te Lembki, wszystkie te Karmazinowy... O Boże, jak pan się zaniedbał! O, jak pan mnie męczy!... Ja bym chciała, żeby ci ludzie czuli do pana szacunek, bo niewarci są nawet jednego pańskiego palca, a pan jak się prowadzi? Cóż zobaczą? Cóż im pokażę? Zamiast szlachetnie dawać świadectwo, ucieleśniać w sobie wzór, otacza się pan jakąś kanalią, nabrał pan jakichś nieznośnych przyzwyczajeń, zdziadział pan, nie potrafi się pan obejść bez wina i bez kart, czyta jedynie Paula de Kocka i nic nie pisze. Ci wszyscy tam piszą, a panu cały czas schodzi na gadaniu. Czyż można, czyż to dopuszczalne, żeby kolegować się z taką kanalią jak pański nieodłączny Liputin?

- Dlaczego ma być mój i nieodłączny? - protestował nieśmiało Stiepan Trofimowicz.

- Gdzie on jest teraz? - surowym i szorstkim tonem ciągnęła Warwara Pietrowna.

- On... Zasyła pani wyrazy bezgranicznego szacunku. Wyjechał do S-ka, żeby objąć schedę po matce.

- Ten to, zdaje się, nic innego nie robi, tylko pieniądze zgarnia. Cóż Szatow? Wciąż to samo?

- Irascible, mais bonXXVII.

- Nie znoszę tego pańskiego Szatowa; złe to, a wciąż o sobie myśli!

- Jak zdrowie Darii Pietrowny?

- Pan pyta o Daszę? Cóż panu przyszło do głowy? - z ciekawością zerknęła nań Warwara Pietrowna. - Zdrowa, zostawiłam ją u pań Drozdow... W Szwajcarii słyszałam co nieco o pańskim synu, raczej źle niż dobrze.

- Oh, c'est une histoire bien b?te! Je vous attendais, ma bonne amie, pour vous reconter...XXVIII

- Dość, Stiepanie Trofimowiczu, niech pan da pokój; jestem zmęczona. Zdążymy się nagadać, zwłaszcza o złych rzeczach. Pan zaczyna pryskać śliną, kiedy się pan śmieje, doprawdy pan zdziadział! I jak dziwnie teraz zaczął się pan śmiać... Boże, ileż się nazbierało tych pańskich niedobrych przyzwyczajeń! Karmazinow nie złoży panu wizyty! A wszyscy i tak już mają tu uciechę... Pokazał się pan teraz w pełnym świetle. No, dość już, dość, jestem zmęczona! Można by w końcu ulitować się nad człowiekiem!

Stiepan Trofimowicz "ulitował się nad człowiekiem", ale wyszedł skonsternowany.

V

Niedobrych przyzwyczajeń, zwłaszcza ostatnio, przyjaciel nasz faktycznie nabrał niemało. Zaniedbał się w sposób widoczny i to w krótkim czasie, a prawdą też jest, że stał się niechlujny. Pił coraz więcej, zrobił się płaczliwy i nerwy miał słabe; wrażliwość na sztuki piękne dochodziła już u niego do przesady. Twarz zyskała osobliwą łatwość zmiany wyrazu, od miny najuroczystszej przechodząc do najśmieszniejszej w świecie czy zgoła głupiej. Nie znosił samotności i ustawicznie pragnął rozrywki. Nieodzownie należało mu opowiadać jakieś ploteczki, miejskie anegdotki, i to co dzień coś nowego. Kiedy zaś długo nikt się nie pojawiał, zafrasowany tłukł się po pokojach, podchodził do okna, w zamyśleniu mamlał wargami, głęboko wzdychał, a wreszcie omal nie chlipał. Wciąż coś przeczuwał, czegoś się obawiał, czegoś nieoczekiwanego, nieuchronnego; zrobił się płochliwy; dużą wagę jął teraz przykładać do snów.

Cały ów dzień i wieczór spędził w wielkim smutku, posłał po mnie, bardzo był wzburzony, mówił długo, długo opowiadał, ale wszystko to raczej niezbornie. Warwara Pietrowna wiedziała od dawna, że Stiepan Trofimowicz nie ma przede mną tajemnic. Odniosłem w końcu wrażenie, że trapi go jakieś szczególne zmartwienie, i to takie, z którego sam sobie nie może zdać sprawy. Dawniej, zazwyczaj kiedy spotykaliśmy się na osobności i zaczynał wylewać przede mną swoje żale, niemal zawsze po pewnym czasie trafiała na stół butelczyna i robiło się znacznie weselej. Tym razem trunku nie było, on zaś najwidoczniej kilkakroć tłumił w sobie chęć posłania po butelkę.

- I dlaczego ona się wciąż gniewa! - skarżył się co chwila jak dziecko. - Tous les hommes et génie et de progr?s en Russie étaient, sont et seront toujours des karciarze et des pijacy, qui boivent en umór...XXIX a ze mnie jeszcze wcale ani taki znów karciarz, ani pijak... Wytyka mi, że nic nie piszę! Co za pomysł!... Dlaczego leżę? Pan, powiada, ma stać jako żywy wyrzut sumienia. Mais, entre nous soit ditXXX, człowiek, którego przeznaczeniem jest stać jako wyrzut, może chyba tylko leżeć - czy ona o tym nie wie?

Nareszcie pojąłem powód tego zasadniczego, szczególnego zmartwienia, które tak uparcie go tym razem dręczyło. Wielekroć owego wieczoru podchodził do lustra i na dłużej się przed nim zatrzymywał. Nareszcie odwrócił się od lustra do mnie i z jakąś osobliwą desperacją powiedział:

- Mon cher, je suis un abnegat!XXXI

To fakt, do owego czasu, aż do tamtego dnia, jednego tylko był niewzruszenie pewien mimo wszystkich "nowych poglądów" i wszystkich "przemian ideowych" Warwary Pietrowny, tego mianowicie, że nadal jeszcze ma nieodparty urok dla jej niewieściego serca, to znaczy nie tylko jako banita i jako wybitny uczony, ale też jako piękny mężczyzna. Przez lat dwadzieścia hodował w sobie to pochlebne i pokrzepiające przekonanie, a ze wszystkich jego przekonań z tym być może najtrudniej byłoby mu się rozstać. Czy przeczuwał owego wieczoru, na jaką kolosalną próbę wystawić go miała tak już nieodległa przyszłość?

VI

Przystąpię teraz do opisu tego poniekąd zabawnego przypadku, od którego właściwie zaczyna się moja kronika.

Pod koniec sierpnia powróciły też nareszcie panie Drozdow. Ich pojawienie o niewiele dni poprzedzało przyjazd ich krewnej, od dawna oczekiwanej w całym mieście naszej nowej pani gubernatorowej, i ogólnie wywarło w towarzystwie wielkie wrażenie. O tych wszystkich ciekawych zdarzeniach opowiem jednakowoż później; na razie zaś poprzestanę na tym, że Praskowia Iwanowna przywiozła Warwarze Pietrownie, wyglądającej jej z taką niecierpliwością, pewną ambarasującą zagadkę: otóż Nicolas rozstał się był z nimi już w lipcu i, spotkawszy nad Renem hrabiego K., wraz z nim i z jego rodziną wyruszył do Petersburga. (NB. Hrabia K. ma trzy córki na wydaniu).

- U Lizawiety, przez tę jej dumę i narowistość, niczego się nie wywiedziałam - konkludowała Praskowia Iwanowna - ale na własne oczy widziałam, że coś zaszło między nią a Nikołajem Wsiewołodowiczem. Nie znam powodów, lecz jeśli się nie mylę, będzie pani musiała, moja miła, wypytać o powody swoją Darię Pawłownę. Moim zdaniem, to Liza została obrażona. Cała moja przyjemność, że odwiozłam pani wreszcie jej faworytkę i przekazuję z rąk do rąk: o jeden kłopot mniej.

Ta zjadliwa kwestia wypowiedziana została z ostentacyjną alteracją. Znać było, że "rozlazła kobieta" z góry ją sobie przygotowała i zawczasu delektowała się efektem. Aliści kogo jak kogo - Warwary Pietrowny nie sposób było speszyć sentymentalnymi efektami i zagadkami. Surowo zażądała jak najściślejszych i satysfakcjonujących wyjaśnień. Praskowia Iwanowna od razu spuściła z tonu, a nawet posunęła się do płaczu i jak najprzyjaźniejszych wynurzeń. Ta pobudliwa, acz sentymentalna dama podobnie jak Stiepan Trofimowicz nieustannie odczuwała potrzebę prawdziwej przyjaźni, toteż najgłówniejsza jej skarga na córkę, Lizawietę Nikołajewnę, do tego się właśnie sprowadzała, że "córka nie jest jej przyjaciółką".

Ze wszystkich jej wyjaśnień i wynurzeń ścisłe było jednakowoż to tylko, że faktycznie między Lizą a Nicolas doszło do jakichś niesnasek, ale jakiego rodzaju były to niesnaski - co do tego Praskowia Iwanowna nie potrafiła najwidoczniej wyrobić sobie konkretnego pojęcia. Natomiast z oskarżeń wytoczonych pod adresem Darii Pawłowny nie dość, że się w końcu wycofała, ale nawet ze szczególnym akcentem prosiła, by do jej wcześniejszych słów nie przywiązywać żadnego znaczenia, bo wypowiedziała je "w irytacji". Słowem, wszystko wyglądało bardzo niejasno, ba, nawet podejrzanie. Wedle jej opowieści, do sprzeczki przyczynił się "narowisty i kpiarski" charakter Lizy; a "dumny Nikołaj Wsiewołodowicz, chociaż był wielce zakochany, nie mógł znieść tych kpin i sam zaczął pokpiwać".

- Wkrótce potem poznałyśmy pewnego młodzieńca, to bodaj synowiec paninego "profesora", nazwisko zresztą to samo...

- Syn, a nie synowiec - sprostowała Warwara Pietrowna. Praskowia Iwanowna dawniej też nigdy nie mogła zapamiętać nazwiska Stiepana Trofimowicza, zawsze więc tytułowała go "profesorem".

- Jak syn, to syn, tym lepiej, co mi tam! Zwykły młody człowiek, bardzo taki dziarski i swobodny w sposobie bycia, ale poza tym nic szczególnego. Ano, bez dwóch zdań, sama Liza postąpiła nieładnie, bo z zamiarem wzbudzenia zazdrości w Nikołaju Wsiewołodowiczu zaczęła przyjmować tego młodzieńca. Nie żebym jej to bardzo brała za złe: ot, zwykły sobie panieński, miły nawet wybieg. Tyle że Nikołaj Wsiewołodowicz, zamiast zazdrościć, sam się z tamtym zaprzyjaźnił, myślałby kto, że nic nie widzi albo, co gorsza, że mu nie zależy. Lizę to właśnie ubodło. Młody człowiek niezabawem wyjechał (bardzo mu gdzieś było pilno), a Liza zaczęła przy każdej sposobności docinać Nikołajowi Wsiewołodowiczowi. Spostrzegła, że ten rozmawia czasem z Daszą, i jakby diabeł w nią wstąpił, że i mnie, kochaneczko, życie już brzydło. Doktorzy mi zabronili nerwowych podnieceń, a tak mi to ich sławetne jezioro dopiekło, że tylko zęby od niego rozbolały, taki mnie reumatyzm chwycił. Piszą nawet różni, że od Jeziora Genewskiego zęby bolą: taką ma właściwość81. Aż tu raptem Nikołaj Wsiewołodowicz odebrał list od hrabiny i szast-prast od nas wyjechał, w jeden dzień się zebrał w drogę. Pożegnać pożegnali się w zgodzie, Liza zresztą, kiedy go odprowadzała, bardzo się zrobiła wesoła i trzpiotowata, w kółko się zaśmiewała. Tyle że to wszystko udawane. Jak wyjechał, to wpadła w melancholię, przestała o nim w ogóle wspominać, a i mnie nie pozwalała. Pani, Warwaro Pietrowno, też bym radziła w tym przedmiocie nie podejmować teraz z Lizą rozmowy, bo tylko pani zaszkodzi sprawie. A jeśli pani zachowa milczenie, ona pierwsza panią zagadnie; wtedy się pani dowie czegoś więcej. Moim zdaniem na powrót się zejdą, o ile tylko Nikołaj Wsiewołodowicz nie omieszka przyjechać, jak obiecał.

- Zaraz do niego napiszę. Jeżeli tak się rzeczy miały, to błaha sprzeczka; głupstwo wszystko! Darię zresztą też znam za dobrze; tak, to głupstwa.

- O Daszeńce - biję się w piersi - sama naplotłam. Były tylko zwykłe rozmowy, i to głośno, przy wszystkich. Okropnie mnie, kochaneczko, wszystko to wtedy rozbiło. Sama zresztą Liza, jak widziałam, pogodziła się z nią jak przedtem w przyjaźni...

Warwara Pietrowna tegoż dnia napisała do Nikołaja Wsiewołodowicza, błagając, by choć o miesiąc przyspieszył swój przyjazd. Tak czy owak coś tu jednak zostało niejasnego dla niej i niewiadomego. Rozmyślała nad tym przez cały wieczór i całą noc. Opinia Praskowii wydawała się zbyt prostoduszna i sentymentalna. "Praskowia przez całe życie była nadto czułostkowa, już od lat pensjonarskich - myślała - to nie w stylu Nicolas, żeby uciec przed dziewczyńskimi kpinami. Musiał być inny powód, o ile w ogóle doszło między nimi do sprzeczki. Ten tam oficer, jednakowoż, jest tutaj, przywiozły go ze sobą. Zamieszkał u nich jak swój. A i w sprawie Darii Praskowia coś za szybko zaczęła przepraszać: ani chybi coś tam zachowała dla siebie, nie chciała o czymś mówić..."

Nad ranem Warwarze Pietrownie ulęgnął się plan, jak od razu skończyć przynajmniej z jednym kłopotem - plan znakomity, bo nieoczekiwany. Co działo się w jej sercu, kiedy go ułożyła? - trudno orzec, nie podjąłbym się zresztą rozwikłać zawczasu wszystkich sprzeczności, które się nań złożyły. Jako kronikarz poprzestanę na tym, że odmaluję ścisły przebieg wydarzeń, w tej postaci, w jakiej zachodziły, i nie moja w tym wina, jeśli wydadzą się niewiarygodne. Muszę jednakowoż raz jeszcze zastrzec, że do rana ulotniły się wszelkie jej podejrzenia wobec Daszy, a prawdę mówiąc, nigdy ich nie żywiła; nazbyt była jej pewna. Nawet przez myśl by jej nie przeszło, że jej Nicolas mógł poczuć miętę do jej... Darii. Rano, kiedy Daria Pawłowna nalewała herbatę przy stoliku, Warwara Pietrowna przypatrywała się jej długo i badawczo, potem zaś z przekonaniem bodaj po raz dwudziesty od dnia wczorajszego rzekła sobie w duchu:

- To wszystko głupstwa!

Dostrzegła tylko, że Dasza ma zmęczoną minę i że jest jeszcze cichsza niż przedtem, jeszcze apatyczniejsza. Po herbacie, raz na zawsze utartym zwyczajem, zasiadły we dwie do robótek. Warwara Pietrowna kazała sobie złożyć wyczerpujące sprawozdanie z zagranicznych wrażeń, zwłaszcza tych tyczących się przyrody, mieszkańców, miast, obyczajów, sztuki, przemysłu - wszystkiego, co tamta zdołała dostrzec. Ani jednego pytania o panie Drozdow i o życie w ich domu. Dasza, siedząc obok przy stoliku i pomagając jej wyszywać, opowiadała już od pół godziny równym, monotonnym, lecz dość słabym głosem.

- Dario - przerwała jej nagle Warwara Pietrowna - czy nie masz czegoś szczególnego, o czym chciałabyś mi powiedzieć?

- Nie, nie mam - Dasza zastanowiła się przez chwilkę i spojrzała na Warwarę Pietrownę swoimi jasnymi oczyma.

- W duszy, w sercu, na sumieniu?

- Nie mam - cicho, ale z jakąś posępną niezłomnością powtórzyła Dasza.

- Wiedziałam! Pamiętaj, Dario, że nigdy w ciebie nie zwątpię. Teraz siądź i posłuchaj. Przesiądź się na to krzesło, usiądź naprzeciwko mnie, chcę cię całą widzieć. Więc tak. Posłuchaj - chcesz wyjść za mąż?

Dasza odpowiedziała pytającym długim spojrzeniem, niezbyt zresztą zdziwionym.

- Czekaj, milcz. Po pierwsze, jest różnica wieku, i to bardzo duża; ale przecież wiesz lepiej od wszystkich, jakie to głupstwo. Jesteś rozsądna, w twoim życiu nie powinno więc być pomyłek. To zresztą jeszcze piękny mężczyzna... Słowem, Stiepan Trofimowicz, którego zawsze szanowałaś... A więc?

Dasza spojrzała jeszcze bardziej pytająco, tym razem nie dość, że ze zdziwieniem, to z widocznym rumieńcem.

- Czekaj, milcz; nie śpiesz się! Masz wprawdzie pieniądze w moim testamencie, ale niech ja umrę, co z tobą będzie, choćby i z pieniędzmi? Oszukają cię, obiorą z pieniędzy i już po tobie. A przy nim jesteś żoną sławnego człowieka. Spójrz teraz z drugiej strony: niech teraz umrę - chociaż go zabezpieczę - co się z nim stanie? A komu jak komu, tobie mogę ufać. Czekaj, jeszcze nie skończyłam: to lekkoduch, papla, człowiek bez serca, egoista, ma nałogi, ale szanuj go, po pierwsze dlatego, że bywają znacznie gorsi. Przecież nie wydaję cię za jakiegoś szubrawca, chyba tak nie sądzisz? A przede wszystkim będziesz go szanować, bo o to cię proszę - ucięła nagle z rozdrażnieniem - słyszysz? Czemu się uparłaś?

Dasza nadal milczała i słuchała.

- Czekaj, nic jeszcze nie mów. Baba z niego - ale przecież tym lepiej dla ciebie. To zresztą żałosna baba; kobieta właściwie w ogóle nie powinna takiego kochać. Ale jego warto pokochać za bezbronność i ty go pokochaj za bezbronność. Rozumiesz mnie przecież? Rozumiesz?

Dasza potakująco skinęła głową.

- Wiedziałam, tego się po tobie spodziewałam. On ciebie będzie kochać, bo ma obowiązek; ma obowiązek cię uwielbiać! - z jakimś szczególnym już rozdrażnieniem wykrzyknęła Warwara Pietrowna. - A zresztą zakocha się w tobie niezależnie od obowiązku, przecież go znam. Poza tym sama będę obok. Bądź spokojna, zawsze tu będę. Zacznie na ciebie narzekać, zacznie cię szkalować, oplotkowywać przed pierwszym lepszym, skarżyć się, wiecznie się skarżyć; będzie ci posyłał listy z jednego pokoju do drugiego, po dwa listy dziennie, ale bez ciebie żyć nie zdoła, i w tym cała rzecz. Zmuś go do posłuchu; jeśli nie potrafisz - głupiaś. Jak mu się zachce powiesić, zacznie tym grozić - nie wierz w to; to zwykłe głupstwa! Nie wierz w to, ale jednak czuwaj, żeby w złą godzinę faktycznie się nie powiesił: z takimi to się zdarza; wieszają się nie dlatego, że tacy silni, ale że tacy słabi; nigdy więc go nie doprowadzaj do ostateczności - i to właśnie jest pierwsza zasada w małżeństwie. Pamiętaj też, że to poeta. Posłuchaj, Dario: nie ma wznioślejszego szczęścia, niż poświęcić się w ofierze. Poza tym sprawisz mi wielką przyjemność, a to najważniejsze. Nie sądź, że plotę teraz trzy po trzy; wiem, co mówię. Jestem egoistką, ty też okaż się egoistką. Nie zmuszam cię przecież do niczego; twoja wola, będzie, jak powiesz. No, co tak siedzisz, powiedz coś!

- Wszystko mi jedno przecież, Warwaro Pietrowno, jeżeli już koniecznie mam wyjść za mąż - twardo powiedziała Dasza.

- Koniecznie? Co masz na myśli? - surowo i badawczo przyjrzała się jej Warwara Pietrowna.

Dasza milczała, dłubiąc igłą w robótce.

- Mądra jesteś, a pleciesz trzy po trzy. To prawda, że postanowiłam cię koniecznie teraz wydać za mąż, ale to nie z musu, lecz tylko dlatego, że taka myśl mnie naszła, i to wyłącznie za Stiepana Trofimowicza. Gdyby nie Stiepan Trofimowicz, ani by mi w głowie postało z kimkolwiek cię swatać, choć masz już swoje dwadzieścia lat... No więc?

- Jak pani sobie życzy.

- A więc zgoda! Czekaj, milcz, dokąd ci się spieszy, jeszcze nie skończyłam: w testamencie zapisałam ci piętnaście tysięcy rubli. Wydam ci je teraz, od razu po ślubie. Z tego osiem tysięcy oddasz jemu, to znaczy nie jemu, a mnie. Ma dług na osiem tysięcy; spłacę to, ale musi wiedzieć, że to z twoich pieniędzy. Siedem tysięcy zostanie ci w ręku, nie waż się nigdy dać mu ani rubla. Nigdy nie płać jego długów. Jeśli raz zapłacisz - później już się nie wywiniesz. A zresztą zawsze będę obok. Będziecie co rok dostawali ode mnie po tysiąc dwieście rubli na utrzymanie, a z nadzwyczajnymi wydatkami - tysiąc pięćset, poza tym mieszkanie i wyżywienie, też na mój koszt, tak samo, jak teraz z nich korzysta. Najmiecie tylko własną służbę. Roczną pensję będę ci wypłacała z góry, wprost do ręki. Ale miej serce: od czasu do czasu daj coś i jemu, i pozwól go odwiedzać przyjaciołom, raz na tydzień, jak zaczną częściej, to ich przepędź. Sama zresztą będę obok. A gdybym umarła, pensja nadal będzie wam wypłacana aż do jego śmierci, słyszysz, tylko do jego śmierci, bo to jego pensja, a nie twoja. A tobie, prócz tych obecnych siedmiu tysięcy, które zostaną ci w całości, jeśli nie będziesz głupia, zapiszę jeszcze osiem tysięcy. Więcej ode mnie nic nie dostaniesz, żebyś wiedziała. I cóż, zgoda? Czy coś wreszcie powiesz?

- Już powiedziałam, Warwaro Pietrowno.

- Pamiętaj, że masz zupełnie wolną wolę, będzie, jak zechcesz.

- Za pozwoleniem, Warwaro Pietrowno, a czy Stiepan Trofimowicz już z panią o tym mówił?

- Nie, nic nie mówił i o niczym nie wie, ale... zaraz powie!

Zerwała się na równe nogi i otuliła swoim czarnym szalem. Dasza znowu nieco się zaczerwieniła i spojrzała na nią pytającym wzrokiem. Warwara Pietrowna raptem zwróciła się ku niej z twarzą pałającą gniewem.

- Głupiaś! - wpadła na nią jak jastrząb. - Głupia niewdzięcznica! Co ci po głowie chodzi? Czy sądzisz, że cię skompromituję, choć na tyle, choć o włos! Sam przed tobą będzie pełzał na kolanach, prosząc o rękę, ma umierać ze szczęścia, tak to urządzę! Wiesz przecież, że nie dam cię skrzywdzić! Cóż ty myślisz, że on ciebie weźmie za te osiem tysięcy, a ja teraz biegnę cię sprzedać? Głupiaś, głupiaś, ze wszystkich was głupie niewdzięcznice! Podaj mi parasolkę!

I poleciała pieszo po mokrych ceglanych trotuarach i po drewnianej kostce prosto do Stiepana Trofimowicza.

VII

Co prawda, to prawda, skrzywdzić by Darii nie dała; owszem, teraz uważała się właśnie za jej dobroczyńcę. Zapałała jak najszlachetniejszym, najświętszym oburzeniem, kiedy, otulając się szalem, pochwyciła skonsternowane i nieufne spojrzenie wychowanki. Szczerze ją kochała od najwcześniejszego dzieciństwa. Praskowia Iwanowna słusznie nazwała Darię Pawłownę jej faworytką. Od dawna już i raz na zawsze Warwara Pietrowna orzekła, że "Daria z charakteru nie przypomina brata" (to znaczy różni się charakterem od swego brata, Iwana Szatowa), że jest łagodna i potulna, zdolna do najwyższych poświęceń, wyróżnia się wiernością, niezwykłą skromnością, rzadką roztropnością, a co najważniejsza: wdzięcznością. Dotychczas Daria na pozór nie zawiodła jej oczekiwań... "W tym życiu nie będzie pomyłek" - stwierdziła Warwara Pietrowna, kiedy dziewczynka liczyła sobie dopiero dwanaście lat, a że miała zwyczaj przywiązywać się uparcie i namiętnie do każdego kuszącego ją marzenia, do każdego swojego nowego zamierzenia, do każdej myśli, którą uznała za trafną, natychmiast postanowiła wychować Darię jak rodzoną córkę. Bezzwłocznie odłożyła dla niej kapitalik, sprowadziła do domu guwernantkę, miss Criggs, która następnie mieszkała pod ich dachem aż do ukończenia przez wychowankę lat szesnastu, kiedy ni stąd, ni zowąd raptem jej wymówiono. Przychodzili nauczyciele z gimnazjum, między innymi pewien najprawdziwszy Francuz, który nauczył Daszę francuskiego. Tego również oddalono nagle, nieledwie wypędzono. Pewna uboga przyjezdna dama, szlachetnie urodzona wdowa, dawała lekcje fortepianu. Głównym pedagogiem był jednakowoż Stiepan Trofimowicz. Właściwie to on pierwszy odkrył Daszę: zaczął uczyć to ciche dziecko, zanim jeszcze Warwara Pietrowna pomyślała o dziewczynce. Raz jeszcze powtórzę: aż dziw bierze, jak dzieci za nim przepadały! Lizawietę Nikołajewnę Tuszyn uczył od ósmego do jedenastego roku życia (rozumie się, gratis, bo za nic w świecie nie przyjąłby wynagrodzenia od pań Drozdow). Sam jednak zakochał się w uroczym dziecku i opowiadał dziewczynce jakieś poematy o budowie świata, ziemi, o dziejach ludzkości. Wykłady o ludach pierwotnych i o pierwotnym człowieku były ciekawsze od bajek arabskich. Liza, która przepadała za tymi opowieściami, w domu bardzo śmiesznie przedrzeźniała Stiepana Trofimowicza. Dowiedział się o tym i raz przyłapał ją na gorącym uczynku. Skonfundowana Liza rzuciła mu się w objęcia i rozpłakała. Stiepan Trofimowicz również, z zachwytu. Liza jednak niebawem wyjechała, została tylko Dasza. Kiedy do Daszy zaczęli przychodzić nauczyciele, Stiepan Trofimowicz przestał dawać jej lekcje, a pomału w ogóle zwracać na nią uwagę. Trwało to czas dłuższy. Pewnego razu, kiedy miała już siedemnaście lat, uderzyła go nagle jej uroda. Zdarzyło się to przy stole u Warwary Pietrowny. Wdał się w rozmowę z młodą dziewczyną, był wielce usatysfakcjonowany jej odpowiedziami, aż zakończył propozycją wygłoszenia jej całego obszernego cyklu poważnych wykładów z historii literatury rosyjskiej. Warwara Pietrowna pochwaliła i podziękowała mu za tak piękny pomysł, a Dasza wpadła w entuzjazm. Stiepan Trofimowicz zaczął się specjalnie przygotowywać do wykładów, aż wreszcie nadeszła ich pora. Zaczęli od najdawniejszej epoki; pierwszy wykład był niezwykle zajmujący; Warwara Pietrowna była przy tym obecna. Kiedy Stiepan Trofimowicz zakończył i na odchodnem oświadczył uczennicy, że następnym razem zajmie się analizą Słowa o wyprawie Igora, Warwara Pietrowna raptem wstała i oznajmiła, że więcej wykładów nie będzie. Stiepan Trofimowicz skrzywił się, lecz zmilczał, Dasza zalała się pąsem; na tym jednakowoż skończyło się całe przedsięwzięcie. Działo się to akurat trzy lata przed obecną niespodziewaną fanaberią Warwary Pietrowny.

Biedaczysko Stiepan Trofimowicz siedział sam jeden i niczego nie przeczuwał. Od dawna już ze smętną zadumą zerkał przez okno, czy nie zbliża się który znajomy. Jak na złość, żaden się nie zbliżał. Na dworze mżył deszcz, robiło się zimno; należało napalić w piecu; westchnął. Nagle oczom jego ukazało się okropne widziadło: Warwara Pietrowna w taką pogodę i o takiej porze - do niego! I to pieszo! Był tak zdumiony, że zapomniał zmienić ubranie i przyjął ją tak, jak stał, w swojej powszedniej różowej watowanej bonżurce.

- Ma bonne amie!... - słabym głosem zakrzyknął na powitanie.

- Jest pan sam, cieszę się: nie cierpię pańskich przyjaciół! Jak pan tu zawsze nakopci; Boże, co za powietrze! I herbaty pan nie dopił, a tu już dwunasta! Jedyne pańskie szczęście to bałagan! Jedyna rozkosz - śmietnik! Co to za podarte papierki na podłodze? Nastasja, Nastasja! Czym się zajmuje pańska Nastasja? Otwórz, kobieto, okna, lufciki, drzwi, wszystko na oścież! A pana proszę do salonu; mam do pana sprawę. A ty, stara, choć raz w życiu tu pozamiataj!

- Pan śmiecą! - utyskująco rozdrażnionym głosikiem zapiszczała Nastasja.

- To zamiataj, piętnaście razy dziennie zamiataj! Brzydactwo ten pański salon (kiedy przeszli do salonu). Niech pan dobrze zamknie drzwi, bo zacznie podsłuchiwać. Koniecznie trzeba zmienić tapety. Przecież przysłałam panu tapicera z próbkami, dlaczego pan nie wybrał? Niech pan siada i słucha. Niechże pan wreszcie usiądzie, z łaski swojej! Pan dokąd? Pan dokąd? Dokąd pan?!

- Ja... zaraz - zawołał z drugiego pokoju Stiepan Trofimowicz - o, już jestem!

- A, przebrał się pan! - zlustrowała go kpiąco. (Narzucił surdut na bonżurkę). - Faktycznie, to strój bardziej stosowny... do tematu rozmowy. Niechże pan wreszcie, proszę, usiądzie.

Wyłożyła od razu kawę na ławę, mówiła szorstko i przekonująco. Napomknęła również o ośmiu tysiącach, których na gwałt potrzebował. Szczegółowo opowiedziała o posagu. Stiepan Trofimowicz wytrzeszczał oczy i drżał. Słyszał wszystko, ale nie mógł pozbierać myśli. Chciał przemówić, ale głos mu się łamał. Wiedział jedynie, że wszystko będzie tak właśnie, jak ona powie, że nie ma co sprzeciwiać się i oponować, że jest więc nieodwołalnie człowiekiem żonatym.

- Mais, ma bonne amie, po raz trzeci, w moim wieku... i to z takim dzieckiem! - wykrztusił wreszcie. - Mais c'est une enfant!XXXII

- Dziecko, co liczy sobie, chwalić Boga, dwadzieścia latek! Niech pan, z łaski swojej, nie przewraca mi tu oczami, nie jest pan w teatrze. Jest pan bardzo mądry i uczony, ale pojęcia nie ma o życiu, musi pan mieć stałą opiekę. Umrę - i co się z panem stanie? A z niej będzie dobra opiekunka; to dziewczyna skromna, rozsądna, z charakterem; poza tym sama będę obok, od razu nie umrę. To domatorka, anioł dobroci. Ta szczęśliwa myśl zaświtała mi już w Szwajcarii. Ma pan pojęcie: skoro ja sama panu mówię, że to anioł dobroci! - krzyknęła naraz z wściekłością. - Ma pan tu śmietnik, ona zaprowadzi porządek, czystość, wszystko będzie lśniło jak lustro... Cóż to, pan sądzi, że mam mu się jeszcze kłaniać z takim skarbem, wyliczać korzyści, swatać! Ależ to pan powinien na kolanach... Co za pusty, pusty człowiek małego serca!

- Ależ... ja jestem już stary!

- Co tam znaczą pańskie pięćdziesiąt trzy lata! Pięćdziesiąt lat to nie koniec, ale połowa życia. Jest pan pięknym mężczyzną i sam wie o tym. Wie pan także, jak ona pana szanuje. Niech ja umrę, co się z nią stanie? A przy panu i ona będzie spokojna, i ja. Ma pan pozycję, nazwisko, kochające serce; otrzymuje pan pensję, której wypłacanie poczytuję sobie za obowiązek. Być może będzie pan dla niej ocaleniem! A w każdym razie zaszczytem. Ukształtuje ją pan do życia, rozwinie jej serce, pokieruje myślami. Ilu to dzisiaj ginie tylko z powodu niewłaściwego kierunku myśli! Przez ten czas ukończy pan swój traktat i przypomni ludziom o sobie.

- Właśnie - wymamrotał, ujęty już jej zręcznym pochlebstwem - właśnie zamierzam teraz zasiąść do moich Opowiadań z dziejów Hiszpanii...82

- Otóż to, widzi pan, jak dobrze się składa.

- Ale... ona? Czy pani jej mówiła?

- O nią niech się pan nie kłopocze i nie musi pan być taki ciekawski. Oczywista, musi pan ją sam poprosić o rękę, błagać, by pana zaszczyciła, rozumie pan? Ale bez obaw, będę obok. Poza tym pan ją kocha...

Nieszczęśnikowi świat zawirował w głowie; ściany zatańczyły wkoło niego. Ani rusz nie mógł się opędzić pewnej strasznej idei.

- Excellente amie! - głos mu nagle zadrżał - nigdy... nigdy mi przez myśl nie przeszło, że pani postanowi wydać mnie... za inną... kobietę!

- Nie jest pan panienką na wydaniu, Stiepanie Trofimowiczu; tylko panienki się wydaje za mąż, a pan sam się żeni - zjadliwie syknęła Warwara Pietrowna.

- Oui, j'ai pris un mot pour un autre. Mais... c'est égalXXXIII - wpatrywał się w nią z oszołomieniem.

- Widzę, że c'est égal - wycedziła z pogardą. - Boże! Zemdlał! Nastasja, Nastasja! Wody!

Obeszło się jednak bez wody. Ocknął się. Warwara Pietrowna ujęła swoją parasolkę.

- Widzę, że nie ma co z panem teraz rozmawiać...

- Oui, oui, je suis incapableXXXIV.

- Ale do jutra odpocznie pan i wszystko przemyśli. Niech pan siedzi w domu, gdyby się co stało, niech pan da znać, choćby w nocy. Listów niech pan nie pisze, nie będę czytać. Jutro o tej porze sama przyjdę po ostateczną odpowiedź, ufam, że satysfakcjonującą. Niech pan się postara, żeby nikogo nie było i żeby śmieci nie było, bo do czego to podobne? Nastasja, Nastasja!

Nazajutrz zgodził się, oczywista; jakże miał się nie zgodzić. Zwłaszcza że zachodziła tu pewna okoliczność...

VIII

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

VIII Najmilsza przyjaciółko (franc.).
IX Te nie kończące się rosyjskie słowa! (franc.).
X Wie pani, u nas... Słowem (franc.).
XI Żeby okazać pani swoją władzę (franc.).
XII To jednakowoż bardzo ciekawe (franc.).
XIII Wykwintne panie (franc.).
XIV Wie pani, te pienia i księga Hioba (franc.).
XV I okazał swą władzę (franc.).
XVI Co to za dziki (dosłownie: czerwony) pomysł! (franc.).
XVII Wie pani (franc.).
XVIII I to z taką butą (franc.).
XIX Doprawdy? (franc.).
XX Moja poczciwa przyjaciółko (franc.).
XXI Urocze dziecko! (franc.).
XXII Nowelista (franc.).
XXIII Ależ, moja droga (franc.).
XXIV A zresztą, ponieważ zawsze spotyka się więcej mnichów niż rozumu (franc.).
XXV Doprawdy, moja droga (franc.).
XXVI A zresztą (franc.).
XXVII Popędliwy, ale poczciwy (franc.).
XXVIII O, to całkiem głupia historia! Czekałem na panią, moja poczciwa przyjaciółko, żeby pani opowiedzieć (franc.).
XXIX Z wszystkich ludzi genialnych i postępowych w Rosji zawsze byli, są i będą karciarze i pijacy, którzy piją na umór (franc.).
XXX Ale między nami mówiąc (franc.).
XXXI Mój drogi, jestem abnegat! (franc.).
XXXII Ależ to dziecko! (franc.).
XXXIII Tak, przejęzyczyłem się. Ale... to wszystko jedno (franc.).
XXXIV Tak, tak, nie jestem w stanie (franc.).
71. Mowa o "kronice" Szekspira Król Henryk IV (cz. I i II).
72. Aluzja do udziału Nikołaja Stawrogina w tłumieniu powstania styczniowego w Polsce.
73. Słynny epizod przypomina klasyczną - choć z jarmarcznego teatru rodem - scenę w lipskiej Piwnicy Auerbacha z Fausta Goethego: pijani bursze, domorośli heroldzi "wolności", pod wpływem zaklęcia Mefistofelesa (odgrywającego tu rolę "biesa" - uosobienia diabelskiego opętania) chwytają za nos jeden drugiego w przekonaniu, że to kiść winna, którą chcą obciąć nożem. To niewątpliwie motyw falliczno-kastracyjny. Wybryk Stawrogina warto jednak zestawić z passusemLat chłopięcych Lwa Tołstoja (1854): "Czytałem gdzieś, że dzieci od 12 do 14 lat, to znaczy w okresie przejściowym, bywają szczególnie skłonne do wzniecania pożarów, a nawet do zabójstwa. [...] Najstraszniejsza nawet zbrodnia bywa możliwa bez żadnego celu, bez chęci uczynienia jakiejś szkody - ot tak, po prostu, z ciekawości, z nieświadomej potrzeby działania. Bywają chwile, gdy przyszłość przedstawia się w tak mrocznych barwach, że człowiek lęka się zatrzymać w myślach na niej wzrok, tłumi w sobie całkowicie czynność rozumu i stara się przekonać siebie, że przyszłości nie będzie, a przeszłości nie było. Rozumiem, że w takich chwilach, gdy myśl nie ocenia z góry każdego przejawu woli, a jedynymi motorami życia są instynkty cielesne, dziecko, wskutek braku doświadczenia, zwłaszcza zaś dziecko skłonne do takich stanów, bez najmniejszego wahania i lęku, z uśmiechem ciekawości podkłada i rozdmuchuje ogień pod własnym domem, gdzie śpią jego bracia, ojciec, matka, których kocha najczulszą miłością. [...] Pod wpływem tego samego braku zastanowienia i instynktownej ciekawości człowiek znajduje jakąś rozkosz w tym, by zatrzymać się na skraju urwiska i pomyśleć: gdyby tak rzucić się w przepaść? - lub też przykłada do czoła nabity pistolet i myśli: a gdyby tak nacisnąć cyngiel? - albo patrząc na jakąś wysoko postawioną osobę, dla której całe społeczeństwo żywi uniżony szacunek, myśli: a gdyby tak podejść do niego, schwycić go za nos i powiedzieć: "Ano, mój kochany, chodź no ze mną"".
74. Znakomity historyk i semiotyk kultury Jurij Łotmann prawzór wybryków Stawrogina odnalazł w antyrussoistycznej noweli Moja spowiedź (1802) Nikołaja Karamzina (1766-1826), bardzo ważnego dla Dostojewskiego pisarza, ojca nowoczesnej literatury rosyjskiej, autora Listów rosyjskiego podróżnikaHistorii państwa rosyjskiego. Zestawienie to określa charakter postaci Stawrogina. Bohater noweli we wstępnym ironicznym pasażu odcina się od współczesnego sobie kontekstu literatury sentymentalnej i preromantycznej, kreśląc dzieje nie tyle edukacji sentymentalnej, ile cynicznej: "Wyznam Panu, mój Panie, że nie czytam Pańskiego żurnalu, a pragnę, żeby pomieścił Pan w nim mój list. Po co? Sam nie wiem. [...] Mam zamiar mówić o sobie: zamyśliłem i spisuję - swoją spowiedź, nie myśląc o tym, czy miła będzie czytelnikom. [...] Niegdyś ludzie kryli się w ciemnych domach, pod osłoną wysokich parkanów. Dziś wszędzie mamy domy jasne i wielkie okna na ulicę: proszę patrzeć! Chcemy żyć, działać i myśleć za przezroczystym szkłem. Ludzie obecnie podróżują nie po to, by poznać i wiernie opisać inne ziemie, lecz po to, by przy sposobności pomówić o sobie; obecnie każdy powieściopisarz chciałby jak najrychlej zakomunikować swoje poglądy w kwestiach ważnych i nieważnych. [...] Zacznę od stwierdzenia, iż natura uczyniła mnie zgoła szczególnym człowiekiem, a los wszystkie przypadki mego życia naznaczył jakimś szczególnym piętnem. Na przykład urodziłem się jako syn majętnego, możnego pana - a wyrosłem na hultaja! Dopuszczałem się rozmaitych wybryków - a nie brałem batów! Nauczyłem się francuskiego - a nie znałem swego ojczystego języka! [...] W szesnastym roku życia dano mi zacną rangę i wysłano w obce strony, nie mówiąc po co. [...] Jedziemy na uniwersytet w Lipsku. [...] Po przybyciu do Lipska co rychlej zawarliśmy znajomość ze wszystkimi wybitnymi profesorami - i nimfami. [...] Dla jednych wydawaliśmy obiady, dla drugich - kolacje. [...] Nareszcie po trzech latach spędzonych w Lipsku ruszyliśmy w podróż, zgodziwszy sekretarza do opisywania rzeczy ciekawych. [...] Moi rodzice z każdego miasta odbierali od nas grube koperty, nie mogli się dość nacieszyć mądrymi uwagami swego syna i z dumą odczytywali je naszym krewnym. Nie zgrzeszyłem ani jedną linijką tych listów, udzieliwszy swemu sekretarzowi plenipotencji dla filozofowania w moim zastępstwie, [...] aliści do niektórych jego opisów dodawałem od siebie wyraziste karykatury - dzieło jedynego talentu, jakiego nie poskąpiła mi natura! Narobiłem zresztą sporo hałasu w swej podróży - przez to mianowicie, że pląsając w kontredansach z dostojnymi damami niemieckich dworów książęcych, rozmyślnie upuszczałem je na ziemię jak najnieprzyzwoitszym sposobem, a już zwłaszcza przez to, że w gromadzie dobrych katolików całując pantofel Papieża, ugryzłem go w nogę i zmusiłem biednego starowinę, by krzyknął na całe gardło".
75. "Gołos", jeden z dzienników rosyjskich z międzynarodowym autorytetem; gazeta ukazywała się w Petersburgu w latach 1863-1883 pod redakcją Andrieja Krajewskiego (patrz przypis 39). Dostojewski był jej pilnym czytelnikiem, do jej redaktora odnosił się jednak z niechęcią wskutek dawnych konfliktów (jeszcze sprzed zesłania pisarza) na tle finansowym.
76. Victor Considérant (1808-1893) - francuski socjalista, uczeń i popularyzator Fouriera. Jego trzytomowe programowe dzieło Destinée sociale (1834-1844) od razu wzbudziło zainteresowanie w Rosji, czego w pełni świadom był Dostojewski, sam za młodu furierysta (szacunek dla Fouriera zachował do końca życia). Młody Hercen podsumował swoją lekturę: "Destinée sociale jest nieporównanie energiczniejsza, pełniejsza, szersza pod względem koncepcji i wykonania niż wszystko, co wyszło ze szkoły Fouriera. Analiza współczesności świetna, strach i wstyd człowieka ogarnia. Rany publiczne ukazane, a ich przyczyny obnażone bezlitośnie". W osobie Liputina w Biesach autor z premedytacją godzi charakter prowincjonalnego harpagona i domowego satrapy z zamiłowaniem do socjalistycznych lektur.
77. Szwajcarski kurort w zatoce Montreaux, w pobliżu rozsławionego przez Byrona zamku Chillon (może to mieć znaczenie dla charakterystyki Stawrogina, którego postać ma w sobie cechy parodii "demonicznego" bohatera z epoki wulgarnego bajronizmu trzydziestych-czterdziestych lat XIX wieku).
78. Słynna od czasu Biesów formuła, wywiedziona przez Dostojewskiego z Dziejów pewnego miasta Sałtykowa-Szczedrina.
79. Bismarck tutaj to uosobienie perfidnej, bezwzględnej i skutecznej polityki siły. Był ambasadorem Prus w Rosji na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku.
80. Parafraza zwrotu Pascala z Prowincjałek.
81. Według wspomnień wdowy po Dostojewskim, zimą 1867-1868 pisarz zapewniał ją w Szwajcarii, że to powód jego bólu zębów i że czytał gdzieś o takich właściwościach Jeziora Genewskiego.
82. Granowski pozostawił kilka obszernych artykułów z dziejów Hiszpanii w średniowieczu. Sądząc z notatek do powieści, w których Wierchowienskiemu seniorowi przypisuje szkice z podróży do Hiszpanii, Dostojewski robi tu również aluzję do Listów o Hiszpanii Wasilija Botkina (1812-1869) - krytyka sztuki i publicysty, za młodu (1830-1845) radykała-okcydentalisty. W kręgu Bielińskiego, Bakunina i Stankiewicza składał wyznanie wiary saint-simonizmu, lewicy heglowskiej i znanych sobie osobiście socjalistów zachodnich (Pierre Leroux, Louis Blanc, Marks, Engels i in.), w imię "Ja subiektywnego" potępiając "patriarchalność" i "wszelkie autorytety", których fundamentem społecznym są odziedziczone po średniowieczu instytucje państwa, religii i małżeństwa kościelnego. Jego zdeklarowany ateizm (podobnie jak u Bakunina wynikający z obrony wolności indywidualnej przed myślowymi hipostazami i stereotypami) rozkwitł na gruncie romantycznego subiektywizmu i indywidualizmu, który z czasem (zwłaszcza po Wiośnie Ludów i wojnie krymskiej) ewoluował w stronę estetyzmu "czystej sztuki". Botkin po 1855 roku zerwał z grupą "Sowriemiennika" pod redakcją Niekrasowa i Czernyszewskiego, zaprzyjaźnił się ze skrajnymi antyrewolucjonistami: Afanasijem Fetem - głównym przedstawicielem "poezji czystej" (który poślubił siostrę Botkina) i Michaiłem Katkowem.