Prolog
I. JAK KOCHAĆ WIATR
Wiatr gasi świecę i podsyca ogień.
Podobnie jest z przypadkowością, niepewnością i chaosem: chcesz z nich korzystać, zamiast się przed nimi ukrywać. Chcesz być ogniem i pragniesz wiatru. Tak można podsumować niepokorny stosunek autora tej książki do przypadkowości i niepewności.
Nie chcemy tylko przetrwać niepewności, jakoś sobie z nią poradzić. Pragniemy ją przezwyciężyć, a oprócz tego jeszcze - jak pewna klasa agresywnych rzymskich stoików - mieć ostatnie słowo. Zadanie polega na tym, żeby udomowić, a nawet zdominować czy wręcz podbić to, co niewidzialne, mętne, niewytłumaczalne.
Jak?
II. ANTYKRUCHOŚĆ
Niektórym rzeczom służą wstrząsy; rozwijają się i rozkwitają pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu i stresu; przygody, ryzyko i niepewność to ich żywioł. Jednakże, mimo wszechobecności tego zjawiska, nie istnieje słowo opisujące dokładne przeciwieństwo kruchości. Nazwijmy je zatem antykruchością.
Antykruchość to coś więcej niż odporność czy wytrzymałość. Odporność pozwala przetrwać wstrząs bez zmian; antykruchość zmienia na lepsze. Ta cecha odpowiada za wszystko, co podlega zmianom w czasie: ewolucję, kulturę, idee, rewolucje, systemy polityczne, innowacje technologiczne, sukcesy kulturowe i ekonomiczne, zasady przetrwania na rynku, dobre przepisy kulinarne (na przykład na rosół albo befsztyk tatarski z kroplą koniaku), rozkwit miast i kultur, systemy prawne, lasy równikowe, odporność szczepów bakterii... Nawet za nasze istnienie jako gatunku na tej planecie. Przy tym antykruchość wyznacza granicę między tym, co żywe i organiczne (lub złożone), jak ludzkie ciało, a tym, co bezwładne, na przykład przedmiotem fizycznym, takim jak zszywacz na twoim biurku.
Antykruchość kocha przypadkowość i niepewność, a to pociąga za sobą miłość do błędów, określonej klasy błędów, co ma zasadnicze znaczenie. Osobliwość antykruchości polega na tym, że pozwala nam radzić sobie z tym, co nieznane, robić rzeczy, których nie rozumiemy - i to robić je dobrze. Pozwolę sobie powiedzieć to bardziej dobitnie: działanie idzie nam znacznie lepiej niż myślenie, i to dzięki antykruchości. Wolałbym być głupi i antykruchy niż wyjątkowo mądry i kruchy. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Łatwo zrozumieć, czemu w naszym otoczeniu służy pewna dawka stresu i zmienności: systemom gospodarczym, twojemu ciału, twojej diecie (jak się wydaje, cukrzyca i choroba Alzheimera wynikają w dużej mierze z braku zróżnicowania posiłków i stresora, jakim jest sporadyczne doznanie głodu), twojej psychice. Istnieją nawet antykruche kontrakty finansowe, zaprojektowane z myślą o czerpaniu korzyści ze zmienności rynków.
Antykruchość pozwala nam lepiej zrozumieć kruchość. Nie możemy poprawić stanu zdrowia, nie pokonując choroby - ani zwiększyć bogactwa, nie zmniejszając strat; na tej samej zasadzie antykruchość i kruchość stanowią pewne punkty na wspólnej skali.
Niepredyktywność
Znajomość mechanizmów antykruchości pozwoli nam zbudować ogólny, systematyczny model niepredyktywnego podejmowania decyzji w warunkach niepewności w biznesie, polityce, medycynie i całym życiu - wszędzie tam, gdzie przeważa nieznane, w każdej sytuacji, w której pojawia się przypadkowość, zmienność, mętność lub brak pełnego zrozumienia.
Znacznie łatwiej ocenić, czy coś jest kruche, niż przewidzieć wystąpienie zdarzenia, które może mu zaszkodzić. Kruchość potrafimy zmierzyć; ryzyko pozostaje niemierzalne (wszędzie poza kasynem lub umysłami ludzi nazywających się specjalistami od spraw ryzyka). To pozwala rozwiązać problem, który nazwałem Czarnym Łabędziem - polegający na niemożności skalkulowania ryzyka ważnych, rzadkich zdarzeń; przewidzenia, że nastąpią. Łatwiej poradzić sobie z podatnością na niekorzystne skutki zmienności, niż przewidzieć zdarzenie, które je wywoła. Dlatego proponuję postawić na głowie obecne przekonania o prognozach, przewidywaniach i zarządzaniu ryzykiem.
Dla każdej dziedziny i każdego obszaru zastosowań podajemy reguły przejścia od kruchości do antykruchości przez redukcję kruchości lub okiełznanie antykruchości. Antykruchość (i kruchość) niemal zawsze pozwala wykryć prosty test na asymetrię: wszystko, czemu zdarzenia losowe (lub pewne wstrząsy) przynoszą więcej korzyści niż strat, jest antykruche; odwrotna zależność świadczy o kruchości.
Odzieranie z antykruchości
Co istotne, jeśli antykruchość jest cechą wszystkich naturalnych (i złożonych) systemów, którym udało się przetrwać, to pozbawienie tych systemów zmienności, przypadkowości i stresorów im zaszkodzi. Zaczną słabnąć, umrą lub eksplodują. Kruszymy gospodarkę, nasze zdrowie, życie polityczne, edukację, niemal wszystko... tłumiąc przypadkowość i zmienność. Miesiąc spędzony w łóżku (najlepiej z kompletem tomów Wojny i pokoju i dostępem do wszystkich osiemdziesięciu sześciu odcinków Rodziny Soprano) skutkuje zanikiem mięśni; na tej samej zasadzie złożone systemy pozbawione stresorów słabną albo umierają. Nasz nowoczesny, ustrukturyzowany świat szkodzi nam w dużej mierze odgórnie narzuconymi prawami i rozmaitymi ustrojstwami (określanymi w tej książce mianem radziecko-harwardzkich złudzeń), które działają właśnie w ten sposób: są zniewagą dla antykruchości systemów.
Na tym polega tragedia nowoczesności: podobnie jak neurotycznie nadopiekuńczy rodzice, często najbardziej szkodzą nam ci, którzy starają się pomóc.
Jeśli niemal wszystkie odgórne inicjatywy kruszą i blokują antykruchość, to wszystkie inicjatywy oddolne rozkwitają dzięki odpowiedniej dawce stresu i nieładu. Sam proces odkrycia (albo innowacji, albo postępu technologicznego) wymaga raczej antykruchych eksperymentów i agresywnego podejścia do ryzyka niż formalnej edukacji.
Korzyść kosztem innych
I w tym miejscu wypada wspomnieć o największym producencie kruchości w społeczeństwie i największym generatorze kryzysów, jakim jest system, w którym nie ryzykuje się własną skórą. Niektórzy zyskują antykruchość kosztem innych, gdyż czerpią korzyści (lub zyski) z nieprzewidywalności, zmian i zamętu, równocześnie narażając innych na ryzyko spowodowanych przez nie strat lub szkód. A tego rodzaju antykruchość kosztem kruchości innych pozostaje dziś niewidoczna - radziecko-harwardzkie kręgi intelektualne nie rozumieją zjawiska antykruchości, dlatego rzadko dostrzegają opisaną asymetrię i nigdy (jak dotąd) o niej nie uczą. Co więcej, jak przekonaliśmy się podczas kryzysu finansowego, który wybuchł w 2008 roku, to potężne ryzyko dla innych łatwo trzymać w ukryciu dzięki rosnącej złożoności współczesnych instytucji i procesów politycznych. W przeszłości wyłącznie ludzie o wysokiej pozycji lub statusie społecznym podejmowali ryzyko i ponosili negatywne konsekwencje swoich działań, a ci, którzy robili to dla dobra innych, byli bohaterami. Tymczasem dziś nastąpił zwrot o 180 stopni. Jesteśmy świadkami narodzin nowej klasy antybohaterów, czyli biurokratów, bankierów, członków MZSz (Międzynarodowego Związku Szpanerów) uczestniczących w forum w Davos oraz profesorów, którzy cieszą się zbyt dużą władzą, ale nie ponoszą żadnej realnej odpowiedzialności. To oni wykorzystują system, podczas gdy cenę płacą obywatele.
Jeszcze nigdy w historii tak wielu nieryzykantów, czyli ludzi nienarażonych osobiście na niebezpieczeństwo, nie sprawowało tak wielkiej kontroli.
Tymczasem podstawowa zasada etyczna brzmi: nie będziesz korzystał z antykruchości kosztem kruchości innych.
III. ANTIDOTUM NA CZARNEGO ŁABĘDZIA
Chcę żyć szczęśliwie w świecie, którego nie rozumiem.
Czarne Łabędzie (pisane wielkimi literami) to nieprzewidywalne i nieregularne zdarzenia o ogromnej skali i potężnych konsekwencjach, nieoczekiwane dla danego obserwatora - nazywanego zwykle indykiem - jeśli nie tylko go zaskoczą, ale też mu zaszkodzą. Postawiłem tezę, że historię tworzą przede wszystkim zdarzenia o randze Czarnych Łabędzi, podczas gdy my skupiamy się na jak najdokładniejszym zrozumieniu tego, co zwyczajne, dlatego nasze modele, teorie i interpretacje nie mogą ich wychwycić ani określić możliwości wystąpienia tego rodzaju wstrząsów.
Czarne Łabędzie opanowują nasze myśli, przez co mamy wrażenie, że prawie albo tak jakby je przewidzieliśmy, bo z perspektywy czasu potrafimy je wyjaśnić. To złudzenie przewidywalności sprawia, że nie zdajemy sobie sprawy z ich roli w naszym życiu. Życie jest labiryntem - i to w znacznie większym stopniu, niż wskazywałyby na to nasze wspomnienia. Ludzki umysł zajmuje się zmienianiem historii w regularną, liniową opowieść, dlatego nie doceniamy wagi przypadkowości. A kiedy ją dostrzeżemy, czujemy strach i reagujemy zbyt mocno. Ze względu na ów lęk oraz pragnienie porządku niektóre systemy ludzkie, zakłócając niewidoczną lub mało widoczną logikę wydarzeń, narażają się na negatywne skutki Czarnych Łabędzi, niemal nigdy nie czerpiąc z nich korzyści. Szukając porządku, odnajdujesz tylko pseudoporządek; jedynie oswajając przypadkowość, zyskujesz pewien stopień kontroli i porządku.
W złożonych systemach występuje wiele wzajemnych zależności - trudnych do wykrycia - oraz nieliniowych reakcji. Nieliniowych w tym sensie, że jeśli podniesiesz dwukrotnie na przykład dawkę lekarstwa albo liczbę pracowników w fabryce, nie uzyskasz dwa razy lepszych efektów - rezultat będzie albo znacznie lepszy, albo dużo gorszy. Dwa weekendy w Filadelfii nie są dwa razy przyjemniejsze niż jeden - sprawdziłem to na własnej skórze. Taka reakcja przedstawiona na wykresie nie będzie linią prostą (jak w przypadku reakcji liniowej), tylko krzywą. W takim środowisku proste związki przyczynowe nie mają racji bytu; trudno zrozumieć funkcjonowanie całego mechanizmu, przyglądając się pojedynczym częściom.
Złożone systemy stworzone przez człowieka zwykle produkują kaskady i niekontrolowane łańcuchy reakcji, które ograniczają, a wręcz eliminują przewidywalność i wywołują zdarzenia o ogromnej skali. Zatem, chociaż poziom wiedzy technologicznej we współczesnym świecie się zwiększa paradoksalnie - coraz trudniej przewidzieć, jakie będą tego skutki. Ze względu na rozwój sztucznych modeli, odejście od pradawnych, naturalnych wzorców oraz spadek odporności wywołany przez wszechobecną złożoność, rola Czarnych Łabędzi obecnie rośnie. Co więcej, padamy ofiarą nowej choroby, nazwanej w tej książce neomanią, która każe nam budować systemy wrażliwe na działanie Czarnych Łabędzi. Jest nią postęp.
Irytującym aspektem zagadnienia Czarnych Łabędzi - a właściwie zasadniczą, często pomijaną kwestią - jest to, że prawdopodobieństwo rzadkich zdarzeń jest niepoliczalne. O powodziach stulecia wiemy znacznie mniej niż o powodziach pięciolecia - błąd modelu rośnie, kiedy w grę wchodzi niskie prawdopodobieństwo. Im rzadsze zdarzenie, tym trudniej je przewidzieć i tym mniej wiemy o częstotliwości jego występowania - a mimo to, im rzadsze zdarzenie, tym bardziej pewnie wypowiadają się o nim ci "naukowcy", którzy prognozują, modelują i korzystają z programu Power-Point podczas konferencji, pokazując równania na kolorowym tle.
Na szczęście to matka natura - dzięki swojej antykruchości - jest najlepszym specjalistą do spraw rzadkich zdarzeń i najlepiej zarządza Czarnymi Łabędziami; przez miliardy lat świetnie sobie radzi bez szczegółowych instrukcji tego czy innego dyrektora z dyplomem prestiżowej uczelni, mianowanego przez specjalną komisję rekrutacyjną. Antykruchość to coś więcej niż antidotum na Czarne Łabędzie; kiedy zrozumiemy jej mechanizm, przestaniemy odczuwać intelektualny opór przed zaakceptowaniem zasadniczej roli tych zdarzeń dla rozwoju historii, technologii, wiedzy i wszystkiego innego.
Odporność nie jest wystarczająco odporna
Zwróćcie uwagę, że matka natura nie jest tylko "ostrożna". Bywa agresywna, kiedy niszczy i zastępuje, dobiera i przetasowuje. Jeśli chodzi o zdarzenia losowe, odporność z całą pewnością nie wystarczy. W dłuższej perspektywie wszystko, co charakteryzuje choćby najdrobniejsza słabość, ulega rozpadowi pod wpływem nieubłaganego czasu - a mimo to nasza planeta istnieje prawdopodobnie od 4 miliardów lat, czego nie można wyjaśnić zwykłą odpornością: potrzebna byłaby idealna odporność, żeby jedna awaria nie zniszczyła całego systemu. Idealna odporność jest nieosiągalna, dlatego potrzebujemy mechanizmu, dzięki któremu system będzie się nieustannie regenerował, wykorzystując zdarzenia losowe, nieprzewidywalne wstrząsy, stresory i niestabilność, zamiast padać ich ofiarą.
W dłuższej perspektywie antykruchość zyskuje na błędnych przewidywaniach. Kontynuując ten tok rozumowania, dojdziemy do wniosku, że te zjawiska, które zyskują dzięki przypadkowości, powinny dominować w dzisiejszym świecie, podczas gdy zjawiska, którym przypadkowość szkodzi, powinny z niego zniknąć. I tak właśnie się dzieje. Żyjemy iluzją, że świat działa dzięki konkretnym przedsięwzięciom, badaniom uniwersyteckim i świadczeniom przyznawanym przez biurokratów, ale istnieją fascynujące - naprawdę fascynujące - dowody na to, że to jedynie złudzenie, złudzenie, które nazywam uczeniem ptaków latania. Technologia to owoc antykruchości, którą wykorzystują ryzykanci, majstrując przy rzeczywistości metodą prób i błędów. Tymczasem projekty opracowywane przez analitycznych zdeterminowanych nerdów to kwestia drugoplanowa. Odkryć dokonują inżynierowie i kombinatorzy, podczas gdy uczeni piszą podręczniki historii; będziemy musieli zmienić historyczne interpretacje rozwoju, innowacji i wielu podobnych pojęć.
O mierzalności (niektórych) rzeczy
Kruchość jest raczej mierzalna, ryzyko - zupełnie niemierzalne, szczególnie ryzyko związane z rzadkimi zdarzeniami1.
Powiedziałem, że możemy oszacować, a nawet zmierzyć kruchość i antykruchość, ale nie jesteśmy w stanie skalkulować ryzyka ani prawdopodobieństwa wstrząsów i rzadkich zdarzeń, niezależnie od tego, jak zaawansowanym modelem się posłużymy. Zarządzanie ryzykiem - w dzisiejszej postaci - to nauka o zdarzeniach, które mają nastąpić w przyszłości. Tylko część ekonomistów oraz niektórzy szaleńcy mogą utrzymywać - wbrew doświadczeniu - że "mierzą" przyszłą częstość występowania tych rzadkich zdarzeń. I tylko frajerzy im wierzą - wbrew doświadczeniu i dotychczasowej sprawdzalności takich pomiarów. Tymczasem kruchość i antykruchość to elementy aktualnej charakterystyki danego obiektu, stolika, firmy, przemysłu, państwa, systemu politycznego. Możemy wykryć kruchość, zobaczyć ją, a w wielu przypadkach także zmierzyć - albo przynajmniej zmierzyć w kategoriach względnych z niewielkim marginesem błędu - podczas gdy porównywanie ryzyka okazuje się (jak dotąd) zawodne. Nie da się stwierdzić z żadną dozą pewności, że jakieś odległe zdarzenia lub wstrząsy są bardziej prawdopodobne niż inne (chyba że człowiek lubi się oszukiwać), można jednak ze znacznie większą pewnością ocenić, że w razie konkretnego zdarzenia dane obiekty lub struktury będą bardziej kruche niż inne. Bez trudu stwierdzisz, że twoja babcia jest bardziej wrażliwa na nagłe wahania temperatury niż ty, że jakaś dyktatura wojskowa gorzej zniesie zmiany polityczne niż Szwajcaria, że w razie kryzysu jeden bank będzie bardziej zagrożony niż inny albo że trzęsienie ziemi wyrządzi większe szkody nowoczesnemu budynkowi o słabych fundamentach niż katedrze w Chartres. I - co najważniejsze - możesz nawet przewidzieć, który z tych obiektów przetrwa dłużej.
Zamiast mówić o ryzyku (które jest równocześnie predyktywne i ugrzecznione), proponuję używać pojęcia kruchości, które nie jest predyktywne i, w odróżnieniu od ryzyka, ma interesujące określenie na swoje przeciwieństwo funkcjonalne, nieugrzecznione pojęcie antykruchości.
Żeby zmierzyć antykruchość, można zastosować wzór przypominający przepis na kamień filozoficzny, zwięzłą i uproszczoną formułę, która pozwala zidentyfikować tę cechę niezależnie od dziedziny - od medycyny po strukturę społeczeństw.
Nieświadomie wykorzystujemy antykruchość - w życiu codziennym, a równocześnie świadomie ją odrzucamy - szczególnie w życiu intelektualnym.
Wyznawca kruchości
Kierujemy się zasadą, że nie należy ingerować w sprawy, których nie rozumiemy. Tymczasem pewne osoby postępują wręcz przeciwnie. Wyznawca kruchości należy do tej kategorii ludzi, którzy zwykle chodzą w garniturze i krawacie, nawet w piątki; taki człowiek przyjmuje żarty z lodowatą powagą i często bardzo wcześnie dorabia się kłopotów z kręgosłupem od siedzenia przy biurku, latania samolotami i wnikliwego studiowania gazet. Nierzadko uczestniczy w osobliwym rytuale, znanym powszechnie jako "spotkanie". Oprócz wymienionych cech charakteryzuje go przekonanie, że to, czego nie widzi, nie istnieje, albo że to, czego nie rozumie, nie istnieje. Zasadniczo myli rzeczy nieznane z nieistniejącymi.
Wyznawca kruchości pada ofiarą złudzenia radziecko-harwardzkiego, (nienaukowego) przeszacowania zasięgu wiedzy naukowej. Przez to złudzenie staje się kimś, kogo nazywa się naiwnym racjonalistą, racjonalizatorem, a niekiedy po prostu racjonalistą w tym sensie, że wierzy, iż jest w stanie bez trudu dotrzeć do przyczyn zdarzeń. I nie mylmy racjonalizowania z racjonalnością - te dwa pojęcia niemal zawsze są dokładnym przeciwieństwem. W większości złożonych dziedzin, poza fizyką, przyczyny zdarzeń często nie są dla nas oczywiste, a jeszcze mniej oczywiste stają się dla kogoś, kto jest wyznawcą kruchości. Brak instrukcji obsługi w przypadku zjawisk naturalnych nie stanowi jednak szczególnej przeszkody - niektórzy wyznawcy kruchości podejmą się wspólnie stworzenia takiej instrukcji dzięki przyjętej przez siebie definicji terminu "nauka".
Zatem za sprawą orędowników kruchości współczesna kultura jest coraz bardziej ślepa na wszystko, co tajemnicze i nieprzeniknione, na to, co Nietzsche nazywał dionizyjskością w życiu.
Albo, tłumacząc Nietzschego na mniej poetycki, ale nie mniej trafny slang brooklyński: chodzi o to, co nasz bohater Gruby Tony nazywa frajerską rozgrywką.
Krótko mówiąc, wyznawca kruchości (w dziedzinie medycyny, ekonomii, planowania społecznego) to człowiek, przez którego angażujesz się w nienaturalne strategie i działania przynoszące niewielkie i widoczne korzyści oraz potencjalnie poważne i niewidoczne skutki uboczne.
Istnieją piewcy kruchości w zakresie medycyny, którzy przesadnie ingerują w organizm, nie wierząc w naturalną zdolność ciała do regeneracji, i podają pacjentom leki mogące wywołać bardzo poważne skutki uboczne; wyznawcy kruchości w dziedzinie polityki (interwencjonista i planista społeczny), którzy mylą gospodarkę z pralką wymagającą ciągłych napraw (dokonywanych przez nich samych) i sami ją niszczą; orędownicy kruchości w zakresie psychiatrii, którzy faszerują dzieci lekami, żeby "poprawić" ich życie intelektualne i emocjonalne; entuzjaści kruchości z kategorii nadopiekuńczych matek; wyznawcy kruchości w zakresie finansów, którzy każą ludziom korzystać z modeli ryzyka, które rujnują system bankowy (a potem sami ponownie z nich korzystają); fanatycy kruchości w wojskowości, którzy zakłócają funkcjonowanie złożonych systemów; zwolennicy kruchości w zakresie przewidywań, przez których częściej podejmujesz ryzyko, i wiele innych odmian2.
W rzeczy samej, w dyskursie politycznym brakuje pewnego pojęcia. Politycy w swoich przemówieniach, sloganach i obietnicach trzymają się ostrożnych określeń, takich jak: odporność i trwałość, nie wspominając ani słowem o antykruchości. Tym samym tłumią mechanizmy rozwoju i ewolucji. Nie zaszliśmy tak daleko dzięki ugrzecznionemu pojęciu odporności. A co gorsza, nie zaszliśmy tak daleko dzięki politykom - lecz dzięki apetytowi na ryzyko i błędy pewnej grupy ludzi, których musimy wspierać, chronić i szanować.
Kiedy proste jest bardziej zaawansowane
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, złożony system nie wymaga skomplikowania i regulacji ani misternych strategii. Im prościej, tym lepiej. Komplikacje prowadzą do multiplikatywnych łańcuchów niespodziewanych skutków. Brak przejrzystości sprawia, że interwencja wywołuje nieprzewidziane skutki, po których następują przeprosiny za ich "nieprzewidywalność"; kolejna ingerencja, podjęta w celu naprawy owych skutków ubocznych, wywołuje serię rozgałęziających się, "nieprzewidzianych" reakcji, z których każda jest gorsza od poprzedniej.
Jednakże we współczesnym świecie trudno jest wdrażać tę prostotę, ponieważ godzi ona w interesy ludzi, którym zależy na komplikacjach, uzasadniają nimi bowiem swoją rację bytu.
Mniej oznacza więcej i zwykle jest skuteczniejsze. Z tego powodu przedstawię szereg sztuczek, wytycznych i zakazów i pokażę, jak żyć w świecie, którego nie rozumiemy, co więcej - jak nie bać się korzystać ze zjawisk, których kompletnie nie ogarniamy, a nawet w jaki sposób powinniśmy z nich korzystać. Albo, jeszcze lepiej, jak zmierzyć się z własną ignorancją i przestać się wstydzić tego, że jesteśmy ludźmi - jak być człowiekiem bez kompleksów, dumnym z siebie. To jednak może wymagać pewnych zmian strukturalnych.
Proponuję pewien plan modyfikacji systemów stworzonych przez człowieka, który pozwoli dojść do głosu prostocie - i naturalności.
Ale osiągnąć prostotę wcale nie jest łatwo. Steve Jobs doszedł do wniosku, że "musisz ciężko pracować, żeby oczyścić swój sposób myślenia i uczynić go prostym". Arabowie tak mówią o ciętej polemice: zrozumie ją każdy, napisze tylko mistrz.
Heurystyka w moim rozumieniu to uproszczone, zdroworozsądkowe zasady, dzięki którym łatwo zrealizować pewne założenia. Jednakże ich główną zaletą jest to, że użytkownik wie, iż nie są doskonałe i stanowią tylko środki doraźne, dzięki czemu nie wierzy bezgranicznie w ich moc. Kiedy o tym zapominamy, stają się niebezpieczne.
IV. TA KSIĄŻKA
Moja droga do zrozumienia antykruchości była z pewnością nieliniowa.
Pewnego dnia nagle zdałem sobie sprawę, że kruchość - która nie miała technicznej definicji - można sparafrazować jako cechę rzeczy, które źle znoszą zmienność, a rzeczy, które źle znoszą zmienność, źle znoszą także przypadkowość, niepewność, chaos, błędy, stresory itp. Pomyślcie o czymś kruchym, na przykład o przedmiotach w waszym salonie, takich jak szklana ramka, telewizor, albo, jeszcze lepiej, porcelana w kredensie. Jeśli uznacie je za kruche, z pewnością postanowicie zostawić je w spokoju, zapewnić im ład i porządek. Trzęsienie ziemi albo wizyta waszego nadpobudliwego siostrzeńca bez wątpienia nie przysłuży się kruchemu przedmiotowi. Poza tym wszystko, co źle znosi zmienność, równie źle znosi stresory, uszkodzenia, chaos, rozmaite zdarzenia, nieład, nieprzewidziane konsekwencje, niepewność oraz, co najważniejsze, czas.
Natomiast termin "antykruchość" jest jak gdyby przeciwieństwem definicji kruchości. Dobrze znosi zmienność itp. I czas. A przy tym ma silny i przydatny związek z nieliniowością: wszystkie nieliniowe zjawiska są albo kruche, albo antykruche w reakcji na określone źródło przypadkowości.
Najdziwniejsze jest to, że ta oczywista zależność, w myśl której wszystko to, co kruche, nienawidzi zmienności, i vice versa, została całkowicie zignorowana w dyskursie naukowym i filozoficznym. Całkowicie. Tymczasem badanie wrażliwości zjawisk na zmienność to dziwna branża biznesu, którą zajmowałem się przez 20 lat, czyli większość mojego dorosłego życia - wiem, że to zajęcie nietypowe, obiecuję, że później wyjaśnię dlaczego. Skupiałem się w tej dziedzinie na identyfikowaniu obiektów, które "kochają zmienność" lub "nienawidzą zmienności"; wystarczyło więc rozszerzyć koncepcje z domeny finansów, na której się koncentrowałem, na kwestię podejmowania decyzji w warunkach niepewności, niezależnie od domeny, począwszy od nauk politycznych przez medycynę aż po wybór restauracji, w której zjemy obiad3.
W tej dziwnej grupie ludzi, którzy zawodowo zajmują się zmiennością, istnieją dwa typy specjalistów. Do pierwszej kategorii należą teoretycy, autorzy raportów i komentatorzy, którzy badają przyszłe zdarzenia i opisują je w książkach i referatach; drugą tworzą praktycy. Oni zamiast badać przyszłe zdarzenia, próbują zrozumieć, jak różne obiekty reagują na zmienność (ale praktycy zwykle są zbyt zajęci praktykowaniem, żeby pisać książki, artykuły, referaty, przemówienia, równania i teorie, za które mogliby zostać wyróżnieni przez Szacownych Członków Akademii z Uporczywym Zaparciem). Różnica między tymi dwiema kategoriami jest zasadnicza: jak się przekonaliśmy, znacznie łatwiej i prościej zrozumieć, że dany obiekt źle znosi zmienność - a więc jest kruchy - niż próbować przewidywać szkodliwe zdarzenia, w rodzaju tych ogromnych Czarnych Łabędzi. Ale na ogół tylko praktycy (albo ludzie, którzy coś robią) spontanicznie łapią, o co chodzi.
(Dość szczęśliwa) rodzina zaburzeń
Jedna uwaga techniczna. Stale powtarzam, że kruchość i antykruchość oznacza potencjalną korzyść lub szkodę w reakcji na coś związanego ze zmiennością. Czym jest to coś? Mówiąc wprost, jest to jeden z członków wielopokoleniowej rodziny zaburzeń.
Wielopokoleniowa rodzina (albo grupa) zaburzeń: (i) niepewność, (ii) niestabilność, (iii) niedoskonała, niepełna wiedza, (iv) przypadek, (v) chaos, (vi) zmienność, (vii) nieład, (viii) entropia, (ix) czas, (x) niewiadoma, (xi) losowość, (xii) zamieszanie, (xiii) stresor, (xiv) błąd, (xv) dyspersja wyników, (xvi) niewiedza.
Niekiedy niepewność, nieład i niewiadoma przynoszą dokładnie takie same skutki: niemal wszystkie wpływają pozytywnie (do pewnego stopnia) na systemy antykruche, a negatywnie na systemy kruche - nawet jeśli zaburzeniami tymi zajmują się ludzie w odrębnych budynkach w kampusach uniwersyteckich, a jakiś domorosły filozof, który przez całe życie nigdy nie podjął prawdziwego ryzyka, oświadczy z niezbitą pewnością, że "to zupełnie różne kwestie".
Skąd na liście punkt (ix), czas? Z funkcjonalnego punktu widzenia czas jest podobny do zmienności: im więcej czasu, tym więcej zdarzeń, więcej nieładu; zauważcie, że jeśli w pewnym ograniczonym zakresie jesteście w stanie przetrwać stratę i reagujecie antykruchością na niewielkie błędy, to czas przynosi tego rodzaju błędy lub przeciwbłędy, które ostatecznie wyjdą wam na dobre. Wasze babcie nazwałyby to doświadczeniem. Wszystko, co kruche, z czasem niszczeje.
Tylko jedna książka
To właśnie czyni tę książkę moją najważniejszą pracą. Miałem tylko jeden, główny pomysł, i za każdym razem szedłem o krok dalej, tyle że ostatni krok - ta książka - przypomina raczej duży skok. W ten sposób wracam do swojego praktycznego ja i duszy praktyka, ponieważ łączę tu całą swoją historię praktyka i "specjalisty do spraw zmienności" z intelektualnym i filozoficznym zainteresowaniem kwestią losowości i niepewności; wcześniej były to dla mnie odrębne dziedziny.
Moje teksty nie są samodzielnymi esejami na konkretne tematy, z początkiem, rozwinięciem i końcem oraz datą ważności; to raczej niepokrywające się rozdziały poświęcone tej centralnej idei, zbiór analiz skupionych na niepewności, losowości, prawdopodobieństwie i nieładzie, w których zastanawiam się, co mamy robić w świecie, którego nie rozumiemy, w świecie o niewidocznych elementach i własnościach, pełnym losowości i złożonym. Zajmuję się zatem procesem podejmowania decyzji w niejasnych sytuacjach. Obowiązuje zasada, że losowo wybrany rozdział jednej książki, na przykład Antykruchości, i losowo wybrany rozdział innej książki, na przykład Ślepego trafu4, powinna dzielić podobna odległość jak rozdziały jednej długiej książki. Zasada ta pozwala żonglować dziedzinami (takimi jak: nauka, filozofia, biznes, psychologia, literatura i elementy autobiograficzne) bez popadania w chaos.
Zatem związek tej książki z publikacją Czarny Łabędź5 byłby następujący: wbrew chronologii (i mimo że niniejszy esej prowadzi ideę Czarnego Łabędzia do naturalnych, logicznych wniosków) Antykruchość jest tomem podstawowym, a Czarny Łabędź czymś w rodzaju tekstu pomocniczego, wersji teoretycznej, a może nawet dodatku. Dlaczego? Bo książka Czarny Łabędź i jej poprzedniczka, Ślepy traf, powstały po to, by przekonać nas, że znaleźliśmy się w tragicznym położeniu - i ciężko na to pracowały. Założeniem niniejszej publikacji jest to, że nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że: (a) Czarne Łabędzie dominują w społeczeństwie i w historii (a ludzie, z powodu racjonalizacji ex post, uważają, że potrafią je zrozumieć); i (b) w rezultacie nie wiemy do końca, co się dzieje, szczególnie w sytuacji ostrej nieliniowości; dlatego możemy od razu przejść do rzeczy.
Zero odwagi, zero wiary
Zgodnie z etosem praktyka w tej książce kieruję się zasadą: jem to, co ugotowałem.
Przez całą karierę zawodową w każdej linijce piszę tylko o tym, co sam zrobiłem, a jeśli radzę innym podjąć jakieś ryzyko lub go unikać, to znaczy, że sam je podejmuję albo sam go unikam. Jeżeli się mylę, ucierpię jako pierwszy. W Czarnym Łabędziu ostrzegałem przed kruchością systemu bankowego i obstawiałem, że upadnie (zwłaszcza gdy moje przestrogi zlekceważono); inaczej pisanie o tym byłoby nieetyczne. Zastrzeżenie to dotyczy każdej dziedziny, łącznie z medycyną, innowacjami technologicznymi i zwykłymi, codziennymi czynnościami. Nie oznacza to, że osobiste doświadczenie człowieka stanowi reprezentatywną próbę doświadczeń, z których można wysnuć wnioski o jakiejś koncepcji; osobiste doświadczenia po prostu nadają opiniom autentyczności i szczerości. Doświadczenie nie pozwala na wybiórczą analizę danych, co ma miejsce w badaniach, szczególnie tych "obserwacyjnych", w których badacz próbuje odkryć dawne wzorce i przez samą ilość danych odnajduje w nich stworzoną przez siebie narrację.
Ponadto, jeśli muszę sprawdzić coś w bibliotece, żeby o tym napisać, to pisanie na ten temat wydaje mi się nieuczciwe i nieetyczne. Traktuję to jak filtr - jedyny filtr. Jeśli jakiś temat nie interesuje mnie na tyle, żebym szukał o nim informacji dla siebie, z ciekawości lub jakiejś potrzeby, i dotąd tego nie zrobiłem, to nie powinienem o nim pisać, i już. Co nie oznacza, że nie dopuszczam korzystania z bibliotek (realnych i wirtualnych); po prostu to nie one powinny być źródłem konkretnej koncepcji. Studenci płacą za to, żeby pisać eseje na tematy, o których wiedzę muszą czerpać z biblioteki, żeby rozwijać się intelektualnie; specjalista, który otrzymuje wynagrodzenie za swoje teksty i jest traktowany poważnie przez innych, powinien stosować silniejszy filtr. Dopuszczalne są wyłącznie wydestylowane pomysły, te, które siedzą w nas od dawna i których źródłem jest rzeczywistość.
Przyszedł czas, żeby wskrzesić nie dość znaną filozoficzną koncepcję zaangażowania doksastycznego; koncepcję klasy przekonań, które nie są jedynie deklaratywne i do których jesteśmy na tyle przywiązani, że bylibyśmy gotowi podjąć w ich imię ryzyko osobiste.
Jeśli coś widzisz
Współczesny świat zastąpił etykę prawniczym żargonem: dziś dobry prawnik potrafi wygrać z prawem.
Dlatego ujawniam, w jaki sposób ludzie, którzy manipulują systemem, dokonują transferu kruchości, a w zasadzie kradną antykruchość. Ci ludzie zostaną nazwani po imieniu. Poeci i malarze są wolni, liberi poetae et pictores, ale z taką wolnością wiążą się kategoryczne imperatywy moralne. Pierwsza reguła etyki:
Jeśli widzisz oszustwo i nie nazywasz go oszustwem, jesteś oszustem.
Być miłym dla aroganta to jak być aroganckim dla kogoś miłego; na tej samej zasadzie życzliwość wobec człowieka, który dopuszcza się nikczemności, stanowi przyzwolenie na tę nikczemność.
Co więcej, wielu pisarzy i badaczy prywatnie, na przykład po kilku kieliszkach wina, mówi co innego, niż ogłasza drukiem. Ich teksty są zatem fałszywe. A wiele problemów społeczeństwa bierze się z argumentu, że "inni ludzie tak robią". Więc jeśli prywatnie po trzecim kieliszku libańskiego (białego) wina nazwę kogoś niebezpiecznie zwichniętym etycznie wyznawcą kruchości, będę zobligowany zrobić to samo w tej książce.
Nazywanie ludzi i instytucji fałszywymi - i to w druku - kiedy inni (jeszcze) ich o to nie oskarżają, ma swoją cenę, ale nie dość wysoką, by mogła mnie odstraszyć. Kiedy matematyk Benoît Mandelbrot przeczytał fragmenty Czarnego Łabędzia, książki, którą mu zadedykowałem, zadzwonił do mnie i cicho zapytał: "W jakim języku życzyć ci szczęścia? Przyda ci się". Jak się okazało, nie potrzebowałem szczęścia; byłem antykruchy w obliczu rozmaitych ataków: im bardziej atakowała mnie Pierwsza Reprezentacja Wyznawców Kruchości, tym większą popularność zyskiwały moje tezy, bo ludzie mieli motywację, żeby je sprawdzić. Teraz jest mi wstyd, że nie poszedłem jeszcze dalej, nazywając rzeczy po imieniu.
Kompromis oznacza przyzwolenie. Jedyna nowożytna maksyma, jaką się kieruję, jest autorstwa George'a Santayany: Człowiek jest moralnie wolny, kiedy [...] ocenia świat i ocenia innych ludzi z bezkompromisową szczerością. To nie tylko cel, lecz także obowiązek.
Proces erozji
Druga kwestia etyczna.
Jestem zobowiązany poddać się procesowi naukowemu, dlatego że wymagam tego od innych, ale tylko w takim zakresie jak oni. Kiedy czytam empiryczne stwierdzenia z dziedziny medycyny lub innych nauk ścisłych, chcę wiedzieć, że przeszły one procedurę recenzji naukowej, coś w rodzaju weryfikacji faktów, testu dyscypliny intelektualnej autorów. Z kolei twierdzenia logiczne lub twierdzenia poparte rozumowaniem matematycznym nie wymagają takich procedur: mogą i muszą być niezależne. Dlatego techniczne przypisy do swoich książek zamieszczam w specjalistycznych, akademickich publikacjach - i nigdzie indziej (i ograniczam je do twierdzeń wymagających dowodów lub bardziej rozbudowanych argumentów technicznych). Jednakże w imię autentyczności i dla uniknięcia oskarżeń o karierowiczostwo (dewaluację nauki przez zamianę jej w sport wyczynowy) nie pozwalam sobie publikować niczego poza tymi przypisami.
Po ponad 20 latach pracy w charakterze tradera i biznesmena w branży, którą określiłem jako "dziwną", spróbowałem tego, co nazywane jest karierą akademicką. I chciałbym powiedzieć tyle - to właśnie stało się inspiracją do sformułowania koncepcji antykruchości w życiu oraz dychotomii między tym, co naturalne, a wyobcowaniem nienaturalnego. Biznes jest przyjemny, ekscytujący, tętniący życiem i naturalny; tymczasem świat akademicki w swojej dzisiejszej zawodowej formule nie wykazuje żadnej z tych cech. A dla tych, którzy sądzą, że świat akademicki jest spokojniejszym, wyciszonym emocjonalnie miejscem w porównaniu ze zmiennym i ryzykownym światem biznesu, mam niespodziankę: kiedy jesteś aktywny, problemy i sytuacje awaryjne następują jedne po drugich każdego dnia, wypierając i eliminując zmartwienia, urazy i konflikty dnia poprzedniego. Klin wybija się klinem, a są one zdumiewająco różnorodne. Do tego naukowcy (szczególnie z zakresu nauk społecznych) nie ufają sobie nawzajem; żyją swoimi małostkowymi obsesjami, zazdrością i zimną nienawiścią. Drobne gafy przeradzają się w urazy, które z czasem petryfikują się w procesie samotnej pracy przed komputerem w stałym środowisku. Nie wspominając już o chorobliwej zazdrości, niemal niespotykanej w świecie biznesu... Z mojego doświadczenia wynika, że pieniądze i transakcje oczyszczają relacje, natomiast idee i abstrakcyjne kwestie, takie jak uznanie czy szacunek, wypaczają je, tworząc atmosferę nieustannej rywalizacji.
Handel, biznes, lewantyńskie targowiska (ale duże rynki i korporacje już nie) to działania i miejsca, które wydobywają z ludzi to, co najlepsze, dzięki czemu stają się wielkoduszni, szczerzy, życzliwi, ufni i otwarci. Jako członek chrześcijańskiej mniejszości na Bliskim Wschodzie mogę zaręczyć, że handel, szczególnie drobny, to droga do tolerancji - w mojej ocenie jedyna droga do jakiejkolwiek formy tolerancji. Bije na głowę wykłady i racjonalizacje. Podobnie jak w przypadku antykruchego kombinowania błędy są niewielkie i szybko odchodzą w niepamięć.
Chcę się cieszyć z tego, że jestem człowiekiem, i przebywać w środowisku, w którym inni ludzie kochają swoje przeznaczenie - ale dopóki nie zetknąłem się ze światem akademickim, nawet nie podejrzewałem, że prowadzi do tego pewna forma handlu (w połączeniu z nauką w samotności). To Matt Ridley, autor książek z dziedziny biologii i libertariański ekonomista, uświadomił mi, że prawdziwie intelektualną częścią mojej osobowości jest fenicki (a dokładniej - kananejski) kupiec6.
V. ORGANIZACJA KSIĄŻKI
Antykruchość składa się z siedmiu ksiąg oraz rozdziału z komentarzami.
Dlaczego nazwałem je księgami? Kiedy prozaik i eseista Rolf Dobelli przeczytał rozdziały poświęcone etyce i via negativa, które dostarczyłem mu oddzielnie, w pierwszym odruchu stwierdził, że każda z nich powinna być wydana jako odrębna książka w formie krótkiego lub średniej długości eseju. Specjalista w dziedzinie streszczania książek musiałby stworzyć cztery albo pięć odrębnych opisów. Dla mnie jednak nie były to samodzielne eseje; każdy z rozdziałów ukazuje zastosowania głównej koncepcji, rozwijając lub prezentując perspektywę różnych dziedzin, takich jak: ewolucja, polityka, innowacje biznesowe i odkrycia naukowe, ekonomia, etyka, epistemologia i filozofia ogólna. Z tego powodu określam je mianem ksiąg, a nie rozdziałów czy części. Uważam, że książki nie są rozwinięciem artykułów prasowych, tylko pewnym doświadczeniem czytelniczym, a naukowcy, którzy czytają po to, żeby cytować innych autorów w swoich pracach - a nie dla przyjemności, z ciekawości albo po prostu dlatego, że lubią czytać - denerwują się, kiedy nie mogą szybko przebiec tekstu wzrokiem i podsumować go jednym zdaniem, nawiązując do jakiegoś istniejącego dyskursu, w którym uczestniczą. Co więcej, ten esej jest całkowitym przeciwieństwem podręcznika - łączy wątki autobiograficzne i przypowieści z bardziej filozoficznymi i naukowymi analizami. Piszę o prawdopodobieństwie, wkładając w to całą duszę i wszystkie doświadczenia z zakresu podejmowania ryzyka; rozdrapuję swoje blizny, dlatego przedstawione koncepcje są nierozerwalnie związane z moim życiem. Forma eseju osobistego idealnie pasuje do tematu niepewności.
Kolejność jest następująca.
W Dodatku do Prologu przedstawiam triadę w formie wyczerpującej tabeli, ukazując mapę świata na skali kruchości.
Księga I, Wstęp do antykruchości, prezentuje tę nową właściwość. Omawiam w niej ewolucję i świat organiczny jako najbardziej naturalny antykruchy system. Przyglądam się również zależności między antykruchością zbiorowości a kruchością jednostki.
Księga II, Nowoczesność i odrzucenie antykruchości, ukazuje, co się dzieje, kiedy pozbawimy systemy - głównie polityczne - zmienności. Omawiam w niej wynalazek zwany państwem narodowym, a także koncepcję szkód wyrządzanych przez uzdrowicieli, którzy usiłują pomóc pacjentom, a ostatecznie bardzo im szkodzą.
Księga III, Niepredyktywna wizja świata, wprowadza postać Grubego Tony'ego. Opisuję w niej jego intuicyjną zdolność wykrywania kruchości, a także przedstawiam zasadniczą asymetrię rzeczy, wyłaniającą się z pism Seneki, rzymskiego filozofa i praktyka.
Księga IV, Opcyjność, technologia i inteligencja antykruchości. Objaśniam w niej, dlaczego u podłoża rzeczywistości leży pewna asymetria, a nie ludzka inteligencja, i w jaki sposób opcyjność zaprowadziła nas w miejsce, w którym się obecnie znajdujemy. Jest ona przeciwieństwem metody, którą określam mianem radziecko-harwardzkiej. A Gruby Tony kłóci się z Sokratesem o to, dlaczego robimy rzeczy, których nikt nie potrafi wyjaśnić.
Księga V, Nieliniowość i nieliniowość (sic!), poświęcona jest kamieniowi filozoficznemu i jego przeciwieństwu. Opisuję w niej, jak zmienić ołów w złoto, a złoto w ołów. Te dwa rozdziały to techniczna część książki - jej hydraulika. Kreślę w nich mapę kruchości (jako efektów nieliniowości, a konkretniej - wypukłości) i pokazuję, jaką przewagę daje pewien rodzaj strategii wypukłych.
Księga VI, Via negativa. Przedstawiam w niej mądrość i skuteczność odejmowania i jego przewagę nad dodawaniem (czyli wyższość aktów zaniechania nad działaniami na szkodę). W tej części wprowadzam pojęcie efektów wypukłości, które podstawowe zastosowanie znajdują, rzecz jasna, w medycynie. Przyglądam się medycynie wyłącznie z perspektywy epistemologicznej, z punktu widzenia zarządzania ryzykiem - a w takim ujęciu wygląda inaczej.
Księga VII, Etyka kruchości i antykruchości, zakorzenia etykę w transferach kruchości, w których jedna strona czerpie korzyści, a druga ponosi straty. W tym miejscu wskazuję problemy generowane przez system, w którym nie ryzykuje się własną skórą.
Publikację kończą wykresy, uwagi i dodatek techniczny.
Niniejsza książka funkcjonuje na trzech poziomach.
Pierwszym jest poziom literacki i filozoficzny, z przypowieściami i przykładami oraz bardzo ograniczoną argumentacją specjalistyczną. Wyjątkiem jest Księga V (kamień filozoficzny), która przedstawia kwestię wypukłości (oświecony czytelnik może ją pominąć, ponieważ istota tej argumentacji została zawarta w innych miejscach).
Drugi poziom stanowi Dodatek II z wykresami i bardziej technicznym wywodem, choć bez skomplikowanych przykładów.
Trzecim poziomem są materiały pomocnicze z rozbudowaną argumentacją w postaci tekstów i komentarzy specjalistycznych (nie bierzcie moich przykładów i przypowieści za dowody; pamiętajcie, że esej nie jest dokumentem naukowym, ale dokument naukowy jest dokumentem naukowym). Wszystkie te materiały pomocnicze zostały zgromadzone w dostępnej bezpłatnie książce elektronicznej.
Dodatek do prologu: Triada albo mapa świata i rzeczy w podziale na trzy własności
Teraz spróbuję - wkładając w to pewien wysiłek - połączyć w jednym wątku w umyśle czytelnika elementy, które wydają się bardzo odległe od siebie, między innymi dokonania Katona Starszego, Nietzschego, Talesa z Miletu, siłę systemu miast-państw, stabilność fachu rzemieślników, proces dokonywania odkryć, jednostronność nieprzejrzystości, finansowe instrumenty pochodne, odporność na antybiotyki, systemy oddolne, sugestię Sokratesa, żeby przesadnie racjonalizować rzeczywistość, uczenie ptaków latania, obsesyjną miłość, ewolucję w rozumieniu darwinowskim, matematyczną koncepcję nierówności Jensena, opcyjność i teorię opcji, ideę heurystyki odziedziczonej po przodkach, prace Josepha de Maistre'a i Edmunda Burke'a, antyracjonalizm Ludwiga Wittgensteina, fałszywe teorie elit ekonomicznych, kombinatorstwo i bricolage, terroryzm nasilony przez śmierć członków ugrupowań terrorystycznych, apologię rzemieślników, etyczne skazy klasy średniej, treningi (i dietę) w prehistorycznym stylu, koncepcję jatrogenii medycznej, wspaniałą koncepcję wielkiej duszy (megalopsychon), moją obsesję ideą wypukłości (i moją fobię wklęsłości), kryzys bankowy i ekonomiczny pierwszej dekady XXI wieku, mylne rozumienie redundancji, różnicę między turystą a flâneurem itp. A wszystko w jednym i - o czym jestem przekonany - prostym wątku.
Jak do tego dojdzie? Na początek zobaczymy, w jaki sposób rzeczywistość - praktycznie wszystkie istotne jej aspekty - można podzielić i zakwalifikować do trzech kategorii. Nazywam to triadą.
Trzy to magiczna liczba
Z Prologu dowiedzieliśmy się, że pomysł polega na tym, żeby skupić się na kruchości, zamiast przewidywać i obliczać prawdopodobieństwo przyszłych zdarzeń, oraz że kruchość i antykruchość występują na stopniowalnej skali. W tym miejscu staramy się stworzyć mapę ekspozycji na ryzyko. (Coś takiego nazywa się rzeczywistym rozwiązaniem, chociaż tylko badacze i inni ludzie o ograniczonym kontakcie z rzeczywistością używają określenia "rzeczywiste rozwiązanie" zamiast mówić po prostu o "rozwiązaniu").
Triada przyporządkowuje obiekty do jednej z trzech kolumn:
KRUCHE WYTRZYMAŁE ANTYKRUCHE
Przypomnijmy, że obiekty kruche potrzebują spokoju, antykruche rozwijają się pod wpływem chaosu, a na wytrzymałych ani jedno, ani drugie nie robi większego wrażenia. Zachęcam was, żebyście, posługując się triadą, sprawdzili, jakie zastosowanie znajdują prezentowane w książce koncepcje w różnych dziedzinach. Zadanie polega po prostu na tym, żebyście - omawiając jakiś obiekt albo strategię z danego obszaru - ocenili, do której kategorii triady należy je zaliczyć i co wpłynęłoby na nie pozytywnie. Na przykład: scentralizowane państwo narodowe znajduje się z lewej strony triady, w kategorii obiektów kruchych, natomiast zdecentralizowany system miast-państw umieszczamy z prawej strony, w kategorii obiektów antykruchych. Wdrażając rozwiązania zastosowane w tym drugim systemie, możemy odejść od prawdopodobnie niepożądanej kruchości dużego państwa. Albo spójrzmy na błędy. Po lewej stronie, w kategorii kruchości, błędy są rzadkie i poważne, ale kiedy już wystąpią, są nieodwracalne; po prawej stronie błędy są drobne i błahe, odwracalne i łatwe do naprawienia. Ponadto niosą masę informacji. Zatem system oparty na kombinowaniu metodą prób i błędów cechowałaby antykruchość. Jeśli chcecie stać się antykruchymi, przyjmijcie pozycję "kocha błędy" po prawej stronie od pozycji "nienawidzi błędów" - i popełniajcie liczne pomyłki o niskiej szkodliwości. Tego rodzaju proces i podejście nazywać będziemy strategią sztangi.
Albo weźmy na przykład kategorię zdrowia. Dodawanie znajduje się z lewej strony, odejmowanie z prawej. Usunięcie leku albo jakiegoś innego nienaturalnego stresora - na przykład glutenu, fruktozy, środków uspokajających, lakieru do paznokci albo podobnej substancji - metodą prób i błędów wiąże się z większą wytrzymałością niż wprowadzenie nowych leków o nieznanych skutkach ubocznych, nieznanych mimo zapewnień o "dowodach" i śmowodach.
Czytelnik widzi zatem, że mapa bez żadnych zahamowań rozciąga się na różne dziedziny ludzkiego życia i działalności, takie jak: kultura, medycyna, biologia, systemy polityczne, technologia, organizacja miast, życie społeczno-ekonomiczne i inne kwestie, które mniej lub bardziej go dotyczą. Udało mi się nawet wymienić jednym tchem proces podejmowania decyzji i flânerie7. Zatem ta prosta metoda doprowadzi nas zarówno do filozofii politycznej opartej na ryzyku, jak i do strategii podejmowania decyzji medycznych.
Triada w praktyce
Zauważmy, że terminy "kruchość" i "antykruchość" są używane jako pojęcia względne, a nie kategorie absolutne: obiekt z prawej strony triady jest bardziej antykruchy niż ten z lewej strony. Na przykład rzemieślnicy wykazują większą antykruchość niż małe firmy, ale gwiazda rocka będzie bardziej antykrucha niż jakikolwiek rzemieślnik. Dług zawsze lokuje was z lewej strony, bo zwiększa kruchość systemów ekonomicznych. A obiekty są antykruche do pewnego poziomu stresu. Odrobina niedbalstwa może wpłynąć korzystnie na twoje ciało, ale tylko do określonego momentu upadek z wieży Babel nie będzie mu służyć.
Złota wytrzymałość: Co więcej, wytrzymałość w środkowej kolumnie nie jest odpowiednikiem arystotelesowskiego złotego środka, tak jak na przykład szczodrość znajduje się pomiędzy rozrzutnością a skąpstwem - może nim być, ale nie musi. Antykruchość zazwyczaj jest pożądaną cechą, ale nie zawsze, ponieważ w niektórych przypadkach byłaby kosztowna, i to bardzo. Ponadto wytrzymałość trudno uznać za cechę zawsze pożądaną. Można umrzeć od bycia nieśmiertelnym, jak powiedział Nietzsche.
Wreszcie, czytelnik, który boryka się z nowym słowem, może od niego za dużo wymagać. Jeśli wyraz "antykruchość" wydaje się mało precyzyjny i ograniczony do konkretnych źródeł szkód lub zmienności, a w pewnym stopniu także źródeł ekspozycji na ryzyko, to pamiętajmy, że to samo dotyczy słowa "kruchość". Antykruchość jest zależna od sytuacji. Bokser może być wytrzymały i krzepki fizycznie, dzięki czemu w każdym kolejnym starciu walczy coraz lepiej, ale wewnętrznie kruchy, przez co wybucha płaczem, kiedy rzuca go dziewczyna. Niewykluczone, że u waszych babć jest, albo było, na odwrót - łatwo sobie wyobrazić osobę o kruchym ciele i nieugiętym duchu. Doskonale pamiętam następującą scenę z libańskiej wojny domowej: słaba staruszka, wdowa (była ubrana na czarno), wymyśla członkom straży ochotniczej ze strony wroga za to, że w czasie potyczki wybili jej szybę w oknie. Uzbrojeni mężczyźni mierzyli do niej z broni; wystarczyłaby jedna kula, żeby ją zabić, ale wyraźnie czuli się niepewnie, przestraszeni jej wybuchem. Stanowiła przeciwieństwo boksera: krucha fizycznie o silnym charakterze.
A teraz triada.
Tabela 1. PODSTAWOWA TRIADA: TRZY TYPY EKSPOZYCJI
KRUCHE
WYTRZYMAŁE
ANTYKRUCHE
Mitologia grecka
Miecz Damoklesa
Głaz Tantala
Feniks
Hydra
Mitologia nowojorska i brooklyńska
Dr John*
Nero Tulip
Gruby Tony
Jewgienia Krasnowa*
Czarny Łabędź
Ekspozycja na negatywne Czarne Łabędzie
Ekspozycja na pozytywne Czarne Łabędzie
Branże
Nowy Jork: system bankowy
Dolina Krzemowa: "Doznawaj szybko porażek", "Bądź nierozsądny"
Systemy biologiczne i ekonomiczne
Wydajność, zoptymalizowany
Redundancja
Degeneracja (redundancja funkcjonalna)
Błędy
Nienawidzi błędów
Błędy to tylko informacje
Kocha błędy (ponieważ są niewielkie)
Błędy
Nieodwracalne, ogromne (ale rzadkie) błędy, kryzysy
Generuje odwracalne, drobne błędy
Nauka/technologia
Ukierunkowane badania
Badania swobodne
Stochastyczne kombinatorstwo (antykruche kombinowanie albo bricolage)
Dychotomia zdarzenie - ekspozycja na nie
Badanie zdarzeń, pomiar ich ryzyka i statystycznych własności zdarzeń
Badanie ekspozycji na zdarzenia i statystycznych własności ekspozycji
Modyfikacja ekspozycji na zdarzenia
Nauka
Teoria
Fenomenologia
Heurystyka, sztuczki praktyczne
Ludzkie ciało
Uśmierzanie bólu, atrofia, "proces starzenia", sarkopenia
Zdrowienie przez mitrydatyzm
Hormeza, przerost
Sposób myślenia
Nowoczesność
Średniowieczna
Europa
Starożytność, basen Morza Śródziemnego
Związki międzyludzkie
Przyjaźń
Pokrewieństwo
Pociąg
Kultura starożytna (Nietzsche)
Apolińska
Dionizyjska
Harmonijne połączenie kultury apolińskiej i dionizyjskiej
Etyka
Słabi
Wspaniali
Silni
Etyka
System, w którym nie ryzykuje się własną skórą
System, w którym ryzykuje się własną skórą
System, w którym ryzykuje się własną duszą
Regulacje
Reguły
Zasady
Cnota
Systemy
Skoncentrowane źródła przypadkowości
Rozproszone źródła przypadkowości
Matematyka
(funkcjonalna)
Nieliniowo-wklęsłe lub wklęsło-wypukłe
Nieliniowe lub wklęsło-wypukłe
Nieliniowo-wypukłe
Matematyka (prawdopodobieństwo)
Lewostronnie skośne (lub ujemnie skośne)
Niska zmienność
Prawostronnie skośne (lub dodatnio skośne)
Handel opcjami
Krótka zmienność, gamma, vega
Płaska zmienność
Długa zmienność, gamma, vega
Wiedza
Jawna
Ukryta
Ukryta z wypukłością
Epistemologia
Prawda - fałsz
Frajer - niefrajer
Życie i sposób myślenia
Turysta w życiu osobistym i intelektualnym
Flâneur z ogromną biblioteką osobistą
Zależność finansowa
Zatrudnienie w korporacji, klasa karmiona złudzeniami
Dentysta, dermatolog, niszowy zawód, płaca minimalna
Taksówkarz, rzemieślnik, prostytutka, p******ę pieniądze
Nauka
Klasa szkolna
Prawdziwe życie, pathemata mathemata
Prawdziwe życie i biblioteka
Systemy polityczne
Państwo narodowe, scentralizowane
Zbiór miast-państw, zdecentralizowane
System społeczny
Ideologia
Mitologia
Postrolnicze nowoczesne osadnictwo
Plemiona nomadyczne i zbieracko-łowieckie
Wiedza
Akademia
Wprawa
Erudycja
Nauka
Teoria
Fenomenologia
Fenomenologia oparta na dowodach
Kondycja psychiczna
Stres pourazowy
Rozwój pourazowy
Proces podejmowania decyzji
Probabilistyczny proces podejmowania decyzji oparty na modelu
Proces podejmowania decyzji oparty na heurystyce
Heurystyka wypukła
Myśliciele
Platon, Arystoteles, Awerroes
Wcześni stoicy, Menodotos z Nikomedii, Popper, Burke, Wittgenstein, John Gray
Stoicy rzymscy, Nietzsche, Nietzsche może Hegel (zniesienie), Jaspers
Życie gospodarcze
Kulty domorosłych ekonomistów
Antropologowie
Religia
Życie gospodarcze (wpływ na życie
gospodarcze)
Biurokraci
Przedsiębiorcy
Reputacja (zawód)
Naukowiec, korporacyjny menedżer, papież, biskup, polityk
Pracownik urzędu pocztowego, kierowca tira, konduktor
Artysta, pisarz
Reputacja (klasa)
Klasa średnia
Osoby dostające płacę minimalną
Bohema, arystokracja, bogate rody
Medycyna
Via positiva terapia addytywna (podać leki)
Via negativa terapia subtraktywna (wyłącz określone obiekty z konsumpcji, np. papierosy, węglowodany)
Filozofia/nauka
Racjonalizm
Empiryzm
Sceptyczny, subtraktywny empiryzm
Odrębność
Holizm
Życie gospodarcze
Zarządzane przez
właścicieli
Finanse
Krótka opcja
Długa opcja
Wiedza
Wiedza pozytywna
Wiedza negatywna
Sztuka
Stres
Stresory chroniczne
Ostre stresory, powrót do zdrowia
Proces podejmowania decyzji
Podejmowanie działania
Akty zaniechania (niewykorzystane szanse)
Literatura
Czytnik książek elektronicznych
Książka
Tradycja ustna
Biznes
Przemysł
Małe firmy
Rzemiosło
Jedzenie
Producenci żywności
Restauracje
Finanse
Dług
Kapitał własny
Kapitał wysokiego ryzyka
Finanse
Dług publiczny
Dług prywatny bez możliwości dofinansowania
Wymienialność
Ogólnie
Duże
Małe, ale wyspecjalizowane
Małe, ale niewyspecjalizowane
Ogólnie
Monomodalność
Strategia sztangi
Ryzykowanie
Markowitz
Kryterium Kelly'ego
Kryterium Kelly'ego z wykorzystaniem skończonych zakładów
System prawny
Prawo ustawowe, kodeks
Common law, sprawiedliwość
Regulacje
Kodeks
Regulacje/zasady heurystyczne
Finanse
Banki, fundusze hedgingowe zarządzane przez domorosłych ekonomistów
Niektóre fundusze hedgingowe
Niektóre fundusze hedgingowe
Biznes
Problem agencji
Zarządzanie właścicielskie
Stosunek szumu do sygnału
Wyłącznie sygnał
Rezonans stochastyczny, symulowane wyżarzanie
Modelowy błąd
Wklęsłe wobec
błędów
Wypukłe wobec błędów
Edukacja
Nadopiekuńcza matka
Życie uliczne
Sztanga: biblioteka rodzicielska, walki uliczne
Trening fizyczny
Zorganizowany sport,
maszyny treningowe
Walki uliczne
Urbanistyka
Robert Moses,
Le Corbusier
Jane Jacobs
* Doktor John, Nero Tulip, Gruby Tony i Jewgienia Krasnowa to postaci z książki Czarny Łabędź.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Poza kasynami i ściśle określonymi przestrzeniami, zazwyczaj w przypadku sytuacji i konstrukcji stworzonych przez człowieka.
2 Hayek nie przekładał swojej koncepcji organicznego kształtowania się cen na dziedzinę ryzyka i kruchości. Jego zdaniem to biurokraci byli nieskuteczni, a nie wyznawcy kruchości. Ta dyskusja rozpoczyna się od kruchości i antykruchości, i prowadzi nas bocznymi drogami do koncepcji organicznego kształtowania się cen.
3 Techniczne terminy, których używałem w znaczeniu "nienawidzi zmienności", to "krótka vega" albo "krótka gamma" dla obiektów, którym zaszkodziłby wzrost zmienności; natomiast "długa vega" albo "długa gamma" to określenia obiektów, które skorzystałyby na wzroście zmienności. Co istotne, nigdy nie wierzyłem, że potrafimy przewidywać zmienność, ponieważ skupiałem się wyłącznie na tym, jak reagują na nią obiekty.
4 Książka Nassima Nicholasa Taleba z 2001 roku, wydana po polsku w 2006 roku przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, a w 2014 roku wznowiona przez Kurhaus Publishing - przyp. red.
5 Najsłynniejsze dzieło Taleba, wydane po polsku w 2014 roku przez Kurhaus Publishing, a w 2020 roku wznowione przez Zysk i S-ka Wydawnictwo - przyp. red.
6 Powtarzam jeszcze raz: nie, to nie to samo co odporność. Już się przyzwyczaiłem, że po wykładach słyszę pytanie: "No dobrze, a na czym polega różnica między odpornością a antykruchością?", albo jeszcze mniej inteligentne, za to bardziej irytujące: "Czyli antykruche to znaczy odporne, nie?". Moja odpowiedź zwykle wywołuje okrzyk "Aha!", któremu towarzyszy spojrzenie w rodzaju "Dlaczego nie powiedziałeś tego wcześniej?" (oczywiście, że mówiłem to wcześniej). Nawet pierwszy recenzent mojego artykułu naukowego o definicji i wykrywaniu antykruchości w ogóle nie zrozumiał, o co mi chodziło, i zrównał antykruchość z wytrzymałością - a to właśnie on ślęczał nad moimi definicjami. Dlatego warto jeszcze raz wyjaśnić, co następuje. Odpowiedź jest banalna (zmienność i chaos nie wpływają pozytywnie ani negatywnie na odporność lub wytrzymałość, natomiast przynoszą korzyści antykruchości), ale trzeba włożyć trochę wysiłku, żeby ją zrozumieć. Wiele rzeczy, które ludzie nazywają odpornymi lub wytrzymałymi, jest po prostu odpornych lub wytrzymałych; pozostałe cechuje antykruchość.
7 Flâneur, flânerie (z fr. spacerowicz, spacerowanie) - termin spopularyzowany w XIX wieku, oznaczający kontemplowanie miejskiego życia oraz wielogodzinne spacerowanie po mieście.
Księga I - Wstęp do antykruchości
W dwóch pierwszych rozdziałach wprowadzam pojęcie antykruchości i ilustruję je przykładami. W Rozdziale 3 pojawia się rozróżnienie między tym, co organiczne, a tym, co mechaniczne, co obrazuje różnica między waszym kotem a pralką. Rozdział 4 wyjaśnia, w jaki sposób antykruchość niektórych ludzi wynika z kruchości innych, dlaczego błędy służą jednym, a innym nie - a więc omówione są w nim zjawiska, które ludzie zwykle określają mianem ewolucji, rozpisując się na ich temat.
Rozdział 1 - Między Damoklesem a hydrą
Proszę, odetnij mi głowę - Jak kolory w magiczny sposób stają się kolorami - Jak podnosić ciężary w Dubaju
POŁOWA ŻYCIA NIE MA NAZWY
Jesteś na poczcie, żeby wysłać prezent, paczkę wypełnioną kieliszkami szampana, do kuzyna w środkowej Syberii. Ponieważ zawartość paczki może zostać uszkodzona w czasie transportu, nalepiasz na pudełku naklejkę z (czerwonym) ostrzeżeniem "ostrożnie", "kruche", "uwaga". A teraz wyobraźmy sobie dokładne przeciwieństwo tej sytuacji. Co będzie odwrotnością kruchości?
Prawie wszyscy odpowiadają, że przeciwieństwo kruchości to: wytrzymałość, odporność, trwałość lub coś w tym rodzaju. Ale wytrzymałość, odporność (i spółka) znaczy, że danego przedmiotu nie można uszkodzić ani ulepszyć, więc nie trzeba opatrywać go żadnym ostrzeżeniem - czy widzieliście kiedykolwiek paczkę z napisem "wytrzymałe" grubymi zielonymi literami? Logicznie rzecz biorąc, dokładnym przeciwieństwem kruchej paczki byłaby przesyłka, na której ktoś napisał: "z paczką należy obchodzić się nieostrożnie". Jej zawartość byłaby nietłukąca, ale to nie wszystko - wstrząsy i rozmaite uszkodzenia miałyby na nią korzystny wpływ. Krucha paczka w najlepszym razie nie zostanie uszkodzona, a wytrzymała - w najlepszym i najgorszym razie nie zostanie uszkodzona. Zatem przesyłka, która jest przeciwieństwem kruchej paczki, w najgorszym razie nie zostanie uszkodzona.
Taką przesyłkę nazwaliśmy antykruchą; neologizm był konieczny, ponieważ Oxford English Dictionary nie podaje prostego, niezłożonego rzeczownika na określenie przeciwieństwa kruchości. Idea antykruchości nie jest bowiem częścią naszej świadomości - ale, na szczęście, jest częścią naszych historycznych zachowań i naszego systemu biologicznego, a także wszechobecną własnością każdego systemu, który przetrwał do dziś.
Rys. 1. Paczka, na której nadawca napisał: "Obchodzić się nieostrożnie". Potrzebuje stresorów i chaosu. Zdjęcie: Giotto Enterprise i George Nasr.
Żeby się przekonać, jak obce jest to pojęcie ludzkiemu umysłowi, powtórzcie ten eksperyment i kiedy będziecie uczestniczyć w jakimś spotkaniu, pikniku lub wiecu poprzedzającym wybuch zamieszek, zapytajcie o antonim kruchości (precyzując niestrudzenie, że chodzi wam o dokładną odwrotność, a więc zjawisko o przeciwnych własnościach i skutkach). Prawdopodobnie oprócz słowa "wytrzymałość" usłyszycie takie propozycje, jak: nietłukący, trwały, o solidnej konstrukcji, silny, odporny i -odporny (na przykład wodoodporny), niejakiś (na przykład nierdzewny) - chyba że pytani słyszeli o tej książce. To błąd, który popełniają nie tylko jednostki, lecz także całe dziedziny wiedzy; znalazłem go w każdym słowniku synonimów i antonimów.
Można na to spojrzeć z innej strony: przeciwieństwem ładunku dodatniego jest ładunek ujemny, a nie neutralny, dlatego przeciwieństwem dodatniej kruchości powinna być kruchość ujemna (stąd moje określenie "antykruchość"), nie neutralna - a tym jest wytrzymałość, siła i niezniszczalność. W zasadzie, kiedy zapiszemy tę zależność w języku matematycznym, antykruchość okaże się kruchością ze znakiem ujemnym1.
Ignorancja w tym zakresie wydaje się powszechna. Nie istnieje określenie antykruchości w głównych znanych dziś językach, współczesnych i starożytnych, w języku potocznym i w slangu. Nawet język rosyjski (w wersji radzieckiej) i literacki język brooklyński nie mają odrębnej nazwy na antykruchość i utożsamiają ją z wytrzymałością2.
Nie mamy nazwy na połowę życia - i to tę ciekawszą.
PROSZĘ, UTNIJ MI GŁOWĘ
Skoro nie istnieje pospolity rzeczownik na określenie antykruchości, możemy sięgnąć po jej mitologiczny odpowiednik, wyraz historycznej inteligencji w postaci sugestywnych metafor. W rzymskiej, odświeżonej wersji greckiego mitu sycylijski tyran Dionizos II3 pozwala schlebiającemu mu dworzaninowi, Damoklesowi, wziąć udział w wystawnej uczcie, ale każe zawiesić nad jego głową miecz na jednym włosie z końskiego ogona. Koński włos ma to do siebie, że ostatecznie pęka pod wpływem ciężaru. Następuje więc krwawa scena, słychać przeraźliwe krzyki i pojawiają się ówczesne karetki pogotowia. Damokles jest kruchy - to kwestia czasu, zanim spadnie na niego miecz.
W innej starożytnej legendzie, tym razem w greckiej interpretacji legendy semickiej i egipskiej, spotykamy feniksa, ptaka o pięknym ubarwieniu. Za każdym razem, kiedy umiera, odradza się z własnych popiołów. Zawsze wraca do stanu wyjściowego. Tak się składa, że feniks jest symbolem Bejrutu, miasta, w którym dorastałem. Według legendy Berytos (bo tak dawniej nazywano Bejrut) w ciągu prawie 5 tysięcy lat, odkąd powstał, siedem razy był niszczony i siedem razy go odbudowano. Ta historia brzmi przekonująco, ponieważ na własne oczy widziałem ósmy taki przypadek: centrum Bejrutu (najstarsza część miasta) zostało całkowicie zniszczone po raz ósmy pod koniec mojego dzieciństwa w wyniku brutalnej wojny domowej. A później ósmy raz zostało odtworzone.
Ale Bejrut po odbudowie stał się jeszcze piękniejszy, niż był wcześniej, dzięki ciekawemu zrządzeniu losu: podczas rekonstrukcji odkryto ponownie rzymską szkołę prawa, którą pogrzebało trzęsienie ziemi z 551 roku naszej ery. Historia zrobiła nam prezent, chociaż wywołał on ostry konflikt między archeologami a deweloperami. Tym razem miasto nie zachowało się jak feniks, to nie była tylko wytrzymałość. I tak przechodzimy do trzeciej mitologicznej metafory, jaką jest hydra.
W mitologii greckiej hydra to stworzenie przypominające węża, które zamieszkiwało bagna w okolicy Lerny, koło Argos, i miało wiele głów. Kiedy obcinano mu jedną, w jej miejsce wyrastały dwie lub trzy nowe. Trauma służyła potworowi. Hydra to symbol antykruchości.
Miecz Damoklesa wskazuje na skutki uboczne władzy i sukcesu: każdy, kto wejdzie na szczyt, jest nieustannie narażony na niebezpieczeństwo - ktoś zawsze stara się go obalić. I, podobnie jak miecz, zagrożenie będzie bezgłośne, nieubłagane i nieciągłe. Ujawni się nagle, po długim okresie spokoju, być może właśnie w chwili, gdy rządzący przyzwyczai się do niego i zapomni o jego istnieniu. Czarne Łabędzie będą na was czyhać, ponieważ teraz będziecie mieli dużo więcej do stracenia; to cena sukcesu (i rozwoju), być może nieunikniona kara za nadmierny sukces. W ostatecznym rozrachunku liczy się wytrzymałość włosa, na którym wisi miecz - nie bogactwo i władza ucztujących. Na szczęście jednak można zidentyfikować, zmierzyć i rozwiązać te problemy - jeśli ktoś potrafi słuchać. Sens triady polega na tym, że w wielu sytuacjach potrafimy zmierzyć siłę tego włosa.
Zastanówcie się, jak toksyczny dla społeczeństwa może być ten mechanizm sukcesu poprzedzającego upadek. Kiedy na jednego z biesiadujących spadnie miecz Damoklesa, pociągnie to za sobą inne negatywne skutki i zaszkodzi pozostałym. Na przykład upadek dużej instytucji wpłynie na całe społeczeństwo.
Złożoność, pewna odmiana rozwoju, przynosi kruchość również Czarnym Łabędziom: w miarę jak społeczeństwa robią się coraz bardziej skomplikowane, stają się coraz bardziej "innowacyjne" i wyspecjalizowane, rośnie w nich zagrożenie kryzysem. Taką tezę przedstawił wspaniale - i przekonująco - archeolog Joseph Tainter. Ale nie musi tak być: czeka to tylko tych, którzy nie zdecydują się zrobić kolejnego kroku, żeby zrozumieć matrycę rzeczywistości. Aby zrównoważyć sukces, potrzebujesz odpowiednio dużej dawki wytrzymałości, a nawet antykruchości. Musisz być feniksem, a być może hydrą. Inaczej spadnie na ciebie miecz Damoklesa.
O konieczności nazywania
Wiemy więcej, niż nam się wydaje, dużo więcej, niż potrafimy wyrazić. Nawet jeśli nasze formalne systemy myślenia umniejszają wartość tego naturalnego zjawiska i nie potrafimy nazwać antykruchości, a nasze mózgi wręcz zwalczają tę koncepcję, to nie znaczy, że nie uwzględniamy jej w swoich działaniach. Nasze spostrzeżenia i przeczucia, wyrażane w czynach, bywają ważniejsze niż to, co wiemy, co klasyfikujemy w tabelach, omawiamy za pomocą słów i przekazujemy dzieciom w szkole. Tę kwestię przedstawiam wyczerpująco dalej, zwłaszcza w kontekście ważnego pojęcia wiedzy apofatycznej (takiej, której nie można wyrazić wprost ani bezpośrednio opisać językiem, którym dysponujemy); tymczasem przyjrzyjmy się pewnemu zdumiewającemu zjawisku.
W książce Through the Language Glass lingwista Guy Deutscher pisze, że wiele ludów pierwotnych porozumiewa się, nazywając tylko dwa lub trzy kolory, chociaż nie są daltonistami. Podczas prostego testu umieją dopasować nici do odpowiednich kolorów. Są w stanie dostrzec różnice między poszczególnymi pasmami tęczy, ale nie wyrażają ich w swoim języku. Te populacje nie rozróżniają kolorów tylko kulturowo, nie biologicznie.
Na tej samej zasadzie my nie dostrzegamy antykruchości z powodów intelektualnych, a nie organicznych. Żeby zrozumieć różnicę, zwróćcie uwagę, że nazwa "niebieski" jest wam potrzebna, gdy chcecie o czymś opowiedzieć, a nie wtedy, gdy chcecie coś zrobić.
Nie każdy wie, że wiele kolorów, które dziś uważamy za oczywiste, przez długi czas nie miało nazwy - nawet w podstawowych tekstach kultury zachodniej. Starożytne teksty, które powstały w krajach basenu Morza Śródziemnego, zarówno greckie, jak i semickie, zawierają bardzo niewiele określeń kolorów, skupionych głównie na rozróżnieniu między ciemnością a jasnością - Homer i jemu współcześni ograniczali się do trzech lub czterech barw: czerni, bieli i jakiejś nieokreślonej części tęczy, często podciąganej pod czerwień albo żółć.
Skontaktowałem się z Guyem Deutscherem. Był bardzo pomocny i zwrócił mi uwagę, że starożytni nie mieli nazwy nawet na tak podstawowy kolor jak niebieski. Brak słowa "niebieski" w starożytnej grece wyjaśnia, dlaczego Homer wielokrotnie pisze o morzu ciemnym jak wino (oinopa ponton), co mogło być mylące dla czytelników (łącznie z niżej podpisanym).
Co ciekawe, jako pierwszy odkrył to brytyjski premier William Gladstone w latach 50. XIX wieku (za co niesprawiedliwie i bezmyślnie zwymyślali go nieprzychylni mu dziennikarze). Gladstone, człowiek o dużej erudycji, napisał w przerwie między swoimi politycznymi obowiązkami imponujący traktat o Homerze, liczący 1700 stron. W ostatniej części ujawnił ograniczony zasób terminów kolorystycznych, przypisując współczesne uwrażliwienie na liczne niuanse barw międzypokoleniowemu treningowi wzroku. Udowodniono jednak, że niezależnie od nazw kolorów stosowanych w danej kulturze ludzie potrafili rozpoznawać wiele barw - jeżeli nie cierpieli na daltonizm.
Gladstone był imponującą postacią pod wieloma względami. Oprócz erudycji, siły charakteru, szacunku dla słabszych i dużej energiczności, czterech bardzo pożądanych cech (spośród których szacunek dla słabszych, po odwadze intelektualnej, wydaje się najbardziej atrakcyjną cechą piszącemu te słowa), miał zdumiewającą zdolność przewidywania. Wywnioskował coś, co niewielu w jego czasach odważyło się zasugerować: że Iliada nawiązuje do rzeczywistej historii (nie odkryto jeszcze wówczas Troi). A przy tym, co niezwykle ważne dla tej książki, w kolejnej proroczej wizji nalegał na utrzymywanie zrównoważonego budżetu państwa: deficyty budżetowe okazały się głównym źródłem kruchości systemów społecznych i ekonomicznych.
PROTOANTYKRUCHOŚĆ
Znane są nazwy dwóch idei będących zapowiedzią antykruchości i dwa prekursorskie zastosowania, obejmujące niektóre z jej szczególnych przypadków. Są to łagodne aspekty antykruchości, ograniczone do dziedziny medycyny. Stanowią jednak dobry punkt wyjścia.
Jak głosi legenda, Mitrydates IV Filopator4, król Pontu w Azji Mniejszej, ukrywając się po zabójstwie ojca, uodpornił się na wszelkie trucizny, zażywając toksyczne substancje w coraz większych dawkach, zbyt małych jednak, żeby okazały się śmiertelne. Później uczynił ten proces elementem skomplikowanego rytuału religijnego. Owa odporność przysporzyła mu jednak problemów później, kiedy zażył truciznę, żeby odebrać sobie życie. Próba samobójcza okazała się nieudana, ponieważ "zabezpieczył się za pomocą innych leków", dlatego musiał poprosić żołnierza sprzymierzonej armii, żeby przebił go mieczem.
Metoda zwana antidotum Mithridatium, stosowana entuzjastycznie przez Celsusa, słynnego lekarza starożytności, musiała być dosyć modna w Rzymie, ponieważ mniej więcej sto lat później nieco skomplikowała matkobójcze plany cesarza Nerona. Neron obsesyjnie pragnął zabić swoją matkę, Agrypinę, która, żeby było ciekawiej, była siostrą Kaliguli (i, co jeszcze ciekawsze, rzekomą kochanką filozofa Seneki, o którym piszę więcej w dalszej części książki). Matka jednak zwykle dość dobrze zna swojego syna i potrafi przewidzieć, co zrobi, zwłaszcza jeśli to jej jedyne dziecko - a Agrypina miała trochę doświadczenia z truciznami, jako że prawdopodobnie posłużyła się tą metodą, żeby zabić przynajmniej jednego ze swoich mężów (uprzedzałem, że robi się ciekawie). Dlatego, podejrzewając, że Neron wydał na nią wyrok, zmitrydatyzowała się na trucizny, które mogli zdobyć podwładni jej syna. Podobnie jak król Mitrydates, Agrypina ostatecznie zginęła w bardziej mechaniczny sposób, kiedy jej syn (podobno) nasłał na nią zabójców, w ten sposób udzielając nam drobnej, choć ważnej lekcji, że nie na wszystko można się uodpornić. Do dziś, choć minęło 2 tysiące lat, nikt nie znalazł sposobu na to, jak zabezpieczyć się przed mieczem.
Przyjmijmy, że mitrydatyzm to wynik ekspozycji na niewielką dawkę substancji, która z czasem uodparnia człowieka na jej większą ilość. Ta sama zasada stosowana jest w przypadku szczepień i leczenia alergii. Nie jest to jeszcze antykruchość, tylko raczej umiarkowany poziom wytrzymałości, ale zrobiliśmy pierwszy krok we właściwym kierunku. I zaczynamy już rozumieć, że być może całkowicie pozbawieni trucizny stajemy się na nią bardziej podatni (krusi), a żeby nabrać odporności, trzeba trochę pocierpieć.
Teraz wyobraźmy sobie, że trująca substancja w określonej dawce nie tylko zwiększa twoją odporność, ale też poprawia twoją ogólną kondycję fizyczną. Hormeza (słowo ukute przez farmakologów) zachodzi wtedy, gdy niewielka dawka szkodliwej substancji wpływa korzystnie na organizm, działając jak lekarstwo. Odrobina substancji, która w większej dozie jest trująca, wzmacnia organizm, ponieważ wywołuje pewnego rodzaju nadmierną reakcję. W momencie odkrycia zjawisko to interpretowano nie tyle w kategoriach "trucizna leczy", ile "szkodliwość zależy od dawki" albo "efekt leczenia zależy od dawki". Naukowcy interesują się właśnie nieliniowością reakcji na dawkę.
Starożytni dobrze znali zjawisko hormezy (ale go nie nazwali, podobnie jak koloru niebieskiego). Jednakże dopiero w 1888 roku zostało ono po raz pierwszy opisane naukowo (choć wciąż pozostało nienazwane) przez niemieckiego toksykologa Hugona Schulza, który zauważył, że niewielkie dawki trucizny stymulują wzrost drożdży, podczas gdy większe dawki hamują ich rozwój. Niektórzy badacze utrzymują, że korzystnego wpływu warzyw na organizm nie wyjaśnia zawartość witamin ani żadne inne racjonalizujące teorie (czyli koncepcje, które wydają się rozsądne na poziomie narracji, ale nie zostały sprawdzone empirycznie). Ich zdaniem rośliny chronią się przed zagrożeniami i drapieżnikami za pomocą trujących substancji, które, zażyte w odpowiednich ilościach, mogą stymulować ludzki organizm. Tu również ograniczona, niewielka dawka trucizny przynosi korzystne skutki.
Zdaniem wielu restrykcja kaloryczna (stała lub sporadyczna) wywołuje zdrowe reakcje i zmiany, które, między innymi, wydłużają oczekiwaną długość życia zwierząt laboratoryjnych. My, ludzie, żyjemy zbyt długo, żeby badacze mogli sprawdzić, czy taka restrykcja wydłuża naszą oczekiwaną długość życia (jeśli hipoteza jest prawdziwa, to obiekty badawcze żyłyby dłużej niż badacze). Ale wygląda na to, że wpływa ona korzystnie na stan zdrowia ludzi (a niekiedy również na ich poczucie humoru). Skoro jednak nadmiar przyniósłby odwrotny skutek, to sporadyczną restrykcję kaloryczną można interpretować w następujący sposób: zbyt duża ilość zwykłego jedzenia szkodzi, a pozbawienie ludzi stresora w postaci głodu może skracać ich życie; zatem hormeza jedynie odtwarza u ludzi naturalną równowagę między odżywianiem a głodem. Innymi słowy, hormeza jest normą, a jej brak nam szkodzi.
W latach 40. XX wieku metoda ta straciła w pewnej mierze szacunek i zainteresowanie naukowców. Hormezę praktykowano rzadziej, ponieważ niektórzy mylnie kojarzyli ją z homeopatią. Tego rodzaju skojarzenie jest niesprawiedliwe, ponieważ to zupełnie różne mechanizmy. Homeopatia opiera się na innych założeniach, z których jedno głosi, że niewielkie, wysoce rozcieńczone dawki substancji chorobotwórczych (tak małe, że niemal niedostrzegalne, dlatego nie powodują hormezy) mogą się przyczynić do wyleczenia danej choroby. Istnieje niewiele empirycznych dowodów na skuteczność homeopatii, która ze względu na metodologię badawczą zaliczana jest dziś do metod medycyny niekonwencjonalnej. Tymczasem hormeza, jako zjawisko, została potwierdzona licznymi dowodami naukowymi.
Jednakże, co istotniejsze, teraz rozumiemy, że pozbawiając systemy niezbędnych stresorów, niekoniecznie działamy na ich korzyść - możemy im wręcz zaszkodzić.
NIEZALEŻNOŚĆ KONTEKSTOWA ZALEŻY OD KONTEKSTU
Niektórzy rozumieją, że systemy mogą potrzebować pewnej dozy stresu i niepokoju, ale dostrzegają tę zależność tylko w wybranych obszarach. Świadczy to o zależności kontekstowej naszych umysłów, przy czym kontekst to pewien obszar lub kategoria aktywności. Część ludzi potrafi zrozumieć określoną koncepcję na gruncie jednej dziedziny, na przykład medycyny, ale nie widzi jej na innym obszarze, na przykład w życiu społeczno-ekonomicznym. Albo rozumie coś w klasie szkolnej, ale już nie w bardziej złożonym środowisku ulicznym. Ludzie z jakiegoś powodu nie rozpoznają sytuacji poza kontekstami, w których zwykle się z nimi spotykają.
Jaskrawy przykład zależności kontekstowej zaobserwowałem na podjeździe hotelu w pseudomieście, jakim jest Dubaj. Facet wyglądający na bankowca kazał bagażowemu w uniformie nieść swoje walizki (potrafię natychmiast rozpoznać bankowców określonego typu, ponieważ mam na nich alergię, która wpływa nawet na to, jak oddycham). Jakiś kwadrans później zobaczyłem, jak ten sam bankowiec ćwiczy na siłowni, unosząc ciężarki w taki sposób, jak gdyby machał ciężką walizką. Zależność kontekstowa jest wszechobecna.
Ale problem nie polega tylko na tym, że mitrydatyzm i hormeza są znane w (niektórych) kręgach medycznych, a niedostrzegane w innych obszarach, takich jak życie społeczno-ekonomiczne. Nawet w obrębie medycyny bywają ignorowane. Ten sam lekarz może zalecić ci ćwiczenia, żebyś "wzmocnił organizm", a kilka minut później wypisać receptę na antybiotyki z powodu błahej infekcji, żebyś "się nie rozchorował".
Kolejny przykład zależności kontekstowej: zapytajcie obywatela Stanów Zjednoczonych, czy jakaś pararządowa organizacja, ciesząca się znaczną niezależnością (i działająca bez ingerencji Kongresu) powinna kontrolować ceny samochodów, porannych gazet i win Malbec, które należą do jej obszaru zainteresowań. Wpadłby we wściekłość, bo to pogwałciłoby wszystkie zasady, na których opiera się ten kraj, i już za samo to pytanie nazwałby was komunistycznymi, postradzieckimi szpiegami. W porządku. Potem zapytajcie go, czy agencja tego samego rządu powinna kontrolować rynek walut, głównie kurs dolara w stosunku do euro oraz mongolskiego tugrika. Identyczna reakcja: nie jesteśmy we Francji. A później zwróćcie mu delikatnie uwagę, że System Rezerwy Federalnej w Stanach Zjednoczonych zajmuje się kontrolowaniem i zarządzaniem ceną innego dobra, innej wartości, zwanej w gospodarce stopą oprocentowania, stopą procentową. Libertariański kandydat na prezydenta Ron Paul został uznany za wariata, bo zaproponował zniesienie Rezerwy Federalnej albo ograniczenie jej roli. Ale zostałby uznany za wariata także wtedy, gdyby zaproponował utworzenie instytucji kontrolującej inne ceny.
Wyobraźcie sobie człowieka, który ma zdolności lingwistyczne, ale nie potrafi przełożyć pojęć z jednego języka na drugi i uczy się na nowo znaczenia słów: "krzesło", "miłość" i "szarlotka" za każdym razem, kiedy poznaje nowy język. Nie rozumie, że: house (angielski), casa (hiszpański) i byt (semicki) to jedno i to samo. W pewnym sensie wszyscy cierpimy na tę przypadłość, ponieważ nie rozpoznajemy tej samej koncepcji, kiedy zostanie przedstawiona w innym kontekście. To tak, jak gdyby człowiek dawał się zwieść najbardziej zewnętrznej warstwie rzeczywistości, opakowaniu, błyszczącemu papierowi prezentowemu. Dlatego nie dostrzegamy antykruchości w oczywistych, zbyt oczywistych miejscach. W przyjętym sposobie myślenia o sukcesie, rozwoju ekonomicznym czy innowacji nie mieści się idea, że muszą one być skutkiem nadmiernej kompensacji w obliczu stresorów. Nie dostrzegamy też działania mechanizmu nadmiernej kompensacji na innych obszarach. (A zależność kontekstowa tłumaczy również, dlaczego wielu badaczy nie zauważa, że niepewność, niepełne zrozumienie, nieład i zmienność są członkami tej samej rodziny).
Owa nieumiejętność przekładu to ograniczenie umysłowe, które dotyka wszystkich ludzi. Jeśli zależy nam na mądrości i racjonalności, musimy wykonać pewien wysiłek, żeby obalić tę barierę.
Teraz zajmijmy się dokładniej kwestią nadmiernej kompensacji.
Rozdział 2 - Wszechobecna nadmierna kompensacja i nadmierna reakcja
Czy łatwo się pisze na pasie startowym na Heathrow? - Postaraj się, żeby papież umieścił twoje dzieło na indeksie ksiąg zakazanych - Jak pobić ekonomistę (niezbyt mocno, na tyle jednak, żeby trafić do więzienia)
Zależność kontekstową u siebie samego dostrzegłem pewnego dnia w gabinecie Davida Halperna, brytyjskiego doradcy rządowego i lobbysty. Halpern poinformował mnie - nawiązując do koncepcji antykruchości - o zjawisku tak zwanego wzrostu pourazowego, przeciwieństwie zespołu stresu pourazowego, które sprawia, że ludzie pod wpływem przeszłych trudności rozwijają się i przekraczają własne ograniczenia. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem i przyznaję ze wstydem, że nigdy nie starałem się dowiedzieć: istnieje kilka źródeł tych informacji, ale są one znane jedynie przedstawicielom wąskiej specjalistycznej dziedziny. W intelektualnych i tak zwanych uczonych kręgach słychać raczej o bardziej drastycznym zespole stresu pourazowego niż o rozwoju pourazowym. Jednakże kultura popularna zna to zjawisko, o czym świadczy wyrażenie: "To wyrabia charakter". Wiedzieli o nim również starożytni klasycy z krajów basenu Morza Śródziemnego i nasze babcie.
Intelektualiści zwykle skupiają się na negatywnych reakcjach na przypadkowość (czyli na kruchości) zamiast na reakcjach pozytywnych (czyli antykruchości). I to nie tylko na gruncie psychologii: wszędzie bez wyjątku.
Jak wymyślić innowację? Najpierw spróbujcie popaść w kłopoty. Poważne, ale nie fatalne w skutkach. Uważam - to nie przypuszczenie, raczej przekonanie - że innowacje i rozwój wypływają z sytuacji i przynoszą rozwiązania wykraczające poza zaspokojenie potrzeb (na przykład nieplanowane skutki uboczne pierwotnego wynalazku albo próby wynalazku). Oczywiście, antyczny świat miał coś do powiedzenia na ten temat, czego przykładem jest łacińskie porzekadło, że finezja rodzi się z głodu (artificia docuit fames). Ta myśl przenika literaturę antyczną: u Owidiusza nieszczęścia bywają impulsem do twórczego działania (ingenium mala saepe movent), co w brooklyńskim dialekcie brzmi tak: "Kiedy życie daje ci cytryny...".
Właśnie ów nadmiar energii uwolniony dzięki przesadnej reakcji na przeszkody odpowiada za innowacje!
Ten przekaz od starożytnych jest dużo głębszy, niż może się wydawać. Stoi w sprzeczności ze współczesnymi metodami i koncepcjami innowacji i rozwoju na wielu poziomach, ponieważ zwykle uważamy, że droga do innowacji wiedzie przez fundusze wsparcia, kontrolowane przez aparat biurokratyczny, precyzyjne plany oraz zajęcia w Szkole Biznesu Uniwersytetu Harvarda, prowadzone przez Niezwykle Utytułowanego Profesora Innowacji i Przedsiębiorczości (który nie ma na koncie żadnej innowacji), albo wymaga doradztwa jakiegoś konsultanta (który nie ma na koncie żadnej innowacji). To błędne rozumowanie - spójrzcie, jak nieproporcjonalnie dużą rolę odgrywają niewykształceni technicy i przedsiębiorcy w rozmaitych przełomach technologicznych, począwszy od rewolucji przemysłowej aż po powstanie Doliny Krzemowej, a zrozumiecie, co mam na myśli.
Jednakże wbrew wyraźnym dowodom na coś wręcz przeciwnego oraz mądrości, którą można zdobyć za darmo od starożytnych (albo babć), współcześni ludzie usiłują tworzyć innowacje w sytuacji komfortu, bezpieczeństwa i przewidywalności, zamiast pogodzić się z tym, że potrzeba naprawdę jest matką wynalazku.
Wielu, podobnie jak wielki rzymski polityk Kato Starszy, uważa komfort - niemal każdego rodzaju - za drogę ku upadkowi5. Nie lubił, kiedy było za łatwo, ponieważ martwił się, że to osłabia charakter. A słabość, której się obawiał, nie dotyczyła tylko jednostek: mogła ogarnąć całe społeczeństwo. Zwróćcie uwagę, że w chwili, gdy piszę te słowa, żyjemy w okresie kryzysu zadłużenia. Świat traktowany jako całość nigdy nie był bogatszy i nigdy nie był bardziej zadłużony, żyjąc z cudzych pieniędzy. Doświadczenie pokazuje, że z perspektywy społeczeństwa im bogatsi się stajemy, tym trudniej nam zadowolić się tym, co mamy. Trudniej znieść nadmiar niż niedobór.
Kato uśmiechnąłby się, gdyby usłyszał o efekcie zaobserwowanym niedawno w dziedzinie lotnictwa: automatyzacja samolotów obniża wymagania wobec pilotów, przez co latanie staje się dla nich zbyt komfortowe, niebezpiecznie komfortowe. Stępienie koncentracji i umiejętności pilotów przez stawianie im zbyt niskich wymagań skutkuje katastrofami lotniczymi i śmiercią pasażerów. Odpowiada za to po części regulacja Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA), która zmusiła przemysł do zwiększenia automatyzacji w kokpicie. Na szczęście FAA w końcu zrozumiała, na czym polega problem: niedawno odkryła, że piloci często "przenoszą zbyt dużo odpowiedzialności na zautomatyzowane systemy".
JAK WYGRAĆ WYŚCIGI KONNE
Mówi się, że najlepsze konie przegrywają, kiedy ścigają się ze słabszymi, a wygrywają z lepszymi rywalami. Niedostateczna kompensacja spowodowana nieobecnością stresora, odwrotna hormeza, brak wyzwania pogrąży najlepszych z najlepszych. Albatros z wiersza Baudelaire'a "wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka" - wielu lepiej radzi sobie na zajęciach z rachunków różniczkowych dla zaawansowanych niż na kursie dla początkujących.
Ten mechanizm nadmiernej kompensacji kryje się w najmniej oczekiwanych miejscach. Jeśli jesteś zmęczony międzykontynentalnym lotem, idź na siłownię i zmęcz się, zamiast odpoczywać. Inna świetnie znana sztuczka: jeśli chcesz coś pilnie załatwić, zleć to najbardziej (albo prawie najbardziej) zajętej osobie w biurze. Większość ludzi marnuje czas wolny, ponieważ w czasie wolnym stają się dysfunkcjonalni i leniwi, tracąc motywację do działania - im bardziej są zajęci, tym więcej energii wkładają we wszystko, co robią. Kolejny przykład nadmiernej kompensacji.
Prowadząc wykłady, odkryłem ciekawą zależność. Od organizatorów konferencji słyszałem, że chcąc przyciągnąć uwagę sali, powinienem mówić wyraźnie, z przesadną artykulacją godną prezenterów telewizyjnych, a może nawet zatańczyć na scenie. Niektórzy próbują wysyłać autorów do szkoły wystąpień publicznych - kiedy pierwszy raz ktoś mi to zasugerował, wyszedłem z pokoju, zdecydowany natychmiast zmienić wydawcę. Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej mówić szeptem, niż krzyczeć. Lepiej, kiedy nie słyszą cię dokładnie, lepiej mówić trochę niewyraźnie. Pracując jako pit trader (jeden z tych obłąkańców, którzy stoją w tłumie ludzi i, drąc się na całe gardło, składają zlecenia w trakcie notowań ciągłych), dowiedziałem się, że ilość hałasu generowana przez daną osobę jest odwrotnie proporcjonalna do jej miejsca w hierarchii: podobnie jak mafijni donowie, najpotężniejsi traderzy mówili najciszej. Trzeba mieć na tyle samokontroli, żeby zmusić widownię do wysiłku słuchania, dzięki czemu będzie mogła wejść na wyższy poziom intelektualny. Ten paradoks uwagi został już w pewnej mierze zbadany: istnieją empiryczne dowody na tak zwany efekt dysfluencji. Wysiłek umysłowy przenosi nas na wyższy poziom intelektualny, angażując bardziej dynamiczną i analityczną maszynerię mózgu6. Guru zarządzania Peter Drucker i psychoanalityk Jacques Lacan, dwie osoby o największej charyzmie w swoich dziedzinach, są zaprzeczeniem wytrawnego, zarozumiałego mówcy czy prezentera telewizyjnego z perfekcyjną dykcją.
Ten sam lub podobny mechanizm nadmiernej kompensacji sprawia, że lepiej koncentrujemy się w otoczeniu, w którym występuje w tle pewien szum, słychać przypadkowe odgłosy, jak gdyby akt tłumienia tego hałasu pomagał nam skupić uwagę. To zdumiewająca umiejętność człowieka: potrafi filtrować hałas i wśród wielu głośnych rozmów rozpoznać sygnał happy hour. Zatem nie tylko umiemy nadmiernie kompensować hałas, ale czasami wręcz go potrzebujemy. Jak wielu pisarzy lubię siedzieć w kawiarni, pracując w gwarze rozmów. Zauważcie, że przed snem lubimy słyszeć szelest liści albo szum oceanu: istnieją nawet elektryczne ustrojstwa produkujące biały szum7, dzięki któremu ludziom lepiej się śpi. Te niewielkie zakłócenia, jak hormetyczne reakcje, działają do pewnego momentu. Wprawdzie jeszcze tego nie próbowałem, ale jestem przekonany, że trudno byłoby napisać esej na pasie startowym lotniska Heathrow.
Antykruche reakcje jako redundancja
Kiedy usłyszałem słowo "pourazowy" na tamtym londyńskim spotkaniu, coś mi zaświtało. Uderzyło mnie wtedy, że te antykruche, hormetyczne reakcje były tylko pewnego rodzaju redundancją, i zobaczyłem spójność wszystkich rozwiązań matki natury. Wszędzie chodzi o redundancję. Natura lubi ubezpieczać się na zapas.
Warstwy redundancji to główna cecha systemów naturalnych służąca zarządzaniu ryzykiem. My, ludzie, mamy dwie nerki (nawet księgowi), zapasowe części zamienne i nadprogramową wydajność wielu rozmaitych organów i systemów (na przykład płuc, systemu nerwowego, systemu tętniczego), podczas gdy systemy tworzone przez ludzi zwykle są oszczędne i - można by powiedzieć - odwrotnie redundantne. Historia uczy, że często się zadłużamy, co jest przeciwieństwem redundancji (50 tysięcy nadprogramowej gotówki w banku albo, jeszcze lepiej, pod materacem, to redundancja; zadłużenie w banku na tę kwotę, czyli dług, to odwrotność redundancji). Redundancja jest dwuznaczna, ponieważ sprawia wrażenie marnotrawstwa, jeśli nie dzieje się nic niezwykłego. Tyle że zwykle dzieje się coś niezwykłego.
Ponadto redundancja nie musi być ugrzeczniona, niekiedy bywa skrajnie agresywna. Na przykład, jeśli masz dodatkowy zapas, powiedzmy, nawozu w magazynie, na wszelki wypadek, a na rynku zapanuje niedobór z powodu zamieszek w Chinach, możesz sprzedać nadmiar z wysokim przebiciem. Albo jeśli masz dodatkowe zasoby ropy, możesz dużo zarobić w czasie problemów z wydobyciem.
Okazuje się, że ta sama, dokładnie ta sama logika rządzi nadmierną kompensacją: to po prostu kolejna forma redundancji. Dodatkowa głowa hydry niczym się nie różni od nadplanowej - a więc na pozór redundantnej - nerki u ludzi ani od umiejętności zniesienia dodatkowego stresora. Jeśli zażyjesz na przykład 15 miligramów trującej substancji, twoje ciało może się wzmocnić, przygotowując się na przyjęcie 20 albo jeszcze większejilości miligramów, a efektem ubocznym będzie ogólne wzmocnienie organizmu. Te dodatkowe 5 miligramów trucizny, które wytrzyma twoje ciało, niczym się nie różni od dodatkowych zapasów niezbędnych lub potrzebnych dóbr, na przykład dodatkowej gotówki w banku albo zapasu jedzenia w piwnicy. A wracając do motorów innowacji: można powiedzieć, że nadmiar motywacji i siły woli, generowany przez przeszkody, również stanowi pewną dodatkową zdolność, która niczym się nie różni od dodatkowego pudła prowiantu.
System, który nadmiernie kompensuje, wyrabia nadgodziny, podnosząc wydajność i siłę do nadprogramowego poziomu w oczekiwaniu na negatywny rozwój wydarzeń w reakcji na informację o możliwym zagrożeniu. I, oczywiście, ta nadprogramowa wydajność i siła mogą się przydać; zostać wykorzystane przy okazji. Przekonaliśmy się już, że redundancja nie jest efektem realizacji planu, więc ta dodatkowa siła może przynieść pewne korzyści, nawet jeśli nie występuje żadne zagrożenie. Powiedzcie następnemu analitykowi MBA albo profesorowi szkoły biznesowej, którego spotkacie, że redundancja nie jest strategią obronną; przypomina raczej inwestycję niż zwykłe ubezpieczenie. I powiedzcie mu, że system, który nazywa niewydajnym, często jest bardzo wydajny.
W rzeczy samej, nasze ciała odkrywają prawdopodobieństwo w bardzo wyrafinowany sposób i oceniają ryzyko znacznie trafniej niż nasze umysły. Na przykład specjaliści w dziedzinie zarządzania ryzykiem badają przeszłość, szukając informacji o tak zwanym najgorszym możliwym scenariuszu, i wykorzystują go do szacowania przyszłego ryzyka - taka metoda nosi nazwę stress testing. Traktują najgorszą recesję, najgorszą wojnę, najgorszą zmianę stóp procentowych albo największy poziom bezrobocia w historii jako obraz najgorszego rozwoju wydarzeń w przyszłości. Nigdy nie dostrzegają jednak pewnej niekonsekwencji: owo tak zwane najgorsze możliwe zdarzenie, w chwili, gdy miało miejsce, było gorsze od najgorszego możliwego scenariusza, jaki zakładano w owym czasie. Nikt nie zwraca na to uwagi.
To upośledzenie nazwałem problemem Lukrecjusza, na cześć łacińskiego filozofa i poety, który napisał, że głupiec wierzy, iż najwyższa góra na świecie będzie tak wysoka jak najwyższa góra, którą sam widział. Największy obiekt dowolnego rodzaju, który widzieliśmy sami albo o którym słyszeliśmy od innych, uznajemy za największy obiekt, jaki może istnieć na świecie. Robimy tak od tysiącleci. W Egipcie faraonów, który, tak się składa, był pierwszym w pełni ukształtowanym państwem narodowym zarządzanym odgórnie przez biurokratów, urzędnicy notowali najwyższy poziom Nilu i na tej podstawie przewidywali, co najgorszego może ich spotkać w przyszłości.
Ten sam mechanizm funkcjonował w reaktorze jądrowym w Fukushimie, w którym doszło do katastrofalnej awarii w wyniku tsunami w 2011 roku. Reaktor zbudowano w taki sposób, żeby przetrwał najgorsze trzęsienie ziemi, jakie odnotowano w przeszłości. Konstruktorzy nie potrafili sobie wyobrazić nic gorszego - nie wzięli pod uwagę, że w przeszłości ów najgorszy scenariusz musiał być zaskoczeniem, ponieważ nigdy wcześniej nie zdarzyło się nic podobnego. Podobnie, były prezes Zarządu Rezerwy Federalnej, wyznawca kruchości, dr Alan Greenspan, w swoich przeprosinach przed Kongresem przywołał klasyczną wymówkę: "Nigdy wcześniej tak nie było". Cóż, natura, w odróżnieniu od wyznawców kruchości pokroju Greenspana, przygotowuje się na to, co jeszcze się nie zdarzyło, zakładając, że zawsze może być gorzej8.
Jeśli ludzie toczą ostatnią walkę, natura toczy następną. Wasze ciało wyobraża sobie przyszłość z większym polotem niż wy sami. Zwróćcie uwagę, jak ludzie trenują podnoszenie ciężarów: wasze ciało szarżuje w reakcji na bodźce i przygotowuje się na zapas (oczywiście, w takim stopniu, w jakim pozwala mu na to biologia). W ten sposób ciała stają się silniejsze.
Po wybuchu kryzysu bankowego otrzymywałem rozmaite pogróżki; dziennikarze "Wall Street Journal" zasugerowali wręcz, że powinienem "wynająć armię ochroniarzy". Próbowałem mówić sobie: spokojnie, nic się nie martw, to tylko groźby niezadowolonych bankowców, a poza tym najpierw człowiek dostaje kulkę, a potem czyta się o tym w gazetach, a nie na odwrót. Ale ta argumentacja jakoś do mnie nie trafiała i ani w Nowym Jorku, ani w Londynie nie potrafiłem się zrelaksować, nie pomagał nawet napar z rumianku. Zacząłem odczuwać paranoiczny lęk w miejscach publicznych; przyglądałem się ludziom, żeby sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Poważnie rozważałem, czy nie wynająć ochroniarza, ale uznałem, że lepiej (i zdecydowanie oszczędniej) będzie się do niego upodobnić. Znalazłem Lenny'ego "Ciacho", trenera ważącego jakieś 280 funtów (130 kilogramów), który dorabiał sobie, pracując w ochronie. Jego ksywka i waga wzięły się z upodobania do ciastek. Lenny "Ciacho" był najbardziej onieśmielającą osobą w promieniu setek kilometrów, a miał 60 lat. Dlatego, zamiast brać lekcje, patrzyłem, jak trenuje. Lubił trening typu maksymalny osiąg i polecał go z całego serca, ponieważ w jego ocenie był najskuteczniejszy i zajmował najmniej czasu. Metoda Lenny'ego polegała na krótkich wizytach na siłowni, podczas których koncentrował się wyłącznie na poprawieniu swojego poprzedniego najlepszego wyniku, wyrwaniu jak największego ciężaru; jakby chciał przesunąć wskaźnik najwyższego poziomu wody. Na treningu wystarczało pokonać swój rekord raz albo dwa, bez konieczności nudnych, pochłaniających czas powtórzeń. To ćwiczenie wprowadziło mnie w świat naturalistycznego podnoszenia ciężarów, którego zasady potwierdza fachowa literatura: pracuj na maksymalnych obrotach, a przez resztę czasu odpoczywaj i przepuszczaj pieniądze na steki wielkości stołu. Od czterech lat próbuję przesunąć swoją granicę wytrzymałości; to niesamowite obserwować, jak mój organizm przygotowuje się do pobicia poprzedniego rekordu - dopóki nie dojdzie do kresu sił. Kiedy robię martwy ciąg (tzn. udaję, że podnoszę kamień do poziomu talii) ze sztangą ważącą 330 funtów, a potem odpoczywam, mogę spokojnie założyć, że wyrabiam w sobie dodatkową siłę, ponieważ moje ciało przewiduje, że następnym razem będzie musiało podnieść 335 funtów. Dzięki takiemu treningowi pozbyłem się paranoi i odzyskałem spokój ducha w miejscach publicznych, ale to nie wszystko - przyniósł mi on również małe, niespodziewane udogodnienia. Kiedy kierowcy limuzyn atakują mnie w hali przylotów na lotnisku Kennedy'ego, nalegając, żebym skorzystał z ich usług, a ja spokojnie każę im się od*******ić, natychmiast odchodzą. Są jednak pewne minusy tej sytuacji: części czytelników, których poznaję na konferencjach, trudno jest obcować z intelektualistą o wyglądzie ochroniarza - intelektualiści mogą być albo smukli, albo kluchowaci i w kiepskiej formie, ale nie powinni wyglądać jak rzeźnicy.
Oto spostrzeżenie, którym podzielił się ze mną analityk ryzyka, mój ulubiony rywal intelektualny (a prywatnie przyjaciel) Aaron Brown, a które da do myślenia darwinistom: już sam termin "dostosowanie" może być dość nieprecyzyjny, a nawet wieloznaczny, i dlatego przydatne okazuje się pojęcie antykruchości, zjawiska, które wykracza poza zwykłe dostosowanie. Czym jest dostosowanie? Czy chodzi o idealną adaptację do minionego stanu danego środowiska czy może o ekstrapolację do środowiska z intensywniejszymi stresorami? Wiele osób wskazuje na pierwszy rodzaj przystosowania, ignorując mechanizm antykruchości. Ale gdyby zapisać standardowy model selekcji w postaci matematycznej, otrzymalibyśmy nadmierną kompensację, a nie zwykłe dostosowanie9.
Nawet psychologowie, którzy badali antykruchą reakcję, jaką jest rozwój pourazowy, i dysponują danymi, które potwierdzają jego występowanie, nie do końca rozumieją tę koncepcję, ponieważ mówią o niej w kategoriach odporności.
O ANTYKRUCHOŚCI ZAMIESZEK, MIŁOŚCI I INNYCH NIESPODZIEWANYCH BENEFICJENTÓW STRESU
Kiedy podejmiemy wysiłek, żeby przezwyciężyć zależność kontekstową, zjawisko nadmiernej kompensacji okazuje się wszechobecne.
Ludzie, którzy rozumieją odporność bakterii w dziedzinie biologii, zupełnie nie pojmują sentencji Seneki o odwrotnym skutku karania w De clementia: "Powtarzana kara, choć tłumi nienawiść nielicznych, wzbudza nienawiść wszystkich... podobnie jak drzewa, które zostały przycięte, wypuszczają znów niezliczone gałęzie". Bowiem rewolucje karmią się uciskiem, a gdy kilka głów demonstrantów faktycznie spadnie, kolejne odrastają coraz szybciej. Efekt ten podsumowuje jedna z irlandzkich piosenek rewolucyjnych:
Im wyższe stawiacie barykady, tym bardziej rośniemy w siłę.
W pewnym momencie tłumy przeobrażają się, zaślepione gniewem i poczuciem oburzenia, inspirowane heroizmem nielicznych, którzy są gotowi poświęcić własne życie dla sprawy (chociaż oni nie uznają tego za poświęcenie) i głodne przywileju męczeństwa. Ruchy i rewolucje polityczne mogą być wysoce antykruche i nie ma sensu próbować ich stłumić przy użyciu brutalnej siły; lepiej nimi manipulować, poddać się albo podejść je w inny sposób, jak Herakles hydrę.
Jeśli to antykruchość się budzi, reaguje z nadmierną siłą i nadmiernie kompensuje w obliczu stresorów i szkód, to jednym z najbardziej antykruchych zjawisk, jakie napotkacie poza światem gospodarki, jest pewien rodzaj uporczywej miłości (lub nienawiści), która zdaje się przesadnie reagować i nadmiernie kompensować takie przeszkody, jak: dystans, mezalians czy każda świadoma próba jej zabicia. Literatura obfituje w postaci owładnięte antykruchą namiętnością, na pozór wbrew własnej woli, jeśli można tak powiedzieć. W długiej powieści Prousta W poszukiwaniu straconego czasu Swann, żydowski marszand z wyżyn społecznych, zakochuje się w Odette, damie z półświatka, swego rodzaju utrzymance, pół-, a może tylko ćwierćprostytutce, która źle go traktuje. Jej nieosiągalność podsyca obsesję Swanna, który poniża się, żeby spędzić z nią odrobinę więcej czasu. Jest od niej uzależniony emocjonalnie, śledzi ją podczas schadzek z innymi mężczyznami, wyczekując bezwstydnie na klatkach schodowych, przez co, oczywiście, Odette staje się dla niego jeszcze bardziej nieosiągalna. Ta opowieść jest ponoć zbeletryzowaną wersją obsesji samego Prousta na punkcie swego kierowcy (mężczyzny). Albo weźmy na przykład półautobiograficzną powieść Dina Buzzatiego Un amore, historię mężczyzny z Mediolanu w średnim wieku, który zakochuje się - oczywiście przypadkowo - w tancerce z La Scali dorabiającej sobie jako prostytutka. Ona oczywiście nim pomiata, wykorzystuje go, żeruje na nim; im gorzej go traktuje, tym bardziej on wystawia się na jej tortury, żeby zaspokoić antykruche pragnienie spędzenia z nią kilku chwil. Ta opowieść ma jednak coś w rodzaju happy endu: z biografii Buzzatiego wynika, że w wieku 60 lat poślubił dwudziestopięcioletnią Almerinę, byłą tancerkę, która prawdopodobnie była pierwowzorem postaci z jego powieści; wkrótce potem pisarz zmarł, a Almerina zadbała o jego spuściznę literacką.
Nawet gdy tacy autorzy jak Lukrecjusz (ów od wysokich gór we wcześniejszej części tego rozdziału) narzekają na uzależnienie, więzienie i alienację miłości, traktując ją jako chorobę, której można zapobiec, okłamują nas albo siebie samych. Świadczy o tym legenda: Lukrecjusz, kapłan antyromansu, sam być może padł ofiarą niekontrolowanego - antykruchego - zauroczenia.
Podobnie jak katusze miłości, niektóre myśli są tak antykruche, że wzmacniamy je, usiłując się ich pozbyć, przez co zmieniają się one w obsesję. Psychologowie wykazali ironię procesu kontroli myśli: im więcej energii wkładasz w kontrolowanie tego, co i o czym myślisz, tym bardziej twoje myśli kontrolują ciebie.
Proszę, zakażcie mojej książki. Antykruchość informacji
Informacja jest antykrucha; próby blokady informacji wzmacniają ją bardziej niż wysiłki, żeby ją popularyzować. Na przykład wiele osób rujnuje swoją reputację, usiłując jej bronić.
Podstępni Wenecjanie wiedzieli, jak rozpowszechniać wiadomości, przedstawiając je jako sekret. Przeprowadźcie następujący eksperyment z dziedziny plotkarstwa: zdradźcie komuś jakąś tajemnicę i podkreślcie, że to tajemnica, błagając rozmówcę, żeby "nikomu nie mówił"; im mocniej będziecie nalegać, żeby coś pozostało tajemnicą, tym więcej osób o tym usłyszy.
Wszyscy bardzo wcześnie uczymy się, że książki i idee są antykruche i wzmacniają się dzięki atakom - "barykady podsycają ogień", jak mawiał rzymski cesarz Marek Aureliusz (jeden z aktywnych stoików). Zakazane książki są atrakcyjne przez swoją antykruchość w obliczu zakazów. Pierwszą książką Grahama Greene'a, jaką przeczytałem w dzieciństwie, była Moc i chwała, a wybrałem ją właśnie z tego powodu, że została umieszczona w indeksie ksiąg zakazanych przez Watykan. Na tej samej zasadzie jako nastolatek zaczytywałem się książkami amerykańskiego ekspatrianta Henry'ego Millera - jego najważniejsza książka sprzedała się w milionie egzemplarzy w ciągu roku dzięki temu, że była zakazana w 23 stanach. To samo dotyczyło Pani Bovary czy Kochanka Lady Chatterley.
Krytyka to dla książki autentyczne, rzeczywiste wyróżnienie, bo sygnalizuje, że nie jest nudna, a to najgorsze, co może spotkać książkę. Weźmy na przykład fenomen Ayn Rand: jej Atlas zbuntowany i Źródło są czytane od ponad 50 lat przez miliony ludzi, wbrew, a w zasadzie prawdopodobnie dzięki brutalnie krytycznym recenzjom i próbom zdyskredytowania autorki. Priorytetową informacją jest intensywność: liczy się wysiłek, jaki krytyk wkłada w to, żeby powstrzymać innych przed cytowaniem danej książki, a mówiąc ogólniej, w życiu liczy się wysiłek, jaki wkładasz w obmawianie drugiego człowieka, a nie to, co o nim powiesz. Więc jeśli naprawdę chcesz, żeby ludzie przeczytali jakąś książkę, zakomunikuj im z oburzeniem, że jest przereklamowana (a chcąc uzyskać efekt przeciwny, powiedz, że jest niedoceniana).
Balzac opisuje, że aktorki płaciły dziennikarzom (często w naturze) za pozytywne recenzje - ale najsprytniejsze prosiły o negatywne opinie, wiedząc, że to czyni je bardziej interesującymi.
Właśnie kupiłem książkę Toma Hollanda o rozkwicie islamu wyłącznie z tego powodu, że autor został zaatakowany przez Glena Bowersocka, uważanego za największego żyjącego eksperta w dziedzinie Bliskiego Wschodu w czasach rzymskich. Wcześniej miałem Toma Hollanda za zwykłego popularyzatora wiedzy i nie brałem go poważnie. I nawet nie próbowałem przeczytać recenzji Bowersocka. Oto więc prosta, zdroworozsądkowa (lub heurystyczna) zasada: żeby oszacować jakość analizy, sprawdź rangę największego krytyka albo rangę najmniej ważnego krytyka, któremu autor odpowiada na piśmie - liczy się niższa wartość.
Sama krytyka może okazać się antykrucha w obliczu represji, jeśli krytyk chce zostać zaatakowany przez swoją ofiarę, żeby zyskać wiarygodność. Jean Fréron, ponoć niezwykle zazdrosny myśliciel, mimo mierności, jaka cechuje zazdrosnych myślicieli, zdołał odegrać pewną rolę w historii idei: do tego stopnia zirytował skądinąd błyskotliwego Woltera, że został bohaterem jego satyrycznych poematów. Wolter, który nie miał sobie równych w irytowaniu ludzi dla własnych korzyści, zapomniał, jak działa ten mechanizm, kiedy sam padł ofiarą krytyki. Być może urok Woltera polegał na tym, że nie szczędził nikomu swojej inteligencji. Zatem mechanizm antykruchości dotyczy w równej mierze ataków na nasze idee i na naszą osobę: obawiamy się ich i nie lubimy negatywnego rozgłosu, ale kampanie oszczerstw, o ile uda się je przetrwać, przynoszą ogromne korzyści, jeżeli tylko nasz krytyk ma odpowiednio silną motywację albo odczuwa odpowiednio wielką złość - na przykład gdy jedna kobieta obmawia drugą w obecności mężczyzny (albo vice versa). Wyraźnie mamy tu do czynienia ze stronniczą selekcją: dlaczego krytyk wybrał właśnie ciebie, a nie kogoś innego, jedną z miliona osób, które zasługują na atak, ale nie są go warte? Energia, którą włożył w atak lub oczernianie ciebie, zwiększy twoją popularność dzięki mechanizmom antykruchości.
Mój pradziadek Nicolas Ghosn był szczwanym politykiem, który zdołał utrzymać się przy władzy i zajmować stanowiska rządowe, mimo że miał wielu wrogów (z których najbardziej zaciekłym był mój prapradziadek ze strony Talebów). Kiedy jego najstarszy syn, a mój dziadek, rozpoczynał karierę administracyjną, która miała go zawieść do świata polityki, mój pradziadek (a jego ojciec) wezwał go do siebie na łożu śmierci. "Synu, jestem tobą rozczarowany", powiedział. "Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś powiedział o tobie złe słowo. Nie potrafisz wzbudzać zazdrości".
Znajdź inną pracę
Jak przekonaliśmy się z historii o Wolterze, nie można stłumić krytyki: jeśli wam szkodzi, odejdźcie. Łatwiej zmienić pracę, niż kontrolować swoją reputację albo wizerunek publiczny.
Niektóre stanowiska i zawody stają się kruche w obliczu zniszczonej reputacji, a w dobie Internetu nie można jej w żaden sposób kontrolować - nie warto mieć takiej pracy. Nie chcesz "kontrolować" swojej reputacji; nie będziesz w stanie tego dokonać, kontrolując przepływ informacji. Zamiast tego skup się na zmianie swojej ekspozycji na ryzyko, na przykład stawiając się w sytuacji, w której nie zaszkodzi ci utrata dobrej opinii, albo wręcz w sytuacji, w której będziesz czerpał korzyści z antykruchości informacji. W tym sensie pisarz jest antykruchy, ale - jak zobaczymy dalej - nie można tego powiedzieć o większości nowoczesnych profesji.
Byłem w Mediolanie, usiłując wytłumaczyć koncepcję antykruchości Luce Fromentonowi, mojemu włoskiemu wydawcy (odwołując się w dużej mierze do języka ciała i gestykulacji). Przyjechałem po części skuszony winami deserowymi ze szczepu Moscato, a po części na konwencję, na której drugim głównym mówcą był słynny ekonomista z obozu wyznawców kruchości. Przypomniawszy sobie nagle, że jestem autorem, zaproponowałem Luce następujący eksperyment myślowy: co mnie spotka, jeśli pobiję tego ekonomistę publicznie (poza głośnym procesem, który wywoła ogromne zainteresowanie nowymi pojęciami wśród wyznawców kruchości i wyznawców antykruchości)? Bo wiecie, ten ekonomista miał tak zwaną t?te a baffe, twarz, która aż się prosi o cios pięścią, tak jak cannoli aż się prosi o kęs. Zastanowił się nad tym przez chwilę... No cóż, nie namawia mnie do tego, ale, sam rozumiem, nie zaszkodziłoby to sprzedaży książek. Nic, co zrobię jako autor i przez co trafię na pierwszą stronę "Corriere della Sera", nie zaszkodzi mojej książce. Niemal żaden skandal nie stanowi problemu dla artysty lub pisarza10.
A teraz załóżmy, że jestem kierownikiem średniego szczebla w jakiejś korporacji notowanej na Londyńskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, z rodzaju tych, którzy nigdy nie ryzykują nieodpowiedniego stroju i zawsze chodzą w garniturze i pod krawatem (nawet na plaży). Co by się ze mną stało, gdybym zaatakował wyznawcę kruchości? Utrata pracy i aresztowanie ciągnęłyby się za mną do końca życia. Stałbym się ofiarą antykruchości informacyjnej. Tymczasem człowiek, którego zarobki oscylują na poziomie płacy minimalnej, na przykład pracownik budowlany albo taksówkarz, nie polega za bardzo na reputacji i ma prawo do wyrażania własnych opinii. On byłby jedynie wytrzymały w porównaniu z artystą, który jest antykruchy. Tymczasem pracownik średniego szczebla w banku, spłacający kredyt hipoteczny, byłby skrajnie kruchy. W zasadzie byłby w stu procentach więźniem systemu wartości, który deprawuje go do głębi - ponieważ musi co roku spędzić wakacje na Barbadosie. To samo dotyczy urzędników służby cywilnej w Waszyngtonie. Dzięki tej prostej w obsłudze heurystyce (czyli, powtarzając definicję, zwykłej, skompresowanej, niepisanej zasadzie) odkryjesz niezależność i wytrzymałość czyjejś reputacji. Z kilkoma wyjątkami ci, którzy ubierają się ekstrawagancko, mają wytrzymałą, a wręcz antykruchą reputację; natomiast gładko ogolone typy w garniturach i pod krawatem nawet na plaży cechują się kruchą reputacją, której mogą zaszkodzić informacje na ich temat.
Ogromne korporacje i rządy najwyraźniej nie rozumieją tej odbitej władzy informacji i nie zdają sobie sprawy, że tych, którzy ją kontrolują, też można kontrolować. Kiedy słyszysz, że jakaś korporacja albo zadłużone państwo usiłuje odzyskać zaufanie, wiesz, że są kruche, a więc skazane na zagładę. Informacja jest bezlitosna: jedna konferencja prasowa dla uspokojenia inwestorów, a ci uciekną, rozkręcając spiralę śmierci albo wywołując panikę bankową. Co wyjaśnia, dlaczego jestem stanowczo przeciwny - jako zdeklarowany zwolennik tak zwanego konserwatyzmu fiskalnego - zadłużaniu się przez rządy. Kiedy nie masz długu, nie przejmujesz się swoją reputacją w kręgach ekonomicznych - a z jakiegoś powodu dopiero kiedy się nią nie przejmujesz, cieszysz się dobrą reputacją. Podobnie jak w sztuce uwodzenia ludzie najwięcej dają tym, którzy najmniej ich potrzebują.
A my jesteśmy ślepi na tę antykruchość informacji w coraz większej liczbie dziedzin. Gdybym pobił rywala w czasach prehistorycznych, zraniłbym go, osłabił, być może wyeliminował na zawsze, przy okazji zażywając trochę ruchu. Gdybym zlecił jego morderstwo mafii, straciłby życie. Ale jeśli zorganizuję zmasowany atak informacyjny na jego strony internetowe i gazety, być może pomogę jemu, a zaszkodzę samemu sobie.
Zatem kończę ten fragment następującą refleksją. To zastanawiające, że najbardziej pomagają nam nie ci, którzy próbują to zrobić (na przykład udzielając nam dobrych rad), tylko ci, którzy aktywnie starają się - nieskutecznie - nam zaszkodzić.
Teraz przejdziemy do podstawowego rozróżnienia na obiekty, które lubią stres, i obiekty, którym on nie służy.
Rozdział 3 - Kot i pralka
Stres to wiedza (a wiedza to stres) - Organiczne i mechaniczne - Na razie nie potrzebujemy tłumacza - Obudzić w sobie zwierzę po dwustu latach nowoczesności
Stawiam niniejszym śmiałą hipotezę, że wszystko, co ma w sobie życie, jest do pewnego stopnia antykruche (ale zależność ta nie działa w drugą stronę). Jak się wydaje, sekret życia tkwi w antykruchości.
Zazwyczaj to, co naturalne - biologiczne - jest równocześnie antykruche i kruche, w zależności od źródła (i zakresu) zmian. Stresory mogą wpływać korzystnie na ludzkie ciało (wzmacniając je), ale tylko do pewnej granicy. Na przykład wasze kości zgęstnieją, jeśli będą poddawane sporadycznym obciążeniom; mechanizm ten jest znany jako prawo Wolffa od czasu opublikowania w 1892 roku artykułu przez niemieckiego chirurga. Ale talerz, samochód i każdy inny przedmiot nieożywiony - już nie. Te obiekty mogą być wytrzymałe, ale nie mogą być z natury antykruche.
Nieożywiony - a więc nieżywy - materiał zwykle pod wpływem naporu ulega zmęczeniu albo się niszczy. O jednym z rzadkich wyjątków od tej reguły, o jakich słyszałem, pisze doktorant Brent Cary w swoim raporcie z eksperymentu przeprowadzonego w 2011 roku. Udowadnia on, że materiał kompozytowy z odpowiednio ułożonych nanorurek węglowych sam się wzmacnia. To reakcja wcześniej nienotowana w przypadku materiałów syntetycznych, "zbliżona do zlokalizowanego samowzmocnienia, które występuje w strukturach biologicznych". Zjawisko to przekracza granicę między żywym a nieożywionym, ponieważ może doprowadzić do stworzenia przystosowalnego materiału nośnego.
Wspomniane wyżej rozróżnienie możemy uznać za wyznacznik granicy między żywym a nieożywionym. To, że tworzywa sztuczne muszą być antykruche, żebyśmy mogli ich używać jako tkanek, wskazuje na istotną różnicę między tym, co biologiczne, a tym, co syntetyczne. Wasz dom, wasz robot kuchenny i wasze biurko w końcu ulegną zniszczeniu i nie naprawią się same. Z czasem mogą wyglądać lepiej (jeśli są tworem rzemieślnika), podobnie jak wasze dżinsy będą wyglądać modniej, kiedy się przetrą, ale w końcu przyjdzie na nie pora; nawet najtwardszy materiał ostatecznie zacznie przypominać rzymskie ruiny. Znoszone dżinsy mogą wyglądać modniej, ale materiał, z którego są uszyte, nie stanie się mocniejszy; nie wzmocni się sam z siebie. Wyobraźcie sobie jednak tkaninę, która sprawiłaby, że z czasem staną się trwalsze i lepsze, a dodatkowo samonaprawialne11.
Ludzie są zdolni do autoregeneracji, ale ich życie kiedyś się kończy (jeśli mają szczęście, pozostawiają po sobie geny, książki albo jakieś informacje, ale to już inna kwestia). Uprzedzenia i błędy logiczne sprawiają, że zjawisko starzenia jest zwykle błędnie rozumiane. Obserwujemy starszych ludzi i widzimy, jak się starzeją, dlatego proces starzenia kojarzymy z zanikiem masy mięśniowej, słabością kości, utratą sprawności umysłowej, upodobaniem do muzyki Franka Sinatry i podobnymi przejawami degeneracji organizmu. Tymczasem owa nieumiejętność autoregeneracji wynika w dużej mierze z nieprzystosowania - zbyt małej liczby stresorów albo zbyt krótkiego czasu na regenerację między stresorami. Dla autora tej książki nieprzystosowanie oznacza rozbieżność między czyimś projektem a strukturą przypadkowości otoczenia (co bardziej technicznie nazywam jego własnościami dystrybucyjnymi albo statystycznymi). To, co obserwujemy podczas procesu starzenia się, to połączenie nieprzystosowania i senescencji, a jak się wydaje, te dwa zjawiska mogą występować rozłącznie - być może senescencja jest nieunikniona, i słusznie (inne rozwiązanie stałoby w sprzeczności z logiką życia, o czym przekonamy się w następnym rozdziale); ale nieprzystosowania można uniknąć. Starzenie się wynika w dużej mierze z błędnego rozumienia skutków wygody, choroby cywilizacyjnej: ludzkie życie trwa coraz dłużej, ale jesteśmy coraz bardziej chorzy. W środowisku naturalnym ludzie umierają, nie doświadczając starości - albo doświadczając jej przez bardzo krótki okres. Na przykład pewne wskaźniki, takie jak ciśnienie tętnicze, które u ludzi współczesnych zwykle pogarszają się z czasem, nie zmieniają się w ciągu życia ludów łowiecko-zbierackich.
A owo sztuczne starzenie jest skutkiem stłumienia wewnętrznej antykruchości.
Złożoność
Ta dychotomia organiczno-mechaniczna jest dobrym punktem wyjścia do zrozumienia różnicy między dwoma rodzajami zjawisk, ale możemy przedstawić ją jeszcze wyraźniej. Wiele stworzonych przez człowieka idei, takich jak społeczeństwo, działalność gospodarcza, rynek i zachowania kulturowe, rozwija się samoistnie, osiągając pewnego rodzaju samoorganizację. Nie są wprawdzie czysto biologiczne, ale przypominają organizmy żywe, ponieważ w pewnym sensie rozmnażają się i replikują - chociażby plotki, idee, technologie i firmy. Bliżej im do kota niż do pralki, ale zwykle są mylnie postrzegane jako pralki. Na tej samej zasadzie możemy uogólnić nasze rozróżnienie między tym, co biologiczne, a tym, co niebiologiczne. Bardziej realny wydaje się podział na systemy niezłożone i złożone.
Syntetyczne, mechaniczne i techniczne urządzenia o prostych reakcjach, stworzone przez człowieka, są skomplikowane, ale nie "złożone", ponieważ nie istnieją w nich zależności wewnętrzne. Wciskasz guzik, na przykład włącznik światła, i uzyskujesz precyzyjnie określony efekt, bez żadnych wątpliwości co do konsekwencji tego działania, nawet w Rosji. Tymczasem w systemach złożonych występują liczne współzależności. Pomyślcie o tym w kategoriach ekosystemu: jeśli usuniecie z niego określone zwierzę, zakłócicie łańcuch pokarmowy: drapieżniki, które się nim żywią, umrą z głodu, a gatunki będące jego pożywieniem zaczną się rozwijać bez ograniczeń, wywołując liczne komplikacje i wiele kaskadowych skutków ubocznych. Kananejczycy, Fenicjanie, Rzymianie i późniejsi mieszkańcy gór Liban wytrzebili lwy, co doprowadziło do szybkiego wzrostu liczby kóz żywiących się korzeniami drzew. Rezultatem okazało się wylesienie tych górskich rejonów, co trudno było zawczasu przewidzieć. Jeśli zamkniecie bank w Nowym Jorku, skutki dadzą się odczuć od Islandii aż po Mongolię.
W złożonym świecie sama idea przyczyny wydaje się podejrzana: albo odkrycie przyczyny jest niemal niemożliwe, albo pozostaje właściwie nieznana. To kolejny powód, żeby ignorować gazety, które nieustannie podają przyczyny rozmaitych zdarzeń.
STRESORY SĄ INFORMACJĄ
Istotą systemów złożonych, czyli tych, w których między elementami zachodzą interakcje, jest to, że przekazują one informacje owym elementom przez stresory albo dzięki tym stresorom: wasze ciało otrzymuje komunikaty ze środowiska nie za pośrednictwem waszego aparatu logicznego, inteligencji oraz umiejętności rozumowania i kalkulacji, lecz przez stres, hormony albo inne nośniki informacji, których jeszcze nie odkryliśmy. Jak już się przekonaliśmy, wasze kości wzmocnią się pod wpływem grawitacji, na przykład po (krótkim) okresie pracy w firmie przewożącej fortepiany. Staną się słabsze, jeśli kolejną przerwę świąteczną spędzicie na stacji kosmicznej z zerową grawitacją albo (z czego niewielu zdaje sobie sprawę) jeśli będziecie długo jeździć na rowerze. Skóra na waszych dłoniach stwardnieje, jeżeli całe lato będziecie pracować w spółdzielczym gospodarstwie zarządzanym radzieckimi metodami. Wasza skóra jaśnieje zimą i opala się latem (szczególnie jeśli macie śródziemnomorskie korzenie, a w mniejszym stopniu, jeżeli pochodzicie z Irlandii, Afryki lub innych miejsc, w których pogoda kształtuje się podobnie przez cały rok).
Rys. 2. To zdjęcie tłumaczy, dlaczego tak interesują mnie kości. Identyczne obrazy kobiet dźwigających na głowie dzbany z wodą lub kosze z ziarnem napotkamy w tradycyjnych społeczeństwach w Indiach, Afryce i obu Amerykach. Na Bliskim Wschodzie istnieje nawet piosenka miłosna o atrakcyjnej kobiecie z amforą na głowie. Taka terapia pomogłaby bardziej niż leki na zwiększenie gęstości kości - ale przełożyłaby się negatywnie na wyniki finansowe koncernów farmaceutycznych. Zdjęcie: Martin Harvey/Digital Vision via Getty Images.
Co więcej, błędy i ich konsekwencje też stanowią informację: dla małych dzieci ból to jedyna informacja z zakresu zarządzania ryzykiem, ponieważ nie mają jeszcze rozwiniętej zdolności logicznego rozumowania. W systemach złożonych informacja to po prostu podstawa. A wokół nas istnieje znacznie więcej nośników informacji, niż mogłoby się wydawać. Będziemy to nazywać nieprzejrzystością przyczynową: trudno dojrzeć strzałkę prowadzącą od przyczyny do skutku, przez co spora część tradycyjnych metod analizy, a także logika, przestaje mieć zastosowanie. Jak już powiedziałem, przewidywalność konkretnych zdarzeń jest niewielka, a odpowiada za to właśnie nieprzejrzystość przyczynowa. Co więcej, ze względu na nieliniowość zdarzeń potrzebujemy większej widoczności niż w przypadku zwykłych systemów - tymczasem mamy do czynienia z brakiem przejrzystości.
Wróćmy jeszcze raz do kości. Kości to mój konik, a koncepcja, którą teraz omówię, sprawiła, że zamiast korzystać z maszyn do ćwiczeń na siłowni, wolę podnosić ciężkie przedmioty. Ta obsesja na punkcie ludzkiego szkieletu zaczęła się, kiedy znalazłem artykuł opublikowany przez Gerarda Karsenty'ego i jego współpracowników w magazynie "Nature" w 2003 roku. Tradycyjnie zakłada się, że starość wywołuje słabość kości (tracą gęstość, stają się bardziej łamliwe), jak gdyby istniała tu jednokierunkowa zależność, za którą prawdopodobnie odpowiadają hormony (kobiety zaczynają cierpieć na osteoporozę po menopauzie). Tymczasem Karsenty i badacze, którzy po nim zajęli się tym zagadnieniem, wykazali, że zależność ta może zachodzić także w drugą stronę: utrata gęstości kości i pogorszenie stanu kośćca skutkuje starzeniem, cukrzycą, a w przypadku mężczyzn - bezpłodnością i zaburzeniami sprawności seksualnej. Nie można wyizolować żadnego stosunku przyczynowego w systemie złożonym. Co więcej, opowieść o kościach i przytoczonym błędnym rozumieniu współzależności ilustruje, jak brak stresu (w tym wypadku obciążenia kości) może powodować starzenie, a pozbawienie stresorów antykruchego systemu spragnionego stresu wywołuje poważną kruchość - w Księdze II spostrzeżenie to przeniesiemy na systemy polityczne. Metoda treningowa Lenny'ego, którą obserwowałem i usiłowałem naśladować w poprzednim rozdziale, polegała w równej mierze na obciążaniu i wzmacnianiu kości co na wzmacnianiu mięśni - Lenny nie znał tego mechanizmu, ale heurystycznie odkrył, że podnoszenie ciężarów wpływa korzystnie na jego organizm. Kobiety takie jak ta na rysunku 2 cieszą się doskonałym zdrowiem i wspaniałą posturą dzięki temu, że przez całe życie noszą na głowie ciężkie dzbany z wodą.
Na antykruchość wpływają pewne czynniki. Ważna jest częstotliwość stresorów. Ludzie zwykle lepiej sobie radzą ze stresorami ostrymi niż z chronicznymi, szczególnie gdy po tych pierwszych następuje odpowiednio długi czas na regenerację, dzięki czemu stresory mogą wykonać swoje zadanie jako nośniki informacji. Na przykład intensywny wstrząs emocjonalny, wywołany widokiem węża wysuwającego się spomiędzy klawiszy mojej klawiatury albo wampira wchodzącego do mojego pokoju, po którym oczywiście nastąpiłby okres kojącego poczucia bezpieczeństwa (zapewnionego przez napar z rumianku i muzykę barokową) - dość długi, żebym odzyskał kontrolę nad emocjami - wpłynąłby korzystnie na moje zdrowie, oczywiście przy założeniu, że zdołałbym pokonać węża lub wampira po zaciekłej, miejmy nadzieję heroicznej, walce i zrobiłbym sobie zdjęcie obok martwego drapieżcy. Tego rodzaju stresor z pewnością byłby lepszy niż lekki, ale nieustanny stres wywołany takimi czynnikami, jak: szef, kredyt hipoteczny, problemy podatkowe, poczucie winy z powodu niezłożenia zeznania podatkowego, egzaminy, obowiązki domowe, e-maile, na które trzeba odpowiedzieć, formularze do wypełnienia, codzienne dojazdy do pracy i do domu - sprawy, przez które czujesz się więźniem swojego życia. Innymi słowy, presja cywilizacyjna. W zasadzie neurobiolodzy pokazują, że pierwszy ze stresorów jest niezbędny, a drugi - szkodliwy dla naszego zdrowia. Żeby sobie wyobrazić, jak szkodliwy może być stresor o niskim natężeniu bez okresu regeneracji, pomyśl o tak zwanej chińskiej torturze wodnej: pojedynczych kroplach, które spadają nieustannie w to samo miejsce na twojej głowie, nie dając ci chwili wytchnienia.
W rzeczy samej Herakles zdołał pokonać hydrę, wypalając rany na kikutach, z których właśnie odciął głowy. Dzięki temu głowy nie odrosły, a antykruchość nie mogła zadziałać. Innymi słowy, zakłócił proces regeneracji.
Tabela 2 pokazuje różnice między omawianymi typami systemów. Zwróćcie uwagę, że między tym, co techniczne, a tym, co organiczne, mogą istnieć stadia pośrednie, chociaż systemy zwykle mieszczą się w jednej albo w drugiej kategorii.
Czytelnik może się zacząć domyślać, na czym polega podstawowy problem, na który się natykamy, gdy odgórnie ingerujemy w systemy polityczne (albo podobne systemy złożone), co jest tematem Księgi II. Wyznawca kruchości mylnie uważa gospodarkę za pralkę, która wymaga comiesięcznej konserwacji, albo myśli, że ciało funkcjonuje na takich samych zasadach jak odtwarzacz płyt kompaktowych.
Sam Adam Smith porównał gospodarkę do zegarka albo zegara, który raz wprawiony w ruch działa autonomicznie. Jestem jednak pewny, że nie myślał o niej w tych kategoriach, że widział w gospodarce raczej żywy organizm, ale brakowało mu pojęć, którymi mógłby to wyrazić. Smith rozumiał nieprzejrzystość systemów złożonych oraz ich współzależność, ponieważ stworzył koncepcję niewidzialnej ręki.
Tabela 2. MECHANICZNE I ORGANICZNE (BIOLOGICZNE LUB NIEBIOLOGICZNE)
MECHANICZNE, NIEZŁOŻONE
ORGANICZNE, ZŁOŻONE
Potrzebuje ciągłych napraw i konserwacji
Autoregeneracja
Nienawidzi przypadkowości
Kocha przypadkowość (z niewielkimi wyjątkami)
Nie potrzebuje regeneracji
Potrzebuje regeneracji między stresorami
Brak lub niski poziom współzależności
Wysoki poziom współzależności
Stresory wywołują zmęczenie materiału
Brak stresorów wywołuje atrofię
Niszczy się od używania (zużycie)
Niszczy się od nieużywania*
Niedostateczna kompensacja w wyniku
wstrząsu
Nadmierna kompensacja w wyniku
wstrząsu
Czas przynosi tylko senescencję
Czas przynosi starzenie i senescencję
* Czytając ten rozdział, Frano Barović napisał do mnie: "Maszyny: używaj i wyrzuć; organizmy: używaj albo będą do wyrzucenia". Zwróćcie również uwagę, że wszystkie żywe istoty potrzebują stresorów, ale nie wszystkie maszyny potrzebują, żeby zostawić je w spokoju. Wrócimy do tego, omawiając proces wyżarzania.
Niestety, w odróżnieniu od Adama Smitha Platon tego nie rozumiał. Lansował słynną metaforę państwa jako okrętu, a okręt, rzecz jasna, wymaga nadzoru kapitana. Przekonywał, że jedynymi ludźmi, którzy nadają się na kapitana tego okrętu, są władcy-filozofowie, oświeceni ludzie obdarzeni władzą absolutną, którzy mają dostęp do Formy Dobra. Co jakiś czas daje się słyszeć okrzyk: "kto nami rządzi?", jak gdyby świat potrzebował, żeby ktoś nim rządził.
Równowaga, tylko nie to
Przedstawiciele nauk społecznych używają pojęcia równowagi, opisując zbilansowany układ przeciwnych sił, na przykład podaży i popytu, dzięki któremu niewielkie zakłócenia albo odchylenia w jednym kierunku, tak jak w przypadku wahadła, wyrównuje korekta w przeciwnym kierunku, która przywraca stabilność. Krótko mówiąc, taką równowagę uważa się za cel gospodarki.
Jeśli przyjrzymy się dokładniej temu, do czego zachęcają nas przedstawiciele nauk społecznych, odkryjemy, że ów cel może się równać śmierci. Teoretyk złożoności Stuart Kauffman używa koncepcji równowagi, żeby oddzielić od siebie dwa światy, przedstawione w tabeli 2. W przypadku nieorganicznych, niezłożonych obiektów, na przykład przedmiotu na stole, równowaga (tradycyjnie definiowana) zachodzi w stanie inercji. Zatem w przypadku czegoś organicznego równowaga (w tym znaczeniu) zachodzi tylko po śmierci. Przeanalizujmy przykład podany przez Kauffmana: w waszej wannie tworzy się wir. Sytuacja tego rodzaju jest trwale daleka od stanu równowagi - wygląda na to, że organizmy i systemy dynamiczne istnieją właśnie w takim stanie. Dla nich stan normalności wymaga pewnego stopnia zmienności, losowości, nieustannej wymiany informacji i stresu, co wyjaśnia, dlaczego szkodzi im brak zmienności12.
ZBRODNIE PRZECIW DZIECIOM
Nie tylko jesteśmy przeciwni stresorom i ich nie rozumiemy, ale też w celu wyeliminowania zmienności i nieprzewidywalności dopuszczamy się zbrodni przeciw życiu, żyjącym, nauce i mądrości.
Czuję gniew i frustrację na myśl o tym, że jeden na dziesięciu Amerykanów po ukończeniu szkoły średniej przyjmuje jakiegoś rodzaju antydepresant, taki jak prozac. W rzeczy samej dziś, jeśli cierpicie na wahania nastrojów, musicie się tłumaczyć, dlaczego nie bierzecie leków. W ostrych, patologicznych przypadkach istnieją zapewne dobre powody, żeby podjąć terapię lekową. Jednak nastroje, smutek, ataki niepokoju to, przynajmniej dla mnie, drugie źródło inteligencji - a może nawet i pierwsze. Odprężam się i łagodnieję, kiedy pada deszcz; staję się bardziej refleksyjny i zwykle piszę wtedy coraz wolniej przy akompaniamencie kropel uderzających o szybę, co Verlaine nazywał jesiennym łkaniem (sanglots). Są dni, kiedy ogarnia mnie poetycka melancholia, którą Portugalczycy określają mianem saudade, a Turcy - hüzün (od arabskiego słowa oznaczającego smutek). Kiedy indziej jestem bardziej agresywny, mam więcej energii - wtedy piszę mniej, więcej spaceruję, robię inne rzeczy, kłócę się z analitykami, odpowiadam na e-maile, rysuję wykresy na tablicach. Czy należałoby mnie zmienić w warzywo albo w zadowolonego z siebie imbecyla?
Gdyby prozac był dostępny w minionym stuleciu, zniknąłby spleen Baudelaire'a, nastroje Edgara Allana Poego, poezja Sylvii Plath i lamenty tak wielu innych poetów. W zasadzie każdy przejaw języka duszy zostałby uciszony...
Gdyby koncerny farmaceutyczne mogły znieść pory roku, prawdopodobnie by to zrobiły - oczywiście dla zysku.
Istnieje jeszcze jedno niebezpieczeństwo: krzywdzimy nie tylko dzieci, lecz także społeczeństwo i naszą przyszłość. Działania, które mają ograniczyć zmienność w życiu dzieci, ograniczają również zmienność i różnice w naszym ponoć Wspaniałym Zglobalizowanym Kulturowo Społeczeństwie.
Ukarani przez tłumaczenie
Kolejna zapomniana cecha stresorów uwidacznia się w procesie akwizycji języka - nie znam nikogo, kto nauczył się swojej mowy ojczystej z podręcznika, zaczynając od gramatyki, zdając co semestr egzaminy i systematycznie przyporządkowując słowa do poznawanych reguł. Języka najlepiej uczymy się w trudnych sytuacjach, krocząc od błędu do błędu, kiedy musimy się porozumieć w mniej lub bardziej stresujących okolicznościach, zwłaszcza w chwilach, gdy wyrażamy palące potrzeby (na przykład potrzebę fizjologiczną, która pojawia się po kolacji w tropikach).
Nowych słów uczymy się, podejmując pewien wysiłek, ale ów wysiłek nie polega na wkuwaniu, tylko na komunikacji, najczęściej gdy jesteśmy zmuszeni czytać drugiej osobie w myślach - pokonując strach przed popełnianiem błędów. Niestety, sukces, bogactwo i technologia utrudniają naukę języka tym sposobem. Kilka lat temu, kiedy nikt się mną nie interesował, a organizatorzy konferencji zagranicznych nie przydzielali mi usłużnego "asystenta podróży" płynnie posługującego się facebookową odmianą angielskiego, musiałem sam sobie radzić i uczyć się słówek, pokazując palcem, o co mi chodzi, i stosując metodę prób i błędów (zupełnie jak dziecko). Bez kieszonkowych urządzeń, bez słownika, bez niczego. Teraz ponoszę karę za przywileje i wygodę - a nie potrafię się oprzeć wygodzie. Moja kara przybiera postać osoby mówiącej płynnie po angielsku, która wita mnie na lotnisku, trzymając kartkę z moim nazwiskiem, zwykle zresztą przekręconym. Zero stresu, zero niepewności i zero kontaktu z rosyjskim, tureckim, chorwackim albo polskim poza brzydkimi (i uporządkowanymi) podręcznikami. Co gorsza, ta osoba mi nadskakuje, a ciężko mi znieść jej służalczość i gadatliwość, zwłaszcza gdy jestem wykończony długim lotem.
Zdecydowanie najlepszy sposób na naukę obcego języka to spędzić trochę czasu w zagranicznym więzieniu. Mój przyjaciel Chad Garcia podszkolił rosyjski dzięki mimowolnemu pobytowi w izolatce w moskiewskim szpitalu, gdzie przechodził kwarantannę z powodu nieistniejącej choroby. Był to zmyślny proceder porwań medycznych, ponieważ w chaosie, jakim był schyłek ZSRR, władze mogły zamykać przyjezdnych w szpitalu, do czasu aż zapłacą ogromną sumę za odpowiednie zezwolenie. Chad, który wówczas ledwo znał ten język, musiał czytać Tołstoja w oryginale i nauczył się całkiem sporo słówek.
Turystyfikacja
Mój przyjaciel Chad skorzystał z tego rodzaju chaosu, który występuje już coraz rzadziej dzięki współczesnej chorobie turystyfikacji. W ten sposób określam ów aspekt nowoczesności, który traktuje ludzi jak pralki o uproszczonych, mechanicznych reakcjach - zaopatrzone w szczegółową instrukcję obsługi. To systematyczne usuwanie niepewności i losowości ze świata, które sprawia, że staje się on przewidywalny w najdrobniejszych szczegółach. A wszystko to w imię wygody, komfortu i wydajności.
Turystyfikacja ma się do życia tak, jak turysta do poszukiwacza przygód; polega na przekształcaniu doświadczeń, nie tylko podróży, w coś w rodzaju scenariusza dla aktorów. Przekonamy się, jak turystyfikacja kastruje systemy i organizmy, które lubią niepewność, wysysając z nich przypadkowość do ostatniej kropli, a równocześnie stwarzając iluzję korzyści. Kto ponosi za to winę? System edukacji, planowanie przestrzenne, finansowanie teleologicznych badań naukowych, francuski baccalaureate, maszyny do ćwiczeń itp.
I elektroniczny kalendarz.
Ale najgorszą turystyfikacją jest życie, które my, ludzie współcześni, musimy prowadzić w niewoli w naszym czasie wolnym: piątkowa wizyta w operze, zapowiedziane przyjęcia, zaplanowany śmiech. Kolejna złota klatka.
Taka "ukierunkowana na cele" postawa głęboko rani moje egzystencjalne ja.
Potajemna żądza przypadku
I tak dochodzimy do egzystencjalnego aspektu przypadkowości. Jeśli nie jesteście pralką albo zegarem z kukułką - innymi słowy, jeśli żyjecie - w głębi duszy lubicie pewną dozę przypadkowości i nieładu.
Nieprzewidywalność rozpala wyobraźnię. Lubimy umiarkowany (i w wysokim stopniu oswojony) świat gier, począwszy od kibicowania sportowcom aż po wstrzymywanie oddechu, zanim kości spadną na stół podczas kolejnej wizyty w Las Vegas. Sam, pisząc te słowa, staram się uniknąć tyranii precyzyjnego, dokładnego planu, czerpiąc natchnienie z mętnego wewnętrznego źródła, które mnie zaskakuje. Pisać warto tylko wtedy, kiedy człowiek drży z podekscytowania, dlatego lubię tworzyć książki i nie znoszę pisać komentarzy na 750 słów, które, nawet bez filisterstwa redaktora, przypominają mi kaftan bezpieczeństwa i śmiertelnie mnie nudzą. Choć może się to wydać zdumiewające, jeśli autor nudzi się przy pisaniu, z pewnością znudzi też czytelników.
Gdybym potrafił przewidzieć, jak dokładnie będzie wyglądał mój dzień, poczułbym się odrobinę martwy.
Co więcej, przypadkowość jest niezbędna w prawdziwym życiu. Nasi przodkowie byli pobudzani przez bodźce naturalne - strach, głód, pożądanie - dzięki którym ćwiczyli swoje ciała i dostosowywali się do środowiska. Zwróćcie uwagę, jak łatwo znaleźć energię, żeby podnieść samochód, jeśli pod nim znajduje się płaczące dziecko, albo biec ile sił, kiedy zobaczy się dzikie zwierzę po drugiej stronie ulicy. Porównajcie to z przytłaczającym obowiązkiem, jakim są ćwiczenia na siłowni zaplanowane na 18.00 z jakimś trenerem osobistym - oczywiście, zakładając, że nie musicie wyglądać jak ochroniarz. Zauważcie też, jak łatwo opuścić posiłek, kiedy jest to spowodowane nieprzewidywalnością środowiska, z powodu braku jedzenia - w porównaniu z "dyscypliną", jakiej wymaga trzymanie się tej czy innej osiemnastodniowej diety.
Są ludzie, którzy traktują życie jak pewien projekt. Po rozmowie z nimi przez kilka godzin możecie czuć się kiepsko, a życie zaczyna wam smakować jak niedosolona potrawa. Ja, człowiek poszukujący emocjonujących przeżyć, mam wykrywacz ściem, który działa równie dobrze jak mój wykrywacz nudy. Jak gdybym był wyposażony w naturalny filtr, awersję do monotonii. W życiu ludzi pierwotnych nie istniała praca domowa, szef, urzędnik służby cywilnej, oceny na studiach, rozmowy z dziekanem, konsultanci z MBA, tabele procedur, formularze zgłoszeniowe, wyjazdy do New Jersey, zagwozdki gramatyczne, rozmowy z kimś, kto was nudzi: życie składało się z przypadkowych bodźców i nic, ani dobrego, ani złego, nie wydawało się pracą13. Owszem, bywało niebezpiecznie, ale nigdy nudno.
Wreszcie, środowisko, które charakteryzuje zmienność (a przez to przypadkowość), nie naraża nas na dolegliwości związane z chronicznym stresem, w odróżnieniu od systemów zaprojektowanych przez człowieka. Jeśli idziecie po nierównej, niewykonanej przez człowieka nawierzchni, każdy krok będzie inny - porównajcie to z pozbawioną przypadkowości maszyną na siłowni, która zmusza was do wiecznego powtarzania tych samych ruchów.
Większość współczesnego życia składa się z możliwych do uniknięcia dolegliwości związanych z chronicznym stresem.
Teraz przyjrzyjmy się pewnemu aspektowi ewolucji, która jest ekspertem w dziedzinie antykruchości.
Rozdział 4 - To, co mnie zabija, wzmacnia innych
Antykruchość dla jednych to kruchość dla innych - Wprowadzamy pomysł, że kiedy za dużo myślimy, bardzo niewiele robimy - Ponoś porażki tam, gdzie inni odnoszą sukces - Kiedyś możesz dostać kartkę z podziękowaniem
ANTYKRUCHOŚĆ WARSTWA PO WARSTWIE
W niniejszym rozdziale piszę o błędach, ewolucji i antykruchości. Istnieje pewien haczyk: chodzi głównie o błędy innych - antykruchość niektórych musi zaistnieć kosztem kruchości pozostałych. W systemie trzeba poświęcić pewne komórki - a dokładniej: kruche komórki, albo ludzi - dla dobra innych komórek albo całości. Kruchość każdego start-upu jest niezbędna, żeby gospodarka mogła być antykrucha, i to między innymi dlatego przedsiębiorczość się sprawdza: dzięki kruchości pojedynczych przedsiębiorców i - z konieczności - wysokiemu odsetkowi niepowodzeń.
Zatem antykruchość staje się trochę bardziej zawiła, i interesująca, w systemach, w których istnieją warstwy i hierarchie. Żyjący organizm nie jest jedną, skończoną całością; składa się z pewnych elementów i sam może być elementem większej całości. Owe elementy niekiedy ze sobą konkurują. Posłużmy się innym przykładem biznesowym. Restauracje są kruche; rywalizują ze sobą, ale z tego właśnie powodu zbiorowość lokalnych restauracji jest antykrucha. Gdyby poszczególne restauracje były wytrzymałe, a przez to nieśmiertelne, cały biznes ogarnęłaby stagnacja, a klientom podawano by potrawy rodem ze stołówki - i to radzieckiej. Co więcej, biznes restauracyjny gnębiłyby systemowe niedobory, a od czasu do czasu następowałoby całkowite załamanie wymagające interwencji rządowej. Jakość, stabilność i solidność całej branży zawdzięczamy kruchości pojedynczych restauracji.
Zatem niektóre elementy wewnątrz systemu muszą być kruche, żeby w rezultacie cały system mógł być antykruchy. Ewentualnie sam organizm może być kruchy, ale informacje zakodowane w reprodukowanych genach będą antykruche. To ważny wniosek, ponieważ leży u podstaw logiki ewolucji. Dotyczy to w równej mierze przedsiębiorców, co poszczególnych badaczy.
Co więcej, kilka akapitów temu wspomniałem o "poświęceniu". Niestety, z błędów często korzystają inni, zbiorowość - jak gdyby jednostki zostały zaprojektowane w taki sposób, żeby mylić się nie dla własnego dobra, tylko dla dobra ogółu. Niestety, zwykle rozmawiamy o błędach, nie uwzględniając tych warstw i transferów kruchości.
Ewolucja a nieprzewidywalność
Powiedziałem, że koncepcje mitrydatyzmu i hormezy to przejawy protoantykruchości, bardzo wstępne koncepcje: są wręcz odrobinę naiwne i będziemy je musieli dopracować, a nawet wykroczyć poza nie, żeby przyjrzeć się złożonemu systemowi jako całości. Hormeza jest metaforą, antykruchość jest zjawiskiem.
Primo, mitrydatyzm i hormeza to bardzo słabe formy antykruchości, które przynoszą systemom ograniczone korzyści ze zmienności, przypadku lub szkód, a po przekroczeniu określonej dawki przestają mieć pozytywne lub ochronne działanie. Są interesujące głównie dlatego, że ich brak jest szkodliwy, czego intuicyjnie nie dostrzegamy - naszym umysłom trudno jest zrozumieć skomplikowane reakcje (myślimy w sposób liniowy, a reakcje uzależnione od dawki przebiegają nieliniowo). Nasze liniowe umysły nie lubią niuansów i redukują informacje do dwójkowego podziału na "szkodliwe" albo "pomocne".
Secundo, co jest ich największą słabością, ich perspektywa jest zewnętrzna i traktują organizm jako całość, pojedynczy byt, podczas gdy obraz ten można trochę zniuansować.
Z procesem ewolucji wiąże się inna, mocniejsza odmiana antykruchości, która wykracza poza hormezę - a w zasadzie jest zupełnie inna od hormezy; to wręcz jej przeciwieństwo. Można ją określić mianem hormezy z silniejszą reakcją na szkodę, jeśli spojrzymy na nią z zewnątrz, a nie od wewnątrz. Ta inna odmiana antykruchości jest ewolucyjna i działa na poziomie informacyjnym - geny są informacją. W odróżnieniu od hormezy jednostka nie wzmacnia się w reakcji na stres, tylko umiera. Zachodzi jednak transfer korzyści; inne jednostki mogą przetrwać - a te, które przetrwają, są wyposażone w cechy, które wzmacniają zbiorowość, prowadząc do modyfikacji określanych zbiorczo w podręcznikach i w dziale nauki we wtorkowym wydaniu "New York Timesa" mglistym terminem "ewolucja". Zatem antykruchość, o której tu mowa, dotyczy nie tyle słabych z natury organizmów, co kodu genetycznego, który po sobie zostawią. Ów kod nie dba szczególnie o dobro jednostki - wręcz przeciwnie, ponieważ niszczy wiele rzeczy w jej otoczeniu. Robert Trivers wyjaśnił rywalizację między genem a organizmem w swojej koncepcji samolubnego genu.
Właściwie najbardziej interesującym aspektem ewolucji jest to, że działa wyłącznie dzięki swojej antykruchości; jest zakochana w stresorach, przypadkowości, niepewności i nieładzie - chociaż poszczególne organizmy są stosunkowo kruche, pula genów wykorzystuje wstrząsy, żeby poprawić swoje dostosowanie.
Ten przykład ukazuje napięcie między naturą a poszczególnymi organizmami.
Wszystkie żywe lub organiczne byty w naturze żyją przez określony czas, a później umierają - nawet Matuzalem nie dożył tysiąca lat. Ale to, co umiera, najpierw się rozmnaża, produkując potomstwo z kodem genetycznym różnym w pewien sposób od kodu rodzica; ze zmodyfikowanymi informacjami. Informacja genetyczna Matuzalema jest wciąż żywa w Damaszku, Jerozolimie i oczywiście na nowojorskim Brooklynie. Z perspektywy natury organizmy żywe nie wydają się specjalnie potrzebne, gdy ich zdolności rozrodcze zostaną wyczerpane (poza szczególnym przypadkiem zwierząt żyjących w grupach, o czym świadczy instytucja babci w społecznościach ludzi i słoni; bo babcie pomagają przygotować potomstwo do przejęcia sterów). Natura woli kontynuować grę na poziomie informacyjnym, na poziomie kodu genetycznego. Zatem organizmy muszą umierać, żeby natura była antykrucha - natura jest oportunistyczna, bezlitosna i egoistyczna.
Wyobraźcie sobie, w ramach eksperymentu myślowego, nieśmiertelny organizm, bez wyznaczonej daty ważności. Żeby przetrwać, musiałby być idealnie przygotowany na wszystkie zdarzenia losowe, jakie mogą wystąpić w danym środowisku; wszystkie przyszłe nieprzewidziane okoliczności. Tymczasem, jak na złość, zdarzenia losowe są, no cóż, przypadkowe. Nie ogłaszają swojego nadejścia z wyprzedzeniem. Nie pozwalają organizmom się przygotować i wprowadzić odpowiednich modyfikacji, by mogły przetrwać wstrząs. Dla nieśmiertelnego organizmu preadaptacja w przygotowaniu na wszystkie takie ewentualności byłaby koniecznością. W momencie zdarzenia losowego jest już za późno. Organizm powinien być przygotowany na wstrząs albo pożegna się z życiem. Przekonaliśmy się już, że nasze ciała reagują trochę za mocno w odpowiedzi na stresory, ale to niewystarczające zabezpieczenie, bo nie potrafią przewidzieć przyszłości. Umieją przygotować się na następną wojnę, ale nie umieją jej wygrać. Adaptacja post factum, nawet najszybsza, zawsze przychodzi za późno14.
Żeby spełnić warunki takiej nieśmiertelności, organizmy muszą idealnie przewidzieć przyszłość - nie wystarczą niemal idealne prognozy. Tymczasem, pozwalając organizmom przeżyć po jednym życiu, po kolei, i dokonując modyfikacji pomiędzy kolejnymi pokoleniami, natura nie musi przewidywać przyszłych warunków. Wystarczy jej przybliżone pojęcie, w jakim kierunku zmierza świat. W zasadzie nawet to przybliżone pojęcie nie jest niezbędne. Każde zdarzenie losowe niesie ze sobą antidotum w postaci zmian ekosystemu. To tak, jakby natura zmieniała się na każdym kroku i w każdym momencie modyfikowała swoją strategię.
Przełóżmy to na życie gospodarcze i instytucjonalne. Gdyby natura rządziła gospodarką, nie zapewniałaby bezustannie wsparcia swoim ożywionym elementom, żeby żyły wiecznie. Zlikwidowałaby stałe departamenty do spraw administracji i planowania, które usiłują przechytrzyć przyszłość, i nie dopuściłaby do tego, żeby kanciarze z Urzędu do spraw Administracji i Budżetu popełniali błędy wynikające z arogancji poznawczej.
Jeśli potraktujemy historię jako złożony system przypominający naturę, okaże się, że - podobnie jak natura - historia nie pozwala jednemu imperium na zawsze zdominować naszej planety, chociaż każde supermocarstwo: od Babilonu przez Egipt, Persję, Rzym aż po współczesną Amerykę, wierzyło w wieczność swojej dominacji i produkowało historyków, którzy przedstawiali potwierdzające ją teorie. Systemy poddane losowości - i nieprzewidywalności - budują mechanizm wykraczający poza wytrzymałość, żeby móc odradzać się z każdym pokoleniem, przy ciągłej zmienności populacji i gatunków.
Podstawowa zasada zarządzania Czarnymi Łabędziami: natura (i systemy przypominające naturę) woli różnorodność między organizmami od różnorodności w obrębie jednego, nieśmiertelnego organizmu, chyba że za ów nieśmiertelny organizm uznać samą naturę, jak w panteizmie Spinozy i religiach azjatyckich albo w stoicyzmie Chryzypa lub Epikteta. Jeśli spotkacie przypadkiem historyka cywilizacji, spróbujcie mu to wyjaśnić.
Przyjrzyjmy się, w jaki sposób ewolucja korzysta z nieprzewidywalności i zmienności (oczywiście w określonych dawkach). Do pewnego poziomu, im więcej szumu i zakłóceń w systemie (wyłączając skrajne wstrząsy, prowadzące do wymarcia gatunku), tym większy wpływ będzie miało przetrwanie najsilniejszych i przypadkowe mutacje na kształtowanie cech kolejnego pokolenia. Załóżmy, że jakiś organizm ma dziesięcioro młodych. W idealnie stabilnym środowisku cała dziesiątka będzie mogła się rozmnażać. Jednakże jeśli niestabilność środowiska wyeliminuje pięcioro z nich (najczęściej słabszych od rodzeństwa, któremu udało się przetrwać), będą się rozmnażać te, których ewolucja uznała (po chwili zastanowienia) za lepszych. Dzięki temu geny trochę się wzmocnią. Będzie podobnie, jeśli wśród potomstwa występuje pewna różnorodność wywołana sporadyczną, przypadkową, spontaniczną mutacją, czymś w rodzaju błędu kopiowania w kodzie genetycznym - wówczas najlepsi powinni się rozmnażać, zwiększając stopień dostosowania gatunku. Zatem ewolucja czerpie korzyści z przypadkowości na dwa sposoby: korzysta z przypadkowości mutacji i przypadkowości środowiska - obie w podobny sposób wywołują zmiany w cechach przyszłych pokoleń; tych, którym uda się przetrwać.
Nawet jeśli w wyniku jakiegoś skrajnego zdarzenia wyginie cały gatunek, nie stanie się nic wielkiego, to część gry. Wynika to z procesu ewolucji. Gatunki, które przetrwają, okażą się najlepiej dostosowane, dlatego zajmą miejsce dinozaurów - w ewolucji nie chodzi o gatunek, tylko o służbę całej naturze.
Zauważcie jednak, że ewolucja lubi przypadkowość w pewnych granicach15. Jeśli jakaś katastrofa zniszczy życie na całej planecie, to nawet najlepiej dostosowani nie przetrwają. Podobnie jest, gdy przypadkowe mutacje zdarzają się zbyt często: wówczas wzrost dostosowania może się nie utrwalić, a zdarza się wręcz, że kolejna mutacja odwraca korzystny efekt: jak stale powtarzam, natura jest antykrucha do pewnego poziomu, choć trzeba przyznać, że to dość wysoki poziom - może znieść wiele, bardzo wiele wstrząsów. Gdyby katastrofa jądrowa zlikwidowała większość, ale nie całość życia na Ziemi, jakiś szczur albo bakteria pojawiłyby się znikąd, być może na dnie oceanu, i cała historia zaczęłaby się od początku, bez nas i, oczywiście, bez pracowników Urzędu do spraw Administracji i Budżetu.
Zatem, w pewnym sensie, podczas gdy hormeza opisuje sytuacje, w których jednostkowe organizmy czerpią korzyści z bezpośredniej szkody, jakiej doznają, ewolucja ma miejsce wtedy, gdy szkoda uśmierca jednostkowy organizm, a korzyści zostają przeniesione na inne organizmy - te, które przetrwały - oraz na przyszłe pokolenia.
Przykładem tego, że rodziny organizmów lubią wyrządzane im szkody, ponieważ dzięki nim mogą ewoluować (znów - do pewnego stopnia), choć nie w postaci pojedynczych organizmów, jest zjawisko odporności antybiotykowej. Im bardziej próbujesz zaszkodzić bakteriom, tym silniejsze będą te, którym uda się przetrwać - chyba że zdołasz całkowicie je wyeliminować. To samo dotyczy terapii nowotworów: dość często te komórki rakowe, które przetrwają toksyczną chemioterapię i radioterapię, reprodukują się szybciej i zajmują miejsce słabszych komórek.
Organizmy to populacje, a populacje to organizmy
Pomysł, żeby rozpatrywać rzeczy w kategoriach populacji, a nie jednostek, w którym korzyści całości wynikają ze szkód wyrządzonych poszczególnym osobnikom, przyszedł mi do głowy pod wpływem analiz antykruchości Antoine'a Danchina, kiedyś fizyka, a dziś genetyka16. Jego zdaniem analiza powinna uwzględniać to, że organizm nie zawsze jest odrębny i niezależny: istnieją warstwy i hierarchie. Jeśli patrzysz na rzeczywistość z perspektywy populacji, musisz wykroczyć poza pojęcia hormezy i mitrydatyzmu w opisie antykruchości. Dlaczego? Parafrazując wysuniętą wcześniej tezę: hormeza jest metaforą bezpośredniej antykruchości, w której organizm odnosi bezpośrednią korzyść z wyrządzonych mu szkód; w przypadku ewolucji, to, co znajduje się wyżej w hierarchii niż organizm, czerpie korzyści ze szkód wyrządzonych organizmowi. Z zewnątrz może się wydawać, że zachodzi hormeza, ale patrząc od wewnątrz, należy uznać, że w tej grze są wygrani i przegrani.
Jak funkcjonuje ów podział na warstwy? Drzewo ma wiele gałęzi, które wyglądają jak małe drzewka; te duże gałęzie dzielą się na wiele mniejszych gałązek, które wyglądają jak jeszcze mniejsze drzewka. To przejaw tak zwanego samopodobieństwa fraktalnego, zjawiska opisanego przez matematyka Benoît Mandelbrota. Rozmaite obiekty cechuje podobna hierarchia, a my widzimy jedynie wierzchnią warstwę z zewnątrz. Komórka składa się z populacji cząsteczek międzykomórkowych; z kolei organizm składa się z populacji komórek, a gatunek - z populacji organizmów. Mechanizm wzmacniający gatunek funkcjonuje kosztem niektórych organizmów; z kolei organizm wzmacnia się kosztem niektórych komórek. Ta sama zależność zachodzi w obie strony - od najwyższego do najniższego poziomu.
Na przykład, jeśli pijesz trującą substancję w małych dawkach, twój organizm wraca do zdrowia dzięki ewolucyjnemu (zdaniem Danchina) mechanizmowi w obrębie twojego organizmu, w którym uszkodzone białka w komórkach zastępowane są przez silniejsze - i młodsze - odpowiedniki, a te silniejsze zostają ocalone (lub coś w tym rodzaju). Kiedy się głodzisz, organizm najpierw poświęca uszkodzone białka i zastępuje je innymi w procesie zwanym autofagią. To proces czysto ewolucyjny, który selekcjonuje i zabija najsłabsze ogniwa w imię dobra ogółu. Nie trzeba jednak wierzyć w jakąś konkretną teorię biologiczną (na przykład o starzejących się białkach i autofagii), żeby przyjąć do wiadomości generalną ideę, że presja przetrwania wewnątrz organizmu ma pewien wpływ na ogólną poprawę jego kondycji w sytuacji zewnętrznego stresu.
DZIĘKUJEMY ZA BŁĘDY
Teraz przejdziemy do błędów, pokazując, jak błędy niektórych ludzi mogą przynieść korzyści innym.
Zależności między kruchością, błędami i antykruchością można uprościć w następujący sposób. Kiedy jesteś kruchy, twój stan zależy od tego, czy wszystko przebiega zgodnie z planem, przy możliwie najmniejszych odchyleniach od normy - ponieważ odstępstwa od normy przynoszą więcej szkód niż korzyści. Dlatego kruche systemy muszą przyjąć bardzo predyktywną postawę, i na odwrót, systemy predyktywne wywołują kruchość. Jeśli pragniesz odstępstw od normy i nie przejmujesz się ewentualną dyspersją przyszłych wyników, ponieważ większość będzie dla ciebie korzystna, to jesteś antykruchy.
Co więcej, element przypadkowości w metodzie prób i błędów nie jest do końca przypadkowy, jeśli metodę tę stosuje się racjonalnie, traktując błędy jako źródło informacji. Jeżeli każda próba przynosi ci informacje o tym, co nie działa, zaczynasz zbliżać się do rozwiązania - więc każda próba staje się coraz cenniejsza, przypominając raczej wydatek niż błąd. I, oczywiście, po drodze dokonujesz ważnych odkryć.
Nauka na cudzych błędach
Pamiętajmy jednak, że ten rozdział traktuje o warstwach, jednostkach, hierarchiach, strukturze fraktalnej i różnicy między interesem jednostki a interesami jej podjednostek. Często się zdarza, że błędy innych przynoszą korzyści reszcie - ale, niestety, nie błądzącym. Przekonaliśmy się już, że w odpowiednim kontekście stresory są informacją. W antykruchych systemach błędy powinny przynosić więcej korzyści niż szkód. Oczywiście, mam tu na myśli niektóre błędy, nie wszystkie; te, które nie niszczą systemu, pomagają zapobiegać większym katastrofom. Inżynier i historyk inżynierii Henry Petroski uzasadnia to w bardzo elegancki sposób. Gdyby nie słynne zatonięcie "Titanica", podczas którego zginęło tak wielu ludzi, nadal budowalibyśmy coraz większe transatlantyki, a następna katastrofa byłaby jeszcze bardziej tragiczna. Zatem ofiary zostały poświęcone dla dobra ogółu; dzięki nim bez wątpienia ludzkość uratowała więcej osób, niż straciła. Historia "Titanica" obrazuje różnicę między korzyścią systemu a stratą jego poszczególnych części.
To samo dotyczy awarii w Fukushimie: można spokojnie założyć, że zwróciła nam uwagę na problem z reaktorami jądrowymi (i niskim prawdopodobieństwem), zapobiegając tym samym poważniejszym katastrofom. (Zauważcie, że już wtedy widać było wyraźnie wady metody naiwnego stress testingu i ufności w modele ryzyka, ale, podobnie jak w przypadku kryzysu ekonomicznego, nikogo to nie interesowało).
Każda katastrofa lotnicza zwiększa nasze bezpieczeństwo, koryguje system i czyni kolejny lot bezpieczniejszym - ci, którzy giną, przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa pozostałych. Lot Swissairu nr 111, lot TWA nr 800 i lot Air France nr 447 pozwoliły usprawnić system. Jednakże te systemy uczą się dlatego, że są antykruche i zaprojektowane w taki sposób, żeby czerpać korzyści z niewielkich błędów; tego samego nie można powiedzieć o kryzysach ekonomicznych, ponieważ system ekonomiczny nie jest antykruchy w swojej obecnej postaci. Dlaczego? Każdego roku odbywają się setki tysięcy lotów, a katastrofa jednego z nich nie wpływa na pozostałe, dlatego błędy mają ograniczony zasięg i niosą ważne informacje - tymczasem systemy ekonomiczne funkcjonują jako jedność: błędy rozprzestrzeniają się i nakładają na siebie.
Powtarzam jeszcze raz, mowa o błędach konkretnych, a nie ogólnych, a więc o błędach niewielkich, a nie poważnych i śmiertelnych. To odróżnia dobre i złe systemy. Dobre systemy, na przykład linie lotnicze, są przygotowane na niewielkie, niezależne od siebie błędy - a w rezultacie są to błędy o korelacji ujemnej, ponieważ dzisiejsze pomyłki obniżają prawdopodobieństwo wystąpienia pomyłek w przyszłości. To jeden ze sposobów na wykazanie, jak jedno środowisko może być antykruche (lotnictwo), a inne kruche (współczesne życie ekonomiczne, połączone współzależnościami na zasadzie: ziemia jest płaska).
Jeśli każda katastrofa lotnicza zmniejsza prawdopodobieństwo kolejnej, to każdy upadek banku zwiększa prawdopodobieństwo upadku kolejnej instytucji. Musimy wyeliminować błędy drugiego rodzaju - te zaraźliwe - budując idealny system społeczno-ekonomiczny. Odwołajmy się raz jeszcze do matki natury.
To, co naturalne, powstało dzięki szeregowi niesystemowych błędów: niewłaściwa postawa przy dźwiganiu ciężarów przekłada się na niewielkie kontuzje, które pomagają mi następnym razem, bo próbuję uniknąć bólu - w końcu temu właśnie służy ból. Lamparty, które poruszają się z naturalną gracją, nie mają trenerów osobistych instruujących je, jak "właściwie" wnieść jelenia na drzewo. Ludzkie rady mogą się sprawdzać w przypadku sztucznych sportów, takich jak tenis, kręgle czy strzelectwo, ale nie mają zastosowania do naturalnych ruchów.
Niektóre branże kochają własne błędy. Towarzystwa reasekuracji, które koncentrują się na ubezpieczaniu różnego rodzaju ryzyka katastroficznego (i w których towarzystwa ubezpieczeniowe "reasekurują" tego typu niedywersyfikowalne ryzyko), potrafią świetnie sobie radzić, gdy dotknie je klęska albo nastąpi jakieś rzadkie zdarzenie. Jeśli uda im się przetrwać i są na to przygotowane (a niewielu udaje się opracować plan na taką ewentualność), nadrabiają straty, podnosząc niewspółmiernie składki ubezpieczeniowe - a klienci reagują przesadnie i dopłacają za ubezpieczenie. Towarzystwa twierdzą, że nie mają pojęcia, jaka powinna być uczciwa wartość, czyli właściwa wycena reasekuracji, ale wiedzą z całą pewnością, że w okresach napięcia jest zawyżona, co w dłuższej perspektywie pozwala im nieźle zarobić. Przetrwają błędy, jeśli tylko utrzymają je na niewysokim poziomie.
Jak zostać Matką Teresą
Zmienność wywołuje błędy i uruchamia mechanizmy przystosowania; dzięki niej dowiadujesz się też, kim są twoi przyjaciele. Informacji dostarczą ci zarówno twoje porażki, jak i sukcesy. Jednak, i to jest jedna z dobrych stron życia, czasami dowiadujesz się czegoś o charakterze człowieka dopiero wtedy, kiedy go zranisz błędem, za który jesteś odpowiedzialny wyłącznie ty sam - byłem zdumiony wielkodusznością ludzi, którzy wybaczyli mi moje błędy.
I, oczywiście, uczysz się na błędach innych. Możesz się nigdy nie dowiedzieć, z kim masz do czynienia, dopóki dana osoba nie stanie przed szansą złamania zasad moralnych lub etycznych. Pamiętam koleżankę z klasy z liceum, na pozór miłą i uczciwą dziewczynę, która należała do mojej grupy znajomych, antymaterialistycznych utopistów. Dowiedziałem się, że wbrew moim oczekiwaniom (i swojemu niewinnemu wyglądowi) nie wyrosła na Matkę Teresę ani Różę Luksemburg - zamiast tego rzuciła pierwszego (bogatego) męża dla innego, bogatszego mężczyzny, którego z kolei zostawiła, gdy popadł w kłopoty finansowe, dla następnego, jeszcze bogatszego i bardziej wpływowego (i hojnego) kochanka. W środowisku wolnym od przemocy uznałbym ją za utopistkę i świętą (ona sama pewnie też by tak o sobie myślała). Niektórzy członkowie społeczeństwa - ci, którzy się z nią nie ożenili - otrzymali cenne informacje, podczas gdy inni, jej ofiary, za to zapłacili.
Co więcej, za nieudacznika uważam tego, kto, popełniwszy błąd, nie dokonuje introspekcji, nie wykorzystuje tej pomyłki, tylko czuje wstyd; przyjmuje pozycję obronną, zamiast docenić nowo zdobyte informacje; kto próbuje wyjaśnić, dlaczego popełnił błąd, zamiast zostawić go za sobą. Tacy ludzie często postrzegają samych siebie jako "ofiary" jakiejś szerszej intrygi, złego szefa albo kiepskiej pogody.
Na koniec jeszcze jedna myśl. Ten, kto nigdy nie zgrzeszył, jest mniej wiarygodny niż ten, kto zgrzeszył tylko raz. A człowiek, który popełnił mnóstwo błędów - ale nigdy dwa razy tego samego - jest bardziej wiarygodny niż człowiek, który nigdy żadnego nie popełnił.
DLACZEGO GRUPA NIENAWIDZI JEDNOSTKI
Przekonaliśmy się już, że antykruchość na polu biologii działa dzięki warstwom. Ta rywalizacja między suborganizmami przyczynia się do ewolucji: komórki naszego ciała konkurują ze sobą; w komórkach konkurują ze sobą białka, i tak w całym systemie. Przełóżmy ten mechanizm na grunt ludzkich przedsięwzięć. Takie same warstwy występują w gospodarce: jednostki, rzemieślnicy, małe firmy, działy w korporacjach, korporacje, gałęzie przemysłu, gospodarka regionalna, i wreszcie, na samym szczycie, gospodarka jako całość - a podział ten może być jeszcze dokładniejszy, z większą liczbą warstw.
Żeby gospodarka była antykrucha i podlegała procesowi zwanemu ewolucją, każda pojedyncza firma z konieczności musi być krucha, narażona na porażkę - w procesie ewolucji organizmy (albo ich geny) muszą umierać, kiedy w ich miejsce pojawią się nowe, żeby system mógł się wzmacniać albo żeby uniknąć reprodukcji elementów, które są słabsze od innych. I, odpowiednio, antykruchość wyższego poziomu może wymagać kruchości - i poświęcenia - poziomu niższego. Za każdym razem, kiedy używasz ekspresu do kawy, żeby zrobić sobie poranne cappuccino, korzystasz z porażki - i kruchości - przedsiębiorcy, który poległ. Poległ, żeby do twojej kuchni mógł trafić lepszy produkt.
Innym przykładem są społeczeństwa tradycyjne. W nich też występuje podobna stratyfikacja: jednostki, najbliższa rodzina, rodzina wielopokoleniowa, plemię, ludzie posługujący się tym samym dialektem, wspólnoty etniczne, grupy.
Chociaż poświęcenie wydaje się oczywistą strategią w koloniach mrówek, jestem pewny, że pojedynczy biznesmeni nie wykazują szczególnej chęci, żeby popełnić harakiri dla dobra całej gospodarki; z tego powodu starają się osiągnąć antykruchość albo przynajmniej jakiś poziom odporności. Niekoniecznie odpowiada to interesom zbiorowości, czyli gospodarki. Istnieje zatem problem, w którym interes sumy (czyli zbiorowości) różni się od interesu każdej z jego części - bo w zasadzie zbiorowość chce zaszkodzić swoim elementom.
To nieprzyjemna konstatacja, że bezlitosność jest motorem rozwoju.
Jak rozwiązać ten problem? Niestety, nie istnieje rozstrzygnięcie, które zadowoliłoby każdego - ale można złagodzić krzywdy wyrządzane najsłabszym.
Sprawa jest poważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Ludzie idą na studia ekonomiczne, żeby się nauczyć, jak prosperować i przetrwać na rynku - ale gospodarka jako całość nie chce, żeby przetrwali, tylko żeby podejmowali całe mnóstwo nierozważnych kroków, ślepo wierząc w swój sukces. Ich branże rozwijają się od porażki do porażki. Systemy naturalne i zbliżone do naturalnych chcą, żeby pojedyncze podmioty gospodarcze wykazywały nadmierną pewność siebie, czyli przeszacowywały prawdopodobieństwo sukcesu i nie doszacowywały prawdopodobieństwa porażki swoich firm, pod warunkiem że ich porażka nie wpłynie na innych. To znaczy chcą, żeby nadmierna pewność siebie występowała lokalnie, ale nie globalnie.
Wiemy już, że branża restauracyjna zawdzięcza swoją fantastyczną wydajność właśnie temu, że kruche restauracje co chwilę bankrutują, a przedsiębiorcy ignorują tę możliwość, przekonani, że im się uda. Innymi słowy, pewien rodzaj lekkomyślnego, a nawet samobójczego ryzykanctwa jest zdrowy dla gospodarki - pod warunkiem, że nie wszyscy ludzie podejmują to samo ryzyko, a ponadto ma ono wymiar niewielki i lokalny.
Jak się przekonamy dalej, zakłócając ten model swoimi interwencjami, rządy zazwyczaj faworyzują określoną grupę firm, na tyle dużych, że trzeba je uratować, żeby uniknąć rozprzestrzenienia się negatywnych skutków na inne przedsiębiorstwa. To przeciwieństwo zdrowego podejmowania ryzyka; w ten sposób kruchość zostaje przeniesiona ze zbiorowości na niedostosowanych. Ludziom trudno zrozumieć, że rozwiązaniem byłoby stworzenie systemu, w którym niczyja porażka nie pociągnęłaby za sobą następnych - ponieważ nieustanne niepowodzenia pozwalają utrzymać system.
TO, CO MNIE NIE ZABIJE, ZABIJE INNYCH
Czas obalić pewien mit.
Jako orędownik antykruchości muszę przestrzec czytelników przed złudzeniem, że antykruchość występuje tam, gdzie naprawdę jej nie ma. Możemy mylnie wziąć antykruchość systemu za antykruchość jednostki, kiedy w rzeczywistości istnieje ona kosztem jednostki (różnica między hormezą a selekcją).
Łatwo uznać, że słynne powiedzenie Nietzschego: co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, dotyczy mitrydatyzmu albo hormezy. Możliwe, że dotyczy jednego z tych procesów, ale równie dobrze może oznaczać, że to, co mnie nie zabiło, nie wzmocniło mnie, ale ocalałem, bo jestem silniejszy od innych; za to zabiło innych i teraz populacja jest silniejsza, ponieważ słabsi zostali wyeliminowani. Po prostu zdałem egzamin końcowy. Omówiłem ten problem we wcześniejszych tekstach o fałszywym złudzeniu przyczynowości - na przykładzie artykułu prasowego, w którym napisano, że nowych członków mafii, byłych radzieckich zesłańców, "zahartował pobyt w gułagu" (radzieckim obozie pracy przymusowej). Najsłabsi umierali w gułagu, stąd pojawiało się wrażenie, że wychodzący na wolność są silniejsi. Czasem patrzymy na ludzi, którzy przetrwali jakąś próbę, i uznajemy, że skoro populacja ocalałych jest silniejsza od pierwotnej, to owa próba wyszła im na dobre. Innymi słowy, próbą może być po prostu koszmarny egzamin, w którym polegną ci, co nie zdali. Tymczasem w rzeczywistości możemy obserwować jedynie transfer kruchości (a raczej antykruchości) od jednostki do systemu, o czym pisałem wcześniej. Ujmę to jeszcze inaczej. Kohorta, która przetrwała, jest wyraźnie silniejsza niż kohorta pierwotna - ale tego samego nie można powiedzieć o jednostkach, ponieważ najsłabsze zginęły.
Ktoś musiał zapłacić cenę za wzmocnienie systemu.
Ja i my
Owo wyraźne napięcie między interesami jednostki a interesem zbiorowości jest nowym zjawiskiem w historii świata: w przeszłości jednostkom nie przypisywano niemal żadnego znaczenia. Poświęcenie dla grupy to działanie heroiczne: służy całemu plemieniu, ale szkodzi tym, którzy giną w gorączce wojny. Ów heroiczny odruch, żeby poświęcić interes jednostki dla dobra grupy, przybrał zaskakującą formę w przypadku zamachowców-samobójców. Ci przedśmiertni terroryści wprowadzają się w stan przypominający ekstatyczny trans, w którym intensywne emocje pozwalają im zobojętnieć na własną śmiertelność. Błędne jest przekonanie, że zamachowcy-samobójcy kierują się obietnicą nagrody w postaci jakiegoś islamskiego raju, w którym czekają na nich dziewice i inne rozrywki. Jak zauważył antropolog Scott Atran, pierwsi zamachowcy-samobójcy na Bliskim Wschodzie byli rewolucjonistami wywodzącymi się ze środowisk grecko-prawosławnych - czyli z mojego plemienia - a nie islamskich.
Mamy w sobie pewnego rodzaju przełącznik, który zabija w nas indywidualizm na rzecz poczucia zbiorowości, które sprawia, że ludzie oddają się grupowym tańcom, masowym protestom albo wojnie. W takich chwilach nasze uczucia są uczuciami stada. Stajemy się częścią czegoś, co Elias Canetti nazywa rytmicznym i pulsującym tłumem. Innego rodzaju doświadczenia zbiorowego możemy doznać podczas zamieszek ulicznych, kiedy strach przed władzą znika pod wpływem grupowych emocji.
Spróbujmy teraz uogólnić te spostrzeżenia. Patrząc na świat z pewnego dystansu, widzę ogromne napięcie między człowiekiem a naturą - napięcie dotyczące wymiany kruchości. Zobaczyliśmy już, że natura chce przetrwać jako całość - niekoniecznie w postaci każdego gatunku - a każdy gatunek chce, żeby jego osobniki były kruche (szczególnie po tym, jak się rozmnożą), żeby mógł w nim zajść ewolucyjny proces doboru. Zobaczyliśmy, dlaczego transfer kruchości od jednostek do gatunku jest konieczny dla jego przetrwania: gatunki są potencjalnie antykruche, przy założeniu, że DNA to informacje, ale członkowie gatunku są zniszczalni, dlatego można ich poświęcić; w rzeczywistości zostali zaprojektowani w taki sposób, żeby poświęcić się dla dobra zbiorowości.
Antykruchość śmantykruchość. Część przedstawianych idei dostosowania i doboru wywołuje we mnie dyskomfort, przez co trudno mi pisać niektóre fragmenty - nienawidzę bezwzględności procesu selekcji, nieugiętej nielojalności matki natury. Nienawidzę idei rozwoju dzięki krzywdzie innych. Jako humanista opowiadam się przeciw antykruchości systemów kosztem jednostek, ponieważ w tym toku rozumowania pojedynczy człowiek przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ogromną zasługą oświecenia było wysunięcie na pierwszy plan jednostki, jej praw, jej wolności, jej niezależności, jej "dążenia do szczęścia" (cokolwiek to oznacza), a przede wszystkim - jej prywatności. Wprawdzie oświecenie odrzucało antykruchość, ale cała epoka i systemy polityczne, które się z niej wyłoniły, wyzwoliły nas (do pewnego stopnia) od utrzymującej się przez wieki dominacji społeczeństwa, plemienia i rodziny.
W kulturach tradycyjnych podstawową jednostką jest zbiorowość; zachowanie konkretnych jej członków bywa postrzegane jako szkodliwe dla ogółu - honor rodziny zostaje splamiony, jeśli córka zajdzie w ciążę lub też członek rodziny dopuści się poważnych oszustw finansowych i założy piramidę finansową albo, co gorsza, wykłada na uniwersytecie tak szarlatański przedmiot jak ekonomia. Takie podejście nie zniknęło z epoką oświecenia. Jeszcze pod koniec XIX i na początku XX wieku zdarzało się na przykład, że w wiejskich regionach Francji ludzie byli gotowi poświęcić oszczędności całego życia, żeby spłacić długi jakiegoś dalekiego krewnego (co nazywano passer l'éponge, w dosłownym tłumaczeniu: starcie należności gąbką z tablicy), i w ten sposób ocalić honor i dobre imię całej rodziny. Uważano to za obowiązek. (Przyznaję, że sam zrobiłem coś w tym rodzaju w XXI wieku!).
Najwyraźniej system musi istnieć, żeby jednostka mogła przetrwać. Trzeba zatem zachować ostrożność, wynosząc interesy jednych ponad interes innych, trzeba pamiętać o współzależności i złożoności17.
W cosa nostrze, mafii sycylijskiej, określenie "człowiek honoru" (uomo d'onore) sugeruje, że jeśli dana osoba wpadnie w ręce policji, będzie milczeć i nie doniesie na swoich przyjaciół, niezależnie od korzyści, jakie mogłoby jej to przynieść, oraz że dożywotni wyrok więzienia jest lepszy od ugody, która zaszkodziłaby innym członkom mafii. Plemię (cosa nostra) jest ważniejsze od jednostki. A do upadku mafii doprowadziło nowe pokolenie mafiosów, gotowych wejść w układ z prokuraturą. (Zauważ, że "honor" w mafii ogranicza się do tego rodzaju solidarności grupowej - w innych okolicznościach jej członkowie kłamią i nie zachowują się honorowo w najmniejszym stopniu. Poza tym zabijają ludzi, zachodząc ich od tyłu, co w krajach wschodniej części basenu Morza Śródziemnego uważane jest za najczystszą formę tchórzostwa).
Na tej samej zasadzie my, ludzie, musimy być egocentryczni kosztem innych gatunków, choć może to grozić kruchością ekosystemu, jeśli taka strategia zapewnia nam przetrwanie. Nasze interesy jako rasy ludzkiej - są ważniejsze od interesów natury; możemy zaakceptować pewną niewydolność, pewną kruchość, żeby chronić jednostki, chociaż wyrządzając zbyt wielkie szkody środowisku naturalnemu, ostatecznie możemy zaszkodzić sobie samym.
Rozumiemy już, że konieczny jest pewien kompromis między interesami zbiorowości a interesami jednostki. Gospodarka nie może przetrwać, jeśli nie poświęci poszczególnych jednostek; ich ochrona jest szkodliwa, a ograniczanie sił ewolucji w imię korzyści jednostek wydaje się zbędne. Możemy jednak ustrzec je przed śmiercią głodową, zapewnić im pewnego rodzaju zabezpieczenie społeczne. I traktować je z szacunkiem. A nawet lepiej, o czym zaraz się przekonamy.
Narodowy Dzień Przedsiębiorcy
Wprawdzie jako utopista (w rzeczy samej) jestem zdegustowany własnymi wnioskami, ale myślę, że wciąż istnieje dla nas jakaś nadzieja.
Szacunek, jaki wzbudzają heroiczne zachowania, jest pewną formą rekompensaty ze strony społeczeństwa dla tych, którzy podejmują ryzyko dla innych. A przedsiębiorczość to ryzykowna, heroiczna działalność, niezbędna dla rozwoju i przetrwania gospodarki.
Jest również z konieczności zbiorowa z przyczyn epistemologicznych - przyczynia się do podniesienia poziomu wiedzy. Ktoś, komu się nie udało niczego osiągnąć, dostarcza innym wiedzę, najbardziej rzetelną wiedzę, o braku sukcesu (o tym, jaka strategia nie działa) - ale nie zyskuje za to żadnego, albo niemal żadnego, uznania. Stanowi centralny element w procesie, w którym nagrody trafiają do innych, a co gorsza, on sam nie cieszy się szacunkiem18.
Okazuję niewdzięczność człowiekowi, który, wiedziony nadmierną pewnością siebie, otworzył restaurację, po czym musiał ją zamknąć - rozkoszuję się pysznym posiłkiem, podczas gdy on prawdopodobnie żywi się tuńczykiem z puszki.
Żeby się rozwijać, nowoczesne społeczeństwo powinno traktować zrujnowanych przedsiębiorców z taką samą czcią jak poległych żołnierzy - być może z mniejszymi honorami, ale z dokładnie tych samych powodów (przedsiębiorca wciąż żyje, choć zapewne boryka się z załamaniem psychicznym i stygmatyzacją społeczną, szczególnie jeśli mieszka w Japonii). Żaden żołnierz, ani żywy, ani martwy, nie okryje się hańbą (chyba że okazał tchórzostwo), podobnie jak żaden przedsiębiorca czy badacz naukowy; natomiast żaden gaduła, domorosły filozof, komentator, konsultant, lobbysta czy profesor uczelni ekonomicznej nie okryje się chwałą, jeśli nie podejmuje osobistego ryzyka. (Przykro mi).
Psychologowie uznają "nadmierną pewność siebie" za chorobę, przez którą ludzie decydują się na ryzyko, zaślepieni wiarą w swój sukces. Istnieje jednak różnica między łagodnym, heroicznym podejmowaniem ryzyka korzystnego dla innych w systemach antykruchych a agresywniejszym, współczesnym typem ryzykowania, kojarzonym z negatywnymi Czarnymi Łabędziami, na przykład nadmierną pewnością siebie "naukowców" kalkulujących ryzyko potencjalnych szkód, jakie może wyrządzić reaktor w Fukushimie. W tym pierwszym przypadku nadmierna pewność siebie to cecha pożądana, a nie powód do przepisania leków.
Porównajmy przedsiębiorców do skąpych menedżerów firm, którzy wspinają się po szczeblach hierarchii, sporadycznie napotykając realne przeszkody. Ich kohorta rzadko jest narażona na ryzyko. To, co Erazm z Rotterdamu nazywał ingratitudo vulgi, niewdzięcznością mas, rośnie w dobie globalizacji i Internetu.
Moim marzeniem - i rozwiązaniem tej sytuacji - byłoby ustanowienie Narodowego Dnia Przedsiębiorcy z następującym przekazem:
Większość z was poniesie porażkę, straci majątek i szacunek, ale jesteśmy wam wdzięczni za ryzyko, jakie podejmujecie, i wasze poświęcenie dla rozwoju gospodarczego planety oraz wydźwignięcia innych z biedy. To wy jesteście źródłem naszej antykruchości. Naród wam dziękuje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Podobnie jak wklęsłość jest wypukłością ze znakiem ujemnym, przez co bywa nazywana antywypukłością.
2 Oprócz brooklyńskiej odmiany angielskiego sprawdziłem na tę okoliczność większość języków indoeuropejskich, zarówno starożytnych (łacinę, grekę), jak i nowożytnych: języki romańskie (włoski, francuski, hiszpański, portugalski), słowiańskie (rosyjski, polski, serbski, chorwacki), germańskie (niemiecki, holenderski, afrikaans) oraz indoirańskie (hindi, urdu, farsi). Określenia na antykruchość brakuje również w rodzinach języków nieindoeuropejskich, takich jak języki semickie (arabski, hebrajski, aramejski) i tureckie (turecki).
3 Chodzi prawdopodobnie o Dionizosa Starszego, czyli I. W części IV Prologu Taleb daje czytelnikom do zrozumienia, że w książce może pojawić się więcej merytorycznych nieścisłości, gdyż pisząc swój esej, korzysta raczej ze swojej pamięci niż tabel historycznych: "[...] jeśli muszę sprawdzić coś w bibliotece, żeby o tym napisać, to pisanie na ten temat wydaje mi się nieuczciwe i nieetyczne" - przyp. red.
4 Prawdopodobnie chodzi o Mitrydatesa VI Eupatora - przyp. red.
5 Kato był tym politykiem, który trzy książki temu (w Ślepym trafie) wygnał z Rzymu wszystkich filozofów.
6 Jak się wydaje, ta odrobina wysiłku aktywuje przełącznik między dwoma odrębnymi systemami myślowymi, które psychologowie nazywają systemem 1 i systemem 2.
7 W białym szumie nie ma nic szczególnie "białego"; to po prostu losowe dźwięki o rozkładzie normalnym.
8 Nadal nie sprawdzono empirycznie oczywistego założenia: czy wystąpienie skrajnych zdarzeń można przewidzieć na podstawie przeszłości? Jak wykazał ten prosty test: niestety nie.
9 Wyobraźmy sobie prosty filtr: wszyscy członkowie gatunku muszą mieć szyję długości 40 centymetrów, żeby przeżyć. Po kilku pokoleniach średnia długość szyi w populacji osobników, które przetrwały, przekraczałaby 40 centymetrów (mówiąc językiem bardziej technicznym, stochastyczny proces podlegający barierze pochłaniającej będzie miał obserwowalną średnią powyżej tej bariery).
10 Wielu francuskich pisarzy w pewnej mierze zawdzięcza swój status literacki kryminalnej przeszłości - między innymi poeta Ronsard i pisarz Jean Genet.
11 Można na to spojrzeć inaczej: maszynom szkodzą stresory o niewielkim natężeniu (zmęczenie materiału), a organizmom szkodzi brak stresorów o niewielkim natężeniu (hormeza).
12 Są to tak zwane struktury dyssypatywne, opisane przez fizyka Ilyę Prigogine'a, które mają odmienny status od prostych struktur równowagi: powstają i utrzymują się dzięki skutkom wymiany energii i materii w warunkach trwałej nierównowagi.
13 Ani Rousseau, ani Hobbes. To prawda, życie w tamtych czasach było "krótkie i brutalne", ale poważnym błędem logicznym jest sugestia, że mamy tu do czynienia z pewnym kompromisem, bo nieprzyjemne aspekty życia ludzi pierwotnych to cena za unikanie współczesnych tortur. Nie ma żadnego powodu, żebyśmy nie czerpali tego, co najlepsze, z obu epok.
14 Uwaga techniczna wyjaśniająca, dlaczego kryterium adaptabilności nie ma nic wspólnego z prawdopodobieństwem (inteligentny i nietechniczny czytelnik powinien pominąć resztę tego komentarza). W procesie stochastycznym fakt niedostrzegania w dowolnym okresie t, co się wydarzy po okresie t, czyli w każdym okresie dłuższym niż t, powodujący nieredukowalne opóźnienie, nazywa się strategią nieantycypacyjną, konieczną do integracji stochastycznej. Ta nieredukowalność opóźnienia jest kluczowa i nieunikniona. Organizmy mogą stosować wyłącznie strategie nieantycypacyjne - dlatego natura musi być nieprzewidywalna. Teza ta nie jest w żadnej mierze trywialna, ponieważ zdezorientowała teoretyków prawdopodobieństwa ze szkoły rosyjskiej, której przedstawicielem był Stratonovich, i użytkowników jego metody integracji, którzy dali się zwieść popularnemu przekonaniu, że przyszłość wysyła nam jakieś sygnały, które potrafimy odczytać. Można pomarzyć.
15 Silna antykruchość występuje wtedy, gdy miłość do zmienności jest nieskończona - korzyści mają pewną odległą granicę albo są nieograniczone - wszystko jest możliwe. Jest to możliwe wyłącznie w sztucznym życiu, stworzonym przez człowieka, czyli w takich dziedzinach, jak kontrakty gospodarcze albo produkty kultury; procesy naturalne wykluczają silną antykruchość. Więcej na ten temat w Dodatku.
16 Wraz ze współpracownikami opublikował w magazynie "Genes" artykuł o idei antykruchości w systemach biologicznych. Co ciekawe, ich tekst był odpowiedzią na wstępną wersję tej książki; z kolei niniejsza książka była zmodyfikowaną odpowiedzią na artykuł Danchina.
17 Początkowo wielu ludzi sądzi, że najgorszym scenariuszem Czarnego Łabędzia jest ich własna śmierć. To nieprawda. O ile nie naczytali się zbyt dużo współczesnych teorii ekonomicznych, zgodzą się, że ich śmierć plus śmierć ich najbliższych plus zagłada ludzkości byłaby znacznie gorszym rezultatem niż śmierć, którą poniosą tylko oni sami. Przypomnijcie sobie mój komentarz o systemach złożonych. Jesteśmy tylko jednym z ogniw długiego łańcucha, dlatego martwimy się zarówno o nas samych, jak i o system, a także o przetrwanie elementów tego długiego łańcucha.
18 Mój korespondent Jean-Louis Rheault napisał: "zauważyłem, że im bardziej ludzie wychwalają przedsiębiorczość jako abstrakcyjną ideę, tym bardziej szydzą z rzeczywistego przedsiębiorcy, którego spotykają".