Bez strachu. Sprawdzony sposób na pokonanie lęku, obsesji, hipochondrii i innych irracjonalnych obaw - Rafael Santandreu

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Tego rodzaju książka wydaje się w dzi­siej­szych cza­sach nie­zwy­kle potrzebna. Wiele osób doświad­cza wynisz­cza­ją­cych sta­nów, o któ­rych mało się mówi. Z pozoru są to nor­malni ludzie -?syn sąsiada, żona naj­lep­szego przy­ja­ciela, kolega z pracy... Tym­cza­sem cier­pią bar­dziej niż osoby dotknięte rakiem czy innymi budzą­cymi grozę cho­ro­bami.

Mam na myśli przede wszyst­kim zespół lęku napa­do­wego i zabu­rze­nia obse­syjno-kom­pul­syjne (ang. OCD). Doty­kają 6% popu­la­cji Hisz­pa­nii - około trzech milio­nów osób -?ruj­nu­jąc im życie.

Książka ta jest jed­nak skie­ro­wana nie tylko do tej grupy ludzi, ale do każ­dego, kto boryka się z nie­śmia­ło­ścią, hipo­chon­drią, depre­sją czy innymi nasi­lo­nymi nega­tyw­nymi emo­cjami. Wskażę, jak je prze­zwy­cię­żać, żeby wyeli­mi­no­wać ze swo­jego życia tego rodzaju pro­blemy. Krótko mówiąc: żeby wyeli­mi­no­wać strach.

Nauczymy się ujarz­miać wła­sny umysł, żeby stał się pięk­nym, rączym ruma­kiem, który potul­nie zabie­rze nas tam, gdzie będziemy chcieli dotrzeć -?na zwy­kłą prze­jażdżkę, na daleką wyprawę, na skoki przez prze­szkody.

Mój dobry przy­ja­ciel Kiko, mistrz zen, powie­dział mi kie­dyś, że cza­sami nasz umysł zacho­wuje się jak dłoń kogoś, kto nagle wpadł w szał. Wyobraź sobie, że w środku nocy czu­jesz ucisk na szyi, budzisz się, otwie­rasz oczy i widzisz... że dusi cię jakaś szpo­nia­sta łapa!

Despe­racko pró­bu­jesz się od niej uwol­nić, odcią­gasz ją z całej siły, ale ona mocno wcze­pia ci się w grdykę. Zaraz cię udusi! Co za hor­ror! Aż tu nagle zapala się świa­tło i odkry­wasz... że ta szpo­nia­sta łapa to twoja lewa dłoń!

Z umy­słem bywa podob­nie -?nie­kiedy staje się naszym wro­giem, okrut­nym oprawcą. Dobra wia­do­mość jest taka, że KAŻDY może nauczyć się, jak go uzdro­wić. A nawet wię­cej -?jak zro­bić z niego naj­więk­szego sprzy­mie­rzeńca.

Wyobra­żasz sobie życie, w któ­rym emo­cje zawsze ci sprzy­jają? Wiesz, co ci powiem? To moż­liwe! Prze­kona cię o tym ta książka, oparta na tysią­cach świa­dectw.

Prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z mnó­stwem osób, któ­rym udało się wyzdro­wieć. Część z przy­to­czo­nych tu roz­mów można zna­leźć na moim kanale na YouTu­bie. Niech te świa­dec­twa staną się inspi­ra­cją do zmian.

Na koniec chciał­bym podzię­ko­wać kole­gom z wydaw­nic­twa Gaia za to, że pozwo­lili mi na roz­po­czy­na­nie każ­dego roz­działu sło­wami Pemy Chödrön, słyn­nej bud­dyj­skiej mniszki, którą bar­dzo cenię. Wszyst­kie cytaty pocho­dzą z jej książki Ni­gdy nie jest za późno.

Przy­go­tuj się na to, żeby raz na zawsze odmie­nić swoje życie. Stać się lep­szą wer­sją samego sie­bie -?czło­wie­kiem wol­nym, szczę­śli­wym i sil­nym.

1

Wiele zaburzeń, jeden problem: ataki niestabilności emocjonalnej

Gdy ponow­nie znaj­dziemy się w sytu­acji bez wyj­ścia, nie trak­tujmy jej jako prze­szkody. Uznajmy to za łut szczę­ścia. [...] W końcu, po tylu latach mamy szansę wresz­cie doro­snąć1.

Pema Chödrön

María José jest uro­czą, nie­zwy­kle sym­pa­tyczną, rado­sną pięć­dzie­się­cio­latką. Ma jasno­brą­zowe pofa­lo­wane włosy opa­da­jące na plecy. Mieszka w Ali­cante, uwiel­bia spa­ce­ro­wać po plaży ze swoją suczką. Dwuk rot­nie wycho­dziła za mąż, jest urzęd­niczką.

Pamię­tam, że kiedy pod­czas pierw­szej sesji opo­wia­dała mi o swo­ich zabu­rze­niach lęko­wych -?nęka­ją­cych ją od dwu­dzie­stu pię­ciu lat! -?przez cały czas żar­to­wała. Cho­ciaż strach prze­ni­kał ją do szpiku kości, jej rado­sne uspo­so­bie­nie BRAŁO GÓRĘ nad dys­kom­for­tem.

María José codzien­nie doświad­czała sil­nych napa­dów paniki. Na domiar złego uza­leż­niła się od ank­sjo­li­ty­ków nie­for­tun­nie prze­pi­sa­nych przez leka­rza. Nie dość, że w niczym jej nie poma­gały, to jesz­cze dzia­łały na nią otę­pia­jąco i pogłę­biały jej lęki. Kilka razy wystra­szyła się, że nie­chcący je przedaw­ko­wała.

Cho­ciaż zaży­wała sześć, sie­dem table­tek dzien­nie, stany lękowe nasi­lały się z każ­dym rokiem. Teraz, kiedy jest już zdrowa, tak wspo­mina tam­ten okres:

Z powodu zabu­rzeń lęko­wych i uza­leż­nie­nia od table­tek mój umysł był jedną wielką plą­ta­niną. Uza­leż­nie­nie jesz­cze pogłę­biało mój lęk, na godzinę przed wzię­ciem tabletki dopa­dał mnie głód nar­ko­ty­kowy. Nie tylko mia­łam napady lęku, ale byłam też na gło­dzie z powodu tych okrop­nych pasty­lek.

Pod­czas napa­dów lęku serce koła­tało jej tak mocno, jakby zaraz miało wysko­czyć z piersi, zawroty głowy omal nie zwa­lały jej z nóg, wyda­wało jej się, że za chwilę umrze. Ze stra­chu dło­nie drżały jej jak u cho­rego na par­kin­sona. Ataki trwały kilka godzin, dopa­dały ją także pod­czas snu, przez co nie mogła zmru­żyć oka nawet po podwój­nej dawce leku. Ani potrój­nej!

Dziś María José jest innym czło­wie­kiem. Od ponad trzech lat nie miała ataku, jej życie przy­brało zupeł­nie inną barwę -?jest świe­tli­ste! Nie bie­rze żad­nych leków, nie są jej potrzebne. Jest naj­nor­mal­niej­szą osobą pod słoń­cem. Wię­cej niż nor­malną: w pełni szczę­śliwą.

Pod­czas nie­daw­nej roz­mowy powie­działa mi:

-?Gdyby nie ty, ni­gdy bym nie wyzdro­wiała! Ura­to­wa­łeś mi życie!

Prawda jest jed­nak taka, że María José sama się ura­to­wała. Wyzdro­wiała dzięki cięż­kiej pracy i deter­mi­na­cji. TY TAKŻE WYZDRO­WIE­JESZ.

Pomyśl: po dwu­dzie­stu pię­ciu latach życia w kosz­ma­rze codzien­nych napa­dów lęku i sil­nego uza­leż­nie­nia od psy­cho­tro­pów María José zaczęła nowy roz­dział. Udało jej się poko­nać zabu­rze­nia bez pomocy leków, wyłącz­nie dzięki pracy nad sobą, wytrwa­ło­ści i deter­mi­na­cji.

Moja książka trak­tuje o lecze­niu tego, co bar­dzo ogól­nie mogli­by­śmy nazwać "ata­kami nie­sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej" pole­ga­ją­cymi na doświad­cza­niu sil­nych lęków bez racjo­nal­nego uza­sad­nie­nia. Cho­dzi o pewną nad­wraż­li­wość i utratę kon­troli nad emo­cjami -?nie jeste­śmy sobą, sta­jemy się bojaź­liwi i słabi, tar­gają nami skrajne emo­cje.

Ataki poja­wiają się bez uprze­dze­nia. Ni stąd, ni zowąd. Po prze­bu­dze­niu albo w obli­czu jakiejś drob­nej prze­szkody. Na przy­kład gdy dowia­du­jemy się, że w pracy mamy do wyko­na­nia nowe zada­nie; strach przed nie­zna­nym potę­guje nasz stres i nagle wpa­damy w panikę. "Daw­niej taki nie byłem! Dla­czego sta­łem się takim mazga­jem?", pytamy sami sie­bie.

Ataki paniki czy nie­sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej są praw­dzi­wym kosz­ma­rem. Jeste­śmy pozba­wieni ener­gii, spę­tani stra­chem, odcięci od świata, nie­zdolni do dzia­ła­nia, zdez­o­rien­to­wani i słabi.

Tym, któ­rzy ni­gdy nie musieli mie­rzyć się z takim pro­ble­mem, trudno zro­zu­mieć, że te zabu­rze­nia nie mają żad­nego racjo­nal­nego wytłu­ma­cze­nia. To tak, jakby ktoś wstrzyk­nął nam nar­ko­tyk wywo­łu­jący strasz­liwe halu­cy­na­cje, a my nie wiemy, kiedy zacznie dzia­łać. Może to nastą­pić w każ­dej chwili! A wtedy... bum! Kosz­mary wcią­gną nas do czar­nej studni. Będziemy myśleć wyłącz­nie o tym, żeby się z niej wydo­stać. Lęk unie­moż­liwi nam nie tylko dzia­ła­nie, ale też wcho­dze­nie w inte­rak­cje z innymi ludźmi. Napad paniki jest jak nie­zno­śny, upo­rczywy ból -?z upra­gnie­niem cze­kamy na nadej­ście nocy, żeby zasnąć i wresz­cie wyłą­czyć wystra­szony umysł.

Tego rodzaju ataki są bar­dziej powszechne, niż nam się wydaje. My, psy­cho­lo­go­wie, przy­kle­jamy im różne ety­kietki -?"zespół lęku napa­do­wego", "zabu­rze­nia obse­syjno-kom­pul­syjne", "depre­sja" -?ale tak naprawdę cho­dzi o to samo zja­wi­sko: zalew nega­tyw­nych emo­cji, tak silny, że nie jeste­śmy w sta­nie go powstrzy­mać. Emo­cje te przej­mują kon­trolę nad naszym życiem i je nisz­czą. Pod­czas napa­dów są odczu­wane ze wzmo­żoną siłą. Wza­jem­nie się napę­dza­jąc, biorą nas w posia­da­nie i wcią­gają w bagno cier­pie­nia emo­cjo­nal­nego. Wresz­cie atak samo­ist­nie ustaje i zosta­wia nas samych ze sobą, wykoń­czo­nych, roz­bi­tych, prze­ra­żo­nych. Hasta la vista, baby.

Dlaczego ja?

Czę­sto czu­jemy się zdez­o­rien­to­wani w obli­czu tego, co nas spo­tyka. Prze­cież wcze­śniej tacy nie byli­śmy. Cho­ciaż bar­dzo się sta­ramy, nie jeste­śmy w sta­nie uwol­nić się od tej dziw­nej cho­roby.

Zasta­na­wiamy się: "O Boże, co się ze mną dzieje?".

Zazdro­ścimy ludziom mija­nym na ulicy i nie­uchron­nie zada­jemy sobie pyta­nie: "Jak to moż­liwe, że z nimi jest wszystko w porządku? Dla­czego nie mogę być taki jak oni?".

Strach przed ata­kami paniki zamie­nia nasz świat w nie­bez­pieczne miej­sce pełne dziur, przez które możemy wpaść w emo­cjo­nalną otchłań.

Zaczy­namy uni­kać sytu­acji, które koja­rzymy z ata­kami: jazdy metrem, zaku­pów w gale­rii han­dlo­wej, samot­nego prze­by­wa­nia w domu, snu­cia czar­nych myśli... Wszyst­kiego, co może wcią­gnąć nas w pętlę złego samo­po­czu­cia. Nasze życie staje się nagle ogra­ni­czone przez kon­tek­sty, w któ­rych odczu­wamy strach.

Powta­rzamy sobie: "O Boże, dla­czego boję się takich głupstw? Prze­cież kie­dyś robie­nie tych rze­czy spra­wiało mi przy­jem­ność!". Nie­stety tak wygląda nasza nowa rze­czywistość.

W takim sta­nie emo­cjo­nal­nym wszystko przy­cho­dzi nam z wiel­kim tru­dem: podej­mo­wa­nie decy­zji, mie­rze­nie się z drob­nymi pro­ble­mami, zdo­by­wa­nie się na wysi­łek, praca, miłość...

Zda­rzają się chwile spo­koju, kiedy wydaje się, że odzy­ska­li­śmy zdro­wie psy­chiczne. Jed­nak po kilku dniach klą­twa wraca i nastę­puje kolejny atak.

W tej książce przyj­rzymy się dwóm pod­ty­pom ata­ków nie­sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej:

- ata­kom lęku (albo paniki);

- zabu­rze­niom obse­syjno-kom­pul­syj­nym (OCD).

Ist­nieje wię­cej pod­ty­pów, w tym różne rodzaje depre­sji, cho­roby psy­cho­so­ma­tyczne, migreny, bóle nie­wia­do­mego pocho­dze­nia... Wszyst­kie one skła­dają się jed­nak na to samo zja­wi­sko.

Jeżeli czu­jesz się emo­cjo­nal­nie "słaby", naj­praw­do­po­dob­niej cier­pisz na jeden z rodza­jów nie­sta­bil­no­ści emo­cjo­nal­nej. W takim wypadku zasto­suj się ści­śle do wska­zó­wek przed­sta­wio­nych w tej książce. Wszy­scy cier­pimy na to samo, tyle że przy­pięto nam różne ety­kietki z dia­gnozą.

Ata­kom lęku towa­rzy­szy zazwy­czaj jeden lub kilka z poniż­szych obja­wów:

- ból w klatce pier­sio­wej;

- ból brzu­cha;

- uczu­cie dusz­no­ści;

- zawroty głowy;

- poczu­cie zagro­że­nia (nawet śmier­cią);

- a przede wszyst­kim potworny strach!

Depre­sja obja­wia się poprzez:

- obni­żony nastrój;

- zmę­cze­nie;

- czarne myśli.

Do obja­wów obse­sji należą:

- natrętne myśli doty­czące cze­goś, co powin­ni­śmy omi­jać/roz­strzy­gnąć/wyeli­mi­no­wać.

Wbrew temu, co mogłoby się wyda­wać, ataki emo­cjo­nalne nie są zabu­rze­niami fizjo­lo­gicz­nymi czy orga­nicz­nymi. Nie mają związku z nie­do­bo­rem sero­to­niny ani z nie­do­krwie­niem mózgu. To zasadzka zasta­wiona przez umysł przy­po­mi­na­jąca chiń­ską pułapkę na palce.

Wywo­dząca się ze sta­ro­żyt­no­ści zabawka ma postać uple­cio­nej z bam­busa rurki, w którą wkłada się palce, tak jak na zdję­ciu. Kiedy pró­bu­jemy je wycią­gnąć, pułapka coraz moc­niej się zaci­ska.

Nie­ła­two jest wpaść na wła­ściwe roz­wią­za­nie pro­blemu: żeby się uwol­nić, należy zbli­żyć do sie­bie palce, wpy­cha­jąc je głę­biej w rurkę. Wtedy ple­cionka, o dziwo, się roz­sze­rza i można je ostroż­nie wysu­nąć.

Ana­lo­giczny mecha­nizm zacho­dzi w wypadku wszyst­kich rodza­jów ata­ków sła­bo­ści emo­cjo­nal­nej: napa­dów lęko­wych, depre­sji, zabu­rzeń obse­syjno-kom­pul­syj­nych. Wpa­damy w wymyślną pułapkę wła­snego umy­słu, a wszel­kie próby wydo­sta­nia się z niej tylko pogar­szają sytu­ację. Im moc­niej cią­gniemy, tym bar­dziej rurka zaci­ska się wokół palca.

Ważne, żeby­śmy pamię­tali o jed­nym: więk­szość zabu­rzeń psy­chicz­nych to po pro­stu gra logiczna. Nie stoi za nimi żadna cho­roba ata­ku­jąca układ ner­wowy, geny czy coś innego w orga­ni­zmie! Dla­tego nie ma potrzeby zaży­wa­nia leków.

W tej książce pod­po­wiem, jak raz na zawsze uwol­nić się z tej pułapki i odzy­skać PEŁ­NIĘ władz umy­sło­wych, spo­koju, rów­no­wagi i rado­ści. Krótko mówiąc: peł­nię życia.

Ale to nie wszystko. Dzięki zdo­by­tej wie­dzy nauczymy się kochać, poma­gać, odkry­wać piękno świata i dzie­lić się nim z innymi.

Powin­ni­śmy się cie­szyć, że cho­roby, na którą cier­pimy, nie trzeba zwal­czać lekami, i że możemy wyjść z niej sil­niejsi, przy­go­to­wani do tego, by czer­pać radość z życia. Czeka nas cał­ko­wite uzdro­wie­nie!

Jesteś gotowy na tę piękną podróż ku pozna­niu samego sie­bie, wyzwo­le­niu, wzmoc­nie­niu i szczę­ściu?

W tej książce znaj­dziesz sporo histo­rii osób, które zdo­łały prze­zwy­cię­żyć pro­blem, z jakim ty się teraz mie­rzysz. Wra­caj do nich co jakiś czas, niech będą dla cie­bie źró­dłem inspi­ra­cji. Ich boha­te­rami są ludzie tacy jak ty, zwy­czajni męż­czyźni i kobiety, któ­rym udało się zawo­jo­wać świat wła­snych emo­cji.

Z tego roz­działu dowie­dzie­li­śmy się, że:

- Zabu­rze­nia lękowe, obse­sje, dole­gli­wo­ści psy­cho­so­ma­tyczne i więk­szość depre­sji nie są cho­ro­bami ciała, ale pułap­kami umy­słu, z któ­rych można nauczyć się wydo­sta­wać. Jeżeli bory­kamy się z ata­kami paniki, natręt­nymi myślami, depre­sją albo hipo­chon­drią, mamy powód do rado­ści: nasz pro­blem jest natury logicz­nej, nie medycz­nej. Możemy się cał­ko­wi­cie wyle­czyć, bez leków i bez powi­kłań.

- Nie­ważne, jak bar­dzo jeste­śmy roz­bici i słabi -?głowa do góry! Nie­długo poczu­jemy się lepiej. Ludzie, któ­rzy prze­cho­dzili przez to samo, co my, teraz z uśmie­chem idą przez życie, tak jak María José. Jeżeli będziemy postę­po­wali zgod­nie ze wska­zów­kami zawar­tymi w tej książce, nie­ba­wem do nich dołą­czymy. To zależy wyłącz­nie od nas.

- Po zakoń­cze­niu auto­te­ra­pii sko­ło­wa­nie, ból emo­cjo­nalny, osła­bie­nie i strach znikną jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Czeka nas inten­sywna, wytę­żona praca, ale suk­ces mamy jak w banku!

2

Mechanizm neurozy

Odkry­cia doko­ny­wane dzięki prak­tyce [...] wypły­wają [...] z odważ­nej goto­wo­ści, by umrzeć, by umie­rać wciąż na nowo2.

Pema Chödrön

Diego jest czter­dzie­sto­ośmio­let­nim przed­się­biorcą, wyso­kim, dobrze zbu­do­wa­nym męż­czy­zną o wyspor­to­wa­nej syl­wetce. Kiedy go pozna­łem, był w bar­dzo kiep­skim sta­nie emo­cjo­nal­nym, mimo to pre­zen­to­wał się wspa­niale - szy­kow­nie ubrany, z zacze­sa­nymi do tyłu ciem­nymi krę­co­nymi wło­sami. Nie­for­mal­nej ele­gan­cji dopeł­niały nowo­cze­sne oku­lary.

Kiedy zja­wił się w moim gabi­ne­cie, był kom­plet­nie roz­bity. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa zma­gał się z obja­wami sła­bo­ści emo­cjo­nal­nej, głów­nie z ata­kami lęku. Pró­bo­wał róż­nych tera­pii, ale żadna nie przy­nio­sła zna­czą­cych efek­tów.

Po około roku sto­so­wa­nia wła­ści­wych metod był zupeł­nie innym czło­wie­kiem. Napi­sał do mnie list, z prośbą, żebym poka­zy­wał go pacjen­tom mie­rzą­cym się z pro­ble­mem, który on poko­nał. To bar­dzo piękny list, z jasnym prze­sła­niem skie­ro­wa­nym do wszyst­kich roz­po­czy­na­ją­cych tę tera­pię.

Obie­ca­łem Bogu, że jeśli kie­dy­kol­wiek zdo­łam zamknąć długi roz­dział zabu­rzeń lęko­wych i depre­sji, posta­ram się, żeby moje cier­pie­nie stało się świa­teł­kiem w tunelu dla tych, któ­rzy także od lat zma­gają się z dotkli­wymi epi­zo­dami sła­bo­ści emo­cjo­nal­nej.

Moja histo­ria jest dowo­dem na to, że można się z tym upo­rać, a w dodatku poczuć się wspa­niale. Ostat­nio dużo się mówi o pla­stycz­no­ści mózgu -?mój przy­pa­dek jedy­nie ją potwier­dza.

Dziś mogę powie­dzieć, że cie­szę się z tego, co osią­gną­łem, i jestem za to wdzięczny, a jed­no­cze­śnie zdu­miony, że mi się to udało, bo przez dłu­gie lata żyłem w pie­kle napa­dów lęko­wych i s tanów depre­syj­nych.

Zaczęło się, kiedy mia­łem cztery lata. Wsku­tek wypadku zła­ma­łem -?sam już nie pamię­tam ile -?kości. To trau­ma­tyczne wyda­rze­nie nazna­czyło całe moje dzie­ciń­stwo. Kolejne sześć lat spę­dzi­łem w gabi­ne­tach leka­rzy, na salach ope­ra­cyj­nych i w ośrod­kach reha­bi­li­ta­cyj­nych. Pamię­tam, że byłem prze­ra­żony. Cza­sem woła­łem w nocy mamę, bo nie mogłem oddy­chać, tak bar­dzo bałem się o swoje zdro­wie. Dziś wiem, że tamte dusz­no­ści i lęki były obja­wem ata­ków paniki, ale jako małe dziecko nie rozumia­łem, co się ze mną dzieje.

W wieku szes­na­stu lat popa­dłem w depre­sję. W dodatku zaczą­łem obse­syj­nie myśleć, że mógł­bym kogoś zaata­ko­wać, i byłem tym prze­ra­żony. Wtedy pierw­szy raz posze­dłem do psy­chia­try, który zaczął fasze­ro­wać mnie anty­de­pre­san­tami i ank­sjo­li­ty­kami.

W wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat mia­łem już za sobą tera­pie u pię­ciu naj­lep­szych psy­chia­trów z oko­licy. Wypró­bo­wy­wali na mnie naj­róż­niej­sze leki. Każdy ser­wo­wał mi swój wła­sny kok­tajl.

Nie­długo potem odzie­dzi­czy­łem firmę po ojcu. Poziom stresu wzrósł, a wraz z nim uczu­cie lęku i stra­chu. Był rok 2003. Czę­sto spę­dza­łem całe dnie w łóżku, spa­ra­li­żo­wany stra­chem. Nie­ustanne myśli samo­bój­cze jesz­cze potę­go­wały panikę. Bałem się, że mogę zro­bić coś głu­piego. Trzy­ma­łem się z daleka od noży. Obse­syjne myśli same się napę­dzały. Stra­chem napa­wały mnie nawet wia­do­mo­ści tele­wi­zyjne.

Mia­łem zaschnięte gar­dło, nie byłem w sta­nie prze­ły­kać. Nie spa­łem. Gwał­tow­nie tra­ci­łem na wadze, czu­łem się otu­ma­niony, nie mogłem trzeźwo myśleć. Czyn­no­ści takie jak ubra­nie się, roz­pla­no­wa­nie dnia czy wzię­cie prysz­nica wyma­gały ode mnie ogrom­nego wysiłku.

Diego prze­szedł rady­kalną prze­mianę, mimo że przez wiele, bar­dzo wiele lat żył w głę­bo­kiej studni -?zanim do mnie tra­fił, zali­czył kilka poby­tów w szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych, przyj­mo­wał ponad pięć­dzie­siąt rodza­jów leków i pod­jął dwie próby samo­bój­cze.

Cho­ciaż wielu psy­chia­trów spi­sa­łoby go na straty, obec­nie Diego nie bie­rze żad­nych leków, jest szczę­śliwy, try­ska rado­ścią i kocha życie.

Wyzdro­wiał po dwóch latach tera­pii, sto­su­jąc się do zale­ceń, które poznamy na kar­tach tej książki. Wło­żył w to mnó­stwo wysiłku i deter­mi­na­cji.

Możemy się zasta­na­wiać: "Czy osią­gnę to, co Diego? Czy dam radę zmie­nić samego sie­bie?".

Odpo­wiedź brzmi: "Oczy­wi­ście! I stanę się czę­ścią wspól­noty męż­czyzn i kobiet, któ­rzy wza­jem­nie się wspie­rają, kochają życie i innych ludzi".

Wszystko tkwi w umyśle

Zabu­rze­nia emo­cjo­nalne są dla psy­cho­loga pasjo­nu­ją­cym, peł­nym tajem­nic mate­ria­łem badaw­czym. A to dla­tego, że od zara­nia dzie­jów mylono je z cho­ro­bami orga­nicz­nymi trud­nymi do wyle­cze­nia, a nie­kiedy bar­dzo źle roku­ją­cymi.

Nie­trudno zro­zu­mieć ten błąd, bowiem zabu­rze­nia emo­cjo­nalne fak­tycz­nie przy­po­mi­nają cho­roby orga­niczne. Dobrym tego przy­kła­dem jest niko­ty­nizm -?wbrew pozo­rom pro­blem men­talny.

Medy­cyna na­dal uważa, że uza­leż­nie­nia wywo­łują zmiany neu­ro­nalne odpo­wie­dzialne za zespół abs­ty­nen­cyjny, nie­zwy­kle bole­sny i trudny do poko­na­nia. Przy­jęta ofi­cjal­nie teo­ria mówi, że nar­ko­tyk wpływa na pracę neu­ro­nów, dla­tego osoba uza­leż­niona cierpi, dopóki znów nie zaczną one nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

Teo­rię o uszko­dze­niach mózgu wsku­tek uza­leż­nień i o zespole abs­ty­nen­cyj­nym obala bry­tyj­ski geniusz Allen Carr.

Dzięki jego książce Pro­sta metoda jak sku­tecz­nie rzu­cić pale­nie miliony osób odkryły, że zespół odsta­wienny jest w 95% zja­wi­skiem psy­chicz­nym i aby go poko­nać, wystar­czy zmie­nić spo­sób myśle­nia. Ja sam odsta­wi­łem papie­rosy, sto­su­jąc się do zale­ceń Carra, bez­bo­le­śnie i bez­stre­sowo. Tak jak kil­ka­dzie­siąt milio­nów innych czy­tel­ni­ków jego książki. Jak widać, to spraw­dzona metoda!

Carr stale powta­rza, że wszyst­kie uza­leż­nie­nia są jed­na­kowe, nie­ważne, czy cho­dzi o alko­hol, koka­inę, hero­inę, czy inne sub­stan­cje. Zespół abs­ty­nen­cyjny, na który cier­pią osoby pró­bu­jące odsta­wić te używki, jest pro­duk­tem ich umy­słu. Uza­leż­nie­nie to pro­ces psy­chiczny i choć pociąga za sobą sze­reg obja­wów fizycz­nych (poce­nie się, gorączka, dresz­cze, maja­cze­nie alko­holowe), są one tylko dymem, wytwo­rem naszej wyobraźni. Dla­tego możemy nauczyć się ich nie mieć!

Pra­cow­nicy zakła­dów kar­nych wie­dzą, że więź­nio­wie nie­ma­jący dostępu do nar­ko­ty­ków odzwy­cza­jają się od nich raz-dwa, bez obja­wów zespołu abs­ty­nen­cyj­nego. Jak to moż­liwe? Jakież to magiczne wła­ści­wo­ści mają wię­zie­nia? Odpo­wiedź jest pro­sta: jeżeli umysł wie, że nie ma szansy na zdo­by­cie nar­ko­tyku, nie uru­cha­mia psy­chicz­nego pro­cesu uza­leż­nie­nia.

Ataki lęku i obse­sje to także czy­sto psy­chiczne zabu­rze­nia, dla­tego nie dzia­łają na nie leki, aku­punk­tura czy wita­miny. Czas powie­dzieć "stop" tym środ­kom!

Skupmy się na jedy­nym źró­dle pro­blemu: błęd­nym kole stra­chu. Im szyb­ciej to zro­bimy, tym szyb­ciej go roz­wią­żemy.

Nie­ważne, jak długo cier­pimy na zabu­rze­nia, jak bar­dzo są one poważne i u ilu leka­rzy byli­śmy -?za każ­dym razem mamy do czy­nie­nia z pro­ble­mem psy­chicz­nym, któ­rego roz­wią­za­nie znaj­duje się tuż za rogiem.

Dlaczego siedzi mi to w głowie?

Pacjenci czę­sto zadają mi pyta­nie:

-?Dla­czego mam te obse­syjne myśli? Co jest nie tak z moją głową?

-?Nic nie jest nie tak, po pro­stu wpa­dłeś w pułapkę swo­jego umy­słu - odpo­wia­dam za każ­dym razem. -?Nie­wy­klu­czone, że twoje neu­rony wyka­zują ku temu pewną pre­dys­po­zy­cję, ale sta­nowi to zale­d­wie trzy pro­cent pro­blemu.

-?Czyli przy­czyną jest jakaś drobna wada neu­ro­nów? -?pytają pacjenci.

-?Zacho­dzi tu mecha­nizm ana­lo­giczny do uza­leż­nie­nia od papie­ro­sów. Fizyczny objaw niko­ty­ni­zmu, czyli lek­kie pode­ner­wo­wa­nie, wpę­dza nas w umy­słową pułapkę nałogu, wywo­łu­jąc uza­leż­nie­nie psy­chiczne. Objaw fizyczny to pestka, łatwo go prze­zwy­cię­żyć. Praw­dzi­wym pro­ble­mem jest strach przed rzu­ce­niem pale­nia, pro­wa­dzący do głodu niko­ty­no­wego, który jest niczym innym jak sil­nym uczu­ciem lęku.

-?To zna­czy, że czyn­nik fizjo­lo­giczny jest mini­malny, a pro­blem leży głów­nie w mojej psy­chice, w tym, co myślę i co robię?

-?Otóż to. Prze­stań się zasta­na­wiać, jakiej natury jest twój pro­blem, bo mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość: roz­wią­żemy go raz na zawsze z pomocą psy­cho­lo­gii -?oznaj­miam na zakoń­cze­nie.

Mechanizm lęku

Prze­ana­li­zu­jemy teraz nieco dokład­niej pułapkę zwaną "błęd­nym kołem stra­chu" -?mecha­nizm lęku, obse­sji, depre­sji, hipo­chon­drii itd.

Wszyst­kie bez­pod­stawne obawy są wła­śnie jego owo­cem.

Zaczyna się cał­kiem przy­pad­kowo: pew­nego pecho­wego dnia dozna­jemy jakie­goś wyjąt­kowo nie­przy­jem­nego odczu­cia, które nas zaska­kuje i nie­po­koi. Może to być dotkliwy ból w piersi, sil­niej­sze zawroty głowy albo nie­znane dotąd uczu­cie lęku. Uwaga! Tak wła­śnie rodzi się strach. "Matko, co się ze mną dzieje? To nie jest nor­malne!" Tyle wystar­czy. Obawy, że ta sytu­acja może się powtó­rzyć, zwięk­szają nasz dys­kom­fort, co z kolei potę­guje lęk. Nakrę­ca­jący się dia­bo­liczny mecha­nizm nasila i strach, i objawy.

Widać to wyraź­nie na przy­kła­dzie ata­ków paniki.

Pew­nego dnia nie­spo­dzie­wa­nie zaczyna walić nam serce. Jeste­śmy zasko­czeni i tro­chę wystra­szeni. Załóżmy, że kilka tygo­dni wcze­śniej ktoś z naszej rodziny zmarł na atak serca. Natych­miast poja­wia się myśl: "O nie! To na pewno zawał". Nie­po­kój spra­wia, że nasze serce zaczyna bić jesz­cze moc­niej. A niech to! Ponie­waż koła­ta­nie przy­brało na sile, mar­twimy się jesz­cze bar­dziej. Na tym wła­śnie polega błędne koło stra­chu!

To wła­śnie ta emo­cjo­nalna spi­rala jest praw­dzi­wym źró­dłem napa­dów lęko­wych, natręt­nych myśli i kom­pul­sji.

Z cza­sem odczu­cia przy­bie­rają na sile i ze stra­chu zaczy­namy uni­kać sytu­acji, w któ­rych ich doświad­czamy, co jedy­nie potę­guje nasze prze­wraż­li­wie­nie. Pro­wa­dzi to do zabu­rzeń emo­cjo­nal­nych, które nas przy­tła­czają i nisz­czą nam życie.

Mecha­nizm neu­rozy to opi­sana wyżej spi­rala: odczu­cie -?nie­po­kój - ucieczka. Każdy może jej doświad­czyć. Miliony ludzi wpa­dają w tę pułapkę wyłącz­nie dla­tego, że nasz umysł wyka­zuje taką skłon­ność.

Zna­łem osoby nie­zwy­kle odporne pod każ­dym wzglę­dem -?poli­cjan­tów, stra­ża­ków, poli­ty­ków, przed­się­bior­ców, zawo­do­wych spor­tow­ców -?które cier­piały na zabu­rze­nia lękowe. Siła woli, odwaga i inne godne podziwu cechy nie uchro­niły ich od cho­roby, ale wielu z nich pomo­gły szyb­ciej ją prze­zwy­cię­żyć.

Poja­wie­nie się tego rodzaju zabu­rzeń to, gene­ral­nie rzecz bio­rąc, kwe­stia pecha -?przy­pad­kiem dozna­li­śmy budzą­cego w nas strach odczu­cia, które nakrę­ciło opi­saną wcze­śniej spi­ralę.

Pod­kre­ślę jed­nak raz jesz­cze: jedy­nym źró­dłem pro­blemu jest pro­ces psy­chiczny, błędne koło emo­cji. Nic wię­cej.

Nie mamy do czy­nie­nia z cho­robą orga­niczną, nie­do­bo­rem sero­to­niny czy mecha­ni­zmem neu­ro­nal­nym. Cho­dzi o zja­wi­sko psy­chiczne, które można wyle­czyć, pra­cu­jąc nad swoim umy­słem. Każdy może tego doko­nać, jeśli:

a) W 100% zro­zu­mie infor­ma­cje zawarte w tej książce.

b) Będzie nad sobą pra­co­wać z wystar­cza­jącą deter­mi­na­cją.

Z tego roz­działu dowie­dzie­li­śmy się, że:

- Napady lękowe, obse­sje i pozo­stałe "neu­rozy" są pułapką umy­słu, w którą może wpaść każdy.

- Istotą pro­blemu jest spi­rala stra­chu przed stra­chem, lęku przed odczu­ciami potę­go­wa­nymi przez lęk.

- Roz­wią­za­niem jest pozby­cie się stra­chu przed tymi odczu­ciami. Wtedy po pro­stu znikną, a w ich miej­sce poja­wią się radość i miłość.

3

Uzdrowienie w jednym zdaniu: "Wyzbyć się strachu przed emocjami"

Wydaje nam się, że odważni ludzie nie odczu­wają lęku. Tym­cza­sem oni po pro­stu są z nim oswo­jeni3.

Pema Chödrön

Mila jest prze­sym­pa­tyczną, cie­płą, rado­sną czter­dzie­sto­sied­mio­latką. Ma piękne dłu­gie ciemne włosy, a na jej twa­rzy zawsze gości uśmiech. Od razu widać, że kocha życie i innych ludzi. Mówi z uro­czym anda­lu­zyj­skim akcen­tem.

Do tego jest speł­nioną śpie­waczką. Wystę­puje od lat , uwiel­bia to, co robi. Ma cudowny głos, któ­rym śpiewa typowe dla Anda­lu­zji cople.

Przez długi czas cier­piała na zabu­rze­nia lękowe, żyła uwię­ziona w domu z powodu ago­ra­fo­bii. Wycho­dziła tylko na występy. Nie­raz śpie­wała spa­ra­li­żo­wana stra­chem. Kie­dyś silny atak paniki dopadł ją na sce­nie.

Aż wresz­cie tra­fiła na porad­nik, który pomógł jej wyjść z tej studni i na powrót stać się gwiazdą, zarówno w życiu zawo­do­wym, jak i pry­wat­nym.

Była tak wspa­nia­ło­myślna, że podzie­liła się ze mną swoją histo­rią. Naszej roz­mowy można posłu­chać na moim kanale na YouTu­bie.

Oto moje świa­dec­two. Zabu­rze­nia lękowe poja­wiły się, kiedy mia­łam sie­dem­na­ście lat, a wyle­czy­łam się z nich w wieku czter­dzie­stu sze­ściu. Tro­chę to trwało, ale było warto. Naresz­cie jestem wolna!

Dosko­nale pamię­tam pierw­szy atak. Jak już wspo­mnia­łam, mia­łam wtedy sie­dem­na­ście lat. Byłam na impre­zie na dru­gim końcu mia­steczka i nagle w środku zabawy dosta­łam napadu paniki. Prze­ra­żona pobie­głam do domu. Drogę powrotną wspo­mi­nam jako praw­dziwy hor­ror. Ze stra­chu cze­pia­łam się ścian budyn­ków. Nie mogłam oddy­chać, jakby ktoś ści­skał moją szyję, żeby mnie udu­sić. Bra­ko­wało mi powie­trza! Do tego strasz­nie krę­ciło mi się w gło­wie, bałam się, że zaraz zemdleję. Ugi­nały się pode mną nogi, cała się trzę­słam. Ale naj­gor­szy ze wszyst­kiego był strach.

Kiedy dotar­łam do domu, mama pomy­ślała, że ktoś mnie skrzyw­dził. Uspo­ko­iła się, kiedy zdo­ła­łam jej wyja­śnić, co się ze mną dzieje. Wycią­gnę­łam się na kana­pie z zim­nym okła­dem na czole i po chwili poczu­łam się lepiej.

Ale na tym się nie skoń­czyło!

Ataki paniki wra­cały dzień w dzień, trwały jakieś pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia minut. Ciśnie­nie ska­kało mi pod sufit. Po wszyst­kim czu­łam się wykoń­czona i obo­lała, jakby prze­je­chał po mnie walec. Praw­dziwy kosz­mar.

To nie było nor­malne, dla­tego począt­kowo myśla­łam, że cier­pię na jakąś poważną cho­robę -?coś z tar­czycą albo z ser­cem.

Zaczę­łam koja­rzyć ataki z bra­niem prysz­nica, z wycho­dze­niem z domu, z robie­niem zaku­pów itd. Na samą myśl o tych czyn­no­ściach wpa­da­łam w panikę, bo wyobra­ża­łam sobie, jak strasz­nie będę się czuła. Tak naprawdę sama je wywo­ły­wa­łam, ale wtedy jesz­cze tego nie rozu­mia­łam. Byłam prze­ko­nana, że cier­pię na jakąś groźną cho­robę.

Żyłam w nie­ustan­nym stre­sie, świa­doma, że w każ­dej chwili może dopaść mnie atak. Naj­chęt­niej spę­dza­ła­bym całe dnie w łóżku. Byłam wiecz­nie przy­gnę­biona, bo w moim życiu nagle poja­wiło się mnó­stwo ogra­ni­czeń.

Leka­rze stwier­dzili, że nie cier­pię na żadną cho­robę orga­niczną, ale dla mnie było to nie­wiel­kie pocie­sze­nie, bo nie potra­fili zapo­biec ata­kom.

Zaczę­łam szu­kać infor­ma­cji o zabu­rze­niach lęko­wych. Poszłam do psy­cho­loga, ale nie umiał wła­ści­wie mną pokie­ro­wać i w niczym mi nie pomógł. W tam­tym okre­sie myśla­łam, że ni­gdy z tego nie wyjdę.

Któ­re­goś dnia tra­fi­łam na infor­ma­cje o tera­pii beha­wio­ral­nej i wdro­ży­łam ją na swój wła­sny spo­sób. Zaczę­łam czuć się lepiej, choć lęki nie ustą­piły. Unie­za­leż­ni­łam się od rodzi­ców, pró­bo­wa­łam wieść w miarę nor­malne życie, mimo że wcale nie było ze mną dobrze.

Zmiana nastą­piła dopiero dwa lata temu.

Pod koniec 2018 roku powró­ciły silne ataki paniki i strach, że dopadną mnie, kiedy będę poza domem. Wkrótce prze­sta­łam wycho­dzić nawet do ogrodu.

Przez pra­wie cały 2019 rok codzien­nie mia­łam napady lęku. Nie byłam w sta­nie wyjść na spa­cer z Tarą, moją suczką. Wypro­wa­dzał ją mój mąż. Pró­bo­wa­łam każ­dego dnia, ale docie­ra­łam naj­da­lej do drzwi sąsiadki, a potem musia­łam zawra­cać.

Do tego w tam­tym roku mia­łam mnó­stwo wystę­pów. Mąż zawsze mi towa­rzy­szył, zosta­wiał samo­chód pod sceną, żebym mogła się w nim scho­wać, gdy­bym poczuła się bar­dzo źle. Samo­chód był dla mnie bez­piecz­nym schro­nie­niem. Mówi­li­śmy orga­ni­za­to­rom, że mam dużo sukni i dro­giego sprzętu, żeby pozwo­lili nam zapar­ko­wać jak naj­bli­żej. Tak naprawdę potrze­bo­wa­łam samo­chodu na wypa­dek sil­nego ataku lęku.

Bar­dzo czę­sto pani­ko­wa­łam pod­czas wystę­pów. Trudno w to uwie­rzyć, ale ataki dopa­dały mnie nawet, kiedy śpie­wa­łam.

Pod koniec roku zna­la­złam się na gra­nicy wytrzy­ma­ło­ści, widzia­łam wszystko w czar­nych bar­wach. To mnie wykań­czało. Nasi­liło się uczu­cie lęku, nawet w domu czu­łam się źle. To był straszny okres. Nie mogłam zdo­być się na wyj­ście do sklepu ani na spa­cer, stra­ci­łam jaką­kol­wiek nie­za­leż­ność. Dwu­krot­nie wzy­wa­łam karetkę, bo nie byłam w sta­nie zapa­no­wać nad paniką.

Kie­dyś lekarz skie­ro­wał mnie na mor­fo­lo­gię, ale nie udało mi się dotrzeć do przy­chodni -?musieli wysłać pie­lę­gniarkę, żeby pobrała mi krew w domu. To był naj­gor­szy dzień w moim życiu. Zaczę­łam myśleć, że do końca swych dni będę zamknięta w psy­chia­tryku.

Wtedy tra­fi­łam w inter­ne­cie na fil­miki Rafa­ela San­tan­dreu i zoba­czy­łam świa­tło w tunelu. Pamię­tam, że oglą­da­łam je całymi dniami. Wresz­cie zaczę­łam rozu­mieć.

Kupi­łam jego książki i z uwagą je prze­stu­dio­wa­łam. Kiedy dotar­łam do ostat­nich roz­dzia­łów porad­nika Wszystko jest łatwiej­sze, niż nam się wydaje, odkry­łam cztery magiczne słowa. W pew­nym sen­sie prze­szłam już podobną auto­te­ra­pię na samym początku, ale teraz zro­zu­mia­łam wszystko znacz­nie lepiej. Posta­no­wi­łam, że od tej pory będę codzien­nie nad sobą pra­co­wać!

Od początku wyzna­cza­łam sobie jasne cele. Przede wszyst­kim: dotrzeć do drzwi sąsiadki. Powta­rza­łam sobie jak man­trę: "Staw czoło, staw czoło". Jaka byłam szczę­śliwa, kiedy udało mi się od razu pierw­szego dnia! Cho­ciaż dużo mnie to kosz­to­wało, następ­nego prze­szłam tro­chę dalej. A kolej­nego dnia jesz­cze kawa­łe­czek. Po tygo­dniu posta­no­wi­łam wypro­wa­dzić na spa­cer Tarę. I też mi się udało!

Mój umysł stop­niowo się oczysz­czał, dzień po dniu, tydzień po tygo­dniu.

Wkrótce odwa­ży­łam się pójść na zakupy. Wcho­dząc do super­mar­ketu, powta­rza­łam w myślach: "Staw czoło, staw czoło". Ale dosta­łam kopa, kiedy udało mi się kupić wszystko, czego potrze­bo­wa­łam. Nie obyło się bez cier­pie­nia, za to po powro­cie do domu wpa­dłam w eufo­rię.

Wtedy powie­dzia­łam sobie: "Zaak­cep­tuję abso­lut­nie każdy lęk!". To bar­dzo trudne dla tych, któ­rzy zma­gają się z tym pro­ble­mem, ale konieczne, żeby ruszyć naprzód.

W pew­nym momen­cie zaczę­łam mak­sy­mal­nie eks­po­no­wać się na lęki. "Jeżeli chce­cie dziś ze mną wal­czyć, pro­szę bar­dzo! Jestem gotowa!" I postę­po­wa­łam dokład­nie odwrot­nie do tego, czego ode mnie ocze­ki­wały. Jeżeli lęk chciał, żebym nie wycho­dziła z domu, to wycho­dziłam, a w dodatku na długo i daleko. Po powro­cie mówi­łam sobie: "Cel osią­gnięty!".

Byłam coraz bar­dziej zde­ter­mi­no­wana. Jeżeli lęk obja­wiał się z wyjąt­kową siłą i nie potra­fi­łam go prze­zwy­cię­żyć, wra­ca­łam do domu, powta­rza­jąc sobie: "Nic wiel­kiego się nie stało, jutro pój­dzie mi lepiej". Następ­nego dnia bra­łam się w garść i znowu pró­bo­wa­łam.

Powta­rza­nie zwrotu "staw czoło" naprawdę działa cuda.

Z cza­sem zaczę­łam postrze­gać lęk jako przy­ja­ciela, który zamiesz­kał w moim ciele, żeby nauczyć mnie, jak stać się lep­szym czło­wie­kiem. Z każdą kolejną eks­po­zy­cją byłam odro­binkę zdrow­sza.

Po jakichś dwóch mie­sią­cach regu­lar­nej eks­po­zy­cji na lęki zaczę­łam czuć się cał­kiem dobrze. Rafael twier­dzi, że to bar­dzo szybko. Byłam gotowa na wszystko, byle tylko znowu zacząć żyć.

Dodam jesz­cze, że ni­gdy nie bra­łam żad­nych leków. Zawsze nie­chęt­nie pod­cho­dzi­łam do table­tek. Na wszelki wypa­dek nosi­łam w torebce dia­ze­pam, ale ani razu go nie wzię­łam.

Myślę, że wła­śnie dzięki temu tak szybko się wyle­czy­łam. Korzy­sta­łam jedy­nie z porad­nika Rafa­ela, Wszystko jest łatwiej­sze, niż nam się wydaje.

Dziś wiodę cał­kiem nor­malne życie. Jestem szczę­śliwa. Nie mam napa­dów lęku, nie boję się ich. W ciągu roku tylko raz byłam bli­ska ataku paniki, ale ponie­waż już nie budzą we mnie stra­chu, szybko mi prze­szło. Mogę wysta­wić sobie ocenę 9,99/10.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki