15 kłamstw opowiadanych kobietom w pracy i prawda, której potrzebują, aby odnieść sukces - Bonnie Hammer

Kup ebooka

69.00 zł
55.20 zł (55,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Zdecydowałam się napisać tę książkę, wisząc do góry nogami na rollercoasterze.

Był marzec 2022 roku. Razem z innymi członkami kadry zarządzającej NBCUniversal - firmy, w której pracowałam na różnych stanowiskach od trzech dekad - byłam w Orlando na corocznym spotkaniu liderów. W ramach "relaksu" spędzaliśmy czas w parku rozrywki Universal's Islands of Adventure, gdy szef działu operacyjnego rzucił mi wyzwanie: przejazd najnowszym rollercoasterem parku Jurassic World VelociCoaster. Na moje (nie)szczęście, trudno mi odmówić wyzwaniu. I tak zaczęła się jazda: 100 km/h, cztery pętle, 47 metrów spadku i to wszystko w towarzystwie animatronicznych dinozaurów. Pamiątkowe zdjęcie mówi wszystko - potargane włosy, policzki napięte jak u spadochroniarza i wyraz twarzy, który można opisać jednym zdaniem: "Co ja, do cholery, wyprawiam?".

Ale w chwili, gdy wisiałam do góry nogami, w ogóle o tym nie myślałam. Gdy przemierzałam "prehistoryczne" groty, mijając wrzeszczące i ryczące dinozaury, jedna rzecz nie dawała mi spokoju: na tym rollercoasterze jest tylu mężczyzn - krzyczących z radości, śmiejących się, całkowicie oddanych tej rozrywce. A gdzie są kobiety?

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że wciąż pokutuje szkodliwe przekonanie: kobieta musi być śmiertelnie poważna, by inni traktowali ją poważnie. By być skuteczną i szanowaną liderką, trzeba kurczowo trzymać się wyznaczonej ścieżki, nie łączyć pracy z zabawą i przede wszystkim unikać zawodowych "rollercoasterów" oraz emocjonalnych wzlotów i upadków. Moje ponad 70 lat nauczyło mnie jednak czegoś zupełnie odwrotnego. Odwaga, odrobina luzu, zabawa, bycie sobą i prawdziwym członkiem zespołu, któremu się przewodzi - to nie są cechy słabych przywódców. To cechy wybitnych liderów.

Kiedy zeszłam z tej kolejki, zaczęłam myśleć o wszystkich błędnych przekonaniach - o kłamstwach, które słyszą kobiety w pracy. A gdy już zaczęłam, nie mogłam przestać.

Na każdym etapie kariery - nieważne, czy dopiero się zaczyna, czy jest się o krok od awansu, czy już zmierza się ku najwyższym stanowiskom - dociera do nas mnóstwo "zasad", opartych na chwytliwych powiedzonkach, mantrach i maksymach, w które zbyt wiele osób, zwłaszcza kobiet, wierzy. Brzmią pięknie, łatwo je cytować i wydają się prostym scenariuszem do realizacji. W teorii mają sens, ale w praktyce to niebezpieczne i banalne przewodniki po świecie pracy i życia zawodowego.

Dlatego napisałam tę książkę - by powiedzieć "dość" tym wszystkim frazesom. Część z tych tradycyjnych "rad" jest dość nieszkodliwa - na przykład ta, żeby nie śmiać się za głośno na rollercoasterze. Ale większość z nich powstrzymuje kobiety przed rozwojem. Razem tworzą system, który wyjaśnia, dlaczego na każdą kobietę-liderkę przypada tysiąc tych, które nie dotarły do celu. (Podpowiedź: to nie dlatego, że "nie wychylały się" wystarczająco mocno).

Oczywiście nie chodzi o ignorowanie seksizmu - tego subtelnego, jak i rażącego - który wciąż istnieje w większości branż i podcina kobietom skrzydła. Jako kobieta w korporacyjnej Ameryce znam ten problem bardzo dobrze. Ale mówienie, że wszystkiemu winien jest seksizm? To też bzdura.

Tym, czego dziś naprawdę potrzebujemy w pracy, nie są puste slogany, nierealne obietnice czy złote myśli, które nijak nie pasują do naszego życia. Potrzebujemy kogoś, kto powie prawdę - nawet jeśli czasem boli - i pomoże ją zaakceptować.

W pewnym sensie moje życie zawodowe dobrze mnie do tego przygotowało. Od lat 70. stoję za kulisami najważniejszych momentów i przełomów w telewizji - od narodzin kablówki po media dostępne wszędzie, o każdej porze. Dzięki pracy w branży rozrywkowej mam w zanadrzu wiele barwnych historii, ale to, czego się nauczyłam, sprawdza się w firmach każdej branży - czy to wielka korporacja, mały start-up czy coś pomiędzy.

Zaczynałam jako asystentka produkcji w telewizji publicznej w Bostonie - musiałam tam sprzątać po kudłatym psim gwiazdorze programu dla dzieci (który, swoją drogą, zarabiał więcej ode mnie). Przeszłam długą drogę. Bywało różnie: czasem się potykałam, niekiedy leciałam na złamanie karku, ale z czasem złapałam wiatr w żagle i rozwinęłam skrzydła w jednej z najbardziej wymagających branż - mediach i rozrywce. (W szczytowym momencie 129 milionów Amerykanów co tydzień oglądało kanały, którymi zarządzałam).

To ja - choć może trudno uwierzyć - pomogłam przemienić WWE z niszowego sportu w męską operę mydlaną. Kilka lat później powiedziałam Stevenowi Spielbergowi, że wybrał niewłaściwą aktorkę do swojego serialu "Uprowadzeni" i dopilnowałam, by to właśnie dziesięcioletnia Dakota Fanning dostała tę rolę. Pomogłam też rodzinie Kardashianów zaistnieć w amerykańskiej kulturze. To ja zatrudniłam mało znaną wtedy aktorkę do serialu "W garniturach", który kręciliśmy w Kanadzie - Meghan Markle. Dziś "W garniturach" przeżywa drugą młodość na Netfliksie, a Meghan została księżną.

Obecnie nadrabiam zaległości NBCUniversal w świecie streamingu - nadzorowałam start platformy Peacock, gdzie można oglądać takie hity jak "Yellowstone", "Vanderpump Rules", "Biuro" czy "Top Chef". W latach 90. stworzyłam nagradzaną kampanię "Erase the Hate", która walczyła z wszelkimi formami dyskryminacji - i dziś temat ten jest ważniejszy niż kiedykolwiek. Nazywano mnie królową telewizji kablowej oraz, jak na ironię, uznano mnie za najpotężniejszą kobietę w Hollywood - mimo że nigdy nie zgodziłam się na przeprowadzkę do Kalifornii, choć wielokrotnie o to proszono.

Uwielbiam opowiadać wzruszające, podnoszące na duchu historie - nawet jeśli są odrobinę zbyt piękne, by były całkiem prawdziwe. Można powiedzieć, że na tym zbudowałam karierę. (Nawet jeśli chodzi o reality TV). Z własnego doświadczenia wiem, jak wielką moc mają opowieści, które pokazują świat barwniejszy i lepszy niż ten, w którym żyjemy... ale nie wtedy, gdy mówimy o karierze.

Czasem po prostu potrzebujemy faktów, rzeczywistości bez cudzysłowów. Potrzebujemy prawdy.

I właśnie to znajdziesz w tej książce - szczerą, nieskalaną prawdę. Bo wiele z tego, co słyszą kobiety w pracy - "podążaj za marzeniami", "znaj swoją wartość", "udawaj, aż ci się uda", "słuchaj intuicji", "możesz mieć wszystko", "nie łącz pracy z zabawą" i inne - to po prostu kłamstwa.

Widzę to każdego dnia. Od początku mojej drogi w telewizji z pasją mentoruję kobiety - od zespołu samych kobiet-producentek, którymi kierowałam w porannym programie "Good Day!" w Bostonie, gdy miałam trochę ponad trzydzieści lat, aż po program Women's Leadership Masterclass w NBCUniversal. Duża część mojej pracy to demaskowanie schematów, które kobietom wpaja się od lat, choć nie działają - i pokazywanie, jak je obrócić na swoją korzyść. Teraz chcę inspirować kobiety wszędzie - bez względu na branżę i etap kariery. Potraktuj więc tę książkę jak swoją kieszonkową, przenośną mentorkę - taką, o której nie wiedziałaś, że jej potrzebujesz... albo wręcz przeciwnie - taką, za którą zawsze tęskniłaś.

Rozdział po rozdziale obalimy te kłamstwa, które przez lata nam wmawiano. Pokażę, jak naprawdę jest, opierając się na badaniach, prawdziwych historiach i kierując się zdrowym rozsądkiem. Podzielę się też swoimi doświadczeniami w podrozdziale "z życia wzięte", które ukształtowały mój sposób myślenia. A na koniec pomogę ci "osiągnąć sukces" dzięki radom, które łatwo zapamiętasz, zastosujesz i będziesz mogła przekazać dalej.

Rozdziały odpowiadają trzem etapom kariery - od początkujących, przez tych, którzy chcą się wyróżnić w zmieniającej się roli lub nowej branży, aż po osoby podejmujące większe wyzwania i odpowiedzialności. Ale rady w tej książce są dla każdego - od asystentki po topowej menedżerki - na każdym etapie między tymi rolami.

Mała uwaga, zanim zaczniemy: jeśli szukasz magicznej formuły, która pozwoli ci dotrzeć do celu niemal bez wysiłku, to pewnie się rozczarujesz. Każda kariera to podróż - a ta rzadko jest prosta. Nie ma skrótów ani cudownych rozwiązań. Ale właśnie dlatego jest tak satysfakcjonująca.

Moim celem jest pomóc ci czerpać pełnymi garściami przyjemność z tej jazdy... tak jak ja na VelociCoasterze.

Rozdział 1Podążaj za marzeniami / Podążaj za możliwościami

Mówią: Podążaj za marzeniami

To jedna z pierwszych rad, jakie większość z nas kiedykolwiek słyszy: najpierw jako dzieci, potem jako studenci, następnie jako absolwenci przygotowujący się do wejścia na rynek pracy, wreszcie jako dorośli. Słyszymy, że praca powinna być po to, żeby realizować pasje, a nie tylko zarabiać. Że jeśli robimy to, co kochamy, to zarówno pieniądze, jak i sukces przyjdą same. A jeśli kochamy to, co robimy, to właściwie nigdy nie przepracujemy ani jednego dnia w życiu. A jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Że jeśli nie uda nam się znaleźć pracy, która daje nam satysfakcję, to coś z nami jest nie tak. Że poniosłyśmy porażkę.

Ale: Podążaj za możliwościami

Nie musimy koniecznie podążać za marzeniami, żeby zdobyć wymarzoną pracę. Wręcz przeciwnie - pokusiłabym się o stwierdzenie, że w odniesieniu do kariery hasło "podążaj za marzeniami" bywa zupełnie bezużyteczne. Dlaczego? Bo większość z nas zaczyna pracę zawodową, nie mając tak naprawdę pojęcia o swoich marzeniach. Może wydawać nam się, że je mamy, a nawet możemy być pewni ich istnienia. W końcu w każdym zakątku świata jesteśmy karmione opowieściami pełnymi marzeń. To fundament naszej kultury - obecny w baśniach, legendach, filmach i serialach. Nie ogranicza się to tylko do fikcji czy fantazji. Zwroty takie jak "Żyć marzeniami", "To spełnione marzenie", "Mężczyzna (lub kobieta) moich marzeń" czy "Poza moimi najśmielszymi marzeniami" są powszechnie używane. Słyszymy je w mediach, na scenie, w wywiadach sportowców po wielkich sukcesach, w przemówieniach aktorów odbierających nagrody, a nawet w programach rozrywkowych i randkowych, gdy uczestnicy z radością komentują swoje kolejne zwycięstwa.

Od najmłodszych lat jesteśmy pytane o nasze marzenia zawodowe: "Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz?". Oczywiście nie mamy doświadczenia w byciu kimkolwiek innym niż dzieckiem. Więc dlaczego nie aspirować do bycia zawodowym sportowcem lub gwiazdą popu?

Z biegiem czasu, gdy przygotowujemy się do wejścia na rynek pracy, niektórzy z nas wciąż kurczowo trzymają się dziecięcych lub nastoletnich marzeń. Znajdą się również tacy, którzy odkrywają nowe zainteresowania. Z pewnością w wieku dwudziestu dwóch lat jesteśmy dojrzalsze i bardziej rozważne niż w wieku pięciu czy piętnastu lat, a kwestie, które wpływają na nasze wybory, są bardziej logiczne - może to być ulubiony przedmiot na studiach, rozmowa z rekruterem na targach pracy czy letni staż, który zainspirował nas intelektualnie lub społecznie. Jednak podobnie jak nasze młodsze ja, nadal wybieramy spośród opcji w dużej mierze narzuconych przez innych lub dostępnych na podstawie ograniczonych doświadczeń. Nawet jeśli lepiej rozumiemy, czym jest praca, nasze zrozumienie tego, kim naprawdę jesteśmy, wciąż jest ograniczone. W efekcie większość z nas nie ma jasnej wizji tego, kim naprawdę chce być, zwłaszcza na początku kariery. I to właśnie jest powód do radości! Sens życia polega na uczeniu się w trakcie drogi i rozwoju. Praca powinna nam służyć do próbowania nowych rzeczy, poznawania ludzi, lepszego rozumienia siebie - co lubimy, a czego nie, co nas ekscytuje, a co nudzi, co daje radość w poniedziałkowy poranek, a co budzi lęk w niedzielę wieczorem. Spędzamy w pracy około jedną trzecią życia, więc to naturalne, że to, o czym marzyłyśmy, zasypiając na wykładzie z ekonomii, nie będzie tym samym, czym chcemy zajmować się trzydzieści lat później. Ale zamiast docenić, jaką wolność i szczęście to nam daje, często czujemy się po prostu zagubione, bo nauczono nas, że marzenia powinny być jak Gwiazda Polarna wskazująca drogę. I często zazdrościmy tym, którzy wydają się mieć jasne, stałe marzenie, które prowadzi ich przez życie.

Rzecz w tym, że marzenia zawodowe potrafią być zaskakująco ograniczające. Gdy zaczynamy pracę z przekonaniem, że już wiemy, co chcemy robić - i jesteśmy zdeterminowane, żeby za wszelką cenę właśnie to realizować - w pewnym sensie mówimy sobie, że nie ma już niczego nowego, czego mogłybyśmy się nauczyć, niczego, co mogłoby nas zaskoczyć, zainspirować albo zmienić nasze zdanie. Że nie istnieje żadna inna droga, która mogłaby dać nam więcej radości czy poczucia spełnienia. Można powiedzieć, że mimo iż nasza kariera dopiero się zaczyna, my już rzekomo wiemy, czego od niej oczekujemy. Z takim podejściem najpewniej przejdziemy przez życie na oślep, bez możliwości napotkania po drodze mnóstwa większych i ciekawszych okazji - takich, o których nawet nie przyszło nam do głowy marzyć.

Tak jak nie możemy stać się tym, czego nie widzimy, tak samo nie możemy marzyć o czymś, czego nie znamy. W danym momencie nasze pragnienia i wyobrażenia o przyszłości mają niemal nieskończoną liczbę białych plam. Obejmują każdą branżę, w której jeszcze nie pracowałyśmy, każdą firmę, z którą nie miałyśmy styczności, i każde zajęcie, którego same nigdy nie spróbowałyśmy.

Świat pt. "nie wiem" jest ogromny - i z każdym dniem rośnie. Ciągle pojawiają się nowe branże, nowe firmy, nowe ścieżki, o których jeszcze wczoraj nie miałyśmy pojęcia. Im coś jest nowsze, tym mniej prawdopodobne, że zdążyłyśmy to dostrzec - a im bardziej jesteśmy przywiązane do dawnych marzeń, tym mniejsze szanse, że zechcemy postawić stopę na nieznanym terytorium. Zamiast tego trzymamy się bezpiecznego cienia decyzji podjętej lata temu. Tyle że to, co miało być pasem bezpieczeństwa, może równie dobrze okazać się pułapką, która nas ogranicza.

Te z nas, które nie są przywiązane do jednego konkretnego marzenia, mają za to możliwość podążania za tym, co się pojawia - za nowymi możliwościami. Tam gdzie marzycielom pewne furtki się zamykają, ci bez wielkiego planu mogą po prostu iść dalej. Nasza kultura lubi postrzegać takich ludzi jak my jako zagubionych, ale prawda jest taka, że najlepszym sposobem na odnalezienie właściwej drogi zawsze było bycie uważnym i gotowym, żeby skręcić w lewo, w prawo albo nawet zawrócić, jeśli okaże się, że trzeba spróbować inaczej. Tyle że nie da się tego zrobić, kiedy mamy zamknięte oczy i śnimy o czymś zupełnie innym.

Czy to oznacza, że powinnyśmy całkowicie odrzucić marzenia? Oczywiście, że nie. Nie ma nic złego w ich posiadaniu i trzymaniu się ich, nawet gdy wydają się mało prawdopodobne, a szanse na ich spełnienie są nikłe. Marzenia mogą nas motywować, prowadzić i służyć jako przypomnienia o tym, co jest dla nas najważniejsze. A ich realizacja daje wspaniałe uczucie, które trudno przebić.

Ale jest różnica między posiadaniem marzeń a pozwoleniem, by to one przejęły nad nami kontrolę. Jest różnica między trzymaniem marzenia blisko, ale pozostawaniem otwartym na inne drogi, a zamykaniem się na wszystko, co nie wpisuje się w nasze wyobrażenie "Marzenia przez duże M". Zarówno my same, jak i nasze kariery, miałybyśmy o wiele większy potencjał, gdybyśmy częściej wybierały to pierwsze podejście, a rzadziej tkwiły w tym drugim. Bo to właśnie wtedy, gdy nie pozwalamy się ograniczać wcześniejszym wizjom, zdarzają się najciekawsze, najbardziej zaskakujące przygody w życiu.

Może przypadkowa okazja, którą decydujemy się wykorzystać, nigdzie nas nie zaprowadzi. Z drugiej strony może okazać się strzałem w dziesiątkę. Może sprawić, że będziemy naprawdę szczęśliwi. Może przerośnie nasze najśmielsze wyobrażenia. Może stanie się naszym najśmielszym marzeniem. Z tą różnicą, że tym razem - w przeciwieństwie do dziecięcych fantazji - będziemy już wiedzieć, co się z tym naprawdę wiąże, czego to od nas wymaga i czy jesteśmy na to gotowe. A to znacząco zwiększa szansę, że to marzenie naprawdę się spełni.

Z ŻYCIA WZIĘTE

W szczytowym momencie mojej kariery nazywano mnie królową telewizji kablowej. Nie osiągnęłam tego, podążając za marzeniami - tymi wywodzącymi się z dzieciństwa, młodości, wymyślonymi na jawie, we śnie czy gdziekolwiek indziej. Osiągnęłam coś, bo je porzuciłam.

Kiedy dorastałam w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, telewizja była dla mnie czymś w rodzaju dorywczej opiekunki. W tamtych czasach - zanim pojawiła się telewizja kablowa (a tym bardziej streaming) - mieliśmy do wyboru zaledwie trzy kanały, między którymi można było się przełączać. Nie zrozumcie mnie źle - uwielbiałam każdy z nich tak samo jak inne dzieci. Mam mnóstwo ciepłych wspomnień z oglądania programów, które towarzyszyły mi przez dzieciństwo, jak "My Little Margie" czy "Lassie", z uroczym collie w roli głównej, którego imieniem nazwałam nawet naszego rodzinnego dalmatyńczyka. Ale nigdy nie marzyłam o tym, żeby kiedyś być osobą odpowiedzialną za tworzenie takich programów. I szczerze mówiąc, gdyby jedyną zmianą w mojej relacji z telewizją po osiągnięciu dorosłości było to, że przestała opiekować się mną, a zaczęła moimi dziećmi - zupełnie by mi to nie przeszkadzało. Telewizja była dla mnie czymś w rodzaju hobby. Moją prawdziwą pasją była fotografia. Mój pierwszy aparat - Kodak Brownie typu point-and-shoot, który kosztował zaledwie dolara, gdy pojawił się na rynku w 1900 roku - dostałam w wieku dwunastu lat, tuż przed wyjazdem na obóz Camp Brookwood w Glen Spey w stanie Nowy Jork. Przez kolejne siedem tygodni nie rozstawałam się z moim Brownie i fotografowałam wszystko: namioty, zajęcia, jedzenie w stołówce i kantynie, współlokatorki, a nawet kilku chłopaków, których z przyjaciółkami uznałyśmy za fajnych (ale na pewno nie tych, których za fajnych nie uznałyśmy). Po powrocie do domu w sierpniu zaniosłam czarno-białe klisze do wywołania, a kiedy zdjęcia wróciły, najlepsze z nich wysłałam pocztą do przyjaciółek w różnych częściach kraju, a resztę powiesiłam na ścianie w swoim pokoju - coś w rodzaju Instagrama z połowy XX wieku. I przepadłam.

Uwielbiałam sposób, w jaki aparat pozwalał mi zatrzymywać czas i miejsce, a także to, że dzięki niemu mogłam uchwycić emocje i opowiedzieć historię.

Lata później, gdy byłam studentką Uniwersytetu Bostońskiego, kupiłam nowy aparat - zamieniłam Brownie na eleganckiego, czarnego Nikkormata z ręczną kontrolą światła, czasu otwarcia migawki i przysłony obiektywu - fotografia nadal mnie fascynowała. Wybrałam fotoreportaż jako swój kierunek studiów. Kiedy ukończyłam College of Communications na Uniwersytecie Bostońskim, opuściłam uniwersytet z marzeniem, by spędzić życie, stojąc za obiektywem.

Przez następne kilka lat z zacięciem podążałam za swoją pasją. Moją pierwszą pracą po studiach była praca w studiu fotograficznym na Newbury Street dla Béli Kalmana, legendarnego fotografa komercyjnego, urodzonego na Węgrzech, mieszkającego w Bostonie. Dokładniej mówiąc, pracowałam w jego ciemni, wywołując i obrabiając jego zdjęcia. Nie minęło dużo czasu, zanim moje ręce zaczęły cuchnąć chemikaliami, a moje paznokcie były wiecznie zabarwione na żółto. Odizolowana od światła - zarówno naturalnego, jak i sztucznego - oraz od kontaktu z ludźmi, jeszcze szybciej zaczęłam tracić zmysły. Nie chodziło o to, że nienawidziłam tej pracy - po prostu nie spełniała moich oczekiwań.

Dziękowałam losowi, kiedy awansowano mnie na "przód sceny" i powierzono zadanie asystowania Béli przy robieniu zdjęć na planie. Wreszcie dostałam szansę na wyjście z cienia, ale mój "moment olśnienia" był krótkotrwały, ponieważ zdałam sobie sprawę, że fotografia komercyjna w ogóle mnie nie interesuje. W pewnym sensie była ona zaprzeczeniem fotoreportażu, który kochałam: była pozowana, a nie uchwycona spontanicznie, zniekształcająca (lub przynajmniej wykrzywiająca) rzeczywistość, a nie ją odzwierciedlająca, wykonywana wewnątrz, przy sztucznym oświetleniu i aranżacji, zamiast na zewnątrz, w naturalnym świetle i otoczeniu, wyreżyserowana; nie była próbą uchwycenia tego, co fotograf Henri Cartier-Bresson nazwał "decydującym momentem" - spontanicznego, wizualnego zbiegu wszystkiego, co sprawia, że dane wydarzenie staje się znaczące.

Świadoma mojego braku doświadczenia w branży zaczęłam rozglądać się za innym zajęciem w świecie fotografii - czymś, co bardziej do mnie pasowało. I tak trafiłam do działu edukacyjnego w wydawnictwie Houghton Mifflin, specjalizującym się w podręcznikach, gdzie przyjęto mnie na stanowisko redaktorki zdjęć. Brzmiało dumnie - w końcu "redaktorka" w tytule to już coś - ale rzeczywistość była daleka od ekscytującej. Przez większość czasu przekopywałam się przez katalogi, próbując znaleźć to jedno idealne zdjęcie do akapitu o przemówieniu gettysburskim albo do zadania z matematyki, w którym Sally kończyła z dwoma jabłkami, a Stanley zaczynał z siedmioma. Ta praca przypominała próbę łączenia dwóch zestawów puzzli - cudze słowa z cudzymi obrazami - i szczerze mówiąc, nienawidziłam tego. Potem próbowałam zaczepić się gdzieś bliżej prawdziwego fotoreportażu. Ale jedyne oferty dla kogoś z moim nikłym doświadczeniem przypominały fotograficzne wersje pościgów za karetką - pędzenie na miejsce wypadku albo zbrodni i robienie jak najbardziej dramatycznych zdjęć. To też nie byłam ja. Wierzyłam, że rolą fotografa jest pokazywać i odkrywać, a nie wykorzystywać. Interesowało mnie uchwycenie złożoności ludzkich emocji - w ich najbardziej naturalnej, nieprzerysowanej formie.

Dziś mogę przyznać coś, czego wtedy absolutnie nie chciałam do siebie dopuścić: nie chciałam życia spłukanej artystki - zwłaszcza jeśli nie zajmowałam się fotoreportażem, który naprawdę mnie pasjonował. Ale jeszcze nie byłam gotowa, żeby całkowicie porzucić fotografię. Marzenia są jak narkotyk - trudno z nich zrezygnować. Nawet jeśli nas blokują, podcinają skrzydła i doprowadzają do szału, i tak znajdujemy sposób, żeby obwinić za wszystko siebie. Przecież to niemożliwe, żeby samo marzenie - coś, co pielęgnujemy w sobie od lat, a czasem nawet całych dekad - było błędne albo szkodliwe, prawda? Może po prostu źle je realizujemy. Wmawiałam sobie, że jeśli tylko dostanę więcej czasu, więcej okazji, więcej kontaktu z fotografią, to sukces, szczęście i ta upragniona pewność siebie w końcu się pojawią.

Ten tok myślenia zaprowadził mnie z powrotem na Uniwersytet Bostoński, na studia magisterskie. Nieoficjalnie był to po prostu kolejny rok romansu z fotografią i próby odkrycia, jak zamienić moją fantazję w rzeczywistość. Ale najbardziej przełomowe doświadczenie spotkało mnie nie na uczelni, ale podczas stażu, który odbyłam wyłącznie po to, żeby spełnić wymóg programu.

Odbyłam staż jako niezależny fotograf w nowym programie dla dzieci o nazwie "Infinity Factory", emitowanym przez WGBH, lokalną stację telewizyjną PBS. Przez "niezależny" rozumiem to, że pracowałam za darmo. Przez "fotograf" rozumiem to, że biegałam za uczestniczącymi w programie dziećmi i psem-rezydentem, próbując uchwycić jakiekolwiek spontaniczne ujęcia, często błagając zarówno ludzi, jak i czworonoga (prawie zawsze bezskutecznie), żeby choć na chwilę się zatrzymali.

Prawie wszystkie materiały promujące program zawierały przynajmniej jedno z moich zdjęć - pojawiły się m.in. w "Time" i "The Boston Globe". Ten okruszek sukcesu smakował wyśmienicie. Przypomniał mi nawet, dlaczego w ogóle marzyłam o fotografii. I wtedy los postanowił zrobić mi psikusa: do ukończenia studiów zostało zaledwie kilka dni, mój staż właśnie się kończył, a trzech asystentów produkcji zostało zwolnionych. I nagle dostałam propozycję, żeby przejść z roli niezależnej fotografki na planie do pracy na pełen etat - na miejsce jednego z tych asystentów, czyli na najniższy szczebel w telewizyjnej hierarchii. W tamtym momencie prawie nic nie wiedziałam o branży. Ale już od pierwszego kroku na planie czułam, że jest tam coś w powietrzu, czym chcę dalej oddychać, co chcę poznawać i zgłębiać. Poza tym potrzebowałam pracy.

Przyjrzałam się swoim opcjom: marzenie, które tak naprawdę nigdzie mnie nie zaprowadziło, kontra okazja, która mogła mnie zaprowadzić Bóg wie gdzie. I doszłam do wniosku, że wolę spędzać dni, wołając "Światła, kamera, akcja!", niż krzyczeć "Ser!" za obiektywem. Zgodziłam się, przyjęłam posadę asystentki osobistej, pożegnałam się - przynajmniej na jakiś czas - z karierą fotografki i weszłam w świat telewizji. A reszta, jak się mawia w branży, w której jestem już prawie pięć dekad, to historia.

To, czego nauczyło mnie to doświadczenie, zostało ze mną do dziś. Nie ma nic złego w tym, że kochasz coś tak bardzo, że chcesz na tym zarabiać. Ale jeśli jesteś uzależniona od swoich marzeń, ryzykujesz, że przejdziesz obojętnie obok szansy, która może kompletnie odmienić twoje życie. Jeśli zdecydujesz się spróbować czegoś nowego, w najgorszym wypadku okaże się, że to jednak nie to. A co jeśli dopisze ci szczęście? Możesz odkryć zupełnie nowe marzenie - takie, które zaprowadzi cię do prawdziwej pracy marzeń (albo nawet kilku).

Tak właśnie się stało ze mną. W pewnym sensie niepodążanie za marzeniami stało się impulsem do zapoczątkowania całkowicie nowej kariery. Zamiast uparcie trzymać się tego, co zamierzyłam, poszłam drogą usłaną nowymi możliwościami. Weszłam w świat telewizji i tak już pozostało. To nie była jakaś świadoma decyzja, po prostu byłam ciekawa świata. A brak jednego, konkretnego marzenia, za którym ślepo bym goniła, pozwolił mi rozejrzeć się spokojnie dookoła i odkrywać wszystkie tajniki tej branży - i uczyć się ich po drodze.

Mój "przypadkowy" wybór okazał się zaskakująco mądrym sposobem na działanie. Z każdą nową okazją zdobywałam nowe umiejętności, poznawałam ciekawych ludzi i zyskiwałam szacunek ze strony osób i środowisk, których w innym przypadku pewnie nigdy bym nie spotkała. I krok po kroku tworzyłam sobie nową wizję tego, jak może wyglądać moje własne marzenie.

Nawet dwa najbardziej niespodziewane zwroty, które zaliczyłam na początku mojej kariery - dwa stanowiska w WGBH, które przyjęłam raczej niechętnie i które początkowo w ogóle mnie nie interesowały - okazały się mieć sens. Jedno polegało na zarządzaniu budżetem serii dokumentalnej, drugie na zgłębianiu tajników płyt CD i kaset trzyłopatkowych jako dyrektorka ds. "nowych mediów" w stacji. Te role dały mi doświadczenie i wiedzę z obszarów, których wielu ludzi pracujących w telewizji w ogóle nie znało - jak ekonomia związana z wprowadzeniem programu na antenę i stale rozwijająca się technologia, która na to pozwala. Dzięki temu mogłam lepiej zrozumieć branżę, w której pracowałam.

A teraz najlepsze: stare marzenia i te nowe, projekty wywodzące się z pasji i bardziej praktyczne zajęcia... wcale się nie wykluczają. Moje na pewno się nie wykluczały. (Moim pierwszym sukcesem produkcyjnym był program telewizyjny o nazwie, uwaga, "The Photo Show"). Pracując w telewizji, wykorzystywałam wszystko to, co wcześniej czyniło mnie dobrą fotografką - oko do światła i koloru, wyczucie kadru, umiejętność przyciągania uwagi widzów, talent do opowiadania historii jednym obrazem i przekazywania emocji bez słów - by stać się solidną producentką, jeszcze lepszą dyrektorką stacji, a ostatecznie "królową telewizji kablowej". Można więc powiedzieć, że tak naprawdę nigdy nie porzuciłam tamtego marzenia. Po prostu poszerzyłam kadr i zwiększyłam ekspozycję - z jednego medium, jakim była fotografia, na media jako takie.

Nadal uwielbiam robić zdjęcia. Ale ponieważ mogłam oddalić obraz i zobaczyć szerszy kadr, moja kariera i życie miały więcej głębi, kolorów i jasności, niż kiedykolwiek mogłam sobie wymarzyć. Aparat nadal jest moim najlepszym przyjacielem. Po prostu nie jest moim szefem.

SUKCES

Chociaż moja kariera nie poszła w stronę fotografii, pierwsze lata spędzone z aparatem w ręku zmieniły bieg mojej pracy... i mojego życia. Dały mi zarówno twarde, jak i miękkie umiejętności, które wyróżniały mnie na tle innych. Ale przede wszystkim nauczyły mnie patrzeć szerzej - naprawdę dostrzegać to, co mam przed sobą (jeśli w ogóle coś tam było), oceniać moje dotychczasowe marzenia na tle nowych, korzystać z nadarzających się możliwości (i wiedzieć, po które z nich sięgnąć jako pierwsze), wyciągać maksimum z miejsca, w którym się znalazłam, i z tego, co akurat robię.

Więc...

Określ swoje zainteresowania

Naprawdę dobrzy fotografowie, zanim jeszcze sięgną po aparat, starają się zrozumieć osoby, które mają przed sobą. Skoro każdy z nas jest bohaterem własnego życia, jesteśmy sobie winni takie samo zrozumienie. Gdy zaczynasz planować swoją karierę, zadaj sobie ważne i trudne pytania. Najpierw zapytaj, skąd wzięło się twoje marzenie: czy jest twoje własne, czy ktoś je w tobie zaszczepił? Jeśli "zawsze" chciałaś coś robić, zapytaj siebie dlaczego. Naprawdę wsłuchaj się w odpowiedzi, nawet jeśli nie były takie, jakich się spodziewałaś. Dowiedz się, kiedy marzenie się pojawiło i co sprawiło, że zostało z tobą na dłużej.

Znajdź miejsce pracy, które najlepiej do ciebie pasuje

Przede wszystkim poznanie i zrozumienie siebie oznacza umiejętność rozróżnienia tego, kim chciałabyś być w idealnym świecie, od tego, co naprawdę lubisz robić. To ważne, gdy masz marzenie, a jeszcze ważniejsze, gdy czujesz, że nie idziesz w żadnym konkretnym kierunku. Dowiedz się nie tylko, co możesz zaoferować, ale też w jakim środowisku chcesz się znaleźć. Co sprawiłoby, że poczułabyś, że "żyjesz marzeniem"?

- Czy jesteś introwertyczką, czy ekstrawertyczką?

- Czy wolisz działać samodzielnie, czy raczej w zespole?

- Czy wolisz pracować głównie umysłowo, czy raczej rękoma (i pozostawać w ruchu)?

- Czy wolisz być dużą rybą w małym stawie, czy małą rybką w dużym stawie?

- Czy jesteś osobą kreatywną, przełamującą schematy, czy raczej przestrzegającą zasad?

- Czy chcesz podróżować, czy raczej zostać na miejscu?

- Czy wolisz mieć jasno określoną strukturę, czy raczej autonomię?

Wiedz, że czasami marzenie w teorii rozbija się o rzeczywistość tego, jak wygląda kariera w danej branży lub dziedzinie. Możesz kochać konstytucję i nienawidzić stylu życia prawnika. Możesz czerpać radość z pisania, ale jednocześnie potrzebować codziennego kontaktu z ludźmi. A czasem to wymarzone zajęcie, którego pragniesz z całych sił, może zwyczajnie do ciebie nie pasować; możecie wręcz tworzyć duet stworzony sobie... na zgubę. Choć porzucenie takiego marzenia może wydawać się przygnębiające, jest w tym też jasna strona: kiedy tylko odsuniesz na bok coś, co ci nie służy, możesz zacząć pracować na rzecz czegoś, co naprawdę da ci szczęście.

Zbadaj otoczenie

Zbadaj profesjonalne środowisko, zanim się zadomowisz. Pozostań ciekawa. Zachowaj otwarty umysł (i otwarte oczy), zanim zdecydujesz, czego dokładnie szukasz.

Jeśli jest jakaś branża lub dziedzina, do której chcesz wejść, zrób research: porozmawiaj z każdym, kto działa w świecie, do którego próbujesz się dostać. Przyjrzyj się dużym graczom - wiodącym firmom, szefom i innowacjom - i dowiedz się, co wyróżnia ich na tle innych i odróżnia od siebie nawzajem. Sprawdź, jak wygląda codzienność, a nawet cały rok pracy w tej branży na różnych szczeblach kariery. Zrozum, czym zajmują się osoby rozpoczynające tam swoją drogę zawodową i od czego zaczynali ci, którzy dziś są na szczycie. Zbierz rzetelne informacje o zarobkach, możliwościach rozwoju i równowadze między pracą a życiem prywatnym.

Jeśli jest ktoś, kogo podziwiasz i czyją karierę chcesz naśladować, skontaktuj się z nim na LinkedIn, wysyłając przemyślaną, spersonalizowaną notatkę, i zastanów się, czy masz możliwości, aby pójść w jego ślady.

A jeśli naprawdę marzysz o konkretnej pracy, upewnij się, że znasz wszystkie funkcje, które musiałbyś najpierw pełnić, aby ją zdobyć. Jeśli nie wydają ci się one atrakcyjne, a droga do twojego marzenia przypomina raczej koszmar, być może nadszedł czas, aby przemyśleć marzenie.

Znajdź równowagę między światłem a cieniem

Dobre zdjęcie wymaga odpowiedniego wyważenia między światłem a cieniem - zbyt dużo jednego i za mało drugiego może zaciemnić lub zniekształcić rzeczywistość, którą aparat próbuje uchwycić. Podobnie bywa w pracy. Dla 99,9 procent z nas, którzy nie zaczynają kariery w zawodzie marzeń, codzienność może momentami wydawać się wręcz przygnębiająca. Łatwo wtedy skupić się na wszystkich szansach, których nie dostajemy, postępach, których nie robimy, sukcesach, których nie odnosimy, zabawie, której nie mamy, i uznaniu, którego nie otrzymujemy. Ale cień - ten brak jasności - jest czymś zupełnie normalnym. Pojawia się w każdej pracy, nawet tej, która z zewnątrz wygląda jak spełnienie marzeń.

Jednocześnie ważne jest również znalezienie światła. Czy poznajesz nowych ludzi? Zdobywasz nowe umiejętności? Może masz okazję, aby odkryć inną część miasta, kraju lub świata. Może jedyną rzeczą, której się uczysz, jest to, czego nie lubisz robić - to nadal przybliża cię o krok do znalezienia i robienia czegoś, co kochasz.

Pamiętaj, by dostrzegać zarówno światło, jak i cień w każdej potencjalnej okazji - zwłaszcza takiej, która znajduje się nieco poza zasięgiem twojej obecnej perspektywy. To nasze własne uprzedzenia, pesymizm i błędne założenia często przesłaniają nam to, czym dana szansa naprawdę jest (i czym mogłaby się stać). Zadaj sobie więc pytanie: dokąd ta okazja może mnie zaprowadzić w najlepszym możliwym scenariuszu? Ale nie daj się ponieść złudzeniom - nie przyjmuj oferty tylko dlatego, że liczysz na 0,0001-procentową szansę zostania dyrektorem generalnym w dwa lata albo że nigdy nie przydarzy ci się zły dzień. Jeśli twoje oczekiwania będą realistyczne i będziesz pamiętać, że żadna praca nie jest idealna (ani całkowicie beznadziejna), znacznie zwiększysz swoje szanse na odnalezienie satysfakcji i spełnienia - nie tylko w pracy marzeń, ale w każdej, którą podejmiesz.

Etykieta e-mailowa: co robić, a czego unikać

To, czy twoja pierwsza wiadomość e-mail lub wiadomość na LinkedIn zostanie ciepło przyjęta czy zignorowana - czy otrzymasz odpowiedź, zostanie przekazana do asystenta, czy usunięta natychmiast - zależy niemal wyłącznie od tego, co napiszesz:

- Krok 1: Spersonalizuj swoją notatkę. Wspomnij, dlaczego kontaktujesz się z tą konkretną osobą (a nie z jednym z jej kolegów), wyjaśnij, jak się o niej dowiedziałaś (Czy oglądałaś profil? Chodziłaś na tę samą uczelnię?) i opowiedz, w jaki sposób twoje zainteresowania pokrywają się z jej pracą.

Uwaga: Unikaj sytuacji, w której ktoś poczuje się jak jedna z dziesięciu osób na twojej liście kontrolnej lub gdy kopiujesz i wklejasz ten sam tekst z jednego listu do drugiego. Jeśli kontaktujesz się z wieloma pracownikami tej samej organizacji, nie licz na to, że będą chcieli z tobą rozmawiać.

- Krok 2: Wyjaśnij swoje zainteresowanie zawodem/firmą/branżą w sposób, który brzmi szczerze.

Uwaga: Nie proś nikogo, aby polecił cię innym osobom w firmie, zanim cię pozna.

- Krok 3: Proś o rozmowę, a nie o ofertę pracy.

Uwaga: Nie poświęcaj pięciu akapitów, aby przedstawić swój punkt widzenia. Ludzie są zbyt zajęci, by to czytać, a im dłuższa wiadomość, tym większe prawdopodobieństwo, że wyląduje w koszu.

- Krok 4: Doprowadź sprawę do końca! Jeśli ktoś zaproponuje rozmowę telefoniczną, zawsze skorzystaj z tej okazji albo przynajmniej odpisz, wyjaśniając sytuację, nawet jeśli już przyjęłaś inną pracę. Branże są małe, a ludzie pamiętliwi.

Uwaga: Nie sprawiaj wrażenia kogoś, kto ma obsesję. Pochlebstwa i zainteresowanie są w porządku; nękanie - nie.

- Krok 5: Bądź skromna. Okazuj pokorę, nie arogancję.

Uwaga: Nie zachowuj się, jakbyś miała prawo do czyjegoś czasu (ani do spotkania przy kawie).

- Krok 6: Z góry podziękuj za poświęcenie czasu na przeczytanie twojej wiadomości.

Zmieniaj perspektywę w razie potrzeby

Kiedy oceniasz nadarzającą się okazję, spojrzenie zarówno na całość, jak i na detale jest kluczowe - ponieważ to, co dostrzegasz powierzchownie, nie zawsze odpowiada temu, jak wygląda sytuacja z bliska. Zastanów się, czy dana praca jest dla ciebie ścieżką wiodącą do kolejnego celu czy ślepą uliczką. Nawet jeśli rola dotyczy branży, o której wiesz niewiele, w firmie, o której nigdy nie słyszałaś, istnieje wiele sposobów, w jakie może przygotować cię do sukcesu: mentorzy, których możesz poznać, doświadczenie w zarządzaniu, które możesz zdobyć, przywództwo, które możesz rozwijać, oraz to, w jaki możesz wyróżnić się na tle innych z podobnym doświadczeniem czy ambicjami.

Z drugiej strony wymarzona praca w firmie twoich marzeń czy pod kierownictwem dyrektora, którego podziwiasz, czasem może okazać się niczym więcej niż biletem pierwszej klasy donikąd albo skończyć się wykonaniem jednego kroku do przodu, a dwóch do tyłu.

Aby uniknąć tego drugiego scenariusza, przyjrzyj się szczegółom i specyfice pracy, zanim ją przyjmiesz - zwłaszcza tym aspektom, które mogą nie być oczywiste. Przeczytaj o kulturze organizacyjnej i zastanów się, czy do niej pasujesz i czy rzeczywiście chciałabyś w takim środowisku pracować. Spróbuj porozmawiać z osobami, które zajmowały to lub podobne stanowiska w tej firmie: Czy byli zadowoleni? Czy zostali tam na dłużej? Czy skupiali się na swojej specjalizacji, czy zachęcano ich do współpracy między zespołami? Czy w firmie przestrzega się zasad, czy raczej nagradza wychodzenie poza schemat? Czy pracownicy są zadowoleni z równowagi między życiem zawodowym a prywatnym? Jakie stanowisko zajmowali wcześniej? A jeśli odeszli - co robią teraz? Odpowiedzi na te pytania mogą nie doprowadzić cię od razu do pracy marzeń, ale spojrzenie na całość zwiększy szansę, że świadomie wybierzesz miejsce, do którego pasujesz. A to z kolei zwiększa prawdopodobieństwo, że poczujesz się spełniona, gdy już tam trafisz - co jest podstawą każdej wymarzonej pracy.

Masz pełne prawo odejść

Ten, kto powiedział, że zwycięzcy nigdy się nie poddają, prawdopodobnie sam nigdy nie wygrał. Prawda jest taka, że zwycięzcy się poddają - i to całkiem często. Jeśli się nie uczysz, nie rozwijasz, nie czerpiesz satysfakcji z pracy i nie widzisz w niej żadnej innej wartości, masz pełne prawo odejść. Ważne tylko, żeby nie palić za sobą mostów.

Ustaw ostrość

Przy robieniu zdjęcia można mieć wszystko dopięte na ostatni guzik: świetny temat, opanowanie sprzętu, odpowiednie tło, idealne oświetlenie oraz dobrze dobrany kadr. Ale jeśli fotograf nie ustawi idealnej ostrości aparatu (lub smartfona), wszystko, co prowadziło do momentu uchwycenia kadru - a także sam efekt końcowy - może okazać się stratą czasu. To samo dotyczy naszej kariery. Możemy przygotować się najlepiej, jak potrafimy, ale jeśli w kluczowym momencie się rozproszymy i zaczniemy traktować miejsce, w którym jesteśmy, jako mniej ważne od tego, gdzie chciałybyśmy być, to szansa, która się pojawiła (i wszystko, co zrobiłyśmy, żeby ją wykorzystać), również może pójść na marne.

Dlatego skoncentruj całą swoją uwagę i energię na każdej roli, którą podejmujesz, i na każdym wyzwaniu, które się pojawia - zwłaszcza gdy trafisz na coś, co naprawdę cię pasjonuje, coś, co sprawia, że chce ci się rano wstać z łóżka. Nawet jeśli dana rola i jej obowiązki wydają się nie mieć nic wspólnego z twoim wymarzonym celem - nawet jeśli są monotonne, nużące czy zupełnie inne, niż się spodziewałeś - traktuj je tak, jakby sukces w tej pracy był kluczem do spełnienia twojego największego marzenia. Zadawaj trafne pytania. Znajdź mentora. Włóż w to tyle samo zaangażowania i wysiłku. Dzięki temu będziesz znacznie lepiej przygotowana, kiedy pojawi się właściwa okazja.

PODSUMOWANIE

Kiedy zbyt mocno koncentrujemy się na realizacji jednego marzenia, możemy się niepotrzebnie ograniczać. Często tracimy z oczu szanse, które są tuż przed nami - szanse o ogromnym, choć nieoczywistym potencjale. Zamiast więc działać jednotorowo, warto pozostać otwartą, uważną i ciekawą. To właśnie w ten sposób odkrywamy nie tylko to, co daje nam szczęście, ale też to, co naprawdę nas ekscytuje. Tak poznajemy swoje prawdziwe pasje i mocne strony - i uczymy się je wykorzystywać. Tak zdobywamy umiejętności, doświadczenia i refleksje, których wcześniej nawet nie szukałyśmy. Aby zbliżyć się do spełnienia marzeń, trzeba patrzeć szeroko, wykorzystywać nadarzające się możliwości i mieć odwagę je eksplorować.